poniedziałek, 26 stycznia 2026

26.01.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 54 dni.
 
WTOREK (20.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Po porannym rozruchu cyzelowałem. I od razu zabrałem się za zaległości. Niby w domu byłem nieobecny trochę ponad dobę, ale wrażeń zebrało się nadspodziewanie dużo.
 
W niedzielę, 18.01, jechałem do Wnuków. Pociąg wystartował z Uzdrowiska z 6-minutowym opóźnieniem, a do Metropolii przyjechał 2 minuty przed czasem. Nadrobił, a to rzadkość. Dla podróżnych nie miało to znaczenia, bo kończył bieg.
Z Synem miałem się spotkać na egzaminach Wnuka-IV z Krav Magi. Firma (?) przeniosła swoje miejsce działania na tereny wojskowe wynajmując od wojska jeden potężny barak na pewno ze względu na koszty, a poza tym "wojskowe" dość dobrze się kojarzyło z charakterem działalności, a nie, na przykład, jakieś XYZ LO.
Syn telefonicznie zaczął mi tłumaczyć, gdzie to jest, ale po kilku słowach wszedłem mu w kolejne podając dokładnie i po kolei nazwy ulic, skrzyżowań, mijanych in spe instytucji, co go zszokowało.
- Ale, tato, to masz jeszcze do przejścia dobry kilometr! - zareagował, gdy się dowiedział, że mam zamiar dojechać tramwajem i dalej "pokonywać" odległość piechotą. Wyśmiałem go.
- Ale sam teren wojskowy jest ogromny i na nim samym będziesz jeszcze musiał przejść z 200 m!... - nie dawał za wygraną.
Nie wiedziałem, za kogo mnie brał. 
A byłem taki obeznany w tamtejszej topografii i cwany, bo były to szeroko pojęte tereny Nie Naszego Mieszkania i ostatniej siedziby Szkoły.
 
Miałem dojechać na wybrane przeze mnie skrzyżowanie jednym tramwajem, a skończyło się na trzech. Jaka fajna niespodzianka. Pierwszy rozkraczył się już na drugim przystanku od momentu startu i motorniczy wypieprzył wszystkich pasażerów na bruk. Podjął słuszną decyzję, bo tramwajem w czasie jazdy nieprzyjemnie telepało i coś w jego bebechach zgrzytało. Na szczęście nie na tyle, żeby zablokować następnym linię. Drugim przejechałem też tylko dwa przystanki, bo dalej skręcał nie w moją stronę. Dopiero trzeci zawiózł mnie (trzy przystanki) na miejsce. Czułem się w nich, jak ryba w wodzie. Szkoda, że kolejne się już nie rozkraczały, bo byłoby jeszcze ciekawiej.
Do terenów wojskowych było spokojnie z 1,5 km, a na nich samych trzeba było jeszcze przejść z      400 m. Pięknie! 
 
Byłem jakieś 2-3 minuty przed Synem i Wnukiem-IV. Firma dysponowała trzema dużymi salami treningowymi wyłożonymi na podłodze puzzlowymi matami piankowymi oraz dwiema toaletami i dwiema szatniami. Praktycznie żadnej ławki. Na początku wszyscy zgromadzili się w największej sali - z dziesięciu instruktorów i instruktorek, z osiemdziesiątka ćwiczących dzieciaków, tyleż lub więcej rodziców, razem ze 200 osób, że trzeba było pouchylać okna, bo nie było czym oddychać. Wśród widzów byłem chyba jedynym dziadkiem i "babcią". 
Prowadząca instruktorka po rozmowach powitalnych oddała głos mistrzowi, który specjalnie na czas egzaminów przyjechał. Mówił ciekawie i krótko podkreślając fakt, że to co tutaj wszyscy robią i ćwiczą ma kształtować przede wszystkim ducha i pomagać w doskonaleniu charakteru, aby stawiać czoło różnym przeszkodom w życiu.
Po czym nastąpiła rozgrzewka prowadzona przez główną instruktorkę (o dziwo, kilka z tych ćwiczeń robię codziennie rano). Po czym zaczęła demonstrować poszczególne ćwiczenia, a dzieciaki miały je powtarzać.
- Teraz przećwiczymy kop w krocze...
Zabrzmiało interesująco.
Do demonstracji wybrała kolegę instruktora, mężczyznę (zabieg pleonazmu zastosowałem dla wzmocnienia wyobraźni), chyba dla większego efektu, bo przecież koleżanki też miała pod ręką. Facet ustawił przed sobą niewielki i gruby(!) materac, który trzymał oburącz. Instruktorka przyjęła odpowiednia postawę i z rozbiegu uderzyła. Sama jej postawa i energia były przerażające, a co dopiero huk taki, że u pani siedzącej tuż przy mnie wyrwało się bezwiedne uuuch!, po czym, nie wiedzieć czemu, spojrzała na mnie. Ja zaś szukałem kontaktu wzrokowego z jakimś innym chłopem. I, gdy (jak?!) natrafiłem, odczytaliśmy sobie wzajemnie z oczu niewysłowiony i wyimaginowany ból. Musiał go kiedyś doświadczyć, tak jak ja, bo wyrazem twarzy w sposób sztuczny nie dałoby się tego tak oddać.
Gdy miałem jakieś 12-13 lat grałem z rówieśnikami przeciwko jakimś dwudziestolatkom. Stałem na bramce. W którymś momencie przeciwnik pędził z piłką będąc ze mną sam na sam. Wybiegłem naprzeciw instynktownie skracając kąt, gdy on w tym momencie z całej siły strzelił. Trafił idealnie. Ból był niewyobrażalny. Wszyscy przestraszyli się nie na żarty, bo z pół godziny dochodziłem do siebie. Po czym stanąłem na bramce. Wyraźnie nic mi się nie stało, skoro mam dwoje dzieci i takie tam...
 
Później już nastąpił podział ćwiczeń według posiadanych pasów z rozdziałem na dwie sale, bo weszliśmy bezpośrednio w ćwiczenia podlegające egzaminowi. Na końcu zaś dwóch kadetów, którzy kończyli naukę na tym etapie i przechodzili do juniorów oraz instruktor demonstrowali i symulowali różne walki. Robiło wrażenie.
W sumie stałem blisko dwie godziny, a to nie mogło się podobać mojemu kręgosłupowi. Ale było warto. Wnuk-IV otrzymał dyplom upoważniający go do noszenia pomarańczowego pasa z dwiema belkami.  
 
O 16.00 byliśmy w Sypialni Dzieci. Synowa od razu zarządziła przygotowania do jutrzejszej sesji fotograficznej.
- Proszę mi natychmiast dać wasze białe koszule do prasowania! - wezwała wszystkich synów na dół.
- Ale po co je prasować? - wtrąciłem się. - Ja nie prasuję i żyję.
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule!
- Ale, mama, słyszysz, co dziadek mówi? - odważył się najstarszy. - Po co?!
Pozostali bracia wyraźnie go popierali. 
- Koszule! 
- Ale po co?! - nie ustępowałem. - Przecież po wypraniu wystarczy je wytrzepać, fałdy rozciągnąć, powiesić i gdy (jak?!) wyschną, są od razu gotowe do użycia. - Ja nie prasuję od jakichś 15 lat, nawet gdy (jak?!) potrzebuję na jakieś ważne uroczystości.
Chłopaki energicznie kiwali głowami popierając mnie.
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule!
- A gdzie ekologia, koszty prądu?! - imałem się ostatecznych argumentów.
Chłopaki jeszcze żwawiej mnie popierały. 
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule! 
Na koniec nawet Synowa zaczęła się lekko podśmiechiwać, ale szybko i skutecznie słabość zdusiła w zarodku. Bo co by to było, gdyby ferment rozlazł się przez sesję fotograficzną i przelazł na inne sfery życia?!... 
Ja też miałem białą, na sobie, na wyraźne wcześniejsze życzenie Syna. Niewyprasowaną!
 
Ledwo zjedliśmy obiad, a do Syna zadzwonił Rakietowy zapraszając nas we dwóch do siebie do domu Bo obiecałem twemu tacie, że kiedyś, przy okazji, pokażę mu piece. Przypomnę, że Rakietowy to ojciec chrzestny Wnuka-I, który po jego bierzmowaniu wdał się ze mną w ciekawą i kulturalną dyskusję światopoglądową, w trakcie której przyznał się, że w kwestii wiary w istnienie Boga ma poważne wątpliwości. A cała jego rodzina, jego żona, dwudziestoletnia starsza córka, młodsza osiemnastoletnia i syn, piętnastolatek, są w przyjaźni z Synem, z Synową i z Wnukami.
Byłem bardzo ciekaw tych pieców, bo wcześniej Rakietowy mi o ich opowiadał, a ja za bardzo nie mogłem uwierzyć w to, co on mówi, a poza tym nie miałem wyobraźni.
Od razu po przyjeździe dało się zauważyć, że w tym temacie Rakietowy jest nawiedzony. Bez zbędnych wstępów przystąpił do rzeczy, jak gdyby nie mógł się doczekać. Ale też  trafił na wdzięcznego słuchacza, nie dość że naturalnie zainteresowanego, to jeszcze zadającego sensowne i wnikliwe pytania.
 
A piec, który ujrzałem, owszem był piecem zbudowanym z pięknej cegły szamotowej, ale był bardziej  takim potężnym urządzeniem, takim grzewczym kombajnem. Jego zbudowanie zajęło zdunowi, nie byle jakiemu, tylko fachowcowi wysokiej klasy, dwa miesiące. I też za dzieło zainkasował wysokiej klasy wynagrodzenie. Ale Rakietowy twierdził, że koszty zwrócą się po pięciu latach. A jemu należało wierzyć, skoro jest ekonomistą z wykształcenia i z wykonywanego zawodu.
Na czym polegała różnica między tym piecem a zwykłym?
O wielkości już wspominałem. Do tego dochodził ciężar - 3 tony. Te parametry były jednak dosłownie i w pewnym sensie w przenośni powierzchowne, bo główna różnica zasadzała się na filozofii palenia. Nie na darmo piec ten został nazwany rakietowym lub piecem Kuzniecowa.
(piec rakietowy, zwany też piecem Kuzniecowa od nazwiska rosyjskiego inżyniera Igora Kuzniecowa,  jest piecem podwójnego spalania, co oznacza, że oprócz paliwa stałego spalają się w nim również substancje lotne, które w zwyczajnym piecu wydalane są przez komin wylotowy)
- Wydajność grzewcza to ponad 90%. - Trzeba mocno przyglądać się z zewnątrz kominowi, żeby dostrzec jakikolwiek dymek. - Proszę zobaczyć, bo tutaj specjalnie rozpaliłem, mimo że w pomieszczeniu jest ciepło, żeby mógł pan zobaczyć efekt... - tym określeniem rozbawił mnie, bo w odległości dwóch metrów od pieca nie szło wystać, taki buchał żar - ... Teraz widzi pan ten żar? - Rozprowadzę go na całej powierzchni i proszę patrzeć...
Z żaru zaczął wydzielać się holzgaz, mówiąc po naszemu, który zaczął się palić niczym gaz w kuchence gazowej.
- Proszę sobie wyobrazić, że w takim piecu palę raz na dobę tylko przez dwie godziny. - I zużywam garstkę drewna, nawet byle jakiego, ot choćby takiej papierowej brzozy. - A efekt, poza nikłą ilością popiołu? - Niech pan dotknie tu i tu, i tu...
Nie muszę przypominać, że oprócz kubatury, która musiała zmieścić skomplikowany ciąg kanałów, piec miał olbrzymią powierzchnię grzewczą do dotykania.
- Ale niech pan poczeka... - słyszałem z kilkadziesiąt razy, gdy chciałem przejść do następnego pytania, związanego przecież ściśle merytorycznie z piecem, ale gdy się okazywało, że omawianie poprzedniego aspektu wcale nie zostało według Rakietowego wyczerpane, czyli gdy (jak?!) wychodziłem przed orkiestrę - bo...
Zostałem oprowadzony po całym dolnym mieszkaniu, które było ogrzewane tylko przez ten piec bez żadnego systemu rozprowadzania,  chociaż Rakietowy coś wspominał o ogrzewaniu podłogowym. Ale tu dokładnie w natłoku informacji nie wyłapałem szczegółowo, o co chodzi, więc może przy następnym razie. Ja, osobiście, chętnie.
Co jeszcze mi zaimponowało w tym piecu? Niezależność, oczywiście! Wynikająca z faktu, że nigdzie nie było elektroniki, żadnego wsparcia prądem, tylko cztery mechaniczne cięgła regulujące dopływ powietrza z zewnątrz i regulujące spalanie w pierwszym etapie, czyli rozpalania. 
- Wszyscy koledzy, pompiarze, naigrywali się ze mnie i naśmiewali, ale zobaczymy... - W trudnych czasach, mieszkając na wsi, wystarczy, że pójdę i nazbieram sobie chrustu...
Mnie nie musiał przekonywać, jako człowieka, który z Żoną od 24 lat swoje domy ogrzewa drewnem.
 
