27.10.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 328 dni.
WTOREK (21.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
Po piętnastu minutach walki z organizmem. A przecież wczoraj poszliśmy spać "normalnie", o 21.00, po obejrzeniu dwóch odcinków serialu Nikt tego nie chce.
Jeszcze Żona nie zeszła na dół, gdy zadzwoniła Córcia.
- A ty co tak wcześnie jedziesz do szkoły?
- A bo lubię, gdy dzieci są u Byłego Zięcia, być wcześniej w pracy. - Mogę spokojnie jeszcze posprawdzać zadania, przygotować się do zajęć.
Córcia z ogólniaka jest bardzo zadowolona.
- Co prawda nie mam specjalnego kontaktu z kadrą, ale przecież najważniejsi są uczniowie, bo z nimi spędzam gros czasu. - Są fajni, a poza tym nie mam wychowawstwa, więc cała gama tych spraw mnie nie obchodzi.
- A Wnuczka wie, że 1. listopada ma urodziny? - zapytałem głupio, bo było wiadomo, że wie.
- Tato, ona od miesiąca o niczym innym nie mówi i mnie wykończy. - A co dostanę i czy będzie tort?... - I tak dalej... - To oczywiście Wnuk-V też się pyta, co dostanie i czy będzie tort... - Zwariować można!
Hitem rozmowy był... bóbr. Klasyczny bóbr. Zadomowił się w rzeczce płynącej przy posesji Córci i ma używanie, czyli robi szkody z punktu widzenia człowieka. Zdążył ściąć dwa drzewa owocowe i zbudować tamę oczywiście.
- Tato, żebyś wiedział, jaką przemyślną... - A ponieważ ja cały teren mam w drewnie, to gnój ma co żreć. - Najgorsze, że jest pod ochroną i nie wiadomo, co z tym zrobić. - Chyba straszyć Rhodesianem, ale ten ma to w dupie, bo śpi, a na pewno nocą, kiedy bóbr właśnie buszuje.
Po rozmowie trochę czasu poświęciłem na onan sportowy, wycyzelowałem wpis (było mnóstwo literówek i trochę potknięć stylistycznych) i zajrzałem na pocztę. Już wczoraj o 20.27 napisał Po Morzach Pływający.
No to dałeś czadu. Publikacja o 1900? Z wiekiem i praktyką stajesz się coraz bardziej wydajniejszy.
PMP
Bezczelny, nie przejmował się faktem, o którym dobrze wiedział, że wpis do czytania będzie się nadawał dopiero we wtorek. Zawsze tak robi.
Dzisiaj dopytałem go, gdzie jest.
- Caen, Francja.
Sprawdziłem - nad Kanałem La Manche.
Jeszcze przed I Posiłkiem wyjechałem w Uzdrowisko. Na drobne zakupy i do Krawcowej. Zawiozłem jeden z dwóch moich świętych polarów, które swoim wyglądem (dziury i plamy) uwiarygadniają moje menelarstwo, gdy się w nich z pewną satysfakcją gdziekolwiek pojawiam. Jeden kilka lat temu reaktywowała Pani Krawcowa z Pięknego Miasteczka trochę się dziwując, że chce mi się w nim łatać wypalone dziury. Wtedy zrobiła to po mistrzowsku wycinając skądś kawałek polaru bez uszczerbku dla reszty i te resztki w formie łat pięknie naszyła na dziury. One, i łaty, i dziury pod nimi, jak i cały polar, służą do tej pory. Przy okazji panie, bo z Żoną, wymieniły się spostrzeżeniami na temat kondycji męskiego rozumu. Raczej nie mogły zrozumieć, co to oznacza "przywiązanie" do jakiegoś elementu (emelentu) garderoby. Chociaż Żona w sporym stopniu tę cechę posiada, ale tylko dlatego, że nie może kupić, na przykład, takich samych butów lub bardzo podobnych, które nosi latami. To samo dotyczy bluzek, sukienek, itp. Mimo wszystko w "przywiązaniu" prześcigam ją (prześcigowuję?) o lata świetlne.
Drugi, ten "dzisiejszy" nie jest aż tak felerny, ale popsuł się w nim zamek, co było mocno irytujące, gdy go nosiłem. Bo ten pierwszy akurat, uwaga!, był w praniu! Tak, tak! To by oznaczało, że moje menelarstwo, jeśli się już przytrafia, nie jest stuprocentowe, jest trochę symulowane tworząc pewną imitację, bo mimo charakterystycznego widoku nie działam na jeden zmysł ludzi, z którymi się akurat kontaktuję, a mianowicie na węch.
Ten polar był zajebiście pomarańczowy. Piszę "był", bo z biegiem lat wyblakł i nabrał szlachetnej patyny. W czasach dyrektorowania uwielbiałem w nim chodzić, w tym do Szkoły, i pojawiać się na przeglądach zaliczeniowych. W końcu, za którymś razem, Kolega Współpracownik dokumentujący je fotograficznie nie wytrzymał i zabronił mi w tych momentach się w nim pojawiać.
- Na wszystkich zdjęciach niczego nie widać, tylko dyrektora, a przede wszystkim tę wściekle pomarańczową plamę, która dominuje i wszystkie zdjęcia są bez sensu!
Zastosowałem się wtedy i przychodziłem ubrany kolorystycznie w miarę neutralnie.
Kilka dni temu, gdy robiłem czasowy i finansowy rekonesans u Krawcowej, ta się trochę dziwiła, że w sytuacji, gdy ona ma tylko dwa lub trzy zamki błyskawiczne o odpowiedniej długości, ich kolor jest mi obojętny. A były to róż, q-czerwony i zielony. Dzisiaj, gdy polar zobaczyła, przestała się dziwić.
- A wie pani, my tak z Żoną często zastanawiamy się nad pani pracą... - zawiesiłem głos. Trzeba powiedzieć, że odezwałem się dość odważnie widząc, jak jest zarobiona i jak szybko i intensywnie coś pruje. Na wszelki wypadek podparłem się Żoną, tą samą płcią, co Krawcowa, żeby zminimalizować jej ewentualną irytację.
Przestała pruć i spojrzała na mnie z pewną ciekawością. Mogłem bezpiecznie wypłynąć na szerokie wody.
