poniedziałek, 23 lutego 2026

23.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 82 dni. 
 
WTOREK (17.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.25.
 
Po porannym rozruchu od razu cyzelowałem. 
A jednocześnie byłem cały czas naszczurzony na narciarzy, żeby z przyjemnością wyłapać przed ósmą moment, gdy cała czwórka wyskoczy zza węgła Tajemniczego Domu, rączo wsiądzie do auta i pomknie na stoki (kamień węgielny oznacza fundament narożnika). 
A tu nic. Ósma - nic,  dziewiąta - nic. Zacząłem głośno wyrażać swoje zmartwienie. 
- To może idź do nich, zapukaj i oznajmij im, że zaspali... - dałem  Żonie żyzne poletko do naigrywania się. 
Narty nartami, ale przy ich samochodzie nie mogłem rozwalać kłód nie rozwalając przy okazji pojazdu. Od razu w myślach powstał plan B, w którym przewidziałem rozwalanie tych kłód przy drewutni, tych z poprzedniego transportu. 
O 10.00 nadal narciarzy ani widu, ani słychu.
- A samochód nadal stoi... - usłyszałem Żonę gdzieś w okolicach 10.30. I natychmiast potem:
- Matko! - Zachowuję się, jak ty! - Przez ciebie! - Bo co mnie obchodzi, czy samochód stoi, czy go nie ma?!... - To straszne! - Zachowuję się, jak te kobiety wsparte biustem o poduszki i wyglądające godzinami przez okno!
 
Po I Posiłku siedziałem sporo nad onanem sportowym ciągle czujny względem gościowego auta. Stało, jak zamurowane. Stwierdziłem, że goście poszli po rozum do głowy i wreszcie wybrali się w Uzdrowisko, żeby zaliczyć jego piękne trasy. Bo na narty można pojechać wszędzie, a Tu macie takie piękne szlaki! (Konfliktów Unikający) są tylko w Uzdrowisku.
W końcu musiałem opuścić stanowisko obserwacyjne i pojechać odebrać pranie oraz zrobić śmieszne zakupiki. Gdy wróciłem, auta oczywiście nie było. Nie wiedziałem, co tym sądzić, bo zrobiła się godzina 13.00, czyli taka pora dnia o tej porze roku, ni pies, ni wydra. Ani narty, ani szlaki. Żona sugerowała, żebym się uspokoił.
Najlepszą na to metodą było rozprawiczanie kłód, zwłaszcza że auto nie przeszkadzało.  Rozprawiczyłem tyle, że powstałe bierwiona dały sześć kopiastych taczek. W drewutni ułożone  tworzyły już imponujący widok. Żeby się jeszcze lepiej dorąbać, nomen omen, narąbałem sporo frakcji trzeciej. 
 
Przed II Posiłkiem, żeby się trochę zdywersyfikować, nawet popisałem. I znowu zajrzałem do onanu sportowego. 
Pod wieczór było sporo drobnych spraw gospodarskich, których suma nie pozwalała, ot tak, od razu iść na górę. Ale tak naprawdę adrenalinę podniósł nam jeden facet, który zadzwonił do Żony, że on ze swoją chciałby jutro, na dwie doby, przyjechać do nas do górnego apartamentu. Byłoby z tego powodu bardzo nam miło, bo w górnym jedyne wolne okienko by się pięknie zajęło.
Ale...
- facet nie mógł przez Booking dokopać się do naszej oferty. Obie strony ustaliły, że to chyba przez fakt, że rezerwacja jest dokonywana z dnia na dzień, a tego bookingowy system nie dopuszcza (tak zrozumiałem),
- Żona sugerowała, żeby rezerwacji dokonać przez nasze strony, należność wpłacić na konto ze względu na rozliczanie z fiskusem, ale facet pierwotnie nie chciał na to przystać, bo nasze strony nie mogły wystawić faktury,
- mieli jechać aż znad morza (dziwowałem się temu złośliwie, że się im to opłaca) i deklarowali przyjazd w okolicach 22.00. Wyraźnie było widać, że w ogóle nie raczyli się zapoznać z ofertą bookingową, nie wspominając o zdecydowanie szerszej, naszej, bo zadawali zbędne pytania i dziwowali się różnym rzeczom, na przykład, A to państwo tam mieszkacie?, zaraz po tym, jak pan się dopytywał o skrzyneczkę i klucze do apartamentu, a jego żona z tła rozmowy kazała mu się zapytać, czy jest aneks kuchenny, co stanowiło dla nas, a na pewno dla mnie, obrazę, skoro góra dysponuje pełnowymiarową i w pełni wyposażoną kuchnią stanowiącą oddzielne pomieszczenie.
 
W przerwach między rozmowami sugerowałem Żonie, żeby poinformowała pana, że w Uzdrowisku jest od cholery podmiotów noclegowych, w tym wystawiających faktury, co więcej, z całodobową obsługą w recepcji Więc po jaką cholerę zaparł się akurat na naszą ofertę?!... Ja już gotowałem się w trakcie jego drugiego telefonu, a Żona spokojnie, miło i z empatią dotrwała bodajże do piątego. Tym ostatnim dopadł nas już w łóżku zakłócając domowy wieczorny mir i przerywając oglądanie serialu. 
Żeby być konstruktywnym, a nie tylko bezproduktywnie złorzeczącym, wymyśliłem, że ja jutro na gości zaczekam, a gdybym w trakcie padł, to przecież dla mnie żaden problem. Prześpię się i gości bez problemu przyjmę. A potem jeszcze wpadłem na pomysł, że w oczekiwaniu obejrzę sobie film Ghandi z 1982 roku podesłany przez Syna wieki temu, a do którego oglądania nie miałem serca tylko dlatego, że bodajże trwa ponad 3 godziny. Taka filmowa kolubryna będzie jak w sam raz, bo termin przyjazdu 22.00 od razu nasunął mi myśl "tu mi  tramwaj chodzi". Psychicznie nastawiam się więc na 23.00-24.00. 
W końcu taka praca. Nikt nam nie kazał... 
 
Do zakłócania wieczornego miru domowego swoje trzy grosze dołożył Konfliktów Unikający. Nie żebym miał mu to za złe, zwłaszcza że na jego mmsy czekałem. Jak co roku przysłał zdjęcia niezbędnych akcesoriów (wódka, śledź) okupujących stół i podkreślających śledzika. Ale tym razem przy stole, oprócz niego i Trzeźwo Na Życie Patrzącej, siedzieli jeszcze Teatralna i Misiek. Przy wódce! A pamiętam,  gdy...
 
Wieczorem obejrzeliśmy drugą połowę "wczorajszego" odcinka serialu Fargo. Żona nie podołała całości, więc stwierdziliśmy, że nic na siłę. Tą filozofią kierowani dzisiaj nie rozpędziliśmy się z odcinkiem następnym.
 
ŚRODA (18.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Zaraz po porannym rozruchu rzuciłem się do wysłania smsa z życzeniami do Pasierbicy. Dzisiaj kończyła 39 lat. A pamiętam, gdy miała 11-12 lat i gdy się spotkaliśmy któregoś dnia rano przed budynkiem szkoły państwowej, do której chodziła do podstawówki, a w której mieściła się druga siedziba Szkoły. Ucieszyłem się na jej widok, a ona rozpostarła ręce, żeby mnie na powitanie objąć, a oczka świeciły się jej z radości. Teraz się tego, Małpa, wypiera i zgrywa, że nie pamięta.
W korespondencji zwrotnej napisała, że na dzisiejszą okoliczność z Q-Zięciem wzięli urlop, żeby godnie pouczciwać. Robią tak mądrze od kilku lat. Bo trzeba umieć i chcieć się cieszyć codziennymi drobiazgami (tego jej, m.in., życzyłem). I na dodatek uczyć dzieci. Wielkie chwile radości, jeśli w ogóle nadejdą, to może raptem w życiu kilka razy. Żmudne oczekiwanie na nie kończy się smutną refleksją, że oto pojawił się nieodwracalnie jego schyłek i co?!...
 
Rano w oczekiwaniu na elektryka z Tauronu pisałem. Facet miał wymienić licznik elektryczny na zdalnie, radiowo, sterowany, żeby jeszcze lepiej Unia, System, Big Brother mogły nas inwigilować i trzymać za gardło. Od razu przypomniała mi się książka Blackout Marca Elsberga, w której akcja zaczęła się od manipulowania "złych sił" właśnie w takich licznikach. Facet pojawił się przed 10.00, sprawnie licznik wymienił, podziękował za kawę, bo był już mocno spóźniony (nie mógł dojechać do Uzdrowiska przez TIR-y, które zatarasowały dwie drogi dojazdowe), książki nie czytał i się zdziwił, że cała katastrofa zaczęła się właśnie od tego, co wymieniał, po czym poprosił, żebym sfotografował stan poprzedniego licznika Żeby nie było nieporozumień. Nawet nie zapytał, czy mam takie możliwości, bo to oczywiste - każdy ma. Był bardzo sympatyczny.
 
W okolicach 11.00 wyjeżdżali narciarze. Na pożegnanie uciąłem sobie z nimi niezwykle sympatyczną i lekką pogawędkę. Okazało się, że obserwując ich wczoraj w jakimś sensie miałem rację, bo do 13.00 musieli zregenerować siły i nie w głowie było im startować na stok już o 08.00. Ale pojechali nań, bo córki uparły się doświadczyć zjazdów przy świetle elektrycznym Bo nigdy nie były.
- My z Żoną nie jesteśmy narciarzami, stąd musimy polegać na opiniach gości, żeby wiarygodnie przekazywać kolejnym... - zacząłem dopytywać. - To jak państwo oceniacie tutejsze warunki?
- Świetne, jesteśmy zachwyceni. - Mnóstwo tras zjazdowych, wyciągów i cała infrastruktura. - U nas do najbliższych stoków mamy tylko 40 minut drogi, tu, co prawda, jechaliśmy niecałe trzy godziny, ale tamte nie umywają się do tutejszych. - Będziemy przyjeżdżać i polecać. - Z atrakcji była taka specjalnie oświetlona trasa walentynkowa. -  Córkom się bardzo podobała. - A jak u państwa z terminami w marcu?...
- Marzec i listopad są dla nas najsłabsze, więc o terminy łatwo, ale w marcu ze względu na opłacalność przyjmujemy na minimum pięć dób. - wyjaśniłem.
Trochę się zmartwili, ale rozumieli.
- No, tak... - My możemy wyjeżdżać tylko na takie dwu-, trzydobowe wypady, to w tej sytuacji przyjedziemy za rok. - śmiali się.
To byli goście z grupy, dla których szczególnie chce się pracować i przygotowywać apartament. Ma się  sporą satysfakcję.
 
Dopiero wtedy mogłem zjeść II Posiłek. I od razu zabrałem się za górny apartament kończąc pracę w 55 minut. Mobilizacja.
O 13.00 z dołu wyjeżdżali goście, ci pociągowi. W drodze do domu mieli przesiadkę w Metropolii. Znowu na pożegnanie uciąłem sobie z nimi kolejną niezwykle sympatyczną pogawędkę. Tutaj już musiałem się postarać, bo dotykane sfery mogły nie być takie lekkie i trzeba było uważać. Ale widocznie było dobrze, skoro nie spieszyło się im do pociągu.
Od razu pojechałem do pralni zawieźć pranie i na drobne zakupy. Trafiłem na uzdrowiskowe godziny szczytu (ruch wahadłowy przy przebudowie jednej z głównych dróg) i musiałem czekać w jedną stronę na czterech cyklach świetlnych, za to z powrotem już tylko na dwóch. Ale Uzdrowisku jestem w stanie wiele wybaczyć. 
Mimo że po wczorajszych kłodach z dołożeniem dzisiejszego sprzątania góry czułem plecy i barki, od  razu zabrałem się za dół. Jak się dobić, to od razu. Nie będę sobie odcinał ogona po kawałku. 
 
Od 16.00, kiedy wreszcie siadłem, zaczęło niesamowicie sypać dużymi i trwałymi płatami śniegu.
- Zobacz, jaka piękna zima! - odezwała się entuzjastycznie Żona, gdy po skończonej robocie wróciła z dołu i stała przy oknie w kuchni szykując się do przygotowania posiłków dla nas i dla Pieska.
- Nooo...  - stać mnie było tylko na taką formę zachwytu. 
Jakbym, kurwa, nie widział, że jest taka piękna!... Planowałem po pracy odsapnąć na narożniku, ale psychicznie nie mogłem, zwłaszcza, że po 40 minutach warstwa śniegu wynosiła z 5 cm. Obsypane tym białym gównem było wszystko, więc nie wytrzymałem i poszedłem kolejny raz tej zimy zgarnąć i zamiatać podjazd, ścieżki i zewnętrzne schody. No, dobiłem się.
Modliłem się, żeby wreszcie przyjechała do dolnego apartamentu para.  Żeby ją przyjąć i... pójść spać.
O 17.30 przyjechał sam facet. Takim smokiem, który ledwo mieścił się w bramie i na płaskim miejscu parkingowym. Volkswagen pick-up Amarok. Za to facet, lat około 35, był zdecydowanie niższy ode mnie, a to już sztuka. Sympatyczny, przebojowy, wygadany ponad miarę i kontaktowy.
- Żona zachorowała, nauczycielka... - informował jednym tchem - ... więc przyjechałem sam.                 - I zostanę chyba tylko na jedną noc.  - Takie jest życie! - śmiał się.
Widać było, że u niego jest to naturalne i rzeczywiście "takie jest życie", nie robimy problemów, bo z koniem kopać się nie da.
- Jutro rano, po ósmej jadę do Łańcuchowej Wsi, bo tam kupiliśmy działkę i będziemy budować dom.  - Jestem umówiony z geodetą.
- A ma pan co pić, jeść? - Żona zatroszczyła się, bo chyba według niej był trochę zbyt wyluzowany.
- A coś tam sobie  kupiłem w Stylowej i w Intermarche, kawy pić nie będę, rano od razu jadę... 
A mieli być z żoną do 22.02, do niedzieli. Trochę głupio.
 
