poniedziałek, 2 lutego 2026

02.02.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat  i 61 dni.
 
WTOREK (27.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Po porannym rozruchu cyzelowałem wpis. A było co. 
A potem siedziałem nad onanem sportowym. Długo, ale połowa czasu zeszła tylko na czytaniu tytułów lub na zaprzestaniu czytania, gdy (jak?!) się orientowałem, że rozpoczyna się shit.
I Posiłek zjedliśmy późno. To oznaka klasycznego rozprężenia u mnie po publikacyjnym poniedziałku, a u Żony również, ale z tej racji, że samo czytanie wpisu zajęło jej sporo czasu. A potem trzeba było poprawić błędy i wpis przegadać wspominając tydzień.
Stąd dość późno zdecydowałem się na wyjazd w Uzdrowisko. Tankowanie (jutro jedziemy po Robaczki do Metropolii), zakupy w Biedrze oraz odbiór prania odbyły się bez żadnych fajerwereczków. No, może w Biedrze powstał jego zaczynik, ale był tak drobny, że gdyby w przyszłości się rozwinął, byłoby to podstawą, aby stał się zaczynem i aby się nad nim blogowo pochylić. Ot, na razie sympatyczny incydencik.
 
Za to Urząd Miasta i Gminy dostarczył mi drobnych niespodzianek, przyjemności i nawet... nauki.
Gdy (jak?!) wychodziłem z Tajemniczego Domu znalazłem przesyłkę adresowaną do Prominenta właśnie z UMiG. A fajnie jest mieć pretekst, żeby się doń pofatygować.
Rączo wbiegłem na I piętro do sekretariatu. A fajnie jest mieć pretekst, żeby pofatygować się rączo na  I piętro. Młodej i sympatycznej pani sekretarce po "dzień dobry" bez słowa wręczyłem przesyłkę. A fajnie jest obcować z młodą i sympatyczną panią sekretarką, naturalną w sposobie bycia, i obserwować, jak na dodatek jest lotna i ma flow, a nie oznaki ociężałości umysłowej, które natychmiast odbierają mi siły żywotne.
- Coś kojarzę... - zaczęła.
- Byłem tu pół roku temu, mniej więcej, i nie pamiętam, czy konkretnie pani, ale jakiejś pani tłumaczyłem, że Prominent pod tym adresem już od dwóch lat nie mieszka, a mieszkam ja. - I ta ówczesna pani zapewniła, że nowy adres Prominenta, który wówczas podałem, przekaże do wszystkich działów. - To podać jeszcze raz?
Pani, gdy (jak?!) jeszcze dobrze nie skończyłem wywodu, trzymała w ręce karteczkę i długopis gotowa do zapisywania. To ta lotność!
- Rozumiem, że za pół roku znowu przyjdę i historia się powtórzy i że...
- ... oczywiście, jeśli pan chce, to zawsze zapraszamy - weszła mi w słowo z refleksem i z lekkością śmiejąc się.
- ... jest problem z przekazaniem nowych danych Prominenta do różnych działów mieszczących się w tym budynku. 
- Wie pan, dział promocji, nawet gdybym dała im te dane, to i tak je zasysa ze Starostwa. - Ale inne działy już nie.
Uśmiałem się i doedukowałem. Zafascynowało mnie sformułowanie "zasycać dane". Podejrzewam, że takie trendy. Bo do tej pory wydawało mi się, że z bazy danych się "pobiera" albo "czerpie", ale te sformułowania chyba są już passe. 
Od razu puściłem wodze fantazji w obszarze czasowników, czasów oraz trybów dokonanych i niedokonanych, czyli pułapek języka polskiego. Bo chcąc zachować formę niedokonaną działań Działu Promocji,  czyli opisać czynność trwającą nie mogę napisać "zasysowuje" albo "zasysowywuje", tylko "czerpie", bo przecież nie "zaczerpowywuje" lub jeśli (jak?!) pobiera, to przecież nie pobierowywuje?... Kocham też nasz język!...
Dodatkowo się doedukowałem w kretyństwie kolejnego systemu, który przecież kto stworzył?... 
Co z tego, że pani zaniesie nowe dane adresowe Prominenta do Działu Promocji, skoro ten będzie je i tak zasysał ze Starostwa. Nie wiem, dlaczego? Bo nowe, jako niewiarygodne, są nie do uwzględnienia?...
Za pół roku, jeśli (jak?!) lub gdy (jak?!) przyjdę, zaproponuję pani:
-  A może by tak pani albo ktoś inny, może najlepiej z Działu Promocji, bo to siła urzędu, zadzwonił albo napisał do Starostwa, że Prominent ma nowe dane adresowe? 
Muszę sobie jakiś pretekst i atuty zachować na za pół roku, żeby znowu rączo pomknąć po schodach na I piętro mając nadzieję, że znowu w sekretariacie natknę się na tą sama panią, albo inną, ale najlepiej młodą, sympatyczną, naturalną w sposobie bycia i lotną.
 
Po powrocie pisałem i symulowałem różne czynności, żeby się nazywało i żebym czuł się lepiej.
II Posiłek zjadłem o czasie i powoli wykonując drobne prace gospodarcze szykowałem się do spania.
Miałem wstać na ćwierćfinałowy mecz Igi z Jeleną Rybakiną. Początek jutro o 01.30. Zasypiałem przed 19.00. 
 
Dzisiaj o  13.44 napisał Po Morzach Pływający. Wcześniej przysłał dwa filmiki dokumentujące pogodę, śnieg, śnieżyce i że ich zasypało.
Tak było wczoraj....
W Swoim Świecie Żyjąca utknęła w Osadzie i nie może jechać ani do nas, ani do siebie. Może o 13 się uda bo przestał padać deszcz.
U nas w Lesie można jeździć na łyżwach co niestety powoduje, że chodzenie nie jest zbyt przyjemne,nie wspominając o jeździe samochodem. Z drugiej strony dobrze, że jest jak jest. Przynajmniej drzewa się nie przewracają na drogi.
Poszedłem sprawdzić co się dzieje na głównej drodze. Nie jest super, ale da się jechać. Długo szedłem. Na śniegu też trzeba uważać.
W Swoim Świecie Żyjąca nadal tkwi na stacji. Do siebie ma zaledwie 20 minut jazdy pociągiem lub samochodem. Niestety wszystko nadal stoi.
Właśnie minęła 15. W Swoim Świecie Żyjąca wreszcie jedzie dzięki uprzejmości ludzi. Jeden wiezie ją do pobliskigo powiaty, a drugi z z niego do Naszego Miasteczka 😁 To tylko 36km ....
Pociągi odwołane na linii Bardzo Duże Miasto - Okno Na Świat do końca dnia.
PS.
Spędziła w Osadzie 8 godzin i tylko dzięki dobrym ludziom nie zamarzła. PKP nie popisało się w kwestii opieki nad pasażerami.
 
A o 20.40 znowu: 
Smoczyca pokazała " pazury". Napęd 4x4 włączył się automatycznie kiedy tylko wyjechaliśmy z garażu.
Na leśnej drodze jazda bez problemu, a potem było już " lajtowo". Droga główna co prawda zapomniana przez drogowców,ale śnieg został rozjeżdżony przez ciężarówki.
Jutro mróz czyli kolejne wyzwanie bo musimy jechać do Czaplowego Miasteczka.   
(w obu mailach zmiany moje, pis. oryg.)
Przypomnę - Czarna Paląca i Po Morzach Pływający mieszkają z Bandą Bydlaków i z kotami w Głuszy Leśnej, w środku lasu, jakieś 400 m od asfaltu, a W Swoim Świecie Żyjąca od niedawna w Naszym Miasteczku. 
 
ŚRODA (28.01)
No i dzisiaj wstałem dwukrotnie.
 
Najpierw o 01.15. Po rwanym śnie. Zgodnie z moimi przewidywaniami i typowaniem Iga przegrała 0:2. Bez komentarza, bo ile można?! Tylko przypomnę moje typowania... - 80% na Rybakinę, 20% na Igę. A AI przed meczem typowała 50 na 50. Bez komentarza, bo ile można?!
Ponownie położyłem się spać o 03.30, a wstałem o 06.30.
- Iga przegrała... - od razu zakomunikowałem Żonie, gdy (jak?!) się zorientowałem, że nie śpi. - Będzie święty spokój, nie będę się zrywał w nocy, co byłoby istotne w kontekście przyjazdu Robaczków.
- To ty wstajesz w nocy, a Iga przegrywa?...
- Zasrany sport!... - dokończyłem za Żonę.
 
Poranek przebiegł utartym trybem. Po pierwszej Blogowej byłem już tylko na trzy ćwierci żywy, a może na ćwierć żywy, bo nie wiedziałem, w którą stronę interpretować powiedzenie "na wpół żywy". 
Chyba jednak "na trzy ćwierci żywy". W każdym bądź razie stan był stabilny i charakteryzował się sporą przytomnością, co było istotne w kontekście jazdy.
Jeszcze przed szybkim wczesnym I Posiłkiem zadzwoniłem do Brata. Był po nocce. Złożyliśmy mu urodzinowe życzenia. Dzisiaj kończył 71 lat.
Do Metropolii wyjechaliśmy o 09.09. I bez żadnych problemów po drodze dotarliśmy na 20-minutowy bezpłatny parking koło pracy Pasierbicy. Przekazanie Robaczków, bagażu, fotelików i pospieszne gadki zajęły nam z 10 minut i od razu wyruszyliśmy w drogę powrotną. W Tajemniczym Domu byliśmy o 13.00 po 208. km jazdy.
Zagospodarowywanie się nie trwało długo, bo to pierwszy raz?... Zaraz potem Robaczki wręczyły nam prezent z okazji Dnia Babci i Dziadka - pachnące mydełka własnoręcznie zrobione w domu w foremkach. Zaaferowane musiały wytłumaczyć każdy krok swojej pracy.
 
Po południu było zaplanowane wspólne rozbieranie choinki, ale choinka nie zając, nie... Poza tym nie miała szans wobec propozycji Żony, aby po II Posiłku, bez Pieska, wyjść do Stylowej. Nawet było trochę turystów i kuracjuszy.
Po powrocie zagraliśmy we troje w tysiąca dobieranego. Ofelia zaś w tym czasie kolorowała kolejne  rynkowe dziwo - Koty Kawi, a potem się okazało, że jestem starym dziadem, bo to są Koty Kawaii. Jeden pies! Zresztą za chwilę Żona mnie poinformowała, że Robaczki dostały też "od nas" Pieski Kawaii. 
Wygrała Żona, ze mną, graczem, który gra w tysiąca dobieranego mniej więcej od dwunastego roku życia i na dobierańcu zjadł zęby.
 
Gdy dziadek był wolny, zgłosiła się do niego Ofelia w sprawie swoich włosów. 
- Dziadek, a skrócisz mi grzywkę?...
Nawet mnie specjalnie tak wyrafinowaną, zwłaszcza w przypadku kobiety, prośbą nie zaskoczyła. Od dawna jest wiadomo, że dziadek jest od zadań specjalnych, przed którymi nie pęka. Przyniosłem fryzjerskie nożyczki Żony (mój prezent sprzed 23. lat), świetne i niezawodne, i przystąpiłem do ścinania etapami. Zbyt wiele w swoim życiu obcowałem z różnymi kobietami, żeby nie wiedzieć, że właśnie igram z ogniem, balansuję na krawędzi i chodzę po linie bez asekuracji. Jeden nieostrożny ruch i... Stąd po każdym etapie, po każdej połowie centymetra, kazałem jej się przeglądać w lustrze i decydować, czy nadal mam skracać. W końcu zaakceptowała i była bardzo zadowolona.
- Dziadek, a wyrównasz mi jeszcze z tyłu, bo mam takie nierówne odrosty?
Po sprawdzeniu tyłu i kiwnięciu głową, że jest ok, odetchnąłem z ulgą. Więc pełne zaufanie. Ciekawe, czy takie samo, znaczy się w kwestii włosów, będzie miała do dziadka za, powiedzmy, 4-5 lat. 
Gdy o całej akcji doniosłem Pasierbicy, napisała:
- Ofelia kilka dni temu mówiła że jeśli nie zdążymy do fryzjera, to w Uzdrowisku Dziadek jej obetnie grzywkę :))) (zmiany moje, pis. oryg.)
Więc może jednak tak. 
Oczywiście Kubson od razu zwęszył aferę, żyzne poletko do wygłupów i do rozśmieszania siostry. A tej wiele nie trzeba było, więc co chwilę dostawała ataków tłumionego śmiechu. A to było jeszcze gorzej, bo po chwilowym tłumieniu następował nieuchronny wybuch (każdy to z nas przeżywał i wie, jakie to są męki). Nie pomagały moje uwagi, żeby przestał, bo przecież mam nożyczki przy oczach siostry (zwracanie uwagi Ofelii nie miało sensu) i dopiero interwencja Babci, zdrowo nastraszonej, odniosła skutek.
 
Nie wiem, jak(!) się to zaczęło, ale pod wieczór w rozmowie z Robaczkami zeszło na  naszą paczworkową rodzinę. Zaskoczyły nas, bo chyba po raz pierwszy zaczęły rozumieć różne układy i uwarunkowania i chyba nawet same doszły do wniosku, że gdyby nie Babcia i jej pierwszy mąż, czyli dziadek, Ojciec Pasierbicy, to takiej rozległości by nie było. I same wymieniały, kogo by "nie było" - mnie, babci, obecnej żony Ojca Pasierbicy i związanych z tym przyległości. Fajnie, że mają już taką świadomość i że traktują to, jako coś normalnego i oczywistego. Poza tym fajnie jest mieć pięć babć (było sześć, ale jedna zmarła) i czterech dziadków.
 
Od 18.40 do 20.45 spałem. Inaczej po zarwanej nocce nie przebrnąłbym przez Ligę Mistrzów.
Żadnego meczu nie chciałem oglądać, bo od kilku lat straciłem zainteresowanie. Teraz ograniczam się tylko okazjonalnie do skrótów, czyli do onanu sportowego. Żona, gdy się zorientowała, że nie będę oglądał, delikatnie, trzeba przyznać, zainterweniowała i mnie ubłagała szeptem na stronie.
- Ale oglądaj!... - Kubson tak bardzo liczył na to, że będzie oglądał z dziadkiem i gdy (jak?!) się dowiedział, że ty idziesz na górę, bardo zmarkotniał. 
Te działające u dzieci mechanizmy, szybko wyuczone, ale też intuicyjne, są fascynujące. Kubson, jakby wiedział, albo intuicyjnie wyczuwał Matkę Naturę, że, żeby najlepiej rozwiązać problem, to trzeba działać poprzez Babcię. Bo do mnie bezpośrednio się nie skierował. Nie mogłem się nie zgodzić, skoro "Kubson zmarkotniał", a i Babcia posmutniała. Wiadomo, nec Hercules...
Gdy (jak?!) oznajmiłem, że tylko trochę na górze się prześpię i na Ligę Mistrzów wrócę i będę oglądał, od razu oboje poweseleli. Trzeba powiedzieć, że zrobiło mi się miło, że mogłem dostarczyć im, w sumie takim drobiazgiem, tyle radości. A sam zresztą, jak się miało za dwie godziny okazać, miałem mnóstwo satysfakcji.
 
Kubson wprowadzał dziadka w temat. Był w nim totalnie zorientowany. Oglądaliśmy transmisję łączoną wszystkich 18. meczów.
- To jest ostatnia kolejka, więc wszystkie mecze rozpoczynają się o tej samej godzinie. - poinformował. - O, i zobacz, jeśli słyszymy taki dźwięk, to oznacza, że na jakimś stadionie padła bramka i zaraz się przełączą i ją pokażą.
Tabela i układy zmieniały się z każdą strzeloną bramką i trzeba powiedzieć, że dzięki takiemu pomysłowi rozgrywek, emocje były do samego końca, bo nie dość, że bezpośrednio o zajętym miejscu w tabeli skutkującym pewną grą dalej, barażami lub odpadnięciem z rozgrywek decydowały zdobyte punkty, to jeszcze bardzo często pojedyncze bramki. Oczywiście ślipiąc w tabelę w danym momencie długo dochodziłem, co się w niej zmieniło, gdy gdzieś padła bramka, a często padały na dwóch, trzech boiskach równocześnie, więc układ był niezwykle  dynamiczny przekraczający zdolności percepcyjne (oczy i mózg) 76- letniego mężczyzny. Kubson był jednak na posterunku, w lot wyłapywał zmianę i fachowo jej skutki tłumaczył dziadkowi. Ale raz, czy dwa nawet udało mi się wyprowadzić go z chwilowego błędu, więc byłem godnym partnerem do oglądania.
Fachowe komentarze, emocje - muszę powiedzieć, że system mi się  spodobał. Babcia tylko raz poprosiła "A możecie gadać trochę ciszej?"  Nic dziwnego, skoro oglądaliśmy nad jej głową. Była gotowa wytrzymać dla Kubsona wszystko...
 
Zasnąłem sporo po 23.00. 
 
CZWARTEK (29.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Rozruch na górze był zupełnie czymś innym niż na dole. 
Chociażby takie robienie Blogowych... Wymagało zachodu. Najpierw porcję tłuszczy (masło i olej kokosowy) należało podgrzać w kubku wstawionym do małego garnka z wrzątkiem, aby je roztopić. Zrobiłaby to również kawa wlewana z ekspresu, ale ostatecznie  powstałaby ledwo ciepła lura i z picia przyjemności żadnej. Bo zimny kubek, zimne tłuszcze, a potem zimny mikserowy pojemnik zabrałyby całe kawowe ciepło. Stąd najpierw w czajniku podgrzałem do wrzenia wodę, wlałem do garnka i wstawiłem kubek, ostrożnie, żeby nie pękł.
Za jakiś czas, przy zamkniętych drzwiach łazienkowych, włączyłem ekspres. Newralgicznym momentem była praca młynka, ale na to nic nie mogłem poradzić mając tylko nadzieję, że ani gości, ani domowników te brutalne zgrzyty i łamanie ziarenek kawy nie obudzą. Ale z wizgiem blendera przeniosłem się do sypialni.  Zawsze to trochę dalej, przynajmniej od gości. Żona później twierdziła, że na dole wizgu prawie nie było słychać. To znaczy na pewno nie słyszały go Robaczki.
 
