poniedziałek, 19 stycznia 2026

19.01.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 47 dni.
 
WTOREK (13.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.30. 
 
Po porannym rozruchu zabrałem się za cyzelowanie wpisu. I rozpocząłem nowy. Takie życie blogera.
Wczoraj wieczorem, jakby nawiązując podświadomie do opisywanych przeze mnie niemożności i różnych ustaleń odbywających się w mękach, odezwała się Pasierbica. Kubson jednak zdecydował się na wyjazd na jakiś obóz w drugiej połowie ferii. A to by oznaczało, że w planowanym czasie Krajowe Grono Szyderców nie zawita do nas przywożąc Robaczki i to by oznaczało, że nie będzie Q-Wnuków u nas przez cały planowany i oswojony już przez nas tydzień. W "zamian" padła propozycja, że Robaczki przyjechałyby do nas 28. stycznia (należałoby po nie pojechać), a rodzice odbiorą je 1. lutego.
Oczywiście nie ma sprawy. Nawet w sytuacji, w której Gołąbeczki przyjadą 30. stycznia, a wyjadą        1. lutego. Z kolei termin przyjazdu Gołąbeczków wziął się stąd, że ten weekend się zwolnił. Bo pierwotnie miała w nim przyjechać Córcia z dziećmi i z Rhodesianem. Ale już po "pewnym" (od słowa "pewność") ustaleniu terminu "przypomniała" sobie, że ma studniówkę, więc przyjedzie 2. lutego.
 
Wszystko to rozumiem, bo takie jest teraz współczesne życie. Nadmiar! Ale moje zrozumienie nie oznaczało, że dalej brnąłbym w kolejne ustalenia, bo mógłbym wykończyć się psychicznie. Żeby zminimalizować powstające natychmiast we mnie zmęczenie i poczucie żmudnego i ciężkiego popychania spraw przyjąłem strategię "Ja się dopasuję do wszystkiego", a Żona od razu podjęła się ustalania wszelkich szczegółów wiedząc, że gdybym to robił ja, to dopiero by zaiskrzyło, a wynikiem byłby chaos, no i ciężka atmosfera. A przecież wszyscy mają dobrą wolę i chcą, aby było przyjemnie. 
Najgorsze jest więc to, że do niczego, do żadnych ustaleń nie można się przywiązywać, a z czymś takim trudno jest mi funkcjonować, bo nie mam opanowanej sytuacji, a o tym, co się ze mną wtedy dzieje, już pisałem.
Gdzie te czasy, przecież jeszcze nie tak całkiem odległe? Nie mówię nawet o XIX wieku, czy przełomie na XX, a na pewno nie o czasach wcześniejszych. Mówię o czasach mojego dzieciństwa. Wszelkie ustalenia rzadko kiedy podlegały zmianom. Jeśli nawet, to naprawdę na skutek poważnych okoliczności - choroby, śmierci. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Co to był za komfort, skoro tak poważna rzecz, jak choroba trafiały się jednak rzadko, a tym bardziej śmierć. Listy, tam i z powrotem, często tylko dwa, napisane odpowiednio wcześnie, nawet kilka miesięcy przed planowanym faktem, były wiążące i święte.
Wiem, inne czasy i brak wówczas tylu różnych możliwości. Ale odnoszę wrażenie, że w obecnych, "szybkich",  ten nadmiar dostępnych możliwości oraz pewność natychmiastowego skontaktowania się (telefony, smsy, maile, messengery, whatsappy, skype'y i chyba inne komunikatory, o których nie mam zielonego pojęcia) spowodowały łatwość umawiania się i jego bylejakość, czyli posiadanie trwale już wdrukowanej świadomości, że w razie czego, łatwiutko da się wszytko odwołać, zmienić. Bo o co chodzi?!
 
Przed I Posiłkiem pisałem, a zaraz po nim poszliśmy we troje na urokliwy, bo zimowy, biały i o jednominusowej temperaturze spacer do Uzdrowiska Wsi. Gdy wróciliśmy, przygotowywałem się do odgruzowania na 100% (!) (Kolego Po Morzach Pływający). Do górnej, gościnnej łazienki przeniosłem wszystkie niezbędne akcesoria, dogrzewałem ją, a czas oczekiwania na właściwą temperaturę poświęciłem na noszenie bierwion.
W trakcie odgruzowywania się Córcia przysłała dwa budujące zdjęcia. Jej Subaru wyraźnie leżało w rowie, równolegle do osi jezdni, która była jedną wielką szklanką. Tekst też był budujący.
- Taki miałam dzisiaj poranek w drodze do pracy:) 
To wszystko znaczyło, że żyła, a sądząc po ustawieniu auta, które jednak głęboko do rowu nie wpadło, że raczej nic się jej nie stało. 
Zadzwoniła za jakiś czas od razu na wstępie pękając ze śmiechu. Okazało się, że nie był to śmiech nerwowy, którym odreagowuje się stres i spadek adrenaliny, tylko rzeczywiście sumarycznie nic się zupełnie nie stało. No, może tylko tyle, że na pierwszą lekcję nie zdążyła, ale drugą prowadziła już normalnie. 
Była mniej więcej w połowie drogi do szkoły jadąc na szklance 36-40, gdy z naprzeciwka zaczął się zbliżać samochód jadący środkiem szosy, który nie miał zamiaru nic zrobić z tym stylem jazdy, tu zjechać na swój pas. Za kierownicą Córcia ujrzała panią 50+, która kurczowo trzymała się kierownicy wyraźnie modląc się o przetrwanie i która niczego wokół nie rejestrowała. To taki typ kierowcy, w 100% płci żeńskiej, który dodatkowo w czasie jazdy całe ciało ma maksymalnie pochylone w stronę kierownicy, w zasadzie doń przylega, a wszystko po to, żeby oczy mieć jak najbliżej szyby i żeby móc dostrzec drogę metr, dwa przed prowadzonym autem, żeby jak "najwcześniej móc dostrzec niebezpieczeństwo". Rejestracja wszystkiego powyżej 5 m od auta odpada. Zgroza. Według mnie gorszym kierowcą od opisanej może być tylko facet 70+ jadący w charakterystycznej czapce z daszkiem, a jeszcze gorszy jadący w kapeluszu. Takich należy omijać szerokim łukiem, a jeśli jadą w tym samym kierunku, starać się jak najszybciej wyprzedzić na dużej prędkości, żeby manewr ograniczyć czasowo do minimum minimorum.
Dlatego zimą, bardzo szybko zdejmuję w aucie czapkę, w zasadzie, gdy jeszcze nie ma szans na żaden powiew ciepła, narażając się na przeziębienie tylko po to, żeby inni kumaci kierowcy nie złorzeczyli i nie posądzali mnie o drogową dupowatość. Wystarczy wygląd świadczący o wieku, więc po co sobie jeszcze dokładać?...
 