Myślałem, że po tym wszystkim pójdziemy do ich domu (napić się kawy?), którego to określenia Rakietowy często używał, co brzmiało dziwnie, bo wydawało mi się, że właśnie się w nim znajdujemy.
Okazało się, że to miejsce, w którym stał piec, było niezależnym mieszkaniem z kuchnią, łazienką i salonem, a za ścianą mieściło się drugie (trzeba było wyjść na zewnątrz, żeby doń się dostać), stosunkowo nieduże o niezrozumiałym przeze mnie przeznaczeniu, może w przyszłości na wynajem.
A, żeby było ciekawiej, na tym samym poziomie (przyziemie) mieściło się jeszcze trzecie mieszkanie, nieduże, w którym mieszkała mama Rakietowego. 
A "dom" mieścił się na I piętrze, jakby na poddaszu, totalnie przez Rakietowego przerobionym.
Gdy ledwo weszliśmy, od razu musiałem obejrzeć, zresztą z ciekawością, zdjęcia z adaptacji.
- Bo tu na górze, o tutaj, było magazynowane siano, a tutaj zboże. 
Górne mieszkanie, przepraszam dom, bardzo mi się podobał. Nie wiem, jak to możliwe, ale styl rustykalny był połączony bez żadnego zgrzytu z nowoczesnością. Centrum stanowił duży salon z kuchnią, którego centralne miejsce zajmował piec, taki sam co do wyglądu i działania, jak ten dolny, tylko mniejszy i ważący raptem 2 tony, osadzony na dwóch ścianach nośnych. Powyżej, na takim półpiętrze był korytarz, z którego wchodziło się do trzech pokoi, dla każdego z dzieci, oraz do łazienki, a poniżej, też na półpiętrze mieściła się sypialnia rodziców i ich łazienka.
- Specjalnie z rozpalaniem czekałem na pana, żeby mógł pan zobaczyć wszystko od początku...
Załadował do pełna drewnem komorę spalania, wsadził kawałek kartonu, podpalił go i za chwilę ogień huczał. Nie było żadnej frakcji I, II i III, tylko od razu IV.
- Mógłbym nie rozpalać, bo jest ciepło, ale chciałem, żeby zobaczył pan efekt.
 
W oczekiwaniu na efekt zasiedliśmy przy stole w salonie po moich rozmowach z córkami i przy moim zdziwieniu na widok Wnuka-II. Okazało się, że on tutaj przyjeżdża udzielać korepetycji z fizyki młodszej córce, bo ta z racji zdrowotnych miała sporą przerwę w nauce, więc i zaległości.
- To powiedz, jak to się stało, że na 15 lat zniknęliście z Metropolii wiodąc życie prywatne i zawodowe zdecydowanie na północy Polski. 
Temat był rzeką, niezwykle ciekawą, bo tak jest, że jeśli (jak?!) się uważniej i szczegółowo przyjrzy ludzkim losom, to co jeden to temat na film albo na książkę. A przeważnie się wydaje, że to takie nic, takie zwyczajne. Więc słuchałem przy... kawie. Udało mi się napić dzięki Żonie Rakietowego, bo przecież jemu takie drobiazgi nie mogły przyjść do głowy. 
Zeszły sumarycznie trzy godziny. Syn ubrany do wyjścia wraz z Wnukiem-II groził, że mnie zostawi i że Rakietowy będzie mnie musiał odwieźć, ale ten nic sobie z tego nie robił i dalej opowiadał.
Musiałem mu brutalnie przerwać.
- Ok, na tym etapie poprzestańmy. - Wróciliście już po 15. latach do Metropolii, a reszta później, bo jestem ciekaw.
- Ale później to już nie ma nic ciekawego... - odpowiedział w pełni przekonany. 
Tra la la la i tu mi tramwaj chodzi! 
Czy teraz wyjaśniła się blogowa ksywa Rakietowego?...
 
Wieczór u Wnuków spędziliśmy na przygotowaniu jutrzejszej sesji zdjęciowej w obszarze liczby ujęć i układów personalnych. Była to sugestia ich znajomej fotografki. Doświadczenie mówiło jej, że najczęściej pod koniec danej sesji zdjęciowej, gdy jest już bardzo mało czasu albo nie ma go wcale, bo wszystkim nagle spieszno, odzywają się głosy Szkoda, bo dobrze by było, żeby jeszcze... albo A przecież jeszcze można było taki układ... A jutro mieliśmy dysponować niewielką ilością czasu i nie można było rzecz zostawić chaosowi  i improwizacji.
Syn i Synowa wymyślali układy, a ja zapisywałem propozycje dosyć niechlujnie na moich karteczkach, które zawsze zabieram ze sobą w podróż, żeby na nich zapisywać na bieżąco różne fakty i smaczki do Bloga. Zapisywałem według systemu, np. ujęcie trzecie 4+4, z którego to zapisu wynikało jednoznacznie, że będą fotografowani wszyscy dziadkowie z czwórką wnuków.  Albo ujęcie czwarte 7, co oznaczało, że na zdjęciu będą same chłopy. Jednak taki zapis, jak 2+4, albo 2 był niejednoznaczny, a tego Synowa nie mogła zdzierżyć i nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego.  Wzięła porządny zeszyt i wszystko po swojemu przepisała z karteczek używając wszędzie imion. 
 
Spać poszedłem o 22.00. Spałem z Wnukiem-III, który nawet nie protestował, że tak wcześnie musi iść do łóżka. W obliczu jutrzejszej porannej pobudki...
 
W poniedziałek, 19.01, wstałem o 07.00. Od początku była niezła zadyma, która, nawet jak na tamtejsze standardy, zdecydowanie przekraczała normę. Starałem się trzymać od tego z daleka i dobudzać się swoim trybem. Udało mi się zrobić kawę sypankę i ugotować jaja na twardo, z pewnym ich zapasem, gdyby ktoś chciał. I w trybie przyspieszonym zjeść śniadanie. Najpierw miałem jeść powoli i delektować się porankiem, bo wczoraj wyjazd był zaplanowany na 08.30, ale Synowa, ledwo się pojawiła, oznajmiła, że wyjeżdżamy o 08.15. Więc trochę przyspieszyłem żucie. A potem to już tylko w pośpiechu połykałem Bo wyjeżdżamy o 08.00, bo nawigacja pokazuje, że już są straszne korki! 
Syn, gdy (jak?!) pojawiłem się w kuchni, robił sobie jajecznicę. Na patelni teflonowej. Słowem nie zareagowałem. Po co miałem mu dokładać, skoro od samiutkiego rana miał wystarczająco dołożone. Ale bebechy na widok zrąbanej patelni teflonowej mi się wywracały. 
Wyjechał pierwszy. Musiał dotrzeć do Metropolii i przywieźć Teściów Syna. Synowa zaś z pięcioma chłopami starała się dotrzeć sobie znanymi opłotkami na pętlę autobusową. Gdy, po pokonaniu korków, to się udało, akurat zajechał autobus z Żoną I. 
U fotografki byliśmy 15 minut przed czasem i od razu rozpoczęliśmy sesję. Nie było na co czekać, skoro przewidziany jeden z układów 2+4 (jedni dziadkowie i komplet Wnuków) był już na miejscu.
Niedługo potem dotarł Syn i wszystko mogło się potoczyć zaplanowanym trybem. Przy ogólnym zamieszaniu, ustaleniach i modyfikacjach na bieżąco, przy achach i ochach oraz niezbędnych wygłupach i śmichach.
Ja dodatkowo z rozrzewnieniem patrzyłem na wszystko z zawodowego, fotograficznego punktu widzenia. Bo pani fotografka natrzaskała kilkaset ujęć i na dodatek mogła na bieżąco, w czasie rzeczywistym, od czasu do czasu sprawdzać, jak dane ujęcie wyszło. 
- A to poprawi się w Photoshopie... - rzucała od czasu do czasu.
Mój Boże, gdzie te czasy, kiedy na taką sesję musiałaby spokojnie poświęcić z 10 rolek negatywu (360 ujęć). I wszystko byłoby wiadome dopiero po ich wywołaniu i po zrobieniu stykówek. Ile w tym byłoby niepewności i pewnego dreszczyku. I niczego nie dałoby się poprawić w Photoshopie. O kosztach nie wspomnę. Oczywiście spadłyby na zamawiającego. Ale to wiedząc, o ile przemyślane byłoby każde ujęcie. A teraz trzask, trzask i kolejny trzask. Nie mówię, że to źle, ale szkoda tamtych czasów, a jeszcze bardziej tych, gdy fotograf dysponował pojedynczymi szklanymi płytami fotograficznymi. Jakież to były zdjęcia! Każdy to przyznaje oglądając stare fotografie.
 
Cała sesja trwała godzinę i czterdzieści minut. Był zapas czasu. Synowa zabrała Wnuka II i IV do domu, a Syn resztę wiózł do Metropolii. Korki zdążyły zniknąć.
Najpierw pojechał do centrum, pod uczelnię Wnuka-I, który dzisiaj zdawał poprawkę z chemii. To ja i Wnuk-III też wysiedliśmy, bo czasu było sporo i postanowiliśmy na dworzec pojechać tramwajem. Syn zaś wracał odwożąc teściów i matkę do ich domów.
- Ale wyślij krótkiego smsa, jak ci poszło... - poprosiłem Wnuka-I przy pożegnaniu.
W tramwaju było wolne jedno siedzące miejsce. 
- Dziadek, usiądziesz?
-  Nie, nie chce mi się. - Siadaj ty.
I w takiej dziwnej konfiguracji wiekowej jechaliśmy oczywiście ciągle gadając. Bo z Wnukiem-III da się i nie czuje się tego ciężaru wynikającego z konieczności żmudnego ciągnięcia za język. 
- Jaki ten nasz dworzec jest piękny! - zaskoczył mnie swoją uwagą. - Taki nie jest w Stolicy, bo tam wszystko jest pod ziemią. 
Byłem zbudowany, że taki łepek, a już dostrzega takie rzeczy. Dostrzegł też inną.
- Tu są najlepsze pączki w mieście! - poinformował mnie, gdy (jak?!) mijaliśmy w poczekalni oszklone stoisko z samymi pączkami.
- A chcesz jednego?
Głupie pytanie. Oczy od razu mu się zaświeciły. To sobie też wziąłem jednego bez świecenia moimi.
- Ty, ale one są po dychaczu za sztukę! - zauważyłem ze zgrozą, gdy (jak?!) Wnuk-III natychmiast zatopił zęby w pięknej pączkowej masie.
- No!... - Najlepsze i najdroższe. 
Dobrze nie dotarliśmy do Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii, gdy (jak?!) wnukowego pączka już nie było.  Bo co tu się certolić?... 
("certolić się" to staropolskie, potoczne wyrażenie oznaczające cackanie się, patyczkowanie się, przesadną delikatność lub powolność w działaniu, często z nadmierną ostrożnością, wzbranianie się, a czasem wręcz sprzeczanie się o formy grzecznościowe)
 
