23.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 82 dni.
WTOREK (17.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.25.
Po porannym rozruchu od razu cyzelowałem.
A jednocześnie byłem cały czas naszczurzony na narciarzy, żeby z przyjemnością wyłapać przed ósmą moment, gdy cała czwórka wyskoczy zza węgła Tajemniczego Domu, rączo wsiądzie do auta i pomknie na stoki (kamień węgielny oznacza fundament narożnika).
A tu nic. Ósma - nic, dziewiąta - nic. Zacząłem głośno wyrażać swoje zmartwienie.
- To może idź do nich, zapukaj i oznajmij im, że zaspali... - dałem Żonie żyzne poletko do naigrywania się.
Narty nartami, ale przy ich samochodzie nie mogłem rozwalać kłód nie rozwalając przy okazji pojazdu. Od razu w myślach powstał plan B, w którym przewidziałem rozwalanie tych kłód przy drewutni, tych z poprzedniego transportu.
O 10.00 nadal narciarzy ani widu, ani słychu.
- A samochód nadal stoi... - usłyszałem Żonę gdzieś w okolicach 10.30. I natychmiast potem:
- Matko! - Zachowuję się, jak ty! - Przez ciebie! - Bo co mnie obchodzi, czy samochód stoi, czy go nie ma?!... - To straszne! - Zachowuję się, jak te kobiety wsparte biustem o poduszki i wyglądające godzinami przez okno!
Po I Posiłku siedziałem sporo nad onanem sportowym ciągle czujny względem gościowego auta. Stało, jak zamurowane. Stwierdziłem, że goście poszli po rozum do głowy i wreszcie wybrali się w Uzdrowisko, żeby zaliczyć jego piękne trasy. Bo na narty można pojechać wszędzie, a Tu macie takie piękne szlaki! (Konfliktów Unikający) są tylko w Uzdrowisku.
W końcu musiałem opuścić stanowisko obserwacyjne i pojechać odebrać pranie oraz zrobić śmieszne zakupiki. Gdy wróciłem, auta oczywiście nie było. Nie wiedziałem, co tym sądzić, bo zrobiła się godzina 13.00, czyli taka pora dnia o tej porze roku, ni pies, ni wydra. Ani narty, ani szlaki. Żona sugerowała, żebym się uspokoił.
Najlepszą na to metodą było rozprawiczanie kłód, zwłaszcza że auto nie przeszkadzało. Rozprawiczyłem tyle, że powstałe bierwiona dały sześć kopiastych taczek. W drewutni ułożone tworzyły już imponujący widok. Żeby się jeszcze lepiej dorąbać, nomen omen, narąbałem sporo frakcji trzeciej.
Przed II Posiłkiem, żeby się trochę zdywersyfikować, nawet popisałem. I znowu zajrzałem do onanu sportowego.
Pod wieczór było sporo drobnych spraw gospodarskich, których suma nie pozwalała, ot tak, od razu iść na górę. Ale tak naprawdę adrenalinę podniósł nam jeden facet, który zadzwonił do Żony, że on ze swoją chciałby jutro, na dwie doby, przyjechać do nas do górnego apartamentu. Byłoby z tego powodu bardzo nam miło, bo w górnym jedyne wolne okienko by się pięknie zajęło.
Ale...
- facet nie mógł przez Booking dokopać się do naszej oferty. Obie strony ustaliły, że to chyba przez fakt, że rezerwacja jest dokonywana z dnia na dzień, a tego bookingowy system nie dopuszcza (tak zrozumiałem),
- Żona sugerowała, żeby rezerwacji dokonać przez nasze strony, należność wpłacić na konto ze względu na rozliczanie z fiskusem, ale facet pierwotnie nie chciał na to przystać, bo nasze strony nie mogły wystawić faktury,
- mieli jechać aż znad morza (dziwowałem się temu złośliwie, że się im to opłaca) i deklarowali przyjazd w okolicach 22.00. Wyraźnie było widać, że w ogóle nie raczyli się zapoznać z ofertą bookingową, nie wspominając o zdecydowanie szerszej, naszej, bo zadawali zbędne pytania i dziwowali się różnym rzeczom, na przykład, A to państwo tam mieszkacie?, zaraz po tym, jak pan się dopytywał o skrzyneczkę i klucze do apartamentu, a jego żona z tła rozmowy kazała mu się zapytać, czy jest aneks kuchenny, co stanowiło dla nas, a na pewno dla mnie, obrazę, skoro góra dysponuje pełnowymiarową i w pełni wyposażoną kuchnią stanowiącą oddzielne pomieszczenie.
W przerwach między rozmowami sugerowałem Żonie, żeby poinformowała pana, że w Uzdrowisku jest od cholery podmiotów noclegowych, w tym wystawiających faktury, co więcej, z całodobową obsługą w recepcji Więc po jaką cholerę zaparł się akurat na naszą ofertę?!... Ja już gotowałem się w trakcie jego drugiego telefonu, a Żona spokojnie, miło i z empatią dotrwała bodajże do piątego. Tym ostatnim dopadł nas już w łóżku zakłócając domowy wieczorny mir i przerywając oglądanie serialu.
Żeby być konstruktywnym, a nie tylko bezproduktywnie złorzeczącym, wymyśliłem, że ja jutro na gości zaczekam, a gdybym w trakcie padł, to przecież dla mnie żaden problem. Prześpię się i gości bez problemu przyjmę. A potem jeszcze wpadłem na pomysł, że w oczekiwaniu obejrzę sobie film Ghandi z 1982 roku podesłany przez Syna wieki temu, a do którego oglądania nie miałem serca tylko dlatego, że bodajże trwa ponad 3 godziny. Taka filmowa kolubryna będzie jak w sam raz, bo termin przyjazdu 22.00 od razu nasunął mi myśl "tu mi tramwaj chodzi". Psychicznie nastawiam się więc na 23.00-24.00.
W końcu taka praca. Nikt nam nie kazał...
Do zakłócania wieczornego miru domowego swoje trzy grosze dołożył Konfliktów Unikający. Nie żebym miał mu to za złe, zwłaszcza że na jego mmsy czekałem. Jak co roku przysłał zdjęcia niezbędnych akcesoriów (wódka, śledź) okupujących stół i podkreślających śledzika. Ale tym razem przy stole, oprócz niego i Trzeźwo Na Życie Patrzącej, siedzieli jeszcze Teatralna i Misiek. Przy wódce! A pamiętam, gdy...
Wieczorem obejrzeliśmy drugą połowę "wczorajszego" odcinka serialu Fargo. Żona nie podołała całości, więc stwierdziliśmy, że nic na siłę. Tą filozofią kierowani dzisiaj nie rozpędziliśmy się z odcinkiem następnym.