- Bo często się zastanawiamy, sami robiąc wiele i przez lata wykonując różne zawody, czy istnieją jakieś prace, jakieś zawody, o których można byłoby powiedzieć, że są bezstresowe?... - A dlaczego nad pani pracą? - Bo w poprzednim miejscu zamieszkania, też jeździliśmy z różnymi rzeczami do krawcowej, tak jak do pani, i się zaprzyjaźniliśmy. - I tamta pani opowiedziała nam, że właśnie jej praca jest bezstresowa. - Przyjeżdża o 07.00, zamyka o 15.00, taki podobny warsztat do pani, i za pięć minut jazdy autem jest w domu. - Ma mnóstwo czasu na swoje inne życie, nigdy nie zabiera pracy do domu. - Co więcej, mogłaby warsztat krawiecki urządzić w nim, ale wyraźnie rozdzieliła życie zawodowe od osobistego. - Klienci są mili i zadowoleni, większość znajomych, bo to mała społeczność. - I, co najważniejsze, lubi to, co robi i daje jej to przyjemność i satysfakcję.
Pani przestała pruć, spojrzała na mnie uważniej i wzięła głęboki oddech.
- Bardzo lubię swoją pracę, a mieszkam tuż... - machnęła ręką na stojący obok blok. - Otwieram o 07.00, ale często, mimo że zakład otwarty jest formalnie do 15.00, siedzę do 16.00. - Z różnych racji dłużej nie mogę i często robotę zabieram do domu. - Nie mogę sobie pozwolić inaczej.
- To może brać mniej zleceń?...
- Nie mogę. - Ewentualnie jedyna dla mnie droga, to wydłużenie czasu wykonania...
Znowu nabrała oddech szykując się wyraźnie do najważniejszego.
- I ta praca mocno mnie stresuje.
Weszliśmy w inny obszar rozmowy, by na końcu dotknąć plotek. I oczywiście bardzo szybko doszliśmy do banalnej konkluzji, że prawie każda stresująca praca to ta, w której ma się do czynienia, mniej lub bardziej, z ludźmi.
- Wie pan, przychodzą, marudzą, gadają...
- Tak, jak ja... - wszedłem jej w słowo przymilając się.
Zbyła mnie sympatycznym machnięciem ręki.
- ... nie wiedzą, czego chcą, a na koniec mają pretensje. - Wie pan, kiedyś jednej pani oddałam całą kwotę za usługę, żeby się nie handryczyć, żeby mieć spokój, bo moje zdrowie ważniejsze.
- O, to pani tak, jak moje Żona! - Bo ja bym szedł na udry, ale ona często powtarza Po co?! Spokój i zdrowie najważniejsze!
- To była pani znana w Uzdrowisku, żona adwokata. - Dała do przeróbki kostium i przecież widziała w lustrze, jaki będzie ostateczny efekt, gdy wprowadzałam poprawki. - Przy odbiorze zarzuciła mi, że to nie miało tak być i zaczęła się ze mną wykłócać. - Bez słowa oddałam jej pieniądze. - Wie pan, kiedyś fryzjerka spaliła jej włosy i ta ją podała do sądu, i oczywiście sprawę wygrała. - Czy ja mam zdrowie i czas, żeby włóczyć się po sądach, nawet gdybym sprawę wygrała?...
- Ale to chyba dobrze, że ta fryzjerka spaliła włosy tej jędzy? - nie mogłem zachować powagi.
- Tego nie wiem... - pani zachowała ostrożność. A bo to wiadomo...
- To kiedy po odbiór. - wróciłem na ziemię.
- Za tydzień. - Zadzwonię.
- Płatność gotówką?
- Tak. - 35 zł, w tym zamek siedem.
Wychodząc życzyłem jej jak najmniej stresu w pracy
- I proszę pozdrowić Żonę! - usłyszałem. Zdarzyło się to pani w naszych kontaktach bodajże pierwszy raz.
Gdy wróciłem do domu, na podjeździe zastałem młodszą Niemkę przy jej aucie. Bagażnik dachowy typu trumna, po polsku nazywany box'em dachowym, był zdemontowany z relingów, dwie jego podpórki wisiały poza obrysem dachu auta, ale dwie spoczywały na dachu. Żeby mogły się tam znaleźć, musiały być po tym dachu przesuwane. Wiało grozą. Od razu zaproponowałem pomoc, czyli Ich werde Ihnen helfen. Pani pomoc przyjęła z wdzięcznością, a ja nie dopytywałem, co to za głupi pomysł z przerysowaniem lakieru dachu. Od razu też słuchała poleceń i bez szemrania poddała się mojemu dyrygowaniu, nie to co Polki i nie to co Żona, zwłaszcza. Bagażnik zdjęliśmy, a schody zaczęły się na schodach, bo pani chciała go wnieść na górę, na balkon. Bagażnik nie był ciężki, ale nieporęczny. Pani jednak dała radę. A zdjęła go, bo planowała wycieczki. Dzisiaj do Kłodzka. Wypytała mnie o miejsca parkingowe w centrum wyraźnie traktując mnie poważnie, jeśli chodzi o mój niemiecki, co było miłe z jednej strony, a z drugiej wiało grozą, bo nie mogłem do pytań się przygotować i musiałem odpowiadać ad hoc. Dałem radę informując, że w Kłodzku w centrum jest mało miejsc parkingowych, ale znalezienie ich nie jest niemożliwe.
Zaraz po I Posiłku niespodziewanie dla nas, ale i dla Pozytywnej Maryi zapewne też, ucięliśmy sobie 24. minutową pogawędkę. Wszystko przez to, że Pozytywna Maryja się pomyliła i nieopatrznie zadzwoniła do Żony, po czym błyskawicznie się rozłączyła. To Żona oddzwoniła. Pozytywna Maryja nie zmieniła się nic, a nic, mimo że przecież minęło 2,5 roku od momentu, w którym wyprowadziliśmy się z Wakacyjnej Wsi.
Na dodatek przez ten czas ze sobą nie rozmawialiśmy. Chwaliliśmy ją za pamięć, za szerokie słownictwo, za dowcip i za dystans do życia.
- W lutym przyszłego roku kończę 82 lata... - chwaliła się. - A przecież jestem po dwóch udarach... - To chyba nie jest źle?...
Też tak uważaliśmy, zwłaszcza że Pozytywna Maryja, jak za "starych czasów", nie dopuszczała nas do głosu. Gdy już uważaliśmy, że danego tematu mamy dość, wystarczyło przełożyć wajchę, czyli zadać pytanie na inny temat, a Pozytywna Maryja z marszu wchodziła w nowy i tak co mniej więcej 5 minut.
Uporządkowaliśmy sobie bieżącą wiedzę. Gruzin już nie jest z Gruzinką, która wróciła do swojej matki i z nią mieszka, również w Wakacyjnej Wsi.
- A ma jakąś nową babę? - zapytałem bez ogródek wiedząc, że to w jej przypadku zostanie odebrane normalnie.