Rozstaliśmy się. Wnuk-III szedł na rehabilitację, a ja miałem jeszcze czterdzieści minut do Flixbusa. Mogłem spokojnie skonsumować pączka (pyszny, olbrzymi, z nadzieniem budyniowym) przy kawce na wynos i przy Angorze.
Autobus wyjechał punktualnie, a do Uzdrowiska dotarł z piętnastominutowym opóźnieniem. Tylko dlatego, że na stacji paliwowej przed City kierowca zarządził nieplanowany postój.
W trakcie jazdy jakaś młoda dziewczyna chciała do toalety, ale odbiła się od zamkniętych drzwi. Bardzo śmieszne. Siedziałem tuż obok, na kwestie toalety i jej dostępności jestem bardzo wrażliwy i mam w sobie bardzo duże pokłady empatii, więc poradziłem pani, żeby poszła  do kierowcy I tam obok siedzi drugi lub pilot i on na pewno pani pomoże.
Za chwilę wróciła z komunikatem "toaleta zamarzła" i nawet przy tym, o zgrozo, się uśmiechała, co jeszcze bardziej wpędziło mnie w nerwowość. 
Pilot jednak nie zostawił sprawy własnemu losowi, czyli oczekiwaniu na roztopy, tylko za chwilę przyszedł i coś tam w bebechach toalety gmerał.  Po czym głośno zakomunikował:
- Proszę państwa, toaleta zamarzła...  - Na najbliższej stacji paliwowej zrobimy piętnastominutową przerwę.
Gdy (jak?!) kierowca otworzył drzwi, wymiotło ponad połowę pasażerów. A ja spokojnie nadal siedziałem, bo po pierwsze, jako doświadczony, nomen omen, człowiek z komuny, zrobiłem w Galerii siku przed jazdą, po drugie miałem świadomość, że za chwilę będzie  Uzdrowisko, a wiadomo, że problem tego typu siedzi często w głowie, a po trzecie autobus stał, drzwi były otwarte, to dlaczego nagle mogło mi się zachcieć siku?!
 
Na dworcu, jeszcze w autobusie, jako mieszkaniec uważałem za stosowne zareagować na zdziwienie niektórych wysiadających turystów i kuracjuszy. Zdziwienie, nawet podparte werbalnie, brało się stąd, że widzieli to, co widzieli, czyli nasz dworzec autobusowy. Mieli 100% racji, ale jednak ich uwagi mnie ukłuły.
- Proszę pań (akurat były to panie), jestem mieszkańcem Uzdrowiska i muszę powiedzieć, że jest ono najpiękniejsze w Polsce, ale ten dworzec jest rzeczywiście niesamowicie dziadowski. - Są jednak plany jego przebudowy...
- Są już od dwudziestu lat! - jakaś pani, wyraźnie też mieszkanka, starała się zepsuć wymowę tego, co powiedziałem. Taki durny typ (typka?), dla którego szklanka jest do połowy pusta.
Ale pozostałe panie się śmiały i cieszyły, gdy pomogłem wyjaśniając co i gdzie jest, i jak dotrzeć w odległe miejsce taksówką. Pierwsze wrażenie o Uzdrowisku zostało poprawione. 
 
W domu byłem o 15.40. Po drodze odebrałem paczkę, a w połowie Pięknej Uliczki ostatecznie poczułem się u siebie, gdy (jak?!) z daleka usłyszałem Fafika, który w "puste powietrze" darł mordę.
Od razu przed kuchnią zasiedliśmy do opowieści. 
Za jakiś czas musiałem na chwilę wyjść na zewnątrz i przypadkiem poznałem gości z dołu, parę,  którą Żona przyjmowała w niedzielę, pod moją nieobecność. Odnotowałem, że auto było prawidłowo zaparkowane.
Kolejni, dzisiejsi, przyjechali o 18.00. Parę w wieku mniej więcej 40. lat, z dwiema córkami, przyjmowaliśmy już oboje.
Zaraz potem opadła nas totalna schyłkowość. Żona w nocy źle spała z oczywistych względów (organizm nastawiony na czuwanie), a ja też źle spałem z oczywistych względów (organizm nastawiony na czuwanie). Ale jeden odcinek Lepko obejrzeliśmy.  
 
Dzisiaj o 02.05 napisała Texanka w odpowiedzi na mojego maila, w którym przedstawiałem, siłą rzeczy mocno skrótowo, nasze poglądy na poruszone przez nią tematy.
Cześć, bardzo zgadzam się z Wami co do mediów i polityki. Nie mogę znieść wszelkiej maści politologów, ich komentarzy chociaż przerzucam czasami tylko tytuły.                 
A codzienność.... troszkę inna bo rano było tylko +2 stopnie C,włączyło się grzanie i nie wyszłam na moje 5 km. Śmiesznie....W dzień słonecznie i ciepło.
Mieszkamy tu na południu Houston ponad 25 lat i cały czas mile zaskakuje mnie uprzejme zachowanie zwykłych ludzi. Rano na ścieżce każdy mijający mnie obcy o odcieniu skóry od bialej do czarnej mówi Dzień Dobry i nawet jak się masz. Motto stanu Texas to "Friendship".  P.S.  Maz to Andrzej (...) .            Pozdrawiam  (zmiana moja, pis. oryg.) 
 
A o 20.26 napisał Po Morzach Pływający. 
No to tak....
Orkiestra gra wszędzie tam gdzie ludzie chcą, żeby grała. Chyba nie ma jakiejś zasady co do miejsca grania. Pewnie i w lesie dałoby się to zorganizować.
Smoczka dostarczyłem do Naszego Miasteczka osobiście ponieważ W Swoim Świecie Żyjąca miała trochę zajęć w związku z koncertem noworocznym. W drodze przetestowałem Smoczka i 110km/ h nie sprawia problemu, a hałas w kabinie jest mniejszy niż w /Smoczycy  Toyota  Czarnej Palącej/.
W końcu 100KM  pod maską do czegoś zobowiązuje.
Koncert noworoczny był fantastyczny zwłaszcza duet Zuzanna Szary / sopran/ i Marcin Naruszewicz/ tenor oraz trąbka i który jest jednocześnie Dyrektorem na Zamku /. Ciekawa  przeplatanka utworów operowych, operetkowych i Zbigniewa Wodeckiego oraz francuskich klasyków . Zespół który akompaniował również był doskonały zwłaszcza akordeonista wirtuoz.
Dzisiaj W Swoim Świecie Żyjąca po raz pierwszy samodzielnie / bez obecności upierdliwego ojca/ jeździła po Naszym Miasteczku.
Gratulacje z okazji 100% odgruzowania
PMP  (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Dzisiaj, we wtorek, 20.01, z tymi zaległościami szło mi jak po  grudzie. Nie miałem w sobie siły sprawczej, tego specyficznego żaru, który daje  swobodę, a więc przyjemność pisania. Więc robiłem od niego uniki. A to naniosłem ponadwymiarowo bierwiona, a to narąbałem II frakcję, mimo że nie było  takiej potrzeby, przedłużałem I Posiłek, ile się dało, coś niby pogrzebałem w papierach, by w końcu, ot tak, porozmawiać sobie z Profesorem Belwederskim II. 
A potem z Synem. Był przygaszony z kilku powodów. Przede wszystkim odezwał się kolejny ząb. 
- Tato, dawno nie byłem u dentysty... - zakomunikował z sarkazmem. - Już drugą noc jadę na przeciwbólowych środkach. - Jutro o 11.00 mam umówioną wizytę.
Zaczęliśmy rozważać tę kwestię "sypania" się organizmu.
- Bo jesz słodycze! - zacząłem.
- Tato, już dawno przestałem...
Nie chciałem wnikać, co to znaczy dawno, skoro Żona twierdzi przy pojawiających się u mnie od czasu do czasu drobnych dolegliwościach, które znikają, że to właśnie jest objaw wyrzucania przez organizm toksyn, którymi się faszerowałem dziesiątkami lat, a twierdzi tak mniej więcej od 10. lat. To mnie czasami oburza i się buntuję, bo ile organizm może wyrzucać, na co Żona twierdzi, że długo. A to dawno i długo zupełnie nie jest określone, więc frustruje.
... - i może dlatego zęby natychmiast się odezwały. - kontynuował.
Tu wykazaliśmy nawet obopólne zrozumienie.
- Coś musi być na rzeczy... - zacząłem niepedagogicznie analizować - ... bo, gdy (jak?!) na ponad tydzień odstawiłem piwo zamieniając je na mleko, to organizm mi natychmiast wysiadł... 
Żona do sprawy podeszła w sposób bezwzględny na zasadzie Nie oszukujmy się! i oprócz toksyn zaczęła uwzględniać wiek Bo kiedyś musi coś zacząć wyłazić i cudów nie  ma!...
 
Syn poinformował mnie, że Rakietowy przysłał mu mailem sporo archiwalnych zdjęć z przykazaniem Przekaż tacie, bo to go zainteresuje! Były na nich, zdaje się, zarejestrowane etapy remontu domu Rakietowego.  A wszelakie remonty domów (mieszkań zdecydowanie mniej), w tym nie naszych, interesują nas z Żoną od 2002 roku (Biszkopcik) i ciągle nie przestają. Te wszystkie wnoszone zmiany przez inwestora, adaptacje, często tak śmiałe, że przekraczają wyobraźnię zwykłego blokowego śmiertelnika, problemy spotykane po drodze natury biurokratycznej i technicznej pokonywane często finezyjnie, a zawsze z dwukrotnie większymi wydatkami niż się planowało, to zmaganie się z oporem natury, walka z fachowcami, wyrwane lata z życiorysu, utrata zdrowia są dla nas fascynujące, a teraz coraz bardziej przerażające.
Rakietowy wyraźnie docenił moje zainteresowanie remontem i piecami podczas mojego pobytu u nich czując, że nie było ono powierzchowne, miałkie, tylko wnikliwe, naturalne i nieudawane. Schlebił mi wysyłając te zdjęcia, więc w pierwszym odruchu poprosiłem Syna, żeby podał mu mój adres mailowy Bo to uprości sprawę przesyłania, ale sekundę później odezwał się instynkt samoobronny i przetrwania. 
- A, broń Boże, nie podawaj  mu! - Wiem, co będzie, bo takich, jak on, nawiedzonych, to znamy wielu. - Zasypie mnie mailami i będę miał przesrane!
 
Wiedziałem, co mówię. 
Zaczynając od nas... Jeszcze niedawno wystarczyło przy nas tknąć temat remontu kolejnego naszego domu, zadać jakieś niewinne, zdawałoby się, i ostrożne pytanie, często takie zdawkowe i uprzejme, a nasz gość (goście) mieli wieczór z głowy. Teraz z takich naszych oszołomskich cech pozostały u mnie, raczej już okazjonalnie, reakcje na pytania A jak to  się stało, że założyłeś Szkołę (ostatnio o to nieopatrznie zapytał Konfliktów Unikający) i Jak to się stało, że siedziałeś w więzieniu? (ostatnio Wnuki, ale tam z racji ich młodego wieku, nie mogłem się rozkręcić), a u Żony kwestie zdrowotne i odżywiania się (nie używa, i słusznie, słowa "dieta", z czym się głęboko utożsamiam). Przy czym różnica między mną a Żoną jest taka, że ona, gdy szybko się orientuje, że w zasadzie drugiej strony to tak naprawdę nie interesuje, natychmiast ze swojego oszołomstwa wychodzi Bo mi szkoda energii na jałowość...
A inne przykłady, pierwsze z brzegu?
Taki Po Morzach Pływający... Wystarczy tknąć w jakikolwiek sposób temat załadunku statku towarem, a wiele godzin można spędzić na szczegółowych tłumaczeniach,  krok po kroku, z wszelkimi niuansami, bo Po Morzach Pływający jest akuratny, co przy jego profesji jest niezwykle istotne.
Albo Ten Który Dba o Auto... Kiedyś, gdy przyjechaliśmy z Naszego Miasteczka do Naszej Wsi, gdy oni z Szamanką tam mieszkali (dwa lata), zajmowali się gospodarstwem i gośćmi nie wspominając o  innych zajęciach (urodziło im się tam pierwsze dziecko), zapytaliśmy, czym się zajmuje w fabryce,  w której pracował. A zajmował się projektowaniem i produkcją chłodnic do wszelkich aut, nawet typu Mercedes. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, czego tknęliśmy. Bo to była pasja Tego Który Dba o Auto i na szczegółach i niuansach spędziliśmy przy stole prawie trzy godziny. Dobrze, że Szamanka podała coś do picia i do jedzenia.
Albo Brat. Sam, niepytany, dotyka jakiegoś tematu i przechodzi płynnie od jednej do drugiej historii. Potrafi to trwać i trwać, ale trzeba mu przyznać, że wątku nie gubi, cały czas trzyma się danego charakteru opowieści. Ale przecież, gdy dany typ się kończy, przeskakuje natychmiast na inny. Też płynnie. A, nie daj Bóg, tknąć temat Ukochanej Drużyny Brata. 
Ewenementem jest tutaj Kolega Współpracownik. Ma wiele oszołomskich zainteresowań (wodniactwo, narty biegówki chociażby), ale to nie ma żadnego znaczenia. Bo można go zahaczyć pytaniem dotyczącym dowolnej sprawy i ma się pewność, że czas zleci, przy czym on jedyny spośród wielu znanych nam oszołomów ma niezwykłą umiejętność przechodzenia z tematu poruszonego na skutek zadanego pytania na inny, który wynika na bieżąco z jakiegoś słowa czy omawianej sytuacji, a potem dalej i dalej, by za jakąś godzinę spotkać się z pytaniem kogokolwiek z obecnych (na pewno nie będzie nim Kolega Współpracownik) Ale zaraz, od czego to się zaczęło?! Wtedy wszyscy żmudnie, łącznie z Kolegą Współpracownikiem dochodzą, co  było na początku i czasami to się udaje.
Wszyscy pozostali trzymają się  swojego tematu z żelazną konsekwencją, no może z wyjątkiem mnie. Też mam inklinacje wątek do wątku, a do tego kolejny wątek...
 (Słowo "wątek" wywodzi się z prasłowiańskiego *ǫtъkъ, oznaczającego nić poprzeczną w tkaninie, pochodzącą od czasownika "wtykać", a z czasem rozszerzyło znaczenie na powiązany ciąg myśli, zdarzeń <w literaturze, dyskusji> czy procesów <w informatyce>. Pierwotnie związane z tkaniem, dziś obejmuje logiczne ciągi w fabule, wypowiedzi, a nawet wątki w programowaniu).
 
Przy okazji stwierdziłem, że na własny użytek skonstruuję definicję  słowa "oszołom", taką autorską, nie podpierając się AI. 
Otóż jest to osoba, która ma jedno lub, rzadziej, kilka równorzędnych zainteresowań, które są ich pasją, z biegiem lat stają się używką, potem narkotykiem. Stają się ich sposobem na życie. O pasji wiedzą wszystko, a nawet więcej, mimo że najczęściej nie jest ona związana z ich życiem zawodowym. Gadaniem na jej temat mogą zajechać odbiorcę na śmierć nie rejestrując wcale w żadnym momencie zbliżającego się tego faktu, często zdziwieni już po nim, że do niego doszło. 
Raczej nie potrzebują pytań pomocniczych, które wyraźnie im przeszkadzają i irytująco wybijają z wywodu. W miarę opowiadania powoli w oczach zaczynają się pojawiać oznaki obłędu, często dla zwykłego śmiertelnika nie do odszyfrowania, a nawet jeśli, to błędnie interpretowane, a łatwo  rozszyfrowywalne przez drugiego osobnika będącego oszołomem w innym temacie. Na zasadzie swój swego...Najgorzej jest, a może najlepiej, gdy spotkają się tacy, którzy omawiają tylko i wyłącznie jeden, jedyny, temat. 
Poza tym najczęściej są to ludzie sympatyczni i serdeczni. Te cechy uwidaczniają się wówczas, gdy (jak?!) drugiej stronie uda się chociaż na krótko wybić oszołoma z jego oszołomstwa.
A teraz AI: 
Oszołom to potoczne, pejoratywne określenie osoby ogłupiałej, zwariowanej, działającej irracjonalnie lub dającej się łatwo omamić; może też oznaczać fanatyka ideologicznego, dziwaka, lub żartobliwie – duży sklep, np. hipermarket. Słowo pochodzi od czasownika "oszołomić", oznaczającego ogłuszenie czy odurzenie. 
 
Syn zaskoczył mnie też swoją prośbą.
- Tato, czy mógłbyś mi podsunąć jakąś ciekawostkę, dla której warto byłoby "dodatkowo" przyjechać do Uzdrowiska?!... - Może otworzyli jakąś knajpkę, albo może śnieg się stopił, albo odwrotnie, napadał...
Obśmiałem się i bezwzględnie obśmiałem go, albo, lepiej, wyśmiałem. 
- Synu, jeśli (jak?!) ty myślisz, że cokolwiek jest w stanie ruszyć twoją żonę do przyjazdu w świetle prawdziwych i wyimaginowanych problemów i niemożności, to naprawdę, udało ci się mnie rozbawić. - Już widzę, gdy (jak?!) Synowa pędzi do nas, bo otworzyli nową knajpkę!... 
Syn dokładnie potrzebował takiej mojej reakcji, żeby rozładować napięcie i wybuchnął śmiechem.
- Ale coś dla was mamy i to nawet od połowy grudnia. - Taki drobny prezent.
- O, to już jest coś! - Syn się zapalił. - To ja ci powiem, co to jest! 
- Możesz mówić sobie, ile chcesz, ale zastrzegam, spotkasz się z mojej strony z głuchą ciszą. - Bo to ma być niespodzianka...
- To jest stalowa patelnia...
Milczałem, jak grób. Co z tego, skoro "trafił", łajza jedna. Na dodatek podpierał się swoim IQ - 160. Nie wiem, czy to możliwe i co by to miało oznaczać, ale wiem jedno - na pewno nie ociężałość umysłową. Przykład takowej mieliśmy w przypadku Q-Gospodyni. Różnica szokująca.
Patelnia stalowa wzięła się stąd, że wielokrotnie po pobycie u Wnuków relacjonowałem Żonie przygotowywanie na nich (chyba mają więcej niż jedna) posiłków. Ponieważ wprowadzenie szkodliwego teflonu do posiłków było dodatkowo wzmocnione przez wyrypane w nich rysy, to oczywiście odchodziła ochota jedzenia. Ostatnio, w poniedziałek, gdy rano miała się odbyć sesja zdjęciowa i cały dom od rana stał na głowie, Syn robił sobie jajecznicę na czymś takim. Słowem się nie odezwałem, bo przecież nie mogłem dokładać mu dodatkowego stresu i frustracji. I nawet nie zapytałem go To jak się ma twoje wysokie IQ do tego, co wyprawiasz? Może by wystarczył zdrowy rozsądek?...
Syn obiecał, że  jutro po wizycie u dentysty zadzwoni do mnie i powie co i jak, a poza tym przekaże mi informacje dotyczące Teścia Syna, który dzisiaj był przyjmowany do szpitala. 
 
I tak oto prześlizgiwałem się nad pisaniem aż do południa.
Na dodatek wcale specjalnie nie wypoczywałem będąc w wewnętrznej sprzeczności sam ze sobą, w dyskomforcie. Tłumaczyłem sobie ten stan, żeby się lepiej poczuć, wybiciem z codzienności związanym z pobytem u Wnuków. Niewiele pomagało.
Po południu nadal trwał stan świadomej ucieczki od pisania. Tu akurat pojawiło się alibi w postaci konieczności dostarczenia do Urzędu Miasta i Gminy druku, w którym deklarowaliśmy takie, a nie inne zużycie wody, żeby urząd mógł nam dowalić na ten rok opłaty za śmieci. Jednak składałem go we wtorek, a nie w poniedziałek, jak obiecałem w piątek sympatycznej pani urzędniczce, która wówczas zasiedziała się w pracy.
Żona wolała poczekać na korytarzu, gdy ja wchodziłem do stosownego pokoju. 
- Zdaję sobie sprawę, że deklarację składam trochę późno... - zacząłem się tłumaczyć sympatycznemu urzędnikowi.
- Eee! - wszedł mi w słowo. - Przecież nie będziemy od razu karać...
Sprawnie uzupełniłem za pomocą pana brakujące rubryki i było po temacie.
Chyba poruszyłem jakiś dziwny temat niezwiązany z deklaracją, nie pamiętam jaki, bo pan zareagował: 
- A może chce pan porozmawiać z burmistrzem, bo dzisiaj jest dzień, w którym przyjmuje interesantów...
Mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.
- Kochanie... - odezwałem się przymilnie do Żony, gdy (jak?!) wyszedłem z pokoju - ... chodźmy jeszcze na górę. 
- Ale po co? - Wolałabym wiedzieć...
Nawet nie dziwiłem się ostrożności Żony. 
- Zobaczysz, zaufaj mi...
Żona, o dziwo, poszła bez szemrania, chociaż przecież miała świadomość, że zaufanie mi, zwłaszcza w urzędzie, należy stawiać na ostatnim miejscu.  
 
W sekretariacie akurat pojawił się Burmistrz, który wyszedł ze swojego gabinetu.
- Dzień dobry, panie burmistrzu! - zagadałem bezceremonialnie z pominięciem sekretarki. - Czy to prawda, że dzisiaj przyjmuje pan interesantów z ulicy?
- Tak, zapraszam, ale chwilę proszę poczekać... - Tylko omówię jedną sprawę.
Pojawił się ten mój pan z dołu i o czymś tam z Burmistrzem deliberowali. W tym czasie oglądaliśmy na korytarzu różne ciekawe zdjęcia, a ja świeżym spojrzeniem patrzyłem na urząd, jego wystrój, korytarze...
- A pamiętasz nasz urząd gminy, gdy załatwialiśmy sprawy związane z Dzikością Serca? - zapytałem Żonę.
Oboje się wzruszyliśmy. Bo to nie był urząd, tylko taki urzędek, malutki, mieszczący się w sporym, co prawda domu rodzinnym, ale przecież... Korytarze wąskie, zagracone, bo gdzieś trzeba było się pomieścić, pokoiki śmiesznie małe, również zagracone papierami, teczkami i segregatorami. I urzędnicy, jacyś tacy swojscy, jakby nieurzędnicy, mili, sympatyczni i pomocni. Same dobre skojarzenia. Ten nasz obecny, jakby z innego, europejskiego świata.
 