Córcia, według jej relacji, popełniła błąd, który na szczęście wiele jej nie kosztował, a był niezłym doświadczeniem i nauką. Gdy się zorientowała, że dojdzie do zderzenia, zamiast zjechać na pobocze i zatrzymać auto, owszem zjechała, ale jechała dalej. Prawe koła miały lepszą przyczepność niż te lewe, na szklance, autem zarzuciło, Córcia zaczęła walczyć i kontrować kierownicą tańcząc z autem na drodze i starając się uniknąć zderzenia z którymkolwiek z drzew. To się jej udało, ale chyba na skutek chwilowego rozluźnienia za mocno odbiła kierownicą, auto zatańczyło, obróciło się o 180 st. i na swoim pasie w zasadzie zsunęło się do rowu.
- Na skutek manewrów praktycznie wytraciłam prędkość, więc wpadka do rowu była łagodna. 
A kobita? Niczego nie zarejestrowała i pojechała dalej. Zgroza!
W tym wszystkim prawdziwym szczęściem było to, że w tym momencie nic z naprzeciwka nie jechało.
 
Za chwilę zatrzymało się dwóch gości. Ocenili, że tu nic nie pomoże, tylko traktor, bo połowa auta leżała na sporym spadku. Jeden z nich miał znajomka, który obiecał Córci, że przyjedzie Ale to potrwa z pół godziny, bo jestem w pracy. Córcia była dumna z siebie, po pierwsze ze swoich manewrów i braku spotkania z drzewem, a po drugie, że była przygotowana na przyjazd traktora mając hak i linę. Facet wyciągnął ją w sekund pięć i wziął 5 dych Bo wie pani, tylko za paliwo, bo mnie z niego w pracy rozliczają, a o reszcie nie mówmy.
Od razu wróciły nam wspomnienia z Naszej Wsi, kiedy to w różnych trudnych sytuacjach mogliśmy liczyć na pomoc wszelkich sąsiadów, a często  ludzi zupełnie sobie nieznanych. To taka naturalna, pierwotna pomoc Bo dzisiaj ja tobie, jutro ty mi
Córci nic się nie stało, autu też kompletnie nic (nawet żaden plastik nie pękł lub się wgniótł). 
Co w tym wszystkim było jeszcze ważne? W aucie nie było dzieci. Akurat przypadł tydzień, w którym zajmował się nimi ojciec. 
 
Po II Posiłku obejrzeliśmy do końca W chmurach. Jedną istotną scenę pamiętaliśmy, więc tak nami nie wstrząsnęła, jak za pierwszym razem. Z powtórnego obejrzenia mieliśmy przyjemność.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki serialu Słowo na R. Wczoraj oglądaliśmy tylko jeden, w jakimś sensie świadomie, bo stwierdziliśmy, że dzisiaj poważnym rzutem na taśmę temat zamkniemy. Bo ostatnie odcinki zaczęły już nas mocno dołować,  a ile można?... Przy czym to nie miało żadnego związku z poziomem filmu. Był bardzo dobry, tylko ta fabuła...
Serial zakończył się logicznie, inteligentnie, miło i ładnie. Dwa ostatnie słowa tchną strasznym banałem i pozornie wymową swoją są w całkowitym konflikcie z zakończeniem, ale jednak dobrze oddają finał. Byliśmy bardzo ciekawi, jak twórcy serial zamkną. Zrobili to, jak na tę tematykę, lekko, a przede wszystkim uniknęli łzawej i nieznośnej ckliwości. 
Laura Linney w swojej roli była świetna i bardzo przekonująca, ale to jej filmowemu bratu (John Benjamin Hickey) przyznałbym Oscara. Ciekawe, bo serial, mimo tematyki, był z gatunku komediowych, z ciekawymi scenami i dialogami (prawie w każdym odcinku się obśmiewaliśmy), a to zasługa reżysera, scenarzystów i aktorów. Polecamy.
 
O 18.51 napisał Po Morzach Pływający. 
Smoczek / Toyota W Swoim Świecie Żyjącej/ po wymianie oleju i przeglądzie u mechanika.
Wreszcie będzie mogła nią jeździć.
Ja na krótkim wypadzie Głusza Leśna, Czaplowe Miasto, Nasze Miasteczko, Okno Na Świat i na odwrót....
Wymyślili kolejny kurs który w zasadzie nie ma sensu zwłaszcza, że wykładowcą był marynarz, a nie psycholog..chociaż z drugiej strony trudno określić kto z nich ma więcej do powiedzenia o nękaniu i mobbingu w sektorze morskim.
W sobotę wybieramy się na koncert noworoczny do Naszego Miasteczka, a w niedzielę będę towarzyszył W Swoim Świecie Żyjącej w podróży Smoczkiem w tamtym kierunku. Powrót pociągiem. Skoro jestem w wieku 60+ to czemu nie skorzystać ze zniżek.
Jutro ma padać deszcz i może być ciekawie na drogach. No to tyle w temacie zimy na północy
PMP (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Zainteresował nas temat mobbingu morskiego. Poprosiłem o wyjaśnienie Tylko, błagam, zrozumiale i w skrócie. To przysłał szeroką, oficjalną definicję mobbingu, ale na szczęście po ludzku dodał: To samo co na lądzie tylko z dodatkiem "sektor morski". (pis. oryg.) 
 