Tradycyjnie rano, gdy Robaczki są u nas, wysyłam smsy do Pasierbicy. Co prawda tradycję, z chwilą przeprowadzki Krajowego Grona Szyderców, szlag jasny trafił, ale jednak tradycyjnie miałem w sobie imperatyw i ... przyjemność przekazując jej różne smaczki z pobytu i zachowania dzieci z pierwszego dnia pobytu. Wysmażyłem więc aż 5 długich smsów z różnymi historyjkami.
A dlaczego tradycję diabli wzięli?... Bo poprzednio, pod nieobecność dzieci, Pasierbica jechała do pracy na luzie,  tramwajem. Miała do pokonania metropolialny kawał drogi, ale w tramwaju, przy kawie, książce i moich smsach czas jej płynął błogo. A teraz? 
Zeszło na psy. Jak sama przyznała po moich smsach Rano o Tobie myślałam, czy napiszesz. Miała jechać autobusem, a to tylko teraz 4 przystanki, więc nie opłacało się jej brać ze sobą ani kawy, ani książki. Na dodatek ostatecznie mąż ją zawiózł do pracy, więc jeszcze gorzej. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo dzięki temu miała czas, więc po drodze wpadła do dziadków (Byli Teściowie Żony) na śniadanie i razem wszyscy czytali, bo dziadkowie przecież prawnukami się interesują. No i wszystkim się podobało. Może utworzy się nowa tradycja? 
 
W okolicach 08.00 Żona przyszła po swoją Blogową. A za jakiś czas przyniosła kubek z prośbą o dolewkę. Gdy schodziłem z nią po schodach, zaskoczyły mnie dwie podobne postacie, płci żeńskiej, różniące się tylko wzrostem, siedzące milcząco przed rozpalonym kominkiem tyłem do mnie. Z racji tej ciszy i nietypowości sytuacji zdrowo się nastraszyłem. A wszystko przez to, że zabroniłem Żonie rozpalać w kuchni. Bo trzeba było wybrać i wyrzucić popiół, wyczyścić szybę, a Żona nadaje się tylko do rozpalania "właściwego", z którego czerpie wielką przyjemność i satysfakcję.
Od razu rozpaliłem w trybie niewłaściwym, a potem właściwym i, gdy zaraz po nieuniknionym łomocie wstał Q-Wnuk, pięć razy zagraliśmy we troje w oszusta, bez Babci. Nie lubi w to grać Bo Babcia nie oszukuje!, ale bardzo lubi słuchać(!), gdy (jak?!) my gramy, bo te nasze reakcje, komentarze, emocje!... Raz nawet udało mi się Robaczki oszukać.
Po I Posiłku narąbałem szczapy - frakcja III i zrobiłem zapas bierwion.
 
- Dziaaaadek, a pójdziesz ze mną do toalety? - Ofelia w swoim stylu podeszła do mnie, tajemnicza, odzywająca się szeptem. 
- A co to będzie?
- Dwójka... - poinformowała mnie bez skrępowania. 
Ucieszyłem się jak jasna cholera.
- Dziadek, a wytrzymujesz tam? - usłyszałem siedząc na schodach i czekając na Ofelię.
Kubson ma to do siebie, że wszystko słyszy, jeśli (jak?!) mówi się szeptem. A nawet lepiej, gdy (jak?!) tak się mówi, bo uszne radary mu się ponadwymiarowo wyostrzają, zwłaszcza gdy (jak?!) sprawa dotyczy siostry. 
Wyskoczyła radosna. Nie dziwiłem się jej. Też bym taki wyskoczył, gdyby siedzenie w toalecie przy dwójce trwało niecałe 2 minuty, i to z myciem rąk. Mój Boże, kiedy tak było?... 
 
Rano zadzwonił Syn. Radosny, jak skowronek. A rano to u niego rzadkość. Ale trudno było mu się dziwić, bo
- przestał go boleć ząb,
- od 2. lutego rozpoczyna nową pracę, nad którą siłą rzeczy długo się rozwodził i
- rozpoczyna kurs na instruktora strzelectwa.
- Wszystkie weekendy będę miał zawalone! - nadal radośnie komunikował. 
Na fali tej zmienności, oczywistego faktu, że fortuna, według Kochanowskiego "Fortuna", kołem się toczy, poleciłem mu IX pieśń Kochanowskiego. Uważam, że jest piękna. Bo to, że mądra, to wiadomo. No i ten język... 
A biednego Wnuka-Trzy
Ósemka wyrwana ciągle ćmi.
 
Na dworze zaczęło sypać, więc rozebranie choinki znowu musiało czekać. Trzeba było pozamiatać ścieżki, podjazd, taras i schody. Ale, gdy wróciłem, o dziwo miałem jeszcze energię i czas, żeby zabrać się za tego chabazia. Dla Robaczków stanowiło to sporą atrakcję, bo za każdym jego dotknięciem sypały się igły. Gdy jednym stuknięciem o podłogę dokonałem ostatecznego zniszczenia i, gdy chabaź stał się takim brunatnym, bezigłowym wypłochem, zainteresowanie dzieci przeszło na gruby igłowy dywan i na poszukiwanie igieł w najmniej spodziewanych miejscach. W ruch poszedł odkurzacz i po choince nie  było śladu.
- A myślałam, że dzisiaj kolejny raz to się nie uda i że choinka nadal będzie straszyć... - skomentowała Żona z pewną ulgą.
 