- Panie Emerycie, a czy kot wyżywi się przy jednej dziurze? - pękała ze śmiechu. Zawsze na podorędziu miała stosowne porównanie, powiedzenie, czy przysłowie. I zawsze trafione.
(Wyrażenie "na podorędziu" ma etymologię związaną ze staropolskim "na dorędziu" i "na dordździu". Pochodzi ono od słowa orędzie, które dawniej miało znaczenie 'narzędzia; sprzętu; potrzeby'. Samo
słowo "orędzie" wywodzi się od prasłowiańskiego rzeczownika o(b)rądьje o
znaczeniu 'to, co służy do doglądania czegoś', a przekształcając się,
dało w polszczyźnie zarówno wyrażenie "na podorędziu" (czyli 'pod ręką, w
pogotowiu'), jak i dzisiejsze znaczenie słowa "orędzie" (jak np.
uroczyste oświadczenie, apel).
Gruzin zszedł z wagi 120 kg na 106.
- Je jakieś dziwne rzeczy. - Robi sobie szejki z warzyw, okropne i ohydne. - A warzyw w tym roku mieliśmy mnóstwo. - Samych główek czosnku 160, a chociażby fasoli pięć wiader pięciolitrowych. - Gruzin cały ogródek ogrodził przed psami, żebym ja miała tę moją radość. - To ogrodzenie kosztowało więcej niż te wszystkie warzywa, ale są własne, można zejść do ogródka i zerwać sobie co się chce. - Świeże i smaczne.
- A jak tam Temat Na Zdjęć?
- Panie Emerycie! - Szkoda gadać! - Co on tam zrobił! - Wszystko ogrodził betonowym płotem. - Wygląda to okropnie, jak obóz albo więzienie. - Od Rzeczki to samo. - Zadzwoniłam nawet do Sąsiada Muzyka i go zapytałam A co ty mu zrobiłeś, że odgrodził się od ciebie betonem? - A Sąsiad Muzyk przyjeżdża już teraz bardzo rzadko.
- Szkoda, że państwo wyjechaliście... - pożegnaliśmy się sympatycznie.
- Ty - zagadałem do Żony zaraz potem - nawet nie zauważyłem, kiedy Niemki wyjechały. - Wszystko przez rozmowę z Pozytywną Maryją.
- Ja myślę, że ty powinieneś założyć sobie taki zeszyt "gościnny" z rubrykami w twoim exelu. - "Data", "Godzina wyjazdu", "Dokąd", "Cel", "Godzina przyjazdu"... - Wtedy byłbyś szczęśliwy.
Po wszystkim obgadałem z Żoną mój potencjalny wyjazd do Metropolii na Święto Zmarłych, przepraszam, na Wszystkich Świętych. Optowałem za wyjazdem w piątek, 31. października, ale Żona kategorycznie się nie zgadzała. Nie pomogło moje tłumaczenie, że przecież nie będę prowadził auta, tylko pojadę autokarem.
- A jaka to różnica dla natężenia ruchu i dla jeżdżących oszołomów?...
Stanęło na tym, że pojadę 1. listopada, w sobotę, pociągiem. A pociąg, i nie omen nomen, Żona w pełni akceptuje. I jest spokojna, gdy Mąż nim jedzie.
To uruchomiłem maszynerię spotkaniową. Najpierw zadzwoniłem do Córci z informacją, że przyjadę i żeby przysłała linki do sensownych prezentów dla Wnuczki. Bo dla Wnuka-V sprawa jest prosta. On, jak każdy chłopak w jego wieku, zachowuje się niczym Henry Ford, czyli może być każdy prezent, pod warunkiem, że będzie to autko.
(Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byleby był to czarny. Any customer can have a car painted any color that he wants so long as it is black. (ang.) Opis: Cytat pochodzi z autobiografii z 1922 r. W rzeczywistości Ford T był dostępny w kilku różnych kolorach, a kolor czarny na początku nie był dostępny (artykuł o Fordzie T na angielskiej Wikipedii)
Potem rozmawiałem z Synem. Ucieszył się.
- O, tato, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będzie szansa na wspólne zdjęcie sześciorga wnuków z ich dziadkami!...
Niby ja i Żona I.
Uśmiał się, bo docenił fakt i jednocześnie miał dystans. Okazało się, że cała urodzinowa uroczystość Wnuczki odbędzie się w Sypialni Dzieci.
- Bo, tato, gdy sobie pomyślałam, że u mamy mamy :) się zmieścić w dziesięć osób, teraz jedenaście plus Rhodesian, to stwierdziłam, że Córce oddaję do dyspozycji nasz dom, a reszta uroczystości, w tym obiad, mnie nie obchodzi. - Synowa konkretnie mnie poinformowała, gdy do niej również zadzwoniłem.
Po południu poszliśmy na tatara do "nowo odkrytego" kulinarnego miejsca. Do Villi Uzdrowisko. Sam spacer był już odkryciem, bo tak "poważnie" nigdy się tam nie udawaliśmy. Wszystko było ok, w tym tatar, muzyka i obsługa, ale... Ale to jednak restauracja hotelowa, ze swoją specyfiką, czytaj, pustką w "normalnych " dla innych restauracji godzinach i, gdybyśmy się tam wybierali ponownie, to jednak w towarzystwie.
Od razu po powrocie poszliśmy z Pieskiem na spacer do Uzdrowiska Wsi. Piesek wyraźnie chciał i mu się należało.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki sezonu pierwszego serialu Nikt tego nie chce. Ostatnia scena była taką jednoznaczną, oczywistą, niby zdecydowanie zamykającą cały sezon i serial jednocześnie, ale dającą sprytnie możliwości nakręcenia sezonu drugiego, co realizatorzy skwapliwie wykorzystali. I właśnie ten sezon akurat się pojawił, więc będzie dalej co oglądać. Ku oczywistej uldze Żony.
ŚRODA (22.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
Planowo po dobrej nocy.
Po sprawnym porannym rozruchu (większość przygotowałem sobie wczoraj wieczorem) długo pisałem. Przed i po I Posiłku. A potem zabrałem się za sprzątanie naszego dołu. Jutro zaś dobiorę się do góry. Nadarzył się idealny pretekst. Otóż kilka dni temu zadzwonił Elektryk z pytaniem:
- A państwo nadal mieszkacie w tym swoim Uzdrowisku?
- Tak i bardzo się z tego cieszymy. - odpowiedziałem.
- To my byśmy do was przyjechali.
Przypomnę, że byli rok temu. Ustaliliśmy termin - 26-28 października, ndz- wt.
