16.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 75 dni.
WTOREK (10.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
Bez budzika.
Po porannym rozruchu od razu cyzelowałem wpis.
A potem troszeczkę oddałem się onanowi sportowemu, z tego niewiele czasu poświęciłem zimowym Igrzyskom Olimpijskim. Chyba dlatego, że w skokach narciarskich Kacper Tomasiak zdobył srebrny medal. Zupełnie nie wiem, kto to jest, bo od kilku lat straciłem zainteresowanie skokami, a sporty zimowe w zasadzie nigdy nie cieszyły się moim zainteresowaniem. Może tylko wtedy, gdy Polacy osiągali sukcesy.
Co innego Po Morzach Pływający. Od czasu do czasu pisał mi, co ogląda, że też zaczyna uprawiać onan sportowy i Chyba zostanę onanistą.....😁😁😁 Nie reagowałem na jego maile (brak czasu) aż do dzisiejszego rana, w tym na jego pytanie Wysiewasz pomidory? Zaskoczył mnie nim, bo jeszcze nie przyszła mi do głowy myśl o tegorocznych pomidorach zwłaszcza w kontekście temperatur, białego puchu, sanek i tym podobnych. Odpisałem zbiorczo prosząc o wybaczenie za zwłokę.
O 09.19 napisał:
Wybaczam, ale kiedyś już wspominałem, że odpiszesz kiedy będziesz miał czas.
Co do sportu to jest chwilowe zainteresowanie. Mamy transmisje za darmo na HBO MAX to oglądam to co mnie interesuje.(pis. oryg.)
Co do sportu to jest chwilowe zainteresowanie. Mamy transmisje za darmo na HBO MAX to oglądam to co mnie interesuje.(pis. oryg.)
Jeszcze przed I Posiłkiem przymierzyłem się do rozprawiczenia kłód.
- A mogę pójść z tobą i zobaczyć, jak ci idzie? - Bo w nocy ciągle o tym myślałam i przez to źle spałam.
- Nie! - Najpierw sam, bez ciebie, rozłupię kłody, a dopiero później zawołam cię do następnych.
Poszło jak z płatka. Wytrenowane i wdrukowane w pamięć organizmu odruchy natychmiast wróciły i po którymś uderzeniu młota kłoda pięknie pękała. Było się więc czym chwalić. Zawołałem Żonę każąc się jej ogacić i odegrałem przedstawienie, popisówę. Podśmiechiwała się na mój teatr, ale wyraźnie było widać, że poczuła ulgę.
Po I Posiłku przerzuciłem do drewutni 13 taczek, z czego 5 rozklinowałem. Od razu zrobił się wyraźny zapasik drewna gotowego do palenia w kuchni. Zresztą od razu pierwsze pokaźne bierwiono podrzuciłem, bo byliśmy ciekawi, jak się będzie palić. Paliło się wzorcowo, co do reszty uspokoiło Żonę.
W trakcie roboty zadzwonił Syn. Przeżywał nową pracę, a ja wraz z nim. Z racji otrzymanej funkcji w okolicach 20-22 lutego wraz z szefem wybierał się do Dusseldorfu na potężne, największe na świecie, targi branżowe. Od razu został wrzucony na głęboką wodę, więc stres totalny.
Pierwsza rzecz, oczywista, to angielski.
- Tato, do wyjazdu muszę wkuć 500 słów technicznych, branżowych! - Więc siedzę i kuję!
Druga, podróż.
- Szef zdecydował się na samolot, bo to grubo ponad 800 km, ponad 9 godzin jazdy samochodem. - A ja latać nie cierpię, podobnie jak nasza znajoma, która zawsze twierdziła Pływać potrafię, latać nie! - Na dodatek nie ma bezpośredniego połączenia Metropolii z Dusseldorfem, więc trzeba startować ze Stolicy. - A do niej też będziemy podróżować samolotem.
Doskonale go rozumiałem.
Trzecia rzecz - zakwaterowanie i cała targowa otoczka.
- Wiem, że za wszystko płaci firma, ale ja tego nadęcia nie lubię. - Te śniadanka w hotelach iluś gwiazdkowych, lunczyki...
No, cóż... I tak źle, i tak niedobrze. Jak się nie obrócisz, dupa z tyłu...
Prosiłem, żeby, mimo braku czasu, przeczytał mój ostatni wpis, nawet na raty, bo byłem ciekaw jego opinii na temat moich rozważań o Wnuczce. Bo zna ją lepiej niż ja, chociażby z racji zdecydowanie częstszych z nią kontaktów.
Przy okazji Syn mi opowiedział, co się działo, gdy Wnukom, sprowokowany czekającym go wyjazdem, przekazał jedną z historii ze służbowego pobytu dziadka w Anglii.
Być może już o tym pisałem.
Stypendialny zakład wykupił licencję Ilforda (chyba 1974 rok), więc kilkukrotnie wysyłał różne grupy swoich pracowników na szkolenia, bo taki zapis zawierał licencyjny kontrakt. Byłem dwa razy.
Za pierwszym w grupie sześciu chłopa, może siedmiu. Otrzymaliśmy paszporty służbowe (młodzież może się zdziwić Jakie służbowe?!) i LOT-em ze Stolicy polecieliśmy do Londynu, a stamtąd już British Airways do Manchesteru. Wtedy pierwszy raz w życiu leciałem samolotem, zafascynowany, bez obaw, lęków i klaustrofobii. I pierwszy raz byłem na Zachodzie.
Brytyjskie linie nie umywały się do naszych. Począwszy od stewardess (nasze piękne, Brytyjki, no cóż...), a skończywszy na samolotowym poczęstunku. Nasze serwowały przepyszności - pieczywo, masełko, wędliny i sery, główną potrawę, desery, wszystko pięknie zapakowane w folie, aby utrzymać temperaturę i smak oraz napoje. Takie gotowce, z którymi spotkałem się po raz pierwszy, które wtedy mnie ciekawiły, smakowały wybornie, a których bym teraz nie tknął, no chyba że po całym dniu niejedzenia. A brytyjskie? Nic. Fakt, że lot do Londynu trwał blisko 3 godziny, a do Manchesteru troszeczkę ponad jedną, ale opinia o skąpstwie Anglików pozostała.
Z tych pobytów zapamiętałem wiele, bo w pamięci wszystko łatwo się utrwaliło z powodu szokujących różnic kulturowych i materialnych. Inne światy. Chociażby taki drobiazg, jak codzienna jazda, rano i po południu, z hotelu do Ilforda i z powrotem. Pomijam ruch lewostronny i umiejscowienie kierownicy po "niewłaściwej" stronie, ale od razu mocno się dziwiłem, że kierowcą jest kobieta. Ci Anglicy! Budziło to moją sporą nieufność. Jakby tego było mało, codziennie, gdy jechała główną ulicą, co jakiś czas zatrzymywała busa i wpuszczała do ruchu auta z ulic podporządkowanych. Idiotka, normalnie!