Pan "z dołu" wyszedł od Burmistrza i przeprosił (!), że przez niego musieliśmy czekać, a za chwilę do sekretariatu pofatygował się sam włodarz Uzdrowiska i nas zaprosił do siebie. Byliśmy bardzo ciekawi bezpośredniego zetknięcia się z Burmistrzem. Bo znaliśmy go tylko ze zdjęć oraz filmików i tu akurat wizualnie według nas nie wypadał najlepiej z racji swojej postury. Ale jego pewna lekkość fizyczna i energia od razu nas ujęły.
- Jesteśmy mieszkańcami Uzdrowiska od 16. czerwca 2023 roku i mamy pewne wyrzuty sumienia, bo już wtedy, od razu, mieliśmy zamiar podziękować panu za takie sympatyczne przyjęcie nowych mieszkańców... - przedstawiliśmy się. - Nigdzie z taką formą się nie spotkaliśmy, a trochę się przeprowadzaliśmy. - dodała Żona. - Więc teraz nadrabiamy zaległości i bardzo dziękujemy.
- Uważamy, że Uzdrowisko jest najpiękniejszym uzdrowiskiem w Polsce, a trochę po niej pojeździliśmy. - Leżą więc nam na sercu różne jego sprawy i uważamy, że wszystko idzie w dobrym kierunku, ale ponieważ sporo spacerujemy, to widzimy różne mankamenty, często drobne, i o nich chcielibyśmy porozmawiać.
Burmistrz był totalnie zorientowany, co nam mocno zaimponowało.  Od razu, na poczekaniu,  wyjaśniał nam co i kiedy będzie napoczęte lub skończone. I tłumaczył nawet z jakich to środków finansowych. Dowiedzieliśmy się o takich rzeczach, o których "zwykli" mieszkańcy Uzdrowiska chyba nie mają pojęcia. I może to dla nich dobrze, bo powiało grozą. 
A zaczęło  się od tak poważnej sprawy, jaką jest obecny stan dworca  autobusowego. Nie omieszkałem Burmistrzowi opowiedzieć o zdziwieniu turystów i kuracjuszy, którzy razem ze mną wysiadali wczoraj  z Flixbusa. 
- Wyjaśniałem im, że Uzdrowisko jest piękne, ale rzeczywiście dworzec autobusowy dziadowski Ale są plany remontowe. - A przecież jest to wizytówka miasta...
No i co się okazało. Oczywiście, że są już plany remontu dworca, ale zanim to nastąpi...
- Najpierw musi być skończony remont ulicy Citizańskiej, w tym roku... - wyjaśniał Burmistrz. - Wtedy cała infrastruktura dworca zostanie wyburzona, a w to miejsce zostaną postawione baraki, w których będzie działał Urząd Miasta i Gminy.
Widząc nasz szok wyjaśniał dalej. 
- Budynek będzie termoizolowany...
- To nie da się przy tych robotach w nim pracować?... - wszedłem w słowo.
- Nie, bo jednocześnie wewnątrz będzie wymieniana cała instalacja elektryczna. - Zapraszam  więc za chwilę do barako-urzędu... - Dworzec zaś tymczasowo będzie przeniesiony w okolice cmentarza, bo tam przed nim jest trochę miejsca dla autobusów.
- Matko jedyna! - pomyślałem. 
- Gdy wrócimy do budynku, wtedy rozpoczną się prace przy nowym dworcu. - dodał.
Jako obcykany w remontach w myślach szybko policzyłem - dwa lata termoizolacja i wymiana instalacji i kolejne dwa lata, jeśli (jak?!) nie trzy, na nowy dworzec. Więc będzie on dopiero za cztery, pięć lat. Cholera wie, co z nami wtedy będzie... 
Ale o tych przemyśleniach Burmistrzowi nie wspomniałem. Za to potwierdził moje przypuszczenia, że jak najbardziej mogę przygotować wykaz różnych uzdrowiskowych drobiazgów, które kłują w oczy swoim niechlujstwem i bylejakością w trakcie naszych spacerów.
- Oczywiście, możecie państwo przesłać bezpośrednio na moją skrzynkę mailową...
 
Najlepsze w tym spotkaniu miało nastąpić.
- A gdzie państwo mieszkacie? - zainteresował się. 
Podaliśmy nazwę ulicy.
- A to piękne miejsce. 
Zawsze tak uważaliśmy.
- Kupiliśmy od Prominenta i jego żony. - uzupełniliśmy informację.
- A to wiem! - Bardzo piękny dom, wielokrotnie tam byłem i znam. - Nawet niedawno Prominent mnie odwiedził w urzędzie. 
Wiedział, że poprzedni właściciele wyprowadzili się do Metropolii w pobliże Uzdrowiskowej Córki, że Żona Prominenta miała problemy z chodzeniem Nawet po tych kilku schodach... 
I jakby było tego mało, czekał nas kolejny szok. 
- Uzdrowisko podobało się nam "od zawsze", od 25 lat przyjeżdżaliśmy regularnie, aż w końcu postanowiliśmy się tutaj przeprowadzić z Pięknej Doliny...
Burmistrz oczywiście wiedział, o czym mówimy. 
- W 2020 o mało już tutaj nie zamieszkaliśmy...
I opisaliśmy willę, której dół był do kupienia i w której "nad nami" mieszkała  Szczwana Lisica. Oraz Laparoskopowego, który nie mógł zrozumieć, jak również i my, sprzedającej właścicielki, która jakby go nie chciała sprzedać. Mieszkała w Niemczech, na początku Laparoskopowy miał z nią kontakt, ale potem przestała się odzywać i sprawa upadła.
- A, to sprawę znam, jak również Laparoskopowego. - To była moja koleżanka, rzeczywiście przestała się odzywać, bo poważnie zachorowała. - Ale w końcu ten dół kupił jakiś facet ze Stolicy. -  Willa piękna, na dole przez jakiś czas mieszkałem wynajmując go od koleżanki. 
Czy mówienie Jaki ten świat jest mały... nie staje się w tym kontekście banalne i wyświechtane?
 
Żegnaliśmy się serdecznie. Gdy (jak?!) przepraszałem panią sekretarkę, że tak na początku ją bezceremonialnie pominąłem i gdy (jak?!) ze śmiechem zapewniała, że nic się nie stało, Burmistrz wyszedł z gabinetu i podarował nam pięknie wydaną książkę o dwóch dzielnicach Uzdrowiska, które 50 lat temu zostały do niego przyłączone tworząc jeden organizm. Żona poprosiła o dedykację.
Wychodziliśmy niezwykle pozytywnie nakręceni. I dyskutowaliśmy o "poznanym" Burmistrzu.
W naszych oczach zyskał, jeśli w ogóle można mówić, że kiedykolwiek stracił. Podkreślaliśmy jego wiedzę, brak korporacyjnego, urzędniczego, sztucznego i nadmuchanego zachowania oraz zaangażowanie w uzdrowiskowe sprawy, co oczywiście było naturalne przy pełnieniu przez niego tej funkcji, ale jednak robił to jakoś tak naturalnie. Budujące.
 
Trzeba było ten fakt, jak również emeryturę, jakoś uczcić, zrelaksować się w miłych warunkach i dalej bić pianę. Padło na Małą Kawiarnię, tę, od której ostatnio się odbiliśmy. Napoje rozgrzewające i desery, galaretka - Żona, sernik z brzoskwiniami - ja, poprawiały nam dodatkowo humor. Jakby było go mało, zadzwonili Po Puszczy Chodząca i Prawnik Gitarzysta, którzy w obszarze finansów ukazali nam poważne światełko w tunelu.
 
Ledwo weszliśmy do domu, Żona odebrała telefon. Kolejni oglądacze chcieli obejrzeć Tajemniczy Dom. Jutro Bo akurat jesteśmy w Uzdrowisku u rodziny i za chwilę wyjeżdżamy. Żona umówiła się na 13.00. Będę więc z domu uciekał.
Po II Posiłku zadzwoniła Siostra. Głównym tematem stało się jej VIII piętro, na którym mieszka i niedziałająca od miesiąca winda. Rozumiałem Siostrę doskonale, co to oznaczało w ogóle, a przy jej stanie zdrowia w szczególności. Żebym jednak lepiej to zrozumiał opisała mi ten skandal z 10 razy.
- Spółdzielnia ma to w nosie! - Po naprawie winda działa może z dwie godziny i znowu przestaje. - Po kilku dniach niedziałania, sytuacja się powtarza. - A ja ledwo dochodzę do drugiego piętra. - Raz, jak (gdy!) akurat winda przez chwilę działała, wybrałam się do sklepu na zakupy. - A jak (gdy!) wróciłam, winda już nie  działała. - Cudem doszłam na drugie piętro i koniec. - Na szczęście szło trzech młodych
facetów, Turków chyba, bo tu już wokół prawdziwych Niemców nie ma. - I, jak (gdy!) zobaczyli, co się dzieje, zachowali się bardzo kulturalnie. - Jeden zajął się torbami z zakupami, a pozostali dwaj wzięli mnie pod ręce i zanieśli na ósme piętro! - Komisch! - Siostra pękała ze śmiechu. - No, ale po tym teraz boję się wychodzić z domu. - Zakupy robią mi sąsiedzi albo synowa.
I pomyśleć, jak to wszystko się zmieniło. Mieszkaniowe spółdzielnie niemieckie zeszły na psy, za to nasze...
 
Pod wieczór przyszedł sms od Syna.
- Młodsza córka Rakietowego dostała dziś 94% z egzaminu z fizyki i otrzymała ocenę celującą. A kto ją uczył i przygotowywał? Wiadomo...
I drugi: 
(...) 2 miesiące Wnuczuś-II systematycznie tłumaczył... jakby to był Wnuk-I to by było "czego tu nie rozumiesz debilu?! :) (pis. oryg.)
Napisałem do Wnuka-II.
- Gratulacje z powodu wyników koleżanki z fizyki. Jako były belfer podziwiam, bo wiem, co oznacza praca nauczyciela i jego wysiłek, nawet jeśli uczeń jest kumaty! 
We wcześniejszej rozmowie ze mną, jeszcze przed wynikami, Wnuk-II twierdził, że koleżanka świetnie by sobie poradziła i bez niego. Taki jest - ocenia sprawy do bólu realistycznie.
- Dzięki, - odpisał - szczerze mówiąc spodziewałem się, że napisze na 4 albo coś w tym stylu:)
- Tym większa satysfakcja! - kontynuowałem. - A może Ty zostałbyś nauczycielem lub nauczycielem akademickim, bo widzę, że masz ciągoty i predyspozycje? :)
- Myślałem nad tym i na razie nie wykluczam takiej opcji, ale raczej małe szanse.
Jak napisał Syn:
- A taki mały Wnuczuś-II był, żabki w kieszeni w Białogórze na spacer wyprowadzał mając 4 lata...
 
No, naprawdę, jak na jeden dzień sporo wrażeń. Na dodatek pierwszego miesiąca roku, kiedy to jeszcze ciągle składa się życzenia noworoczne. 
 
W odpowiedzi na mojego dzisiejszego maila z 16.17: 
I dlaczego W Swoim Świecie Żyjąca nie pracowała w Naszym Miasteczku, gdy (jak?!) my w nim mieszkaliśmy? Tyle rzeczy nas ominęło!
Dla uporządkowania wiedzy proszę podać różnicę między Smoczkiem a Smoczycą nie pozostawiając pola domysłom.
Emeryt
Ps. Ty nie powinieneś być już na morzach? Nie żebym Cię wyganiał... 
(zmiany moje, pis. oryg.)
 
o 17.13 odpisał Po Morzach Pływający: 
(...)
Somoczyca....  Toyota RAV4 v.III ... samochód Czarnej Palącej
Smoczek... Toyota Yaris II....samochód W Swoim Świecie Żyjącej.
Być może za 2 tygodnie popłynę w kolejny rejs. Zazwyczaj pływam w systemie 4 miesiące na statku,2 miesiące w domu, ale ostatnio zdarza się 4/4 czyli 4 miesiące na statku i 4 miesiące w domu.
Bywa też zupełnie inaczej jeżeli zajdzie taka potrzeba.
PMP (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Przed pójściem na górę trochę zajrzałem do onanu sportowego, tak po łebkach, bez przekonania, bez satysfakcji. 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko. Zaczął wchodzić scenariuszem i sposobem realizacji w pewną głupawkę.
 
ŚRODA (21.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu od razu pisałem, bo mimo, że to  środa, już miałem trzydniowe zaległości i tlące się gdzieś w trzewiach zalążki histerii Czy się wyrobię?!
Jeszcze przed I Posiłkiem odkułem z tarasu czarny lód wyglądający ohydnie. Gdyby nie oglądacze, czekałbym do roztopów. Czerń lodu wzięła się ze śniegu i z popiołu. Wszystko razem najpierw przy topieniu się scaliło, by kilka dni temu zamarznąć. Musiałem użyć szpadla jako głównego narzędzia kującego stosowanego z pewnym wyczuciem (łom odpadał), żeby pod jego uderzeniami nie popękały kafle, łopaty do zgrubnego zbierania i ostrej szczotki, jako narzędzia końcowego. Nawet się przy tym upieprzyłem i zużyłem sporo energii. Gdy już mogłem swobodnie chodzić po tarasie, wytrzepałem wszystkie dywaniki i chodniki z dołu Tajemniczego Domu. Ten tryb obowiązuje od momentu pojawiania się oglądaczy. Tak się umówiliśmy z Żoną, że jeśli wytrzepię, to mogę Tajemniczy Dom opuścić, żeby uniknąć stresu związanego z ich obecnością. Co więcej mogę wtedy udać się z książką do Amfiteatralnej i posiedzieć sobie tam przy Pilsnerze Urquellu. Dzisiaj, żeby wzmocnić siłę mojej dobrej woli, już po I Posiłku, dodatkowo odkurzyłem cały dół. I nawet zdjąłem zewnętrzne świecidełka, bo z racji Dnia Babci i Dnia Dziadka zaczęły wyglądać głupawo.
 