- Bardzo nam pasuje. - odpowiedział. - Przyjechalibyśmy w niedzielę pod wieczór, bo jeszcze sobie po drodze pozwiedzamy, a na poniedziałek wykupimy sobie wycieczkę autokarową.
Sprzątnąć więc trzeba. Byliśmy u nich w domu w czasach naszowsiowych, często z zaskoczenia, i zawsze panował tam taki porządek, że, cytuję Żonę, Jakby tam nikt nie mieszkał. Aż takich ambicji nie mamy, ale coś ogarnięte musi zostać.
Dopiero pod wieczór, po II Posiłku, mogłem na luzie poświęcić się onanowi sportowemu.
Wieczorem obejrzeliśmy połowę Czwartkowego klubu zbrodni. To amerykańska komedia kryminalna z 2025 roku. Lekka, ale jednak "tylko" z przebłyskami humoru. Czegoś brakowało mimo gwiazdorskiej obsady.
Sezon drugi serialu Nikt tego nie chce ma się pojawić na Netflixie jutro.
CZWARTEK (23.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
Po porannym rozruchu nie miałem co robić, więc zabrałem się niespiesznie za onan sportowy. Po I Posiłku sprzątnąłem dokumentnie naszą górę. A ponieważ na dworze było pięknie, to zaraz potem we troje poszliśmy na spacer. Tym razem wybraliśmy tę urokliwą willową część Uzdrowiska. Zaczyna się od Serca Zdroju. Przy okazji zaszedłem tam, żeby zobaczyć się z Saperskim Menadżerem i jeszcze raz jemu oraz całej ekipie podziękować za świetne przygotowanie zjazdu. Przy okazji opowiedział mi o jednym smaczku rozegranym w okolicach 02.00, gdy było już po balu i wszyscy udali się do swoich pokoi. Jeden z kolegów, nie wiadomo który, uparł się, że będzie puszczał muzykę, a dwie koleżanki z pokoju obok, też nie wiem które, wybijały mu to z głowy i chyba dopięły swego.
Na spacerze zeszło nam blisko dwie godziny. Ciekawe, że to się nie chce nam znudzić.
Po powrocie korespondowałem z koleżankami i kolegami ze studiów. Nadrabiałem często miesięczne zaległości.
Pod wieczór czatowałem na Niemki. Chciałem przekazać im dwie prośby. Żeby parkowały bliżej Klubowni, bo jutro przyjadą goście, którzy muszą zaparkować na pochyłości, ale poza tym to jednak w komforcie. I żeby w niedzielę, gdy będą wyjeżdżać, córka nie rysowała dachu auta, tylko zawołała mnie, żebym jej pomógł zamontować bagażnik, przepraszam box bagażowy. Oraz zadać jedno pytanie Wissen Sie, meine Damen, dass von Samstag bis Sonntag in Polen wir drehen die Uhr um eine Stunde zuruck? Ich weiss nicht, wie es in Deutschland ist.
Przyjechały tak późno, że sprawę musiałem odłożyć do jutra.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa pierwsze odcinki sezonu drugiego serialu Nikt tego nie chce. Druga połowa Czwartkowego klubu zbrodni została odłożona z racji swojej płaskowatości ad acta. Może kiedyś...
PIĄTEK (24.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Bez problemów.
Nie było co robić, więc zabrałem się za onan sportowy. A potem za opracowywanie kolejnej oferty hotelu z Kazimierza Dolnego. I nawet przed Niemkami zrobiłem swoją część w dolnym apartamencie.
Wybrałem się do nich już o 09.30. Pod strachem bożym, bo co prawda słyszałem, że już wstały, ale skąd miałem wiedzieć, w jakim porannym stanie je zastanę? Jak będą ubrane, a raczej nieubrane, czy będą po porannej toalecie, czy po niej, a najgorzej dla mnie byłoby, gdyby były w trakcie. Narodowość nie miała nic do rzeczy, liczyła się płeć. Poza tym miałem tak rano wtargnąć na ich terytorium, a to zawsze mogła być śliska sprawa. Żona, jako kobieta, czuła bluesa, a poza tym znając mnie czuła bluesa podwójnie i sugerowała, żebym wysłał smsa chcąc oszczędzić mi mąk i przykrych niespodzianek. Przykrych, bo ani chybi, zaskoczony, nie wiedziałbym, jak się zachować.
("Ani chybi" to przestarzały frazeologizm, którego etymologia wiąże się z połączeniem wzmocnionej partykuły przeczącej "ni" <w znaczeniu "ani", "nie"> i czasownika "chybić", który w dawnej polszczyźnie oznaczał "zawodzić", "opuszczać". Z czasem znaczenie to ewoluowało do współczesnego "chybić" jako "pudłować" lub "nie trafiać", ale w frazeologizmie pozostało pierwotne znaczenie "zawodny" lub "błędny", co doprowadziło do powstania znaczenia "bez wątpienia", "nieomylnie").
Zrobiłbym tak, gdyby moja znajomość niemieckiego mi na to pozwoliła. Ale wiedziałem przecież, że w trakcie rozmowy będę musiał posługiwać się rękami.
Wielką ulgę sprawił mi widok matki i córki siedzących już w kuchni przy kawie i machających do mnie żwawo, żebym wchodził. Przeprosiłem za najście. Wszystko sobie wyjaśniliśmy przy wybuchach śmiechu i luzu. Bo Niemki, przynajmniej te, tak mają. A więc córka miała przeparkować auto, żeby kolejni goście, ci dzisiejsi, mieli gdzie zaparkować. Przy okazji oświeciłem panie, że w Uzdrowisku płaci się 60 zł z dobę, 365 dni w roku. Matka zaznaczyła, że tak samo jest w... Berlinie. No, proszę!
Potem zapytałem, czy wiedzą, że w Polsce z soboty na niedzielę jest zmiana czasu i eine Stunde zuruck. Jednocześnie zaznaczyłem Ich weiss nicht, wie es in Deutschland ist? chociaż doskonale wiedziałem, że w Niemczech jest tak samo. Ale fajnie było porozmawiać i mieć satysfakcję, gdy rozumiałem, jak mi tłumaczyły, że w Niemczech jest tak samo. Potem powiedziałem im, że w niedzielę mogą wyjechać nawet o 14.00, na co one obie, na trzy cztery, tłumaczyły mi, że wyjadą o 10.00 -11.00, bo chcą jeszcze po drodze zrobić zakupy. Ale że dziękują. Na koniec moich spraw przypomniałem córce, że w niedzielę, przed wyjazdem, ma zadzwonić do naszych drzwi i ja przyjdę pomóc jej zamontować Koffer i żeby tego absolutnie nie robiła sama. Matka poczuwała się do wyjaśnienia, że ona jest zu niedrig i nie dosięga, a poza tym Koffer ist zu schwer. Córka poinformowała mnie, że Koffer to ona chce montować już w sobotę, żeby w niedzielę rano mieć wszystko fertig. Na koniec i ona miała do mnie sprawę. Poszła po smartfona i wyświetliła mi tekst po polsku: Gdzie mogę kupić wycieraczki do auta? I mimo że potwierdzałem, że Ich verstehe, kliknęła w coś i zdanie dodatkowo zostało przeczytane płynną polszczyzną. Pękaliśmy ze śmiechu. Mocno się zdziwiła, że na pobliskiej Tankstelle i upewniła się, że to Orlen.
- A jadą panie może do City?
Potwierdziła, że jutro. To zapewniłem, że tam na pewno kupią, gdyby tutaj nie było.
Bardzo sympatycznie. Nie zdążyłem dojść do domu i dobrze wyjrzeć przez okno w kuchni, gdy auto było już przeparkowane.
Zaraz po I Posiłku pojechaliśmy do City na zakupy. Sprawiliśmy się szybko mimo, że były rozszerzone o przyjazd Elektryka i Elektrykowej. Za to w poszukiwaniu zmywacza do hamulców straciliśmy sporo czasu. W końcu w jednym sklepie pan wyśmiał ten zmywacz i planowane przez nas zastosowanie i polecił specjalny środek do rozpuszczania żywic, smoły, itp. Kupiłem. 16 zł. Żona nie była zachwycona.
- Ja się tobie dziwię. - W życiu nie uwierzyłabym takiemu sprzedawcy, bo wiadomo, że on musi sprzedać, wcisnąć. - A przecież Nowy Mechanik na naszych oczach takim zmywaczem do hamulców usunął dwie plamy żywiczne... - Sto razy bardziej bym zaufała jemu, niż jakiemukolwiek sprzedawcy!
Akurat koło tego sklepu Żona wypatrzyła fajny szyld nad zakładem usługowym:
USŁUGI POGRZEBOWE WESOŁOWSCY
Obśmialiśmy się, a Żona przypomniała, że gdzieś w Polsce widzieliśmy kiedyś podobny o wyglądzie USŁUGI POGRZEBOWE WIOLETTA KONIEC.
Poprosiłem, żeby sfotografowała. W domu, w charakterze mema z dopiskiem Zbliża się 1. listopada..., wysłałem do wielu osób. Ciekawe były reakcje, jak również ich brak, dość dobrze opisujące charaktery danych osób. Zgadzało się to z naszym ich postrzeganiem.
Pisałem przy Zatecky'm, gdy Żona dostrzegła ten fakt.
- O, dzisiaj piwo... - A wczoraj?...
To wszystko w ramach delikatnego przypominania mi o detoksowych interwałach.
- Przedwczoraj piwo, wczoraj detoks, dzisiaj piwo, jutro detoks, a pojutrze Elektryk.
Ubawiłem Żonę. I ona, i ja wiedzieliśmy, że przy Elektryku musi pęknąć kilka kieliszków czegoś mocniejszego, co zapewne przywiezie.
Po II Posiłku siedziałem nad dwiema ofertami hotelowymi. Wszystkie dane spisałem bardzo porządnie i w takim samym stylu, żeby móc zacząć porównywać. Od liczb zaczęło mi się kręcić w głowie. Teraz będę wydzwaniał i pytał, bo w każdej ofercie są niejasności i wątpliwości. Ale jakiś obraz z przewagą jednej oferty zaczął mi się kształtować.
Pod wieczór zadzwoniło Krajowe Grono Szyderców. Na dzisiejszy dzień oboje wzięli wolne od pracy. U tego samego notariusza w Metropolii podpisywali dwie umowy kupna-sprzedaży. Najpierw gładko, bez żadnych numerów na ostatnią chwilę, sprzedali swoje mieszkanie. I zanim kupili nowe, przez blisko godzinę byli bezdomni, bo trwały procedury z drugą umową. Ta też poszła gładko. To teraz pozostał już pikuś, czyli wyprowadzki z wprowadzkami, określane straszącym słowem PRZEPROWADZKA. Powinno się udać w każdą stronę w listopadzie. Będzie się działo...
Ale już dzisiaj u nich wieczorem też się działo. Bo rodzice zaplanowali uroczyste zaakcentowanie tego faktu i jego podsumowanie. Kupili więc dla siebie szampana, a dla dzieci napój szampanopodobny, czyli "szampon", który Robaczki "od zawsze" lubiły migiem wyżłopywać. Zanim rodzice się rozpakowali i ogarnęli, dzieci wyżłopały swój "szampon" nie czekając na nikogo, co niezmiernie zirytowało Q-Zięcia. Więc zwrócił uwagę synowi A na dodatek przedtem miałeś nakarmić świnki!
Q-Wnuk się obraził, uciekł do swojego pokoju i się w nim zamknął. I tyle go widzieli. Zaczyna się. To już ten wiek... Ale trzeba przyznać, że z niego wyszedł, z pokoju oczywiście, gdy się dowiedział, że Babcia prosi, bo chce z nim porozmawiać. Głos miał jednak mocno obolały, z czym się wcale nie krył.
Wieczorem był cyrk z Pieskiem. Leżała na swoim dolnym legowisku i w swoim stylu miała na wszystko wywalone. A na pewno na wyjście na ogród, bo ciemno, zimno i padało. Poza tym to Państwo twierdzili, że jej się chce siku.
- Może ty do niej zagadaj, bo na mnie nie reaguje... - zaproponowała Żona.
Na mnie też nie reagowała, mimo przecież innego tembru głosu, ostrego i nieprzyjemnego, wyraźnie zdradzającego siłę i przywództwo. Ani drgnęła, a z łba spoczywającego na wałku legowiska spoglądały drwiąco na mnie dwa ślipia. Musiałem się imać drastyczniejszych metod.
- Berta! - zaszczekałem, nomen omen. - Komm hier, aber schnell!!!
To musiało zadziałać, skoro cała komenda idealnie konweniowała z jej niemieckim imieniem.
Zwlokła się powoli, czyli langsam i spokojnie zaczęła defilować koło Pana i wychodzić na taras.
- Masz tutaj kawałek wątróbki ... - usłyszałem tuż obok Żonę i za chwilę w dłoni poczułem kawałek. - Żebyś złagodził... - I pogłaskaj ją...
Nie dodała już Żebyś złagodził.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Nikt tego nie chce.