O 18.00 wreszcie poszedłem na górę. Umówiłem się z Żoną, że przyjdzie o 19.30 i wtedy obejrzymy kolejny odcinek serialu Fargo. Plan wypalił, nawet udało się obejrzeć odcinek do końca. Umówiliśmy się też tak, że Żona zostawi mi trochę prac gospodarskich Bo wtedy łatwiej będzie mi się rozruszać. To, gdy wstałem, rozwiesiłem wyprane ręczniki, załadowałem zmywarkę i naniosłem trochę bierwion.
Byłem rozruszany na tyle, że o 21.00 zacząłem pisać, a z Ghandim zupełnie mi się nie chciało startować. O 22.00 przestałem pisać i przeszedłem na onan sportowy. Postanowiłem, że, gdy z nim skończę, dopiero wtedy zabiorę się za film. Ani jedno, ani drugie nie miało miejsca. Bo ledwo się dobrze rozsiadłem, już o 22.05 zadzwonił telefon i zostałem przyłapany na fakcie, że "tu mi tramwaj nie chodził". Goście przyjechali mega(!), jak na taką odległość i warunki drogowe, punktualnie.
Od razu dało się wyczuć pewne podobieństwo charakterów, ich i mojego, ze szczególnym zaznaczeniem prób dominacji, więc obie strony dążyły do maksymalnego skrócenia powitania i wprowadzania. Ponieważ obie były kulturalne, więc w milczący, ale jednoznaczny sposób przyjęły, że ze względu na tak późną porę, czas podróży i zmęczenie gości tak musi być. I było.
- Przyznam się, że podziwiam państwa, że z tak daleka, aż znad morza (Sąsiednie Duże Miasto), i w takich warunkach chciało się państwu jechać do nas tylko na dwie doby... - to było moje jedyne odstępstwo od postanowienia, żeby nie wdawać się w gadki.
Facet się znalazł i wyjaśnił, że to jest tylko taki etap, bo z Uzdrowiska jadą dalej do Byłej Stolicy na targi. Żyznego poletka do rozmowy Jakie targi? Czym państwo się zajmujecie? nawet ja nie dotykałem. Ale widziałem, jak ich Peugeot Partner załadowany jest aż pod sam sufit.
 
Z pewną ulgą wróciłem do domu. 
Gdy znalazłem się na górze, Żona natychmiast wykazała tę swoją przedziwną czujność pytając półprzytomnie No i jak tam? 
- Wszystko ok, gości przyjąłem, a opowiem ci jutro.
To jej wystarczyło.
Za chwilę jeszcze raz wykazała tę swoją czujność, ale trudno było się jej dziwić, skoro ułożyłem się wygodnie i zacząłem... czytać książkę.
- Czytasz?!... - w słabym i zaspanym głosie wyczułem grozę i oburzenie z faktu takiej pory.
Gdyby miała siły, postukałaby się jeszcze po głowie. 
Jednak przed 23.00 i ja zasnąłem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. 
 
CZWARTEK (19.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.15.
 
Specjalnie tak, gdyby facet od smoka czegoś potrzebował. 
Ale nie potrzebował niczego. Bo, gdy byliśmy już po rozruchu, ciszę przerwało buczenie smoka i zaraz po 08.00 facet nas opuścił. Ale nie przyszedł z kluczami, więc cholera wiedziała, co jeszcze planował.
Ale do niedzieli miał prawo planować... 
Do I Posiłku pisałem, zdałem Żonie szczegółowo relację z wczorajszego, "nocnego", przyjęcia gości ze szczególnym uwzględnieniem ich typów charakterologicznych i zachowań Nie nasi goście, chociaż przecież nie miałem podstaw, aby się do czegokolwiek czepić. Gadek jednak będę unikał, bo one mają tę specyficzną cechę, że muszą dawać przyjemność i satysfakcję obu stronom. A tutaj takiej możliwości nie widziałem.
 
O 10.30 facet z dołu wrócił. Akurat byłem na zewnątrz, bo przyszedł gość do odczytu licznika gazu. 
- I jak się udało w Łańcuchowej Wsi? - zagadałem.
- Super! - Geodeta świetny, wszystko mi elegancko powyznaczał.
- A jakiej wielkości działka?
- 1400 m2. - Obecnie, tam gdzie mieszkamy, mamy 800 i jest co robić.
Zrozumieliśmy się, skoro ja podkreśliłem, że ta właśnie ma 830 I jest co robić!
Więcej nie dopytywałem, a zwłaszcza Kiedy pan wyjeżdża? Opłacone, więc może być do niedzieli i nic mi do tego. 
 
Po I Posiłku wyjechali goście z góry. Dosyć późno. Byłem ciekaw, jak pan sobie poradzi z wyjazdem ze skosu. Lekko tylko przygazował i już był na płaskim. Ale mu to wczoraj ułatwiłem posypując przed ich przyjazdem popiołem dwie linie, po których miały się toczyć opony. I go przy parkowaniu o tym poinformowałem.
- Ale jeśli miałby pan być bardziej spokojny, to mogę pod przednie koła podłożyć jeszcze kamienie. - Mam tu takie specjalne na podorędziu.
- Jestem bardzo spokojny!... - zapewnił mnie od razu, co ewidentnie świadczyło o tym, że wcale takim nie jest. Nie chciałem się jednak w ogóle o tym przekonywać. - Hamulce mam bardzo dobre! - dodał, jakby bał się, że jednak mogę go posądzać o słabsze. Oczywiście nie rozwodziłem się z nim nad dwuznacznością ostatniego sformułowania. Moglibyśmy się nie zrozumieć i mogłoby być ciężko.
Przy informowaniu go o segregacji śmieci też wyszła jego pewna cecha charakteru.
- My ogóle nie używamy plastiku, więc go nie zdajemy. - A butelek szklanych może w miesiącu oddaję raptem kilka. 
Trochę się milcząco dziwowałem, ale przede wszystkim zwracał moją uwagę sposób, w jaki to wypowiadał. Coraz bardziej przypominał mi jednego z bohaterów polskiego filmu Hydrozagadka z 1970 roku granego przez Tadeusza Plucińskiego, który w podobny, nienaturalny, żeby nie powiedzieć sztuczny sposób, zwracał się do Ewy Szykulskiej.
Czytam „Time” i „Epokę”, pijam tylko Ballantine'a, palę Winstony, dla ciebie mam Wintermensy zagraniczne czekoladowe cygara. Zdejm kapelusz, będziemy uprawiać miłość francuską. 
Dobrze, że było mi darowane ostatnie zdanie, oczywiście sparafrazowane na aktualne potrzeby Niech pan zdejmie czapkę.... Jednak bez sensu! Czapka nie miała nawet skromnego daszku.
Zdaje się, że jestem mocno niesprawiedliwy i czepialski. Fuj!
 
W okolicach południa z przyjemnością i ulgą poszedłem na górę pospać. Zarwanie nocy zrobiło swoje. Ale nie tylko to. We wtorek, gdy rozprawiczałem kłody, robiłem to ewidentnie w przeciągu popijając Zatecky'm. A on stojąc w tym przeciągu robił się co łyk zimniejszy. A mnie wiele nie trzeba. Pod wieczór zaczęły się drobniutkie, takie z daleka, kłucia w lewym uchu, które zbagatelizowałem. Zabrałem się za siebie dopiero wczoraj rano zakrapiając ucho oraz płucząc gardło. Od razu też zaczął się pojawiać katar. Reszta dolegliwości zniknęła, a on pozostał. A wiadomo, jak potrafi wymęczyć, zwłaszcza że w nocy gorzej się śpi i organizm w pełni się nie regeneruje. Żona co rusz podsuwała mi różne niemedyczne sposoby, w tym, na przykład, wąchanie pokrojonej cebuli. Nie chciałem podważać jej kompetencji, ale wiedziałem, że czy medyczne (tabletki z ubocznymi skutkami działania), czy niemedyczne sposoby działania, katar ma to do siebie, że nieleczony trwa tydzień, a leczony tylko 7 dni. Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość i za głupotę płacić. 
Oczywiście, nie wiadomo, co by było, gdybym żoninych metod nie stosował. Choróbsko ze śmiesznego stanu, jakim jest jednak katar (dla Indian śmiertelny; zdziesiątkował populację rdzennej ludności), mogłoby się rozwinąć, zająć zatoki, oskrzela, płuca, dodatkowo objawiając się nieznośnym bólem głowy i mięśni. O śmiertelnych powikłaniach nawet nie ma co wspominać... Na razie jednak jest dobrze, jeśli mój stan można tak określić. 
 
Facet z dołu jednak wyjechał dzisiaj o 15.30. 
- Czyżby pan wyjeżdżał? -  zagadałem głupio, gdy spotkaliśmy się przed drzwiami Tajemniczego Domu.
- Tak! - śmiał się. - A co ja tutaj będę robił sam, bez żony. - Jadę do niej, biedna chora...
Udało mi się króciutko tylko przywołać w mojej pamięci część trasy z Naszej Wsi, którą często pokonywaliśmy w drodze do Dzikości Serca albo do Naszego Miasteczka, a która przebiegała przez jego miejscowość. Od tamtej pory nic się nie zmieniło. 
 
Na II Posiłek poszliśmy do Lokalu Bez Pilsnera. Tym razem trochę się naciąłem. Nie chciałem zamawiać kartaczy, jak Żona, bo ostatnio im nie podoływam (podołuję?), czyli, mówiąc po polsku, nie daję rady. Za dużo te pięć sztuk w porcji. Żona zaś, jako pies na kartacze, gdy się o tym dowiedziała, żałowała,  że ich nie zamówiłem Bo mógłbyś mi jednego odstąpić... Chciałem coś delikatnego i wybór  padł na pstrąga.
- Niestety nie ma - usłyszeliśmy od naszej pani. - Będzie jutro...
Po krótkich rozmowach zdecydowałem się na pierogi z gęsim farszem. I to był ten strzał nie w dziesiątkę, więcej, poza tarczę. Były jakieś jałowe, suche, bez smaku.
- To już lepsze byłyby zwykłe ruskie... - podsumowała Żona, gdy jednego jej odpaliłem. 
Siedem pozostałych zmogłem, ale bez satysfakcji. Dla mnie ta pozycja z menu mogła zniknąć.
Ale pobytu nie żałowaliśmy, bo to zawsze dla nas takie drobniutkie święto w naszej codzienności. 

Po wieczornej cebulowej inhalacji poszliśmy na górę. Tuż przed rozpoczęciem oglądania kolejnego odcinka serialu Fargo rozdarł się mój telefon. Tylko dlatego, że go zwyczajowo nie wyłączyłem, bo udostępniałem z niego Internet. Natychmiast Bociana odrzuciłem pomstując w myślach Gnoju jeden, rozumiem, że dzwonisz w dzień, ale żeby o tej porze?! Bezczelny chamie!
W trakcie oglądania zadzwonił do Żony ten "gość z Hydrozagadki" . Gdzie, kurwa, wyczucie?! A mir domowy to chuj?! - gotowałem się w myślach tym bardziej, że szybko się zorientowałem, że ten przedchwilejszy Bocian, to nie był Bocian, tylko właśnie gość z góry. Bociana więc w myślach natychmiast przeprosiłem.
A facet do mnie zadzwonił tylko dlatego, że przed przyjazdem dostał od Żony mój numer telefonu z prośbą Gdy państwo będziecie dojeżdżać, to proszę zadzwonić do męża, który będzie na was czekał i państwa przyjmie. Oczywiście wtedy za informację nie podziękował. Nie podziękował też dzisiaj, gdy Żona napisała mu, że po powrocie z wycieczki może zaparkować już na płaskim, bo się zwolniło miejsce. Taki sznyt.
Dzwonił, bo chciał się dowiedzieć, czy jutro mogą zostać dłużej niż do 11.00. Oczywiście o dobie hotelowej doskonale wiedział, ale nie szkodzi wziąć rękę. Był wyraźnie niezadowolony, gdy usłyszał, że mogą zostać do 14.00 Bo musimy mieć czas na przygotowanie apartamentu dla kolejnych gości, którzy jutro przyjeżdżają. To mu wyraźnie nie wystarczyło, bo starał się dociec, o której tak naprawdę nowi przyjeżdżają. Za chwilę trzeba byłoby mu się z tego faktu tłumaczyć. No, złamas jeden!
 
No, naprawdę, cud jakiś, że za pierwszym jego dzwonieniem telefonu nie odebrałem. Umknęła mi jedyna, może niepowtarzalna już okazja w ciągu 18. lat prowadzenia tej działalności, że mógłbym zastosować swój system obchodzenia się z gośćmi Nie odpowiada panu 14.00, to proszę spadać do 11.00!  Uważałbym, że i tak w tej sytuacji byłbym kulturalny używając słowa "proszę". 
Dlatego Żona ogranicza mój kontakt z gośćmi do niezbędnego minimum, żebym nie czuł się tak do końca  wyautowany.
- A chcesz, żeby goście do nas przyjeżdżali? - zawsze w takich przypadkach mojej irytacji zadaje to retoryczne pytanie. - I nieźle by nas obrobili na Bookingu.
To akurat mam w dupie. Bo ktokolwiek czytający, trochę myślący, od razu wyłapie w morzu dziesiątek, że ta akurat niska ocena musi ewidentnie wynikać z faktu, że gospodarze temu komuś czymś się narazili i ten ktoś się mści. Dodatkowo wyjaśnię, że, chociażby w środę dostaliśmy od gości, kolejny raz, same dziesiątki z uwagą "niezwykle sympatyczni gospodarze". Napomknę tylko, że również piszą "bardzo sympatyczni, pomocni, serdeczni", itd. I uzmysłowię, że piszą "gospodarze", a nie "gospodyni"!
- To da mi pan jutro rano znać, jaka będzie państwa decyzja? - Żona dopytywała. Obiecał, że tak, że oczywiście, czytaj w domyśle Jak w ogóle mogła zadać takie pytanie?... 
Najlepsze w tym wszystkim było to, że już po pierwszej ciężkiej z nim rozmowie, gdy za chwilę miał ponownie zatelefonować, Żona od razu zastrzegła, że ona tych gości by nie przyjęła Bo będą problemy, a jeśli (jak?!) nawet nie, to ta trująca aura obrzydzi nam ich pobyt. Ale ja się upierałem, bo ekonomia, efektywność grzania I wielkie mi mecyje, tacy goście! No to miałem za swoje...
 
Obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Fargo i tedy spać. Ale nie do końca. Bo kaszlałem i nie pomogły moje sugestie kierowane do Żony Nie zwracaj na mnie uwagi i śpij! Trudno nie zwracać, gdy (jak?!) nad uchem co chwilę dudni kaszel. Po półtorej godziny męki (po półtora - politycy i dziennikarze) miałem dosyć. Żona nawet nie tym bardziej, skoro na mnie spoczywała odpowiedzialność, że nie śpi ona i ja.    
- Zabieram pościel i schodzę do Bawialnego...
- Dobrze. - udręczona natychmiast się zgodziła.
Na dole dudniłem jeszcze przez jakieś dwie godziny, a potem wszystko się uspokoiło i mogłem w miarę normalnie spać biorąc pod uwagę, że trochę mocniej musiałem zasysać powietrze do płuc.
Jeszcze tylko o 22.20 smsowo wydarłem się do Sąsiadów z Lewej, do każdego oddzielnie na wszelki wypadek, Fafik szczeka! Przestał, jak nożem uciął.
 
Dzisiaj o 20.26 napisał Po Morzach Pływający. 
Wróciłem do pracy. No to będziesz dostawał maile o dziwnych porach dnia .
Pozdrawiam z Bayonne, region baskijskiej części Francji niedaleko słynnego kąpieliska w Biarritz.
PMP (pis.oryg.)
Dopytywałem, kiedy wraca, bo tak mi wyglądało, że latem, więc mogliby do nas ponownie wpaść. Minęłyby wtedy dwa lata od ostatniego ich pobytu. Zapraszałem.
 
PIĄTEK (20.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
 
Żaru w kuchni nie było. Ostatnio, tygodniami, tak wieczorem dokładam bierwiona, że rano mam piękny żar. Wystarczy przerusztować, dołożyć kolejne i proces biegnie dalej niczym niepowstrzymany.
Dzisiaj nie wyszło, musiałem rozpalać od podstaw, od I frakcji. Następne ogień przyjmował chętnie i wszystko poszło jak po sznurku. Czyli szkodzi nic
 
Rano trochę pisałem, gdy zadzwonił Brat. Dzwonił dwa dni temu, ale jakoś jego telefon przeoczyłem, a potem ze względu na gardło dzwonienie do niego odłożyłem.
- Bracie, martwiłem się o ciebie, bo zawsze oddzwaniasz. 
Wyjaśniłem sytuację z moją głupotą i piciem piwa na mrozie. Nic lepiej nie mogło mu wyjaśnić mojego stanu. Od razu zaaferowany przekazał mi dwa linki do wywiadu i do skrótu meczu, żebym koniecznie obejrzał. Wywiad dotyczył Bratanicy.
- Człowieku, jest lepsza ode mnie!
Bratanica była na krótkim stypendialnym wyjeździe w klubie GKS Katowice, który przygotowywał się do meczu z Widzewem Łódź. Jako osoba odpowiedzialna w swoim trzecioligowym klubie za organizację i marketing miała sposobność przyjechać i podpatrywać różne działania klubu w tym obszarze na najwyższym, bo ekstraklasowym poziomie. Rzeczywiście przyjemnie się jej słuchało, bo i język polski w porządku i merytorycznie dawała radę. Widać było luz i że siedzi w temacie.
Drugi link dotyczył ostatniego meczu Ukochanej Drużyny Brata, w którym wygrała 3:1, a Brat oczywiście piał.
I tak od słowa do słowa wyszło, że fajnie byłoby, gdybym przyjechał do niego, do Rodzinnego Miasta.
- Zobaczyłbyś nowe panele w kuchni... - Człooowieeeku!
Atrakcja jak skurwensen, że zacytuję Konfliktów Unikającego, ale wobec Brata wykazałem tym tematem niesamowite zainteresowanie. 
- W niedzielę,  8. marca ma przyjechać Bratanica z całą rodziną, ale tylko na obiad, bo potem jadą dalej na kilkudniowy urlop, to gdybyś przyjechał, zobaczyłbyś się z nimi, a wieczorem byśmy sobie posiedzieli przy jakimś meczu i przy piwku.
Bardzo mi się to spodobało i dawno się tak nie ucieszyłem na wyjazd do Rodzinnego Miasta. Ale na wszelki wypadek zadzwoniłem do Bratanicy, która jest osobą konkretną i niekonfabulującą. Bo życie mnie nauczyło, Brat i Siostra, że często jest nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie...
Wszystko potwierdziła, nawet podała godzinę przyjazdu i byliśmy umówieni. No i z Żoną złożyliśmy jej gratulacje z powodu telewizyjnego występu tytułując ją Gwiazdą Medialną. 
 
O 10.30 wyjechali goście z góry. Czy uprzedzili, że tak będzie, czy coś się zająknęli na ten temat?...
He, he, he! Pani oddała tylko klucze bez żadnych wyjaśnień i tłumaczeń względem wczorajszej rozmowy, bo każdy głupi by widział i wiedział, że skoro robi to z chłodnym "Dziękuję" i "Do widzenia", że wyjeżdżają. Pan z wnętrza auta nawet pokiwał do mnie głową. Ale jako kulturalny gospodarz życzyłem im szerokiej drogi.
Ruszyli z przytupem, a ja poczułem niezmierną ulgę. Fajnie, że to taka rzadkość. 
 
Po I Posiłku miałem dziwną smsową korespondencję z Synem. 
- Synuś, gdzieżeś? W Sypialni Dzieci, w Stolicy czy w Dusseldorfie. 
Zaczął mi odpowiadać dziwnymi wierszykami, na wpół głupkowatymi, więc mu odpłaciłem tym samym. Nawet mu się spodobało. Spomiędzy wierszy wywnioskowałem tylko tyle, że nadal nigdzie nie wyjechał, ale co dalej?... Nie dociekałem, bo bałem się, że dotknę jakiegoś śmierdzącego tematu. 
 
Zaraz potem zabrałem się za sprzątanie góry. Nawet zastałem porządek, ale po wstępnym ogarnięciu wyszło mi, że zniknął taki fajny, teraz chyba nie do dostania, przewodnik po Uzdrowisku i okolicy. Normalnie musieli go podpieprzyć, kleptomani albo zwyczajni złodzieje. Fakt ten, gdy skończyłem, zameldowałem Żonie.
- Jest!  - krzyknęła z góry.
- A gdzie był?!
- W innym miejscu!...
Nieważne! Przecież nie był na tym samym miejscu, z którego go wzięli. 
Z powodu niecnego ich posądzenia 
Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. 
Co więcej, humor mi się poprawił. Należało im się! Za żywota!
 
Po wszystkim mnie zmogło, więc z książką zaległem na godzinę na narożniku w Salonie. Żona w tym czasie kończyła górę.
Panie, matka i córka, przyjechały z dwoma pieskami (obie sunie) o 16.00. Gdy skończyłem wprowadzać je w swoje rewiry, Żona zabrała je na górę, a ja podglądałem zachowanie suń, które zostały w aucie. Obie stały tyłem do mnie i tęsknie wyglądały przez szybę za swoimi pańciami.
Ale, gdy zastukałem, grzywaczka chińska natychmiast się odwróciła i starała się przez szybę dostać się do mnie i mnie z radości wylizać. Ale cockerki spanielki nic nie ruszało, tylko nieruchomo i tęsknie patrzyła w punkt, w którym pańcie przed chwilą zniknęły. Nawet, gdy zaszedłem z drugiej strony, żeby ją zobaczyć od pyska, nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. A wiadomo, jak u cocker spaniela morda i obwisłe uszy potrafią podkreślić tragedię rozstania.
Heca była przy wchodzeniu po schodach. Bo niby oba pieski to potrafiły, ale nie dość, że tutaj były schody takie metalowe, wydające dziwne dźwięki, to jeszcze zewnętrzne, zimne i na dodatek ryflowane oraz ażurowe. Ponad siły piesków. Trzy kilogramy grzywaczki chińskiej od razu przy pierwszym stopniu się zaparły i nie pomogły łagodne nawoływania córki, a potem dość brutalne ciągniecie smyczy. W końcu grzywaczka  dopięła swego i radośnie ulokowała się na rękach młodszej pańci.
Tego nie dało się zrobić z cockerką. Trzeba ją było z odpowiednim tembrem głosu namawiać z góry. 
Piesek przyjął prostą taktykę. Najpierw się rozpłaszczył maksymalnie szorując brzuchem po stopniach, bo wiadomo, że to  bezpieczniej (skąd taki piesek wie, nieuczony przecież, że w takich i podobnych sytuacjach dobrze jest obniżyć środek ciężkości?) i co drugi stopień się zatrzymywał wąchając pustkę miedzy stopniami, bo ta była ciągle wysoce podejrzana. Ale, gdy już wpadł na balkon, radość z powodu bliskości pań była olbrzymia. I do głowy jej nie przychodziło się na nie obrażać Bo naraziłyście mnie na taki stres!
Paniom pomogłem zanieść bagaże na górę (Jacy ci gospodarze sympatyczni!...). Oprócz bezliku bagażowych drobiazgów dysponowały trzema sporymi walizkami, w tym jedną kolubryną, taką nowoczesną, sztywną i twardą ważącą sama z siebie (tara) z 10. kilogramów. Mógłbym się dziwować temu bezlikowi, skoro przyjechały tylko na pięć dni, ale życie nauczyło mnie, że lepiej tego tematu nie dotykać wobec dwóch kobiet i dwóch suń na dodatek.
 
Wreszcie mogłem dopaść córkę. To był jeden z wielu przypadków, gdy opatrzność czy też Pan Bóg czuwali nade mną. Bo czymś tknięty nie zadałem dziewczynie standardowego Ile to jest 2+2x2? 
Zamiast tego rzuciłem obcesowo Ile lat? 
- 22...
Musiałem mieć coś na twarzy, chyba zamurowanie, bo wybuchnęła śmiechem.
- Przestań, nie żartuj! - dalej brnąłem.
- Naprawdę! - ciągle się śmiała.
- Dawałem ci maksymalnie 16! - To chyba powinienem do ciebie zwracać się per pani?...
- A broń Boże! - podobał mi się jej luz.
Dziewczyna studiowała pielęgniarstwo, była na II roku, a matka, prawniczka, pracowała w Stolicy. Ale mieszkały w Innej Metropolii II. Obie kontaktowe, inteligentne, z oczywistą u matki kobiecą cechą nieporadności przy parkowaniu, mimo że przecież parkowała na płaskim i miała do dyspozycji hektary.
 
W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i zamknięcia tematu mogliśmy spokojnie zjeść II Posiłek. 
Po czym na luzie pisałem (taki stan braku presji najbardziej lubię), by za jakiś czas robić to dalej przy kisielu, który Żona przygotowała, żeby łagodzić podrażnione od kaszlu gardło. 
Z tego też tytułu ustaliliśmy, że dzisiaj nadal będę spał na dole. Ale najpierw na górze obejrzeliśmy oczywiście kolejny odcinek serialu Fargo. Trup "tym razem" słał się gęsto...
Żona już wcześniej stwierdziła, że serial jest taki tarantinowski (Pulp Fiction, Django i inne), taki komiksowy, gdzie krew się leje gęsto i na różne sposoby, a kolejni aktorzy wypadają ze scenariusza, ale to wszystko nie przeraża. Jednak na wszelki wypadek w tych scenach zamyka oczy. 
Na dole nie spieszyło mi się do spania, więc sporo poczytałem. Światło zgasiłem o 22.00. 
 
Dzisiaj wieczorem Po Morzach Pływający lakonicznie poinformował Powrót w połowie lipca. I nic więcej. Trzeba będzie popracować nie tyle nad nim, co nad Czarną Palącą.
 
SOBOTA (21.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.20.
 
Żona ponoć od 06.00 czytała/słuchała, po czym ponownie zasnęła. Gdy się obudziła nie słysząc niczego z dołu myślała, że ja nadal śpię. Pojawiła się o 07.50, gdy wszystko było gotowe.
Po porannym rozruchu trochę poświęciłem się onanowi sportowemu, a potem sporo pisałem.  
 
Po I Posiłku zabrałem się za rozgryzanie materiału, który przysłała nam pani prawnik, zaprzyjaźniona z Krajowym Gronem Szyderców, a który dotyczył rozliczeń z US związanych ze sprzedażą Pół-Kamieniczki i Wakacyjnej Wsi oraz kupnem Tajemniczego Domu. Była to jej odpowiedź na moje suche dane (kwoty kupna, sprzedaży, wszelkie terminy) przesłane przez Żonę. Najpierw wszystkie wydruki uporządkowałem faktograficznie i chronologicznie i trzeba powiedzieć, że rozgryzłem jej metodologię podejścia do tematu (trzy warianty postępowania do wyboru). Bo, mimo sporej przejrzystości przysłanych materiałów, bardzo szybko zaczęła w nich stosować skróty myślowe, bo po co podawać rzecz za każdym razem łopatologicznie i się powtarzać, skoro "to  jest oczywiste". Musiałem żmudnie i po kolei przebijać się przez jej interpretacje na zasadzie "sprawdzam panią".  
Ujrzałem światełko w tunelu i wiedziałem teraz, że należy złożyć korektę PIT-u 39 związanego ze sprzedażą Pół-Kamieniczki. Przy czym przy składaniu "nie dotykałbym" tej pani z citizańskiego US maksymalnie tak długo, jakby się tylko dało. Może szczęśliwie na tym etapie nie mielibyśmy z nią nic do czynienia i może zadowoliłaby się rzuconym jej ochłapem. Żona była innego zdania, żeby nie powiedzieć przeciwnego, i uważała, że natychmiast z tą korektą należy bezpośrednio udać się do tej pani i "się ujawnić".  Masakra! 
 
Wysiłek myślowy, zdechło-szara pogoda oraz jednak katar (piąty dzień) i związany z nim kaszel zmęczyły mnie na tyle, że musiałem godzinę pospać na górze. 
Gdy wstałem, z braku laku, wróciłem na krótko do onanu sportowego. Generalnie nie lubię tego braku laku.
(powiedzenie pochodzi z dawnego przysłowia „z braku laku i opłatek dobry”. Lak był drogim materiałem do pieczętowania listów, a gdy go brakowało, używano substytutu w postaci masy opłatkowej <mąka z wodą>)
 
Po II Posiłku znowu zapanował brak laku, sztucznie szukałem jakichś drobiazgów do zrobienia, aż w końcu nadszedł przyzwoity już moment, żeby udać się na górę i obejrzeć kolejny odcinek serialu Fargo.
Rozstaliśmy się życząc sobie spokojnej nocy. Po raz pierwszy też w tym cyklu obecnego spania na dole to samo życzyłem Pieskowi. Bo do tej pory perfidnie wypędzałem go na górę, żeby mi w nocy pod nosem nie mlaskał, nie chrapał, nie trzepał sobie uszków, nie kokosił się, no i nie puszczał bąków. A perfidnie, bo bez żadnego słowa, gestu, patrzenia znaczącym i zimnym wzrokiem oraz stania nad nim,  żeby wywrzeć presję. Brałem tylko krzesło lub taboret (Piesek wtedy od razu potrafi się uczujnić i wyrwać z najgłębszego snu i obserwować Pana, czy stanie się nieuniknione), ustawiałem pod lampą i wchodziłem na górę. Wtedy Piesek, sto na sto, z ciężkim westchnieniem powstawał i powoli, nawet majestatycznie, udawał się na górę. I tam pozostawał przez całą noc. A zaczęło się to od wymiany spalonej żarówki w lampie. Czy przy takiej czynności może powstać hałas, jakieś nieprzyjemne uderzenie, czy coś podobnego? Tu raczej chodzi o nienaturalność sytuacji wynikającej z dziwnych piszcząco-skrzypiących odgłosów, a poza tym Kto widział, żeby Pan nagle stał tak wysoko?... Z drabiną jest jeszcze "lepiej", bo tę wystarczy z Klubowni wnieść, żeby Piesek, tu już bez analizy i ociągania się, nawet dość rączo, udał się na górę. A ostatnio w tym względzie świetnie spisuje się zwykła szczotka na długim kiju, którą Pan usuwa (cicho przecież) pajęczyny ze ścian, jeśli je dojrzy. Pajęczyny Pieskowi nie przeszkadzają, a Panu owszem, co już samo w sobie jest dziwne, a poza tym Czy to jest normalne, żeby czymś takim suwać po ścianach i sufitach? Nawet jeśli cicho?...
 
Bóg mi świadkiem, że wieczorem nie zastosowałem żadnej z tych metod, żeby Piesek mnie opuścił. 
Żadnych gwałtownych ruchów, wysyłania negatywnej energii, głupich zachowań i czynności hałasogennych (bierwiona specjalnie już grubo wcześniej podrzuciłem, żeby Piesek miał wystarczająco dużo czasu na analizę Aha, hałasu, ani podejrzanych działań już nie będzie). I nawet z przyjemnością myślałem, że w nocy pod moim nosem będzie mlaskał, chrapał, trzepał sobie uszka, kokosił się, no i puszczał bąki. Jaka to dla mnie różnica, skoro kaszel i tak miał mnie budzić?...
Ostatecznie Pieskowi udało się Pana przed jego snem wkurwić. Bo tyle wysiłku z mojej strony, a wszystko psu, nomen omen, na budę. W ostatniej fazie krzątania się, cichutkiego, poszedłem do dolnej łazienki na ostanie siku. I ledwo skończyłem, usłyszałem charakterystyczne dźwięki u podnóża schodów. Od razu uderzyła we mnie adrenalina. Teatralnym, wrednym szeptem zakomunikowałem, żeby spieprzała na górę, co Piesek skwapliwie wykonał.
Pies ci mordę lizał! Nie, to nie! 
 
Ale zadowolony byłem. I gdy ochłonąłem, pomyślałem, że może w nocy Piesek lepiej jednak się czuje, gdy jest blisko Pani. Bo Pani Pieska kocha, a pan kocha, owszem, ale inaczej, nomen omen...
Do 21.30 poczytałem, a potem zgasiłem światło i znalazłem się w objęciach Morfeusza. Ale i Morfeusz nic nie był w stanie poradzić na katar schodzący do gardła. Z niezwykłą regularnością, gdy tylko zmieniałem bok spania, natychmiast organizmem wstrząsał gwałtowny kaszel, taki z trzewi, po czym wszystko się uspokajało aż do następnego razu. Może Piesek o tym wiedział i nie był w stanie znieść konkurencji Pana w lampucerowatych odgłosach?...
 
Dzisiaj o 18.50 napisał Po Morzach Pływający. Wreszcie jak człowiek. 
Dziękujemy serdecznie.
Będziemy planować bliżej powrotu, ale możliwe, że sierpień będzie najlepszym terminem. Ja też mam trochę spraw do załatwienia. Nie mniej jednak planuję to zrobić zaraz po powrocie.
PMP (zmiana moja, pis.oryg.) 
 
NIEDZIELA (22.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Ledwo powziąłem decyzję o wstawaniu, usłyszałem kroki na schodach. Od razu namówiłem Żonę, żeby położyła się koło mnie.
- Ale ja ledwo wstałam z łóżka, to mam się do niego kłaść z powrotem? - śmiała się. 
Sporo poleżeliśmy pogadując.
- Mogę rozpalić? - zapytała.
- Ani mi się waż! - Ty sobie jeszcze poleż, a ja wstanę.
Znałem to jej rozpalanie. Co z tego, że po nocy był kuszący żar, skoro najpierw trzeba było przejść przez fazę rozpalania niewłaściwego (rusztowanie, czyszczenie szyby, podłożenie najpierw frakcji III), a dopiero potem już właściwego. Znając ją od razu przystąpiłaby do właściwego, a potem byłyby tylko same drobniejsze lub większe kłopoty.
Zerwała się natychmiast. 
- To ja będę sobie siedziała i patrzyła na wszystkie poranne procedury, na poranny rozruch.
- Ale słowem się nie odezwiesz? - Żadnego komentarza?...
- Obiecuję!...
Nie wytrzymała trzy razy. Za każdym jej wykroczeniem ciężko wzdychałem i milczałem. To w zasadzie wystarczyło. Raz tylko wyrwało mi się brzydkie słowo Noż,...! z natychmiastową reakcją Żony Bo myślałam, że zapomniałeś!, a może to było Bo myślałam, że nie zauważyłeś! Ja?!...
Po tych zawirowaniach poranek wrócił na tory. Żona tkwiła nad swoim 2K+2M, ja mocno ugrzązłem w onanie sportowym. A okolicach 09.00 w ogóle zrobiło się sielsko i domowo, gdy objawił się Fafik.
Bardzo szybko "zniknął", więc zabrałem się za pisanie.
 
W trakcie coraz bardziej dojrzewałem do tego, żeby dzisiaj poważnie wziąć się za siebie. Pomagał mi w tym organizm, który wyraźnie wysyłał sygnały Połóż się na długo, wygrzewaj się i śpij. Stąd po skromniutkim I Posiłku (galareta) już w południe byłem na górze. Żona wyklepała mi plecy, okryła  szczelnie kołdrą i narzutą, przykazała i nakazała, a ja nastawiłem alarm na 18.00.
Wytrzymałem do 16.00. I tak dobrze - 4 godziny snu. Dalej już nie dałem rady. Zrzuciłem z siebie czapkę, rękawiczki i grube skarpety zostawiwszy tylko cienkie, bo zdychałem z przegrzania i z godzinę poczytałem. Skończyłem Ślebodę Małgorzaty i Michała Kuźmińskich.
Na to przyszła Żona i ustaliliśmy co dalej. Ponieważ nie czułem głodu, zaserwowała mi bulion. Smakowy. No i nawet taki głupi bulion wymęczył mnie na tyle, że musiałem znowu spać. Tym razem do 19.30.
 
Reszta wieczoru przebiegła według planu. Najpierw Żona przyniosła gar z gorącą wodą z rozpuszczonym w niej NaHCO3 i przez 10 minut się inhalowałem.
- I żebyś teraz nie wychodził z łóżka! 
A chciałem, bo serdecznie miałem dość w nim gnicia. W tej sytuacji obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. I dopiero wtedy mogłem uzyskać namiastkę wolności. Nastąpił exodus z góry na dół.
Żona chciała, żebym od razu znowu się położył, ale się zaparłem. Na samą myśl robiło mi się niedobrze. Musiałem trochę pofunkcjonować w pozycji pionowej lub półpionowej, żeby się zmęczyć i z jako taką przyjemnością znowu się kłaść. Skończyło się więc tylko na ponownym wyklepaniu pleców oraz wypiciu Płynu Wojskowego.
Chodząc po dole, ogacony, patrzyłem na niego świeżym okiem i cieszyłem się z... wolności. W tym z onanu sportowego, który za chwilę sobie zaserwowałem. Nic takiego przy nim nie robiłem, nomen omen, przecież tylko siedziałem i oglądałem, ale bardzo szybko zmęczył mnie na tyle, że postanowiłem resztę odłożyć na jutro.
W łóżku dałem radę jeszcze tylko obwąchać 444 Macieja Siembiedy. O 21.30 zgasiłem światło.
 
PONIEDZIAŁEK (23.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
W nocy mniej kaszlałem i mniej smarkałem. Czułem w sobie przesilenie, a to od razu poprawiło mi humor.  
Już wczoraj zrobiło się zdecydowanie cieplej (nawet +7), więc na noc kuchnię wygaszałem nie podkładając bierwion na zapas. Rano, mimo braku żaru, rozruch był prostszy niż standardowo, bo odpadało czyszczenie szyby.
Przy Blogowych ustaliliśmy z Żoną, że, mimo że organizm poczuł się lepiej i na pewno chciałby przedwcześnie fikać, to jednak zastosujemy system wczorajszego dnia, czyli przede wszystkim dłuższe dzienne leżenie na górze, wygrzewanie się, spanie oraz inhalacja, wyklepywanie i Płyn Wojskowy.
Postanowiłem to wszystko wytrzymać.
 
Rano z przyjemnością zabrałem się za onan sportowy. W tym czasie Żona wyszła po paczkę. Rwałem się do wyjścia, ale nawet mnie zdawało się, że to nie byłby najlepszy pomysł, mimo że na dworze zrobiło się wiosennie - słoneczko, +7, lekka mżawka i... tęcza.
Żeby się nazywało, że coś robię, opróżniłem zmywarkę. Przy tym oraz przy zbitym kieliszku (w ruch  poszedł odkurzacz) spociłem się tak, że dzisiaj z pracami fizycznymi postanowiłem wziąć rozbrat. 
Nawet przez chwilę myślałem, że w ratach posprzątam dolny apartament (jutro przyjeżdża para), ale rzecz odłożyłem do jutra rana. Zdążę. 
 
Po I Posiłku (mocniejszym - dwa sadzone na boczku) już o 11.30 ewakuowałem się na górę. Sam zaproponowałem inhalację. Nie podejrzewałem, że dopiero o 12.45 będę się zmuszał(!) do spania. Wszytko przez Siembiedę, który "pisze pode mnie" i trudno się oderwać. Alarm nastawiłem na 16.00, ale obudziłem się pół godziny wcześniej cały spocony. Ciekawe, bo wczoraj w ciągu dnia spałem znacznie dłużej, w identycznych warunkach ogacenia, a spocić się nie spociłem. Czyżby ewidentne przesilenie. Od razu założyłem czapkę i odkryłem mmsa od Syna.
- Kości zostały rzucone. A na lotnisku takie coś stoi. 
Na dwóch zdjęciach siedział przed fortepianem. Dopytałem o różne rzeczy i ze sporym opóźnieniem wyjaśniłem, dlaczego od razu nie zareagowałem. Odpowiedzi nie było. Wiadomo samoloty.
 
Gdy zszedłem na dół, zadzwoniła Siostra. Długo się nie odzywała. Powiedziałem jej o gardle, że nie będę się praktycznie odzywał, żeby nie nadwyrężać. Czyli, można powiedzieć, nic się w tym względzie nie zmieniło i było tak, jak zawsze. Siostra mówiła, ja słuchałem. A mówiła o tym samym, co poprzednio i jeszcze poprzednio. Chociaż, trzeba przyznać, odniosła się do najnowszych wydarzeń sportowych i pogodowych.
 
Wieczór miał być podobny do wczorajszego - klepanie w plecy, Płyn Wojskowy, inhalacja, na górze kolejny odcinek serialu Fargo i ewakuacja na dół.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta w środę jednoszczekiem upomniała się o wpuszczenie do domu. Standard.
Godzina publikacji 18.57.
 
I cytat tygodnia:
Aby się poznać z najdalszą rodziną, wystarczy się wzbogacić… - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego

poniedziałek, 16 lutego 2026

16.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 75 dni. 
 