ŚRODA (18.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Zaraz po porannym rozruchu rzuciłem się do wysłania smsa z życzeniami do Pasierbicy. Dzisiaj kończyła 39 lat. A pamiętam, gdy miała 11-12 lat i gdy się spotkaliśmy któregoś dnia rano przed budynkiem szkoły państwowej, do której chodziła do podstawówki, a w której mieściła się druga siedziba Szkoły. Ucieszyłem się na jej widok, a ona rozpostarła ręce, żeby mnie na powitanie objąć, a oczka świeciły się jej z radości. Teraz się tego, Małpa, wypiera i zgrywa, że nie pamięta.
W korespondencji zwrotnej napisała, że na dzisiejszą okoliczność z Q-Zięciem wzięli urlop, żeby godnie pouczciwać. Robią tak mądrze od kilku lat. Bo trzeba umieć i chcieć się cieszyć codziennymi drobiazgami (tego jej, m.in., życzyłem). I na dodatek uczyć dzieci. Wielkie chwile radości, jeśli w ogóle nadejdą, to może raptem w życiu kilka razy. Żmudne oczekiwanie na nie kończy się smutną refleksją, że oto pojawił się nieodwracalnie jego schyłek i co?!...
Rano w oczekiwaniu na elektryka z Tauronu pisałem. Facet miał wymienić licznik elektryczny na zdalnie, radiowo, sterowany, żeby jeszcze lepiej Unia, System, Big Brother mogły nas inwigilować i trzymać za gardło. Od razu przypomniała mi się książka Blackout Marca Elsberga, w której akcja zaczęła się od manipulowania "złych sił" właśnie w takich licznikach. Facet pojawił się przed 10.00, sprawnie licznik wymienił, podziękował za kawę, bo był już mocno spóźniony (nie mógł dojechać do Uzdrowiska przez TIR-y, które zatarasowały dwie drogi dojazdowe), książki nie czytał i się zdziwił, że cała katastrofa zaczęła się właśnie od tego, co wymieniał, po czym poprosił, żebym sfotografował stan poprzedniego licznika Żeby nie było nieporozumień. Nawet nie zapytał, czy mam takie możliwości, bo to oczywiste - każdy ma. Był bardzo sympatyczny.
W okolicach 11.00 wyjeżdżali narciarze. Na pożegnanie uciąłem sobie z nimi niezwykle sympatyczną i lekką pogawędkę. Okazało się, że obserwując ich wczoraj w jakimś sensie miałem rację, bo do 13.00 musieli zregenerować siły i nie w głowie było im startować na stok już o 08.00. Ale pojechali nań, bo córki uparły się doświadczyć zjazdów przy świetle elektrycznym Bo nigdy nie były.
- My z Żoną nie jesteśmy narciarzami, stąd musimy polegać na opiniach gości, żeby wiarygodnie przekazywać kolejnym... - zacząłem dopytywać. - To jak państwo oceniacie tutejsze warunki?
- Świetne, jesteśmy zachwyceni. - Mnóstwo tras zjazdowych, wyciągów i cała infrastruktura. - U nas do najbliższych stoków mamy tylko 40 minut drogi, tu, co prawda, jechaliśmy niecałe trzy godziny, ale tamte nie umywają się do tutejszych. - Będziemy przyjeżdżać i polecać. - Z atrakcji była taka specjalnie oświetlona trasa walentynkowa. - Córkom się bardzo podobała. - A jak u państwa z terminami w marcu?...
- Marzec i listopad są dla nas najsłabsze, więc o terminy łatwo, ale w marcu ze względu na opłacalność przyjmujemy na minimum pięć dób. - wyjaśniłem.
Trochę się zmartwili, ale rozumieli.
- No, tak... - My możemy wyjeżdżać tylko na takie dwu-, trzydobowe wypady, to w tej sytuacji przyjedziemy za rok. - śmiali się.
To byli goście z grupy, dla których szczególnie chce się pracować i przygotowywać apartament. Ma się sporą satysfakcję.
Dopiero wtedy mogłem zjeść II Posiłek. I od razu zabrałem się za górny apartament kończąc pracę w 55 minut. Mobilizacja.
O 13.00 z dołu wyjeżdżali goście, ci pociągowi. W drodze do domu mieli przesiadkę w Metropolii. Znowu na pożegnanie uciąłem sobie z nimi kolejną niezwykle sympatyczną pogawędkę. Tutaj już musiałem się postarać, bo dotykane sfery mogły nie być takie lekkie i trzeba było uważać. Ale widocznie było dobrze, skoro nie spieszyło się im do pociągu.
Od razu pojechałem do pralni zawieźć pranie i na drobne zakupy. Trafiłem na uzdrowiskowe godziny szczytu (ruch wahadłowy przy przebudowie jednej z głównych dróg) i musiałem czekać w jedną stronę na czterech cyklach świetlnych, za to z powrotem już tylko na dwóch. Ale Uzdrowisku jestem w stanie wiele wybaczyć.
Mimo że po wczorajszych kłodach z dołożeniem dzisiejszego sprzątania góry czułem plecy i barki, od razu zabrałem się za dół. Jak się dobić, to od razu. Nie będę sobie odcinał ogona po kawałku.
Od 16.00, kiedy wreszcie siadłem, zaczęło niesamowicie sypać dużymi i trwałymi płatami śniegu.
- Zobacz, jaka piękna zima! - odezwała się entuzjastycznie Żona, gdy po skończonej robocie wróciła z dołu i stała przy oknie w kuchni szykując się do przygotowania posiłków dla nas i dla Pieska.
- Nooo... - stać mnie było tylko na taką formę zachwytu.
Jakbym, kurwa, nie widział, że jest taka piękna!... Planowałem po pracy odsapnąć na narożniku, ale psychicznie nie mogłem, zwłaszcza, że po 40 minutach warstwa śniegu wynosiła z 5 cm. Obsypane tym białym gównem było wszystko, więc nie wytrzymałem i poszedłem kolejny raz tej zimy zgarnąć i zamiatać podjazd, ścieżki i zewnętrzne schody. No, dobiłem się.
Modliłem się, żeby wreszcie przyjechała do dolnego apartamentu para. Żeby ją przyjąć i... pójść spać.
O 17.30 przyjechał sam facet. Takim smokiem, który ledwo mieścił się w bramie i na płaskim miejscu parkingowym. Volkswagen pick-up Amarok. Za to facet, lat około 35, był zdecydowanie niższy ode mnie, a to już sztuka. Sympatyczny, przebojowy, wygadany ponad miarę i kontaktowy.
- Żona zachorowała, nauczycielka... - informował jednym tchem - ... więc przyjechałem sam. - I zostanę chyba tylko na jedną noc. - Takie jest życie! - śmiał się.
Widać było, że u niego jest to naturalne i rzeczywiście "takie jest życie", nie robimy problemów, bo z koniem kopać się nie da.
- Jutro rano, po ósmej jadę do Łańcuchowej Wsi, bo tam kupiliśmy działkę i będziemy budować dom. - Jestem umówiony z geodetą.
- A ma pan co pić, jeść? - Żona zatroszczyła się, bo chyba według niej był trochę zbyt wyluzowany.
- A coś tam sobie kupiłem w Stylowej i w Intermarche, kawy pić nie będę, rano od razu jadę...
A mieli być z żoną do 22.02, do niedzieli. Trochę głupio.
O 18.00 wreszcie poszedłem na górę. Umówiłem się z Żoną, że przyjdzie o 19.30 i wtedy obejrzymy kolejny odcinek serialu Fargo. Plan wypalił, nawet udało się obejrzeć odcinek do końca. Umówiliśmy się też tak, że Żona zostawi mi trochę prac gospodarskich Bo wtedy łatwiej będzie mi się rozruszać. To, gdy wstałem, rozwiesiłem wyprane ręczniki, załadowałem zmywarkę i naniosłem trochę bierwion.
Byłem rozruszany na tyle, że o 21.00 zacząłem pisać, a z Ghandim zupełnie mi się nie chciało startować. O 22.00 przestałem pisać i przeszedłem na onan sportowy. Postanowiłem, że, gdy z nim skończę, dopiero wtedy zabiorę się za film. Ani jedno, ani drugie nie miało miejsca. Bo ledwo się dobrze rozsiadłem, już o 22.05 zadzwonił telefon i zostałem przyłapany na fakcie, że "tu mi tramwaj nie chodził". Goście przyjechali mega(!), jak na taką odległość i warunki drogowe, punktualnie.
Od razu dało się wyczuć pewne podobieństwo charakterów, ich i mojego, ze szczególnym zaznaczeniem prób dominacji, więc obie strony dążyły do maksymalnego skrócenia powitania i wprowadzania. Ponieważ obie były kulturalne, więc w milczący, ale jednoznaczny sposób przyjęły, że ze względu na tak późną porę, czas podróży i zmęczenie gości tak musi być. I było.
- Przyznam się, że podziwiam państwa, że z tak daleka, aż znad morza (Sąsiednie Duże Miasto), i w takich warunkach chciało się państwu jechać do nas tylko na dwie doby... - to było moje jedyne odstępstwo od postanowienia, żeby nie wdawać się w gadki.
Facet się znalazł i wyjaśnił, że to jest tylko taki etap, bo z Uzdrowiska jadą dalej do Byłej Stolicy na targi. Żyznego poletka do rozmowy Jakie targi? Czym państwo się zajmujecie? nawet ja nie dotykałem. Ale widziałem, jak ich Peugeot Partner załadowany jest aż pod sam sufit.
Z pewną ulgą wróciłem do domu.
Gdy znalazłem się na górze, Żona natychmiast wykazała tę swoją przedziwną czujność pytając półprzytomnie No i jak tam?
- Wszystko ok, gości przyjąłem, a opowiem ci jutro.
To jej wystarczyło.
Za chwilę jeszcze raz wykazała tę swoją czujność, ale trudno było się jej dziwić, skoro ułożyłem się wygodnie i zacząłem... czytać książkę.
- Czytasz?!... - w słabym i zaspanym głosie wyczułem grozę i oburzenie z faktu takiej pory.
Gdyby miała siły, postukałaby się jeszcze po głowie.
Jednak przed 23.00 i ja zasnąłem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
CZWARTEK (19.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.15.
Specjalnie tak, gdyby facet od smoka czegoś potrzebował.
Ale nie potrzebował niczego. Bo, gdy byliśmy już po rozruchu, ciszę przerwało buczenie smoka i zaraz po 08.00 facet nas opuścił. Ale nie przyszedł z kluczami, więc cholera wiedziała, co jeszcze planował.
Ale do niedzieli miał prawo planować...
Do I Posiłku pisałem, zdałem Żonie szczegółowo relację z wczorajszego, "nocnego", przyjęcia gości ze szczególnym uwzględnieniem ich typów charakterologicznych i zachowań Nie nasi goście, chociaż przecież nie miałem podstaw, aby się do czegokolwiek czepić. Gadek jednak będę unikał, bo one mają tę specyficzną cechę, że muszą dawać przyjemność i satysfakcję obu stronom. A tutaj takiej możliwości nie widziałem.
O 10.30 facet z dołu wrócił. Akurat byłem na zewnątrz, bo przyszedł gość do odczytu licznika gazu.
- I jak się udało w Łańcuchowej Wsi? - zagadałem.
- Super! - Geodeta świetny, wszystko mi elegancko powyznaczał.
- A jakiej wielkości działka?
- 1400 m2. - Obecnie, tam gdzie mieszkamy, mamy 800 i jest co robić.
Zrozumieliśmy się, skoro ja podkreśliłem, że ta właśnie ma 830 I jest co robić!
Więcej nie dopytywałem, a zwłaszcza Kiedy pan wyjeżdża? Opłacone, więc może być do niedzieli i nic mi do tego.
Po I Posiłku wyjechali goście z góry. Dosyć późno. Byłem ciekaw, jak pan sobie poradzi z wyjazdem ze skosu. Lekko tylko przygazował i już był na płaskim. Ale mu to wczoraj ułatwiłem posypując przed ich przyjazdem popiołem dwie linie, po których miały się toczyć opony. I go przy parkowaniu o tym poinformowałem.
- Ale jeśli miałby pan być bardziej spokojny, to mogę pod przednie koła podłożyć jeszcze kamienie. - Mam tu takie specjalne na podorędziu.
- Jestem bardzo spokojny!... - zapewnił mnie od razu, co ewidentnie świadczyło o tym, że wcale takim nie jest. Nie chciałem się jednak w ogóle o tym przekonywać. - Hamulce mam bardzo dobre! - dodał, jakby bał się, że jednak mogę go posądzać o słabsze. Oczywiście nie rozwodziłem się z nim nad dwuznacznością ostatniego sformułowania. Moglibyśmy się nie zrozumieć i mogłoby być ciężko.
Przy informowaniu go o segregacji śmieci też wyszła jego pewna cecha charakteru.
- My ogóle nie używamy plastiku, więc go nie zdajemy. - A butelek szklanych może w miesiącu oddaję raptem kilka.
Trochę się milcząco dziwowałem, ale przede wszystkim zwracał moją uwagę sposób, w jaki to wypowiadał. Coraz bardziej przypominał mi jednego z bohaterów polskiego filmu Hydrozagadka z 1970 roku granego przez Tadeusza Plucińskiego, który w podobny, nienaturalny, żeby nie powiedzieć sztuczny sposób, zwracał się do Ewy Szykulskiej.
Czytam „Time” i „Epokę”, pijam tylko Ballantine'a, palę Winstony, dla ciebie mam Wintermensy zagraniczne czekoladowe cygara. Zdejm kapelusz, będziemy uprawiać miłość francuską.
Dobrze, że było mi darowane ostatnie zdanie, oczywiście sparafrazowane na aktualne potrzeby Niech pan zdejmie czapkę.... Jednak bez sensu! Czapka nie miała nawet skromnego daszku.
Zdaje się, że jestem mocno niesprawiedliwy i czepialski. Fuj!
W okolicach południa z przyjemnością i ulgą poszedłem na górę pospać. Zarwanie nocy zrobiło swoje. Ale nie tylko to. We wtorek, gdy rozprawiczałem kłody, robiłem to ewidentnie w przeciągu popijając Zatecky'm. A on stojąc w tym przeciągu robił się co łyk zimniejszy. A mnie wiele nie trzeba. Pod wieczór zaczęły się drobniutkie, takie z daleka, kłucia w lewym uchu, które zbagatelizowałem. Zabrałem się za siebie dopiero wczoraj rano zakrapiając ucho oraz płucząc gardło. Od razu też zaczął się pojawiać katar. Reszta dolegliwości zniknęła, a on pozostał. A wiadomo, jak potrafi wymęczyć, zwłaszcza że w nocy gorzej się śpi i organizm w pełni się nie regeneruje. Żona co rusz podsuwała mi różne niemedyczne sposoby, w tym, na przykład, wąchanie pokrojonej cebuli. Nie chciałem podważać jej kompetencji, ale wiedziałem, że czy medyczne (tabletki z ubocznymi skutkami działania), czy niemedyczne sposoby działania, katar ma to do siebie, że nieleczony trwa tydzień, a leczony tylko 7 dni. Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość i za głupotę płacić.
Oczywiście, nie wiadomo, co by było, gdybym żoninych metod nie stosował. Choróbsko ze śmiesznego stanu, jakim jest jednak katar (dla Indian śmiertelny; zdziesiątkował populację rdzennej ludności), mogłoby się rozwinąć, zająć zatoki, oskrzela, płuca, dodatkowo objawiając się nieznośnym bólem głowy i mięśni. O śmiertelnych powikłaniach nawet nie ma co wspominać... Na razie jednak jest dobrze, jeśli mój stan można tak określić.
Facet z dołu jednak wyjechał dzisiaj o 15.30.
- Czyżby pan wyjeżdżał? - zagadałem głupio, gdy spotkaliśmy się przed drzwiami Tajemniczego Domu.
- Tak! - śmiał się. - A co ja tutaj będę robił sam, bez żony. - Jadę do niej, biedna chora...
Udało mi się króciutko tylko przywołać w mojej pamięci część trasy z Naszej Wsi, którą często pokonywaliśmy w drodze do Dzikości Serca albo do Naszego Miasteczka, a która przebiegała przez jego miejscowość. Od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Na II Posiłek poszliśmy do Lokalu Bez Pilsnera. Tym razem trochę się naciąłem. Nie chciałem zamawiać kartaczy, jak Żona, bo ostatnio im nie podoływam (podołuję?), czyli, mówiąc po polsku, nie daję rady. Za dużo te pięć sztuk w porcji. Żona zaś, jako pies na kartacze, gdy się o tym dowiedziała, żałowała, że ich nie zamówiłem Bo mógłbyś mi jednego odstąpić... Chciałem coś delikatnego i wybór padł na pstrąga.
- Niestety nie ma - usłyszeliśmy od naszej pani. - Będzie jutro...
Po krótkich rozmowach zdecydowałem się na pierogi z gęsim farszem. I to był ten strzał nie w dziesiątkę, więcej, poza tarczę. Były jakieś jałowe, suche, bez smaku.
- To już lepsze byłyby zwykłe ruskie... - podsumowała Żona, gdy jednego jej odpaliłem.
Siedem pozostałych zmogłem, ale bez satysfakcji. Dla mnie ta pozycja z menu mogła zniknąć.
Ale pobytu nie żałowaliśmy, bo to zawsze dla nas takie drobniutkie święto w naszej codzienności.
Po wieczornej cebulowej inhalacji poszliśmy na górę. Tuż przed rozpoczęciem oglądania kolejnego odcinka serialu Fargo rozdarł się mój telefon. Tylko dlatego, że go zwyczajowo nie wyłączyłem, bo udostępniałem z niego Internet. Natychmiast Bociana odrzuciłem pomstując w myślach Gnoju jeden, rozumiem, że dzwonisz w dzień, ale żeby o tej porze?! Bezczelny chamie!
W trakcie oglądania zadzwonił do Żony ten "gość z Hydrozagadki" . Gdzie, kurwa, wyczucie?! A mir domowy to chuj?! - gotowałem się w myślach tym bardziej, że szybko się zorientowałem, że ten przedchwilejszy Bocian, to nie był Bocian, tylko właśnie gość z góry. Bociana więc w myślach natychmiast przeprosiłem.
A facet do mnie zadzwonił tylko dlatego, że przed przyjazdem dostał od Żony mój numer telefonu z prośbą Gdy państwo będziecie dojeżdżać, to proszę zadzwonić do męża, który będzie na was czekał i państwa przyjmie. Oczywiście wtedy za informację nie podziękował. Nie podziękował też dzisiaj, gdy Żona napisała mu, że po powrocie z wycieczki może zaparkować już na płaskim, bo się zwolniło miejsce. Taki sznyt.
Dzwonił, bo chciał się dowiedzieć, czy jutro mogą zostać dłużej niż do 11.00. Oczywiście o dobie hotelowej doskonale wiedział, ale nie szkodzi wziąć rękę. Był wyraźnie niezadowolony, gdy usłyszał, że mogą zostać do 14.00 Bo musimy mieć czas na przygotowanie apartamentu dla kolejnych gości, którzy jutro przyjeżdżają. To mu wyraźnie nie wystarczyło, bo starał się dociec, o której tak naprawdę nowi przyjeżdżają. Za chwilę trzeba byłoby mu się z tego faktu tłumaczyć. No, złamas jeden!
No, naprawdę, cud jakiś, że za pierwszym jego dzwonieniem telefonu nie odebrałem. Umknęła mi jedyna, może niepowtarzalna już okazja w ciągu 18. lat prowadzenia tej działalności, że mógłbym zastosować swój system obchodzenia się z gośćmi Nie odpowiada panu 14.00, to proszę spadać do 11.00! Uważałbym, że i tak w tej sytuacji byłbym kulturalny używając słowa "proszę".
Dlatego Żona ogranicza mój kontakt z gośćmi do niezbędnego minimum, żebym nie czuł się tak do końca wyautowany.
- A chcesz, żeby goście do nas przyjeżdżali? - zawsze w takich przypadkach mojej irytacji zadaje to retoryczne pytanie. - I nieźle by nas obrobili na Bookingu.
To akurat mam w dupie. Bo ktokolwiek czytający, trochę myślący, od razu wyłapie w morzu dziesiątek, że ta akurat niska ocena musi ewidentnie wynikać z faktu, że gospodarze temu komuś czymś się narazili i ten ktoś się mści. Dodatkowo wyjaśnię, że, chociażby w środę dostaliśmy od gości, kolejny raz, same dziesiątki z uwagą "niezwykle sympatyczni gospodarze". Napomknę tylko, że również piszą "bardzo sympatyczni, pomocni, serdeczni", itd. I uzmysłowię, że piszą "gospodarze", a nie "gospodyni"!
- To da mi pan jutro rano znać, jaka będzie państwa decyzja? - Żona dopytywała. Obiecał, że tak, że oczywiście, czytaj w domyśle Jak w ogóle mogła zadać takie pytanie?...
Najlepsze w tym wszystkim było to, że już po pierwszej ciężkiej z nim rozmowie, gdy za chwilę miał ponownie zatelefonować, Żona od razu zastrzegła, że ona tych gości by nie przyjęła Bo będą problemy, a jeśli (jak?!) nawet nie, to ta trująca aura obrzydzi nam ich pobyt. Ale ja się upierałem, bo ekonomia, efektywność grzania I wielkie mi mecyje, tacy goście! No to miałem za swoje...
Obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Fargo i tedy spać. Ale nie do końca. Bo kaszlałem i nie pomogły moje sugestie kierowane do Żony Nie zwracaj na mnie uwagi i śpij! Trudno nie zwracać, gdy (jak?!) nad uchem co chwilę dudni kaszel. Po półtorej godziny męki (po półtora - politycy i dziennikarze) miałem dosyć. Żona nawet nie tym bardziej, skoro na mnie spoczywała odpowiedzialność, że nie śpi ona i ja.
- Zabieram pościel i schodzę do Bawialnego...
- Dobrze. - udręczona natychmiast się zgodziła.
Na dole dudniłem jeszcze przez jakieś dwie godziny, a potem wszystko się uspokoiło i mogłem w miarę normalnie spać biorąc pod uwagę, że trochę mocniej musiałem zasysać powietrze do płuc.
Jeszcze tylko o 22.20 smsowo wydarłem się do Sąsiadów z Lewej, do każdego oddzielnie na wszelki wypadek, Fafik szczeka! Przestał, jak nożem uciął.
Dzisiaj o 20.26 napisał Po Morzach Pływający.
Wróciłem do pracy. No to będziesz dostawał maile o dziwnych porach dnia .
Pozdrawiam z Bayonne, region baskijskiej części Francji niedaleko słynnego kąpieliska w Biarritz.
PMP (pis.oryg.)
Dopytywałem, kiedy wraca, bo tak mi wyglądało, że latem, więc mogliby do nas ponownie wpaść. Minęłyby wtedy dwa lata od ostatniego ich pobytu. Zapraszałem.
PIĄTEK (20.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
Żaru w kuchni nie było. Ostatnio, tygodniami, tak wieczorem dokładam bierwiona, że rano mam piękny żar. Wystarczy przerusztować, dołożyć kolejne i proces biegnie dalej niczym niepowstrzymany.
Dzisiaj nie wyszło, musiałem rozpalać od podstaw, od I frakcji. Następne ogień przyjmował chętnie i wszystko poszło jak po sznurku. Czyli szkodzi nic.
Rano trochę pisałem, gdy zadzwonił Brat. Dzwonił dwa dni temu, ale jakoś jego telefon przeoczyłem, a potem ze względu na gardło dzwonienie do niego odłożyłem.
- Bracie, martwiłem się o ciebie, bo zawsze oddzwaniasz.
Wyjaśniłem sytuację z moją głupotą i piciem piwa na mrozie. Nic lepiej nie mogło mu wyjaśnić mojego stanu. Od razu zaaferowany przekazał mi dwa linki do wywiadu i do skrótu meczu, żebym koniecznie obejrzał. Wywiad dotyczył Bratanicy.
- Człowieku, jest lepsza ode mnie!
Bratanica była na krótkim stypendialnym wyjeździe w klubie GKS Katowice, który przygotowywał się do meczu z Widzewem Łódź. Jako osoba odpowiedzialna w swoim trzecioligowym klubie za organizację i marketing miała sposobność przyjechać i podpatrywać różne działania klubu w tym obszarze na najwyższym, bo ekstraklasowym poziomie. Rzeczywiście przyjemnie się jej słuchało, bo i język polski w porządku i merytorycznie dawała radę. Widać było luz i że siedzi w temacie.
Drugi link dotyczył ostatniego meczu Ukochanej Drużyny Brata, w którym wygrała 3:1, a Brat oczywiście piał.
I tak od słowa do słowa wyszło, że fajnie byłoby, gdybym przyjechał do niego, do Rodzinnego Miasta.
- Zobaczyłbyś nowe panele w kuchni... - Człooowieeeku!
Atrakcja jak skurwensen, że zacytuję Konfliktów Unikającego, ale wobec Brata wykazałem tym tematem niesamowite zainteresowanie.
- W niedzielę, 8. marca ma przyjechać Bratanica z całą rodziną, ale tylko na obiad, bo potem jadą dalej na kilkudniowy urlop, to gdybyś przyjechał, zobaczyłbyś się z nimi, a wieczorem byśmy sobie posiedzieli przy jakimś meczu i przy piwku.
Bardzo mi się to spodobało i dawno się tak nie ucieszyłem na wyjazd do Rodzinnego Miasta. Ale na wszelki wypadek zadzwoniłem do Bratanicy, która jest osobą konkretną i niekonfabulującą. Bo życie mnie nauczyło, Brat i Siostra, że często jest nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie...
Wszystko potwierdziła, nawet podała godzinę przyjazdu i byliśmy umówieni. No i z Żoną złożyliśmy jej gratulacje z powodu telewizyjnego występu tytułując ją Gwiazdą Medialną.
O 10.30 wyjechali goście z góry. Czy uprzedzili, że tak będzie, czy coś się zająknęli na ten temat?...
He, he, he! Pani oddała tylko klucze bez żadnych wyjaśnień i tłumaczeń względem wczorajszej rozmowy, bo każdy głupi by widział i wiedział, że skoro robi to z chłodnym "Dziękuję" i "Do widzenia", że wyjeżdżają. Pan z wnętrza auta nawet pokiwał do mnie głową. Ale jako kulturalny gospodarz życzyłem im szerokiej drogi.
Ruszyli z przytupem, a ja poczułem niezmierną ulgę. Fajnie, że to taka rzadkość.
Po I Posiłku miałem dziwną smsową korespondencję z Synem.
- Synuś, gdzieżeś? W Sypialni Dzieci, w Stolicy czy w Dusseldorfie.
Zaczął mi odpowiadać dziwnymi wierszykami, na wpół głupkowatymi, więc mu odpłaciłem tym samym. Nawet mu się spodobało. Spomiędzy wierszy wywnioskowałem tylko tyle, że nadal nigdzie nie wyjechał, ale co dalej?... Nie dociekałem, bo bałem się, że dotknę jakiegoś śmierdzącego tematu.
Zaraz potem zabrałem się za sprzątanie góry. Nawet zastałem porządek, ale po wstępnym ogarnięciu wyszło mi, że zniknął taki fajny, teraz chyba nie do dostania, przewodnik po Uzdrowisku i okolicy. Normalnie musieli go podpieprzyć, kleptomani albo zwyczajni złodzieje. Fakt ten, gdy skończyłem, zameldowałem Żonie.
- Jest! - krzyknęła z góry.
- A gdzie był?!
- W innym miejscu!...
Nieważne! Przecież nie był na tym samym miejscu, z którego go wzięli.
Z powodu niecnego ich posądzenia
Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia.
Co więcej, humor mi się poprawił. Należało im się! Za żywota!
Po wszystkim mnie zmogło, więc z książką zaległem na godzinę na narożniku w Salonie. Żona w tym czasie kończyła górę.
Panie, matka i córka, przyjechały z dwoma pieskami (obie sunie) o 16.00. Gdy skończyłem wprowadzać je w swoje rewiry, Żona zabrała je na górę, a ja podglądałem zachowanie suń, które zostały w aucie. Obie stały tyłem do mnie i tęsknie wyglądały przez szybę za swoimi pańciami.
Ale, gdy zastukałem, grzywaczka chińska natychmiast się odwróciła i starała się przez szybę dostać się do mnie i mnie z radości wylizać. Ale cockerki spanielki nic nie ruszało, tylko nieruchomo i tęsknie patrzyła w punkt, w którym pańcie przed chwilą zniknęły. Nawet, gdy zaszedłem z drugiej strony, żeby ją zobaczyć od pyska, nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. A wiadomo, jak u cocker spaniela morda i obwisłe uszy potrafią podkreślić tragedię rozstania.
Heca była przy wchodzeniu po schodach. Bo niby oba pieski to potrafiły, ale nie dość, że tutaj były schody takie metalowe, wydające dziwne dźwięki, to jeszcze zewnętrzne, zimne i na dodatek ryflowane oraz ażurowe. Ponad siły piesków. Trzy kilogramy grzywaczki chińskiej od razu przy pierwszym stopniu się zaparły i nie pomogły łagodne nawoływania córki, a potem dość brutalne ciągniecie smyczy. W końcu grzywaczka dopięła swego i radośnie ulokowała się na rękach młodszej pańci.
Tego nie dało się zrobić z cockerką. Trzeba ją było z odpowiednim tembrem głosu namawiać z góry.
Piesek przyjął prostą taktykę. Najpierw się rozpłaszczył maksymalnie szorując brzuchem po stopniach, bo wiadomo, że to bezpieczniej (skąd taki piesek wie, nieuczony przecież, że w takich i podobnych sytuacjach dobrze jest obniżyć środek ciężkości?) i co drugi stopień się zatrzymywał wąchając pustkę miedzy stopniami, bo ta była ciągle wysoce podejrzana. Ale, gdy już wpadł na balkon, radość z powodu bliskości pań była olbrzymia. I do głowy jej nie przychodziło się na nie obrażać Bo naraziłyście mnie na taki stres!
Paniom pomogłem zanieść bagaże na górę (Jacy ci gospodarze sympatyczni!...). Oprócz bezliku bagażowych drobiazgów dysponowały trzema sporymi walizkami, w tym jedną kolubryną, taką nowoczesną, sztywną i twardą ważącą sama z siebie (tara) z 10. kilogramów. Mógłbym się dziwować temu bezlikowi, skoro przyjechały tylko na pięć dni, ale życie nauczyło mnie, że lepiej tego tematu nie dotykać wobec dwóch kobiet i dwóch suń na dodatek.
Wreszcie mogłem dopaść córkę. To był jeden z wielu przypadków, gdy opatrzność czy też Pan Bóg czuwali nade mną. Bo czymś tknięty nie zadałem dziewczynie standardowego Ile to jest 2+2x2?
Zamiast tego rzuciłem obcesowo Ile lat?
- 22...
Musiałem mieć coś na twarzy, chyba zamurowanie, bo wybuchnęła śmiechem.
- Przestań, nie żartuj! - dalej brnąłem.
- Naprawdę! - ciągle się śmiała.
- Dawałem ci maksymalnie 16! - To chyba powinienem do ciebie zwracać się per pani?...
- A broń Boże! - podobał mi się jej luz.
Dziewczyna studiowała pielęgniarstwo, była na II roku, a matka, prawniczka, pracowała w Stolicy. Ale mieszkały w Innej Metropolii II. Obie kontaktowe, inteligentne, z oczywistą u matki kobiecą cechą nieporadności przy parkowaniu, mimo że przecież parkowała na płaskim i miała do dyspozycji hektary.
W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i zamknięcia tematu mogliśmy spokojnie zjeść II Posiłek.
Po czym na luzie pisałem (taki stan braku presji najbardziej lubię), by za jakiś czas robić to dalej przy kisielu, który Żona przygotowała, żeby łagodzić podrażnione od kaszlu gardło.
Z tego też tytułu ustaliliśmy, że dzisiaj nadal będę spał na dole. Ale najpierw na górze obejrzeliśmy oczywiście kolejny odcinek serialu Fargo. Trup "tym razem" słał się gęsto...
Żona już wcześniej stwierdziła, że serial jest taki tarantinowski (Pulp Fiction, Django i inne), taki komiksowy, gdzie krew się leje gęsto i na różne sposoby, a kolejni aktorzy wypadają ze scenariusza, ale to wszystko nie przeraża. Jednak na wszelki wypadek w tych scenach zamyka oczy.
Na dole nie spieszyło mi się do spania, więc sporo poczytałem. Światło zgasiłem o 22.00.
Dzisiaj wieczorem Po Morzach Pływający lakonicznie poinformował Powrót w połowie lipca. I nic więcej. Trzeba będzie popracować nie tyle nad nim, co nad Czarną Palącą.
SOBOTA (21.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.20.
Żona ponoć od 06.00 czytała/słuchała, po czym ponownie zasnęła. Gdy się obudziła nie słysząc niczego z dołu myślała, że ja nadal śpię. Pojawiła się o 07.50, gdy wszystko było gotowe.
Po porannym rozruchu trochę poświęciłem się onanowi sportowemu, a potem sporo pisałem.
Po I Posiłku zabrałem się za rozgryzanie materiału, który przysłała nam pani prawnik, zaprzyjaźniona z Krajowym Gronem Szyderców, a który dotyczył rozliczeń z US związanych ze sprzedażą Pół-Kamieniczki i Wakacyjnej Wsi oraz kupnem Tajemniczego Domu. Była to jej odpowiedź na moje suche dane (kwoty kupna, sprzedaży, wszelkie terminy) przesłane przez Żonę. Najpierw wszystkie wydruki uporządkowałem faktograficznie i chronologicznie i trzeba powiedzieć, że rozgryzłem jej metodologię podejścia do tematu (trzy warianty postępowania do wyboru). Bo, mimo sporej przejrzystości przysłanych materiałów, bardzo szybko zaczęła w nich stosować skróty myślowe, bo po co podawać rzecz za każdym razem łopatologicznie i się powtarzać, skoro "to jest oczywiste". Musiałem żmudnie i po kolei przebijać się przez jej interpretacje na zasadzie "sprawdzam panią".
Ujrzałem światełko w tunelu i wiedziałem teraz, że należy złożyć korektę PIT-u 39 związanego ze sprzedażą Pół-Kamieniczki. Przy czym przy składaniu "nie dotykałbym" tej pani z citizańskiego US maksymalnie tak długo, jakby się tylko dało. Może szczęśliwie na tym etapie nie mielibyśmy z nią nic do czynienia i może zadowoliłaby się rzuconym jej ochłapem. Żona była innego zdania, żeby nie powiedzieć przeciwnego, i uważała, że natychmiast z tą korektą należy bezpośrednio udać się do tej pani i "się ujawnić". Masakra!
Wysiłek myślowy, zdechło-szara pogoda oraz jednak katar (piąty dzień) i związany z nim kaszel zmęczyły mnie na tyle, że musiałem godzinę pospać na górze.
Gdy wstałem, z braku laku, wróciłem na krótko do onanu sportowego. Generalnie nie lubię tego braku laku.
(powiedzenie pochodzi z dawnego przysłowia „z braku laku i opłatek dobry”. Lak był drogim materiałem do pieczętowania listów, a gdy go brakowało, używano substytutu w postaci masy opłatkowej <mąka z wodą>)
Po II Posiłku znowu zapanował brak laku, sztucznie szukałem jakichś drobiazgów do zrobienia, aż w końcu nadszedł przyzwoity już moment, żeby udać się na górę i obejrzeć kolejny odcinek serialu Fargo.
Rozstaliśmy się życząc sobie spokojnej nocy. Po raz pierwszy też w tym cyklu obecnego spania na dole to samo życzyłem Pieskowi. Bo do tej pory perfidnie wypędzałem go na górę, żeby mi w nocy pod nosem nie mlaskał, nie chrapał, nie trzepał sobie uszków, nie kokosił się, no i nie puszczał bąków. A perfidnie, bo bez żadnego słowa, gestu, patrzenia znaczącym i zimnym wzrokiem oraz stania nad nim, żeby wywrzeć presję. Brałem tylko krzesło lub taboret (Piesek wtedy od razu potrafi się uczujnić i wyrwać z najgłębszego snu i obserwować Pana, czy stanie się nieuniknione), ustawiałem pod lampą i wchodziłem na górę. Wtedy Piesek, sto na sto, z ciężkim westchnieniem powstawał i powoli, nawet majestatycznie, udawał się na górę. I tam pozostawał przez całą noc. A zaczęło się to od wymiany spalonej żarówki w lampie. Czy przy takiej czynności może powstać hałas, jakieś nieprzyjemne uderzenie, czy coś podobnego? Tu raczej chodzi o nienaturalność sytuacji wynikającej z dziwnych piszcząco-skrzypiących odgłosów, a poza tym Kto widział, żeby Pan nagle stał tak wysoko?... Z drabiną jest jeszcze "lepiej", bo tę wystarczy z Klubowni wnieść, żeby Piesek, tu już bez analizy i ociągania się, nawet dość rączo, udał się na górę. A ostatnio w tym względzie świetnie spisuje się zwykła szczotka na długim kiju, którą Pan usuwa (cicho przecież) pajęczyny ze ścian, jeśli je dojrzy. Pajęczyny Pieskowi nie przeszkadzają, a Panu owszem, co już samo w sobie jest dziwne, a poza tym Czy to jest normalne, żeby czymś takim suwać po ścianach i sufitach? Nawet jeśli cicho?...
Bóg mi świadkiem, że wieczorem nie zastosowałem żadnej z tych metod, żeby Piesek mnie opuścił.
Żadnych gwałtownych ruchów, wysyłania negatywnej energii, głupich zachowań i czynności hałasogennych (bierwiona specjalnie już grubo wcześniej podrzuciłem, żeby Piesek miał wystarczająco dużo czasu na analizę Aha, hałasu, ani podejrzanych działań już nie będzie). I nawet z przyjemnością myślałem, że w nocy pod moim nosem będzie mlaskał, chrapał, trzepał sobie uszka, kokosił się, no i puszczał bąki. Jaka to dla mnie różnica, skoro kaszel i tak miał mnie budzić?...
Ostatecznie Pieskowi udało się Pana przed jego snem wkurwić. Bo tyle wysiłku z mojej strony, a wszystko psu, nomen omen, na budę. W ostatniej fazie krzątania się, cichutkiego, poszedłem do dolnej łazienki na ostanie siku. I ledwo skończyłem, usłyszałem charakterystyczne dźwięki u podnóża schodów. Od razu uderzyła we mnie adrenalina. Teatralnym, wrednym szeptem zakomunikowałem, żeby spieprzała na górę, co Piesek skwapliwie wykonał.
Pies ci mordę lizał! Nie, to nie!
Ale zadowolony byłem. I gdy ochłonąłem, pomyślałem, że może w nocy Piesek lepiej jednak się czuje, gdy jest blisko Pani. Bo Pani Pieska kocha, a pan kocha, owszem, ale inaczej, nomen omen...
Do 21.30 poczytałem, a potem zgasiłem światło i znalazłem się w objęciach Morfeusza. Ale i Morfeusz nic nie był w stanie poradzić na katar schodzący do gardła. Z niezwykłą regularnością, gdy tylko zmieniałem bok spania, natychmiast organizmem wstrząsał gwałtowny kaszel, taki z trzewi, po czym wszystko się uspokajało aż do następnego razu. Może Piesek o tym wiedział i nie był w stanie znieść konkurencji Pana w lampucerowatych odgłosach?...
Dzisiaj o 18.50 napisał Po Morzach Pływający. Wreszcie jak człowiek.
Dziękujemy serdecznie.
Będziemy planować bliżej powrotu, ale możliwe, że sierpień będzie najlepszym terminem. Ja też mam trochę spraw do załatwienia. Nie mniej jednak planuję to zrobić zaraz po powrocie.
Będziemy planować bliżej powrotu, ale możliwe, że sierpień będzie najlepszym terminem. Ja też mam trochę spraw do załatwienia. Nie mniej jednak planuję to zrobić zaraz po powrocie.
PMP (zmiana moja, pis.oryg.)
NIEDZIELA (22.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Ledwo powziąłem decyzję o wstawaniu, usłyszałem kroki na schodach. Od razu namówiłem Żonę, żeby położyła się koło mnie.
- Ale ja ledwo wstałam z łóżka, to mam się do niego kłaść z powrotem? - śmiała się.
Sporo poleżeliśmy pogadując.
- Mogę rozpalić? - zapytała.
- Ani mi się waż! - Ty sobie jeszcze poleż, a ja wstanę.
Znałem to jej rozpalanie. Co z tego, że po nocy był kuszący żar, skoro najpierw trzeba było przejść przez fazę rozpalania niewłaściwego (rusztowanie, czyszczenie szyby, podłożenie najpierw frakcji III), a dopiero potem już właściwego. Znając ją od razu przystąpiłaby do właściwego, a potem byłyby tylko same drobniejsze lub większe kłopoty.
Zerwała się natychmiast.
- To ja będę sobie siedziała i patrzyła na wszystkie poranne procedury, na poranny rozruch.
- Ale słowem się nie odezwiesz? - Żadnego komentarza?...
- Obiecuję!...
Nie wytrzymała trzy razy. Za każdym jej wykroczeniem ciężko wzdychałem i milczałem. To w zasadzie wystarczyło. Raz tylko wyrwało mi się brzydkie słowo Noż,...! z natychmiastową reakcją Żony Bo myślałam, że zapomniałeś!, a może to było Bo myślałam, że nie zauważyłeś! Ja?!...
Po tych zawirowaniach poranek wrócił na tory. Żona tkwiła nad swoim 2K+2M, ja mocno ugrzązłem w onanie sportowym. A okolicach 09.00 w ogóle zrobiło się sielsko i domowo, gdy objawił się Fafik.
Bardzo szybko "zniknął", więc zabrałem się za pisanie.
W trakcie coraz bardziej dojrzewałem do tego, żeby dzisiaj poważnie wziąć się za siebie. Pomagał mi w tym organizm, który wyraźnie wysyłał sygnały Połóż się na długo, wygrzewaj się i śpij. Stąd po skromniutkim I Posiłku (galareta) już w południe byłem na górze. Żona wyklepała mi plecy, okryła szczelnie kołdrą i narzutą, przykazała i nakazała, a ja nastawiłem alarm na 18.00.
Wytrzymałem do 16.00. I tak dobrze - 4 godziny snu. Dalej już nie dałem rady. Zrzuciłem z siebie czapkę, rękawiczki i grube skarpety zostawiwszy tylko cienkie, bo zdychałem z przegrzania i z godzinę poczytałem. Skończyłem Ślebodę Małgorzaty i Michała Kuźmińskich.
Na to przyszła Żona i ustaliliśmy co dalej. Ponieważ nie czułem głodu, zaserwowała mi bulion. Smakowy. No i nawet taki głupi bulion wymęczył mnie na tyle, że musiałem znowu spać. Tym razem do 19.30.
Reszta wieczoru przebiegła według planu. Najpierw Żona przyniosła gar z gorącą wodą z rozpuszczonym w niej NaHCO3 i przez 10 minut się inhalowałem.
- I żebyś teraz nie wychodził z łóżka!
A chciałem, bo serdecznie miałem dość w nim gnicia. W tej sytuacji obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. I dopiero wtedy mogłem uzyskać namiastkę wolności. Nastąpił exodus z góry na dół.
Żona chciała, żebym od razu znowu się położył, ale się zaparłem. Na samą myśl robiło mi się niedobrze. Musiałem trochę pofunkcjonować w pozycji pionowej lub półpionowej, żeby się zmęczyć i z jako taką przyjemnością znowu się kłaść. Skończyło się więc tylko na ponownym wyklepaniu pleców oraz wypiciu Płynu Wojskowego.
Chodząc po dole, ogacony, patrzyłem na niego świeżym okiem i cieszyłem się z... wolności. W tym z onanu sportowego, który za chwilę sobie zaserwowałem. Nic takiego przy nim nie robiłem, nomen omen, przecież tylko siedziałem i oglądałem, ale bardzo szybko zmęczył mnie na tyle, że postanowiłem resztę odłożyć na jutro.
W łóżku dałem radę jeszcze tylko obwąchać 444 Macieja Siembiedy. O 21.30 zgasiłem światło.
PONIEDZIAŁEK (23.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
W nocy mniej kaszlałem i mniej smarkałem. Czułem w sobie przesilenie, a to od razu poprawiło mi humor.
Już wczoraj zrobiło się zdecydowanie cieplej (nawet +7), więc na noc kuchnię wygaszałem nie podkładając bierwion na zapas. Rano, mimo braku żaru, rozruch był prostszy niż standardowo, bo odpadało czyszczenie szyby.
Przy Blogowych ustaliliśmy z Żoną, że, mimo że organizm poczuł się lepiej i na pewno chciałby przedwcześnie fikać, to jednak zastosujemy system wczorajszego dnia, czyli przede wszystkim dłuższe dzienne leżenie na górze, wygrzewanie się, spanie oraz inhalacja, wyklepywanie i Płyn Wojskowy.
Postanowiłem to wszystko wytrzymać.
Rano z przyjemnością zabrałem się za onan sportowy. W tym czasie Żona wyszła po paczkę. Rwałem się do wyjścia, ale nawet mnie zdawało się, że to nie byłby najlepszy pomysł, mimo że na dworze zrobiło się wiosennie - słoneczko, +7, lekka mżawka i... tęcza.
Żeby się nazywało, że coś robię, opróżniłem zmywarkę. Przy tym oraz przy zbitym kieliszku (w ruch poszedł odkurzacz) spociłem się tak, że dzisiaj z pracami fizycznymi postanowiłem wziąć rozbrat.
Nawet przez chwilę myślałem, że w ratach posprzątam dolny apartament (jutro przyjeżdża para), ale rzecz odłożyłem do jutra rana. Zdążę.
Po I Posiłku (mocniejszym - dwa sadzone na boczku) już o 11.30 ewakuowałem się na górę. Sam zaproponowałem inhalację. Nie podejrzewałem, że dopiero o 12.45 będę się zmuszał(!) do spania. Wszytko przez Siembiedę, który "pisze pode mnie" i trudno się oderwać. Alarm nastawiłem na 16.00, ale obudziłem się pół godziny wcześniej cały spocony. Ciekawe, bo wczoraj w ciągu dnia spałem znacznie dłużej, w identycznych warunkach ogacenia, a spocić się nie spociłem. Czyżby ewidentne przesilenie. Od razu założyłem czapkę i odkryłem mmsa od Syna.
- Kości zostały rzucone. A na lotnisku takie coś stoi.
Na dwóch zdjęciach siedział przed fortepianem. Dopytałem o różne rzeczy i ze sporym opóźnieniem wyjaśniłem, dlaczego od razu nie zareagowałem. Odpowiedzi nie było. Wiadomo samoloty.
Gdy zszedłem na dół, zadzwoniła Siostra. Długo się nie odzywała. Powiedziałem jej o gardle, że nie będę się praktycznie odzywał, żeby nie nadwyrężać. Czyli, można powiedzieć, nic się w tym względzie nie zmieniło i było tak, jak zawsze. Siostra mówiła, ja słuchałem. A mówiła o tym samym, co poprzednio i jeszcze poprzednio. Chociaż, trzeba przyznać, odniosła się do najnowszych wydarzeń sportowych i pogodowych.
Wieczór miał być podobny do wczorajszego - klepanie w plecy, Płyn Wojskowy, inhalacja, na górze kolejny odcinek serialu Fargo i ewakuacja na dół.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta w środę jednoszczekiem upomniała się o wpuszczenie do domu. Standard.
Godzina publikacji 18.57.
I cytat tygodnia:
Aby się poznać z najdalszą rodziną, wystarczy się wzbogacić… - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w
Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett
operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów
dwudziestolecia międzywojennego.