ŚRODA (14.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.10.
 
Efekt bez budzika. Zupełnie się tym nie przejąłem.
Dziwne, bo po porannym rozruchu ani nie pisałem, ani nie siedziałem nad onanem sportowym, a czasu sporo ubyło. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale sporo poczytałem sobie o ... Australii i o ... Steve Jobsie. Potem jednak już pisałem.
 
Po I Posiłku miałem problemy żołądkowe. Takie na całą godzinę. W przeciągu ostatniego tygodnia już drugi raz. Z toalety wyszedłem wyżęty. I to tyle. Odnotowuję tylko ze względów kronikarskich, a nie żeby wchodzić w szczegóły z merytorycznym rozważaniem i dzieleniem włosa co najmniej na 8. Nie przeszłyby mi przez klawiaturę. Od tego jest Żona. Od razu zabrała się za moje zapiski, które prowadzę od 4. listopada na skutek jej sugestii.
Są w niej zawarte pozycje dotyczące tego, co danego dnia jadłem i piłem. 
Zapiskami się nie chwaliłem, a Żona o nie nie dopytywała. 
- O?! - zdziwiła się, gdy podsunąłem jej dwa kalendarze z porządnie codziennie prowadzonymi notatkami. - A ja myślałam, że tylko skończyło się na moim gadaniu...
Nawet się nie oburzyłem. 
Jednak pozwoliłem sobie wyjątkowo na analizę. Głośno, żeby Żona słyszała. Wnioski były następujące:
1) fundamentalny, który powtarzam od zawsze - "Jeśli chodzi o mój układ pokarmowy, to żeby się coś w nim zmieniło, musiałbym urodzić się od nowa."
Pamiętam, że miałem z nim jaja już od ... przedszkola, czyli już wtedy zarejestrowałem na tyle coś strasznego, że zapadło mi to głęboko w pamięci. I tak mam przez całe życie i nie wydaje mi się, aby w tym szczególe mojego układu pokarmowego coś się zmieniło, chociaż w innych na skutek działań Żony zmieniło się wiele i oczywiście pozytywnie. 
Żona na moje często powtarzane " musiałbym urodzić się od nowa" zawsze reaguje alergicznie dając mi brutalnie do zrozumienia, że większych głupot to w życiu nie słyszała.
- Ty nawet nie wiesz, ile osób ma takie problemy! - Na pęczki można liczyć... - Ty nawet nie wiesz, ile ja o tym czytam!...
Nie wiem, ale jednocześnie wiem. To taki paradoks wynikający z faktu, że przecież codziennie Żony nie przepytuję, co i o czym czyta, ale jednocześnie ją znam i wiem, że czyta. 
Ja jednak wiem swoje. Bo kto ma wiedzieć, jak nie ja?...
2) już ósmy(!) dzień nie piję nie to że Pilsnera Urquella, ale nawet Zatecky'ego. Tu już nawet dziecko wyciągnie prosty wniosek, jak może to być szkodliwe dla układu pokarmowego dorosłego mężczyzny, w sile wieku, który swoje potrzeby ma. 
Ten wniosek akurat Żonę ubawił.
Miała jednak wstępnie swoje, tak na poczekaniu. Ostatnio zacząłem popijać mleko. Nie wiem, co mi odwaliło. Żeby piwo zamienić na mleko? To nie miało szans dobrze się skończyć. Poza tym Żona postanowiła z powrotem do zestawu soli wprowadzić Mg (oprócz Na i K), ale dzienną porcję podzielić na dwie raty. 
 
Gdy po rumianku odzyskałem siły, zabrałem się za noszenie bierwion, a potem za odśnieżanie podjazdu. Jutro mają przyjechać na dół goście, pierwsi od 7. stycznia i muszą w komforcie parkować. Co prawda o godzinie 14.00 było +2, śnieg zaczął wyraźnie się topić, ale hołduję zasadzie Jeśli masz liczyć na kogoś (na coś), to licz na siebie. Chociaż zewnętrznych schodów odśnieżać nie musiałem, bo były czyściutkie. +2 zrobiło swoje.
Od jutrzejszego dnia goście będą już obecni praktycznie bez przerw do 25. lutego. Dalej kalendarz jest pusty. Wiemy, że marzec będzie dziadowski.
 
Po II Posiłku zrobiłem miesięczne papiery. I oddałem się onanowi sportowemu. Coraz mniej jest do czytania.
Wieczorem zaczęliśmy oglądać kolejny amerykański serial Biuro z lat 2005 - 2013. Zachęciły nas pozytywne opinie, takie sympatyczne i  ciepłe. Poza tym było 9 sezonów, 214 odcinków, co prawda góra półgodzinnych, ale to wszystko dawało Żonie, i przy okazji mnie, spokój na kilka miesięcy.
Postanowiliśmy od razu obejrzeć dwa, żeby wyłapać atmosferę. I ją wyłapaliśmy. Będziemy szukać czegoś innego...
Tak to jest z anonimowymi recenzjami czy opiniami w Internecie. Nigdy się nie wie, kto je wystawia i z kim ma się do czynienia. Po obejrzeniu doszliśmy do wniosku, że wszystkie te opinie musiały wystawić osoby trzydziestoletnie, maksymalnie czterdziestoletnie, wychowane już na współczesnych mediach, w tym na "wysublimowanym" poczuciu humoru prezentowanym przez współczesne "kabarety". Zacytuję co lepsze, obiektywnie dla czytającego wydawałyby się prawdziwe, chyba dla piszącego również, ale subiektywnie. Wszędzie pisownia oryginalna:
- Długo się przekonywałem. Pierwszy nie zachęcał, ale drugi kupił moje serce. Sam pracuje w sprzedaży w korpo i to jest takie true. 
- Ma swoje ups and downs, ale mimo wszystko zapada w pamięć i uzależnia.(...)
- Podręcznik każdego korposzczura
- najlepsze co mi się w życiu przytrafiło
- niezawodny antydepresant, będę wracać
- idealny dla zabicia czasu i pośmianie się
- Creme de la creme świata komedii. Oglądanie po raz trzeci, to tylko kwestia czasu
- that's what she said 
- To nie serial, to życie
itd., itd.
Szczególnie ta ostatnia mnie ubawiła. 
I stwierdziliśmy, że warunkiem anonimowego wypowiadania się na jakikolwiek temat w Internecie powinno być umieszczenie przy wypowiedzi swojego wieku. Ale później, gdy przyjrzałem się wnikliwiej opiniom, dostrzegłem przy każdej malutkie, koliste zdjęcie, na które klikałem. I na tej podstawie musiałem zweryfikować wiek wpisujących - 25 - 40 lat. Że też tego wcześniej nie zrobiliśmy!
Zmęczył nas słowotok, ciągle na podwyższonym poziomie hałasu, zamierzonym zapewne, ale takim, że gdy nawet po kilku minutach od wyłączenia telewizora wracałem z łazienki, ze zgrozą uświadomiłem sobie, że on ciągle w mojej głowie jest.
Dodatkowo uświadomiłem sobie, że chyba zaczęła mnie męczyć klaustrofobia, bo rzecz działa się w jednym biurze, ciągle w tej samej scenografii i tak chyba miało być do końca. Ale to oczywiście mój indywidualny odbiór. 
- I jeszcze w porównaniu do serialu, który wczoraj skończyliśmy oglądać, ten wydaje się przerażająco płaski!... - Żona wbiła serialowi gwóźdź  do trumny.
No, cóż, trzeba obiektywnie powiedzieć, że gra aktorów była bez zarzutu, zwłaszcza Steve'a Carella, zamysł twórców na pewno świadomy i niekierowany do nas.
Tedy do następnej próby. 
 
CZWARTEK (15.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Na skutek dodatkowych ponadnormatywnych porannych obowiązków. Nawet w tym celu włączyłem alarm na 06.00.
Obowiązki polegały na spisaniu stanu trzech liczników - prądu, gazu i wody. Robię to raz dziennie, a gdy wydaje się po wielu dniach takiego spisywania, że złapałem średnią zużycia, pewną logiczną powtarzalność, to przestaję się w to bawić. Na podstawie tych zapisów mniej więcej wiemy, ile czego zużywamy dobowo, gdy nie ma gości, i odpowiednio interpretujemy wskazania, gdy są. A jeszcze robimy to wnikliwiej, gdy są na górze i na dole. Do tego dochodzi ich liczba, zmienna przecież, ale na skutek naszego doświadczenia daje się ustalić jakiś algorytm. 
Algorytm oczywiście szlag jasny trafił, gdy temperatury spadły do -15, -16. 
("szlag jasny trafił" jest silnym przekleństwem i wyrazem frustracji, które wywodzi się od starego germanizmu "szlag" <od niem. Schlag, oznaczającego "cios", "uderzenie"> i pierwotnie odnosiło się do nagłej, niespodziewanej śmierci <udaru mózgu, apopleksji>, stąd znaczenie "niech cię szlag trafi!" <niech cię nagła śmierć spotka>, by z czasem ewoluować w dzisiejsze potoczne frazy typu "coś szlag trafił" <coś się zepsuło>. "Jasny" dodaje intensywności i podkreśla nagłość lub siłę gniewu)
I, gdy już łapaliśmy nowy, temperatury złośliwie wróciły do zera (wczoraj nawet +2), stąd postanowiliśmy zagęścić pomiary do dwóch na dobę. Dlatego ta 06.00... I będziemy łapać od nowa. Nudzić się nie da.
Dodatkowo rano w dolnym apartamencie zadałem sterownikowi wyższą temperaturę, bo dzisiaj przyjeżdżają goście. A Gość w dom, Heizung do góry, że będę się trzymał słownictwa naszych germańskich braci (oksymoron?). 
 
Przed I Posiłkiem zrobiłem swoje w dolnym apartamencie. A po nim, po I Posiłku, pojechałem w Uzdrowisko na zakupy. Nie ruszałbym z garażu Inteligentnego Auta, ale dwie skrzynki Socjalnej i jedna Zatecky'ego nie pozostawiały wyboru. Po ciężkich doświadczeniach z mlekiem postanowiłem wrócić do piwa.
Ledwo wyprowadziłem auto z garażu, gdy naprzeciwko, na płatny parking zajechało auto.
- My, zdaje się, do państwa...  - zagadała młoda dziewczyna, gdy jej matka, jak się później okazało, pozostała przy aucie. - Jesteśmy trochę wcześniej, ale może już można?...
- Oczywiście, zapraszamy, tylko wyprowadzę auto i już państwa przyjmujemy...
I zawołałem Żonę, która się zszokowała, bo goście deklarowali przyjazd 14.00-15.00, a było południe. 
Jako profesjonaliści byliśmy ze wszystkim gotowi.
Córka lat 26 (wypytałem, bo myślałem, że ma 20), więc rodzice odpowiednio starsi, tacy w okolicach pięćdziesiątki. Cała trójka sympatyczna, na luzie, kulturalna i jednocześnie z filingiem. Kumata, nierobiąca żadnych problemów. Nasza.
 