SOBOTA (25.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu siedziałem dwie godziny nad onanem sportowym. A potem pisałem.
Rano Córcia nas rozbawiła. Najpierw adekwatnie według nas (w gronie 50% respondentów) zareagowała na mojego wcześniejszego mema, a potem przysłała smsa:
- Rozmowa brata z siostrą. Wnuk-V: "Siostro, bo kolega z przedszkola (zmiany moje; pis. oryg.) to ma taką koszulkę z trexem i on wtedy tego bziuma tak wystrzelił!" Wnuczka: "a wiesz Bracie, a u mnie w przedszkolu dziewczynki mają takie lalki do kolorowania i ja im nie zazdroszczę tylko cieszę się ich szczęściem". Wnuk-V: "a ja się będę cieszyć swoim szczęściem i chcę taką koszulkę" :)
Po I Posiłku zacząłem czuć zgnuśnienie. I dotarło do mnie, że gnuśnieję tak od jakiegoś czasu. Przez onan sportowy, zasrany sport, bloga, a ostatnio przez kazimierzowskiego oferty. Bo prawie wszystko związane jest z laptopem. Spontanicznie więc wybyłem na zewnątrz, zwłaszcza że pogoda zapraszała. Najpierw zgrabiłem ścieżki, bo przez mokre, gnijące liście można byłoby lada moment się zabić, potem narąbałem szczapek i naniosłem bierwion i, żeby się nazywało, wykonałem jeszcze szereg pomniejszych czynności gospodarczych, by wreszcie przystąpić do dwóch głównych.
W szklarni wyrwałem z korzeniami połowę pomidorowych krzaków, które już absolutnie nie mogły niczego pomidorowego rokować. Przy okazji przyjrzałem się dość lichym korzeniom i to mi dało do myślenia. Być może przez dość liche ukorzenienie, które kłuło w oczy swoją lichością przy brutalnym wyrywaniu, dany krzak nie miał czym porządnie zasysać pokarmu i stąd się wzięły dość rachityczne bawole serca, jeśli w ogóle nimi były. Przy czym podstaw do narzekania jednak mieć nie mogłem, skoro jeszcze do tej pory korzystamy z pomidorków. Ale wnioski musiałem wyciągnąć. Po pierwsze w przyszłym roku obsypię za jakiś czas po posadzeniu dół krzaków ziemią, żeby miały dokąd wypuścić dodatkowe korzenie, a po drugie zamontuję jednak system nawadniania oparty na tym pocącym się wężu. Bo tegoroczny system, z konewki, albo z sieci, był na tyle brutalny, że wypłukiwał ziemię na granicy podłoża-łodygi i porządny system korzeniowy nie mógł powstać.
W kolejnej głównej czynności dobrałem się do milina amerykańskiego. Żona w zasadzie przez całe lato zabraniała mi się do niego dobierać, czytaj przycinać Bo to trzeba robić wczesną wiosną i wtedy on obficie kwitnie. Bydle więc swobodnie rosło tworząc olbrzymie baldachimy zasłaniające dwa okna w Bawialnym. Ale skoro latem, nawet tegorocznym, zimnym, jest nadmiar światła, to z perspektywy wnętrza wyglądało to urokliwie. Przestało pod jego koniec nie wspominając o jesieni i o zbliżającej się zmianie czasu, kiedy to światła będzie jak na lekarstwo. Dostałem zielone światło, nomen omen, żeby okna odsłonić. Zabrałem się do sprawy jak zwykle metodycznie i na 200%. W prześwicie dwóch okien po pracy nie dało się zauważyć choćby jednego milinowego listka. Raz tylko Żona zastukała w szybę z werbalnym przesłaniem Ale te kilka listków to zostaw, bo tak ładnie zwisają, więc z drugiej strony, z drabiny, się wydarłem Czy chcesz, żeby było ładnie, czy też, żeby łodygi wchodziły wszędzie, w tym w poszycie dachowe i niszczyły strukturę domu?! Nie chciała.
Wszystko to razem, ten fizyczny wysiłek i widoczny od ręki efekt, dobrze mi zrobiło.
Powoli zaczęło się ściemniać, a Niemek nie było. Nie wracały z wycieczki. A przecież dzisiaj mieliśmy zakładać box dachowy, za przeproszeniem. I gdy już stwierdziłem Po ciemku to na pewno nie będę z babą zakładał, wróciły. Więc z babą zakładałem za jasnego. A czy to Polka, czy Niemka, to jeden pies (nieadekwatne zróżnicowanie płci, ale tak chyba lepiej). Było 3x trudniej niż z chłopem. Z Polką byłoby x2, bo przynajmniej w 50% rozumiałaby, co się do niej mówi, a tutaj... Ale daliśmy radę i obie strony miały satysfakcję - ona, bo mogła bezpiecznie wracać do domu, ja że męsko podołałem, a poza tym stanąłem na wysokości zadania jako gospodarz.
Mogłem zjeść zasłużony II Posiłek. Kurczaka z piekarnika. Żona już drugi raz zastosowała swoją metodę i drugi raz wyszedł, nomen omen. Uplasował się w kategorii najlepszych.
Pod wieczór poszliśmy we troje na spacer do Uzdrowiska Wsi. Po powrocie trochę zakrzątnąłem się wokół onanu sportowego, by zaraz potem udać się na górę, na czytanie książki.
Gdy przyszła Żona, obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Nikt tego nie chce.
No i dzisiaj wstałem o 05.50 "nowego" czasu.
Czyli o 06.50 "starego". Ale już wcześniej organizm nie chciał się dać zrobić w balona i się obudził precyzyjnie o 05.00, czym mnie rozśmieszył, bo doskonale wiedział, że to jest przecież 06.00. Przymusiłem go jednak, żeby jeszcze 50 minut leżał w ramach adaptacji do "nowego" czasu. Poza tym co niby miałbym robić już o piątej rano?
Gdy zszedłem na dół, trzy zegary bateryjno-mechaniczne, nie poddające się zewnętrznemu automatycznemu sterowaniu, pokazywały "stary" czas. W końcu zabrałem się za nie, bo jednak wprowadzały element (emelent) zamieszania. I ze zgrozą rozważaliśmy z Żoną przykry, dzisiejszy popołudniowy moment, kiedy to bardzo wcześnie zapanuje ciemnica i zastanawialiśmy się, kiedy w końcu skończy się ta archaiczna szopka. W pewnej ankiecie 87% biorących w niej udział było przeciwnych zmianom czasu, 10% optowało za (ciekawe), a 3% nie miało na ten temat zdania.
To wszystko nie zmieniło moich przyzwyczajeń i od rana(?) siedziałem nad onanem sportowym.
Ku mojemu zdziwieniu Niemki pakowały się już o siódmej nowego czasu. A wyjechały o 09.20. Okazało się, że owszem jadą do domu ze zrobieniem zakupów po drodze, ale do Berlina, i dziwiły się tak, jak ja, zresztą, skąd wziąłem ten Cottbus. Długo i z humorem się żegnaliśmy Bis nachstes Jahr.
Uzdrowisko im się bardzo podobało i świetnie spędziły czas. Chwaliły się ostatnim pysznym(!) obiadem - kluski śląskie, przy czym dały radę przebrnąć przez "kluski", a przy słowie "śląskie" pękały ze śmiechu. Ale to było nic przy mit Gulasch. Co tylko powiedziałem "z gulaszem" bawiły się świetnie.
I oczywiście zatrzymaliśmy się nad niuansami i specyfiką dwóch języków - polskiego z jego ś, ź, dź, dż, sz, cz, rzy, szczy i niemieckiego z jego umlautami.
Wyjechały prawie natychmiast potem, gdy powiedziałem, że według starego czasu byłaby 10.20 i Ich habe Hungar. Mało subtelnie, ale one od początku miały fajny stosunek do spraw i z niczego nie robiły problemu.
Godzinę później wyjechali ci młodzi z dołu. Od początku tacy starzy maleńcy. Ja ich oceniałem na 28 lat, Żona na spokojne 30 z tendencją "więcej". Mogła mieć rację. Przy pożegnaniu wcale się im nie spieszyło. Ona okazała się być inżynierem budownictwa i pracowała w pracowni projektowej. Przy okazji dowiedziałem, że teraz na tym kierunku zdecydowanie dominują dziewczyny. Gdzie te moje czasy, gdy na takim zdarzała się jedna, dwie?...
On pracował w branży "artystycznej", cokolwiek to miało znaczyć. Tworzenie reklam i filmów z wykorzystaniem grafiki komputerowej. Musiałem wspomnieć o Szkole oczywiście. Cztery lata mieszkał w Metropolii, którą uważa za jedno z piękniejszych miast w Polsce. Ubawił mnie nieźle, gdy bardzo poważnym głosem wypowiedział kwestię:
- Ale wie pan, to takie miasto dla młodych, studentów... - Dużo klubów i dyskotek, a ja raczej jestem domatorem.
Może taki Wnuk-II?... A może Wnuk-II taki, jak on?
Od razu zabraliśmy się za przygotowanie dolnego apartamentu dla Elektrykowej i Elektryka. Niezmęczony wykorzystałem pałer, jaki miałem w sobie i starłem z mebli i z różnych takich kurze na naszym dole. Po sprzątnięciu podłóg cały czas mnie uwierały.
Potem zrobiłem sobie przerwę na onan sportowy i na pisanie. I wreszcie mogłem się odgruzować na 45%. W końcu mieli przyjechać goście, szczególni, bo znajomi.
Przyjechali o 16.30. Przy powitaniach przy aucie od razu otrzymaliśmy prezenty - dwie wytłaczanki jaj z własnej hodowli, słoik suszonych grzybów W tym roku w ogóle nie było grzybów!, flaszkę Finlandii i butelkę wina. Pomijając, że było to bardzo miłe i, powiedziałbym, oczywiste, bo to taka kultura, to jeszcze zabawne. Bo prezenty były dedykowane - ja dostałem do rąk własnych Finlandię, Żona resztę. Bo to taka kultura i zwyczaje.
Daliśmy sobie 10 minut luzu, żeby goście mogli się ogarnąć. Oni zapraszali nas do knajpy na obiad, a my mieliśmy wybrać lokal. A jaki lokal mogliśmy wybrać, jeśli nie Lokal z Pilsnerem II?
Było bardzo sympatycznie. Gdy udawało się dopuścić ich do głosu, wiele dowiadywaliśmy się o ich życiu. A potem jeszcze więcej w Tajemniczym Domu, w salonie, bo aura zacisza domowego, światło, muzyka, Finlandia i cydry temu sprzyjały. No i cóż? To co zwykle - życie jest takie pokręcone u każdego człowieka, a jeszcze bardziej, gdy sprawy obracają się wokół rodziny, tej najbliższej i dalszej, która też potrafi dać nieźle w kość.
Spać poszliśmy o 23.30.
Dzisiaj o 20.32 odpisała Texanka. Zareagowała na mojego maila (odezwałem się po ponad miesięcznym milczeniu), w którym prosiłem (...) może sypniesz garstką informacji z dalekiego świata?
To sypnęła. Cytuję w całości, tylko z moimi koniecznymi zmianami. W resztę zupełnie nie ingerowałem, bo bym zepsuł charakter i klimat wypowiedzi.
Emerycie i Żono, dziękuję bardzo za tak wspaniale zorganizowany zjazd, zebranie fotografii . Fizycznie nie byłam a po obejrzeniu zdjęć i rozmowach z koleżankami czułam się jakbym była na miejscu. Plik zdjęć dostałam od Kolegi Plastyka i podziękowałam mu osobiście rozmawiając na WhatsApp również z jego żoną. A jakie tu wiadomości z"dalekiego świata"??? Zwykła codzienność; wstajemy o 6-ej, karmię dwa koty, wychodzę po ciemku na mój szybki marsz, śniadanie, zajęcia koło domu itp.... Pogoda tu letnia nie to co piękna jesień w Uzdrowisku. Wczoraj była burza i kilka godzin nie mieliśmy prądu... Houston Texas stolica energii a tu 150000 bez prądu. W mojej okolicy bywa to raz na kilka lat dlatego nie kupujemy generatora. Inne osobiste wydarzenie to urodziny męża ; skończył 86 lat. Podobnie jak Ty Emerycie to weteran "walki z komunizmem". Zwykłe urodzin nie obchodzimy hucznie ale tym razem bylismy we włoskiej restauracji Olive Garden. Zawsze to coś z Europy bo mamy dość potraw texaskich, meksykańskich i tzw. tex-mex. W domu żywimy się po polsku ale mniej tłusto. W polityce nic nowego; rząd zamknięty ale nigdzie tego nie widzę; poczta działa, wojsko pensje dostaje,emerytury dostajemy w terminie....Podobno to okazja do cięcia rządowej biurokracji .No to tyle mojego bazgrania, zdecydowanie wolę rozmawiać a jedynie mogę przez WhatsApp.Pozdrawiam serdecznie i ściskam Was oboje. Texanka
PONIEDZIAŁEK (27.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.40. Chciałem o 07.30, ale nie dało rady.
Od razu spieszę przypomnieć, co było osiem lat temu. Nieodmiennie mnie to wzrusza i zastanawia. Żeby już tyle czasu?... Tedy rozpoczynam 9. rok pisania.
27.10.2017 - pt
Mam 66 lat i 328 dni.
No i wyjechałem dzisiaj do naszej Metropolii.
W Naszym Miasteczku na dworzec pojechaliśmy taksówką, bo padał deszcz. Za całe 10 zł. Mieliśmy iść piechotą, raptem 20 minut, no ale siła wyższa. Fatalnie by się jechało prawie 7 godzin (z przesiadką) siedząc w mokrych ciuchach. No i przeziębienie pewne. Znam swój organizm i się go słucham.
- Ale nie zgub czapki, proszę! - mówi na dworcu Żona patrząc na mnie podejrzliwie.
Nie wiem, dlaczego Jej się to tak utrwaliło, bo raptem zgubiłem do tej pory dwie Święte Czapki (mam jeszcze parę rzeczy Świętych), a teraz mam trzecią, taką samą, jak poprzednie.
- A torbę masz zamkniętą?! - to za jakiś czas. Znowu patrzy na mnie ze zgrozą w oczach i podejrzliwie bez próby ukrycia i kamuflażu (a ja wszystko czytam z Jej oczu), że zwraca się do mnie z lekkim obrzydzeniem, jak do półgłówka, a zgroza bierze się stąd, że jest nim chyba Jej mąż. I nie czekając aż Jej odpowiem, zagląda mi przez ramię, żeby się przekonać.
- Kotku, a trafisz z powrotem do domu?! - pytam z czułością i bez aluzji. Wiem, że wraca piechotą, a wystarczy obrócić Ją dwa razy wokół własnej osi, żeby szła w przeciwnym kierunku.
Wieczorem, już w Nie Naszym Mieszkaniu w Metropolii, urządziłem sobie NBM - Nieokrzesany Bal Murzynów! Niezwłocznie udałem się do osiedlowych delikatesów i kupiłem podstawowe rzeczy.
Na kolację "zrobiłem" sobie dwie parówki(!) na gorąco, jedną bułkę(!) posmarowaną masłem(!) i do tego 2,5 kieliszka Luksusowej(!). Co za pierwotne, proste i prymitywne smaki!
Zrobiłem zdjęcie "zastawionego" stołu i wysłałem Żonie, żeby nie było, że się czaję.
Aha, wykrzyknikiem zaznaczyłem to, czego nie powinienem jeść i/lub pić.
Dzisiaj Bocian wysłał tylko jednego smsa.
Mam 66 lat i 328 dni.
No i wyjechałem dzisiaj do naszej Metropolii.
W Naszym Miasteczku na dworzec pojechaliśmy taksówką, bo padał deszcz. Za całe 10 zł. Mieliśmy iść piechotą, raptem 20 minut, no ale siła wyższa. Fatalnie by się jechało prawie 7 godzin (z przesiadką) siedząc w mokrych ciuchach. No i przeziębienie pewne. Znam swój organizm i się go słucham.
- Ale nie zgub czapki, proszę! - mówi na dworcu Żona patrząc na mnie podejrzliwie.
Nie wiem, dlaczego Jej się to tak utrwaliło, bo raptem zgubiłem do tej pory dwie Święte Czapki (mam jeszcze parę rzeczy Świętych), a teraz mam trzecią, taką samą, jak poprzednie.
- A torbę masz zamkniętą?! - to za jakiś czas. Znowu patrzy na mnie ze zgrozą w oczach i podejrzliwie bez próby ukrycia i kamuflażu (a ja wszystko czytam z Jej oczu), że zwraca się do mnie z lekkim obrzydzeniem, jak do półgłówka, a zgroza bierze się stąd, że jest nim chyba Jej mąż. I nie czekając aż Jej odpowiem, zagląda mi przez ramię, żeby się przekonać.
- Kotku, a trafisz z powrotem do domu?! - pytam z czułością i bez aluzji. Wiem, że wraca piechotą, a wystarczy obrócić Ją dwa razy wokół własnej osi, żeby szła w przeciwnym kierunku.
Wieczorem, już w Nie Naszym Mieszkaniu w Metropolii, urządziłem sobie NBM - Nieokrzesany Bal Murzynów! Niezwłocznie udałem się do osiedlowych delikatesów i kupiłem podstawowe rzeczy.
Na kolację "zrobiłem" sobie dwie parówki(!) na gorąco, jedną bułkę(!) posmarowaną masłem(!) i do tego 2,5 kieliszka Luksusowej(!). Co za pierwotne, proste i prymitywne smaki!
Zrobiłem zdjęcie "zastawionego" stołu i wysłałem Żonie, żeby nie było, że się czaję.
Aha, wykrzyknikiem zaznaczyłem to, czego nie powinienem jeść i/lub pić.
Dzisiaj Bocian wysłał tylko jednego smsa.
Dzisiaj (pn, 27.10) rozruch był normalny. Z tą różnicą, że i Żona, i ja, byliśmy głęboko przeświadczeni, że to niedziela. No bo kiedy przyjeżdżają do nas goście?... Na weekend. A skoro tak... Do rzeczywistości pomogli nam wrócić śmieciarze ze swoim charakterystycznym łomotem i... dmuchacze.
Elektryk i Elektrykowa na wycieczkę wyjechali już o 09.00. Wczoraj nie dali się namówić na wspólne śniadanie u nas. Chcieli od razu wyjechać w Kotlinę Citizańską, pojeździć wokół komina i czas spędzić po swojemu. Tedy Żona siedziała przy swoim 2K+2M, a ja przy onanie sportowym.
W końcu zabrałem się za pisanie. Musiałem być z publikacją gotowy grubo wcześniej, bo po południu szykowało się kolejne wyjście we czworo w Uzdrowisko.
A potem rozmawiałem z dwoma kazimierzowskimi hotelami dopytując o szczegóły. Oba doślą mi jeszcze brakujące dane.
Elektryk i Elektrykowa wrócili z wycieczki przed piętnastą. Umówiliśmy się, że o 16.30 wyruszymy do Stylowej. Tym razem zapraszaliśmy my.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił pięć razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 15.46.
I cytat tygodnia:
Dwóch ludzi patrzyło zza krat więziennych. Jeden widział błoto, drugi gwiazdy. - Dale Carnegie (amerykański pisarz z zakresu psychologii i historii. Specjalizujący się w książkach z zakresu samorozwoju oraz umiejętności interpersonalnych).