WTOREK (10.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Bez budzika. 
Po porannym rozruchu od razu cyzelowałem wpis.
A potem troszeczkę oddałem się onanowi sportowemu, z tego niewiele czasu poświęciłem zimowym Igrzyskom Olimpijskim. Chyba dlatego, że w skokach narciarskich Kacper Tomasiak zdobył  srebrny medal. Zupełnie nie wiem, kto to jest, bo od kilku lat straciłem zainteresowanie skokami, a sporty zimowe w zasadzie nigdy nie cieszyły się moim zainteresowaniem. Może tylko wtedy, gdy Polacy osiągali sukcesy. 
Co innego Po Morzach Pływający. Od czasu do czasu pisał mi, co ogląda, że też zaczyna uprawiać onan sportowy i Chyba zostanę onanistą.....😁😁😁  Nie reagowałem na jego maile (brak czasu) aż do dzisiejszego rana, w tym na jego pytanie Wysiewasz pomidory? Zaskoczył mnie nim, bo jeszcze nie przyszła mi do głowy myśl o tegorocznych pomidorach zwłaszcza w kontekście temperatur, białego puchu, sanek i tym podobnych. Odpisałem zbiorczo prosząc o wybaczenie za zwłokę.
O 09.19 napisał: 
Wybaczam, ale kiedyś już wspominałem, że odpiszesz kiedy będziesz miał czas.
Co do sportu to jest chwilowe zainteresowanie. Mamy transmisje za darmo na HBO MAX to oglądam to co mnie interesuje.
(pis. oryg.)
 
Jeszcze przed I Posiłkiem przymierzyłem się do rozprawiczenia kłód. 
- A mogę pójść z tobą i zobaczyć, jak ci idzie? - Bo w nocy ciągle o tym myślałam i przez to źle spałam.
- Nie! - Najpierw sam, bez ciebie, rozłupię kłody, a dopiero później zawołam cię do następnych. 
Poszło jak z płatka. Wytrenowane i wdrukowane w pamięć organizmu odruchy natychmiast wróciły i po którymś uderzeniu młota kłoda pięknie pękała.  Było się więc czym chwalić. Zawołałem Żonę każąc się jej ogacić i odegrałem przedstawienie, popisówę. Podśmiechiwała się na mój teatr, ale  wyraźnie było widać, że poczuła ulgę. 
Po I Posiłku przerzuciłem do drewutni 13 taczek, z czego 5 rozklinowałem. Od razu zrobił się wyraźny zapasik drewna gotowego do palenia w kuchni. Zresztą od razu pierwsze pokaźne bierwiono podrzuciłem, bo byliśmy ciekawi, jak się będzie palić. Paliło się wzorcowo, co do reszty uspokoiło Żonę.
 
W trakcie roboty zadzwonił Syn. Przeżywał nową pracę, a ja wraz z nim. Z racji otrzymanej funkcji w okolicach 20-22 lutego wraz z szefem wybierał się do Dusseldorfu na potężne, największe na świecie, targi branżowe. Od razu został wrzucony na głęboką wodę, więc stres totalny.
Pierwsza rzecz, oczywista, to angielski. 
- Tato, do wyjazdu muszę wkuć 500 słów technicznych, branżowych! - Więc siedzę i kuję!
Druga, podróż. 
- Szef zdecydował się na samolot, bo to grubo ponad 800 km, ponad 9 godzin jazdy samochodem. - A ja latać nie cierpię, podobnie jak nasza znajoma, która zawsze twierdziła Pływać potrafię, latać nie!      - Na dodatek nie ma bezpośredniego połączenia Metropolii z Dusseldorfem, więc trzeba startować ze Stolicy. - A do niej też będziemy podróżować samolotem.
Doskonale go rozumiałem.
Trzecia rzecz - zakwaterowanie i cała targowa otoczka. 
- Wiem,  że za wszystko płaci firma, ale ja tego nadęcia nie lubię. - Te śniadanka w hotelach iluś gwiazdkowych, lunczyki... 
No, cóż... I tak źle, i tak niedobrze. Jak się nie obrócisz, dupa z tyłu...
Prosiłem, żeby, mimo braku czasu, przeczytał mój ostatni wpis, nawet na raty, bo byłem ciekaw jego opinii na temat moich rozważań o Wnuczce. Bo zna ją lepiej niż ja, chociażby z racji zdecydowanie częstszych z nią kontaktów.
 
Przy okazji Syn mi opowiedział, co się działo, gdy Wnukom, sprowokowany czekającym go wyjazdem, przekazał jedną z historii ze służbowego pobytu dziadka w Anglii.
Być może już o tym pisałem.
Stypendialny zakład wykupił licencję Ilforda (chyba 1974 rok), więc kilkukrotnie wysyłał różne grupy swoich pracowników na szkolenia, bo taki zapis zawierał licencyjny kontrakt. Byłem dwa razy.
Za pierwszym w grupie sześciu chłopa, może siedmiu. Otrzymaliśmy paszporty służbowe (młodzież może się zdziwić Jakie służbowe?!) i LOT-em ze Stolicy polecieliśmy do Londynu, a stamtąd już British Airways do Manchesteru. Wtedy pierwszy raz w życiu leciałem samolotem, zafascynowany, bez obaw, lęków i klaustrofobii. I pierwszy raz byłem na Zachodzie.
Brytyjskie linie nie umywały się do naszych. Począwszy od stewardess (nasze piękne, Brytyjki, no cóż...), a skończywszy na samolotowym poczęstunku. Nasze serwowały przepyszności - pieczywo, masełko, wędliny i sery, główną potrawę, desery, wszystko pięknie zapakowane w folie, aby utrzymać temperaturę i smak oraz napoje. Takie gotowce, z którymi spotkałem się po  raz pierwszy, które wtedy mnie ciekawiły, smakowały wybornie, a których bym teraz nie tknął, no chyba że po całym dniu niejedzenia. A brytyjskie? Nic. Fakt, że lot do Londynu trwał blisko 3 godziny, a do Manchesteru troszeczkę ponad jedną, ale opinia o skąpstwie Anglików pozostała.
Z tych pobytów zapamiętałem wiele, bo w pamięci wszystko łatwo się utrwaliło z powodu szokujących różnic kulturowych i materialnych. Inne światy. Chociażby taki drobiazg, jak codzienna jazda, rano i po południu, z hotelu do Ilforda i z powrotem. Pomijam ruch lewostronny i umiejscowienie kierownicy po "niewłaściwej" stronie, ale od razu mocno się dziwiłem, że kierowcą jest kobieta. Ci Anglicy! Budziło to moją sporą nieufność. Jakby tego było mało, codziennie, gdy jechała główną ulicą, co jakiś czas zatrzymywała busa i wpuszczała do ruchu auta z ulic podporządkowanych. Idiotka, normalnie!
 
W miarę pobytu, chyba z tydzień, może 10 dni, powoli do mózgownic przebijały się pewne nasze siermiężności. Ponieważ każdy z nas otrzymał po 50 funtów delegacji nie podlegających żadnemu rozliczeniu i zwrotowi, kwotę na tamte czasy niebotyczną, więc żadna siła nie była w stanie zmusić nas do jej bezsensownego wydania. Pieniądze należało przywieźć z powrotem, na czarnym rynku zamienić na złotówki i "pławić się w luksusie". Dlatego, jeśli po powrocie z pracy gdziekolwiek wychodziliśmy, to na spacery po ulicach Manchesteru, żeby przez szyby witryn sklepowych "lizać" bogactwo wszelakich towarów.
Przeważnie w okolicach 19.00 zbieraliśmy się w jednym i tym samym pokoju (każdy z nas miał do dyspozycji jedynkę - też nie do wyobrażenia), żeby czas spędzać po polsku. Więc wyciągaliśmy przywieziony polski chleb, konserwy, podsuszoną kiełbasę mimo że nie byliśmy głodni, ale jakaś zagrycha pod naszą wódeczkę musiała być. A nie byliśmy głodni, bo cały dzień praktycznie się jadło. Rano w hotelu śniadanie, a o 13.00 lunch. Tym się zapychaliśmy, jako głównym posiłkiem (można było nabierać do woli), z jednej strony zadowoleni, bo 50 funtów dzięki temu mogło leżeć spokojnie, a z drugiej strony uważając lunch jako formę posiłku, w sensie jego czasu, za dość idiotyczną, bo komu w Polsce po czymś takim chciałoby się wracać do pracy. Nam było trudno, bo senność, itd. A na dodatek o 17.00 (tea time) serwowano herbatę, kawę, mleko i biscuity. To nam bardzo odpowiadało, bo zaraz po 18.00 bus zabierał nas do hotelu, więc nikomu nie opłacało się już pracować. Nawet Anglikom, bo to przecież też ludzie... Co z tego, że z innego świata.
 
Przy wódeczce miło spędzaliśmy czas. Palili wszyscy, bez wyjątku. Same, przywiezione przez nas, sztynkatory, czyli Klubowe lub Extra Mocne. Gdzieś po trzech dniach, gdy wieczorem zwyczajowo zebraliśmy się w pokoju, w nozdrza uderzył nas straszny odór. Po analizie wyszło, że to przez  kumulację palenia tychże sztynkatorów. Cały smród gromadził się w firankach i w zasłonach. Zrobiło się nam głupio nie przez fakt, że jeden z naszych kolegów w tym czymś spał Ale, co sobie codziennie myślą i jak zachodzą w głowę te wszystkie panie sprzątające i wymieniające codziennie pościel i ręczniki?! (kolejna paranoja, której się dziwowaliśmy). Od razu przedsięwzięliśmy środki zaradcze.
Narzuciliśmy sobie palący, nomen omen, reżim. Sztynkatory można było palić tylko i wyłącznie na zewnątrz hotelu, a w tym pokoju tylko Carmeny. Jeden z kolegów, czymś tknięty, przywiózł spory zapas i nim częstował. Siłą rzeczy paliło się mniej, a w pokoju pozostawał "miły" zapach, bo Carmeny były już "światowe", perfumowane.
 
Pod koniec pobytu stwierdziliśmy zgodnie, że w jego przedostatni dzień wszyscy pójdziemy na dinner do hotelowej restauracji, żeby Angole nie pomyślały sobie do końca, jakie to z nas straszne dziady, sknery albo dziwacy. I to jest ta historia, którą Wnukom opowiedział Syn.
Każdego z nas ten desperacki wypad kosztował około siedmiu funtów i każdy z nas czuł się, jakby mu wyrywano wątrobę, co nie współgrało z planowanym posiłkiem. Pod jego koniec podeszli do naszego stoika dwaj kelnerzy. Jeden toczył przed sobą trzypiętrowy wózek, na którym piętrzyły się deserowe cudeńka, a drugi ewidentnie namawiał nas na ich zamówienie i spróbowanie. Ku ich zaskoczeniu spotkali się ze stanowczą odmową całej naszej grupy. Nie wierząc w naszą reakcję tym usilniej nas namawiali, a my tym bardziej broniliśmy się rękami i nogami. Wizja ucieczki kolejnych funtów w siną, deserową dal była tak mocna, że żaden z nas się nie zdecydował, a efekt był tym silniejszy, że nie dość, że zrobiła to cała grupa, to na dodatek gremialnie, jednocześnie i dość głośno nie konsultując tego faktu między sobą i się nie namawiając.
Kelnerzy musieli odejść, za to podeszła miła kelnerka,  nawet dość ładna, jak na angielskie warunki, i zapytała skąd jesteśmy. A usłyszawszy ode mnie From Poland zniknęła na zapleczu, aby zapewne zanieść pozostałym kolegom i koleżankom tę wieść. No i żeby wdać się w rozważania różnic kulturowych To niesamowite, że ci Polacy w ogóle nie jedzą deserów?!... A może tylko tak mają mężczyźni?!
Tak oto powstają stereotypy.
Nie pamiętam, w jaki sposób dowiedzieliśmy się, albo zorientowaliśmy, że desery były opłacone w całym dinerze, w tych siedmiu funtach. Było już jednak za późno. Bo przecież nie mogliśmy już po opłaceniu wrócić do stolika i domagać się deserów nie budząc jeszcze większej konsternacji, sensacji nawet i nie robiąc wiochy.
Tak więc desery, a czego tam nie było, przeszły nam obok żołądków. Długo pluliśmy sobie w brody. Jeszcze po powrocie do kraju. 
 
Reakcje Wnuków na opowieść ojca były różne. Wnuk-I i II pękali ze śmiechu. Wnukiem-IV opowieść wstrząsnęła, był oburzony takim zachowaniem braci, gwałtownie wytknął im niestosowność Bo to przecież było smutne, wręcz tragiczne, że dziadek zapłacił i nie spróbował deserów!, a Wnuk-III zareagował jeszcze inaczej.
- Tato, po coś ty mi to opowiedział?! - Gdy sobie wyobrażę te wszystkie pyszne desery, które można było zjeść, a dziadek... - Teraz ten widok, tych deserów, nie może mi zejść z oczu. - Jaka szkoda!...
Przypomnę - gdy był w Uzdrowisku ze swoim młodszym bratem, świeżo po wycięciu wyrostka robaczkowego, strasznie cierpiał z tego powodu, że on tylko i praktycznie wyłącznie z deserów mógł jeść galaretkę, a ile można?! A jego brat?!... Więc rok później, gdy znowu obaj pojawili się, ale tym razem Wnuk-IV był po wycięciu wyrostka, Wnuk-III "mścił się " na nim i za pierwszym razem w Stylowej zamówił jakiś potężny deser ledwo mieszczący się w pucharze.
- Musiałem się odkuć! - zareagował na moją wątpliwość, czy podoła.
Podołał. Pamiętam, że Wnuk-IV wtedy podszedł do sprawy dość obojętnie. 
 