W sklepach wiało pustką, jakby było tuż po inwentaryzacjach. Żona zmarkotniała, gdy telefonicznie co rusz ją informowałem, że nie ma tego, czy tamtego. Postanowiliśmy jutro jechać do City. Nawet Socjalnej nie mogłem kupić, bo z powodu choroby "mojej" młodej pani budka była zamknięta. Ale Zateckey'ego dostałem bez problemów. Po powrocie przyssałem się do niego przy onanie sportowym i przy pisaniu. 
W trakcie zadzwonił Syn. Okazało się, że sesja fotograficzna w poniedziałek jest aktualna.
- Tylko, tato, musi się odbyć rano, w okolicach 09.30. - Bo potem Wnuk-I ma poprawkę z chemii, ostateczny termin, i musi zdążyć.
Gamoń jeden, miał dziadka do korepetycji, nie skorzystał, całe liceum czołgał się i ledwo zaliczył, a teraz to samo na studiach.
Syn zamartwiał się, jak ja w kontekście spotkania klasowego wszystko to sobie zorganizuję. A sprawa była prosta. Jeśli (jak?!) spotkanie klasowe w Rodzinnym Mieście się odbędzie, to po nim szybko wyjadę do Metropolii (pociągów jest bez liku), a stamtąd do Gminy Sypialni Dzieci, skąd odbierze mnie Syn (pociągów jest bez liku). Jeśli (jak?!) do klasowego spotkania nie dojdzie, to w niedzielę pojadę prosto do Wnuków. Tak czy owak u nich przenocuję, by rano... - reflektory, kamery, flesze... Szkoda, że nie będzie mikrofonów!...
Swoją drogą podziwiam Syna. Żeby tak przeczołgać biednych Dziadków przez całą Metropolię do Sypialni Dzieci na "jakąś" sesję zdjęciową?... Przy czym nie mówię o sobie. Bo dla mnie to ciągle wielka przygoda!...
Żeby sobie zorganizować najbliższe dni i wiedzieć, na czym stoję, zadzwoniłem do Kolegi Kapitana. 
Obaj się uśmialiśmy, bo Kanadyjczyk I milczy niczym zaklęty i całą naszą klasę trzyma w szachu. Żadnych wieści. Więc chagiewu? Młodszym wyjaśniam - chgw to chuj go wie!
 
I tak zeszło do II Posiłku - pisałem i przygotowałem logistykę wyjazdu i powrotu do Wnuków i z powrotem. 
Wieczorem rozpoczęliśmy oglądanie serialu kostiumowego Bridgertonowie z lat 2020-24. Zaskoczyło mnie, że to produkcja amerykańska. Żona nawet się zdziwiła, że chcę kostiumowy.
W połowie zacząłem zasypiać. Nie protestowała, ale zaczęła, gdy stwierdziłem, że ja tego serialu mogę nie oglądać. 
- Bo ile można patrzeć na te coroczne podchody matrymonialne, na czekające córki, jak jakiś towar na rynku, na kolejnego kandydata na męża, całą otoczkę tylko tego jednego problemu arystokracji XIX-wiecznej Anglii (1813 rok) ? - Poza tym trochę głupawo się ogląda, kiedy królowa jest czarnoskóra i jeden z książąt również. - Trudno podejrzewać Amerykanów, żeby aż tak nie znali historii, chociaż u nich w tym względzie, jak i w temacie geografii jest różnie, często bardzo śmiesznie... - pozwoliłem sobie na przydługi wywód.
Pod pewnym naciskiem Żony obiecałem jej, że jutro obejrzę do końca pierwszy odcinek i cały drugi, a potem się zobaczy. 
 
PIĄTEK (16.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
 
Po porannym rozruchu "odkryłem" maila od Texanki. Przyszedł o 02.27. U nich to 19.27, a może 20.27. 
O jak to miło usłyszeć , że "tęsknisz za moimi wieściami". Mam dziwne odczucia , że ostatnio w Kraju nikt nie czeka na wieści z "nienawidzonej Ameryki " kierowanej przez "tyrana Trampa". My emeryci żyjemy tu w pełnym komforcie, mamy ubezpieczenia zdrowotne, materialne zabezpieczenie, jeszcze dobre zdrowie i nawet wspaniałą ciepłą pogodę. Nie ma śniegu jak w Uzdrowisku ale temperatury powyżej 20 stopni C. A więc wygodne życie..... Czasami są podobne stresy jak u Was np. z urzędem podatkowym tj. IRS. W Texasie nie ma podatku stanowego , rozliczamy tylko podatek federalny. Emerycie, bardzo cenię sobie Twoje uwagi dotyczące języka polskiego, książek i innych spostrzeżeń. Bywa, że czasem oglądamy to samo na Netflix. Pozdrawiam i trzymajcie się zdrowo. (zmiana moja, pis. oryg.) 
Od razu Texance odpowiedziałem, aby, gdy wstanie dzisiaj rano, miała "co czytać". A to spowodowało, że przetrzepałem wiele wieści ze stron zza oceanu i się doedukowałem filtrując je zdroworozsądkowo.
 
Dzisiaj są urodziny Lekarki i Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Z samego rana wysłaliśmy im życzenia z obietnicą, że pod wieczór zadzwonimy. 
Wieczór Trzeźwo Na Życie Patrząca miała zajęty (uroczysta kolacja w lokalu), więc zasugerowała rozmowę o 13.00.
Jeszcze przed I Posiłkiem pojechaliśmy do City na zakupy. Sprawiliśmy się w 1,5 godziny z jazdą tam i z powrotem. Same korzyści - mało ludzi, aut i cały potrzebny towar zdobyliśmy.
 