W miarę pobytu, chyba z tydzień, może 10 dni, powoli do mózgownic przebijały się pewne nasze siermiężności. Ponieważ każdy z nas otrzymał po 50 funtów delegacji nie podlegających żadnemu rozliczeniu i zwrotowi, kwotę na tamte czasy niebotyczną, więc żadna siła nie była w stanie zmusić nas do jej bezsensownego wydania. Pieniądze należało przywieźć z powrotem, na czarnym rynku zamienić na złotówki i "pławić się w luksusie". Dlatego, jeśli po powrocie z pracy gdziekolwiek wychodziliśmy, to na spacery po ulicach Manchesteru, żeby przez szyby witryn sklepowych "lizać" bogactwo wszelakich towarów.
Przeważnie w okolicach 19.00 zbieraliśmy się w jednym i tym samym pokoju (każdy z nas miał do dyspozycji jedynkę - też nie do wyobrażenia), żeby czas spędzać po polsku. Więc wyciągaliśmy przywieziony polski chleb, konserwy, podsuszoną kiełbasę mimo że nie byliśmy głodni, ale jakaś zagrycha pod naszą wódeczkę musiała być. A nie byliśmy głodni, bo cały dzień praktycznie się jadło. Rano w hotelu śniadanie, a o 13.00 lunch. Tym się zapychaliśmy, jako głównym posiłkiem (można było nabierać do woli), z jednej strony zadowoleni, bo 50 funtów dzięki temu mogło leżeć spokojnie, a z drugiej strony uważając lunch jako formę posiłku, w sensie jego czasu, za dość idiotyczną, bo komu w Polsce po czymś takim chciałoby się wracać do pracy. Nam było trudno, bo senność, itd. A na dodatek o 17.00 (tea time) serwowano herbatę, kawę, mleko i biscuity. To nam bardzo odpowiadało, bo zaraz po 18.00 bus zabierał nas do hotelu, więc nikomu nie opłacało się już pracować. Nawet Anglikom, bo to przecież też ludzie... Co z tego, że z innego świata.
Przy wódeczce miło spędzaliśmy czas. Palili wszyscy, bez wyjątku. Same, przywiezione przez nas, sztynkatory, czyli Klubowe lub Extra Mocne. Gdzieś po trzech dniach, gdy wieczorem zwyczajowo zebraliśmy się w pokoju, w nozdrza uderzył nas straszny odór. Po analizie wyszło, że to przez kumulację palenia tychże sztynkatorów. Cały smród gromadził się w firankach i w zasłonach. Zrobiło się nam głupio nie przez fakt, że jeden z naszych kolegów w tym czymś spał Ale, co sobie codziennie myślą i jak zachodzą w głowę te wszystkie panie sprzątające i wymieniające codziennie pościel i ręczniki?! (kolejna paranoja, której się dziwowaliśmy). Od razu przedsięwzięliśmy środki zaradcze.
Narzuciliśmy sobie palący, nomen omen, reżim. Sztynkatory można było palić tylko i wyłącznie na zewnątrz hotelu, a w tym pokoju tylko Carmeny. Jeden z kolegów, czymś tknięty, przywiózł spory zapas i nim częstował. Siłą rzeczy paliło się mniej, a w pokoju pozostawał "miły" zapach, bo Carmeny były już "światowe", perfumowane.
Pod koniec pobytu stwierdziliśmy zgodnie, że w jego przedostatni dzień wszyscy pójdziemy na dinner do hotelowej restauracji, żeby Angole nie pomyślały sobie do końca, jakie to z nas straszne dziady, sknery albo dziwacy. I to jest ta historia, którą Wnukom opowiedział Syn.
Każdego z nas ten desperacki wypad kosztował około siedmiu funtów i każdy z nas czuł się, jakby mu wyrywano wątrobę, co nie współgrało z planowanym posiłkiem. Pod jego koniec podeszli do naszego stoika dwaj kelnerzy. Jeden toczył przed sobą trzypiętrowy wózek, na którym piętrzyły się deserowe cudeńka, a drugi ewidentnie namawiał nas na ich zamówienie i spróbowanie. Ku ich zaskoczeniu spotkali się ze stanowczą odmową całej naszej grupy. Nie wierząc w naszą reakcję tym usilniej nas namawiali, a my tym bardziej broniliśmy się rękami i nogami. Wizja ucieczki kolejnych funtów w siną, deserową dal była tak mocna, że żaden z nas się nie zdecydował, a efekt był tym silniejszy, że nie dość, że zrobiła to cała grupa, to na dodatek gremialnie, jednocześnie i dość głośno nie konsultując tego faktu między sobą i się nie namawiając.
Kelnerzy musieli odejść, za to podeszła miła kelnerka, nawet dość ładna, jak na angielskie warunki, i zapytała skąd jesteśmy. A usłyszawszy ode mnie From Poland zniknęła na zapleczu, aby zapewne zanieść pozostałym kolegom i koleżankom tę wieść. No i żeby wdać się w rozważania różnic kulturowych To niesamowite, że ci Polacy w ogóle nie jedzą deserów?!... A może tylko tak mają mężczyźni?!
Tak oto powstają stereotypy.
Nie pamiętam, w jaki sposób dowiedzieliśmy się, albo zorientowaliśmy, że desery były opłacone w całym dinerze, w tych siedmiu funtach. Było już jednak za późno. Bo przecież nie mogliśmy już po opłaceniu wrócić do stolika i domagać się deserów nie budząc jeszcze większej konsternacji, sensacji nawet i nie robiąc wiochy.
Tak więc desery, a czego tam nie było, przeszły nam obok żołądków. Długo pluliśmy sobie w brody. Jeszcze po powrocie do kraju.
Reakcje Wnuków na opowieść ojca były różne. Wnuk-I i II pękali ze śmiechu. Wnukiem-IV opowieść wstrząsnęła, był oburzony takim zachowaniem braci, gwałtownie wytknął im niestosowność Bo to przecież było smutne, wręcz tragiczne, że dziadek zapłacił i nie spróbował deserów!, a Wnuk-III zareagował jeszcze inaczej.
- Tato, po coś ty mi to opowiedział?! - Gdy sobie wyobrażę te wszystkie pyszne desery, które można było zjeść, a dziadek... - Teraz ten widok, tych deserów, nie może mi zejść z oczu. - Jaka szkoda!...
Przypomnę - gdy był w Uzdrowisku ze swoim młodszym bratem, świeżo po wycięciu wyrostka robaczkowego, strasznie cierpiał z tego powodu, że on tylko i praktycznie wyłącznie z deserów mógł jeść galaretkę, a ile można?! A jego brat?!... Więc rok później, gdy znowu obaj pojawili się, ale tym razem Wnuk-IV był po wycięciu wyrostka, Wnuk-III "mścił się " na nim i za pierwszym razem w Stylowej zamówił jakiś potężny deser ledwo mieszczący się w pucharze.
- Musiałem się odkuć! - zareagował na moją wątpliwość, czy podoła.
Podołał. Pamiętam, że Wnuk-IV wtedy podszedł do sprawy dość obojętnie.
Po dość krótkiej przerwie regeneracyjnej, którą poświęciłem na nieduży onan sportowy, wróciłem do taczek, a raczej taczki. Przerzuciłem 5 sztuk, w tym rozklinowałem cztery. Z tego wszystkiego zrobił się już skromny zapas bierwion, na jakiś tydzień palenia.
Po wszystkim poczułem przemożną chęć położenia się na narożniku w Salonie. Książka stanowiła alibi, bo po jakichś trzech minutach już spałem. Ale krótko, raptem pół godziny.
Po II Posiłku nie należało się spodziewać niczego innego, niż schyłkowości. Już o 18.40 byliśmy na górze. Dokończyliśmy odcinek serialu Fargo, tego, przy którym Żona padła wczoraj i podołaliśmy całemu kolejnemu. Był fajny, bo zaowocował, nomen omen, czterema trupami. Ciekawe, czy i kiedy scenarzystom wyczerpie się zapas kandydatów do tej roli.
Dzisiaj skończyłem czytać kolubrynę, czyli Naznaczonego Roberta Galbraith'a. To już ósmy tom o parze głównych bohaterów - Cormoranie Strike'u i Robin Ellacott. Napisana, jak zwykle świetnym językiem, ale zaczęła mnie już wkurwiać! I książka, i J.K. Rowling. Dlaczego, wyjaśnię po wszystkich dziesięciu tomach, bo zapowiedziane są jeszcze dwa.
Kolubrynę otrzymałem od Żony pod choinkę. Zacząłem czytać 25. grudnia, a skończyłem po 47. dniach. Więc nawet nie umywam się do Po Morzach Pływającego, który na wieść o książce i mojej "skardze" lekką ręką rzucił Cegła? Kilka dni czytania i koniec. Zakładając, że u niego kilka dni to 4-5, widać gołym okiem, że czytam z wydajnością 10 razy mniejszą. Czy mi to przeszkadza? Nie! Czy mam ambicje szybszego czytania? Nie!
ŚRODA (11.02)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
- A jak twoje ramiona i plecy?... - usłyszałem, gdy ledwo zacząłem się ruszać. - Bo w nocy się martwiłam...
Miała podstawy, bo wieczorem twierdziłem, że stawy barkowe to mnie nawet trochę bolą.
Zapewniłem, że wszystko ok i że się sam nawet dziwię. Może to dzięki tej regularnej porannej gimnastyce?...
Na dole od razu zajrzałem do kuchni. Nowe drewno spaliło się bez zarzutu.
Po porannym rozruchu pisałem.
Tuż przed 10.00 zadzwoniłem do gościa z góry, żeby wypuścił mnie z garażu. Wczoraj uprzedzałem go, że może być taka sytuacja. Musiałem pojechać po pranie. Pralnia stanęła na wysokości zadania, bo na moją wczorajszą telefoniczną prośbę w trybie przyspieszonym przygotowała do odbioru cały potężny zestaw. Największy w dotychczasowej naszej współpracy. Chyba przez Wnuki, jedne i drugie, na skutek ich obecności, zgłupieliśmy całkowicie i przeoczyliśmy prosty fakt, że dzisiaj przyjeżdżają kolejni goście, a my nie mamy nawet jednego czystego kompletu pościelowego. Zmyłka dodatkowo polegała na tym, że z każdym zestawem schodziło więcej pościeli, bo to ferie i goście, zamiast we dwoje, w parach, jak Pan Bóg przykazał, przyjeżdżali z dziećmi, jednym lub dwoma, a dziecko też człowiek i wypadało mu ubraną pościel dać.
Ledwo wróciłem, a już pani z dołu wyjeżdżała. Była mi bardzo wdzięczna, że jej autem wyjechałem z posesji, bo co z tego, że z płaskiego, skoro tyłem i na dodatek na ulicę. Zgroza! Nimfa błotna nawet na pożegnanie się uśmiechnęła, chociaż prawdopodobnie mnie wyśmiała, bo uzmysłowiłem jej, że pamiętam jej imię i przy tym uniosłem kciuk do góry. Pieprzony staruch!...
Gość z góry od razu z tego faktu skorzystał i auto przeparkował z pochyłości na płaskie. Przy okazji omówiliśmy różne niuanse parkowania, przypadki i doświadczenia. Miał swoją traumę związaną z pochyłością, ale w szczegóły się nie wdawał, a ja z wyczuciem(!) nie drążyłem.
Po I Posiłku od razu zabraliśmy się za dolny apartament, bo goście, para z dzieckiem, miała przyjechać o 14.00. Byliśmy gotowi kwadrans przed terminem, ale to nie miało znaczenia, bo przyjechali o 15.30.
Do tego czasu zamknąłem temat przerzucania kłód z jednej strony domu, ulicznej, na drugą, ogrodową. Na końcu zebrało się 8 taczek, z czego 3 rozklinowałem i porąbałem. Czeka mnie jeszcze kolejna dostawa trzech kubików, a potem pozostanie tylko sukcesywne rozklinowywanie.
Para, nie za bardzo byłem pewny, czy małżeńska, z trzynastoletnim synem. Oboje mieszkają w sąsiednim powiecie względem Powiatu, więc natychmiast mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Ona prowadzi sklep rybny, on jest magazynierem, a chłopak bez problemów zdał egzamin z 2+2x2. Inteligentni, posiadający feeling, kontaktowi i z niczego nierobiący problemów. Żona później mi relacjonowała, że gdybyśmy tak razem sobie posiedzieli, to moglibyśmy się zdziwić z powodu liczby podobnych poglądów na wielorakość spraw.
Po II Posiłku następowała nieuchronna schyłkowość. Ale dość długo się przed nią broniliśmy, każde na swój sposób. Ja trochę pisałem i zajrzałem do onanu sportowego, a Żona odkryła stare zdjęcia, które postanowiła ściągnąć z chmury (cytuję, bo nie wiem, o co chodzi) i uporządkować, a przy takiej pracy schyłkowość się minimalizuje.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. Ostatni sezonu I. Zgrabnie i inteligentnie zakończony. A skoro opowieść się ewidentnie zamknęła, to byliśmy ciekawi, co w takim razie oferują jeszcze kolejne cztery sezony. Poczytaliśmy i okazało się, że każdy sezon to inna opowieść. Ale wszystkie pod wspólnym tytułem. Będziemy oglądać.
CZWARTEK (12.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.45.
Bez budzika. Na dworze +3 i resztki śniegu.
Żona na dole pojawiła się adekwatnie, o 07.45.
O 09.00 byłem już w Uzdrowisku. Czwartek to dzień, w którym w jednym ze sklepów jest dostawa kurczaka zagrodowego, w całości i w jego elementach (emelentach). Tydzień temu, gdy w południe tam się pojawiłem z pytaniem o tego kurczaka, zostałem sympatycznie wyśmiany. Więc dzisiaj...
Zakupy uzupełniłem w Biedrze nawet nie spojrzawszy na pączki, choć to przecież Tłusty Czwartek.
Do I Posiłku pisałem.
Żona postanowiła go zrobić. Niby zwykłą jajecznicę na kiełbasie, ale od kiedy zaczęła, strasznie przypadła mi do smaku. I jajecznica, i Żona...
- Dzisiaj postanowiłam zrobić trochę inaczej, poeksperymentować...
To zawsze brzmi groźnie, a jej kompulsywna skłonność do zmian i eksperymentów nie wróży niczego dobrego i może wprowadzić człowieka w nerwicę. Wyszedł z tego taki pół omlet, pół jajecznica, czyli nie pies, ni wydra.
(Powiedzenie wywodzi się z obserwacji, że wydra <zwierzę ziemnowodne> nie jest typowym czworonogiem domowym jak pies, ani typową rybą, stanowiąc coś pośredniego)
Jeśli po normalnej jej jajecznicy z trzech jaj zawsze jestem najedzony, to dzisiaj musiałem dojeść serem kozim i kilkoma plastrami kiełbasy kruchej. No comments...
Po posiłku od razu poszliśmy we dwoje na spacer. Pretekstem stała się biblioteka. Pani zadzwoniła, że właśnie ktoś oddał 444 Macieja Siembiedy, pierwszej książki z cyklu, na którą czaiłem się od jakiegoś czasu. A wczoraj przecież tam byłem. Ale szkodzi nic... Pożyczyłem wtedy dwie książki autorstwa Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Pierwszą, Ślebodę, od razu zacząłem czytać.
Zrobiliśmy długi spacer przy okazji "wizytując" nowe inwestycje Uzdrowiska i je komentując. Widząc sporo mankamentów, zwłaszcza pozimowych, które powyłaziły spod śniegu, nadal nam się podobało. Bo to takie Uzdrowisko...
W domu trochę odsapnęliśmy i wyszliśmy ponownie, ale tym razem z Pieskiem do Uzdrowiska Wsi. Pieskowi też należała się wiosenna pogoda.
Niespodziewanie naszło mnie na basen. Uznałem, że to może dobrze mi zrobić po pracy przy kłodach.
Błyskawicznie się zebrałem, żeby być na miejscu trochę przed 16.00, bo w recepcji o pełnych godzinach są kuracjuszowe kolejki, a mnie to zbyt dobrze nie robi na układ nerwowy. I nie dlatego, że muszę czekać. Słuchanie tego pieprzenia staruchów, nierozumienia, co się do nich mówi, jest ponad moją wytrzymałość. A dzisiaj mój układ nerwowy został wystawiony na dodatkowa próbę.
Naprzeciw recepcji usytuowane są drzwi prowadzące do groty solnej. W kolejce stałem raptem z dwie minuty, a w tym czasie zdążyło zaistnieć dwukrotnie zjawisko, którego nie byłem w stanie zrozumieć, ba tolerować. Z groty wychodziły w pewnym odstępie czasu dwie panie i żadna nie zamykała za sobą drzwi.
- Proszę zamknąć drzwi! - za każdym razem reagowała pani recepcjonistka głosem zdecydowanym, ale jednak miłym i serdecznym.
Już widziałem siebie na tym stanowisku.
- Proszę zamykać(!) drzwi! - reagowałbym zdecydowanie z tembrem głosu sugerującym No co jest do jasnej cholery! To takie trudne i przekraczające możliwości intelektualne?!
- Drzwi!!! - za jakiś czas dla zdrowia psychicznego zmieniłbym repertuar.
- Drzwi, kurwa!!! - tu już bym się poczuł najlepiej.
Oj, nie popracowałbym ci ja dłużej niż dzień. Nawet, gdybym chciał. Natychmiast kierownictwo tak reprezentacyjnego sanatorium wypieprzyłoby mnie z pracy. I słusznie.
Na basenie panował standard. Różnica względem poprzednich pobytów polegała tylko na tym, że sporo dysz tryskających silnymi strumieniami wody nie działało, a dodatkowo w basenie hasały dwie nastolatki (11-13 lat), które miały za nic pozostałych taplających się (niezważanie na innych i blokada torów oraz wrzaski i nawoływania się). O dziwo, słowem się do nich nie odezwałem. Inni taplający się też. Niewychowawcze...
(Pisownia "hasać" z „h” jest utrwalona historycznie i wywodzi się prawdopodobnie ze staropolskiego określenia ruchu konia <koń hasze> lub dźwiękonaśladowczego okrzyku „hasa!”)
Pod moją nieobecność zatelefonowali Trzeźwo Na Życie Patrząca i Konfliktów Unikający. Ten zdziwił się, gdy usłyszał od Żony, że jestem na basenie.
- A ja myślałem, że to ty przynosisz mu basen?...
Nie ruszyło mnie i nie zareagowałem, chociaż mogłem, bo się załapałem po powrocie na końcówkę rozmowy. Ale postanowiłem się na cwaniaka zaczaić, gdy przyjadą.
Ostatecznie decyzja o ich przyjeździe zapadła. Długo z nią zwlekali, bo Trzeźwo Na Życie Patrząca była chora Temperatura 38 stopni! Nigdy takiej nie miała! Przyjadą pociągiem w piątek, a wyjadą w niedziele. Teoretycznie mógł przyjechać jeszcze Kolega Inżynier(!), ale z sobie tylko znanych powodów odmówił. Być może nie miał aż takiej motywacji, skoro był u nas trochę dłużej niż dwa miesiące temu. Ile można?!...
II Posiłek oraz drobne czynności gospodarcze znamionowały nieuchronnie schyłkowość.
Na górze rozpoczęliśmy oglądać pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Fargo. Od razu, na jego początku, Piesek jakby tylko na to czekał, zaczął się kręcić, raz nawet przyszedł do nas na górę popiskując, więc Żona obraz zatrzymywała i Pieska wypuszczała na ogród. Za każdym razem natychmiast zasypiałem, więc gdy ostatecznie Piesek się uspokoił, zaproponowałem Żonie zakończyć na dziś oglądanie.
Bo co to za oglądanie
Z wielokrotnym takim spaniem?!
Gdy wątek traci się szybko
A spanie przychodzi chybko.
Zgodziła się bez problemów.
Sam odcinek i sezon drugi dobrze rokował, skoro ruszył z kopyta. Już w pierwszej części, zanim wyłączyliśmy, były pewne (i pewne) cztery trupy, a być może i piąty. Ale scenarzyści informację, czy rzeczywiście był, zostawili na później. Może nawet na resztę tego odcinka.
PIĄTEK (13.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
Czterdzieści dwa lata temu urodziła się Córcia.
Pamiętam szpital w Metropolii (już go nie ma) i aurę odbioru niemowlaka oraz przejęcie się tym faktem siedmioletniego Syna i moim. Bardzo szybko, gdy zaczęliśmy z Córcią wychodzić na spacery, kłóciliśmy się z Synem, kto będzie pchał wózek. Musieliśmy wprowadzić system naprzemienny, bo żaden nie chciał ustąpić. Córci to wtedy oczywiście było obojętne, bo kołysanie było takie samo i spało się przednio.
Za to wieczorne kąpanie całkowicie należało do mnie. Nigdy nie bałem się wziąć na ręce takie drobne i kruche ciałko i je obrabiać. Z Synem było podobnie, chociaż tutaj nie miałem przecież żadnego doświadczenia.
Z Córcią, niemowlakiem, nie certoliłem się. Po sprawdzeniu łokciem temperatury wody wkładałem bezceremonialnie ciałko do wanienki i je kąpałem. Ciałko znosiło to pogodnie, chociaż mycie głowy mogło mu się nie podobać, bo zajmowało to ponadnormatywnie dużo niemowlęcego czasu, jako że Córcia z chwilą ujrzenia tego cudownego świata od razu miała czarną szopę na głowie, co wyglądało niesamowicie słodko i komicznie - taka laleczka. A szopę trudniej było porządnie umyć niż łysinę.
Ale już następne etapy nie za bardzo mogły się podobać. Jeszcze stosunkowo pogodnie znosiła czyszczenie uszu, chociaż tutaj musiałem dość mocno przytrzymywać w ojcowskim imadle jej główkę, oraz smarowanie oliwką, ale niezmiennie wiedziała dokładnie, kiedy ojciec zabierze się za nos. Natychmiast wierciła energicznie głową w prawo i lewo broniąc się przed bezlitosnym patyczkiem wkładanym do jednej i drugiej dziurki, żeby wyciągnąć nagromadzone dziennie gluty. Tu imadło musiało być mocniejsze, a operacja błyskawiczna i chirurgicznie precyzyjna, żeby ciałko się nie zdążyło rozwrzeszczeć.
Potem już były same przyjemności dla ciałka - ubieranie tetrowej pieluchy i śpiochów. Ojciec też miał swoje, bo zanim to następowało, zniżał głowę nad bezbronnym ciałkiem, tuż nad brzuchem. Robił to sadystycznie powoli chcąc przedłużyć moment panicznej obrony brzuszka, podkurczanie tłustych udek i opędzanie się wałeczkowatymi rączkami. Jednocześnie ciałko nie wytrzymywało i, gdy twarz ojca była już bardzo blisko, zaczęło z łaskotek rechotać, chociaż ich przecież jeszcze nie było. Ale za chwilę następowało to, co nieuniknione. Brutalna twarz z bulgotaniem zanurzała się w brzuszku, tłuste udka były blokowane mocnym uchwytem przez ojcowskie ręce i następował łaskoczący armagedon.
Pisałem już o tym, bodajże, że przy ewakuacji z łazienki z Córcią na rękach zawsze miałem możliwość obserwować na długości trochę ponad metra, w łazienkowym lustrze, jej buźkę, niezwykle pogodną, by za sekundę, już przy drzwiach łazienki ujrzeć potężny wkurw, komiczny oczywiście z racji kontrastu z niemowlęcą buźką, dodatkowo podkreślany burzą włosów. Karygodnym był bowiem fakt, że natychmiast nie dostawała butli. W ciągu następnych dwóch, trzech sekund przy moim uchu rozlegał się wrzask, który znikał, jak nożem uciął, z chwilą zassania smoka. Potem pozostawało dziecko "odbeknąć" i położyć spać.
Tak, tak... Ten bezwzględny i niemiłosierny upływ czasu. Ale, zdaje się, tak musi być.
Rano na dworze było +5 stopni. Po śniegu oczywiście ani śladu, zwłaszcza że wczoraj późnym wieczorem padał deszcz. Mogliśmy spokojnie oddać się porankowi - Żona swojemu 2K+2M, a ja pisaniu.
W końcu trzeba było się zabrać za życie, bo do przyjazdu Gołąbeczków zaplanowałem sobie sporo prac - rąbanie frakcji III, trzepanie dywaników i odkurzanie dołu i góry, sprzątnięcie tarasu (zostały odsłonięte ohydne sznyty popiołowe), sprzątnięcie starego gościnnego kapsułkowego ekspresu (goście go załatwili) i uruchomienie nowego kupionego za 90 zł, ściągnięcie prania, nastawienie nowego i rozwieszenie, wyczyszczenie trzech par butów z bryi (roztopy, a bryje mamy na butach, bo z Pieskiem chodzimy po terenach bryjowych) oraz szereg drobiazgów zabierających jednak czas. W tym nawet zrobiłem zaległe papiery. Z planowanej 10-15- minutowej regeneracji nic nie wyszło.
- To ja zrobię w takim razie I Posiłek.- zaproponowała Żona.
- A może być twoja jajecznica? - zapytałem sugerując.
- Oczywiście.
- Ale nie będziesz eksperymentować?!... - Żona musiała usłyszeć w moim głosie lekką trwogę, bo się uśmiała. Ale zapewniła, że nie.
O 13.00 byłem już nieźle zrąbany, a przed sobą miałem jeszcze sporo roboty. Ale należało się cieszyć, że przyjeżdżają goście, oni akurat niezwykle tolerancyjni, bo jednak "dzięki nim" wiele spraw można było popchać do przodu (to akurat nie pleonazm - można też popchać do tyłu).
O 15.15 mogłem wziąć prysznic i ubrać się do ludzi. Umówiliśmy się z Gołąbeczkami od razu w Lokalu z Pilsnerem II.
Spotkanie zaczęło się z przytupem. Bo z domu z racji tych wszystkich prac wyszliśmy z 7-minutowym opóźnieniem względem planu zakładając jednak, że nasze koleje staną na wysokości zadania i pociąg się chociaż trochę spóźni, więc nie będzie obciachu, faux pas i jednak jako gospodarze, było nie było, w Lokalu z Pilsnerem II zjawimy się pierwsi. Koleje jednak były nieodpowiedzialne, pociąg przyjechał mega(!) punktualnie (pleonazm, ale chciałem być trendy) i nasi goście siedzieli już przy stoliku studiując menu. Mogłem mieć o tyle satysfakcję, że według relacji Gołąbeczków w pociągu nie grzali (zima, więc po co?), przez całą drogę marzli, mimo że ogacili się na maksa, więc na nasze koleje miałem podstawy "dodatkowo" wieszać psy (o etymologii pisać nie będę, bo jest zbyt okrutna).
Nasze spóźnienie tylko dodało energii powitaniom i dało asumpt do naszego tłumaczenia się, co Gołąbeczki przyjęły łaskawie, nawet Konfliktów Unikający zgodnie ze swoją ksywą.
Siedzieliśmy dłużej niż zwykle, bo od 16.30 do 19.00, dwie i pół godziny, a to najlepiej świadczyło o aurze spotkania.
W domu przy rozpalonym kominku i przy gadkach dotrwaliśmy do 22.15. Jako najstarszy z grona dałem sygnał do kończenia spotkania, bo mój wiek swoje prawa ma.
W końcu udało mi się dodzwonić do Córci. Urodziny obchodziła bez uniesień, żeby nie powiedzieć, że nie obchodziła ich wcale. Tembr głosu miała normalny, ale jednak troszeczkę podszyty goryczą. A może tylko tak mi się zdawało?...
SOBOTA (14.02)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
Nad ranem, około 04.00, miałem niezłe sensacje żołądkowe. Trwały z godzinę, więc siłą rzeczy musiały mnie wymęczyć. Ale ostatecznie wstawałem w niezłej kondycji.
Wszystko więc biegło swoim trybem, z tą różnicą, że zamiast dwóch Blogowych robiłem cztery, a potem jeszcze raz powtórzyłem całą rundę. Okazało się, że Gołąbeczki od pewnego czasu ją piją, przy czym Konfliktów Unikający tylko z samym masłem.
Od 09.00 zrobił się ruch w interesie. Gość z góry przeparkował auto na zewnątrz, żeby przed Klubownią był dojazd na wykiprowannie kłód. To też miało mieć miejsce o 09.00, ale ostatecznie wydarzyło się o 09.30. I tak świetnie.
Zaraz potem wyjeżdżali goście z dołu, więc po I Posiłku, dwuskładnikowym, robionym przeze mnie, rzuciliśmy się do sprzątania.
O 12.40 pociągiem przyjechała para z szesnastoletnim synem. Fajni, nasi, ze wszystkiego zadowoleni. Syn chodzi do ogólniaka, do I klasy o profilu dziennikarskim, więc od razu zacząłem go namawiać, żeby swój niski głos, taki radiowy (gość musiał być już po mutacji), w przyszłości wykorzystał. Mama od razu przyjęła postawę w kierunku dumy z syna. Poprosiliśmy, żeby po bagaż wrócili już o 14.00 Bo o tej godzinie apartament będzie już gotowy, a poza tym mamy u nas przyjaciół i chcielibyśmy z nimi wyjść do kawiarni.
Goście się spisali, bo byli tuż przed 14.00. Oczywiście w tym samym momencie musieli wyjeżdżać ci z góry, ci od autystycznego syna. Z przyczyn sobie wiadomych musieli skrócić pobyt o jeden dzień.
Sytuację opanowaliśmy dość szybko i wreszcie, na pełnym luzie mogliśmy pójść do Zdroju. Jako kulturalno-oświatowy przeprowadziłem całą grupę przez teren szczególnie przez nas ulubiony, z pięknymi domami pokazując na co drugi, że w tym to albo w tamtym moglibyśmy chętnie zamieszkać.
Od początku było wiadomo, że na samym końcu wylądujemy w Galaretkowej. A tam rodzinna atmosfera z niczym nieporównywalna, jeśli chodzi o ten typ gastronomii w Uzdrowisku.
Do Tajemniczego Domu wróciliśmy późno, więc było wiadomo, że II Posiłek będzie też późno, zwłaszcza że Żona akurat wtedy wkładała do piekarnika całego kurczaka. Siłą rzeczy trzeba było coś robić, a co można robić w takim towarzystwie (czytaj: miłym, bezproblemowym) i przy...piołunówce?
Smakować ją, delektować się i gadać.
Piołunówkę poznałem (nie wiem, jak Żona) dzięki Konfliktów Unikającemu. W czasie któregoś wspólnego pobytu w Lokalu z Pilsnerem II wyczaił w ich menu właśnie piołunówkę, bo ma taką specyficzną cechę, taką rzadką umiejętność reagowania na alkohol niczym lagotto romagnolo na trufle (jedyna rasa piesków na świecie specjalizująca się w poszukiwaniu tych grzybów).
I od tamtej pory każdy pobyt kończymy degustacją dwóch kieliszków, bo trzeba powiedzieć, że mimo że jest to likier ziołowy, to z przyjemnością wchodzi, mówiąc kolokwialnie. Nawiasem mówiąc, mam pełną świadomość, że używam sporo kolokwializmów i że robię to celowo.
(Piołunówka to tradycyjna, bardzo gorzka wódka lub likier ziołowy <często 50% alk.>, powstająca przez macerację ziela piołunu, nierzadko z dodatkiem innych ziół i miodu. Znana od wieków jako "nalewka lecznicza", stosowana jest w małych ilościach na dolegliwości układu pokarmowego i dla poprawy apetytu. Charakteryzuje się intensywnym, ziołowym aromatem i wytrawnym smakiem - bardzo sympatyczny i mądry opis - uwaga moja).
Skąd się wzięła piołunówka w Tajemniczym Domu? Jak już wspomniałem, dzięki nadprzyrodzonej cesze Konfliktów Unikającego. Otóż w okresie do godziny 14.00, przy naszej towarzyskiej nieobecności w domu, a potem przy ogólnym zamieszaniu związanym z gośćmi, kierowany romagnolowskim zmysłem, umknął niepostrzeżenie do Intermarche, w którym wypatrzył butelkę tego dość drogiego trunku. A przecież ja też wiele razy przechodzę tam przez strefę alkoholową, nawet ze sporym zainteresowaniem, ale żeby wypatrzeć piołunówkę?...
Efekt był taki, że jeszcze przed kulminacją gości, czyli przed 14.00, wszyscy musieli piołunówkę zdegustować, choćby dlatego, że była inna niż ta w Lokalu z Pilsnerem II. I rzeczywiście była, chociażby dlatego, że miała mocniejszego kopa, bo okazało się, że ma 50%, co za chwilę z dużą satysfakcją Konfliktów Unikający nam oznajmił.
I na takiej degustacji być może by się skończyło, gdy nie ten feralny późny powrót do domu i późny II Posiłek. W oczekiwaniu na niego zaczęliśmy grać w loteryjki (seria dziesięciu) i, że zacytuję samego siebie, siłą rzeczy trzeba było coś robić, a co można robić w takim towarzystwie (czytaj: miłym, bezproblemowym) i przy...piołunówce? Smakować ją, delektować się i gadać. No i grać.
Pyszny kurczak pojawił się gdzieś w połowie rozgrywki. Przerwa była, owszem, ale nie w degustowaniu piołunówki. I to, co w okolicach południa miało być tylko delikatną, wstępną degustacją tego napoju, taką z pewnym szacunkiem i podziwem, niestety pod wieczór stało się, no może nie pijaństwem, ale zwykłym, jednak nie prostackim i ordynarnym, piciem. Ale też atmosfera w czasie gry była przednia, a to z tej racji, że cały czas towarzyszyła nam Grażyna Łobaszewska oraz, jak to zwykle w życiu, a więc i w kartach, los dawał różnie. Gospodarzom dał, gościom nie. Zdobyłem 1450 punktów (I miejsce), drugie Żona (1250), trzecie Konfliktów Unikający (550), czwarte, nie piszę ostatnie z szacunku dla Trzeźwo Na Życie Patrzącej, ona właśnie (250). Gospodarze sumarycznie uzyskali 2700 punktów, goście... 800. Przepaść.
Spać poszliśmy w świetnych nastrojach (nawet goście) o 22.00. Przyzwoicie.
Dzisiaj o 19.01 napisała Texanka w reakcji na mojego maila z motywem przewodnim "Tęsknota". Faktycznie, dojrzałem do tego, żeby otrzymać od niej jakikolwiek znak życia.
Cześć;a co to za "wielki świat" skoro moja codzienność toczy się w promieniu 10 do 15 mil, na podmiejskich osiedlach metropolii Houston. Owszem, adres to Houston ale reszta to Harris County. Pod koniec stycznia dotarła tu zima i dwa dni było minus 4C ! Wymarzły niektóre rośliny, uratowałam dużego fikusa i filodendrony. Już jest wiosna , pełne ręce roboty z wycinaniem i sprzątaniem zniszczeń. W Tłusty Czwartek zamiast pączków jedliśmy amerykańskie donaty i nawet smakowały. 3-go marca będą w Texasie prawybory /midterm election, primary/ i już widać brudne kampanie "polityków". Nie znam żadnych kandydatów na sędziów, radnych ale bardzo cenię obecnego gubernatora Abbotta i trzeba go podpierać. To tyle, idę do moich fizycznych robót bo lubię.
Dla Was Happy Valentine Day!!! (pis. oryg.)
Czy wielki to świat, czy nie, to trzeba sobie powiedzieć, że inny i ciekawy.
NIEDZIELA (15.02)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
Wszystko było opóźnione z racji kuchni. Po wielu tygodniach palenia i rusztowania za szufladą zbierająca popiół zgromadziło się go tyle, że nie dało się zamknąć dolnych drzwiczek. Cug (der Zug w kontekście kominowym) był więc cały czas i nie można było go zminimalizować. Stąd na noc nie podrzucałem żadnych bierwion, bo nie miałbym nad ich spalaniem, w zamierzeniu powolnym, żadnej kontroli. Kuchnię wygasiłem.
No i akurat padło na biednych Gołąbeczków. Rano brutalnie chrobotałem, głośno(!), pogrzebaczem, żmudnie wygrzebując z czeluści dolnej komory popiół. Efekt dla śpiących był podobny do wizgu blendera przy robieniu Blogowej. Spać się nie dało żadną miarą. Pierwszy w kuchni pojawił się Konfliktów Unikający, potem Żona, a na końcu, cholera(!), Trzeźwo Na Życie Patrząca.
Najpierw całej trójce zrobiłem twaróg. I chyba w trakcie tej przekąski Trzeźwo Na Życie Patrząca przyznała się, że po 19 latach pracy w korporacji, w której pracuje również Konfliktów Unikający, ją straciła. I pracę, i korporację. Chyba ten temat poruszyła dzisiaj, bo przecież nie wczoraj, przy piołunówce.
Małpa jedna wiedziała o tym fakcie już pod koniec października tamtego roku, czyli tym bardziej wtedy, gdy ostatni raz była u nas z Konfliktów Unikającym i z Kolegą Inżynierem(!), ale wówczas pary z ust nie puściła. Może dlatego, że nie wiedziała, co dalej, a ten szok Myślałam, że będę tam pracować do emerytury! opłacała nieprzespanymi nocami i płaczem.
Zaczęła szukać nowej pracy i oczywiście bez problemów ją, jako księgowa, znalazła. Ale wszystko to, co nowe, jest nieznane, więc niepewność i stres oczywiste. W starej pracy będzie do końca marca z wykorzystaniem pod jego koniec należnego urlopu. Komfort jest taki, że poprzednia firma wypłaci jej odprawę, a w nowej zacznie pracę na zakładkę, czyli od 1. kwietnia. Warunki? Potencjalnie gorsze, ale bo to wiadomo, co to znaczy gorsze? Bo jeśli nawet dotyczy finansów, to liczą się jeszcze inne aspekty, a suma ich pozytywów może spowodować, że Trzeźwo Na Życie Patrząca odetchnie, odnajdzie się i będzie miała zawodową satysfakcję. Amen (biedni Angole - za chwilę nie będzie im wolno tak napisać, ani powiedzieć).
Przed drugą częścią I Posiłku razem z Konfliktów Unikającym przerzucaliśmy kłody tak, aby zrobić przejście do Klubowni. Goście, którzy dzisiaj mieli przyjechać na górę, deklarowali się jako zagorzali narciarze I czy będziemy mogli gdzieś złożyć narty? Wymyśliliśmy z Żoną, że to mogłaby być Klubownia.
- Dam im klucz do zestawu, a sam będę z niej korzystał wchodząc do niej od wewnątrz... - wymyśliłem dodatkowo.
Konfliktów Unikający też wymyślił słysząc moje plany dotyczące kłód i bierwion. W swojej prostocie wprost genialnie.
- Ale po co będziesz się pałował i woził na drugą stronę kłody, żeby potem je tam rozklinowywać i rąbać?! - Chyba łatwiej będzie ci to robić tu, na miejscu, a wozić już gotowe bierwiona i je układać w drewutni?...
Zaniemówiłem z wrażenia.
- Powiedz o tym Żonie... - Zobaczysz jak zareaguje...
Nie powiedział. Lojalność i męska solidarność. Przyznałem się Żonie sam.
Po szybkiej jajecznicy zrobionej przeze mnie Gołąbeczki wyszły o 11.45 mając w zapasie pół godziny do odjazdu pociągu. Koleje znowu się spisały, bo wszędzie były punktualnie, więc goście dotarli do domu bez przeszkód i przygód.
Przed sprzątaniem góry trochę postanowiliśmy odsapnąć. Ale w końcu trzeba było się za nią zabrać. A potem znowu odsapywałem przy małym onanie sportowym. W trakcie zaczęło sypać. Zima znowu wróciła. Tej zimy już trzeci raz. Musiałem się zabrać za odśnieżanie. I gdy szurałem szuflą i szczotką, przyjechali goście - para lat ok. 40 z dwiema córkami - 14 i 13 lat, takimi z błyskiem w oczach, takimi kontaktowymi.
Oczywiście zadałem im standardową zagadkę. Najpierw spojrzały na siebie, potem na matkę nie wierząc własnym uszom.
- Ale to przecież jest banalne!... - odezwała się młodsza.
I obie patrząc na matkę odpowiedziały "sześć".
- Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, ile osób odpowiada "osiem". - zareagowałem.
- Wiem, sama tak mówiłam w trzeciej klasie... - odpowiedziała.
Podobały mi się szelmy. Rodzice również - kontakt, dowcip, flow.
- A tu macie państwo miejsce na złożenie nart... - pokazałem panu Klubownię.
- Eee, chyba nie będzie takiej potrzeby... - zareagował.
- Ojej, a ja dzisiaj rano z kolegą tak te kłody przerzucałem, żebyście państwo mieli gdzie złożyć narty... - Bo żona mówiła, że państwo się dopytywaliście o taką możliwość...
- A, skoro tak, to nie ma sprawy. - A może ja panu te kłody poprzerzucam?
Podziękowałem śmiejąc się.
Gdy Żona wróciła z oprowadzania gości, od razu mnie dopadła, jeszcze w holu.
- Ale coś musimy zrobić z tą twoją kurtką!... - minę miała całkiem poważną, a ja wiedziałem do czego zmierza, tylko nie wiedziałem po co, skoro mojej świętej kurtce nic nie dolegało. Odporna na deszcz, na prace fizyczne, a przy tym nie musiałem w niej na nic uważać, nie bać się, że coś się jej stanie, czyli miałem pełen komfort obcowania i pracy.
- Może pójdziemy do sklepu z odzieżą używaną i kupimy ci kurtkę, taką za 100 zł, żebyś mógł się pokazywać gościom.
- Ale po co, skoro goście błyskawicznie po moim sposobie bycia, intelekcie, słownictwie oraz błysku w oku od razu orientują się, że nie mają do czynienia z menelem i po pierwszym, przyznaję, szoku natychmiast się uspokajają, że przyjechali do właściwego miejsca i że dobrze wybrali. - Chyba... - zawiesiłem głos.
- Ty siebie nie widzisz!...
Nie odzywałem się nie chcąc dolewać oliwy do ognia oczywistym sformułowaniem Przecież lustro mamy i to nawet kilka!
... - wyglądasz w tej kurtce okropnie! - kontynuowała. - A wiesz, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze...
Nie dyskutowałem. Postanowiłem przeczekać, a kurtkę wyprać. Wszelkie, trwałe już, plamy nie zejdą, ale przecież wrażenie czystości w jakimś stopniu powstanie. A poza tym za chwilę będzie wiosna, kurtka na stałe zawiśnie na wieszaku, wiec po co tak od razu wydawać stówę.
Po II Posiłku siedziałem nad onanem sportowym tak długo, jak dawno nie. No i nieuchronnie dopadała mnie schyłkowość. Ale udało się jeszcze porozmawiać z Wnukiem-III. Dzisiaj kończył 15 lat. A pamiętam śpiochy i pampersy...
Gad jeden nie odbierał moich wcześniejszych telefonów i oddzwonił w ostatniej chwili, gdy miałem już zamiar telefon wyłączyć.
- Na pewno ma imprezę i dlatego się nie odzywa. - tłumaczyła go Żona.
Nie wydawało mi się to prawdopodobne, ale tak było. Według jego relacji miał sześcioro gości - dwóch kolegów i cztery koleżanki. Ta liczba koleżanek mi zaimponowała.
- A coś przyszykowałeś?
- Mama zabroniła mi pchać się do kuchni, ale kazała mi posprzątać! - śmiał się. I dość szczegółowo zdał mi relację z imprezy.
A pamiętam śpiochy i pampersy... W łóżku skończyliśmy oglądać odcinek Fargo, ten, którego oglądanie poprzednio destabilizował swoim piszczeniem i kręceniem się Piesek. Ostatecznie dopiął swego, skoro Pan po drodze zasypiał dwa razy i w końcu stracił wątek. Na kolejny nie było już jednak nas stać. Spaliśmy o 20.00.
PONIEDZIAŁEK (16.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
Z porannym rozruchem wróciliśmy na tory.
Za gośćmi z góry, narciarzami, brama zamykała się już o 07.45. Poruszali się energicznie, nawet nastolatki, tak, jakby im się paliło pod nogami i tak, jakby stok miał za chwilę zniknąć nieodwracalnie, więc musieli przed tym fatalnym momentem zdążyć jeszcze trochę pojeździć. Auto wyruszyło z kopyta, bez zbędnych ceregieli.
Ale co ja tam wiem, szczur lądowy, na dodatek terenów płaskich - dolin oraz kotlin.
Jeszcze przed I Posiłkiem zdrowo zabrałem się za życie. Skończyłem odśnieżać podjazd i naniosłem bierwion. Zima wróciła w pełnej krasie - wczorajszy śnieg i dzisiejsze -7. Musiałem też obsypać popiołem kawałek tarasu, niedawno co wysprzątanego. Jak mówiła Żona Zrobił się nagle taki duży i wiosenny... No to się zesrało do następnych roztopów. Takie zawracanie głowy. Ale demiurgiem, a tym bardziej Bogiem nie jestem, żeby zrobić z tym ład i porządek. Zresztą po obejrzeniu Bruce'a Wszechmogącego, z Jimem Carrey'em i Morganem Freeman'em, mało komu chciałoby się podłapać taką fuchę, jak zostanie Bogiem. Bo z tymi ludźmi!...
Po czym opróżniłem zmywarkę, podomywałem niedomyte gary i jeszcze przed I Posiłkiem pojechałem w Uzdrowisko - zakupy Socjalnej, w Biedrze i w Intermarche. I zawiozłem kolejną partię pościeli do pralni.
Po I Posiłku ściągnąłem moc wyschniętego prania i złożyłem je Żonie do dalszego układania i porządkowania (mnóstwo ręczników), a swój stały, podstawowy, codzienny, hołubiony przeze mnie zestaw ciuchowy uprzątnąłem sam. Żona nigdy się do tych moich dziwnych zachowań, prania lub nieprania, a jeśli prania, to w dziwnych konfiguracjach czasowych, się nie wtrąca.
Wreszcie zabrałem się za pisanie, a Żona w tym czasie robiła keto-sernik (twaróg, jaja, masło).
- Co prawda to nie weekend, ale... - usłyszałem
Byłem zadowolony, ale przezornie nie dopytywałem, czy wnosi jakieś modyfikacje, a może czy eksperymentuje. Gdyby nie wyszedł, byłoby na mnie. I tak raz mi wykłuła uszy, że się jej akurat pętam w kuchni, kiedy ona... A wszystko przez to, że nagle poczułem przemożną chęć napicia się czarnej herbaty, o to ostatnimi laty zdarza mi się dość rzadko. Nie żeby mi nie smakowała...
Sernik według Żony, ale według mnie również (na podstawie tylko oglądu) wyszedł dobrze. Była zadowolona. A jeśli żona zadowolona to i mąż zadowolony! Pozdrawiam!
Degustacja nastąpi jutro rano przy Blogowych.
Dopiero o 14.00 zabrałem się za kłody korzystając z faktu nieobecności narciarzy, a przede wszystkim z braku ich auta. Bo gdyby stało przy kupie kłód, wszelkie rozklinowywanie i rąbanie by odpadło.
Urobku, takiego do przewiezienia na drugą stronę, według genialnego pomysłu Konfliktów Unikającego, i do fajnego układania, było 6 taczek. W kupie kłód dało się zobaczyć wyraźny boczny uszczerbek. Ta świadomość dobrze mi zrobiła, więc z prawdziwą przyjemnością przed I Posiłkiem pisałem i po nim też.
Narciarze wrócili o 16.00. Mają zdrowie!...
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. W sobotę jednoszczekiem, gdy znowu musiała się dopominać, żeby ją wpuszczono do domu. Gołąbeczki zostały taką reakcją zaskoczone i się wzruszyły Oj, Bercia!...Ty szczekasz?!...
Godzina publikacji 19.36.
I cytat tygodnia:
Głupstwa można mówić. Byle nie uroczystym tonem. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego.