09.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 68 dni.
WTOREK (03.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.30.
Wracam do drobnej, ale przecież istotnej poniedziałkowej zaległości.
Wczoraj, w poniedziałek, 02.02, o 13.30 przyjechała z całym majdanem Córcia. Wjechała od razu na posesję, żeby było łatwo wszystko rozpakować. Młyn był niesamowity, zwłaszcza przez Wnuki, które ledwo wysiadły, od razu chciały wszystko! Rhodesian najmniej.
Po opanowaniu sytuacji przeparkowaliśmy auta, po czym natychmiast zabraliśmy się za górę. Córcia z dziećmi mogła już spokojnie zostać na dole.
Obiad/II Posiłek, jak na nasze standardy, był bardzo wczesny. Bo goście byli bardzo głodni (syndrom popodróżowy), a poza tym trzeba było zmieścić Stylową.
- Na dole prosę mango-marakuja, a na góze truskawka... - bez żadnego skrepowania zamawiał swoją porcję lodów Wnuk-V.
- Jeśli pani chce mieć spokojny wieczór - Córcia odezwała się do kelnerki - to proszę dopilnować tej kolejności.
Młoda dziewczyna okazała zrozumienie i poczucie humoru.
Przypomnę - za ostatnim pobytem w Uzdrowisku zaserwowaliśmy Wnukowi-V lody tajskie i to był strzał w kolano. Wył przez cały czas, bo po fakcie uświadomił sobie wtedy, że to nie są porządne gałki w wafelku, jak przystało na prawdziwe lody. Teraz, po pół roku, do swojego dziwactwa dołożył kolejność gałek.
Po powrocie zagraliśmy w Rekiny. Od roku gra ta strasznie emocjonuje Wnuczkę, zwłaszcza gdy (jak?!) uczestniczy w niej Dziadek. Bo on jest bezwzględny, wszystkich zżera, Wnuczkę też, a ta doskonale wie, że u Dziadka nie wyżebrze żadnej litości. Stąd w odwecie wszyscy zżerają Dziadka, który wobec takiej koalicji zawsze przegrywa. Ale nigdy nie żebrze o litość.
Wygrała Wnuczka. Radość była olbrzymia.
O 19.10 przyjechali na górę goście. Para w wieku 65-68 lat z dorosłym synem nietypowo się zachowującym, bo w ogóle się nie odzywał, tylko jakoś tak dziwnie, kompulsywnie się uśmiechał. Zdawało się, że nic do nich nie dociera, żadne moje wstępne uwagi, tłumaczenia i wyjaśnienia. Takie pół-zombi. A pojawili się z "drugiej" strony ulicy wjechawszy cały ten spory odcinek pod prąd. Ojciec wydawał się totalnie wykończony i reagował sporadycznie pojedynczymi słowami, matka reagowała niewiele lepiej. Z miejsca byłem gotowy otworzyć sobie żyły.
Uciekłem przedwcześnie z wielką ulgą zostawiając sprawę Żonie. W późniejszej relacji broniła biednego kierowcę.
- Niczego nie chciał oglądać, tylko z miejsca usiadł na krześle w kuchni cały wykończony.
Okazało się, że są z tej samej miejscowości, jak ci goście z dołu. A ta młoda para, która dzisiaj rano wyjechała, też była z niej. Jakie to jest prawdopodobieństwo?!... Dodam tylko, że jest to spore miasto.
Wieczorem Córcia puściła dzieciom bajki, a jest to jedyny moment, oprócz ich snu, gdy dorośli mogą swobodnie porozmawiać. Wystarczy tylko, gdy jedna bajka się skończy, włączyć drugą, a potem to już tylko Trwaj chwilo, jesteś piękna! (Verweile doch! Du bist so schon!)
Siedzieliśmy w Salonie przy kominku oddając się gadkom. Motywem przewodnim było oczywiście obecne życie Córci, w tym jej ciekawe układy ze swoimi eks-teściami. Ogólnie są w porządku i obie strony wykazują się mądrością, ale ostatnio wypuścili śmierdzące balony i nie za bardzo wiadomo, co Córcia ma z tym robić.
Od jakiegoś czasu Córcia bierze w czymś udział, ale za cholerę nie chciała zdradzić szczegółów, mimo że błagałem Ojcu nie powiesz?! Może właśnie dlatego, że ojcu. Nie pomogły moje zapewnienia, że na ten temat nie zająknę się na blogu. Jak widać, Córcia miała rację, bo się zająknąłem. Ale nie może być tak, że mam założony knebel córciowej cenzury. Ciekawe, kto będzie pamiętał ten fakt za lat 10, 20 z klasycznym wówczas tekstem Ale, zaraz, kiedy to było?... A tak wystarczy, gdy mnie nie stanie (parafrazując marszałka sejmu, pana Józefa Zycha), zajrzeć do bloga i wyłapać charakterystyczne opisy tej sytuacji. Zresztą, wyczytując między wierszami, mógłbym chlapnąć na ten temat o wiele, wiele więcej, ale przecież tego nie robię. Bo u mnie słowo...
Gdy wszyscy szykowali się do snu, nie wiedzieć skąd Wnuczce się wzięło, bo nagle oznajmiła:
- W okularach taty wyglądam jak księgowa, a w okularach dziadka (Eks-Teść Córci - wyjaśnienie moje) jak bibliotekarka...
Stawiałbym wszystkie pieniądze na to, że Wnuczka doskonale wiedziała, kim są te panie, te zawody.
Ale nie rozwijałem tematu, bo marzyłem już o górze.
Były próby oglądania kolejnego odcinka serialu Fargo, ale po kilku momentach, w których traciłem wątek, poddałem się. Tedy spać po 22.00.
Dzisiaj imieniny obchodziła Kobieta Pracująca. W całym zamieszaniu udało się złożyć życzenia. Ale z Kolegą Współpracownikiem sprawa była poważniejsza, bo dzisiaj kończył równe 70 lat! Nie można więc było sprawy pozostawić tylko krótkim życzeniom, stąd po nich obiecaliśmy, że na spokojnie zadzwonimy w sobotę. Ale i tak Koledze Współpracownikowi w tym wnukowym natłoku udało się wcisnąć z 10 minut swoich relacji z samotnych Świąt Bożego Narodzenia, które spędził w...Łebie i z których był bardzo zadowolony.
Nawet udało mi się wieczorem wcisnąć krótką rozmowę z Synem i z Rakietowym, u którego Syn był.
No i dzisiaj o 10.40 napisał Po Morzach Pływający. Nietypowo tak, jak nietypowana była godzina publikacji.
Gdy?Jak? A może czasem Kiedy?
Godzina publikacji 1340? Zaskakujące.
Miłego dnia
PMP
PMP
Dzisiaj, we wtorek, 03.02, wstałem o 07.30. Ledwo zszedłem na dół (świadomie stosuję pleonazm, bo samo "ledwo zszedłem" jednak źle się kojarzy i może wprowadzać w błąd), a już wszyscy byli na nogach. Miałem straszne braki w każdej drzewnej frakcji, więc zrobienie Blogowych opóźniło się wysoce niekomfortowo. Też dlatego, że w nocy zdrowo napadało. Musiało zawalić tym lepkim, zimnym i mokrym syfem komin i z rozpalaniem, gdy (jak?!) miałem już niezbędne frakcje, był spory problem. Sporo musiałem się natrudzić, by przełamać barierę potencjału. Ale, gdy (jak?!) poszło...