W trakcie prac zadzwonił Brat. Na potwierdzenie swojego oszołomstwa przechodził od historii do historii, od anegdoty do anegdoty, a wszystkie dotyczyły Ukochanej Drużyny Brata. A zaczęło się od informacji, że w stadionowych kuluarach powstaje muzeum tej drużyny. Więc Brat nie dość, że naznosił mnóstwo różnych pamiątek i zdjęć, to jeszcze na gorąco, przy dziennikarzach, opowiadał  różne historie z nimi związane, a już całkowicie zaimponował wszystkim, gdy na jakimś zdjęciu całej drużyny wymieniał imiona i nazwiska i podawał, czy to był wychowanek, czy też pochodził z jakiegoś innego klubu. Obłęd.
Gdy (jak?!) później wywiad ten obejrzeliśmy na FB, padło pytanie do Brata:
- A który to był rok?
- 1974. - odparł Brat. 
- Uuuu!... - wyrwało się dziennikarzowi. Mogło go wtedy jeszcze nie być na świecie.
Brata brutalnie zastopowałem informacją, że zaraz przyjdą oglądacze i jeszcze co nieco musimy ogarnąć. Ale na końcu porozmawialiśmy o Siostrze i o fakcie, że ona mieszka na VIII piętrze, a winda nie działa ponoć od miesiąca.
- Człowieku! - Ona do mnie wydzwania codziennie i słyszę o tym samym już 11. raz. - Teraz nie odbieram już od niej telefonu, bo się wykończę, a jeśli jednak odbiorę, a ona zaczyna znowu o windzie, to przerywam rozmowę mówiąc, że właśnie przyjechał szef, chociaż go wcale nie ma,  albo że muszę iść do kotłowni podrzucić. 
 
Do Amfiteatralnej uciekłem o 12.30. W środku pustki, ciepło i miło przy książce i Pilsnerze Urquellu. 
Posiedziałem z 45 minut, a potem poszedłem na zakupy. Zaliczyłem aż trzy sklepy. W domu byłem z powrotem dokładnie o 14.00 w momencie, gdy goście się zbierali. W holu udało się jeszcze z nimi porozmawiać. Bardzo ciekawie. Para, lat około 45-47, mieszkająca od 25 lat w Londynie. Ona rodem z Uzdrowiska (ma tutaj rodzinę), on rodem z Malborka. 
- Postanowiliśmy wrócić do Polski, do takiego spokojnego miejsca, na przykład, jakim jest Uzdrowisko. - opowiadał. - Wielka Brytania jest stracona dla islamu!... 
Dalsze szczegóły, przecież z pierwszej ręki, były przerażające. Nie mogłem sobie tego wyobrazić.
- Tam już biały człowiek, każdy biały, nie tylko Anglik, ma coraz mniejsze prawa. - Za krytykę w mediach społecznościowych tego, co się dzieje, można pójść nawet do więzienia, podobnie jak za wywieszenie flagi państwowej! - Pan sobie wyobraża?!... - We własnym kraju. - Merami najgłówniejszych miast angielskich są już islamiści!... - Podobnie się dzieje we Francji i w Niemczech.
Potem Żona mi opowiedziała, że on jest budowlańcem, chciałby tu coś rozkręcić, żona prowadziłaby wynajem i by sobie spokojnie żyli. Zdaje się, że nie mają dzieci. On dodatkowo nabił u mnie plusów, bo, jak opowiadała Żona, jemu strasznie spodobała się kuchnia oraz cały warsztat, a obojgu ogród, chociaż teraz jest przecież zamarznięty na kość i przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. Dodatkowo nabił, bo Tajemniczy Dom nazwał sam z siebie Domem Zagadką. A to mi się bardzo spodobało. 
Byliśmy zgodni z Żoną, że to tacy ludzie, którzy w Tajemniczym Domu mogliby być szczęśliwi. 
Mając taką świadomość łatwiej byłoby nam się z nim rozstać. 
 
- Ale ty już dzisiaj jedno piwo piłeś?... zauważyła Żona, gdy po wszystkim zasiadłem przy Zatecky'm przy laptopie.
- Tamto to nie było piwo, tylko Pilsner Urquell... - zauważyłem.
- Aha, rozumiem, tamto to był taki bonus. - Żona się ubawiła. Była w świetnym nastroju, zresztą tak jak ja, bo oglądacze byli fajni. Nawet ja to mogłem stwierdzić, chociaż mój kontakt z nimi był krótki.  A co dopiero Żona.
Po II Posiłku poszedłem po olej kokosowy - dwie paczki, bo ta główna się ociągała. Żona zamówiła dodatkowo jeden słoik u dostawcy gwarantującego dostawę z dnia na dzień i oczywiście przyszły obie naraz - cztery słoiki. Więc jutro nadal będzie normalna Blogowa, bo "stary" kokos dzisiaj się skończył.
 
Pod wieczór do Żony zadzwoniły Robaczki i złożyły życzenia Babci. To kazałem im złożyć sobie życzenia z okazji jutra. 
- To już jutro nie będziecie musieli do mnie dzwonić! - Wystarczy, że macie do obdzwonienia jeszcze trzech dziadków... 
Kubson od razu się znalazł.
- To wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszego Dnia Dziadka!...
- A ty Ofelio jakie mi złożysz Życzenia?
- Też... - usłyszałem z daleka.
Siedziały z tyłu auta, którym Pasierbica wracała do domu po jakichś dodatkowych zajęciach Robaczków. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko
 
CZWARTEK (22.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu zacząłem oglądać drugi mecz Igi Świątek z Czeszką Marie Bouzkovą w Australian Open. W pierwszym Iga wygrała z Chinką Yue Yuan. Tego planowo nie oglądałem.
Tuż przed meczem zadzwonili Wnuczka i Wnuk-V.
- Wszystkiego najlepszego, dziadku, w Dniu Dziadka... - usłyszałem Wnuczkę, która wszystko płynnie wyrecytowała, co mnie nie zaskoczyło, ale oczywiście ubawiło. 
- Dziękuję... - A Wnuk-V też mi złoży życzenia?...
- Tak. - Mów! - usłyszałem rozkaz siostry. Wnuk-V milczał jak zaklęty. - No, mów! - dalej nic. - Mów "wszystkiego najlepszego..."
- Wszystkiego najlepszego... - usłyszałem głosik sterroryzowanego Wnuka-V. 
Stwierdziliśmy z Żoną, że jeszcze rok, dwa, a Wnuk-V da odpór siostrze.
- A przyjedziecie do nas na ferie?
- Taaak!...
- A weźmiecie ze sobą Rhodesiana?
- Taaak!
- A co jeszcze? 
- Ja wezmę sobie przytulankę. - Jednorożca nie, bo on w aucie dosięgałby szyberdachu! - tego nie mógł powiedzieć Wnuk-V.
Córcia wiozła dzieci do przedszkola, a sama jechała do szkoły. Szklanki na drodze nie było, ale mróz tak. 
Iga wygrała 2:0. Oglądałem bez emocji ku zdziwieniu Żony. 
- To chyba lepiej, że wygrała... 
- Tak... - odparłem nadal bez emocji. 
 
Przed I Posiłkiem i po nim pisałem. I jednocześnie korespondowałem z Teściową Syna. Teść Syna od 08.00 był już na sali operacyjnej. Miał być już wczoraj, ale inne operacje się przedłużyły... Najważniejszy teraz jest oczywiście on, a w tej sytuacji prawdopodobieństwo jutrzejszego przyjazdu Syna i Synowej znacznie spadło.
Teść Syna już w okolicach 11.30 był po operacji i się wybudzał w swojej sali.
Zadzwoniłem do Syna. Dentysta przy zębie nic nie zrobił. Okazało się, że ból wynika z dziąsła. A co dalej, nie wiadomo. 
Synowa poinformowała mnie, że decyzję o jutrzejszym przyjeździe podejmie dopiero dzisiaj pod wieczór Bo jeszcze, tato, Wnuk-II, dzisiaj ma mieć wizytę u ortodonty... 
Wnuk-II oraz Wnuk-IV skorzystali z okazji i złożyli mi życzenia. Z Wnukiem-II krótko rozważyliśmy znaczenie nauczyciela w procesie nauki (a propos przygotowania przez niego jego koleżanki do egzaminu z fizyki), a Wnuk-IV uważał za stosowne wytłumaczyć się, dlaczego nie jest w szkole.
- Dzisiaj spałem tylko 5 godzin...
Nie dopytywałem, dlaczego, bo z nim nigdy nic nie wiadomo, i przezornie wolałem nie trącać struny, która mogła grozić jego irytacją. Co najmniej...  
 
Zadzwoniła Bratanica. Jechała do pracy. 
- Dopiero o tej porze?... - wydziwiłem się.
- Trzeba wiedzieć, jak się ustawić... - śmiała się.
Gra w którejś lidze żeńskiej siatkówki, a oprócz tego w amatorskim zespole męskim razem z Siatkarzem.
- Jestem tam jedyną babą i gram na pozycji libero.
- O, to na tych chłopów w szatni to się napatrzysz?!...
- Trzeba wiedzieć, jak się ustawić... 
Na studiach pozaliczała połowę semestralnych egzaminów, a gdy tylko ruszy ekstraklasa, dzięki pewnej koleżance, będzie brała udział przy organizacji meczów Górnik Zabrze - Lech Poznań i GKS Katowice - Widzew Łódź. A to już nie w kij dmuchał. Pomijając jej sportowe zainteresowania, to udział w takich pracach jest zgodny z jej kierunkiem studiów. 
 
Była piękna wyżowa pogoda, więc z Pieskiem wybraliśmy się na spacer połączony z małymi zakupami. Ledwo wróciliśmy, a już z życzeniami dzwonił Wnuk-III. Tak się składa, że ostatnio z nim mam najlepszy kontakt, bo sam na sam przebywam z nim najdłużej. Sprzyjają temu moja wspólna z nim  jazda do Metropolii, gdy ja wybieram się na dworzec, żeby wracać do  Uzdrowiska, a on jedzie w poniedziałki na rehabilitację. A ponieważ lubi gadać i słuchać moich historii, to kontakt jest więcej niż fajny. Poza tym wzrostem dogania już najwyższego Wnuka-I, więc tkwi we mnie takie poczucie, że mam do czynienia z mężczyzną, chociaż to jeszcze dzieciuch (w lutym 15 lat).
Po życzeniach wymienialiśmy się dowcipami. Ostatnio mamy taką fazę. Gdy wracam do domu, cytuję mu z Angory odpowiednie, takie nadające się, już trochę surrealistyczne, bo kuma.
- Dwa sprzedałem w szkole... - poinformował.  - A, dziadek, opowiedzieć ci nowy?...
Nowy okazał się starym, jak świat, ale go o tym nie uświadamiałem, żeby nie psuć. Mówił o trzech sąsiadach, o logice i o puencie Masz psa? - Nie. - To jesteś gejem!, a stara, "moja" z czasów PRL-u, o trzech milicjantach, o tej samej logice i o puncie Masz akwarium? - Nie. - To jesteś pedałem!
Chyba niedługo będę już mógł mu opowiedzieć jeden z licznych dowcipów o tym, jak blondynki psują kawał:
W pewnym towarzystwie facet opowiadał dowcip: - Proszę państwa, czy wiecie, jak się łatwo da złapać strusia? - To proste. - Bierze się łysego faceta, zakopuje w piasku tak, żeby mu łysina wystawała. - Struś, gdy nadejdzie, pomyśli, że to jajo, więc siądzie, żeby wysiadywać. -  A wtedy łaps!...
Strasznie się ten dowcip podobał blondynce, więc znacznie później, w innym towarzystwie zapytała: 
- Proszę państwa, czy wiecie, jak się łatwo da złapać strusia? - To proste. - Bierze się łysego faceta, zakopuje w piasku tak, żeby mu wystawały jaja. - Struś, gdy nadejdzie, pomyśli, że to jaja, więc siądzie, żeby wysiadywać. -  A wtedy łaps!... - Tylko, zaraz, po co ten facet miał być łysy?...
 