Dzisiaj mieliśmy poznać kolejną ofertę rozrywkową serwowaną przez Uzdrowisko. Żona wiele razy przymierzała się do kręgli. Ostatni raz graliśmy, i to z Robaczkami, jeszcze w Powiecie, czyli jakieś trzy lata temu. 
Kręgielnia była otwarta od 16.00 i wcześniej żadną miarą nie można było uzyskać jakiejkolwiek informacji, a tym bardziej zarezerwować tor. Z racji odległości, zimna i sypiącego śniegu wybraliśmy się Inteligentnym Autem. 
Jeden tor, spośród czterech, był wolny. Wynajęliśmy na godzinę (70 zł). Pan poprosił o imiona, więc zacząłem od Ofelii, bo ta zawsze później kwęka Ale dlaczego ja zawsze jestem na końcu?!, a skończyłem na sobie. Gdy (jak?!) przyszło do rzucania, natychmiast padło Ale dlaczego ja pierwsza i dlaczego dziadek podałeś mnie jako pierwszą?! Żyły można było sobie otworzyć! A to był dopiero początek. Zaparła się, że ona będzie rzucać ostatnia, więc najpierw sporo trwało, żeby ją przekonać i nie wiedzieliśmy, co zrobić. A czas leciał. Żona nawet chciała pójść do pana, żeby zmienił kolejność rzutów, ale jej zabroniłem, więc od razu zaczęło iskrzyć. A czas leciał... Noż, kurwa, jestem spokojnym człowiekiem, ale są granice!
Bezradny Kubson próbował siostrze tłumaczyć, logicznie i łagodnie... Ni cholery! Ostatecznie nie rzucała wcale. Stała jak wmurowana ze swoją bladolicą miną, milcząca i niereagująca na żadne nasze zachęty i słowa. Kurwa! Taka pokrzywdzona kupka nieszczęścia.
Zaczęliśmy za nią rzucać naprzemiennie - Kubson, Żona i ja. Po jakichś 10.minutach... Na dodatek Babcia przejęta Wnuczką i sytuacją, ocykała się nieprzytomnie po sporej zwłoce czasowej, że to jej kolej, a czas leciał. Na każdą moją uwagę wypowiadaną niezbyt spokojnym tonem No, teraz ty! albo Może byś się przygotowała, bo za chwilę rzucasz?! reagowała alergicznie, więc nadal iskrzyło. Ale za jakiś czas wpadliśmy na tory, nomen omen, i gra przebiegała płynnie. Nawet Ofelię wymurowało z jej zabetonowanego miejsca, podchodziła do szyn i "poprawiała" kule. Nadal bez słowa.
Przełom nastąpił, gdy (jak?!) na sąsiednim torze pojawiło się małżeństwo z córką w wieku Ofelii. Dziewczynka rzucała po swojemu niczym się nie przejmując. Ofelia szeptem powiedziała Babci, bo przecież nie zirytowanemu Dziadkowi, że będzie rzucać. Od tej pory rzucała... najlepiej z nas wszystkich i ostatecznie przegoniła brata o 2 punkty zajmując... pierwsze miejsce. Paranoja! Babcia była trzecia, ja czwarty. Na końcu otrzymałem ksywę Rynnowy Dziadek, bo się "specjalizowałem" w rzucaniu kul do rynny. A, gdy (jak?!) taka tam często wpadała, To i Święty Boże nie pomoże! i jej los oraz los Dziadka był przesądzony.
Po "godzinie" gry wychodziliśmy wszyscy w dobrych nastrojach. A śnieg nadal sypał...
Już poczułem wszystkie emocje towarzyszące jakbym tam był. Powodzenia!!! - odpisał Q-Zięć, gdy mu zdałem relację. 
Wiedziałem, że jako doświadczony mężczyzna, jako mąż, ojciec i zięć w jednej osobie, mający kontakt z trzema osobniczkami o bardzo podobnych charakterach, zrozumie mnie w lot. "Wentyl" w postaci   Q-Zięcia przyniósł mi sporą ulgę. 
 
Wieczorem po raz pierwszy zaczęliśmy uczyć Ofelię gry w kierki. Jest na tyle kumata i obcykana z wszelkimi grami, że czas był najwyższy. O inteligencji nie wspomnę. Znakiem zapytania było tylko to, czy ta gra się jej spodoba? Bo gdyby nie... To i święty Boże nie pomoże!
Na kartce kulfonami wypisałem jej nazwy kolorów, figur i ich siłę oraz tłumaczyłem, że w talii są 52 karty, że każdego koloru jest po trzynaście kart, co to jest lewa, wist, rozgrywka i takie tam... Błyski w oczach, z powodu których znowu musiałem się dusić, świadczyły dobitnie, że dziewczyna kuma. I przy tym te jej miny!... Wtrącała się Żona i oczywiście Kubson, i od razu zaczęło iskrzyć, zwłaszcza przy Żonie,  która nie dawała się sterroryzować słowami Ale Ofelia natychmiast zgłupieje, gdy tyle osób będzie jej tłumaczyć i to w różny sposób.
Sumarycznie dobrnęliśmy do czwartej rozgrywki. Widziałem, że po tych wszystkich emocjach jest zmęczona, gry ma dosyć i straciła nią zainteresowanie.
- To nie musimy dalej grać... - zauważyłem. - Możemy skończyć jutro... - Jesteś zmęczona... 
Skwapliwie przytaknęła. 
Później się okazało, że jeszcze przez godzinę grała z Kubsonem i z Babcią w jakąś grę. Ale mnie to już nie dotykało, bo po 20.00 uciekłem na górę, by trochę poczytać. O 21.00 już spałem. Też byłem przecież po emocjach... 
 
PIĄTEK (30.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Rozruch był oczywiście inny, poświęcony przede wszystkim pisaniu na górze, w sypialni. Ale też na wysłaniu trzech sążnistych smsów, tym razem i do Pasierbicy, i do Q-Zięcia.
Żona przyszła po Blogową o 08.00. Okazało się, że wczoraj jeszcze do późna grała z Robaczkami w jakąś planszówkę, a potem czytała im książkę.
Po dolewkę dla Babci przyszła Ofelia. A to zawsze jest słodkie. Przekazała dane dotyczące parametrów kawy, a ja wiedziałem, że na pewno niczego nie przeinaczyła. Bo cholera mała jest bystra, zaradna i szybko orientująca się w sytuacji.
I Posiłek był porozbijany, bo Babcia oddzielnie coś robiła Q-Wnukom, coś sobie, a ja sobie. Wyrobiliśmy się z nim przed wyjazdem pani z dwoma synami. Pani kolejny raz chwaliła apartament. We wcześniejszej z nią rozmowie, kiedy to poszedłem pomóc jej uruchomić kapsułkowy ekspres, okazało się, że zawodowo zajmuje się fotografowaniem wnętrz, więc jej opinia była wiarygodna.
Prawdę powiedziawszy szedłem na górę, aby wstępnie ogarnąć apartament, z duszą na ramieniu. Bo przez pierwsze dwa popołudnia ich pobytu z apartamentu dobiegały mnie krzyki i głośne tupanie wynikające z szalonych zapewne bieganin dwóch wyrostków. Żonę też dobiegały, ale ona, zdaje się, starała się tego nie słyszeć, albo nie przykładała takiego znaczenia do tego faktu, jak ja (wkurwiałem się). Dziwne, bo przez kolejne dni było spokojnie i cicho nawet. Może łepki zużyły już nadmiar energii na stoku, bo codziennie po śniadaniu cała trójka nań się wybierała .
Na górze z wielką ulgą nie dostrzegłem żadnych zniszczeń. Apartament był w stanie do większego sprzątania, ale to przecież nie tragedia.
 
Plany były takie, żeby od razu zabrać się za sprzątanie w kontekście dzisiaj przyjeżdżających na górę kolejnych gości, ale akurat przestało sypać. Znowu zrobiła się zima, jak z obrazka. Doświadczenie mówiło, że należy natychmiast zabrać się za odśnieżanie, bo przy świeżym śniegu idzie zdecydowanie łatwiej i szybciej.
- Dziadek, a mogę z tobą? - Ofelia ofiarowała się z pomocą.
To takie hecne, bo drobne to i chude, a daje radę. Kazałem się jej dobrze ogacić i dałem jej miotłę, żeby zmiotła śnieg ze schodów prowadzących do Tajemniczego Domu. Robiła to skrupulatnie, wręcz cyzelowała, a ja widząc jak zamaszyście operuje miotłą, oczywiście większą od niej, dusiłem się ze śmiechu, skrycie ją obserwowałem i fotografowałem. Niczego poza robotą nie rejestrowała.
W końcu, gdy skończyła schody, podeszła do mnie.
- Dziadek, a mogę iść już do domu?...
Gdy jej "zezwoliłem", w  podskokach wpadła do środka. No, wprost heca.
Komentarz Q-Zięcia, gdy jemu i Pasierbicy wysłałem zdjęcia ze śnieżnej sesji, był celny. 
Chciała pobyć sama z dziadkiem lub odpocząć od  Kubsona. Ewentualnie rehabilitacja za wczoraj (kręgle - przypomnienie moje). Ofelia nie zawsze umie wyrazić emocje i sobie z nimi poradzić.
 
Wróciłem do domu zdrowo zrąbany. Ciekawe, że to odśnieżanie zawsze kosztuje mnie więcej wysiłku niż układanie drewna, wydawałoby się, że powinno być na odwrót. Jakaś nienaturalna specyfika ruchu przy machaniu łopatą i miotłą,  czy jaka cholera?!...
Musiałem odpocząć przed sprzątaniem górnego apartamentu. A o to nie jest łatwo przy Robaczkach. A potem znowu odpocząć.
Gdy Żona skończyła swoją część, wybraliśmy się do Lokalu z Pilsnerem II. Taki był plan. 
Dzisiaj jednak zmodyfikowany względem dotychczasowych standardów. Robaczki, nie dość, że miały gotówkę ze sobą, to jeszcze chwaliły się swoimi kartami płatniczymi i oczywiście informowały bez skrępowania, ile mają kasy. Komedia, bo były w tym wszystkim obcykane. A umowa była taka, że za  swoje desery płacą same. Wszystko to plus wybór dań, deserów i całe ich zachowanie, naturalne i swobodne, i hecne oczywiście, kolejny raz przypominały mi moje pierwsze kawiarniano-restauracyjne doświadczenie. Mając 17 lat pierwszy raz byłem w kawiarni w Rodzinnym Mieście. Kompletnie sparaliżowany. Ale zamówioną wuzetkę i herbatę oraz wnętrze pamiętam do dziś. 
 
Wieczorem w oczekiwaniu na gości graliśmy w FIFĘ, komputerową grę związaną oczywiście z piłką nożną. Robaczki grały już wcześniej z Babcią, ale całe doświadczenie zdobyły z gier w domu. Więc ja dołączyłem, jak taka świeżynka, taka zrzucona z kosmosu postać, która pierwszy raz w życiu ujrzała ekran telewizora, joystick i która kompletnie niezorientowana, o co chodzi na boisku, była miłym akcentem dla pozostałej trójki. Bo wyczyniała, lub nie, takie rzeczy, że pozostała trójka miała rozrywkę, a ja złorzeczyłem przy każdym moim zagraniu lub, co się częściej zdarzało, niezagraniu. 
Szlaki przecierałem w pierwszym meczu z Kubsonem, w którym dostałem łomot 5:0. W ostatnim Bayern Monachium (Ofelia i Babcia) grał przeciwko Arce Gdynia (Kubson i ja). Przegraliśmy 3:1. Babcia strzeliła 2 bramki, jedną po efektownej akcji z Ofelią, ta zaś jedną,  a dla nas Kubson. A ja?... Byłem i tak zadowolony, bo zdaje się, że z sześciu przycisków na joysticku zapamiętałem funkcję jednego "strzelaj", a i to nie za bardzo, bo gdy go przyciskałem z emocji za długo, to piłka po strzale lądowała gdzieś na 3-4 piętrze, czyli w trybunach, ku radości pozostałych uczestników. Trzeba dodać, że Kubson wykazywał się dużymi zdolnościami pedagogicznymi, bo, gdy tylko udała mi się jakakolwiek drobna zagrywka, słyszałem Brawo, dziadek!
 
Goście przyjechali o 20.00. Para lat około 32-35. Według Żony stonowani, sympatyczni, kumaci Ale wyraźnie już chcieli zostać sami...
- A pamiętasz, że ona w ogóle nie zareagowała, milczała po twoim To może poczekamy na męża lub partnera, żeby dwa razy nie powtarzać, gdy chciałeś  ich wprowadzać w kwestię segregacji śmieci, a on jeszcze zamykał auto?...
Ja też wtedy dalej nie drążyłem i nie reagowałem. Powoli, powoli  się uczę...
Prawie natychmiast po przyjęciu gości zebrałem się na górę. Trochę poczytałem i spałem już chwilę przed 21.00.
 