Śniadanie/I Posiłek było robione na wiele rat, czyli w sposób skomplikowany, ale przebrnęliśmy i przez to.
Plan był taki, że dzisiaj wychodzimy na sanki. To znaczy Żona z góry zaznaczyła, że nigdzie nie idzie, bo musi nadrobić korespondencję, a ja wiedziałem, że również musi się zregenerować i naładować akumulator.
Szliśmy we czworo do Parku Szachowego, bo wiedziałem, że przy tych warunkach śniegowych i temperaturowych, tamtejsza górka będzie idealna. Wystarczająco stroma, żeby była adrenalina, szeroka i zakończona daleko krzakami, aby była bezpieczna. I żadnego ruchu samochodowego albo narciarskiego.
W drodze Wnuczka znowu nas zaskoczyła, chociaż coraz bardziej w jej przypadku wątpię, czy słowo "zaskoczenie" jest właściwe.
- A wiesz, mamusiu, ja bym chciała wejść w skórę Braciszka (zmiana moja), patrzeć jego oczami i z jego perspektywy...
Już nie wiedziałem, co powiedzieć... 6 lat i 3 miesiące. Cieszyć się, czy bać?...
Po drodze było też normalnie - bitwy z Wnukami na śnieżki oraz ciągnięcie sań, gdy małe ludziki na nich siedziały. Dostawało się w stare kości i w starą dupę, ale jednak jaka to była przyjemność!...
Miałem pewne obawy, czy nie powtórzy się historia z ubiegłego roku, kiedy to oboje nie chcieli zjeżdżać ani na sankach, ani na jabłuszkach. Ale było rewelacyjnie. Oboje natychmiast i bez żadnych oporów rzucili się samodzielnie w wir zjeżdżania, a hitem były jabłuszka. Ja nawet raz zjechałem na sankach. Specjalnej śmierci w oczach nie było, ale na końcu musiałem się zdrowo i zimną krwią nahamować.
Po sankach poszliśmy do Stylowej na lody. Taka była umowa. Wnuki wiedziały, że są ferie i że mama pozwala aż nadto. Wnuk-V powtarzał tej samej pani, co wczoraj (wszystko pamiętała i ledwo utrzymywała powagę), że czekolada, tym razem, ma być na dole, a truskawka na górze.
Do domu wróciliśmy na II Posiłek, by znowu wyjść z dzieciakami. Na zakupy i po paczki. Dzieci o tyle chętnie, że ciągle mogła się rozgrywać z Dziadkiem bitwa na śnieżki. Te nieudolne rzuty, te straszne z piskiem ucieczki...
Po powrocie już o 19.00 byliśmy z Żoną na górze. Córcia mogła spokojnie zamknąć wieczór według własnego systemu. Wszyscy byli wymęczeni, no może z wyjątkiem Wnuków. Ja, bo sporo popracowałem w drewnie, ciągnięcie zaś sanek ze słodkim, bo słodkim obciążeniem też dawało sporo w kość. Zresztą nie było to zwykłe ciągnięcie, tylko z niezliczonymi wirażami. Dziadek sanki rozpędzał, po czym ostro, w miejscu zawracał o 180 stopni, a siła odśrodkowa wywalała ludziki na zewnątrz, w śnieg. W piskach i w śmiechach. I tak bez końca. Musiało to nadwyrężyć moje siły.
Udało się nam tylko dokończyć odcinek Fargo I myśl w głowach nie świtała nam dzika, aby rozpocząć kolejny. Spaliśmy już o 21.00.
ŚRODA (04.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.50.
Tym razem poranny rozruch był łatwy. Dodatkowo dlatego, że dzieci od razu zajęły się sobą. Ażeby przedłużyć ten miły czas, podsunęliśmy im trochę bajek, a sami oddaliśmy się rozmowom o różnych naszych znajomych, bo człowiek "rzecz" ciekawa. Ich życie, problemy - nie można czuć się osamotnionym. A jeszcze lepiej nam wychodziło, gdy dotykaliśmy poszczególnych członków rodzin. Sympatycznie. Nie żeby od razu obrabiać dupę. Stwierdziliśmy, że wszędzie z tym życiem to jest niezła jazda.
Wnuczka, po bajkach, nas zaskoczyła, jeśli w ogóle można używać tego sformułowania, bo przecież zaskakuje cały czas. Więc wszystko było w normie.
- Dziadku, a jak(!) dorosnę, to wyjadę do Brazylii... - Albo jeszcze dalej, do Japonii.
- Czekaj ty małpo - pomyślałem. - Zaraz się przestaniesz wymądrzać!
- A jaki jest kraj na "p"?
- Polska.
- No dobra, niech ci będzie, cwaniaro. - pomyślałem.
- No dobra, to jaki jest kraj na "h"?
- Hiszpania.
Zacząłem nabierać szacunku.
- A jaki jeszcze?
- Honduras.
Zaniemówiłem. Głowę dam, że połowa danej, obojętnie jakiej, z wyjątkiem samego Hondurasu, oczywiście, i krajów ościennych, populacji nie ma zielonego pojęcia, że coś takiego istnieje.
Oczywiście Wnuczka nie byłaby sobą, gdyby się ze mną nie sprzeczała w momencie, gdy wymieniła Chiny jako kolejny kraj na "h". Tłumaczyłem, że to jest kraj na "c", ale wyraźnie była nieprzekonana, bo przecież nie mówi się "ciny".
- Dziadku, a zadaj mi jeszcze kolejne pytania...
Do sprawy podszedłem systematycznie i rozpocząłem od "a". Przy każdej literze podziwiałem i jednocześnie dusiłem się ze śmiechu. Nawet, gdy w pierwszym momencie nie wiedziała, wystarczyła pierwsza sylaba podpowiedzi, żeby nazwę bezbłędnie kończyła.
- Do... - minikana, - Nor... - wegia, - Por... - tugalia, We... -nezuela, - Wę... - gry.
Niger jako nazwę wymieniła bez podpowiedzi od razu się wymądrzając.
- Niger to jest mój ulubiony kraj...
- Tato, w domu mamy globus, który ona lubi studiować... - wyjaśniła Córcia.
To zaproponowałem tę samą zabawę, ale dotyczącą imion. Znowu po kolei, od "a". A potem zwierząt. Tu już włączył się Wnuk-V.
- Zwierzę na literę "ż"?
- Zaba... - zółf... - szybko uzupełniał.
Przy "okazji zwierząt" być może po raz pierwszy wyłapałem różnicę pomiędzy Wnuczką a Wnukiem-V w podejściu do pewnych spraw. Taką bezwzględną, niewynikającą z różnicy wieku. Być może ta pierwsza analiza jest na wyrost, mocno wydumana, ale dała mi do myślenia.
- Zwierzę na literę "g"?... - padło moje pytanie.
- Zyrafa! - natychmiast odpowiedział Wnuk-V pękając ze śmiechu.
Wygłup wyłapała Wnuczka, no i ja. Wszyscy się obśmiewaliśmy.
A różnica? W podejściu do danego tematu. Wnuczka wymyśla, ale na bazie czegoś, odtwarza. I robi to mega(!) poważnie, świetnie, cała wchodzi w rolę. Wnuka-V stać natomiast na pewien luz, wygłup, na surrealistyczny humor. W przypadku dziecka niespełna czteroletniego to określenie może wydawać się nie na miejscu, ale bym się upierał.
Zakończyliśmy zabawę przy "rzeczach", gdy Wnuczka wymieniała kolejne zgodnie ze sztuką, a Wnuk-V już całkowicie i świadomie się wygłupiał. I oczywiście oboje pękali ze śmiechu.
Gdy się uspokoiło, dorośli zabrali się za różne drobne prace, po czym znowu we czworo wyszliśmy na sanki. Zakładałem, że podołam.
Plan był taki, żeby po nich znowu pójść na lody, ale tym razem do Galaretkowej. Po drodze przezornie sprawdziliśmy ofertę. Były lody na gałki, no i były wafelki! Wnuki spokojnie zaakceptowały fakt, że ze smaków była tylko wanilia, śmietana i truskawka. Można było wrócić.
Aura sankowa była taka, jak wczoraj. Wnuki szalały i miały radochę. Różnice jednak były. Bo oprócz mnie pojawiła się para dziadków, ale żadne z nich w przeciwieństwie do mnie nie zjeżdżało. A ja się rozochociłem i namawiałem Wnuki na wspólne zjazdy. Ani jedno, ani drugie nie dało się namówić. Instynkt samozachowawczy. Dodatkowo pojawiła się dziewczynka, rok młodsza od Wnuczki, i obie natychmiast się zakumplowały. Często po wspólnych zjazdach na jabłuszkach, na samym końcu górki, zaszywały się w krzakach i długo tak tam siedziały.
- A o czym rozmawiacie? - dociekałem.
- O życiu, ale nic ci więcej nie powiem! - Bo, gdy wy rozmawiacie, to nam nie wolno słuchać! - To wy też nie będziecie wiedzieć! - małpa się odcięła.
W Galaretkowej było idealnie. Nie dość, że porcje były co najmniej o 50% większe iż w Stylowej (tam panie na moje stałe uwagi Bo my, jako mieszkańcy Uzdrowiska... ciągle zasłaniają się normami - 55 g jedna gałka), to jeszcze przy Wnuczce pani się zmartwiła, gdy ta chciała trzy smaki Ale dziecko, tyle na wafelku się nie zmieści... Z sytuacji wybrnęła jednak idealnie, bo nałożyła trzy mniejsze gałki, a policzyła za półtorej porcji. Wizualnie było tyle samo, co przy dwóch gałkach Wnuka-V, więc ten się zupełnie nie zorientował, zwłaszcza że dostał, świr jeden, tak jak prosił - wanilia na dole, truskawka na górze. Dla rzetelności relacji - ja pozostałem przy jasnym Kozelu.
W drodze powrotnej znowu robiłem im wiraże. Ani razu nie spadli. Tak się wycwanili mocno się trzymając i za każdym razem wybuchali śmiechem, że dziadkowi znowu się nie udało. Ale udało się, ku nawet mojemu zaskoczeniu, za, dosłownie, ostatnim razem, tuż przed Piękną Uliczką, akurat wtedy, gdy (jak?!) akcję filmowała Córcia. Nagle dwa krasnale z sanek jakby ścięło. Oboje zbierali się ze śniegu ku swojemu niedowierzaniu tak dużemu, że nie zdążyli się roześmiać.
W domu dostałem od Wnuków dwie zaległe laurki z okazji Dnia Dziadka. Oboje z przejęciem tłumaczyli, co jest narysowane. Przydało się szczególnie w przypadku Wnuka-V, bo obraz był niezwykle surrealistyczny treścią daleko odbiegający od tego, co tłumaczył autor.
Po czym Wnuczka przygotowała kolejny występ. W Bawialnym "skonstruowała" kuchnię, bar oraz kasę, a w Salonie część jadalną wymyślonej przez siebie restauracji.
- A jak się ona nazywa? - dopytywaliśmy.
- Wykwint!
W Bawialnym, za specjalną ladą, należało zamawiać potrawy - kotlety i frytki. Dostawało się paragon i z nim należało się udać do Salonu. Przy zastawionym stole siedział już cierpliwie Wnuk-V, więc Córcia, Żona i ja się dosiedliśmy. Wnuczka zaserwowała potrawy, ale "głodni" nie mogliśmy zacząć jeść, bo lokal z racji nazwy Wykwint najpierw serwował część artystyczną. Wystąpiła znana artystka we własnym układzie choreograficznym obejmującym taniec i śpiew. W końcu udało się "zjeść".
Gdy (jak?!) "zjadłem" i podziękowałem, poszedłem do dolnej łazienki. Wracając usłyszałem:
- Proszę tu podejść!... - Wnuczka mnie przyszpiliła.
Leżąca poduszka okazała się płatniczym terminalem.
- Proszę zapłacić kartą!
Musiałem wyciągnąć prawdziwą kartę i przyłożyć ją do "terminala".
- W porządku! - usłyszałem. - Nazwisko!
- Emeryt.
- Zgadza się.
A myślałem, że się wywinę od płacenia.
II Posiłek po "restauracyjnym" jedli tylko dorośli. Dzieci zaanektowały cały narożnik w Salonie zajmując się sobą i wymyślając kolejne zabawy. Błogosławiony narożnik! Jaki spokój...
Do wieczora mieliśmy już z Żoną luz. Nagrzałem górną łazienkę, Córcia wykąpała maluchy, ja je schodzące po schodach anektowałem, dowycierowywałem głowy, okrywałem je moimi czapkami (Wnuk-V pękał ze śmiechu, Wnuczka protestowała), owijałem polarem i sadzałem na kanapie przed żywym ogniem.
Już przed 19.00 mogliśmy pójść na górę. Obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. Serial jest tak brutalny, że Żona zaczęła się łamać, czy dalej oglądać. Ja byłem zdecydowanie za.
Trochę jeszcze relaksacyjnie poczytaliśmy i o 21.00 zgasiliśmy światło.
Dzisiaj Geograf kończył 87 lat. Udało się nam złożyć mu życzenia i nawet chwilę porozmawiać. Po głosie oraz sposobie mówienia, reakcji na pewne smaczki, trudno byłoby posądzać go o taki wiek.
CZWARTEK (05.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.45.
Na dworze wszystkich zaskoczyła szklanka. Idąc po drewno o mało na ścieżce nie wywinąłem orła.
Ją oraz schody prowadzące do Tajemniczego Domu (nie dawało się bezpiecznie ani wyjść, ani wejść) natychmiast podsypałem popiołem i sprawdziłem inne miejsca, te "gościnne". Na dworze było -1/ -2 stopnie. Cały poranny rozruch był więc utrudniony.
Słodziaki dopadłem w łóżku. Po pierwszych protestach, zupełnie je ignorując, wprowadziłem mój kolejny numer z repertuaru, taki żelazny, że w całej historii nie było dzieci, które by tego ode mnie nie kupiły. Nawet te zaspane. Złapałem najpierw ciałko Wnuka-V i rzuciłem je brutalnie na siostrzyczkę ugniatając z góry ze sporą siłą ze słowami O, patrzcie, jak braciszek kocha siostrzyczkę! Po czym łapałem Wnuczkę (bardzo chciała) i miotałem nią na brata znowu ugniatając ze słowami A teraz siostrzyczka kocha braciszka! Sen uleciał, a ja się nie mogłem od nich odczepić.
Ponieważ ciągle nie było Blogowych, więc Córcia wyszła na spacer z Rhodesianem, bo ten kupy w ogrodzie nie robi. Musi wyjść na zewnątrz. Dzieci w Bawialnym, po dziadkowym rozruchu, bawiły się i w coś grały.
- Bracie, skup się na grze! - usłyszeliśmy Wnuczkę (zmiana moja). - Później się podrapiesz! - Bo nie będę z tobą grała!... - zagroziła.
Brat, jak to chłop, uwagę siostry miał w nosie i jak to chłop się drapał, bo przecież potrzebował.
- A kiedy przyjdzie mama? - zapytała sfrustrowana Wnuczka.
- Za dwie godziny! - odparłem na odczepnego.
- A ile to jest?
- Siedem tysięcy dwieście! - Licz!
To nawet i ją przerosło.
- Nie umiem... - zaskoczyła mnie przyznaniem się do słabości. Ale rezonu nie traciła.
- Będę liczyła po swojemu i zobaczę, kiedy mama przyjdzie.
Najgorzej jest, gdy dzieci nauczą się liczyć do stu, co najpierw rodziców wprawia w dumę, a potem staję się ich udręką. Bo dziecko żadnej liczby nie przepuści i musi trzydzieści, trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy... i żadną miarą nie da sobie wytłumaczyć, że te kolejne jeden, dwa, trzy może śmiało opuścić bez szkody dla liczenia. Nie ma szans.
Na szczęście Córcia wróciła, gdy Wnuczka wypowiedziała na wdechu 60, więc kolejne jeden, dwa, trzy... były nam darowane.
Po I Posiłku pojechałem z Córcią po paczkę (zamówiła sobie do tutejszego paczkomatu) i na przegląd rejestracyjny jej Subaru (umówiła się telefonicznie z diagnostyczną stacją z Górnej Wsi).
Gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że tak będzie można...
Oczywiście w oczekiwaniu na finał przeglądu, gdy oboje czekaliśmy w lodowatej poczekalni, poznałem kolejną ciekawą uzdrowiskową osobę.
- A pani to nie marznie? - zagadnąłem panią lat około 50+, która co jakiś czas śmigała tam i z powrotem przez poczekalnię dając dowód, że jest tutejsza.
Okazała się mieć energię trochę większą, jak również szybkość wysławiania się, od Córci. Ale poza tym ten sam sznyt, ten sam sposób bycia. I oczywiście nie marzła. W Uzdrowisku posiada pensjonat z 11. pokojami, więc mogliśmy porozmawiać na temat różnych dziwnych zachowań gości Odkręcają ogrzewanie na maksa, więc jest im za gorąco, otwierają okna, po czym wyjeżdżają na narty zapominając o nich, jak również o przykręceniu ogrzewania.
- Stąd o tej porze roku mam do dyspozycji tylko dwa pokoje, które ogrzewam, bo inaczej poszłabym z torbami.
(Frazeologizm ten wywodzi się z tradycji żebractwa: osoba, która straciła dom i środki do życia, była zmuszona opuścić swoje miejsce zamieszkania z torbami, w których nosiła cały swój dobytek i zbierała jałmużnę).
Uzgodniliśmy też, że wcale akurat nie podoba się nam polityka Uzdrowiska, która umożliwia kolejnym deweloperom budować kolejne kolubryny, które nie dość, że psują rynek, to jeszcze niszczą jego kameralną atmosferę.
Subaru przeszło pozytywnie przegląd. Zaraz po powrocie do domu jednogłośnie zrezygnowaliśmy z sanek, bo się zaczęły ewidentne roztopy. Ale z lodów jednogłośnie nie. Tym razem w pięć osób i w dwa psy wylądowaliśmy w Stylowej.
Po drodze się działo. Pomijam walkę na śnieżki z zastrzeżeniem, że używamy tylko czystego śniegu, a nie tej, wszechobecnej brunatnej bryi. Punktem kulminacyjnym był moment, gdy Berta zrobiła kupę.
Jak zwykle zebrałem ją do plastikowego worka. Q-Wnuki wiedzą od dawna, co może się stać, więc natychmiast odsuwają się od Dziadka na bezpieczną odległość słysząc jednocześnie jego pytanie A, kochane dzieci, byłyście grzeczne?! i widząc wymachiwanie workiem ze śmierdząca zawartością.
Raz Q-Wnuk odważył się odpowiedzieć Nie! i nie uratowała go błyskawiczna ucieczka. Worek wylądował na jego plecach, ale na szczęście nie pękł. Żona wystarczająco była oburzona, a co by było, gdyby?...
Wnuki i Córcia nie znały tego numeru, więc gdy worek pofrunął w przestrzeń, dokładnie w kierunku Wnuczki, doznały szoku (Wnuk-V raczej nie), zwłaszcza że się rozwalił i zawartość rozbryzgała się w bielutkim śniegu.
- Tato!!! - usłyszałem oburzoną Córcię.
Wnuczka nie mogła tego zostawić ot tak sobie, więc w środku, już przy stoliku, wróciła do incydentu.
- Kultury! - patrzyła na mnie oburzona.
A ponieważ moja reakcja, albo raczej jej brak, ją nie zadowoliły, gwałtownie dodała:
- Kultury! - Osobistej!
Reszta pobytu przebiegła w niezwykle miłej, konsumpcyjnej atmosferze.
W domu Córcia na półtorej godziny zniknęła w naszej sypialni łącząc się i gaworząc Bóg wie z kim. Na dodatek po angielsku. Zostaliśmy sami z dziećmi. Graliśmy w memo nie mając żadnych szans z Wnuczką. A w dobble to już w ogóle. Zanim cokolwiek dojrzałem, było już po zawodach.
Potem dzieci zajęły się same sobą. Gdy Córcia skończyła tajemniczą sesję i zeszła do nas, natychmiast usłyszała (my też) skargę Wnuczki.
- Mamusiu, a Wnuczuś-V mnie nie szanuje!... - A poza tym dlaczego ja mam się z nim bawić, gdy tylko dorośli każą mi się z nim bawić?!
Przeszło jej jednak bardzo szybko, bo za chwilę wymyśliła zabawę w szpital. Biedna, odbiła się od Żony i od Dziadka, niczego nie rozumiejąc, gdy oboje drastycznie jej odmówili uczestnictwa w tej zabawie, zwłaszcza w charakterze pacjentów.
Pozostał jej brat.
- Możesz się bawić pod warunkiem, że będziesz pacjentem...
Chyba nic z tego nie wyszło, bo brat wolał przyjść do Dziadka, żeby ten narysował mu wilka, który sika. Musiało mi to całkiem nieźle wyjść, bo za chwilę, na życzenie, rysowałem wilka, który robi kupę. Zaaferowany, zapomniałem temu drugiemu dorysować sierść, ale Wnuk-V mnie przypilnował.
- Ale dziadek, narysuj mu sześć.. - Tak zrozumiałem i długo nie mogłem dojść, o co Wnukowi-V chodzi.
Kupa wylatywała pięknie, co skomentowała Żona.
- Ale Ciocia twierdzi(!), że on sam nie robi, ale że mu sama wylatuje.
Oby nie poszedł z wyrafinowanym słownictwem w stronę siostry. Po co to chłopu?!...
Na II Posiłek były żeberka z piekarnika. Taka prosta, dość prymitywna potrawa, niezwykle smaczna. Bo żeberka miękkie i chrupiące. No i mięsko. Wnuczka zjadła jedno, a Wnuk-V ze smakiem spałaszował trzy czy cztery. Taki pierwotny, rasowy mężczyzna.
Zaraz potem zagraliśmy w rekiny. Emocje były jak cholera, zwłaszcza że wszystkie baby sprzysięgły się przeciwko Dziadkowi.
Wieczór należał oczywiście do Wnuczki. Tym razem wymyśliła zabawę w bibliotekę. A w niej braliśmy już udział bardzo chętnie. Na stole w Salonie, przepraszam w bibliotece, leżały książki, czyste kartki A4 oraz pojemniki z pisakami, aby każdy czytelnik mógł się realizować według własnej koncepcji. Ciepłą i kameralną atmosferę podkreślały miękkie pufy ułożone wokół stołu, z których część służyła do siedzenia, a druga do wygodnego podparcia.
Na początku Wnuczka rozdała nam zadania (byłem ja i Żona). Mieliśmy przerysowywać wybrane przez siebie okładki książki, ona zaś zajęła się przepisywaniem jakiegoś tekstu z wybranej strony. Trzeba powiedzieć, że przy delikatnej muzyce, oświetleniu oraz przygotowanych akcesoriach aura była... czytelniczo-biblioteczna. Jeszcze tylko Wnuczka poprosiła, żeby pod koniec, gdy zamknie bibliotekę, po sobie posprzątać, i zapadła cisza. Przez jakieś 20 minut.
Jeśli dusiłem się ze śmiechu, to dlatego, że aura nas wciągnęła i dlatego, że podsłuchiwałem, jak Wnuczka podpowiadała sobie szeptem przepisywane słowa.
Wszyscy skończyli swoje dzieła. Wnuczka obejrzała nasze bez komentarza wyraźnie je akceptując i poprosiła, abyśmy przeczytali jej tekst. Było to o tyle trudne, że słowa biegły jedne za drugimi, bez żadnych przerw i trzeba było się wysilić, żeby złapać sens. Udało się ku dużej satysfakcji Wnuczki.
Podziękowaliśmy i biblioteka została zamknięta.
- Muszę tylko zadbać o porządek... - usłyszeliśmy z daleka, jak mówi do siebie. - A przecież prosiłam...
Fakt, prosiła.
Wieczorem udało się nam obejrzeć kolejny odcinek serialu Fargo i nawet trochę poczytać. Zasnęliśmy w okolicach 21.00.
Dzisiaj z życzeniami imieninowymi (Żona) dzwonili Lekarka i Justus Wspaniały oraz Zaprzyjaźniona Szkoła. Musieliśmy się z nimi umówić na pogaduszki na sobotę.
PIĄTEK (06.02)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Wszyscy jeszcze spali, praktycznie do ósmej, kiedy to już nie mogłem wytrzymać bez kawy. Ale nawet wizg blendera nie zmusił nikogo, żeby zwlec się z łóżek. Za to zwlókł się Rhodesian. Ledwo byłem w połowie schodów, gdy usłyszałem (zawsze tak robił w trakcie swojego pobytu), jak się zbiera z dolnego legowiska. Znając jego charakter wiedziałem, jak mu musi być ciężko o tak makabrycznej porze je opuszczać, więc tym bardziej to doceniałem. Jak zwykle obrobiłem mu paszczę i delikatnie wyklepałem, żeby nie wybudzać go do końca, bo zaraz miał wracać spać dalej. No i, jak zwykle, mnie ubawił, bo hecne jest oglądać, gdy merdający ogon miota tak olbrzymim cielskiem, które we wszelakich innych sytuacjach jest ciężko poruszyć, nomen omen.
Rano, gdy Małe Ciałka się obudziły, od razu trzeba było je obrobić i zmaltretować, bo nie ma nic słodszego nad poranne, zaspane, małe, bezbronne, ciepłe i pachnące małe ciałka. Oczywiście Wnuczka "planowo" się broniła i oburzona protestowała, więc musiałem nie licząc się z nią brutalnie przełamywać opór, zaś Wnuk-V tylko chwileczkę protestował wyraźnie małpując od siostry, by za chwilę poddać się ogólnemu dymowi, łaskotaniu szyjki, brzuszka, nadgryzaniu poszczególnych, śmiesznie małych, części ciała i ciąganiu, jak popadnie, po łóżku za różne kończynki.
Wnuczka w zasadzie nigdy nie rozumiała tej porannej rozróby, a jeśli jej się nawet poddawała, to chwilowo, podkreślając od razu teatralnie różnicę płci oraz niezależność ludzkiej jednostki i skandaliczne zachowanie Dziadka. Wnuk-V za to wynagradzał Dziadkowi całą jego potrzebę obcowania z gnypkowstwem. Oczywiście nie miał świadomości, że ono jest ulotne i bardzo szybko przeminie. Ja zaś ją miałem, więc starałem się skorzystać maksymalnie.
Przypomnę definicję Gnypka. Musi on spełniać kilka warunków. Raczej powinien to być osobnik płci męskiej, lat 3-5. Wiek ten gwarantuje, że:
- taki osobnik jest pasowny, czyli jego ciężar jest już sensownie wyczuwalny, ale na tyle nieduży, że można z nim zrobić wszystko w trakcie rozróby, a przede wszystkim bezceremonialnie wziąć pod pachę i zanieść go w dowolne miejsce albo iść z nim w ten sposób na spacerze, na przykład, gdy ma akurat inne zdanie lub protestuje przeciwko czemuś, co się zdarza bardzo często, i gdy tłumaczenie oczywiście nie pomaga, a człowiekowi się spieszy,
- gada, pełnymi zdaniami, najczęściej logicznie i sensownie przyszpilając dorosłego swoimi argumentami, co w zestawieniu z wielkością ciałka jest zabawne, komiczne, czasami wkurwiające. Potrafi prowokować słowem lub zdaniem, wyczuwać surrealizm wypowiedzi, wymóc, wygłupiać się i śmiać się. No i ten głosik...,
- ma fafułki, czyli buźka jest pucułowata, a łączenia wszystkich stawów poznać po charakterystycznych wgłębieniach oddzielającymi tłuściutkie fragmenty ciałka. To wszystko świadczy jeszcze o wyraźnych śladach wieku niemowlęcego.
Później to bezpowrotnie mija. Masa ciała, bo już nie ciałka, nie nadaje się do swobodnego miotania, a na pewno nie do noszenia, zaczyna się wymądrzanie i podważanie autorytetów oraz pojawia się pierwsze wywracanie oczami. Tłuszczyk znika, rysy się wyostrzają i z Gnypka robi się słodki dzieciuch, a potem już nastolatek.... I to byłoby na tyle.
Z Żoną i z Córcią siedzieliśmy przy kuchni z Blogowymi i rozmawialiśmy. A dzieci w Bawialnym na narożniku się bawiły. Oczywiście uszy miałem nastawione, jak radary, bo te układy między dziećmi i wzajemne układanie sobie relacji jest fascynujące i komiczne, często godne podziwu. A już na pewno w przypadku Wnuczki (6 lat i trzy miesiące) i Wnuka-V (3 latka i dziewięć miesięcy).
- I tak się kończy zadzieranie z siostrą! - usłyszałem zaraz po tym, gdy (jak?!) Wnuk-V zaczął płakać.
Musiała mu przyłożyć, albo raczej coś zabrać. I nadal się nad nim pastwiła.
- Bo ty, to taka płaczka! - Jak(!) nie jest po twojej myśli, to od razu płaczesz!
A ponieważ brat dalej płakał, usłyszałem:
- Będziesz się ciągle mazgaił?...
Matka przez cały czas się nie wtrącała i bardzo słusznie. My też nie. Ja całkiem świadomie ciekaw dalszego ciągu. Bo oczywiście dzieci za chwilę dalej się bawiły.
Na kanwie tej sytuacji, jednej z setek tego typu, oczywiście, oddałem się rozmyślaniom. I wyszło mi, że raczej nie za rok, ale już za dwa, wymądrzanie siostry się skończy. Brat w podobnych sytuacjach, gdy się zorientuje, że jest ewidentnie obrażany, zastosuje środki przymusu zewnętrznego, przywali siostrze w łeb i po temacie. Proste!... Co z tego, że jest inteligentny i będzie jeszcze bardziej wygadany, skoro z siostrą będzie bez szans?... A w życiu trzeba sobie jakoś radzić... Nie, żebym namawiał.
Relacje więc nadal będą ustawiane i dzieci nadal będą się ze sobą bawić, aż przyjdzie wspomniany już okres nastoletności. Tu Wnuczka z bratem będzie miała ewidentnie przechlapane, bo nie dość że młodszy, to ciągle chłop, więc głupi. Co z tego, że inteligentny?...
Po mieszanym i skomplikowanym I Posiłku Córcia zaczęła się pakować, a to też nie było proste. Bo dwoje dzieci, pies, bagaż i cała z tym związana logistyka. Ale nawet dała radę wyjechać pół godziny przed planem, czyli o 11.30. Warunki drogowe były bardzo dobre.
Zasiedliśmy przed kuchnią otumanieni, a zewsząd dobiegał nas wizg ciszy. Było kwestią najbliższych minut, że udam się na górę i padnę. Spałem godzinę.
Gdy zszedłem na dół, nie było żadnej wiadomości od Córci, a Żona przybrawszy charakterystyczną minę zaczęła coś mówić. Po jej dwóch słowach, nie słysząc treści, ale widząc twarz, przerwałem jej Zgadzam się! Jest to świetny pomysł!. I za jakieś pół godziny wybraliśmy się do Lokalu Bez Pilsnera, żeby odsapnąć, żeby Żona po ostatnich dniach codziennego gotowania obiadu albo dwóch mogła mieć wreszcie z gotowaniem spokój. A przede wszystkim, żeby uczcić wczorajsze imieniny Żony i dzięki temu mieć taką odskocznię. To zresztą stało się bazą naszych tłumaczeń samemu sobie i usprawiedliwiania przed samym sobą naszego niecnego kroku.
(nawiasem mówiąc: "samemu sobie" ewidentnie wskazuje na liczbę pojedynczą, a nas przecież było dwoje. Ale okazuje się, że forma "samym sobom" jest niepoprawna. Paranoja!)
W drodze Córcia napisała Dojechałam ale z przygodami. Zadzwonię później. Nic więc dziwnego, że, gdy, przy jasnym Kozelu (ja) i ciemnym (Żona), czekaliśmy na główne potrawy, byłem mocno zaniepokojony. I gdy w końcu zadzwoniła, tak się szarpnąłem, że wylałem ponad połowę mojego piwa i trzeba było zamówić kolejne.
Córcia wracała eską i w pewnym momencie, przy obrotach powyżej 2500, silnik stracił moc, na desce rozdzielczej zapaliły się wszystkie światełka, jak w kokpicie samolotu, i dalej toczyła się z prędkością 30km/h spotykając się z nieprzychylną i zróżnicowaną reakcją kierowców. Po kilku kilometrach udało się jej zjechać na MOP.
- Mogłam wezwać lawetę, tylko co wtedy miałabym zrobić z dziećmi, psem i z bagażami?... - Odczekałam trochę, auto odpaliło i wydawało się zachowywać normalnie, ale na najbliższym zjeździe opuściłam eskę i cudem, opłotkami, udało mi się dotrzeć do domu. - Cały czas jechałam 60-70, żeby nie przekroczyć tych 2500 obrotów.
Całe szczęście, że teraz wypadała opieka nad dziećmi na Ex-Zięcia, który niezwłocznie po nie przyjechał, a Córcia mogła zabrać się za doprowadzanie domu do stanu używalności. W domu było +15 stopni. Problem auta pozostał.
"Najśmieszniejsze" w tym wszystkim było to, że przecież wczoraj byliśmy na przeglądzie rejestracyjnym. Zaraz po tym musiało się rozkraczyć. Standardowa złośliwość przedmiotów martwych. Ale oczywiście dobrze, że skończyło się to wszystko tylko takim kosztem.
Gdy wróciliśmy, bardzo szybko dopadła nas schyłkowość. Na górze byłem już o 19.00. Żona przyszła jakiś czas po mnie i zaczęliśmy oglądać kolejny odcinek Fargo. Z racji jej stanu ostatnich dziesięciu minut nie dało się już obejrzeć. Trochę jeszcze poczytałem, ale o 20.30 zgasiłem światło.
SOBOTA (07.02)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Po porannym rozruchu oddałem się onanowi sportowemu. Ruszyła Ekstraklasa i I Liga. Żeby to zrobić z czystym sumieniem, musiałem tak wcześnie wstać, bo sobota zapowiadała się ciężko. Wymiana gości na dole i na górze, przywiezienie drewna, ... cyzelowanie ostatniego wpisu, nie wspominając o konieczności pisania startując z opisem od ubiegłego poniedziałku.
Pisać udało się do 09.30. A potem nagle wszystko się skumulowało. Dobrze, że przewidując natłok spraw, bo jeśli ma się dziać wiele rzeczy, to wiadomo, że najlepiej jednocześnie, wcześniej niż zwykle zjedliśmy I Posiłek.W miarę spokojnie. A zaraz potem równocześnie zaczęli wyjeżdżać, jedni po drugich, goście z góry i z dołu. Z tego zrobiło się zamieszanie, a wydawałoby się, że powinno być odwrotnie, bo pożegnałbym wszystkich naraz i z głowy. Zadziałał tutaj jednak efekt silni, bo, gdy (jak?!) zaczepiałem którąkolwiek ze stron, wyłącznie w jej sprawach, jej apartamentu, to druga się wtrącała i miała coś do powiedzenia. Dodatkowy efekt zamieszania powstawał z faktu, że obie strony mieszkały w tym samym mieście, powierzchownie, ale jednak, się znały, no i na "do widzenia" trzeba było zaznaczyć fakt "do zobaczenia w tak miłym miejscu i u takich sympatycznych gospodarzy". Gorąco podkreślałem, że Żona uwikłana jest w gotowaniach w kuchni i nie może akurat wyjść, ale że serdecznie wszystkich pozdrawia i dopytuje się o samopoczucie pana z góry. To musiało przedłużyć wyjazd, bo para z dołu, ta lotna, się przejęła, dopytywała i współczuła, a reprezentantka tej pary ociężałej, czyli żona pana, tłumaczyła, że mąż miał gwałtowny spadek ciśnienia A poza tym niczego nie pił! Ponoć się poprawiło, ale zgroza mnie ogarniała, gdy patrzyłem na jego mowę ciała ze świadomością, że za chwilę ten pan będzie prowadził auto.
Para lotna, przy ochach i achach oraz Będziemy polecać! szybko się... ulotniła, po czym do wyjazdu zaczęła zabierać się para ociężała (Żona później korygowała mój epitet stosując poprawność polityczną i używając określenia "para mniej bystra" sprytnie stosując względność bez punktu odniesienia, ale ja wiedziałem swoje, bo punkt odniesienia miałem i to brutalny). Najpierw przy wyjeżdżaniu pani zaczęła protestować i starała się wywrzeć nacisk na męża, żeby jechał pod prąd, więc i ja musiałem zaprotestować słysząc w odpowiedzi A bo jak(!) przyjechaliśmy, to było z tamtej strony... Potem mąż chciał się zrewanżować i zrobić krzywdę żonie, bo gdy syn wsiadł z przodu (przez cały czas nie odzywał się słowem, tylko ciągle dziwnie się uśmiechał, co wprowadzało we mnie niepokój), auto ruszyło w trakcie, gdy jedna połowa żony była wewnątrz, a druga na zewnątrz. Może ona była przyzwyczajona do takich numerów, bo z refleksem krzyknęła i auto się zatrzymało, ale mnie serce stanęło i nie byłem w stanie błyskawicznie zareagować krzykiem.
Odjechali szczęśliwie, a ja poczułem ogromną ulgę.
Z kopyta ruszyliśmy do sprzątania dwóch apartamentów. Na dół miała przyjechać autem pani z córką o godzinie 14.00, a na górę pociągiem para z synem, która miała się u nas pojawić w okolicach 13.00. Żeby było śmieszniej, nowy dostawca drewna (Kłódka Miłości zapadł się pod ziemię - od wielu dni nie reaguje na moje telefony, ani smsy, co mnie bardzo skonfundowało, bo przez tę surowszą zimę zapas drewna zaczął znikać szybciej niż pierwotnie zakładałem) miał być z dostawą o 11.00, kiedy plac na wykiprowanie trzech metrów miał być pusty, ale zadzwonił Chłopaki jeszcze nie wrócili i będę o 14.00.
A w okolicach 13.00, kiedy oczywiście nie byliśmy gotowi z żadnym z apartamentów, było tak:
- para z pociągu stawiła się i zgodnie z planem miała u nas w przedpokoju zostawić plecaki (tacy rasowi turyści), ale pani niewinnie zapytała, czy może jeszcze skorzystać z toalety, więc ją zaprowadziłem do nas, do holu,
- na to zadzwonił dostawca, że będzie za 5 minut i był,
- i na to zadzwoniła pani, ta od auta, że przyjechała trochę wcześniej i że właśnie stoi na naszej ulicy.
Miałem sytuację kompletnie nieopanowaną, a tego bardzo nie lubię. Ale zachowując zimną krew powoli rozsupływałem węzeł gordyjski o dziwo go nie przecinając.
Najpierw zniknęli rasowi turyści idąc w Uzdrowisko, potem pani zaparkowała na skosie i po chwili z córką (kolejną piętnastoletnią bladolicą nimfą błotną, taką bez życia, że aż strach na powitanie uścisnąć dłoń, bo ma się wrażenie, że to coś na moich oczach może się rozlecieć) też poszła w Uzdrowisko, a dopiero na końcu mogło wjechać auto z drewnem.
Bele były olbrzymie, co nawet na mnie, 24-letnim palaczu drewnem, zrobiło wrażenie, mimo że wiedziałem, czego się spodziewać, bo pan zapowiedział Panie, teraz nikt już nie rąbie drewna! W obliczu niknącego w oczach zapasu od Kłódki Miłości nie mogłem mówić, że ten dostarczał mi porąbane. Fakt, że 50 zł drożej na kubiku, ale jednak. Czekało mnie rozłupywanie kloców za pomocą klina i młota, a co to za robota, doskonale wiedziałem. Nawet mnie ciekawiło, jak sobie poradzę, skoro od poprzedniego rozłupywania minęło spokojnie sześć lat.
Póki co mnóstwo kloców z brzegu całej kupy musiałem wrzucić pod ścianę Klubowni albo na jej górę i zrobić miejsce do zaparkowania auta. Gdy pani z córką wróciły, auto zostało przeparkowane na płaską część podjazdu, a ja mogłem Inteligentnym Autem wyjechać po paczkę i na zakupy.
Sytuacja była opanowana. Nawet rasowym turystom udało się wrócić i zabrać bagaże tuż przed naszym II Posiłkiem.
Wieczór więc zapowiadał się relaksacyjnie. Poświęciliśmy go na telefonowanie i rozmowy, w kolejności, z Lekarką i Justusem Wspaniałym (15 minut), z Zaprzyjaźnioną Szkołą (28) oraz z Kolegą Współpracownikiem (28 - ta "mała" liczba była dosyć zaskakująca). U wszystkich od ostatnich rozmów nic się nie zmieniło i wszyscy w mniejszym (Lekarka), czy większym stopniu wychodzili z choróbsk (jakieś przeziębienia, grypy<?>, ogólnie infekcje). Jedynie Justusa Wspaniałego nic się nie imało.
- Codziennie cztery razy wychodzę z psami na spacer i robię po 20 tys. kroków!
Czyli twardziel!
Wieczorem skończyliśmy oglądać poprzedni odcinek serialu Fargo i w zasadzie bez problemów obejrzeliśmy kolejny.
NIEDZIELA (08.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu poświęciłem się onanowi sportowemu z pełną świadomością zaległości i towarzyszących mi wyrzutów sumienia. A potem zacząłem pisać i rzecz wcale nie dotyczyła dni pobytu Córci. Paranoja. A cyzelowanie? Ciągle leżało odłogiem.
W końcu je zrobiłem, ale z wielką niechęcią. Bo czas już nie ten, nie ta aura. Pozostał tylko obowiązek...
Po I Posiłku nadal pisałem. Ale w końcu zrobiłem dywersyfikację wysiłku. Przymierzyłem się z taczką do kłód. Kursowałem 6 razy mierząc się z potężną materią. Najpierw przy wrzucaniu po dwie, trzy sztuki do taczki, a dalej przy wyciąganiu ich z taczki i układaniu. Zaczęła się pojawiać satysfakcja.
Żeby nie przegiąć, wróciłem na późny I Posiłek, potem pisałem, by znowu zabrać się za kolejne kłody.
W tej sesji wyszło 10 taczek. Przy czym są to inne taczki niż poprzednio. Wtedy nakładałem, ile wlezie wiedząc, że taczkę udźwignę, a teraz nakładałem 2-3 kłody, żeby udźwignąć.
Przed II Posiłkiem i po nim pisałem. Zobaczyłem światełko w tunelu.
Pod wieczór zadzwonił Syn. Żona I zachorowała, więc jej wyjazd do Stolicy razem z Wnukami-III i IV odpadł. Okazało się, że w te ferie Wnuk-IV nigdzie nie wyjechał i Syn pytał, czy młodziak nie mógłby na kilka dni przyjechać do nas. Musiałem odmówić. Ledwo zaczęliśmy dochodzić do siebie po wszystkich poprzednich wizytach, do tego kolejni goście oraz ta i następna partia drewna. Chyba bardziej psychicznie niż fizycznie nie dalibyśmy rady.
Wieczorem obejrzeliśmy 2/3 kolejnego odcinka serialu Fargo. Żona nie podołała.
PONIEDZIAŁEK (09.02)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Po porannym rozruchu prawie natychmiast zabrałem się za pisanie. Pisałem praktycznie aż do 10.30, do wyjazdu gości z góry. Tych Rasowych Turystów. Nowi na górę mieli przyjechać o 14.00. Tak wynegocjowali z Żoną.
Jeszcze przed I Posiłkiem odśnieżyłem standardowo cały teren. Przysypało na tyle, że trzeba było.
Nie wiedzieć czemu uznałem, że mam mnóstwo czasu, stąd wszystko robiłem powolnie. Przy I Posiłku sobie czytałem, a potem relaksacyjnie Inteligentnym Autem wyjechałem w Uzdrowisko. Zaplanowałem zakup Socjalnej, pobyt w Biedronce i w sklepie mięsnym, w bibliotece oraz zawiozłem pranie. W drodze powrotnej nagle czas mi się skurczył. A wtedy zaczęły działać oczywiste mechanizmy - stałem na światłach zamiast na jednym cyklu świetlnym, to na dwóch (w Metropolii by tak chcieli), a piesi złośliwie nie omijali żadnego dla nich przejścia, na dodatek nie kumulowali przechodzenia w przeciwne strony, tylko, gdy jeden kierunek ruchu się "wyczerpał", zaczynał się drugi.
Do domu wpadłem o 13.00 i zacząłem zapieprzać, jak mały samochodzik. Na szczęście Żona wcześniej większość swojej działki zrobiła, więc ostatecznie 15 minut przed czasem się wyrobiliśmy.
Byłem ciekaw, czy zadziała kolejny mechanizm. Bo gdybyśmy nie byli gotowi na 14.00, to jak amen w pacierzu, goście byliby grubo wcześniej. Ale skoro byliśmy jednak gotowi, to byłem ciekaw, czy w tej sytuacji przyjadą, na przykład, o 16.00.
Przy okazji naszła mnie gorzka refleksja. Mimo żem ateista, to jednak jestem człowiekiem z obszaru kultury chrześcijańskiej i doskonale wiem, że każdy z tego obszaru mnie zrozumie, gdy przeczyta "jak amen w pacierzu". Co więcej włos mi z głowy za to nie spadnie. A w takiej Wielkiej Brytanii? Tylko patrzeć, jak powstaną niezliczone meczety z minaretami i wszędzie muezzin zawodząc będzie nawoływał do modlitwy. A ta religia jest szczególnie nietolerancyjna - albo jesteś muzułmaninem, albo niewiernym. Układ zero-jedynkowy.
("Kafir" dosłownie oznacza kogoś, kto „ukrywa” lub zaprzecza prawdzie. W szerszym sensie jest to osoba niegodziwa, podążająca błędną drogą.
"Giaur" to pogardliwe określenie używane przez muzułmanów wobec chrześcijan i innych niemuzułmanów).
"Giaur" to pogardliwe określenie używane przez muzułmanów wobec chrześcijan i innych niemuzułmanów).
Nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś, jeszcze za mojego życia, zatęsknię za butnymi Angolami. Białymi!!!
Przyjechali o 14.15. Para 60+ z synem, jak się później przy Żonie okazało, autystycznym. Na początku myślałem, że z zespołem Downa, bo kompletnie się nie odzywał i miał charakterystyczną twarz. Przez to nie mogłem określić jego wieku. Mógł mieć równie dobrze lat 20, jak i 35.
Rodzice z niczego nie robili problemu, wszystko im się podobało, a ojciec dodatkowo miał taki konkretny, techniczny zmysł, co wiele ułatwiało i nie groziło nieprzyjemnymi niespodziankami.
Dzisiaj nie udało mi się tylko zrealizować jednego punktu z mojego planu. Nie przewiozłem do drewutni ani jednej beli. Jutro i pojutrze będę musiał nadrobić.
No cóż, zdaję sobie sprawę, że wpis ten zdominowały Wnuki, a zwłaszcza Wnuczka.
Zaczynam się o nią martwić. Może niepotrzebnie, może na wyrost. Bo może mieć, przy swoim charakterze, przy jej zdolnościach, przy jej postawie, ciężko. Zwłaszcza w okresie szkoły podstawowej, a potem w średniej. Wpływ bezwzględnego środowiska rówieśniczego jest nieunikniony i cholera wie, w którą stronę to wszystko się potoczy i jak dalej ukształtuje Wnuczkę. A łatwo jej tak czy siak nie będzie. I wcale nie jestem pewien, czy w późniejszym jej życiu będzie lepiej. Może przesadzam i wszystko w naturalny sposób i jak najmniejszym kosztem się ułoży. Czy tak chciałbym? Zapewne tak, ale z drugiej strony... Bo jeśli z tych konfliktów miałaby wyjść zwycięsko?...
W tym tygodniu Bocian zadzwonił pięć razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała jednoszczekiem, najpierw raz we wtorek. Nawet Wnuki zareagowały, gdy z tarasu rozległ się lampucerowaty dźwięk. A w sobotę wydarła się na dole przy schodach, gdy szykowaliśmy górę, dając nam dobitnie do zrozumienia, że to pora żwacza. I tego samego dnia nie podobało się jej, że zostawiliśmy ją w domu "samą", konkretnie w holu, gdy my w tym czasie za drzwiami, w przedpokoju, używaliśmy sobie przy powitaniu gości i składaniu bagażu. W poniedziałek z kolei upomniała się jednoszczekiem, żeby ją wpuścić z tarasu do domu. Rozszczekał się nam Piesek...
Godzina publikacji 18.43.
I cytat tygodnia:
Twój czas jest ograniczony, nie marnuj go na życie według cudzych oczekiwań. - Steve Jobs (jeden z trzech założycieli, były prezes i przewodniczący rady dyrektorów Apple Inc.)