O 13.00 zadzwoniliśmy do Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Była w domu, czyli w pracy. Przekazaliśmy wiele ciepłych życzeń trochę różniących się wydźwiękiem między moimi a żoninymi. Bo ja, na przykład, życzyłem, między innymi, żeby została babcią, jeśli taka wola, nie wcześniej niż za 10 lat, chociaż wcześniej straszyłem ją, że tylko patrzeć, jak nią zostanie (O Swoim Pokoju Marząca ma lat 16, Nieszablonowo Myśląca -14). Żona, jako kobieta, poważna i podchodząca do sprawy realistycznie, ale też optymistycznie i jako starsza, informowała solenizantkę, że przypływ lat u kobiety, wbrew durnym mediom i reklamom oraz różnym ciotkom i babciom, jest fajny, bo wiąże się z  różnymi korzyściami, przede wszystkim natury psychicznej. O nieuchronności przybywania tychże się nie rozmawiało, bo i po co.
Gwałtem się rozłączyliśmy, gdy się okazało Właśnie w drzwiach stanął Konfliktów Unikający z naręczem kwiatów... Do głowy nam nie przyszło, żeby w takim momencie sobą przeszkadzać. Tak tkwić między wódką a zakąską... 
Tu wytłumaczę moją konfabulację. Otóż Konfliktów Unikający stał z bukietem(!) kwiatów (słowa solenizantki), a naręcze to tak sobie dodałem. Jaka różnica? Odsyłam do etymologii słowa "naręcze". 
I od razu zastrzeżenie - broń Boże wartości tego bukietu nie deprecjonowałem. 

Przed 15.00 wybrałem się do naszego Urzędu Miasta i Gminy. Chciałem złożyć deklarację na ten rok dotyczącą wysokości opłat za śmieci. Trochę się z tym opóźniałem, ale uważałem, że stało się nic
Dzisiaj dodatkowo się opóźniłem, bo urząd był czynny do 14.00. Tak krótko tylko w... piątki.
- Ale w środy jest czynny za to do 17.00... - poinformowała mnie sympatyczna pani, na oko 40, która pojawiła się w zamkniętych drzwiach, w których przed chwilą pocałowałem klamkę. - A ja się dzisiaj trochę zasiedziałam... - wyjaśniła, nie wiedzieć po co.
Chyba, żeby do mnie zagadać i żeby potencjalną moją irytację zdławić lub przekierować, też nie wiedziałem, dokąd. A ja wcale się nie zirytowałem, bo to nasz obecny najlepszy urząd (wcześniej takim był w Powiecie). Nawet, gdy pani pokazywała mi tabliczkę na drzwiach z wypisanymi godzinami urzędowania i gdy nawet zaczęła mi je po kolei odczytywać.
Z kim oni (urzędnicy) muszą mieć do czynienia, z jakimi petentami, że tak muszą?...
- Tak, właśnie ją przestudiowałem... - przerwałem jej. - Dziękuję. 
Wydawało mi się, że powiedziałem to w sposób sympatyczny. A przynajmniej się starałem.
Pani jednak nie dawała za wygraną.
- Będzie pan musiał przyjść w poniedziałek... 
Z kim oni (urzędnicy) muszą mieć do czynienia, z jakimi petentami, że tak muszą?... Zaznaczam, wybrałem się nie na menela.
Mogłem zareagować: A właśnie, że przyjdę we wtorek! lub Napraaawdę?!...
- Tak, przyjdę. - Mieszkam niedaleko, taki sympatyczny spacer, dla zdrowia. 
Ta reakcja wybiła panią z torów, zbiła z pantałyku. 
("Wybić z pantałyku" <lub częściej "zbić z pantałyku"> to frazeologizm oznaczający zdezorientowanie kogoś, wprawienie go w zakłopotanie, odebranie pewności siebie, wybicie z rytmu, zmieszanie. Pochodzi z języka rosyjskiego, gdzie oznaczało sprowadzenie kogoś z <dobrej> drogi, a pierwotnie mogło mieć związek z grami w palanta <patołękę>, gdzie "zbić z pantałyku" oznaczało wybicie piłki, by zdezorientować przeciwnika.)  
Coś zaczęła niewyraźnie mówić pod nosem idąc do swojego auta i dopiero zareagowała z ulgą, gdy usłyszała To miłego weekendu!...
- Nawzajem! - usłyszałem. 
Może po prostu starała się przez cały czas być miła?... - myślałem. 
Taką wersję przyjąłem.
 