SOBOTA (31.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Po koślawym porannym rozruchu pisałem. 
Żona smsem poprosiła o kawę, po którą za chwilę przyszła. I relacjonowała.
Otóż w nocy użyła, jak pies w studni. 
- Gdy już głęboko spałam, rozległ się teatralny szept Kubsona...
(zapewne taki, który potrafiłby obudzić umarłego, a co dopiero Babcię,  która ma wszystkie receptory nastrojone na Robaczki)
... - Babcia, nie mogę zasnąć! - Oczywiście wszystko przez tak późne granie i emocje. - Starałam się wczoraj, wiedząc, że tak może być, tego uniknąć, ale sam wiesz, że się nie dało. - To kazałam mu przyjść do mnie. - Zerwał się natychmiast, przykryłam go i za jakiś czas zasnął. - A ja?... - A dzisiaj rano, jakieś półtorej godziny temu, rozległ się teatralny szept Ofelii Babcia, miałam zły sen!, więc wygramoliłam się, poszłam do niej, przytuliłam, dałam rączkę, po czym ona natychmiast zasnęła - A ja?...
 
Rano odpowiedziałem Koledze Kapitanowi, który wczoraj przysłał nam wszystkim nowe informacje o Kanadyjczyku I. Po trzech próbach udało się Koledze Kapitanowi skontaktować z Bratem Kanadyjczyka I. Od niego  dowiedział się, że Kolega Kanadyjczyk I jest od dawna(?) w Rodzinnym Mieście i otrzymał do niego numer telefonu. Kanadyjczyk I nie reagował na telefony Kolegi Kapitana, ale w końcu oddzwonił, co należało uznać za spory sukces. Okazało się, że o propozycji, zresztą swojej, spotkania się z nami zapomniał. Może to nie było dziwne, skoro cały czas do odlotu 4. lutego poświęcił na chodzenie po lekarzach, bo ma różne dolegliwości. Do Polski prawdopodobnie(!) przyleci na początku czerwca tego roku, bo ma uroczystość 50-lecia ukończenia studiów. I może się wtedy spotkamy.
Napisałem:
- Dziękuję Kolego Kapitanie za wieści. Jak to mówią, "trudno świetnie", albo c'est la vie, a w sumie szkoda. Kanadyjczykowi I z całego serca życzymy zdrowia! W takim razie do zobaczenia w czerwcu.
Trzymajcie się zdrowo.
Emeryt 
(zmiany moje) 
Tedy kolejne spotkanie klasowe poszło się rypać. 
 
Za jakiś czas przyszła Ofelia ze stałym tekstem Babcia prosi dolewkę - średnią łagodną.
- Powiedz babci, że zaraz jej przyniosę.
- Mhm...
To jej "mhm" bardzo lubię, bo jest takie zgodliwe, a z tym u Ofelii jest różnie. Charakterek! 
Gdy zszedłem na dół, dziewczyny siedziały przy rozpalonym kominku. 
Po porannym rozruchu zabrałem się za sprzątanie dolnego apartamentu. I w trakcie tylko troszeczkę podglądałem finał Australian Open Jelena Rybakina - Aryna Sabalenka. Wygrała Jelena 2:1. Kibicowałem jej.
Po I Posiłku pojechałem na zakupy, odebrałem paczkę i zablokowałem dla Krajowego Grona Szyderców darmowe miejsce parkingowe. I, gdy ledwo wróciłem, Żona zakomunikowała, że goście będą zamiast deklarowanej 14.00, o 13.00. Na szczęście mieliśmy wszystko gotowe. 
Przyjechała para lat 60-65 z dwoma pieskami. Oboje kulturalni, sympatyczni, podporządkowujący się wszelkim regułom obowiązującym u gospodarzy i zapewniającym Dla piesków to my zawsze mamy specjalne narzuty na tapczan czy kanapę!
 
Przez cały ten czas Kubson wisiał nad nami, bo Babcia zbyt wcześnie wyjawiła swoją propozycję, żeby dzisiaj, jeszcze przed przyjazdem rodziców, pójść we czworo do Małej Kawiarni. W końcu się doczekał, gdy gości mieliśmy już z głowy.
Mała Kawiarnia znowu była zamknięta, więc wylądowaliśmy w Galaretkowej ku uciesze zaprzyjaźnionej pani, która zawsze nas niezwykle serdecznie wita i stara się ogarnąć nasze wnuki i się w nich zorientować. Dzisiaj zauważyła, że Robaczki podrosły.
Każdy zamówił po deserze, ja Kozela jasnego, i to powinno było wystarczyć. Ale Ofelia błyskawicznie pożarła, jak nie ona, swój kawał ciasta i stwierdziła, że jest głodna i że jeszcze by coś zjadła. Powinniśmy byli odmówić, zwłaszcza ja, bo pierwszy się ugiąłem i ostatecznie stanęło na galaretce (pani jej nie policzyła do rachunku). To za parę godzin miało wyjść Ofelii i nam bokiem. 
 
Do przyjazdu Krajowego Grona Szyderców było jeszcze z 40 minut, to po powrocie zagraliśmy w FIFĘ. Tym razem Kubson wybrał dla nas lepszą drużynę niż Arka Gdynia, bo Barcelonę, a dziewczyny nadal były Bayernem. Wygraliśmy wreszcie 2:1, chociaż ja chyba za bardzo nie przyczyniłem się do zwycięstwa. Co nieco zacząłem łapać, jeśli chodzi o te przyciski na joysticku i myślę, że po jakimś miesięcznym codziennym graniu dwa z nich miałbym opanowane - "strzał" i "podanie". A gdzie "podanie górą", "wślizgi w obronie", "kiwki", "podania prostopadłe" "sprint z piłką w wersji turbo"?!... Życia by nie starczyło, zwłaszcza teraz, w moim wieku.
 
Q-Zięć i Pasierbica przyjechali o 16.40. Na parkingu witałem ich razem z Ofelią puszczając na pełnej mocy z Inteligentnego Auta Coco Jamboo robiąc wiochę na pół Uzdrowiska. Na tyle, że Q-Zięć nie chciał mieć ze mną nic wspólnego i poszedł do domu piechotą, a Pasierbica tylko dlatego wsiadła do Inteligentnego Auta, bo było jej zimno. A w domu się ponownie zszokowali, gdy przy nich kończyliśmy FIFĘ Ale, że dziadkowie w to grają?!...
 
Jeszcze przed II Posiłkiem Ofelia zaczęła się źle czuć. Leżała, nie odzywała się, wyraźnie cierpiała i była kupką nieszczęścia. W końcu zaczęła wymiotować, i bardzo dobrze. Po wszystkim małe ciałko zasnęło i zaczęło się regenerować. 
Najpierw zagraliśmy w kierki, przy czym Kubson tworzył jeden zespół z Pasierbicą. Wygrał Q-Zięć, drugie miejsce zajął zespół Q-Wnuk-Pasierbica, trzecie Żona, a ja, no cóż...
A ponieważ było nam mało, to rozegraliśmy jeszcze serię dziesięciu loteryjek. Tym razem wygrał zespół w składzie Kubson-Q-Zięć, Babcia była druga, ja trzeci, a Pasierbica ostatnia, że tak złośliwie to ujmę.
Wszyscy, jak jeden mąż, poszliśmy spać w okolicach 23.00. Żona z pewną ulgą i przyjemnością wróciła do swojego łóżka.
 
NIEDZIELA (01.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Mieliśmy wstawać razem z Żoną o 08.00, tak żeby Krajowe Grono Szyderców oraz Robaczki mogły się wyspać, ale spać dłużej nie mogłem. Przyniosłem z dołu laptop i niezbędne akcesoria, ogaciłem się i na górze, przy biurku, pisałem. 
Ruch w domu powstał w okolicach 08.30. Wszystko potoczyło się swoim trybem. Ofelię już nie bolała główka ani brzuszek. Zaczynała wracać do normy, ale czas dochodzenia sztucznie przedłużała, bo można było zgrywać się dłużej przy mamie i przy tacie, którzy przecież współczuli, przytulali i głaskali.
 
I Posiłek wszystkim zrobił Kubson. Najpierw jajecznicę na maśle podał matce, babci i sobie, a potem, w drugiej turze, ojcu i dziadkowi. Ofelia niczego nie jadła i dobrze. 
Gość pcha się do kuchni. Poza tym ma fazę na robienie kisieli, budyniów i herbat. Dodatkowo dzisiaj mu odbiło na tle rozpalania w kominku i późniejszego podtrzymywania ognia. Dość późno się zorientowałem, że podkładał w żywy ogień podpałki niesłużące do podkładania, tylko do podpalania, jak sama nazwa mówi, frakcje II i III, czyli moją krwawicę, którą przecież muszę narąbać. Żona broniła wnuka Bo przecież musi się nauczyć!... Jeszcze kilka dni takiej nauki i nie wiem, czy wyrobiłbym się z przygotowywanie poszczególnych frakcji nie mówiąc o tym, że bazy, czyli drewna, błyskawicznie by zabrakło.
 
Mimo zimna (-7) wszyscy zdecydowaliśmy się na spory spacer. Wszędzie było pięknie. Do domu wróciliśmy w punkt, bo jeszcze z 5 minut i wszyscy by przemarzli. 
Było na tyle czasu, że pograliśmy dwa razy w oszusta. Bez Babci oczywiście, bo ta tylko się przyglądała i słuchała komentarzy mając ubaw. Za każdym razem byłem ostatni.
- To tylko o tobie dobrze świadczy... - pocieszała mnie Żona.
 
Krajowe Grono Szyderców wyjechało o 14.00. I nastąpiło to, co zwykle - pobyt Robaczków mignął, a potem nastąpiła pustka i cisza. C'est la vie.  
Trochę pisałem, ale ostatecznie mnie zmogło i z książką wylądowałem w Salonie na narożniku. Może poczytałem z 10 minut, a pospałem z czterdzieści. Piesek gości, tych z dołu, urozmaicał mi relaks monotonnym szczekaniem...
Po I Posiłku robiłem w śmieciach (jutro poniedziałek i odbiór), a potem trochę pisałem. Zgodziliśmy się z Żoną, że na górę trzeba się udać w okolicach 19.00. 
 
W "ostatniej chwili" zdecydowaliśmy, że jednak spróbujemy coś dzisiaj obejrzeć Bo trzeba chociaż trochę wrócić do codzienności!... Padło na amerykański serial Fargo z 2014 roku. Nawiązuje on do filmu o tym samym tytule z 1996, którego scenariusz napisali bracia Joel i Ethan Coen. Nie było więc siły, żeby serial mógł mi się nie spodobać. Spodobał się już po pierwszej scenie, a po pierwszym odcinku tym bardziej. Od razu cztery trupy były najlepszą rekomendacją... No i świetna gra aktorów.

PONIEDZIAŁEK (02.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Na budzik. Wstawało się ciężko. 
Po porannym rozruchu od razu pisałem mając na względzie fakt dzisiejszej nietypowej, bo bardzo wczesnej, publikacji z racji skomplikowanego układu. Miała przyjechać Córcia, a w górnym apartamencie wymieniali się goście. 
Wyjechali o 10.00, sympatycznie, bez ochów i achów, tak trochę "z daleka". A to bardzo dobrze robiło mojemu napiętemu grafikowi. Jeszcze przed I Posiłkiem natychmiast pojechałem po Socjalną, a potem na drobne zakupy w Biedrze i w Intermarche. W tym ostatnim nie mogłem znaleźć wstążek ryżowego makaronu.
- A to muszą być tutaj, na zdrowej... - pani machnęła w kierunku czterech regałów ze zdrową.
Ubawiła mnie tym bezrefleksyjnym stwierdzeniem. Była sympatyczna, więc nie dopytywałem To ta pozostała, to jaka jest?...
Do kas zmierzałem wśród dziesiątków regałów z niezdrową...
Wracając na bezpłatnym parkingu zająłem Córci miejsce. Po I Posiłku gwałtem w górnej, gościnnej, nomen omen, bo ciepłej łazience, odgruzowałem się na 90%. Sprzątać miałem po przyjeździe Córci.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwanaście razy.
W tym tygodniu Berta najpierw zaszczekała raz jednoszczekiem w czwartek. Siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy I Posiłku zapomniawszy o Piesku. Więc się z tarasu przypomniał. To samo zrobił w niedzielę. I to dwa razy po kolejnych wypuszczeniach na ogród. Za każdym razem rozlegało się wśród nas równoczesne, podziwiająco-niedowierzające Słyszeliście?!
Godzina publikacji 13.40.
 
I cytat tygodnia: 
Cierpliwość, to spokojna akceptacja faktu, że rzeczy mogą się wydarzać w innej kolejności niż ta, o której myślisz. - David G. Allen (amerykański specjalista do spraw produktywności i twórca Getting Things Done - metody zarządzania czasem).