A pamiętam Wnuka-III, takiego półtorarocznego, ledwo chodzącego, trzymającego się przy tym a to kanapy, a to krzesła,  czego się tylko dało w podjętej, samodzielnej marszrucie, takiego z charakterystycznymi śpiochami wypełnionymi zwisającym z racji ciężaru pampersem, też charakterystycznym.
Gdy przychodziłem do Syna i Synowej, zamykałem się w jednym z pokojów z całą trójką (Wnuka-IV jeszcze nie było na świecie) i odbywał się armagedon. Przy wrzaskach i piskach miotałem chłopakami rzucając ich na kanapę, jednego na drugiego, bez litości, zwalałem z nóg uderzeniem poduszki, więc efekty bywały różne, ale starsi bracia dawali radę. Za to Wnuk-III jako najmniej mobilny i najmniej rozumiejący, że może się polać krew, często dostawał przypadkowo, oczywiście, łokciem, kolanem lub dłonią od któregoś ze swoich braci, rzadziej od dziadka, który starał się na malucha uważać. Rozlegało się wtedy wycie, które mogłoby trwać nie wiedzieć, jak długo, ale Wnuk-III szybko się orientował, że szkoda na nie czasu, skoro bracia i dziadek nic nie robiąc sobie z jego stanu nadal się miotają, walczą i tłuką. Więc bardzo szybko wracał i pchał się do rozróby. Do następnego wycia... 
Trzeba przyznać Synowej, że nigdy w trakcie kolejnych wyć Wnuka-III, nie wpadała do pokoju i nie interweniowała. Może rozsądnie powstrzymywał ją Syn hołdując zasadzie, że trochę krwi tylko chłopa wzmocni. 
 
Po I Posiłku pisałem. W trakcie zadzwonili Syn i Synowa. Podstawowa wieść była taka, że nadal bardzo  chętnie do nas przyjadą. Ale...
- jutro o 20.00 syn ma wizytę u dentysty, przyspieszoną o tydzień względem planowanej, bo jednak dziąsło lub szlag wie co mocno go bolało,
- Wnuk-II ma wstawione śrubę/śruby (nie wiedziałem i nie wiem, o co chodzi i wolę sobie nie wyobrażać) pod przyszły aparat ortodontyczny i w takim stanie jutro z kolegami ze skautów jedzie na Hel, więc dobrze byłoby go wyprawić, a wraca w niedzielę. 
- Większość czasu spędzą w pociągu... - zauważyłem.
- Tato, a tobie w ich wieku to by przeszkadzało?... 
W związku z tym oboje by przyjechali do nas w sobotę do południa, a wyjechali w poniedziałek do południa, bo Wnuka-III czeka w poniedziałek wyrywanie dwóch ósemek. A może jednej?... I tak wkoło Macieju... 
Z innych istotnych wieści to ta, że Teść Syna odzyskał władzę w nogach, wszystko odbyło się według sztuki i być może wypiszą go jutro lub pojutrze. Wieści o drugim dziadku uzupełnił za jakiś czas Wnuk-I, który zadzwonił do mnie z życzeniami.
- Jest całkiem normalny, kontaktowy i ocenił swoje samopoczucie na dostateczny plus... - Wnuk-I łapał konwencję.
Rozmawialiśmy o sesji egzaminacyjnej. A jest różnie, bo chociażby to, co wydawało się, że poszło mu dobrze, okazało się nie całkiem takim.
- Ale ekologię to pójdę reklamować, bo z niej, uważam, jestem bardzo dobry, znam się, tylko ten system jest głupi!... 
Tedy otrzymałem komplet życzeń, od ośmiorga Wnuków. No, nieźle... 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko.
 
PIĄTEK (23.01)
No i dzisiaj wstałem o... 04.40.
 
Wczoraj po serialu Żona naopowiadała mi historii o dawnych ludziach, którzy spali na dwie raty. Nie wiedziałem, skąd je wzięła, ale  czy to ważne?... Wiedziałem, że bzdur by mi nie opowiadała.
- Gdy, na przykład, o 04.00 czuli się wyspani, to wstawali. - A ponownie kładli się spać na dwie, trzy godziny w okolicach 13.00-14.00. - Coś jak ty czasami, ale w większej skali. - Obecne spanie, "do budzika", jest wytworem cywilizacyjnym... - "Trzeba" spać do czasu wstawania przed pójściem do pracy, bo gdyby wstawało się wcześniej, to co tu robić z czasem?... - No i w południe nie ma szans na spanie... 
Bardzo mi zaimponowało, że niespodziewanie jestem mądry mądrością dawnych ludzi. 
Więc dzisiaj szeptem poinformowałem Żonę, że wstaję, że jest 04.40, żeby się nie dziwiła, a w razie czego to sobie jeszcze pośpię w południe. Wiedziałem, że ją tym szeptem wybudzę i że od razu w temacie będzie przytomna, bo tak ma.
- No tak, wczoraj ci naopowiadałam...
- Dobranoc... - przerwałem potencjalny dłuższy wywód, co ją tylko rozśmieszyło i  chyba bardziej rozbudziło.
Oczywiście od razu "słyszałem" Justusa Wspaniałego, gdybym opowiedział mu całą historyjkę A kto ci takich bzdur naopowiadał?! - Żona?! - od razu wiedziałby kto. - Ha, ha, ha! 
Reszta poranka przebiegła standardowo. Po rozruchu pisałem, nawet przytomnie. A Żona wstała normalnie, jak współczesny człowiek, zdaje się, bo trochę jeszcze spała, a trochę słuchała audiobooka.
 
Praktycznie cały dzisiejszy dzień spędziłem na pisaniu, żeby się wyrobić. Przerwy były poświęcone tylko posiłkom, noszeniu bierwion, wyjściu do Biedronki i godzinnemu spaniu zgodnie z systemem pierwotnych ludzi.
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek serialu Lepko. Serial zakończył się w sposób "otwarty" przewidujący swoją fabułą ciąg dalszy. Ale, jak napisałem wcześniej, producenci zrezygnowali z kontynuacji po pierwszym sezonie. Chyba dlatego, że był głupkowaty, a główni bohaterowie takimi ciamajdami i jonaszami. Jednak, gdyby (jakby?!) była kontynuacja, być może oglądalibyśmy właśnie przez to niewyobrażalne ciamajdostwo i jonaszostwo. Bo one na swój sposób wciągały.
(pomijając kontekst biblijny „Być jak Jonasz” oznacza w znaczeniu potocznym bycie osobą przynoszącą pecha lub kłopoty otoczeniu, przy czym samemu wychodzi się z nich bez szwanku). Wypisz, wymaluj...  
(Szwank <z niem. Schwankung> to rzadziej używane, książkowe słowo oznaczające szkodę, krzywdę, uszczerbek, stratę, często odnoszące się do zdrowia, honoru, reputacji lub jakości, występujące głównie we frazeologizmach takich jak "doznać szwanku", "narazić na szwank", czy "wyjść bez szwanku", podczas gdy pochodne "szwankować" <np. "zdrowie szwankuje"> jest bardziej powszechne, oznaczając niedomaganie, psucie się, czy złe funkcjonowanie)
 
SOBOTA (24.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
 
Świadomie, na alarm.
Musiałem do meczu Igi, do 09.00 wyrobić się z pisaniem i z innymi porannymi sprawami, no a potem należało się spodziewać przyjazdu Syna i Synowej. Chociaż ich przyjazd był niepewny aż do momentu,  kiedy (jak?!) nie pojawią się w drzwiach. Ich silnia jest mordercza. Wczoraj wieczorem, już w łóżku, gdy (jak?!) Żona się upewniała pytaniem To jutro przyjedzie Syn i Synowa? odpowiedziałem, że nie wiadomo właśnie argumentując w ten sposób. Zgodziła się.
Z pisaniem do meczu Igi byłem na bieżąco. Mogłem więc przy I Posiłku oglądać spokojnie. Iga wygrała 2:1 z Anną Kalinską (Rosja), ale emocji w sobie nie miałem, bo to ciągle nie ta Iga. 
W trakcie korespondowałem z Synową i oddzielnie z Synem. Jego gnębiłem pytaniami, czy już zapakował do bagażnika Pilsnera Urquella. Po ostatnim takim moim pytaniu nie wytrzymał:
- Chryste Panie... 
Pamiętam z katechizmu, że nie należy Pana Boga wzywać nadaremno. Ale "Panie" napisał dużą literą, a nie z dużej litery...
- Gdy (jak?!) będzie w bagażniku, zamilknę!
Sam mi mówił, żebym przed wyjazdem mu przypominał. 
Synowa zaś dopytując o różne rzeczy napisała:
- (...) wszystkie znaki na niebie wskazują, że przyjedziemy. 
Przy czym opisywała, co działo się po drodze i co sumarycznie pokonali. 
Ale dopóki nie staną w drzwiach... 
W końcu Syn napisał:
- PU w bagażniku 
Prawdopodobieństwo przyjazdu wzrosło. 
Kolejny sms informował, że wystartowali i powinni być o 13.30. Przyjechali o 13.40. Ufff!
 
Syn od razu wjechał na podjazd, bo goście powyjeżdżali na wycieczki, a po wniesieniu bagaży pojechaliśmy na bezpłatny parking, żeby wymienić ich auto na nasze.
Po wielu podejściach moich i Syna w końcu przywiózł mi wreszcie moją skrzynkę Pilsnera Urquela.
- Ale, tato, uzupełniłem jej stan, bo tak głupio mi byłoby wręczać ci ją z kilkoma pustymi miejscami.
Puste miejsca wzięły się stąd, że za ostatnim moim pobytem u Wnuków, trochę ją uszczupliłem. 
Oczywiście od razu zacząłem oprowadzać po domu Synową. To znaczy łazili za mną wszyscy. Ale skoncentrowaliśmy się tylko na dole i na naszej górze. Piwnice, ogród, no i apartamenty zostawiliśmy sobie na później. I tak wystarczająco było co opowiadać.
- A ja myślałam, że nie ma już takiej osoby z rodziny, czy spośród naszych bliskich znajomych, której byś nie oprowadził... - Żona skomentowała ku uciesze Syna i Synowej. - A tu taka gratka!...
I od razu  wręczyliśmy z Żoną prezent - ... stalową patelnię. 
 
Dość wcześnie wybraliśmy się do Lokalu z Pilsnerem II, bo wszyscy nagle zgłodnieli. Myśleliśmy z Żoną, że to będzie spore i miłe doświadczenie dla Syna i Synowej, a okazało się, zwłaszcza ku mojemu zdziwieniu, że oni wolą bardziej takie swojskie klimaty. Co do wystroju wnętrza i kuchni. A myślałem, że Syna znam.
To nie oznaczało, że czas spędziliśmy nieciekawie, a potrawy im nie smakowały. Wręcz odwrotnie. Ale przede wszystkim liczyło się towarzystwo, wspólne przebywanie i aura.  Oczywiście od razu naszej kelnerce przy wejściu szepnąłem, że dzisiaj przyszliśmy z moim synem i synową. Przy zamawianiu Syn uważał za stosowne napomknąć o naszych koligacjach rodzinnych, a usłyszawszy od pani Już wszystko wiem trochę się załamał. 
 
W domu Syna natychmiast dopadł ból głowy. Po analizie stwierdziliśmy, że to przez wino, które wypił. On raczej, jeśli pije alkohol, to sporadycznie i w śmiesznych ilościach. A tu nie dość, że  otrzymał sporą lamkę  czerwonego wytrawnego chilijskiego, które zgapił od Żony, bo mu posmakowało, to jeszcze zrobił to w proporcjonalnie krótkim czasie. Czyli otrzymał prawie dosis letalis.
Ale po pół godzinie spania w Bawialnym był jak nowy. Mogliśmy zagrać w kierki. Niestety, Syn, jak zwykle, był czwarty. Na przestrzeni gier jest tym faktem ciągle zniesmaczony, sfrustrowany i nie rozumie, dlaczego tak się dzieje, skoro on taki brydżysta... Ja byłem pierwszy, Synowa druga, Żona trzecia.
Zrobiło się późno, jak na nas, ale daliśmy się chętnie wciągnąć w gadki. W końcu jednak o 22.30 poszliśmy na górę. Dzieci spały w bawialnym.
Nawet jeszcze trochę poczytałem. 
 
NIEDZIELA (25.01)
No i dzisiaj wstałem o 08.30.
 
Też tak potrafię, jeśli (jak?!) trzeba. 
A trzeba było, bo Dzieci przyjechały na urlopik, na wypoczynek i trzeba było dać się im wyspać. 
Na Blogowych (wszyscy!, co mnie u Dzieci pozytywnie zaskoczyło) i na gadkach zeszło do 11.00. 
Ciekawe, bo ani Synowa, ani Syn nie byli głodni. 
Około 11.00 wyjeżdżali goście z dołu. Poszedłem się z nimi pożegnać i od razu, już na drugim stopniu o mało się nie wyglebiłem, bo nocna mgła była się skropliła i to skroplone natychmiast zamarzło.
Zgrozą było w takich warunkach jechać. Więc z tego powodu Dzieci musiały zmienić poposiłkowe plany i zrezygnować z wyjazdu, aby zwiedzić Orańskie Miasteczko, Tyrolską Wieś, Uzdrowisko II, III lub IV. Oczywiście nie wszystko naraz, bo by się nie dało, ale, o dziwo, mimo że chcieli coś zwiedzić, równocześnie nie palili się do wyjazdu. Ślizgawica temat zamknęła.
Pozostała wersja pod tytułem "ich spacer", większy lub mniejszy, na który wybrać się chcieli, jak najbardziej, a jednocześnie się do niego nie palili. A czas płynął na koncentracji życia przy kuchni emanującej rozleniwiającym i demoralizującym ciepłem.
 
I Posiłek zjedliśmy bardzo późno. My to pal diabli, ale jak się zmieniło Synowi i Synowej... Tłumaczyli, że to przez te syte Blogowe. Ja im zrobiłem po twarożku, a Żona wszystkim jajecznicę na kiełbasie. I tym bardziej rozleniwieni nie kwapili się na jakiś spacer. Po co, skoro w domu aura pod każdym względem była miła.
Gdy wyjechali goście z góry, mogłem podjąć dalsze oprowadzanie Synowej. Ale oczywiście i Syn, i Żona snuli się za nami. Po czym zeszliśmy do podziemi, do piwnic. A tych ci u nas bezlik i to był przedmiot szczególnej zazdrości i westchnień Synowej Gdyby u nas chociaż jedna taka... Bo ich dom nie jest podpiwniczony. Stosunki wodne uniemożliwiają.
Niedługo potem wszystko stało się jasne i Syn, i Synowa nie mogli dłużej się okłamywać. Żadnych głupich spacerów i wycieczek, skoro przy cieplutkiej kuchni, z żywym ogniem, można było sobie tak pogadać. 
 
Jednak po II Posiłku przygotowanym przez Żonę, Synowa wyszła z domu. Bo niedziela i msza św. o 17.00. Twarda sztuka! Syn zaś zaległ na godzinę w górnym apartamencie, w którym mieli dzisiaj spać, bo dalej usuwał dosis letalis.
Spotkaliśmy się w Stylowej. Taki zlot gwiaździsty. Synowa z kościoła, my z domu. Nasza droga była wystarczająca, aby Syn doszedł do siebie całkowicie. 
W Stylowej pustki, co Żona kocha, a mnie było trochę smutno, że tak bez życia. Dzieciom to zdaje się nie robiło różnicy, chociaż ogólnie Syn woli ciszę, bo ma nadwrażliwość słuchową (hiperakuzja) i często się zdarza, że słysząc zbyt dokładnie i za wiele z tego, co się wokół dzieje, zakłada korki do uszu. 
(hiperakuzja to nadwrażliwość słuchowa polegająca na obniżonej tolerancji na dźwięki o normalnym natężeniu, które są odbierane jako nienaturalnie głośne, nieprzyjemne, a nawet bolesne
Wieczorem ponownie zagraliśmy w kierki, bo Syn musiał się odkuć. I nawet w pewnym sensie mu się udało, bo był drugi. Przełamał wreszcie klątwę IV miejsca. Ja byłem znowu pierwszy, Synowa trzecia, a biedna Żona... W trakcie gry dorzuciłem jej króla kier, za 150 pkt. Kto zna grę, ten wie, jakie to było świństwo.
 
Na górę, jedni i drudzy, poszliśmy o 23.00. Ale zasnąłem sporo po tej godzinie, bo jeszcze czytałem.    A więc, nie jest jeszcze ze mną tak źle... 

PONIEDZIAŁEK (26.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Mogłem tak wcześnie, bo Dzieci spały w górnym apartamencie, więc poranny rozruch odbył się w psychicznym komforcie. Nikomu nie przeszkadzałem i nikogo nie budziłem. 
Żona pojawiła się na dole godzinę później. A Dzieci?  Miały wstać o 08.30, a jeszcze o 08.50 na górze panowała  głucha cisza. 
 
O 06.54 napisał po Morzach Pływający.
Ale jazda. Szklanka na drodze, a służby drogowe śpią. Nawet pociągi mają opóźnienia. W Swoim Świecie Żyjąca jedzie do sąsiedniego miasteczka, ale pociągiem. (zmiany moje)
Pocieszyłem go, że u nas jest to samo. Rano, w ramach rozruchu, schody prowadzące do Tajemniczego Domu posypałem popiołem. Pamiętając co się wczoraj działo przy pożegnaniu gości, nie chciałem kusić losu. Zabawne, bo za chwilę pojawiło się słońce, temperatura dobiła do +4 i szklanka się roztopiła. 

Pierwsza zeszła Synowa. Musiała się już u nas dobrze czuć, skoro ranek zaczęła w swoim domowym rytmie pitno-jedzeniowym robiąc sobie różne rozruchowe napoje. Syn się pojawił za dobre pół godziny. Nie śmiałem go budzić, chociaż wczoraj wieczorem deklarował, że dzisiaj koniecznie(!) muszą wstać o 08.30, bo trzeba(!) wyjechać o 10.30 ze względu na warunki drogowe i na to, żeby zdążyć odebrać z rehabilitacji Wnuka-III i zawieźć go do dentysty na rwanie dwóch ósemek, a potem... 
Obudziła go żona. Reszta przebiegła gładko -  Blogowe i I Posiłek, u Dzieci dwuczęściowy. Nawet udało się przeprowadzić trzecią część oprowadzania Synowej, czyli zejść we dwoje do ogrodu, zobaczyć Bystrą Rzekę i szklarnię.
Oczywiście czas przy gadkach przeciekał między palcami, ale i tak udało się Dzieciom wyjechać o 10.45.
A mnie nawet udało się obejrzeć ostatniego gema meczu między Igą, a Australijką Maddison Inglis. Iga wygrała 2:0, czego wcześniej byłem pewny,  jak również tego, że Iga w ćwierćfinale odpadnie, bo ostatnio tak ma. A, gdy (jak?!) zobaczyłem, że zagra w nim z Rybakiną, stawiałem niczym AI - 80% na Rybakinę, 20% na Igę.
Gdy (jak?!) byliśmy w trakcie przygotowywania górnego apartamentu (nagle jakaś para z dwójką dzieci zdecydowała się uzupełnić wyrwę w naszym wynajmowalnym kalendarzu i przyjechać), napisała Synowa, że właśnie odebrali Wnuka-III I jedziemy dalej. Kamień z serca.
 
Po południu pojechałem do Uzdrowiska w sprawach - zakupy, biblioteka, zawiezienie prania. Po powrocie pisałem. 
Po II Posiłku czekaliśmy na gości. Najpierw mieli przyjechać o 14.00, potem napisali, że będą o 17.00-18.00, a potem napisali, że o 18.30. Byli o 18.45.
Wyszedłem wcześniej przed dom, żeby gości od razu dobrze pokierować, ale mimo mojego machania ręką auto zaparkowało na płatnym parkingu. Z samochodu wysiadła pani, lat około 40, szczupła, sposobem bycia i energią przypominająca mi Córcię. Łapała wszystko w lot i przyjmowała różne informacje jako coś oczywistego i normalnego, ani się nie dziwiła, ani "oburzała", ani protestowała. 
Za to ja się zdziwiłem widząc tylko trzy osoby, czyli ją i dwóch synów.
- A myślałem, że będą cztery osoby... - Żona nawet przygotowała cztery komplety pościeli...
- Nie, dlaczego? - zrobiła to tak, że pytanie nie było pytaniem.
- A ta rejestracja, oprócz tego, że ze Stolicy, to skąd?
- Stolica Śródmieście.
- O, czyli nie mieszka pani na Żoliborzu?
- Dlaczego?... - powtórzyła pytanie w specyficzny sposób.
Ta forma pytania, to taka skrótowa, młodzieżowa, może korporacyjna, podszyta zdziwieniem z wyczuwalną negacją, która rzeczywiście zaraz po tym następuje, forma w którą nie wkłada się zbyt dużo wysiłku. Mistrzem w takiej reakcji jest Wnuk-II.
Bo przecież mogłoby paść A dlaczego pan pyta?, albo A dlaczego  pan tak uważa? albo nawet mniej grzeczne A skąd ten pomysł?
- No, bo tam mieszka Ten Pan. - wyjaśniłem.
- Właśnie mieszkamy na Żoliborzu, auto nieprzerejestrowane, a oni mają szkołę 150 m od tego Pana. -śmiała się, ale w swój wyważony, stonowany sposób. 
 
Z auta wygramolili się młodzieńcy. Jak się okazało, jeden siódmoklasista, drugi piątoklasista. Z wielkim trudem przyszło im się przedstawić. Jak dobrze, że okrzepłem przy wnukach w tym wieku.
- A jacy jesteście z matematyki? - zacząłem standardowo... - Bo chciałem wam zadać zagadkę. 
Ponieważ coś dukali pod nosem, matka wzięła w swoje ręce odpowiedź.
- Dobrzy, niech pan spróbuje...
- To ile to jest 2+2x2?
- 6 - obaj odparli natychmiast i równocześnie. Ale ułamek sekundy wcześniej najpierw wyrwał im się z ust stłumiony śmiech - suma pobłażania, lekceważenia, kpiny, nonszalancji, ironii, zadufania, zuchwalstwa, braku ogłady i szacunku, i arogancji nawet. Miałem za swoje. Krótko mówiąc - wyszedłem na starego idiotę. Takiego zgreda...
Resztę spraw związanych z wprowadzeniem przejęła Żona, a ja wróciłem do pisania. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała trzy razy jednoszczekiem. W środę rano, oczywiście wtedy, gdy Pani o niej zapomniała i Piesek tkwił na tarasie pod drzwiami. A w piątek dopadło mnie to samo. Zapomniałem o Piesku tylko na chwilę i natychmiast, gdy (jak?!) tylko sobie przypomniałem, rzuciłem się do drzwi. Było jednak za późno. W połowie drogi dopadł mnie natrętny, lampucerowaty jednoszczek. W poniedziałek zaś zapomnieliśmy o Piesku oboje. Głęboki, lampucerowaty dźwięk nie pozostawiał wątpliwości.
Godzina publikacji 20.54.
 
I cytat tygodnia: 
Wątpliwości nie są przeciwieństwem wiary - są jej elementem. - Paul Tillich (niemiecki teolog i filozof, po 1933 działający w USA, uznawany za jednego z najbardziej wpływowych myślicieli protestanckich XX w.)
To tak dla zaakcentowania pobytu Syna i Synowej u nas w Tajemniczym Domu.