Po II Posiłku zadzwoniliśmy z życzeniami do Lekarki. Ubawiłem ją, bo najpierw dzwoniąc odbiliśmy się od zajętości i irytującego komunikatu dla obecnych debili Abonent jest chwilowo zajęty! Zadzwoń później! I bez tego nakazu "postanowiłem" zadzwonić, skoro z Lekarką chcieliśmy się skontaktować.
Ale Lekarka nas uprzedziła i oddzwoniła.
- Ale to tak nie wypada...  - natychmiast zareagowałem - ... żebyś ty do nas dzwoniła, żebyśmy my tobie złożyli życzenia. - To może się rozłączmy i my za chwilę zadzwonimy.
- Ach, przestań! ... i dalej nie mogła już kontynuować, bo ze śmiechu dostała ataku kaszlu, który za chwilę został wyjaśniony. 
- Przepraszam was, ale zdaje się, że mam uczulenie na sierść kotów.
No to niedobrze. Trzeba będzie, gdy (jak?!) tylko się ociepli, pozbyć się dwóch młodych z przedpokoju, bo inaczej trudno będzie żyć.
Przy okazji, pierwszy raz, co nas zszokowało, rozmawialiśmy o Synu Lekarki i o jego różnych uczuleniach i w różnym stopniu natężenia. Zupełnie o tym nie wiedzieliśmy.
Przy składaniu życzeń rozmowa nieuchronnie pobiegła w stronę przyszłego roku, kiedy to Lekarka nabędzie emerytalne prawa. Nie wiedziałem, skąd mi się wzięła świadomość, że po przejściu na emeryturę chciałaby pracować w hospicjum.
- A w życiu! - Nie wytrzymałabym psychicznie! - Popracuję sobie w przychodni, nawet chętnie, ale ze trzy dni w tygodniu, może po 5 godzin dziennie. - Na przykład we wtorki, środy i czwartki. - Wtedy takie długie weekendy można by wykorzystać na wyjazdy, odpoczynek, można by zaplanować jakieś prace ogrodnicze...
Życzyliśmy jej tego z całego serca. Żeby nie psuć urodzinowej aury, nie pouczałem jej, żeby nie przeznaczała tego wolnego czasu na cotygodniowe sprzątanie, a zwłaszcza na mycie okien. Bo potrafi... Chociaż z wiekiem nabywa rozumu i powoli zwalcza w sobie tę kompulsywność. I zdaje się, że je myje "tylko" raz w miesiącu.
(kompulsywność to psychologiczna cecha polegająca na przymusowym, powtarzalnym wykonywaniu czynności lub myśleniu o nich, mimo świadomości ich irracjonalności i chęci powstrzymania się, często w celu zmniejszenia silnego lęku związanego z obsesyjnymi myślami.)
Justus Wspaniały w tym czasie siedział tradycyjnie o tej porze dnia w mainstreamie i chłonął papkę. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy pierwszy odcinek serialu... Lepko. Kanadyjski z 2024 roku. Okazało się, że pierwszy sezon zawiera 6 odcinków, a drugiego nie będzie i historia nie będzie dokończona?... A dotyczy... syropu klonowego. Prawie na pewno obejrzymy.
Wzdychałem z ulgi, gdy Żona sama z siebie go zaproponowała.
- A bo trochę poczytałam o Bridgertonach i rzeczywiście całość może być taka, jak pierwsza połowa pierwszego odcinka. - A tego  nie dałoby się wytrzymać... 
 
O 20.40 napisał Po Morzach Pływający. 
Jutro ruszamy do Naszego Miasteczka na koncert noworoczny który odbędzie się na Zamku.
W roli głównej wystąpi szef  W Swoim Świecie Żyjącej czyli były burmistrz Czaplowego Miasteczka, a zarazem dobry kolega W Swoim Świecie Żyjącej i Czarnej Palącej.
Będziemy oglądali koncert z loży VIP😁tzn z balkonu.
W niedzielę odprowadzam Smoczka W Swoim Świecie Żyjącej do Naszego Miasteczka. Wbrew pozorom praca bibliotekarki oraz posiadanie kota jest bardzo absorbująca i czasochłonna.
Za tydzień gra Orkiestra i chyba też ponownie pojedziemy do Naszego Miasteczka na finał.
Spytasz czemu nie w Czaplowym Miasteczku. Odpowiedź jest prosta. Obecna Pani burmistrz ma w sobie tyle ciepła co kawał lodu w środku zimy.
Bydlak Najmłodszy robi postępy w swoim zachowaniu. Teraz przerabiamy temat " co zrobić, żeby Bydlak Najmłodszy nie zjadał gości?" Pierwszy trening zakończył się sukcesem. Gość przeżył, a  następnie  został całkowicie zignorowany przez Bydlaka Najmłodszego..
Teraz szukamy kolejnych ochotników.... W przyszłości wykorzystamy  kurierów, listonosza, pracowników MPO, a nawet policję oraz niczego nieświadomych mieszkańców sąsiedniej wsi.
PMP 
(zmiany moje, pis. oryg.)
 
Uśmiałem się i trochę... pogubiłem. Zwłaszcza z tym odstawianiem Smoczka. Nie skumałem, o co tu chodzi z tą smoczkową logistyką. A jeśli chodzi o Bydlaka Najmłodszego, to nie wiem, jak to będzie w przyszłości z wjazdem i wejściem na posesję. Bo Bydlak Starszy (już nie żyje) i Bydlaczka Młodsza nas znały i nie było problemu. A ten jest nieokrzesany...
Fakt, że Orkiestra będzie grała w Naszym Miasteczku zrobił na mnie wrażenie. A może znowu się pogubiłem?...
 
SOBOTA (17.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
I zareagowałem na wczorajszego maila Po Morzach Pływającego informując go, że trochę się  pogubiłem. Rano odpisał: 
W każdym mieście jest finał, finał finałów oczywiście w Stolicy.
Przecież to takie proste 😁 
(zmiana moja)
Byłem mu wdzięczny za wyjaśnienie. Jednocześnie dopadły mnie myśli, chyba pozytywne To dobrze, że jestem tak wyautowany i dobiegają mnie ze świata szczątkowe informacje. Jaka korzyść dla zdrowia...
 
Goście z dołu wyjechali przed 10.00.
- A bo nie chcemy męczyć kota i jedziemy prosto do domu. - wyjaśniła pani na pożegnanie. 
Mieli ze sobą rudzielca, dachowca, którego ani razu nie widziałam. Żona zdążyła go dostrzec w transporterze informując mnie, że to taki Garfield.
Od razu zabrałem się za wstępne sprzątanie, a po I Posiłku za gruntowne. Gdy skończyłem dół (jutro przyjeżdżają na ponad tydzień kolejni goście, para), po przerwie dobrałem się do góry. Tam z kolei przyjedzie w poniedziałek na cały tydzień czteroosobowa rodzina. Nice!... Działałem z wyprzedzeniem w świetle mojego niedzielnego wyjazdu, żeby na Żonę spadły tylko jej obowiązki.
Zrobić dwa apartamenty jeden po drugim, to trochę roboty jest. Spracowałem się. 
 
Szykowałem się w jakimś sensie do jutrzejszego wyjazdu. Przygotowałem kartkę wyjazdowo-logistyczną, żeby niczego nie zapomnieć zabrać i zacząłem przygotowywać Żonie dane do rozliczeń z US. Miałem zamiar na jednej kartce, w jednym miejscu zebrać wszystkie istotne pozycje dotyczące wielu kupen(!) oraz sprzedaży nieruchomości w ostatnich latach. Ponieważ nie mogliśmy się dogadać z panią z citizańskiego US, problem przekażemy doradczyni podatkowej w Metropolii, ale najpierw Żona musi przygotować się do rozmowy na bazie właśnie mojego zestawienia.
Rozmawiałem też z Synem, żeby wiedzieć jakie bilety i na które godziny mam kupić. Tak się złożyło, że potrzebowałem tylko bilet na pociąg do Metropolii na jutro, a na poniedziałek powrotny z Metropolii Flixbusem. W obu dniach miotanie się pomiędzy Metropolią a Sypialnią Dzieci załatwi Syn, który będzie się miotał najpierw jutro z Wnukiem-IV, a w poniedziałek z Wnukiem-I. A ja wraz z nimi.
Dopiero po tych ustaleniach Żona mogła mi wydrukować bilety. 
 
Po II Posiłku obejrzeliśmy w bawialnym Misery z 1990 roku według Stephena Kinga. Oczywiście to nie to samo oglądanie co za pierwszym razem, gdy wszystko trzymało w napięciu. Teraz mogliśmy poświęcić więcej uwagi grze Kathy Bates (wtedy przerażająca do szpiku kości), która za tę rolę otrzymała Oscara.
W świetle jutrzejszego wyjazdu wieczór filmowy na tym się skończył.
 
NIEDZIELA (18.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu  od razu zabrałem się za zestawienie. Wczoraj nie  skończyłem. Gdy się z nim uporałem, reszta poszła gładko. Naniosłem zapas bierwion, spakowałem się, odgruzowałem (45%), by po I Posiłku wyruszyć o 10.20 na dworzec. Pociąg miałem o 10.50.
Tym razem Żona mnie nie odprowadziła z racji obowiązków. 
 
PONIEDZIAŁEK (19.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
W Uzdrowisku byłem o 14.30. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy.
W tym tygodniu Berta we wtorek rano zrobiła kilka razy Puff!. Był to moment, gdy wracała z siku i zatrzymała się na górze na ostatnim stopniu nie wchodząc na taras. Tylko wpatrywała się ze swoim komicznym ułożeniem głowy, paszczy i uszu (pełna koncentracja) w zamknięte drzwi. Czasami ma takie odbicia, że potrzebuje zachęty, komendy, aby coś zrobić, co normalnie robi zawsze i bez wysiłku.
Obserwowałem ją zza zasłony w Bawialnym mając świadomość, że mnie nie rejestruje, i postanowiłem tak stać do upadłego wiedząc, że mogę się "przejechać", bo w tym względzie, takiej kociej cierpliwości, Piesek wśród piesków nie ma sobie równych. Żona tłumaczy zawsze tego typu jego "cierpliwe" zachowanie, świadomością Pieska o swojej masie, która w każdym aspekcie jest trudno poruszalna. 
Ale ja wiem swoje. Wynika to z jego bezwzględnej inności, w tym z jego pierdołowatości. 
Liczyłem na mróz i się nie omyliłem czując, że jednak pokona on tę immanentną cechę. 
Bertuś zdecydowała się w końcu wejść na taras i zatrzymać się przed drzwiami. Ruszyłem w tę samą stronę. Oboje zsynchronizowaliśmy się idealnie. Bo, gdy Bertuś stwierdziła, że wyda z siebie natarczywy jednoszczek, w tym momencie dostrzegła Pana, więc głos jej ugrzązł w gardle na tyle, że z tego zrobił się taki półjednoszczek, pizdusiowaty, bo anemiczny. Ale Pieskowi zaliczyłem.
W czwartek jednoszczek słyszała Żona, gdy była na górze i zapomniała o Piesku. Na jej wyraźne życzenie ten jednoszczek też odnotowuję. 
Z kolei w sobotę jednoszczek wyciągnął Żonę z górnego apartamentu, który przygotowywała, a mnie z górnej łazienki. Spotkaliśmy się na półpiętrze patrząc na siebie zdziwieni. Zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy ujrzeliśmy Pieska u podnóża schodów. Jaki czort? Ale "Jaki czort" trwał ułamek sekundy, bo błyskawicznie uświadomiliśmy sobie, że to pora żwaczka. A oboje Państwo o takiej porze zniknęli na górze!
W poniedziałek, w okolicach południa, gdy byłem jeszcze nieobecny w domu, a Pani szykowała górny apartament, Piesek znowu u podnóża schodów jednoszczekiem się przypomniał. Tym razem Pani nie wiedziała za bardzo, dlaczego. Bo pora żwaczka jeszcze nie nadeszła, a przecież nikt Pieskowi nie zabraniał iść na górę, jeśli chciał. Jednak Pani widocznie musiała Pieska zawołać, a przede wszystkim pokazać się w drzwiach, które na jakiś czas zamknęła na głucho. No i Piesek od razu "rączo pomknął" na górę.
Godzina publikacji 17.39.
 
I cytat tygodnia:
Żałuję, że trzeba całego życia, żeby nauczyć się żyć. - Jonathan Safran Foer (amerykański pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów z Bielska Podlaskiego)