Po dość krótkiej przerwie regeneracyjnej, którą poświęciłem  na nieduży onan sportowy, wróciłem do taczek, a raczej taczki. Przerzuciłem 5 sztuk, w tym rozklinowałem cztery. Z tego wszystkiego zrobił się już skromny zapas bierwion, na jakiś tydzień palenia.
Po wszystkim poczułem przemożną chęć położenia się na narożniku w Salonie. Książka stanowiła alibi, bo po jakichś trzech minutach już spałem. Ale krótko, raptem pół godziny. 
 
Po II Posiłku nie należało się spodziewać niczego innego, niż schyłkowości. Już o 18.40 byliśmy na górze. Dokończyliśmy odcinek serialu Fargo, tego, przy którym Żona padła wczoraj i podołaliśmy całemu kolejnemu. Był fajny, bo zaowocował, nomen omen, czterema trupami. Ciekawe, czy i kiedy scenarzystom wyczerpie się zapas kandydatów do tej roli. 
 
Dzisiaj skończyłem czytać kolubrynę, czyli Naznaczonego Roberta Galbraith'a. To już ósmy tom o parze głównych bohaterów - Cormoranie Strike'u i Robin Ellacott. Napisana, jak zwykle świetnym językiem, ale zaczęła mnie już wkurwiać! I książka,  i J.K. Rowling. Dlaczego, wyjaśnię po wszystkich dziesięciu tomach, bo zapowiedziane są jeszcze dwa.
Kolubrynę otrzymałem od Żony pod choinkę. Zacząłem czytać 25. grudnia, a skończyłem po 47. dniach. Więc nawet nie umywam się do Po Morzach Pływającego, który na wieść o książce i mojej "skardze" lekką ręką rzucił Cegła? Kilka dni czytania i koniec. Zakładając, że u niego kilka dni to 4-5, widać gołym okiem, że czytam z wydajnością 10 razy mniejszą. Czy mi to przeszkadza? Nie! Czy mam ambicje szybszego czytania? Nie!
 
ŚRODA (11.02)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
- A jak twoje ramiona i plecy?... - usłyszałem,  gdy ledwo zacząłem się ruszać. - Bo w nocy się martwiłam...
Miała podstawy, bo wieczorem twierdziłem, że stawy barkowe to mnie nawet trochę bolą. 
Zapewniłem, że wszystko ok i że się sam nawet dziwię. Może to dzięki tej regularnej porannej gimnastyce?... 
Na dole od razu zajrzałem do kuchni. Nowe drewno spaliło się bez zarzutu.
Po porannym rozruchu pisałem.
 
Tuż przed 10.00 zadzwoniłem do gościa z góry, żeby wypuścił mnie z garażu. Wczoraj uprzedzałem go, że może być taka sytuacja. Musiałem pojechać po pranie. Pralnia stanęła na wysokości zadania, bo na moją wczorajszą telefoniczną prośbę w trybie przyspieszonym przygotowała do odbioru cały potężny zestaw. Największy w dotychczasowej naszej współpracy. Chyba przez Wnuki, jedne i drugie, na skutek ich obecności, zgłupieliśmy całkowicie i przeoczyliśmy prosty fakt, że dzisiaj przyjeżdżają kolejni goście, a my nie mamy nawet jednego czystego kompletu pościelowego. Zmyłka dodatkowo polegała na tym, że z każdym zestawem schodziło więcej pościeli, bo to ferie i goście, zamiast we dwoje, w parach, jak Pan Bóg przykazał, przyjeżdżali z dziećmi, jednym lub dwoma, a dziecko też człowiek i wypadało mu ubraną pościel dać. 
 
Ledwo wróciłem, a już pani z dołu wyjeżdżała. Była mi bardzo wdzięczna, że jej autem wyjechałem z posesji, bo co z tego, że z płaskiego, skoro tyłem i na dodatek na ulicę. Zgroza! Nimfa błotna nawet na pożegnanie się uśmiechnęła, chociaż prawdopodobnie mnie wyśmiała, bo uzmysłowiłem jej, że pamiętam jej imię i przy tym uniosłem kciuk do góry. Pieprzony staruch!...
Gość z góry od razu z tego faktu skorzystał i auto przeparkował z pochyłości na płaskie. Przy okazji omówiliśmy różne niuanse parkowania, przypadki i doświadczenia. Miał swoją traumę związaną z pochyłością, ale w szczegóły się nie wdawał, a ja z wyczuciem(!) nie drążyłem.
 
Po I Posiłku od razu zabraliśmy się za dolny apartament, bo goście, para z dzieckiem, miała przyjechać o 14.00. Byliśmy gotowi kwadrans przed terminem, ale to nie miało znaczenia, bo przyjechali o 15.30.
Do tego czasu zamknąłem temat przerzucania kłód z jednej strony domu, ulicznej, na drugą, ogrodową. Na końcu zebrało się 8 taczek, z czego 3 rozklinowałem i porąbałem. Czeka mnie jeszcze kolejna dostawa trzech kubików, a potem pozostanie tylko sukcesywne rozklinowywanie.
 
Para, nie za bardzo byłem pewny, czy małżeńska, z trzynastoletnim synem. Oboje mieszkają w sąsiednim powiecie względem Powiatu, więc natychmiast mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Ona prowadzi sklep rybny, on jest magazynierem, a chłopak bez problemów zdał egzamin z 2+2x2. Inteligentni, posiadający feeling, kontaktowi i z niczego nierobiący problemów. Żona później mi relacjonowała, że gdybyśmy tak razem sobie posiedzieli, to moglibyśmy się zdziwić z powodu liczby podobnych poglądów na wielorakość spraw.
 
Po II Posiłku następowała nieuchronna schyłkowość. Ale dość długo się  przed nią broniliśmy, każde na swój sposób. Ja trochę pisałem i zajrzałem do onanu sportowego, a Żona odkryła stare zdjęcia, które postanowiła ściągnąć z chmury (cytuję, bo nie wiem, o co chodzi) i uporządkować, a przy takiej pracy schyłkowość się minimalizuje. 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. Ostatni sezonu I. Zgrabnie i inteligentnie zakończony. A skoro opowieść się ewidentnie zamknęła, to byliśmy ciekawi, co w takim razie oferują jeszcze kolejne cztery sezony. Poczytaliśmy i okazało się, że każdy sezon to inna opowieść. Ale wszystkie pod wspólnym tytułem. Będziemy oglądać.
 
CZWARTEK (12.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.45.
 
Bez budzika. Na dworze +3 i resztki śniegu.
Żona na dole pojawiła się adekwatnie, o 07.45. 
O 09.00 byłem już w Uzdrowisku. Czwartek to dzień, w którym w jednym ze sklepów jest dostawa kurczaka zagrodowego, w całości i w jego elementach (emelentach). Tydzień temu, gdy w południe tam się pojawiłem z pytaniem o tego kurczaka, zostałem sympatycznie wyśmiany. Więc dzisiaj...
Zakupy uzupełniłem w Biedrze nawet nie spojrzawszy na pączki, choć to przecież Tłusty Czwartek. 
 
Do I Posiłku pisałem.
Żona postanowiła go zrobić. Niby zwykłą jajecznicę na kiełbasie, ale od kiedy zaczęła, strasznie przypadła mi do smaku. I jajecznica, i Żona...
- Dzisiaj postanowiłam zrobić trochę inaczej, poeksperymentować...
To zawsze brzmi groźnie, a jej kompulsywna skłonność do zmian i eksperymentów nie wróży niczego dobrego i może wprowadzić człowieka w nerwicę. Wyszedł z tego taki pół omlet, pół jajecznica, czyli nie pies, ni wydra. 
(Powiedzenie wywodzi się z obserwacji, że wydra <zwierzę ziemnowodne> nie jest typowym czworonogiem domowym jak pies, ani typową rybą, stanowiąc coś pośredniego)
Jeśli po normalnej jej jajecznicy z trzech jaj zawsze jestem najedzony, to dzisiaj musiałem dojeść serem kozim i kilkoma plastrami kiełbasy kruchej. No comments...
 
Po posiłku od razu poszliśmy we dwoje na spacer. Pretekstem stała się biblioteka. Pani zadzwoniła, że właśnie ktoś oddał 444 Macieja Siembiedy, pierwszej książki z cyklu, na którą czaiłem się od jakiegoś czasu. A wczoraj przecież tam byłem. Ale szkodzi nic... Pożyczyłem wtedy dwie książki  autorstwa Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Pierwszą, Ślebodę, od razu zacząłem czytać.
Zrobiliśmy długi spacer przy okazji "wizytując" nowe inwestycje Uzdrowiska i je komentując. Widząc sporo mankamentów, zwłaszcza pozimowych, które powyłaziły spod śniegu, nadal nam się podobało. Bo to takie Uzdrowisko... 
W domu trochę odsapnęliśmy i wyszliśmy ponownie, ale tym razem z Pieskiem do Uzdrowiska Wsi. Pieskowi też należała się wiosenna pogoda. 
 
Niespodziewanie naszło mnie na basen. Uznałem, że to może dobrze mi zrobić po pracy przy kłodach. 
Błyskawicznie się zebrałem, żeby być na miejscu trochę przed 16.00, bo w recepcji o pełnych godzinach są kuracjuszowe kolejki, a mnie to zbyt dobrze nie robi na układ nerwowy. I nie dlatego, że muszę czekać. Słuchanie tego pieprzenia staruchów, nierozumienia, co się do nich mówi, jest ponad moją wytrzymałość. A dzisiaj mój układ nerwowy został wystawiony na dodatkowa próbę.
Naprzeciw recepcji usytuowane są drzwi prowadzące do groty solnej. W kolejce stałem raptem z dwie minuty, a w tym czasie zdążyło zaistnieć dwukrotnie zjawisko, którego nie byłem w stanie zrozumieć, ba tolerować. Z groty wychodziły w pewnym odstępie czasu dwie panie i żadna nie zamykała za sobą  drzwi.
- Proszę zamknąć drzwi! - za każdym razem  reagowała pani recepcjonistka głosem zdecydowanym,  ale jednak miłym i serdecznym.
Już widziałem siebie na tym stanowisku.
- Proszę zamykać(!) drzwi! - reagowałbym zdecydowanie z tembrem głosu sugerującym No co jest do jasnej cholery! To takie trudne i przekraczające możliwości intelektualne?!
- Drzwi!!! - za jakiś czas dla zdrowia psychicznego zmieniłbym repertuar.
- Drzwi, kurwa!!! - tu już bym się poczuł najlepiej. 
Oj, nie popracowałbym ci ja dłużej niż dzień. Nawet, gdybym chciał. Natychmiast kierownictwo tak reprezentacyjnego sanatorium wypieprzyłoby mnie z pracy. I słusznie.
Na basenie panował standard. Różnica względem poprzednich pobytów polegała tylko na tym, że sporo dysz tryskających silnymi strumieniami wody nie działało, a dodatkowo w basenie hasały dwie nastolatki (11-13 lat), które miały za nic pozostałych taplających się (niezważanie na innych i blokada torów oraz wrzaski i nawoływania się). O dziwo, słowem się do nich nie odezwałem. Inni taplający się też. Niewychowawcze...
(Pisownia "hasać" z „h” jest utrwalona historycznie i wywodzi się prawdopodobnie ze staropolskiego określenia ruchu konia <koń hasze> lub dźwiękonaśladowczego okrzyku „hasa!”)
 
Pod moją nieobecność zatelefonowali Trzeźwo Na Życie Patrząca i Konfliktów Unikający. Ten zdziwił się, gdy usłyszał od Żony, że jestem na basenie.
- A ja myślałem, że to ty przynosisz mu basen?... 
Nie ruszyło mnie i nie zareagowałem, chociaż mogłem, bo się załapałem po powrocie na końcówkę rozmowy. Ale postanowiłem się na cwaniaka zaczaić, gdy przyjadą. 
Ostatecznie decyzja o ich przyjeździe zapadła. Długo z nią zwlekali, bo Trzeźwo Na Życie Patrząca była chora Temperatura 38 stopni! Nigdy takiej nie miała! Przyjadą pociągiem w piątek, a wyjadą w niedziele. Teoretycznie mógł przyjechać jeszcze Kolega Inżynier(!), ale z sobie tylko znanych powodów odmówił. Być może nie miał aż takiej motywacji, skoro był u nas trochę dłużej niż dwa miesiące temu. Ile można?!...
 
II Posiłek oraz drobne czynności gospodarcze znamionowały nieuchronnie schyłkowość. 
Na górze rozpoczęliśmy oglądać pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Fargo. Od razu, na jego początku, Piesek jakby tylko na to czekał, zaczął się kręcić, raz nawet przyszedł do nas na górę popiskując, więc Żona obraz zatrzymywała i Pieska wypuszczała na ogród. Za każdym razem natychmiast zasypiałem, więc gdy ostatecznie Piesek się uspokoił, zaproponowałem Żonie zakończyć na dziś oglądanie. 
Bo co to za oglądanie  
Z wielokrotnym takim spaniem?! 
Gdy wątek traci się szybko
A spanie przychodzi chybko. 
 
Zgodziła się bez problemów. 
Sam odcinek i sezon drugi dobrze rokował, skoro ruszył z kopyta. Już w pierwszej części, zanim wyłączyliśmy, były pewne (i pewne) cztery trupy, a być może i piąty. Ale scenarzyści informację, czy rzeczywiście był, zostawili na później. Może nawet na resztę tego odcinka.
  
PIĄTEK (13.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Czterdzieści dwa lata temu urodziła się Córcia. 
Pamiętam szpital w Metropolii (już go nie ma) i aurę odbioru niemowlaka oraz przejęcie się tym faktem siedmioletniego Syna i moim. Bardzo szybko, gdy zaczęliśmy z Córcią wychodzić na spacery, kłóciliśmy się z Synem, kto będzie pchał wózek. Musieliśmy wprowadzić system naprzemienny, bo żaden nie chciał ustąpić. Córci to wtedy oczywiście było obojętne, bo kołysanie było takie samo i spało się przednio.
Za to wieczorne kąpanie całkowicie należało do mnie. Nigdy nie bałem się wziąć na ręce takie drobne  i kruche ciałko i je obrabiać. Z Synem było podobnie, chociaż tutaj nie miałem przecież żadnego doświadczenia.
Z Córcią, niemowlakiem, nie certoliłem się. Po sprawdzeniu łokciem temperatury wody wkładałem bezceremonialnie ciałko do wanienki i je kąpałem. Ciałko znosiło to pogodnie, chociaż mycie głowy mogło mu się nie podobać, bo zajmowało to ponadnormatywnie dużo niemowlęcego czasu, jako że Córcia z chwilą ujrzenia tego cudownego świata od razu miała czarną szopę na głowie, co  wyglądało niesamowicie słodko i komicznie - taka laleczka. A szopę trudniej było porządnie umyć niż łysinę.
Ale już następne etapy nie za bardzo mogły się podobać. Jeszcze stosunkowo pogodnie znosiła czyszczenie uszu, chociaż tutaj musiałem dość mocno przytrzymywać w ojcowskim imadle jej główkę, oraz smarowanie oliwką, ale niezmiennie wiedziała dokładnie, kiedy ojciec zabierze się za nos. Natychmiast wierciła energicznie głową w prawo i lewo broniąc się przed bezlitosnym patyczkiem wkładanym do jednej i drugiej dziurki, żeby wyciągnąć nagromadzone dziennie gluty. Tu imadło musiało  być mocniejsze, a operacja błyskawiczna i chirurgicznie precyzyjna, żeby ciałko się nie zdążyło rozwrzeszczeć.
Potem już były same przyjemności dla ciałka - ubieranie tetrowej pieluchy i śpiochów. Ojciec też miał swoje, bo zanim to następowało, zniżał głowę nad bezbronnym ciałkiem, tuż nad brzuchem. Robił to sadystycznie powoli chcąc przedłużyć moment panicznej obrony brzuszka, podkurczanie tłustych udek i opędzanie się wałeczkowatymi rączkami. Jednocześnie ciałko nie wytrzymywało i, gdy twarz ojca była już bardzo blisko, zaczęło z łaskotek rechotać, chociaż ich przecież jeszcze nie było. Ale za chwilę następowało to, co nieuniknione. Brutalna twarz z bulgotaniem zanurzała się w brzuszku, tłuste udka były blokowane mocnym uchwytem przez ojcowskie ręce i następował łaskoczący armagedon.
Pisałem już o tym, bodajże, że przy ewakuacji z łazienki z Córcią na rękach zawsze miałem możliwość obserwować na długości trochę ponad metra, w łazienkowym lustrze, jej buźkę, niezwykle pogodną, by za sekundę, już przy drzwiach łazienki ujrzeć potężny wkurw, komiczny oczywiście z racji kontrastu z niemowlęcą buźką, dodatkowo podkreślany burzą włosów. Karygodnym był bowiem fakt, że natychmiast nie dostawała butli. W ciągu następnych dwóch, trzech sekund przy moim uchu rozlegał się wrzask, który znikał, jak nożem uciął, z chwilą zassania smoka. Potem pozostawało dziecko "odbeknąć" i położyć spać.
Tak, tak... Ten bezwzględny i niemiłosierny upływ czasu. Ale, zdaje się, tak musi być. 
 
Rano na dworze było +5 stopni. Po śniegu oczywiście ani śladu, zwłaszcza że wczoraj późnym wieczorem padał deszcz. Mogliśmy spokojnie oddać się porankowi - Żona swojemu 2K+2M, a ja pisaniu.
W końcu trzeba było się zabrać za życie, bo do przyjazdu Gołąbeczków zaplanowałem sobie sporo prac - rąbanie frakcji III, trzepanie dywaników i odkurzanie dołu i góry, sprzątnięcie tarasu (zostały odsłonięte ohydne sznyty popiołowe), sprzątnięcie starego gościnnego kapsułkowego ekspresu (goście go załatwili) i uruchomienie nowego kupionego za 90 zł, ściągnięcie prania, nastawienie nowego i rozwieszenie, wyczyszczenie trzech par butów z bryi (roztopy, a bryje mamy na butach, bo z Pieskiem chodzimy po terenach bryjowych) oraz szereg drobiazgów zabierających jednak czas. W tym nawet zrobiłem zaległe papiery. Z planowanej 10-15- minutowej regeneracji nic nie wyszło.
- To ja zrobię w takim razie I Posiłek.- zaproponowała Żona.
- A może być twoja jajecznica? - zapytałem sugerując.
- Oczywiście.
- Ale nie będziesz eksperymentować?!... - Żona musiała usłyszeć w moim głosie lekką trwogę, bo się uśmiała. Ale zapewniła, że nie. 
O 13.00 byłem już nieźle zrąbany, a przed sobą miałem jeszcze sporo roboty. Ale należało się cieszyć, że przyjeżdżają goście, oni akurat niezwykle tolerancyjni, bo jednak "dzięki nim" wiele spraw można było popchać do przodu (to akurat nie pleonazm - można też popchać do tyłu).
O 15.15 mogłem wziąć prysznic i ubrać się do ludzi. Umówiliśmy się z Gołąbeczkami od razu w Lokalu z Pilsnerem II. 
Spotkanie zaczęło się z przytupem. Bo z domu z racji tych wszystkich prac wyszliśmy z 7-minutowym opóźnieniem względem planu zakładając jednak, że nasze koleje staną na wysokości zadania i pociąg się chociaż trochę spóźni, więc nie będzie obciachu, faux pas i jednak jako gospodarze, było nie było,  w Lokalu z Pilsnerem II zjawimy się pierwsi. Koleje jednak były nieodpowiedzialne, pociąg przyjechał mega(!) punktualnie (pleonazm, ale chciałem być trendy) i nasi goście siedzieli już przy stoliku studiując menu. Mogłem mieć o tyle satysfakcję, że według relacji Gołąbeczków w pociągu nie grzali (zima, więc po co?), przez całą drogę marzli, mimo że ogacili się na maksa, więc na nasze koleje miałem podstawy "dodatkowo" wieszać psy (o etymologii pisać nie będę, bo jest zbyt okrutna).
Nasze spóźnienie tylko dodało energii powitaniom i dało asumpt do naszego tłumaczenia się, co Gołąbeczki  przyjęły łaskawie, nawet Konfliktów Unikający zgodnie ze swoją ksywą. 
Siedzieliśmy dłużej niż zwykle, bo od 16.30 do 19.00, dwie i pół godziny, a to najlepiej świadczyło o aurze spotkania.
W domu przy rozpalonym kominku i przy gadkach dotrwaliśmy do 22.15. Jako najstarszy z grona dałem sygnał do kończenia spotkania, bo mój wiek swoje prawa ma. 
 
W końcu udało mi się dodzwonić do Córci. Urodziny obchodziła bez uniesień, żeby nie powiedzieć, że nie obchodziła ich wcale. Tembr głosu miała normalny, ale jednak troszeczkę podszyty goryczą. A może tylko tak mi się zdawało?...
 
SOBOTA (14.02)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
 
Nad ranem, około 04.00, miałem niezłe sensacje żołądkowe. Trwały z godzinę, więc siłą rzeczy musiały mnie wymęczyć. Ale ostatecznie wstawałem w niezłej kondycji.
Wszystko więc biegło swoim trybem, z tą różnicą, że zamiast dwóch Blogowych robiłem cztery, a potem jeszcze raz powtórzyłem całą rundę. Okazało się, że Gołąbeczki od pewnego czasu ją piją, przy czym Konfliktów Unikający tylko z samym masłem. 
 
Od 09.00 zrobił się ruch w interesie. Gość z góry przeparkował auto na zewnątrz, żeby przed Klubownią był dojazd na wykiprowannie kłód. To też miało mieć miejsce o 09.00, ale ostatecznie wydarzyło się o 09.30. I tak świetnie.
Zaraz potem wyjeżdżali goście z dołu, więc po I Posiłku, dwuskładnikowym, robionym przeze mnie,  rzuciliśmy się do sprzątania. 
O 12.40 pociągiem przyjechała para z szesnastoletnim synem. Fajni, nasi, ze wszystkiego zadowoleni. Syn chodzi do ogólniaka, do I klasy o profilu dziennikarskim, więc od razu zacząłem go namawiać, żeby swój niski głos, taki radiowy (gość musiał być już po mutacji), w przyszłości wykorzystał. Mama od razu przyjęła postawę w kierunku dumy z syna. Poprosiliśmy, żeby po bagaż wrócili już o 14.00 Bo o tej godzinie apartament będzie już gotowy, a poza tym mamy u nas przyjaciół i chcielibyśmy z nimi wyjść do kawiarni.
Goście się spisali, bo byli tuż przed 14.00. Oczywiście w tym samym momencie musieli wyjeżdżać ci z góry, ci od autystycznego syna. Z przyczyn sobie wiadomych musieli skrócić pobyt o jeden dzień.
Sytuację opanowaliśmy dość szybko i wreszcie, na pełnym luzie mogliśmy pójść do Zdroju. Jako kulturalno-oświatowy przeprowadziłem całą grupę przez teren szczególnie przez nas ulubiony, z pięknymi domami pokazując na co drugi, że w tym to albo w tamtym moglibyśmy chętnie zamieszkać. 
Od początku było wiadomo, że na samym końcu wylądujemy w Galaretkowej. A tam rodzinna atmosfera z niczym nieporównywalna, jeśli chodzi o ten typ gastronomii w Uzdrowisku.
 
Do Tajemniczego Domu wróciliśmy późno, więc było wiadomo, że II Posiłek będzie też późno, zwłaszcza że Żona akurat wtedy wkładała do piekarnika całego kurczaka. Siłą rzeczy trzeba było coś robić, a co można robić w takim towarzystwie (czytaj: miłym, bezproblemowym) i przy...piołunówce?
Smakować ją, delektować się i gadać.
Piołunówkę poznałem (nie wiem, jak Żona) dzięki Konfliktów Unikającemu. W czasie któregoś wspólnego pobytu w Lokalu z Pilsnerem II wyczaił w ich menu właśnie piołunówkę, bo ma taką specyficzną cechę, taką rzadką  umiejętność reagowania na alkohol niczym lagotto romagnolo na trufle (jedyna rasa piesków na świecie specjalizująca się w poszukiwaniu tych grzybów).
I od tamtej pory każdy pobyt kończymy degustacją dwóch kieliszków, bo trzeba powiedzieć, że mimo że jest to likier ziołowy, to z przyjemnością wchodzi, mówiąc kolokwialnie. Nawiasem mówiąc, mam pełną świadomość, że używam sporo kolokwializmów i że robię to celowo.
(Piołunówka to tradycyjna, bardzo gorzka wódka lub likier ziołowy <często 50% alk.>, powstająca przez macerację ziela piołunu, nierzadko z dodatkiem innych ziół i miodu. Znana od wieków jako "nalewka lecznicza", stosowana jest w małych ilościach na dolegliwości układu pokarmowego i dla poprawy apetytu. Charakteryzuje się intensywnym, ziołowym aromatem i wytrawnym smakiem - bardzo sympatyczny i mądry opis - uwaga moja).
 
Skąd się wzięła piołunówka w Tajemniczym Domu? Jak już wspomniałem, dzięki nadprzyrodzonej cesze Konfliktów Unikającego. Otóż w okresie do godziny 14.00, przy naszej towarzyskiej nieobecności w domu, a potem przy ogólnym zamieszaniu związanym z gośćmi, kierowany romagnolowskim zmysłem, umknął niepostrzeżenie do Intermarche, w którym wypatrzył butelkę tego dość drogiego trunku. A przecież ja też wiele razy przechodzę tam przez strefę alkoholową, nawet ze  sporym zainteresowaniem, ale żeby wypatrzeć piołunówkę?...
Efekt był taki, że jeszcze przed kulminacją gości, czyli przed 14.00, wszyscy musieli piołunówkę zdegustować, choćby dlatego, że była inna niż ta w Lokalu z Pilsnerem II. I rzeczywiście była, chociażby dlatego, że miała mocniejszego kopa, bo okazało się, że ma 50%, co za chwilę z dużą satysfakcją Konfliktów Unikający nam oznajmił.
I na takiej degustacji być może by się skończyło, gdy nie ten feralny późny powrót do domu i późny    II Posiłek. W oczekiwaniu na niego zaczęliśmy grać w loteryjki (seria dziesięciu) i, że zacytuję samego siebie, siłą rzeczy trzeba było coś robić, a co można robić w takim towarzystwie (czytaj: miłym, bezproblemowym) i przy...piołunówce? Smakować ją, delektować się i gadać. No i grać.
 
Pyszny kurczak pojawił się gdzieś w połowie rozgrywki. Przerwa była, owszem, ale nie w degustowaniu piołunówki. I to, co w okolicach południa miało być tylko delikatną, wstępną degustacją tego napoju, taką z pewnym szacunkiem i podziwem, niestety pod wieczór stało się, no może nie pijaństwem, ale zwykłym, jednak nie prostackim i ordynarnym, piciem. Ale też atmosfera w czasie gry była przednia, a to z tej racji, że cały czas towarzyszyła nam Grażyna Łobaszewska oraz, jak to zwykle w życiu, a więc i w kartach, los dawał różnie. Gospodarzom dał, gościom nie. Zdobyłem 1450 punktów (I miejsce), drugie Żona (1250), trzecie Konfliktów Unikający (550),  czwarte, nie piszę ostatnie z szacunku dla Trzeźwo Na Życie Patrzącej, ona właśnie (250). Gospodarze sumarycznie uzyskali 2700 punktów, goście... 800. Przepaść.
 
Spać poszliśmy w świetnych nastrojach (nawet goście) o 22.00. Przyzwoicie. 
 
