06.10.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 307 dni.
WTOREK (30.09)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Czas był szykować się do powrotu do Polski. Ale zanim...
W piątek, 26.09, wybierałem się jeszcze do Hamburga.
Na uzdrowiskowy, paskudny dworzec, poszedłem sam. Żona nie mogła mnie odprowadzić, bo mieli przyjechać kolejni goście. Okazała się nimi być młodziutka para, bez auta, z plecakami.
- Miałbyś kogo przepytywać... - napisała mi w smsie.
To przepytałem ją. Oczywiście nie wiedziała, skąd przyjechali, czym się zajmują i ile mają lat.
Autobus przyjechał z szesnastominutowym opóźnieniem. Zabawne było to, że sporo pasażerów wysiadło w City, a do Metropolii jechało tylko pięć osób i nikt po drodze się nie dosiadał. Taka duża taksówka. Na przedmieściach od razu wpadliśmy w potężny korek, który od razu zabrał mi siły i nadzieję, że zdążę na pociąg jadący w pobliże Sypialni Dzieci, skąd miał odebrać mnie Syn. Następny miał być za ponad godzinę. Kierowca, Ukrainiec, się jednak znalazł i ryknął na cały autobus, czy ktoś z nas po drodze wysiada na kilku przypisanych kursowi przystankach, czy też wszyscy jadą na końcowy. Wszyscy odryknęli (odryczeli?), że na końcowy. Dzięki temu w sobie tylko znany sposób pojechał inną trasą zyskując cenny czas na tyle, że na peronie byłem 8 minut przed odjazdem pociągu. Mówiłem, że duża taksówka.
Zmiana planów nastąpiła ze strony... Syna. Początkowo przed wyjazdem w sobotę rano po Brata miałem nocować u Wnuków, ale Synowa stwierdziła, że to jest bez sensu. Dzisiaj więc Syn miał mnie odebrać na dworcu i stamtąd mieliśmy od razu jechać do Rodzinnego Miasta i tam nocować. W międzyczasie Syn zrobił z tego układ hybrydowy, czyli Tato przyjedź pociągiem w pobliże Sypialni Dzieci, ja cię odbiorę, bo wcześniej nie dam rady i pod wieczór pojedziemy do Rodzinnego Miasta. A wszystko przez to, że Dacia, którą mieliśmy jechać nie miała jakichś papierów, czy coś takiego. Syn więc spędził w różnych urzędach trzy godziny. Sumarycznie dobrze zrobił, bo policja niemiecka bardzo nie lubi aut i kierowców, którzy nie mają stosownych dokumentów.
Z kolei Dacia, która zostawała i którą miała posługiwać się Synowa, nie miała ważnego przeglądu rejestracyjnego. Więc kolejne dwie godziny w plecy. Nie chciałem złośliwie oczywiście i głupio jeszcze oczywiściej dopytywać, czy nie można było tego zrobić wcześniej, żeby nie usłyszeć Tato, ty niczego nie rozumiesz!... Gdybyś miał czworo dzieci... Syn się jednak poczuwał do jakichś tłumaczeń, bo mi wyjaśnił, że są priorytety i priorytety. Głupio mi się wydawało, że w kontekście wyjazdu i konieczności używania dwóch aut formalności z nimi związane były całkiem niezłym priorytetem.
Wpadliśmy na chwilę do Sypialni Dzieci, bo chciało mi się siku. Zasugerowałem Synowi, że zrobię w krzakach i będziemy mogli wyruszyć w podróż, ale nie przeszło. W domu wszyscy na nasz widok się mocno zdziwili. Przez krótki pobyt mogłem się zachwycić fryzurami trzech Wnuków, dzięki którym wyprzystojnieli. U Wnuka-II w tej kwestii nic się nie zmieniło. Pióra mają długość 40-50 cm I tak ma być! Wyszło też, że wszyscy z wyjątkiem Wnuka-IV są wyżsi od dziadka, ale przecież i to za chwilę się zmieni. I bardzo dobrze, bo ten wzrost siedzącego psa...
U Brata byliśmy o 19.00. Podróż przebiegła bez żadnych problemów. Ponieważ kolega Brata zastępował go w pracy od 16.00 do 22.00, jak się okazało, to był czas na wszystko. Na posiłek, piwko, oglądanie meczu metropolialnej drużyny i na gadki. Gadki polegały na tym, że w 98% nadawał Brat.
Spaliśmy już o 23.00. Syn "u mnie" po dopilnowaniu eksmisji kotów, ja "u Brata".
W trakcie oglądania meczu udało się wyjaśnić i ustalić jedną rzecz. Konfliktów Unikający dopytywał się o jutrzejszy półfinał Polska-Włochy, więc mu wyjaśniłem, że mecz od 12.30 będę oglądał w wielkim komforcie, bo w czasie jazdy do Hamburga siedząc z tyłu. Syn na swoim smartfonie przy współpracy z Żoną zalogował się na Polsacieboxgo, więc mogłem odrzucić fakt mojej wcześniejszej pokory i pogodzenia się z losem, że meczu nie obejrzę.
W sobotę, 27.09, wstałem trochę przed 08.00. Syn nadal spał.
Ledwo wyszedłem z łazienki, gdy z pracy wrócił Brat. Bardzo się zdziwił, że ja się dziwię, że już jest. To że wczoraj ileś razy tłumaczył, że nie będzie wcześniej niż 09.00, bo musi Siostrze kupić świeżutkie pieczywo i odebrać dla niej jakieś zamrożone mięso, poszło w niepamięć. Paranoja, nie można normalnie.
Wypiliśmy kawy, zjedliśmy jajecznicę zrobioną przez Brata, wszystko z nastawieniem, aby wyjechać o 10.00. Udało się przed 11.00, a już całkowicie w trasę spod Biedronki (kupiłem 7 czteropaków dla Siostrzeńca) o 11.14. Z "opóźnienia" nie robiliśmy problemu, chociaż było wiadomo, że do niego przyczyniły się gadki Brata. To znaczy było wiadomo dla mnie i dla Syna.
O 12.30 zacząłem oglądać mecz Polska - Włochy. Na fotelowym pulpiciku ustawiłem sobie smartfona Syna, założyłem jego profesjonalne słuchawki połączone bluetoothem i mogłem oddać się emocjom.
A te były żadne. Graliśmy bez wiary, ognia i iskry. Nie wiadomo dlaczego. Może przez nieobecność kontuzjowanego Kurka. Przegraliśmy 0:3. Oczywiście cały czas byłem w kontakcie z Konfliktów Unikającym, ale też z Synem, któremu co jakiś czas podawałem wynik.
Słuchawki uratowały mnie przed Bratem. Gdzieś z oddali słyszałem non stop jego przytłumiony głos. A jeśli mówię non stop, to wiem, co mówię. Nie miał żadnego umiaru. A to nie mogło się dobrze skończyć, zwłaszcza że zaraz za granicą wpadliśmy w ponad godzinny korek, więc frustracja kierowcy rosła. Jej apogeum nastąpiło na stacji paliwowej, na której się zatrzymaliśmy, bo musiałem do toalety.
Syn skorzystał z okazji, żeby wyprostować kości i żeby uwolnić się chociaż na chwilę od stryja. Zrobił jednak błąd, bo poszedł przed maskę auta, zamiast zajść je od tyłu. Nagle usłyszał otwierane drzwi i jego głos A nie wiem, czy ci mówiłem...
Gdy obaj wsiedliśmy z powrotem, tylko chwilę trwało moje zdziwienie, że Syn nie rusza. I zaraz potem nastąpił wybuch. Syna w takiej akcji nie widziałem. Klasyczne zachowanie choleryka. Przez całą drogę mu się zbierało i zbierało. Zamiast dość szybko powiedzieć, na przykład Wujek, ale możesz teraz zrobić przerwę, bo zaczynam być zmęczony i boli mnie głowa od tego twojego gadania tak, że chyba nawet Brat by to zrozumiał, to czekał, czekał i ta kropelka postojowa przepełniła czarę goryczy. Działa były wytyczone najcięższe z możliwych, a kanonada słowna trwała pełną minutę, przy czym raczej był to cud techniki wojskowej, bo słowa wypadały z prędkością karabinu maszynowego. Brat oczywiście umilkł, ale za chwilę sytuacja się rozładowała, gdy upewnił Syna, że będzie milczał, a jeśli będzie chciał coś powiedzieć, to zapyta, czy może się odezwać.
Dalsza podróż przebiegła bez afer. Zatrzymywaliśmy się jeszcze dwa razy.
Raz na posiłek. Brat musiał zagadać do młodej Niemki siedzącej przy sąsiednim stoliku.
- Zgrabne to autko (Mini Cooper - wyjaśnienie moje)... - Musi mało palić?...
- A nie, bo już jest stare. - śmiała się.
Ta odpowiedź go ośmieliła i uznał ją za zachętę, żeby bezceremonialnie się dosiąść. Nie miała nic przeciwko temu.
Potem nam opowiadał, czego się dowiedział. Otóż pani studiowała kosmetologię i wracała do domu (Brat podał nazwę miejscowości).
- To może ja już pójdę, bo, gdy wróci pani przyjaciel, będę miał kłopoty.
- Ale ja nie mam przyjaciela, jestem samotna...
Oczywiście pękaliśmy ze śmiechu.
Drugi raz na tankowanie.
Przed blokiem Siostry byliśmy o 19.00. Wymęczeni. Natychmiast zrobił się straszny młyn, bo oprócz chaotycznych powitań trzeba było przerzucić z auta do domu dziesiątki toreb. Brat kupił różnych specyficznych wiktuałów na kwotę 1000 zł. Dobrze, że udało się zaparkować w miarę blisko wejścia do budynku. W drodze do windy i w niej wyglądaliśmy jak grupa Cyganów. Ale tam, w Hamburgu, z powodu wielokulturowości nikt niczemu się nie dziwi.
Siostra od razu poczęstowała nas zupą "chorwacką", pyszną, a potem we czworo rozmawialiśmy. Gdy używam słowa "rozmawiać", to nigdy ono nie oddaje swojej treści i znaczenia w kontekście Brata i Siostry. Tu akurat prym wiodła Siostra, co można było zrozumieć, skoro w Hamburgu z Synem nie byłem od 1996 lub 1997 roku (wtedy z Siostrą i z ciotką się nie widzieliśmy), skoro w jej nowym mieszkaniu (dwa pokoje, wiatrołap, przedpokój, kuchnia, łazienka, spiżarnia i loggia, ósme piętro, wejście z galerii) byliśmy po raz pierwszy i skoro nie widzieliśmy się bodajże dwa lata. Nie wiem, co mi odbiło (Pilsner Urquell ? - czteropak przywieziony z Polski), ale nie byłem w stanie odpuszczać jej i przemilczać różnych wypowiadanych przez nią bzdur, nieścisłości, przekłamań i niewiedzy. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko zaczęła reagować na mnie alergicznie i nawet w sumie normalne moje uwagi czy zwyczajne pytania spotykały się z jej strony z ponadwymiarową agresją. W momencie, gdy zaczęło docierać do mnie, że przeginam, Syn zwrócił mi uwagę na to, co wyprawiam. A zrobił to przy ciotce wiedząc, że ona naszego dialogu i tak nie usłyszy zajęta swoim kolejnym wywodem. Przyznałem w jego trakcie Synowi rację, że nagle zrobiło mi się głupio, że już mam kaca moralnego, że postępuję idiotycznie i że daję sobie spokój.
Sytuacja wróciła do jakiej takiej równowagi, a całkowicie się znormalizowała, gdy przyjechał Siostrzeniec. Przywiózł dwie córki - dwudziestolatkę ze swoim chłopakiem (środkowym napastnikiem w drugoligowej niemieckiej drużynie, ponoć bramkostrzelnym) i czternastolatkę.
Najstarsza, dwudziestosześciolatka z mężem mogła się z nami zobaczyć dopiero jutro. Żony Siostrzeńca nie było. Miała wrócić z ... Polski, od swojej rodziny, dopiero wieczorem w poniedziałek. Córki nie mogły mnie pamiętać, skoro byłem w Hamburgu grubo przed ich urodzeniem, a w Polsce też się nie spotkaliśmy.
Było wesoło, ale oczywiście gros wspomnień dotyczyło Ojca i różnych sytuacji z nim związanych. To takie traumatyczne. W całej szerokiej rodzinie tylko Siostra, Brat, ja, Siostrzeniec (wychowywany dwa lata przez dziadków, gdy matka uciekła do Niemiec) i Syn (wystarczył tydzień samodzielnego pobytu u dziadków) bez żadnego tłumaczenia wiedzą, o czym się mówi. Pozostałym osobom, nawet autentycznie zainteresowanym, osoba Ojca i jego postępowanie są nie do wytłumaczenia. No może z wyjątkiem Modliszki Wegetarianki, której Ojciec był, zdaje się, w podobnym sznycie, jak mój.
Umówiliśmy się, że jutro wszyscy przyjdziemy na 14.00 na obiad do Siostrzeńca. Siostra miała przygotować żeberka, a resztę, ziemniaki i surówkę, miał zabezpieczyć gospodarz.
Kładliśmy się spać przed północą. Syn dostał oddzielne łóżko w sypialni, a my we troje spaliśmy w dużym pokoju praktycznie na jednym. Taka sytuacja miała ostatni raz miejsce w domu rodzinnym w 1968 roku, w roku, w którym udało mi się prysnąć na studia. Rodzeństwo zostało. Ile to lat temu? Pięćdziesiąt siedem?
W niedzielę, 28.09, wstałem o 09.00. Podobnie jak reszta chłopów. Siostra krzątała się w kuchni już od 07.00. Ona oraz Syn poranek mieli umilony w specyficzny sposób. Bo nagle w okolicach 06.00 rozległy się z dworu jakże przyjazne dla polskiego ucha wrzaski Halt! Hände hoch! Halt! Hände hoch! oraz przyjemniejsze Show your hands! Show your hands! wsparte strzałami z broni krótkiej z zastosowaniem, zdaje się, ostrej amunicji. Zdaje się, bo zaciekawiony Syn wyszedł do loggii, ale błyskawicznie się wycofał widząc krótkie błyski połączone z hukiem wystrzałów.
- Nie były to ślepaki, bo się znam... - Gdyby jakiś rykoszet...
Ja z Bratem niczego nie słyszeliśmy(?). Dopiero za jakiś czas Siostrzeniec przysłał wiadomości. Policja niemiecka zrobiła nad ranem nalot na narkotykową dziuplę i dopadła kilku przestępców, w tym dwóch Polaków. Na zdjęciach, oprócz skutych jegomości, widniały różne akcesoria im przypisane, między innymi siekiera. Od razu się wzruszyłem, bo musiała należeć do któregoś z rodaków.
Polska to jednak zaścianek. Wystarczyło pobyć na Zachodzie niecałe pół doby i proszę...
Dzień zaczęliśmy zgodnie od kaw i od gadek, bo tego w tym gronie nigdy dużo. Po czym Siostra zrobiła śniadanie, a Syn znowu puścił mi transmisję siatkarskiego meczu, tym razem o III miejsce pomiędzy Polską a Czechami. Oglądałem drugą część bez żadnych emocji. Wygraliśmy 3:1, ale znowu graliśmy bez iskry i bez ognia.
I pomyśleć, że kiedyś za taki wynik na mistrzostwach świata dałbym się pokroić.
Syn wybrał się do kościoła.
- A nie możesz pójść jutro? - zapytała Siostra, która wcześniej ze sporym autorytetem, gdy staliśmy na galerii, tłumaczyła, którędy do kościoła dojść i że jest na pewno katolicki.
- A jutro jest niedziela? - zapytał Syn i Siostra natychmiast się przytkała. Ja zaś nie.
- A dla Boga to jaka różnica?... - zapytałem patrząc mu prosto w oczy, ale nie dał się sprowokować.
Wrócił, gdy Brat był już chyba po dwóch Becksach, ja zaś przymierzałem się do pierwszego (Siostra zrobiła spory zapas). Kościół okazał się być ewangelickim, na dodatek był zamknięty.
Brat się uparł, że musi obejrzeć ligowy mecz drużyny z Rodzinnego Miasta. Syn znowu wszystko zaczarował, połączył się z dużym monitorem i obaj oglądaliśmy przy Becksach, on zaś przy herbacie. Siostra robiła żeberka.
Brat w okolicach 13.30 zbył moją uwagę, że czas byłby zbierać się do Siostrzeńca, skoro tak się umówiliśmy.
- A co się stanie, jeśli przyjdziemy później?...
Oczywiście Siostrzeniec zadzwonił... do mnie. Oddałem telefon Siostrze, bo co ja tu mogłem. Gadki były ważniejsze!
Ostatecznie udało się dotrzeć o 16.00. Siostra zrezygnowała z pójścia i nawet się jej specjalnie nie dziwiłem. Trzynaście minut spacerem, u niej dwa razy tyle, a poza tym chyba nie czułaby się dobrze w domu swojego syna. Brat niósł torbę z żeberkami i z mizerią, która w pewnym momencie stała się punktem zapalnym, więc, żeby uniknąć bzdetnych dyskusji, zrobiłem ją sam. Ja zaś i Syn targaliśmy pierońsko ciężkie czteropaki dla Siostrzeńca.
Obiad potoczył się gładko. Ja słowem się nie odezwałem i głupio nie dociekałem Ale te ziemniaki są podgrzane w mikroweli, co było prawdą. A jak miały być pogrzane, skoro były gotowe na 14.00?
Przy włączonym meczu naszej ekstraklasy mogliśmy oddać się rozmowie i wspomnieniom. Ciągle tym samym - Ojciec i Rodzinne Miasto. Ale w tym wszystkim Siostrzeniec zaskoczył nas zdjęciami z tamtych czasów. W ogóle nie wiedziałem, że takie istnieją, co zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie. Nie podejrzewałem, że Siostrzeniec je ma.
W "rozmowie" wodził rej... Brat. Nie siedział na narożniku, jak wszyscy, tylko, tak jak Ojciec, stał mając przed sobą audytorium, tu w liczbie akurat pięciu osób. Łatwo je omiatał wzrokiem i w specyficzny sposób miał je pod kontrolą perorując. Znowu to nie mogło się dobrze skończyć.
W pewnym momencie wymieniłem z Synem uwagę a propos tego co ujrzeliśmy na ekranie i Brat natychmiast zareagował.
- To wy mnie nie słuchacie?... - przerwał teatralnie swój wywód i patrzył na nas z wyrzutem. No jak mogliśmy?...
Rozeszło się po kościach, ale wrażenie miałem bardzo nieprzyjemne. Jako żywo stanął mi przed oczami Ojciec, którego trzeba było podczas tyrady słuchać, nie odzywać się, ani w żaden sposób zipnąć. Za chwilę na kilka sekund na ekranie pojawiło się coś, co nas z Synem rozśmieszyło.
- To wy się śmiejecie ze mnie?... - Brat zareagował, a mnie przeszły ciary po plecach. Zaśmianie się przy Ojcu od razu oznaczało, że na pewno i oczywiście śmiejemy się z niego.
Tego Syn już nie wytrzymał. Zjebka może nie była tak długa i tak mocna, jak w drodze do Hamburga, ale na tyle skuteczna, że Brata zatkało i na resztę wieczoru zabrało mu z 50% wystąpień przed audytorium. Do głosu zostali dopuszczeni inni i można było porozmawiać.
Najgorsze jest to, że patrząc przez te dni na zachowanie Siostry i Brata zauważyłem wyraźnie, że ja przecież zachowuję się podobnie. Przerażające! Pocieszeniem nawet nie jest fakt, że robię to w znacznie mniejszej skali i mam tego świadomość.
Sytuacja się całkiem rozładowała, gdy przyszła najstarsza córka Siostrzeńca z mężem (27 lat), który nie ukrywał swojej radości z poznania rodziny (biedny...) i ciągle to serdecznie artykułował. Fajnie się z nim rozmawiało, zwłaszcza że pracował w branży chemicznej, a przede wszystkim dlatego, że miał niezwykle ciepłą i serdeczną powierzchowność.
Dwie starsze siostry pod nieobecność matki wyprawiały najmłodszą na kilkudniową szkolną wycieczkę, na którą ta jechała pierwszy raz w życiu, więc się stresowała i buntowała, że nie pojedzie.
Śmialiśmy się z Synem patrząc jak we trzy rozmawiają ze sobą i się sprzeczają stosując wymiennie polski i niemiecki, z czego nie zdawały sobie sprawy.
Ponieważ Brat powoli odzyskiwał wigor, Syn stwierdził, że ma już dość i piechotą wybrał się do Siostry. A mnie z Bratem za jakąś godzinę odwiozła najstarsza córka Siostrzeńca z mężem.
Na miejscu Syn i ja musieliśmy wysłuchać uwag Siostry, że jak Syn mógł wracać piechotą Bo przecież mógł zabłądzić... Puściliśmy tę uwagę mimo uszu, bo wchodzenie w durnowate dyskusje przed snem wszystkim by źle zrobiło.
Spaliśmy już o 23.00.
W poniedziałek, 29.09, wstałem o 07.45. Siostra już dawno krzątała się w kuchni, a Brat i Syn spali do upadłego. W końcu wszyscy zebrali się przy kawach, żeby ustalić plan dnia. Poszło nadspodziewanie gładko. Ja z Synem po śniadaniu chcieliśmy pojechać u-bahnem do centrum Hamburga, czego absolutnie nie chciała Siostra i Brat Bo ja już się naoglądałem i chcę mieć święty spokój. Za to oni oboje mieli pojechać do dużego centrum handlowego, bo Brat chciał zrobić jakieś zakupy dla siebie i "na Polskę", coś, zdaje się, dla szefa.
Powstała sprawa klucza, bo Siostra miała tylko jeden komplet (drugi w posiadaniu Siostrzeńca), więc umówiliśmy się, że my wrócimy nie wcześniej niż o 16.00 tak, żeby Brat i Siostra byli już w domu.
- To plan jest taki... - zaczęła Siostra. - Wy teraz pojedziecie do centrum, a ja z Bratem autobusem na zakupy. - Wrócimy przed wami i zrobię obiad, po czym ja z Bratem pójdę do Jensena go odwiedzić.
Według Brata Jensen to był facet, któremu on wiele zawdzięczał i który wiele zawdzięczał Bratu.
- Muszę go koniecznie odwiedzić, bo obiecałem, że gdy będę w Hamburgu, to do niego wpadnę. - kilka razy zapewniał Brat.
Siostra do naszego wyjścia powtarzała z 8-9 razy "To plan jest taki...", ale nie zwracałem na to uwagi przyzwyczajony do takiego systemu od czasów Ojca, a potem Brata i Siostry. Dodatkowo zamęczała nas wielokrotnie wyjaśnianiem, jakie mamy kupić bilety, żeby się nam opłacało i niewiele pomagały nasze zapewnienia Siostro, damy radę... albo Ciociu, damy radę...
Po śniadaniu udało nam się z Synem wyjść. Czekaliśmy już na windę, gdy nagle usłyszeliśmy trzask zamka i ujrzeliśmy otwierające się drzwi z galerii, za którymi stała Siostra, by za chwilę usłyszeć "To plan jest taki..." Syn w odruchu samoobrony i beznadziei doskoczył do drzwi i je brutalnie zamknął przed nosem ciotki. Chyba dopiął swego, bo reszta tekstu do nas nie dobiegła. Siostra spokojnie wyczekała, aż Syn ją wpuści i otworzyła drzwi z tekstem Synusiu, a co ty taki młody i taki nerwowy?...
W tym momencie nadjechała winda.
Patrząc na Syna i na jego reakcję dusiłem się ze śmiechu. W windzie milczał i tylko kiwał zwieszoną głową, załamany, nie wierząc w to, co się zdarzyło. Jego zachowanie było odpowiednikiem mojego Noż kurwa, ja pierdolę!, ale Syn nie z takich. Dopiero w drodze do u-bahnu wyrzucił z siebie frustrację.
- Tato, ile razy miałem słuchać "To plan jest taki..."? Myślałem, że się wykończę. Więc gdy wyszliśmy z mieszkania, poczułem wielką ulgę, wolność i radość, a tu...
Nie chciałem mu się wyżalać, że ja od strony Ojca powtarzanych takich i podobnych "To plan jest taki..." i jego wychodzenia za mną na schody, gdy wychodziłem i "przyklejania się" we wszelkich możliwych sytuacjach w dzieciństwie i do czasu ucieczki na studia, gdy nie można było się go pozbyć, miałem kilka tysięcy. Jak sięgam pamięcią, codziennie. Siostra i Brat mieli podobnie, a raczej więcej, bo przecież mnie udało się uciec z Rodzinnego Miasta w wieku 18. lat, Siostrze do Hamburga, gdy miała 33, a Brat miał Ojca na karku do jego śmierci. Kto tu może być normalny?...
W metrze kupiliśmy dwa oddzielne bilety dzienne na wypadek, gdybyśmy się z jakichkolwiek powodów mieli rozdzielić. Podziwialiśmy organizację przejazdów, przesiadek, skomunikowania się poszczególnych pociągów, a przede wszystkim informacje pod każdą postacią. Idiota dałby radę dojechać od Siostry do centrum i gdziekolwiek indziej. Nawiasem mówiąc z dojściem do stacji (14 minut) i przejazdem (16 minut) pokonanie sporej odległości zajęło nam pół godziny.
Najbardziej rozśmieszała nas informacja dla tychże idiotów podawana przez głośniki piękną niemczyzną (nie nabijam się), że na kolejnej stacji wysiadanie będzie możliwe po prawej lub odpowiednio po lewej stronie pociągu. To takie typowe z całej serii informujących, np. "Abonent nie odbiera". Przecież idiota musi być poinformowany, bo sam nie dojdzie, że abonent nie odbiera. Pomijam fakt, że cała strona pociągu, ta nie od peronu, za chińskiego mandaryna nie dałaby się otworzyć na skutek totalnej blokady. To, że z chwilą wjazdu pociągu zawsze, powtarzam zawsze widać peron, na który, jeśli się wysiada, trzeba wysiąść, nikogo z logistyków nie obchodzi. Ordnung muss sein.
No i podziwialiśmy strukturę podróżnych. Syn wyczytał, że Hamburg liczy milion osiemset tysięcy mieszkańców, z czego 500 tys. to ludność napływowa, w tym 50 tys. Polaków. W tej całej mieszaninie w wagonie i wszędzie do końca naszej wycieczki czuliśmy się bardzo komfortowo i... bezpiecznie. Mimo obecności różnych ras, różnych strojów i różnej maści dziwolągów, na których nikt zdawał się nie zwracać uwagi. Nie było głośnych rozmów, żadnej natarczywości nie wspominając o śladach agresji. To wprowadzało taki spokój.
Samo łażenie po szerokim centrum Hamburgu było długie. Odpuszczaliśmy wszelkie przemieszczanie się metrem, więc sumarycznie zdrowo się namachaliśmy. Oczywiście Hamburg jest ładny, może nawet piękny, ale takie rzeczy od dawna przestały mnie "brać". Może jakieś manhattany czy szanghaje robiłyby na mnie jeszcze wrażenie, ale generalnie bardzo łatwo poddaję się urokowi małych miasteczek i wsi.
Sporą część czasu spędziliśmy w parku Planten un Blomen. To park o powierzchni 47 hektarów w centrum Hamburga. Nazwa parku w języku dolnoniemieckim oznacza rośliny i kwiaty. Stanowi jedną z największych atrakcji miasta. Korzystaliśmy z niej z przyjemnością, zwłaszcza gdy nad wodą, w słoneczku mogliśmy usiąść przy marchewkowym cieście i kawie. Dodatkową atrakcją było spotkanie dwóch braci, Polaków. Jeden, osiemdziesięciojednolatek przyjechał z żoną ze Stolicy do brata, do Bawarii. I całą czwórką (brat z Bawarii, mój rówieśnik, z żoną Niemką) wybrali się na wycieczkę do Hamburga. Rozmowom nie było końca, a Syn był zachwycony.
Gdy w okolicach 17.00 wróciliśmy do Siostry, oboje z Bratem się śmiali, że właśnie 5 minut przed nami wrócili. Niczego nie dociekałem, a poletko było żyzne. Zapytałem tylko, czy idą do Jensena.
- Nie idę, bo chcę mieć święty spokój. - usłyszałem Brata. Zrozumiałe.
Zjedliśmy obiad i zaraz po nim poszedłem do pobliskiego marketu po Becksa. Siostra zrobiła spory zapas, ale każdy ma to do siebie, że się kończy. Kupiłem trzy sześciopaki, dwa na bieżące spożycie, a jeden z myślą, żeby zabrać do Polski. Wtedy nie pomyślałem, że moja torba stanie się cięższa o jakieś pięć kilo.
Wieczorem przyjechał po mnie Siostrzeniec. Mieliśmy wpaść do Helmuta i go odwiedzić.
- Ale wuja, tylko na pół godziny, bo tam u niego w domu jest wędzarnia. - Odpala papierosa jednego od drugiego.
Mogłem powiedzieć "cały Helmut". Nic się nie zmienił. Nawet chyba poznałbym go na ulicy, mimo że przecież nie widzieliśmy się 36 lat. Siostra była z nim bodajże dwa lata. To był jedyny jej facet, który pozwalał się przez nią wyzywać od najgorszych, delikatnie mówiąc. Ale chyba w końcu nie wytrzymał.
To był facet, dzięki któremu kupiłem mercedesa, takiego z pionowymi reflektorami, za 100 marek, ale żeby mógł w ogóle jeździć, Helmut kupił akumulator za moje 300 marek. Bo pojazd, trudno go inaczej nazwać z racji wielkości i jego majestatu, długo stał unieruchomiony. Tym pojazdem poruszałem się po Hamburgu w tamtych czasach, często z Helmutem przyprawiając go o palpitację serca, gdy pędząc do jakiegoś skrzyżowania nie słuchałem jego wrzasków Emeryt, Emeryt, hamuj, hamuj! Wcześniej informował mnie, że auto nie ma wspomagania hamowania, co dla mnie było bez znaczenia, bo jakie auta, którymi do tamtej pory jeździłem, miały takowe. Ale on o tym nie mógł wiedzieć.
Tym mercedesem wybraliśmy się nawet kiedyś na dyskotekę, która swoim zachodnim sznytem musiała zrobić na mnie wrażenie. U nich to były czasy potężnych telebimów i ogólnoświatowej Lambady. Co więcej dodawać oprócz tego, że byliśmy 36 lat młodsi.
I tym mercedesem 1989 roku dojechałem do Polski z różnymi przygodami. A jazda nim już po Metropolii i po kraju to oddzielna historia.
Chyba wspominałem, że z Helmutem nigdy nie wygrałem w jakąś taką logiczną grę, on zaś nigdy ze mną w szachy.
Gdy przyjechaliśmy z Siostrzeńcem przywitała nas stosunkowo młoda Polka, która mieszkała z Helmutem i która się nim opiekowała. Bo Helmut od wielu, wielu lat jest przykuty do inwalidzkiego wózka. Stał się inwalidą na skutek... postrzału. Ale jak było naprawdę, nigdy się nie dowiem ani od Siostry, ani od Siostrzeńca. To takie niewiarygodne źródła. A Helmuta nie chciałem pytać. Ponoć przez jakąś babę.
Przywitaliśmy się serdecznie, jakbyśmy się widzieli raptem rok temu. Różnym wspomnieniom nie było końca. I rzeczywiście nie byliśmy długo, bo Siostrzeniec miał rację. W tej wędzarni nie dało się wysiedzieć.
Gdy wróciłem do Siostry, Syna nie było. Siostra zaś chodziła tam i z powrotem po pokoju kompletnie ubrana do wyjścia,
- A ty co?! - zapytałem.
- Idę szukać Syna. - Wyszedł po ciemku...
Nie wierzyłem własnym uszom. Szukać bratanka po ciemku w Hamburgu. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać.
- A, Siostro gdzie zamierzasz go szukać?
Nastąpił wybuch, więc milczałem. Gdy burza przeleciała i gdy miałem zamiar najdelikatniej jak tylko by się dało wybijać jej z głowy ten "genialny" pomysł, Syn wysłał smsa ze swoim selfie.
- Musiałem uciec, bo ciotka zrobiła taką scenę, że pół godziny słuchałem wrzasków i szlochów, jak ją wykańczasz. A że jestem normalny, to wyszedłem.
Był znowu w centrum, o czym poinformowałem Siostrę, żeby się uspokoiła. I o niczym więcej. Zareagowała w swoim stylu:
- Gdzie on tak daleko pojechał? - Biedny Synuś, musiał uciec. - Ale gdzie on tak daleko pojechał?...
Za jakiś czas nadszedł kolejny sms.
- Wysiadłem. Wracam. Jak do 15 minut nie przyjdę, to znaczy że Turkowie mnie zarypali gdzieś w zaułku. Ciotka mnie wystraszyła , jak wychodziłem, że niebezpiecznie, itd. Problem w tym, że tu nikogo nie ma po prostu. :) Cisza, spokój, pięknie. :) (pis oryg. z moimi znakami przestankowymi)
- Ubawiam się. - odpowiedziałem.
Spać poszliśmy o 23.00 jak gdyby nigdy nic.
Dzisiaj, we wtorek, 30.09, wstałem o 07.00, bo to był dzień powrotu do Polski. Planowaliśmy wyjechać o 10.00. Jeszcze wczoraj ustaliliśmy, że Siostra na drogę przygotuje nam prowiant.
- W jednym termosie zrobię wam kawę, a w drugim herbatę.
- Ale ciociu, to jak tobie później oddamy te termosy?
- Ja mam aż cztery, więc nie ma problemu.
Ja poprosiłem na drogę o kilka jajek na twardo oraz o kanapki.
Siostra zapewniała, że nie ma problemu i że wszystko przygotuje. Jeszcze z samego rana pokazała mi garnuszek z pięcioma jajkami ugotowanymi na twardo. Była zadowolona, że już coś przygotowała.
O 09.00 byłem z Bratem u Siostrzeńca. Umówiliśmy się na godzinny pobyt, bo wczoraj wieczorem z Polski wróciła Żona Siostrzeńca i chcieliśmy się zobaczyć. W tym czasie Siostra miała przygotowywać resztę, a Syn miał się spakować.
Gdy wróciliśmy z Siostrzeńcem, w zasadzie można było wyjeżdżać. Udało się o 10.22, co było naprawdę niezłym wynikiem. Ja i Siostrzeniec zabraliśmy gros bagaży (resztę miał zabrać Syn i Brat), po czym się pożegnaliśmy.
- Jedź już - powiedziałem do Siostrzeńca - bo stoisz na zakazie, a ja i tak muszę to wszystko sobie spokojnie spakować.
Za jakiś czas pojawiła się cała trójka. Siostra koniecznie chciała się z nami pożegnać przed blokiem. Miała łzy w oczach Bo chcę wam pomachać.
No i ruszyliśmy. Jeszcze przed Berlinem Syn zaczął się dziwnie zachowywać za kierownicą i mlaskać.
- O, jaka ta kawa i herbata są pyszne...
- To znaczy, że nie mamy? - nie wierzyłem.
- No, nie... - Ciotka nie zrobiła.
Noż, kurwa, gdybym wiedział, że cała trójka się tym "zajmuje"...
- Ażeby cię pocieszyć, to ci powiem, że kanapek też nie mamy!... - I miała rano kupić mi winogrona na drogę...
Byłem w szoku. To po co oni zostali tam na górze.
Postanowiłem dopiec Synowi i mu się zrewanżować.
- Moim zdaniem jajek też nie mamy, bo ich nigdzie nie widziałem.
Tym razem Syn się zszokował. A oliwy do ognia dolał Brat, który aż do polskiej granicy milczał, jak grób z tym jednym wyjątkiem. Wtedy poważnie się o niego martwiłem.
- Sprawdziłem te jajka... - Wiecie, kręcąc nimi. - Wcale nie były ugotowane, tylko surowe.
O co w tym wszystkim chodziło, nie wiedziałem. Za to wiedziałem, że jedziemy kawał drogi z trzema bananami, trzema gruszkami, jedną nektarynką i jabłkiem. Skąd one się wzięły w aucie?... O dziwo, cała ta sytuacja nie popsuła nam humorów, a mnie nawet nieźle rozbawiła. I, mimo że pobyt był trudny, ciężki nawet, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że się udał i że fajnie, że pojechaliśmy.
Zaraz za granicą, już w Polsce, zatrzymaliśmy się na tankowanie i na jedzenie. Nabraliśmy sił, chociaż gdy rozstawaliśmy się pod domem Brata, było widać, że wszyscy jesteśmy wypompowani. Brat marzył o jednym.
- W domu przywitam się z kotami, mam wódkę i kiełbasę... - Siądę sobie... - Włączę sport...
Ja z Synem jechaliśmy dalej. Mogliśmy na spokojnie przegadać cały pobyt i przedstawić swoje stanowiska. Zwłaszcza ja mogłem przedstawić moje względem Siostry, bo Syn widział to trochę inaczej. Tak bardziej w kierunku teorii, bo skąd miał znać praktykę?
Wszystko wskazywało na to, że zdążę na ostatni autobus z Metropolii do Uzdrowiska. Byłbym wtedy w nim o 21.00, praktycznie po 11. godzinach jazdy. Tak nastawiłem resztę moich zasobów związanych z adrenaliną. Żeby dotrwać. Ale w rozmowie telefonicznej Żona wybiła mi ten pomysł i kazała nocować u Syna. Skwapliwie nań przystałem.
Wieczór u Wnuków najpierw spędziłem na szachach grając dwa razy z Wnukiem-IV, któremu dwa razy solidnie dołożyłem, a potem na wspólnej z Synem relacji Synowej, jak to nam było w podróży i w Hamburgu. A opowiadać było o czym.
Zasypiałem o 22.00 w pokoju Wnuka-I. Tym razem on spał obok na drugim łóżku.
ŚRODA (01.10)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
Wyjazd do Uzdrowiska stał się prosty, bo Syn i Synowa jechali do Metropolii, więc podrzucili mnie i Wnuka-III (jechał do szkoły) w okolice dworca. Nawet chwilę mogłem z nim poprzebywać sam na sam i kolejny raz doświadczać, jak mężnieje i dorośleje, co objawiało się między innymi tym, że można było fajnie porozmawiać.
Autobus wyjechał z czterominutowym opóźnieniem, a do Uzdrowiska dotarł z siedemnastominutowym. Z tego faktu powinienem był się cieszyć, skoro po drodze dopadły nas dwa razy korki, w tym jeden poważny. Na drodze pośrodku jakiejś wsi, w której obowiązywała czterdziestka wydarzył się Unfall. Jakiś idiota wyjechał z podporządkowanej na tyle skutecznie, że musiały pofatygować się trzy zastępy straży pożarnej, policja i karetka pogotowia. Ruch był wahadłowy z kilometrowymi kolejkami, ale dobre, że chociaż wahadłowy. Do nieciekawego nastroju dołożył się padający deszcz i panująca szarość. W takiej aurze szedłem piechotą do domu podziwiając tutejszą ciszę i skromny ruch.
Całe popołudnie spędziliśmy na moich opowiadaniach z pobytu w Hamburgu. Żona wszystko rozumiała, bo znała Brata, Siostrę, Syna i mnie oczywiście.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Wybór. I rozpoczęliśmy walkę z moim podejrzanym stanem, który nagle objawił się w trakcie krótkiego spaceru z Pieskiem do Zdroju. Jakieś dreszczyki, jakieś delikatne, ale wyraźne zabicie zatok i nosa oraz ogólny dyskomforcik. Paranoja! Miałoby mnie znowu dopaść przeziębienie (w drodze powrotnej Syn narzekał na kiepskie samopoczucie, a przecież u niego nocowałem)?! Najgorsze w tym mogłoby być to, że franca chętnie przeszłaby na Żonę. A tego ani ona, ani ja nie chcieliśmy. W ruch poszły jakieś kropelki, H2O2, witamina C i inne różne takie (nie wnikałem). Spałem w czapce, w skarpetach i w szlafroku Bo musisz się wygrzać! Rzeczywiście w nocy pociłem się niemiłosiernie. Mimo tego spałem dość przyzwoicie.
CZWARTEK (02.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Od razu zabrałem się za poranne czynności takie już dokładnie w wersji zimowej. Wyczyściłem kuchnię z popiołu, naniosłem bierwion i rozpaliłem. Jeszcze nie byłem gotowy z Blogowymi, gdy zeszła Żona.
- A bo chciałam nasycić się porankiem, takim innym, na pełnym luzie, bo, gdy cię nie było, to co prawda rozpalałam i robiłam Blogową, ale to nie to samo.
Luz trwał praktycznie do 10.00. Sporo. Dopiero dzisiaj wycyzelowałem wpis i długo siedziałem nad onanem sportowym, którego i tak nie skończyłem, bo tyle się go przez te dni nagromadziło. W międzyczasie zdjąłem z balkonu pranie i przewiesiłem je do pralni, żeby doschło oraz nastawiłem ręczniki. To oraz kolejne zabiegi "medyczne" miały mi pozwolić wrócić do codzienności.
Żona na fali "mojej nieobecności" zrobiła II Posiłek, po czym pojechaliśmy w sprawach - zakup trzech skrzynek Socjalnej, odbiór czterech paczek i odwiezienie prania.
W City zakupy w Biedrze i w Carrefourze poszerzone o trzy nietypowości poszły sprawnie.
Jedną był kalendarz na przyszły rok. Od czasu, gdy rozstałem się ze Szkołą, potrzebuję innego niż w tamtych czasach, takiego chudego, z którego w ciągu roku korzystam raptem z czterech kartek (ośmiu stron). Reszty mogłoby nie być. Każda strona zawiera po dwa miesiące rozpisane pionowo, co załatwia temat rejestracji przyjazdów gości i moje prywatne sprawy. W EMPiKu był taki jeden egzemplarz, dla mnie 100%.
W EURO RTV AGD reklamowaliśmy tusz kolor HP 652. Założony tydzień temu nowy, jeszcze przed moim wyjazdem do Hamburga, zachowywał się, jakby go wcale nie było. Drukarka drukowała w czerni. Wtedy nie mieliśmy czasu pojechać z pretensjami, a poza tym opakowanie i paragon wyrzuciłem. Więc dzisiaj przed wyjazdem do City najpierw w Klubowni wysypałem cały wór plastiku, elementy opakowania znalazłem żmudnie grzebiąc w śmieciach, a potem udało mi się to samo z paragonem, który leżał w koszu ledwo przysypany kolejnymi. Po wypisaniu stosownego protokołu reklamacja została przyjęta i mamy czekać na wynik. Kupiliśmy kolejny, bo z drukowaniem różnych rzeczy (BLOG!) czekać nie mogliśmy. W domu od razu sprawdziliśmy. Ten działał.
Na końcu Żona wybrała się do Jyska po dwa łazienkowe dywaniki. Tu temat był prosty.
W czasie jazdy zadzwoniłem do Syna z pytaniem, po pierwsze, czy może rozmawiać (już wiedziałem, że będzie do dupy, bo wyraźnie trafiłem na jego dołek), a po drugie, czy mógłby mi wysłać do paczkomatu do Uzdrowiska moją ładowarkę do telefonu, bo ją zostawiłem u nich w domu, gdy nocowałem.
Syn zrobił z tego straszny problem. Jako żywo przypominało mi to zachowanie Brata, a zwłaszcza Siostry, z którymi nie jest łatwo cokolwiek ustalić, a gdy w końcu się uda, bywam wyczerpany i zbulwersowany, że na jakąś pierdołę trzeba było poświęcić tyle czasu i energii. Najlepsze było to, że w późniejszych smsach-elaboratach zarzucał mi arogancję Zmień ton na mniej arogancki. Udało mu się mnie zaskoczyć, bo według mnie zwyczajnie go zapytałem, ale przecież mogłem być nieobiektywny, a swoje w kwestii tembru głosu, sposobu wysławiania się za uszami mam. Na szczęście obok siedziała Żona, którą postawa Syna również zdziwiła i zaskoczyła.
- Wiem, co potrafisz - zareagowała - ale tu, muszę przyznać, w twoim zachowaniu nie było cienia arogancji.
Syn na elaborat musiał poświęcić sporo czasu, który, tak sobie, może naiwnie, wyobrażałem, mógł poświęcić na wydruk etykiety, a zapakowanie i wysyłkę zlecić któremuś z chłopaków (zaznaczałem, że sprawa nie jest pilna). "Skorzystał z okazji, z pretekstu" i wytoczył ciężkie działa nawiązujące do mnie, Brata i Siostry z uwypukleniem relacji między nami oraz do naszego pobytu w Hamburgu. Z jednej strony trudno było mu się dziwić, bo chłop się napatrzył i nasłuchał, a z drugiej powinien wiedzieć, że te relacje nie miały nigdy i nie mają szans się zmienić, o czym szeroko rozmawialiśmy w drodze powrotnej, już z Rodzinnego Miasta do Sypialni Dzieci, kiedy Brata w aucie nie było i mogliśmy rozmawiać, po pierwsze, w ogóle, a po drugie i w szczególności, spokojnie i logicznie.
Może odbiór mojej, wyimaginowanej przez Syna, arogancji brał się stąd, że rozmowa była szarpana z racji przerywania zasięgu, co nie było winą ani moją, ani jego. Ale przecież nie po to dzwoniłem, żeby sobie co chwilę to wyjaśniać.
Na koniec Syn napisał:
- Zapraszam Cię po ładowarkę przy okazji.
- Ok. - odpisałem zakładając, że taka forma nie jest oznaką arogancji, a gdyby była, to bardzo delikatną, a na pewno dyplomatyczną, niejątrzącą.
No cóż, moja krew...
Idąc "za radą" Syna, gdy jeszcze "udawało się" rozmawiać, postanowiliśmy w City kupić ładowarkę Bo to 17 zł, a z wysyłką więcej zachodu!, ale wszędzie proponowano nam taką z uniwersalną kostką, za 80 zł. A ja, i Żona również, taki uniwersalizm mieliśmy w dupie. Więc trzeba będzie sobie jakoś radzić do "przy okazji".
W domu wysłałem maila do koleżanek i kolegów ze studiów i przekazałem wszystkim informację o terminie pogrzebu naszego kolegi, Zbyszka (najbliższy wtorek w Metropolii). Otrzymałem ją, gdy wracałem z Hamburga od naszej koleżanki, która przez te wszystkie lata w jakiś dziwny sposób miała z nim kontakt (zdaje się, że od czasu do czasu, przypadkowo spotykali się w tym samym osiedlowym sklepie spożywczym). A potem zadzwoniłem do Wielkiego Woźnego i ustaliliśmy drobne sprawy organizacyjne, w tym sprawę wieńca od nas wszystkich.
Wszystko to razem nie poprawiło mi nastroju.
O Zbyszku krótko wspomniałem wcześniej. Potoczyło się, jak się potoczyło. Zbyszku, cześć Twojej pamięci!
Wieczorem, już z łóżka, zadzwoniliśmy do Nowych w Pięknej Dolinie. Dawno nie rozmawialiśmy.
Wcześniej o naszym zamiarze poinformowaliśmy smsem, bo było tak kilka razy, że gdy wieczorem danego dnia mieliśmy do nich dzwonić, potrafili nas uprzedzić o pół godziny, godzinę. Nasze Właśnie dzisiaj mieliśmy do was dzwonić! przez Lekarkę było przyjmowane ze śmiechem, ale już przez Justusa Wspaniałego z reakcją Tra la la la, tu mi tramwaj chodzi!
Można by powiedzieć, że u nich nic nowego. Te same pieski i koty w dobrej formie. Ta sama harówa, o czym my dobrze wiemy i o czym oni mówią, W domu i w zagrodzie. W tej kwestii nic się nie zmieni.
Musieliby od nowa się urodzić, na dodatek w innej części Polski, w której nie przesiąkliby imperatywem cotygodniowego mycia okien (mają ich duże połacie; Lekarka zdaje się, że w tej kwestii zbastowała i być może myje je "tylko" raz na miesiąc) i dziesiątkami "koniecznych" prac gospodarskich z dominującym ogrodem kwiatowo-ozdobnym i ogrodem plonującym oraz w przypadku Justusa Wspaniałego zasiewaniem i uprawianiem hektarów połaci z oczywistym skutkiem. Wszystkie te plony trzeba przecież przerobić i zawekować. Bo przecież szkoda, skoro... No, właśnie, mnie samemu też by było szkoda, skoro... Ale zdaje się, że chodzi o to "skoro"... No chyba, że szykują się na czas wojny.
Czy jestem złośliwy? Tak, ale z wielką dla nich życzliwością. Bo przecież nie mogą się zajebać pracą W domu i w zagrodzie ("pomijam" pracę zawodową Lekarki) i gdyby zmniejszyliby ją tylko o połowę, to i tak mieliby co robić. Ale chyba tak musi być, bo to kochają, a my zwyczajnie tego nie rozumiemy.
Może by i Lekarka poszła na nowy układ, ale Justus Wspaniały ma w sobie jakiś dominujący imperatyw, ja go określiłbym słowem "męski" i nic nie jest w stanie go zminimalizować. Oczywiście w jego przypadku nasze argumenty nie istnieją, po prostu, a ten mój cały wywód do Lekarki nie dotrze, bo Bloga czyta tylko on, a takich treści jej nie przekaże. Zresztą to nie ma znaczenia, bo przecież wielokrotnie o tym we czworo rozmawialiśmy i oboje nasze stanowisko doskonale znają.
Ich przyjazd do nas w październiku, grubo wcześniej omawiany, stoi pod dużym znakiem zapytania Bo mamy duże zaległości w robotach domowych! Wszystko przez to, że Justus Wspaniały rozwalił sobie prawą dłoń na płocie, jak określił i Długi czas byłem wyłączony z prac. Oboje jakoś się nie palili, aby dokładnie opowiedzieć, co tak naprawdę się stało. Czując ten mur nie dociekaliśmy. Poza tym udało im się w drugiej połowie września wyjechać z pieskami na około tydzień do Juraty. Chwała im za to. Z pobytu wszyscy byli zadowoleni, bo komfortowe warunki, malutko ludzi, piękna pogoda i ciepło na tyle, że Justus Wspaniały kąpał się w morzu. Nie pamiętam, czy ten wyjazd zaplanowali wcześniej, czy dopiero wyjechali, gdy Justus Wspaniały rozwalił sobie rękę. Tak czy owak to tydzień w plecy z robotą. To oczywiście moja złośliwość. Ręka go długo bolała Bo się babrało i dopiero w drodze powrotnej zaczęła przestawać boleć. Tu moje współczucie, bo wiem, jak się czuję pomijając ból, gdy przez kontuzję, chorobę jestem, jaki jestem. Do dupy!
Poza tym jest u nich Syn Lekarki (miłość z Tajwanką kwitnie - codziennie gadają ze sobą pół godziny po chińsku <?>, wtedy on szkoli język, a drugie pół po angielsku, wtedy ona się szkoli), a za chwilę mają do nich przyjechać znajomi. Lekarka z mężem, którą Lekarka znała wcześniej niezobowiązująco, a teraz znajomość się mocniej zadzierzgnęła. Wszystko dlatego, że nowi znajomi przyjechali kiedyś do Naszej Wsi na urlop (już do Szweda) i tam się spotkali. Dziwnie to wszystko w życiu się toczy. Lekarkę czeka jeszcze szkolenie medyczno-farmaceutyczne(?) w Metropolii, a od połowy października zaplanowany jest remont obu łazienek, a potem zaraz rozpoczną się ich mocno skomplikowane wyjazdy na groby. Ustaliliśmy, że się zobaczy, bo zobaczyć się chcemy.
Po rozmowie obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Wybór.
PIĄTEK (03.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Wstawało się ciężko.
Na dworze -2 stopnie. Nie wiadomo, co o tym sądzić, ale raczej nie nastrajało to optymistycznie.
Od rana pisałem, długo, bo do wyjazdu Ruskich, choć muszę się poprawić - Rosjan. Para, lat między 55-60. Przyjechali we wtorek, gdy ja akurat wracałem z Hamburga.
- Jakby przestraszeni... - opisała ich Żona.
Nic dziwnego skoro Rosja jest agresorem i tworzy wiadomą aurę w społeczności europejskiej i światowej. Opis się potwierdził, gdy w czwartek rano zabrzmiał dzwonek do drzwi i ujrzałem ją, na mój widok w poważnej konsternacji, trzymającą w rękach elektryczną kuchenkę jednopalnikową. Ledwo wydobyła z siebie zdanie, w którym informowała, że kuchenka nie rabotajet i ana cłamałas'.
Znaczy się zepsuta. A kto ją zepsuł? Ja? Zapewniliśmy z Żoną, że nic się nie stało, że nieważno, znaczitsia nie szkodzi i że zaraz postaramy się poszukać i dostarczyć inną, albo kupić nową.
W piwnicy znaleźliśmy dwupalnikową, bardziej elegancką niż ta zepsuta.
- To nawet lepiej, bo ta poprzednia wyglądała tak jakoś biednie. - Żona była zadowolona.
Poszliśmy do Rosjan. Ich stan przestraszenia się nie zmniejszył.
Tego samego dnia, ze dwie godziny później, podpatrzyłem z okna w kuchni, że wyjeżdżają i odjeżdżają Piękną Uliczką pod prąd. Nie zdążyłem wyskoczyć i ich zahaltować, to znaczy astanawliwat', więc zasadziłem się na ich powrót, żeby im wytłumaczyć, żeby tak nie robili, bo zapłacą mandat, czyli sztrafu. On zdziwił się podwójnie, bo nie dość że nie wiedział, że jeździ pod prąd, to jeszcze chyba u nich w Rosji za coś takiego nie dają sztrafy. Siłą rzeczy wystraszyli się jeszcze bardziej.
Ale dzisiaj przy pożegnaniu to byli już inni ludzie. Ona rozmowna i nawet on, chociaż się zorientowałem, że z charakteru gadatliwy nie jest, brał udział w rozmowie i się uśmiechał.
No i co się okazało. W Metropolii mają dwóch synów. Jeden przyjechał w 2015 roku, drugi w 2018. A to było grubo przed agresją Rosji na Ukrainę, więc nabili punktów. Obaj żonaci, ale nie dopytałem czy z Polkami i czy mają wnuki. Uczą się polskiego No eto słożnyj jazyk. Śmialiśmy się z podobnych słów, które miały inne znaczenia.
- I tam jest' kamiery? - ona pokazała na początek Pięknej Uliczki. Gnębił ich fakt, że jeździli pod prąd.
- Uspakojties'! - Kamier niet!
To z ulgą odetchnęli. Mogli wracać do Metropolii bez sztrafy.
- Ale po drodze nazbieramy grzybów... - na "do widzenia" ona całkiem dobrze odezwała się po polsku.
Tak eto akańcziłsia nasz bratskij razgawor.
Z Żoną śmialiśmy się, że teraz brakuje nam tylko przyjazdu Francuzów lub kogoś z nacji francuskojęzycznych.
Po I Posiłku wyjechaliśmy w Uzdrowisko w drobnych sprawach - zakupy spożywcze po czwartkowych dostawach (tutejsza specyfika), oddanie kolejnej książki i odbiór prania. Gdy wróciliśmy, byłem bez energii. Nie bez życia, a bez energii właśnie. Półtoragodzinny sen na górze mi ją wrócił. Niezwłocznie, żeby poprzedni, beznadziejny stan nie zdążył znowu się pojawić, zabrałem się za sprzątanie dołu. Rosjanie zostawili porządek, czyli wpasowali się w kanon "naszych gości".
Po II Posiłku poszliśmy w komforcie z Pieskiem na spacer do Zdroju. Goście, którzy mieli przyjechać na dół o 19.00, zadzwonili wcześniej z trasy, że straszne korki i że nawigacja pokazuje 19.30.
Para Polaków, "znowu" 55-60 lat, z rodzinnych terenów Lekarki. Sympatyczna, kulturalna i kontaktowa. Ona nawet za bardzo, bo ciągle kłuła nas w uszy swoim Bardzo jestem głodna i koniecznie muszę iść do Lokalu z Pilsnerem II. W Uzdrowisku byli kilka razy, więc "wszystko" wiedzieli, ale u nas przecież pierwszy raz, więc nie mogli wiedzieć o sposobie parkowania, segregacji śmieci i być może o jednokierunkowości Pięknej Uliczki.
- Proszę nie przedłużać... - zareagowałem po jej kolejnym "bardzo jestem głodna" i niesłuchaniu. - To tylko pogorszy sytuację... A gdy to niewiele dawało,wytoczyłem działo.
- Proszę pani, jestem byłym nauczycielem...
Natychmiast w wyjaśnieniach i we wprowadzaniu gości w mój obszar spraw dobrnęliśmy do szczęśliwego końca.
- A pani też jest nauczycielką? - zapytała Żonę, gdy ta już w środku apartamentu wprowadzała gości w obszar jej spraw.
- Nie... - Żona się zaśmiała.
- A mąż czego uczył?
- Chemii...
Według relacji Żony panią to wstrząsnęło.
Mogliśmy spokojnie obejrzeć piąty i ostatni odcinek miniserialu Wybór. Całość prezentowała mnóstwo niemożliwości, ale trzymała w napięciu.
Dzisiaj przyszła wiadomość od Krajowego Grona Szyderców. Otóż niemiecki bank się sprężył i wysłał stosowne zaświadczenie. Tedy wszyscy są dobrej myśli w kwestii finalizacji zapętlonych dwukrotnie transakcji sprzedaży-kupna i dotrzymania terminów.
Zaś Syn mój wysłał mi smsa. Za komentarz niech posłuży fakt, że był bardzo długi. Według mojej oceny prędkości pisania musiało mu to zająć tyle czasu, że mógł zamiast tego spokojnie wydrukować nalepkę, zapakować ładowarkę i chyba nawet pofatygować się osobiście do paczkomatu. Nie wiem, czy z tego nie byłoby więcej korzyści.
SOBOTA (04.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
A miałem zamiar o 06.30.
Na dworze znowu -2. Po porannym zimowym rozruchu i po krótkim onanie sportowym pisałem.
Robiłem to przed i po I Posiłku z półtoragodzinną przerwą na spanie, przed i po II Posiłku, by zaraz po 16.00 udać się na górę i już tego dnia z niej nie wychodzić. Żona po prostu mnie wygnała, żebym się wygrzewał Bo jutro mam urodziny i dobrze byłoby, żebyś...
Oczywiście nie byłem śpiący, więc dwie godziny czytałem książkę (zacząłem drugą Juliusza Machulskiego Nikczemny narrator). W końcu jednak mnie zmogło. Gdy przyszła Żona, od razu byłem gotów na oglądanie. Z różnych seriali i filmów wybraliśmy amerykański miniserial z 2025 roku Nabrzeże. Po pierwszym odcinku postanowiliśmy dalej oglądać.
NIEDZIELA (05.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po onanie sportowym zabrałem się za pisanie.
Dzisiaj Żona obchodziła 58. urodziny. Grubo wcześniej zaprosiłem ją na obiad do restauracji w Małej Metropolii. Pomysł ten obu stronom wydawał się fajny, ale w miarę zbliżania się terminu Żonie coraz mniej, o czym nie wiedziałem. I kilka dni temu wyrzuciła z siebie tkwiący w niej dysonans.
W psychologii człowiek dąży do zredukowania dysonansu zmieniając, np. swoje przekonania lub zachowania, aby przywrócić spójność.
Żona przywróciła spójność któregoś poranka zagadując:
- Bo wiesz, ja to najchętniej poszłabym na obiad do Lokalu z Pilsnerem II... - Lubię go, znam, dobrze się w nim czuję, smakują mi potrawy, obsługa nas zna i wie, co lubimy... - Tylko nie chciałam ci robić przykrości, bo fajnie wymyśliłeś Małą Metropolię...
Błyskawicznie stanęło na Lokalu z Pilsnerem II. Bo może ja go nie lubię, nie znam, źle się w nim czuję, nie smakują mi potrawy?... Poza tym przełożenie jest proste - Żona zadowolona to i mąż zadowolony... Pozdrawiam!
Pisałem również po I Posiłku. I równolegle podglądaliśmy transmisję z kolejnego meczu kosza drużyny Q-Wnuka. Znowu wygrała z przerażającą wręcz przewagą.
- Ale ja się denerwuję... - zagadała Żona. I nieważne było, że Q-Wnuk grał dobrze, że jego drużyna miażdżąco wygrała. Cały czas musiała mi nad uchem nadawać przeżywając wszystko nieadekwatnie do sytuacji zwłaszcza wtedy, gdy Q-Wnuk był przy piłce, aż musiałem zwrócić jej uwagę, że normalnie nie mogę oglądać.
- To nie gadać?... - upewniła się.
- To nie gadać?... - upewniła się.
Dusiłem się ze śmiechu.
W okolicach 13.30 rozpoczął się taki oto dialog.
- O której chciałabyś wyjść, albo inaczej, znaleźć się w Lokalu z Pilsnerem II. - Są twoje urodziny, więc się całkowicie dopasuję. - Możemy wyjść za pół godziny, za dwie...
- To się zaraz zastanowię...
- Dla mnie to jest o tyle ważne, że planuję się odgruzować na 45%. - I muszę to zrobić odpowiednio wcześnie, żeby się nie przeziębić. - Aha, i uprzedzam, że dla podkreślenia rangi uroczystości ubiorę się w koszulę i marynarkę.
Żona ciężko westchnęła.
- A musisz?... - Zrobisz całą imprezę drętwą... - Ponieważ to są moje urodziny, to bym cię prosiła, żebyś ubrał po prostu jakiś swój sweterek.
- I tak będzie... - podsumowałem.
Bo to proste: Żona niezdrętwiona to i mąż niezdrętwiony... Pozdrawiam!
Zaproponowała wyjście między 15.00 a 16.00. Uprościłem i zasugerowałem 15.30. Wyszliśmy o 15.20.
Po drodze zadzwoniła z życzeniami Czarna Paląca. Długo rozmawialiśmy. O Bydlakach, już tylko dwóch i o prawie jazdy W Swoim Świecie Żyjącej. Pracuje w Naszym Miasteczku i jest bardzo zadowolona. Po Morzach Pływający, który ostatnio w zasadzie się nie odzywa, spływa do domu w grudniu, więc Święta Bożego Narodzenia spędzą razem.
Ciekawe, bo pobyt w Lokalu z Pilsnerem II był szczególny. A przecież to nie pierwszy raz. Może przez fakt urodzin, może przez fakt, że było mnóstwo gości, więc przez to była szczególna aura. Ale to przecież też nie pierwszy raz. Doszliśmy do wniosku, że ten pobyt wypadł tak "na ostatnią chwilę" przez plany związane z Małą Metropolią i stąd nabrał szczególnej rangi. Poza tym nasze panie zaakcentowały fakt urodzin Żony zapaloną świeczką w deserze i ponadwymiarową lampką wina. I wzruszyły się, gdy opowiedziałem im, jaki dylemat miała Żona z tym wyjazdem do Małej Metropolii, bo chciała do Lokalu z Pilsnerem II.
Po powrocie Żona przeżywała swoje urodziny, bo szczególnie się jej podobały.
- Takie to w zasadzie mogłabym mieć codziennie... - śmiała się.
W ciągu dnia dzwonili lub pisali z życzeniami wszyscy. Krajowe Grono Szyderców i różni znajomi. A wczoraj nawet Teściowa. Wczoraj, żeby nikt, w tym Jahwe, nie przypuszczał, że jej telefon jest związany z urodzinami córki. Było to nadspodziewanie miłe.
Wieczorem szykując się do łóżka trochę posiedziałem nad onanem sportowym i trochę popisałem.
Pełni wiary i dobrej woli zaczęliśmy oglądać kolejny odcinek serialu Nabrzeże. W połowie Żona przyznała się Ja zasypiam...
- Bo to wszystko przez te dzisiejsze emocje! - musiała się tłumaczyć.
Nie chciałem dodawać, że nie tylko, za to od razu dusiłem się ze śmiechu. A bym się udusił całkowicie, bo gdy szczelnie owinęła się kołdrą i odwróciła tyłem do mnie i do światła, po pół minucie głęboko spała. Aż nie chciało mi się wierzyć.
Trochę sobie jeszcze poczytałem.
PONIEDZIAŁEK (06.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Ranek zacząłem od onanu sportowego, a potem przez cały dzień, do upadłego, pisałem. Ale różne przerwy, w tym te, na posiłki, były.
Najpierw rano wyjechały Niemki, jak je nazwałem. Obie, matka (78?) i córka (50?) przyjechały tego dnia, gdy ja wracałem z Hamburga. Więc siłą rzeczy ich nie poznałem, dopiero dzisiaj. Polki mieszkające w Bawarii. W Uzdrowisku mają rodzinę i planują tutaj się sprowadzić Bo wie pan, tam się żyje trudno, inna mentalność. W związku z tym, że szukają mieszkania na wynajem, planują przyjechać pod koniec października i ponownie zatrzymać się u nas.
Potem była dostawa czterech kubików drewna. Pierwsza w tym roku.
W okolicach 13.00-14.00 spałem, żeby nabrać sił na resztę dnia.
Po południu zadzwonił z życzeniami do Żony Kolega Inżynier(!). Rozmawiali tylko we dwoje (nie chciałem się wcinać), więc nie za bardzo wiem, co u niego. Ale być może wybierze się w góry i być może zawita do nas na nocleg. Według relacji Żony bał się, że na blogu go obsmaruję z tej racji, że z życzeniami spóźnił się o dzień. Ja?! Nie wiem, skąd wziął taki pomysł?
Wieczorem zaś z tym samym zadzwoniła Zaprzyjaźniona Szkoła. Ta była w pełni usprawiedliwiona, bo obecnie zajęcia odbywają się tylko w trybie zaocznym, w weekendy. Więc Mąż Dyrektorki i Żona Dyrektora byli zajęci, Kolego Inżynierze(!)!. Za to w tygodniu mają niezwykły luz i Inny komfort życia. Namawialiśmy ich, żeby ten komfort jeszcze sobie zwiększyli i rozmowa wokół tego tematu toczyła się długi czas. Jak zwykle umawialiśmy się na spotkanie gdzieś w Polsce.
O bezliku życzeń od różnych znajomych na Facebooku nawet nie ma co wspominać.
W tym tygodniu Bocian nie zadzwonił ani razu.
W tym tygodniu Berta zaszczekała najpierw siedem razy. W czwartek rano. Liczyłem nie wpuszczając jej po porannym sikaniu, bo zbierałem orzechy laskowe i zrywałem pomidory. Postanowiłem liczyć do upadłego.
- Słyszałeś?! - Trzy razy!... - Żona zeszła z góry i była zachwycona. Musiała mi o tym zakomunikować z wysokości tarasu.
- A tam trzy!... - Siedem! - Postanowiłem do upadłego Pieska nie wpuszczać i patrzeć, co będzie. - No, ale zeszłaś...
Żona była jeszcze bardziej zachwycona. Żeby aż taka liczba jednoszczeków?!...
Z kolei w niedzielę Pieska wypuściłem na poranne sikanie, a sam poszedłem do kuchni robić I Posiłek. I o Piesku zapomniałem. Przypomniał się naprawdę potężnym i młodym jednoszczekiem z lekką domieszką lampucerowatości. Od razu rzuciłem się do tarasowych drzwi, bo miałem takie logistyczne możliwości, żeby go wpuścić pomny uwagi Żony Reaguj od razu, żeby Piesek miał świadomość, że jego jednoszczek daje zamierzony efekt, bo inaczej może się zniechęcić i przestanie szczekać w ogóle...
To byłoby naprawdę okrutne dla Państwa.
Godzina publikacji 21.00.
I cytat tygodnia:
Połowę życia zatruwają nam rodzice, a drugą połowę dzieci. - Oscar Wilde (irlandzki poeta, prozaik, dramatopisarz i filolog klasyczny)
Ten cytat w tym tygodniu i w poprzednim idealnie odnosił się do mojego życia. Trudno byłoby mi się z nim nie utożsamić.