Dzisiaj o 19.01 napisała Texanka w reakcji na mojego maila z motywem przewodnim "Tęsknota". Faktycznie, dojrzałem do tego, żeby otrzymać od niej jakikolwiek znak życia.
Cześć;a co to za "wielki świat" skoro moja codzienność toczy się w promieniu 10 do 15 mil, na podmiejskich osiedlach metropolii Houston. Owszem, adres to Houston ale reszta to Harris County. Pod koniec stycznia dotarła tu zima i dwa dni było minus 4C ! Wymarzły niektóre rośliny, uratowałam dużego fikusa i filodendrony. Już jest wiosna , pełne ręce roboty z wycinaniem i sprzątaniem zniszczeń. W Tłusty Czwartek zamiast pączków jedliśmy amerykańskie donaty i nawet smakowały. 3-go marca będą w Texasie prawybory /midterm election, primary/ i już widać brudne kampanie "polityków". Nie znam żadnych kandydatów na sędziów, radnych ale bardzo cenię obecnego gubernatora Abbotta i trzeba go podpierać. To tyle, idę do moich fizycznych robót bo lubię.      
Dla Was Happy Valentine Day!!!  (pis. oryg.)
Czy wielki to świat, czy nie, to trzeba sobie powiedzieć, że inny i ciekawy. 
 
NIEDZIELA (15.02)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
 
Wszystko było opóźnione z racji kuchni. Po wielu tygodniach palenia i rusztowania za szufladą zbierająca popiół zgromadziło się go tyle, że nie dało się zamknąć dolnych drzwiczek. Cug (der Zug w kontekście kominowym) był więc cały czas i nie można było go zminimalizować. Stąd na noc nie podrzucałem żadnych bierwion, bo nie miałbym nad ich spalaniem, w zamierzeniu powolnym, żadnej kontroli. Kuchnię wygasiłem.
No i akurat padło na biednych Gołąbeczków. Rano brutalnie chrobotałem, głośno(!), pogrzebaczem, żmudnie wygrzebując z czeluści dolnej komory popiół. Efekt dla śpiących był podobny do wizgu blendera przy robieniu Blogowej. Spać się nie dało żadną miarą. Pierwszy w kuchni pojawił się Konfliktów Unikający, potem Żona, a na końcu, cholera(!), Trzeźwo Na Życie Patrząca.
Najpierw całej trójce zrobiłem twaróg. I chyba w trakcie tej przekąski Trzeźwo Na Życie Patrząca przyznała się, że po 19 latach pracy w korporacji, w której pracuje również Konfliktów Unikający, ją straciła. I pracę, i korporację. Chyba ten temat poruszyła dzisiaj, bo przecież nie wczoraj, przy piołunówce. 
Małpa jedna wiedziała o tym fakcie już pod koniec października tamtego roku, czyli tym bardziej wtedy, gdy ostatni raz była u nas z Konfliktów Unikającym i z Kolegą Inżynierem(!), ale wówczas pary z ust nie puściła. Może dlatego, że nie wiedziała, co dalej, a ten szok Myślałam, że będę tam pracować do emerytury! opłacała nieprzespanymi nocami i płaczem.
Zaczęła szukać nowej pracy i oczywiście bez problemów ją, jako księgowa, znalazła. Ale wszystko to, co nowe, jest nieznane, więc niepewność i stres oczywiste. W starej pracy będzie do końca marca z wykorzystaniem pod jego koniec należnego urlopu. Komfort jest taki, że poprzednia firma wypłaci jej odprawę, a w nowej zacznie pracę na zakładkę, czyli od 1. kwietnia. Warunki? Potencjalnie gorsze, ale bo to wiadomo, co to znaczy gorsze? Bo jeśli nawet dotyczy finansów, to liczą się jeszcze inne aspekty, a suma ich pozytywów może spowodować, że Trzeźwo Na Życie Patrząca odetchnie, odnajdzie się i będzie miała zawodową satysfakcję. Amen (biedni Angole - za chwilę nie będzie im wolno tak napisać, ani powiedzieć). 
 
Przed drugą częścią I Posiłku razem z Konfliktów Unikającym przerzucaliśmy kłody tak, aby zrobić przejście do Klubowni. Goście, którzy dzisiaj mieli przyjechać na górę, deklarowali się jako zagorzali narciarze I czy będziemy mogli gdzieś złożyć narty? Wymyśliliśmy z Żoną, że to mogłaby być Klubownia.
- Dam im klucz do  zestawu, a sam będę z niej korzystał wchodząc do niej od wewnątrz... - wymyśliłem dodatkowo.
Konfliktów Unikający też wymyślił słysząc moje plany dotyczące kłód i bierwion. W swojej prostocie wprost genialnie. 
- Ale po co będziesz się pałował i woził na drugą stronę kłody, żeby potem je tam rozklinowywać i rąbać?! - Chyba łatwiej będzie ci to robić tu, na miejscu, a wozić już gotowe bierwiona i je układać w drewutni?...
Zaniemówiłem z wrażenia.
- Powiedz o tym Żonie... - Zobaczysz jak zareaguje...
Nie powiedział. Lojalność i męska solidarność. Przyznałem się Żonie sam.
Po szybkiej jajecznicy zrobionej przeze mnie Gołąbeczki wyszły o 11.45 mając w zapasie pół godziny do odjazdu pociągu. Koleje znowu się spisały, bo wszędzie były punktualnie, więc goście dotarli do domu bez przeszkód i przygód. 
 
Przed sprzątaniem góry trochę postanowiliśmy odsapnąć. Ale w końcu trzeba było się za nią zabrać. A potem znowu odsapywałem przy małym onanie sportowym. W trakcie zaczęło sypać. Zima znowu wróciła. Tej zimy już trzeci raz. Musiałem się zabrać za odśnieżanie. I gdy szurałem szuflą i  szczotką, przyjechali goście - para lat ok. 40 z dwiema córkami -  14 i 13 lat, takimi z błyskiem w oczach, takimi kontaktowymi.
Oczywiście zadałem im standardową zagadkę. Najpierw spojrzały na siebie, potem na matkę nie wierząc własnym uszom.
- Ale to przecież jest banalne!... - odezwała się młodsza.
I obie patrząc na matkę odpowiedziały "sześć".
- Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, ile osób odpowiada "osiem". - zareagowałem.
- Wiem, sama tak mówiłam w trzeciej klasie... - odpowiedziała.
Podobały mi się szelmy. Rodzice również - kontakt, dowcip, flow. 
- A tu macie państwo miejsce na złożenie nart... - pokazałem panu Klubownię. 
- Eee, chyba nie będzie takiej potrzeby... - zareagował.
- Ojej, a ja dzisiaj rano z kolegą tak te kłody przerzucałem, żebyście państwo mieli gdzie złożyć narty... - Bo żona mówiła, że państwo się dopytywaliście o taką możliwość...
- A, skoro tak, to nie ma sprawy. - A może ja panu te kłody poprzerzucam?
Podziękowałem śmiejąc się.
 
Gdy Żona wróciła z oprowadzania gości, od razu mnie dopadła, jeszcze w holu.
- Ale coś musimy zrobić z tą twoją kurtką!... - minę miała całkiem poważną, a ja wiedziałem do czego zmierza, tylko nie wiedziałem po co, skoro mojej świętej kurtce nic nie dolegało. Odporna na deszcz, na prace fizyczne, a przy tym nie musiałem w niej na nic uważać, nie bać się, że coś się jej stanie, czyli miałem pełen komfort obcowania i pracy.
- Może pójdziemy do sklepu z odzieżą używaną i kupimy ci kurtkę, taką za 100 zł, żebyś mógł się pokazywać gościom.
- Ale po co, skoro goście błyskawicznie po moim sposobie bycia, intelekcie, słownictwie oraz błysku w oku od razu orientują się, że nie mają do czynienia z menelem i po pierwszym, przyznaję, szoku natychmiast się uspokajają, że przyjechali do właściwego miejsca i że dobrze wybrali. - Chyba... - zawiesiłem głos. 
- Ty siebie nie widzisz!... 
Nie odzywałem się nie chcąc dolewać oliwy do ognia oczywistym sformułowaniem Przecież lustro mamy i to nawet kilka! 
... - wyglądasz w tej kurtce okropnie! - kontynuowała. - A wiesz, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze...
Nie dyskutowałem. Postanowiłem przeczekać, a kurtkę wyprać. Wszelkie, trwałe już, plamy nie zejdą, ale przecież wrażenie czystości w jakimś stopniu powstanie. A poza tym za chwilę będzie wiosna, kurtka na stałe zawiśnie na wieszaku, wiec po co tak od razu wydawać stówę.
 
Po II Posiłku siedziałem nad onanem sportowym tak długo, jak dawno nie. No i nieuchronnie dopadała mnie schyłkowość. Ale udało się jeszcze porozmawiać z Wnukiem-III. Dzisiaj kończył 15 lat.              A pamiętam śpiochy i pampersy...
Gad jeden nie odbierał moich wcześniejszych telefonów i oddzwonił w ostatniej chwili, gdy miałem już zamiar telefon wyłączyć.
- Na pewno ma imprezę i dlatego się nie odzywa. - tłumaczyła go Żona.
Nie wydawało mi się to prawdopodobne, ale tak było. Według jego relacji miał sześcioro gości - dwóch kolegów i cztery koleżanki. Ta liczba koleżanek mi zaimponowała. 
- A coś przyszykowałeś?
- Mama zabroniła mi pchać się do kuchni, ale kazała mi posprzątać! - śmiał się. I dość szczegółowo zdał mi relację z imprezy.
A pamiętam śpiochy i pampersy... 
 
W łóżku skończyliśmy oglądać odcinek Fargo, ten, którego oglądanie poprzednio destabilizował swoim piszczeniem i kręceniem się Piesek. Ostatecznie dopiął swego, skoro Pan po drodze zasypiał dwa razy i w końcu stracił wątek. Na kolejny nie było już jednak nas stać. Spaliśmy o 20.00.
 
PONIEDZIAŁEK (16.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
 
Z porannym rozruchem wróciliśmy na tory.
Za gośćmi z góry, narciarzami, brama zamykała się już o 07.45. Poruszali się energicznie, nawet nastolatki, tak, jakby im się paliło pod nogami i tak, jakby stok miał za chwilę zniknąć nieodwracalnie, więc musieli przed tym fatalnym momentem zdążyć jeszcze trochę pojeździć. Auto wyruszyło z kopyta, bez zbędnych ceregieli. 
Ale co ja tam wiem, szczur lądowy, na dodatek terenów płaskich - dolin oraz kotlin.
 
Jeszcze przed I Posiłkiem zdrowo zabrałem się za życie. Skończyłem odśnieżać podjazd i naniosłem bierwion. Zima wróciła w pełnej krasie - wczorajszy śnieg i dzisiejsze -7. Musiałem też obsypać popiołem kawałek tarasu, niedawno co wysprzątanego. Jak mówiła Żona Zrobił się nagle taki duży i wiosenny... No to się zesrało do następnych roztopów. Takie zawracanie głowy. Ale demiurgiem, a tym bardziej Bogiem nie jestem, żeby zrobić z tym ład i porządek. Zresztą po obejrzeniu Bruce'a Wszechmogącego, z Jimem Carrey'em i Morganem Freeman'em, mało komu chciałoby się podłapać taką fuchę, jak zostanie Bogiem. Bo z tymi ludźmi!...
Po czym opróżniłem zmywarkę, podomywałem niedomyte gary i jeszcze przed I Posiłkiem pojechałem w Uzdrowisko - zakupy Socjalnej, w Biedrze i w Intermarche. I zawiozłem kolejną partię pościeli do pralni. 
 
Po I Posiłku ściągnąłem moc wyschniętego prania i złożyłem je Żonie do dalszego układania i porządkowania (mnóstwo ręczników), a swój stały, podstawowy, codzienny, hołubiony przeze mnie zestaw ciuchowy uprzątnąłem sam. Żona nigdy się do tych moich dziwnych zachowań, prania lub nieprania, a jeśli prania, to w dziwnych konfiguracjach czasowych, się nie wtrąca.
Wreszcie zabrałem się za pisanie, a Żona w tym czasie robiła keto-sernik (twaróg, jaja, masło).
- Co prawda to nie weekend, ale... - usłyszałem
Byłem zadowolony, ale przezornie nie dopytywałem, czy wnosi jakieś modyfikacje, a może czy eksperymentuje. Gdyby nie wyszedł, byłoby na mnie. I tak raz mi wykłuła uszy, że się jej akurat pętam w kuchni, kiedy ona... A wszystko przez to, że nagle  poczułem przemożną chęć napicia się czarnej herbaty, o to ostatnimi laty zdarza mi się dość rzadko. Nie żeby mi nie smakowała...
Sernik według Żony, ale według mnie również (na podstawie tylko oglądu) wyszedł dobrze. Była zadowolona. A jeśli żona zadowolona to i mąż zadowolony! Pozdrawiam!  
Degustacja nastąpi jutro rano przy Blogowych.
 
Dopiero o 14.00 zabrałem się za kłody korzystając z faktu nieobecności narciarzy, a przede wszystkim z braku ich auta. Bo gdyby stało przy kupie kłód, wszelkie rozklinowywanie i rąbanie by odpadło. 
Urobku, takiego do przewiezienia na drugą stronę, według genialnego pomysłu Konfliktów Unikającego, i do fajnego układania, było 6 taczek. W kupie kłód dało się zobaczyć wyraźny boczny uszczerbek. Ta świadomość dobrze mi zrobiła, więc z prawdziwą przyjemnością przed I Posiłkiem pisałem i po nim też.
Narciarze wrócili o 16.00. Mają  zdrowie!... 
 
 
 
W  tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. W sobotę jednoszczekiem, gdy znowu musiała się dopominać, żeby ją wpuszczono do domu. Gołąbeczki zostały taką reakcją zaskoczone i się wzruszyły Oj, Bercia!...Ty szczekasz?!...
Godzina publikacji 19.36.
 
I cytat tygodnia: 
Głupstwa można mówić. Byle nie uroczystym tonem. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego