poniedziałek, 12 stycznia 2026

12.01.2026 - pn - dzień publikacji 
Mam 75 lat i 40 dni.
  
WTOREK (06.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu cyzelowałem ostatni wpis. 
Sporą część ranka zakłócał Fafik. Wyraźnie ponadwymiarowo, szczególnie irytująco. Żona chciała, abym poszedł do Sąsiadów z Lewej i coś z tym zrobił. A co ja miałem zrobić mając takich sąsiadów i w kontrze do nich takiego Fafika, skoro wcześniej zostało ustalone, że będą go wypuszczać nie wcześniej niż o 08.00? A dzisiaj tak było. Wiedziałem, że raczej nie umiałbym sobie poradzić, mogłoby być coś wypisane na mojej twarzy, czego nie dałbym rady ukryć i czego wolałbym uniknąć. Zaparłem się, że nie pójdę i oczywiście zaczęło iskrzyć.
W końcu Żona się ogaciła (było -10) i wyszła w szlafroku. Według jej późniejszej relacji Sąsiadka z Lewej też wyszła w szlafroku, zabrała Fafika i go zamknęła. Okazało się, że Sąsiedzi z Lewej musieli po wczorajszej imprezie zaspać, to znaczy ponownie, bo porannie go wypuścili, ale z powrotem "zapomnieli" go zabrać. 
Nastała piękna cisza. Ostatecznie iskrzenie zelżało, by całkowicie zniknąć i mogliśmy wrócić na poranne tory.
 
Goście z góry, ci od owczarka podhalańskiego, wyjechali przed 11.00. Pożegnaliśmy się w cywilizacyjnych standardach, miło i uprzejmie, ale bez ochów i achów. Owczarek też się znalazł, bo z wnętrza auta co rusz rozlegało się basowe dudnienie.
Zaraz po tym zjadłem I Posiłek i chyba on spowodował, że ogarnęła mnie senność. Godzinę spędziłem na górze w sypialni. Tak dla picu wziąłem ze sobą  książkę, ale przeczytałem może ze dwie strony.
Goście z dołu, ci od kampera, wyjechali zaraz po 13.00. 
Tu przy pożegnaniu miło         
między nami zaiskrzyło. 
A wydawałoby się, że nie było powodów, bo tak samo, jak ci z góry, przebywali u nas dwie doby i tak samo przez ten czas w ogóle się nie widzieliśmy. Musiałem wszystko to zrzucić na ich i nasze otwarte umysły, aurę Tajemniczego Domu i emanację ciepłych fluidów od gospodarzy. Staliśmy więc na mrozie przed domem i rozmawialiśmy o filozofii życia z kamperem, bo to nas ewidentnie interesowało. A goście czuli, że to nie jest z naszej strony taka zdawkowa uprzejmość, więc się rozkręcili powoli wchodząc w świranctwo. Tak jest z każdym człowiekiem, gdy dotykasz jego pasji lub gdy rzecz dotyczy ciężkich przeżyć powiązanych z traumą.
Wstępnie ogarnąłem dwa apartamenty. 
 
W międzyczasie zadzwoniła Trzeźwo Na Życie Patrząca. Zareagowała na moją wczorajszą smsową prośbę. Ponieważ nie odbierała telefonu, poprosiłem, żeby oddzwoniła, ale uprzedziłem, że to nic takiego i żeby się nie strachała. 
Z powodu rozmowy z kamperowcami oddzwoniliśmy znacznie później niż za moje " 5 minut". Ale temat udało się z nią i z Konfliktów Unikającym przegadać, chociaż w początkowej fazie rozmowy w Trzeźwo Na Życie Patrzącej dawało się wyczuć pewną niechęć przy jednoczesnym wzdychaniu. Bo rzecz dotyczyła jej 45. urodzin, które będzie obchodzić(?) 16. stycznia. Nawiasem mówiąc również tego dnia swoje urodziny będzie obchodzić (?) Lekarka. 
Bez wiary zaproponowaliśmy, aby ten czas, ten weekend spędzili u nas. I od razu natknęliśmy się na niemożliwości, bo każdy ma swoje życie i zgranie poszczególnych żyć jest trudne. Tu okazało się, że  O Swoim Pokoju Marząca została zaproszona przez swojego chłopaka na studniówkę i w tej sytuacji  Trzeźwo Na Życie Patrząca wolałaby zostać w Metropolii, żeby zdalnie trzymać rękę na pulsie. Wcześniejszy weekend, najbliższy, z kolei kręglowo ma zajęty Konfliktów Unikający. A znowu w kolejny O Swoim Pokoju Marząca idzie ze swoim chłopakiem na osiemnastkę jego kolegi.
I tak dzieci rozwalają życie towarzyskie swoich rodziców. A myślałem, że tylko posiadane zwierzaki, z powodu których często nie można ruszyć się z domu. 
Gołąbeczki miały więc pierwszy wolny weekend, w który chętnie przyjechałyby do nas, pod koniec stycznia. A wtedy bodajże ma przyjechać Córcia z wnukami. Potem zaś Robaczki, więc się zaczyna. 
I w ten sposób może się zrobić koniec lutego. 
 
Po II Posiłku postanowiliśmy na dole obejrzeć jakiś film. Próbujemy w ten sposób zaakcentować niedziele lub świąteczny dzień. Wybór padł na Jay Kelly, amerykański z 2025 roku. W rolach głównych George Clooney i Adam Sandler. Dość szybko zaczęliśmy się męczyć i było kwestią czasu, że z oglądania zrezygnujemy. A po rozmowie z Synem i z Synową do filmu nie wróciliśmy.
Rozpoczęliśmy inny amerykański, Kocha, lubi, szanuje (Crazy, Stupid, Love) z 2011 roku. Żona twierdziła, że na pewno go oglądaliśmy, co prawda dawno, ale nie na tyle, żeby nie pamiętać, dlatego nie brała go pod uwagę. Ale gdy się okazało, że ja praktycznie niczego nie pamiętam ( w trakcie oglądania odkleiły mi się tylko dwie drobne sceny), zaczęliśmy oglądać. Był to bardzo miło spędzony czas. Bo film lekki, zabawny, ze świetnym aktorstwem. Grały gwiazdy - Steve Carell, Ryan Gosling, Julianne Moore, Emma Stone, Marisa Tomei, Kevin Bacon. Ale do gry pozostałych aktorów, w tym młodych, nie można było mieć zastrzeżeń.
 
Syn zadzwonił, żeby poinformować o pozębowym stanie. Bolało go to rozorane miejsce.
- Ale, tato, gdybym nie znał poprzedniego bólu, to teraz bym cierpiał. - Ale tamten ciągle pamiętam...
Z możliwych weekendów, w czasie których mogliby do nas przyjechać w styczniu na dwie noce, został tylko jeden - 23-25. Za dużo różnych uwarunkować, zwłaszcza z ich strony, bo ciągle ta silnia.
Ale przyjechać chcą, bo pomijając walory Uzdrowiska, chociaż w ich sytuacji pominąć takiego aspektu się nie da, i nikt by nie chciał, muszą zregenerować nadszarpnięte siły utracone w grudniu - ząb, gorączki Wnuków, święta i życie. Poza tym Synowa nigdy u nas w Uzdrowisku nie była, a próba przyjazdu w lipca 2024 (!) roku spełzła na niczym. Bo znowu silnie i życie.
 
Wieczorem na górze obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R
 
ŚRODA (07.01)
No i dzisiaj wstałem o 04.55.
 
Wszystko przez United Cup i przez mecz Polski z Holandią. Miał go rozpocząć Hubert Hurkacz z Tallonem Griekspoorem o 00.30, potem miała grać Iga przeciwko Susan Lamens, a na końcu mikst. 
Obliczyłem, że gdy wstanę o tej porze, to spokojnie  cofnę sobie transmisję i wszystko obejrzę. Niestety na Hurkacza się nie załapałem. Wygrał 2:0 i wprowadził nasz zespół do ćwierćfinału. Mimo że pozostałe mecze nie miały już znaczenia, oglądałem. Iga wygrała 2:0, a później Kasia Kawa i Janek Zieliński pokonali duet Demi Schuurs - David Pela 2:1. Polska wygrała cały mecz 3:0, czyli idzie, jak burza. W piątek o 07.30 (super!) rozpocznie się ćwierćfinał Polska - Australia. Mecz z gospodarzami zapowiada się więc atrakcyjnie, bo wiadomo, komu będzie kibicować publika. Ale i Polaków na trybunach jest zawsze bardzo dużo. Są głośni i widoczni.
 
W trakcie oglądania zadzwoniła Córcia. Jechała do szkoły. Była bardzo zadowolona ze świąt i z Sylwestra. Wszystko ułożyło się super i dzięki temu odpoczęła psychicznie. Oczywiście było parę rodzinnych smaczków, ale nie miały one większego wpływu na sumaryczną aurę, a niektóre były nawet humorystyczne.
Nawet bóbr (poczytała, że to może być raczej para) specjalnie jej nie doskwierał, bo po pierwsze zdążyła się już przyzwyczaić, a po drugie na razie nie czyni dalszych szkód, tylko zajmuje się obróbką starej wierzby, którą wcześniej ściął. A drzewo duże, jest więc co robić. A jeśli to para, to raczej będzie się starała rozmnożyć. Może być naprawdę nieciekawie.
Ustaliliśmy ostatecznie, że Córcia z dziećmi i z Rhodesianem przyjadą 2. lutego, w poniedziałek, a wyjadą albo w czwartek, albo w piątek rano. 
 
Po sympatycznej pracy przy noszeniu bierwion zjadłem I Posiłek. Satysfakcja z niej staje się wprost proporcjonalna do spadku zewnętrznej temperatury. Od kilku poranków ciągle utrzymuje się -10, więc efekt w postaci +20 - +21 w domu (zastrzegam, na dole) jest imponujący. A dla dodania większego ducha uzmysławiam sobie codziennie, że w skali względnej pracą siedemdziesięciosześciolatka (😁) doprowadzam do różnicy aż 30 stopni.
Przy takich temperaturowych parametrach i po takiej pracy posiłek smakował szczególnie. 
Ewidentne korzyści z zimy. 
 
W południe pojechałem w Uzdrowisko w sprawach i na zakupy. 
- Socjalna podrożała 5 gr na buteleczce 0,33 l. Teraz kosztuje ładną, okrągłą złotóweczkę, nomen omen.
Pani, wobec której zlikwidowałem całe swoje negatywne nastawienie, dogrzewała się dmuchawą. W baraczku pamiętającym czasy PRL-u, który przeszedł od tamtych czasów tylko lekki lifting, baraczek oczywiście, bo PRL padł, ale tylko w 70%, niestety,  mikry elektryczny grzejnik nie mógł przy -10 wydolić.
 
- Wykupiłem za 100 zł roczny abonament parkingowy.
- To co?... - zapytałem panią - W przyszłym roku 110?... 
- Chyba tak... - odpowiedziała całkiem poważnie.
A w 2024 roku zaczynaliśmy od 80 zł. Co roku opłata wzrasta o 10, a to jest grubo ponad inflację. Ale Uzdrowisko, żeby było Uzdrowiskiem, musi być brutalne i zdzierać.
 
- Zatankowałem. Paliwo, żeby nie było wątpliwości.
- Aplikacja jest? - zapytał w stylu musztrującym młodzieniec. Chyba w takim obecnym, młodzieżowym, skrótowym, bo po co się silić na inne formy typu A ma pan aplikację? Mógł go szkolić taki gostek w wieku około trzydziestki, też preferujący skrótowość i brak podstawowych zasad savoir vivru, który postrzegałby najprawdopodobniej, gdyby wiedział, o czym mówimy, jako zawracanie głowy.
Młodziak mógł być w wieku mojego Wnuka-I, może rok, dwa starszy. Postanowiłem mu nie odpuszczać. Wyciągnąłem kartę ze słowami Jeśli to pan uważa za aplikację?...
- Płacę kartą, za fakturę dziękuję, wystarczy paragon... - za chwilę odpaliłem jednym tchem wytrącając mu z ust szablonowe pytania, "grzeczne", typu "karta czy gotówka?", "faktura czy paragon?"
Patrzył na mnie trochę nierozumiejącym wzrokiem, a trochę podejrzanie. Czuł, że coś jest nie tak, ale nie wiedział, co...
Psieje ten świat. Bez obrazy dla Pieska. 
 
- W Biedronce żadnych ekscesów nie było. No, może jeden drobniutki przy kasach samoobsługowych, przy których żywego ducha. Za to przy "normalnych"...
Kupiłem Żonie dwie paczki mandarynek bio (pomarańczy nie było), bo dostała na nie fazę. Taką, że muszę jej dzienną porcję "wydzielać", bo jak nic cała siateczka (8 sztuk) w okamgnieniu by zniknęła.
Przy skasowaniu kodu i odłożeniu na wagę usłyszałem "Nieprawidłowa waga towaru! Zabierz towar i skasuj go ponownie". Tak zrobiłem wiedząc co będzie, bo co w tak zwanym międzyczasie mogło się z wagą zmienić? Więc dalej nie reagowałem, by usłyszeć "Poczekaj na pomoc". Pan z obsługi pojawił się nawet szybko. Machnął swoim identyfikatorem i cyborg się przymknął.
- A może pan chwilę poczekać? - zachowałem się z refleksem - bo z drugą siateczką może być tak samo.
Było. Pan znowu machnął identyfikatorem. Po czym spojrzeliśmy na siebie znacząco. Psieje ten świat. Bez obrazy dla Pieska. 
 
- W pralni dostarczyłem i odebrałem pranie. W strefie "czystej", odbioru, pracowały, jak zwykle dwie panie, szefowa i jej pracownica. Obie uwijały się jak w ukropie i obie były roznegliżowane do granic możliwości, czyli do t-shirtów i leginsów, że aż na ten widok ciary szły po plecach, no i dodatkowo szły oczywiście z powodu świadomości mrozu, jaki panował na zewnątrz.
Uważałem za stosowne zauważyć miło ten fakt oprócz oczywiście złożenia życzeń noworocznych.
- A bo tyle jest pracy - zauważyła szefowa - że ciągle jesteśmy w dużym ruchu... - śmiała się.
 Nic dziwnego, skoro na przełomie tamtego i tego roku urlopy przeciągnęły się do niemożebnych granic. Najlepiej świadczyła o tym strefa "brudna", w której wory z pościelą do prania sięgały do sufitu.
Przy okazji dowiedziałem się, że od tamtego roku do ogrzewania gazowego dołączyli system na pelet Bo byśmy poszli z torbami ogrzewając gazem takie kubatury!...
 
- W Intermarche miałem kupić drobiazgi, ale odbiłem się od zamkniętych drzwi. Nawet się zdziwiłem wjeżdżając na parking, że taki pusty. Na drzwiach ujrzałem kartkę ulokowaną za szybą DNIA 07.01.2026 SKLEP NIE CZYNNY Z POWODU INWENTARYZACJI. Wyciągnąłem pisak i zacząłem po szybie bazgrać doprowadzając napis do stanu DNIA 07.01.2026 SKLEP NIE_CZYNNY Z POWODU INWENTARYZACJI. Na to nadeszły trzy panie, każda w innym wieku, wyraźnie nietutejsze, kuracjuszki.
- A co to?! - Zamknięte?! - usłyszałem najstarszą.
- Tak! - uważałem za stosowne, jako mieszkaniec Uzdrowiska, odpowiedzieć. 
- I musiało to akurat na nas trafić?! - kontynuowała. 
- Jest napisane, że dzisiaj inwentaryzacja. - nadal uważałem za stosowne poinformować, żeby nie musiały się dalej niepotrzebnie fatygować.
- A dlaczego?! - wyraźnie napastliwe pytanie skierowała już do mnie.
- A o to, to już proszę spytać właściciela, bo ja jestem takim samym klientem, jak panie. 
Wyraźnie się na mnie obruszyła sądząc po jej kolejnym pytaniu, jego formie i dalszym zachowaniu.
- A jest tu jakaś Biedronka?! - zapytała nadal napastliwie z zaakcentowaniem obrzydzenia przy słowach "jakaś Biedronka".
Ze sporym ubawieniem i z wypisaną na twarzy głupawką tłumaczyłem pani precyzyjnie, według mojego systemu Widzi pani te myjnię? To proszę ją minąć ze swojej lewej strony, po czym kilkoma schodkami wejść na teren dworca autobusowego, wejść na chodnik przy głównej ulicy i za 300 m będzie Biedronka. Sumarycznie jakieś 6 minut drogi... To nie mogło spotkać się z jej przychylnością. 
- A ty masz coś pilnego do kupienia? - zwróciła się do najmłodszej.
- Nieee...
- To pójdziemy do Żabki... - popatrzyła na mnie z satysfakcją. 
- A panie skąd są, bo ja stąd? - zapytałem przyjaźnie niczym niezrażony. 
Najmłodsza milczała, bo była najmłodsza, najstarsza emanowała ostentacyjnie milczeniem, a średnia podała największy uzdrowiskowy dom dla kuracjuszy.
- O, to super! - A z Polski to skąd?
- A to różnie... - z pewnym wahaniem kontynuowała średnia. - ... ze Stolicy, ze Wstydliwego Miasta... - ...z bardzo daleka!...
- A jakie to daleko? - Blisko, parę godzin jazdy!... - znowu wszedłem w fazę głupkowatej radości, ale szybko się zmiarkowałem dochodząc do wniosku, że panie zaczynają mieć mnie dosyć.
- To miłego pobytu w naszym pięknym Uzdrowisku! - z wielką energią zakończyłem "nasze spotkanie".
Najstarsza nie zareagowała. Bo nie będzie jej jakiś podejrzany lokals (nie byłem ubrany na menela, a jednak nic to nie pomogło) składał życzeń! Ale najmłodsza i średnia podziękowały.
Odjeżdżając zatopiłem się w myślach. Postawiłbym sporą kwotę i założyłbym się, że najstarsza musiała być ze Stolicy. 
- I się dziwisz? - Miała prawo uważać, że jesteś przynajmniej pracownikiem sklepu, skoro coś bazgrałeś na szybie. - Żeby tak wpuszczać kuracjuszy, którzy przyjechali na wypoczynek, w maliny... 
Sumarycznie rzecz biorąc to odnotowałem w sobie jakąś dziwną fazę, ledwo wyjechałem z domu, a którą przez cały czas do powrotu hołubiłem.  Mogła się wziąć ze świadomości, że miałem tyle zróżnicowanych spraw do załatwienia i każdej miałem zamiar podołać. A myśl, że w moim wieku dam radę, mnie podkręcała. Być może zewnętrzni obserwatorzy mogli to interpretować inaczej .  
 
Niespodziewanie zadzwonił Syn sprowokowany moim smsem.
- Macie koniecznie przyjechać, żeby odreagować ten cały życiowy szajs!😁 
Napisałem nie bez kozery wiedząc, że za chwilę zacznie się setka niemożliwości, które usprawiedliwią  brak przyjazdu. Wszystko na zasadzie Chętnie bym przyjechała, ale...
Bystry czytelnik, wystarczy taki po szkole podstawowej, wyłapie, że użyłem formy żeńskiej. 
Syn wiedział z różnych względów, że w lot wyłapię humorystyczny akcent wśród, było nie było, przekazywanych mi poważnych treści. Jednak będę musiał szczerze i otwarcie porozmawiać z Synową, jeśli (jak?!) uda się jej w końcu do nas dotrzeć. To co prawda zda się psu na budę przy jej charakterze, ale przynajmniej będę miał czyste sumienie jako jej teść, który dobro Synowej ma na względzie.
Wśród niemożliwości przedstawianych przez Syna była jedna, twarda, niepodlegająca dyskusji, bezwzględnie obiektywna, a tu szczególnie subiektywna i w tym nie ma żadnej sprzeczności. Ale i ona przy odrobinie dobrej woli i oczywistej argumentacji mogłaby nie istnieć.
A tematem przewodnim, jeśli (jak?!) uda się nam spotkać, będzie Robienie problemu tam, gdzie go nie ma. 
 
Do II Posiłku trochę pisałem. I zaproponowałem Żonie kolejne wieczorne oglądanie filmu, na dole, w Bawialnym.
- Ale jeśli to ma być tak codziennie, to ja się nie zgadzam. - natychmiast zareagowała. - Miało być tylko w święta i w niedziele!... - A przecież wczoraj...
- No, nie bądźmy tacy sztywni. - przyjąłem bagatelizujące stanowisko względem żoninego. - Może się przecież zdarzyć w tygodniu taki moment, że będzie nam przyjemnie coś obejrzeć na dole. - Poza tym dwa dni pod rząd to nie jest codziennie. - Gdyby to było jeszcze jutro, to tak. - Ale ja wcale nie jestem za tym. - Będziemy patrzeć na dany dzień, na wieczór, na nasz stan psychiczny i fizyczny, i na pewno nie będzie to codziennie, bo sam bym tego nie chciał.
Żona przyjęła argumenty, ale...
- Mogę się zgodzić, bo teraz wcześnie ciągle jest ciemno, taka pora roku, ale później... 
I przystąpiła do szukania tytułów. Stanęło na Kronikach portowych. Amerykański film z 2001 roku z, między innymi, Kevinem Spacey'm, Julianne Moore, Judi Dench i Cate Blanchett. Oglądaliśmy dawno, ale wiele pamiętaliśmy, zwłaszcza aurę filmu. To nam jednak nie przeszkodziło w chęci ponownego oglądania. Nie spodziewałem się jednak, a tym bardziej Żona, że pewna rzecz mi przeszkodzi. Bo w jakiejś 1/4 filmu zacząłem tracić wątek i... zasypiać.
- Śpisz?! - nagle z zaskoczeniem i oburzeniem zareagowała Żona.
- Tak... - A skąd wiesz?
- Bo się nie odzywasz! - To jest bez sensu! - Może weź się prześpij chwilę tutaj, na narożniku... - wiedziała, że, gdy wstanę, będę jak nowo narodzony.
- A może... - i zacząłem pochylać cały tułów, by złożyć głowę na jej kolanach.
- O, nie! - zerwała się, jak oparzona. - Wiem, co będzie, cały wieczór stanie się rozmamłany!...
Nie pomogło moje tłumaczenie, że gdy ostatnio, po pijaku, spałem tak w Emden w restauracji, było mi bardzo fajnie. 
- I tak byś mnie trochę posmyrała po głowie... - Tak bym się ukoił... - tylko dolewałem oliwę do ognia.
Ostatecznie przespałem w samotności na narożniku jakieś 20 minut. 
- Proponuję, ponieważ zrobiło się późno, przełożyć oglądanie na jutro. - zasugerowała Żona, na co skwapliwie się zgodziłem. 
 
Dopiero na górze, szykując się do łóżka, uzmysłowiłem sobie przyczynę mojego niespodziewanego stanu. Przecież ja dzisiaj rano wstałem przed piątą, ale to pal diabli. Już wtedy od dawna czatowałem na budzik, żeby nie dzwonił, co mi się zresztą udało, ale co się naczatowałem i nie wyspałem, to moje.
Zasrany sport! 
Z przyjemnością obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R. I spaliśmy już o 20.00.
 
CZWARTEK (08.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Na dworze panował mróz, -15 stopni. Tegoroczny rekord. W domu na dole +18,2 (33 stopnie różnicy - nieźle), a na górze? Strach pomyśleć. Rzuciłem się do intensywniejszego palenia w kuchni.
Czułem się wyspany po 10 godzinach snu, bez wiszącego nade mną budzika i zasranego sportu.
Mogłem więc od razu zabrać się za pisanie. 
W trakcie Córcia wysłała smsa, widocznie zaraz po przyjeździe do szkoły.
- Jezusicku, -17 stopni a facet dalej na rowerze. Ma chłop zacięcie :)
- Właśnie miałem Ci napisać, że u nas -15, a na dole rano +18. (...) Może byś kiedyś gościa zaczepiła i do niego zagadała?... 😁😁😁
- U mnie rano 19,5. Ale na zewnątrz -17. Mam taki plan żeby go zaczepić ale dopiero na wiosnę, jak(!)   (wykrzyknik mój) będzie trochę cieplej i jasno na dworze:)
- Mądrze z wielu względów 😁 - odpisałem (pis. oryg.)
No proszę, a myślałem, że Córcia się obruszy durnowatymi tekstami ojca. 
Przypomnę - od kilku miesięcy mijają się na trasie mniej więcej w tym samym miejscu. Facet na początku musiał złorzeczyć, że jakiś ćwok go oślepia, bo Córcia na powitanie mrugała mu światłami. Ale, gdy (jak?!) się zorientował, zaczął odpowiadać na pozdrowienia machaniem ręką i tak to trwa.
Może być ciekawie. 
 
Dość wcześnie, ku naszemu zaskoczeniu, bo jeszcze przed I Posiłkiem, zadzwonili Nowi w Pięknej Dolinie. Lekarka, jak to w czwartki, szła do pracy na 12.00. Głównym pretekstem, ale, jak się okazało, niezwykle nośnym, były mrozy i wszystko co z nimi związane, więc grzanie, temperatury, życie w ogóle, a przede wszystkim zwierzaki. Ciekawe, że na tym zeszło aż 55 minut. 
Z racji mrozów na zewnątrz, na parapecie, przygotowali kotom niezwykle ciepłe legowiska. Co więcej na noc wpuszczają dwa młode do przedpokoju, z czego te są niezwykle zadowolone i oczywiście pchają się do domu, do środka. Przy wychodzeniu z Ziutkiem i Brunem na spacer (cztery razy dziennie!, Justus Wspaniały jest dziwny!) trzeba z pieskami przejść przez przedpokój, a wtedy może być różnie, zwłaszcza z Ziutkiem, który takiego panoszenia się kotów na pewno by nie zniósł. Gospodarze rozpracowali więc rzecz logistycznie, nie powtórzę szczegółów, ale wtedy przedpokój staje się taką strefą buforową, czyli, gdy (jak?!) są w niej jedne zwierzaki, to na pewno nie ma drugich. W tych akcjach chyba muszą brać udział jednocześnie Lekarka i Justus Wspaniały. Tylko nie wiem, co się dzieje, gdy (jak?!) Lekarka jest w pracy. Ona zresztą w swojej czułości parę razy jednego z kotków, zdaje się tego mniejszego i słabszego, wzięła na ręce i weszła z nim do środka, do salonu. Wiadomo było, że tu już na pewno Ziutek dostanie szału.
- Skakał na mnie chcąc dopaść kotka, ale ja się cały czas do niego odwracałam tyłem. - opowiadała w emocjach. - Jednak raz ogon kotka wystawał poza moje ręce i Ziutek go dopadł. - I, o dziwo, niczego złego nie zrobił, tylko sobie ten ogon trochę w paszczy pomamlał. - A drugi raz było to samo przy tylnej łapce, która też wystawała. - I znowu skończyło  się na mamlaniu.
Wobec takiego ewidentnego świra Lekarki ludzkie sprawy zdrowotne zeszły na dalszy plan. Ważne było to, że wszyscy pozbyli się już jelitówki. No i nasze potencjalne spotkanie też było tylko trochę poruszone. Na razie do niego nie dojdzie. My mieliśmy pierwotnie przyjechać do nich w najbliższy weekend, ale ze względu na mrozy i Bertę musieliśmy zrezygnować. Z kolei oni nie przyjadą do nas, bo ze względu na mrozy i koty rzecz odpadła w przedbiegach.
Tedy się zobaczy na spokojnie. 
 
Po I Posiłku poszedłem sam na zakupy, ale dość szybko wróciłem na tarczy. Nie dostałem niczego, co kupić zaplanowaliśmy. Pogodzeni, zajęliśmy się swoimi sprawami, gdy Żona rzuciła hasło A może pojechalibyśmy do City?, a ja na jej propozycję i ku jej zaskoczeniu natychmiast się zgodziłem. Wyjazd był więc późny i spontaniczny. A za jakiś czas okazało się, że też efektywny.
Gdy wracaliśmy około 16.00 Żona z pewnym niedowierzaniem zauważyła:
- Wydaje mi się, że dzień jest jakby dłuższy?...
I był. Wytłumaczyłem, że tak ewidentnie jest, bo wschody i zachody słońca codziennie rano monitoruję i dzień jest już dłuższy o 16 minut. A ponieważ słońce od wielu dni uparło się wschodzić ciągle i precyzyjnie o 07.44, a potem o 07.43, to siłą rzeczy musiało te 16 minut upchnąć na swoje zachodzenie. A to było bardzo miło z jego strony, bo teraz wschód nie jest tak ważny dla naszej psychiki, którą wzmacniamy gadaniem między nami A nie wydaje ci się, że dzień jest jakby dłuższy?... Chłoniemy każdą jego kolejną minutę z radością.
W sumie wypadło rewelacyjnie, bo w pierwszym momencie, gdy padł pomysł, pomyślałem, żeby do City pojechać jutro zapominając, że przecież jutro od 07.30 do nie wiedzieć której (z 6 godzin) będę oglądał ćwierćfinałowy mecz Polska - Australia z cyklu United Cup.
 
Po II Posiłku znowu usiedliśmy w Bawialnym pełni wiary, że tym razem uda się nam obejrzeć Kroniki portowe. Pisząc tytuł filmu w pierwszym momencie się pomyliłem i wpisałem Kroniki filmowe. Z mózgowych głębokich pokładów odkleiły się podświadomie stare wspomnienia. Strasznie lubiłem ją oglądać przed seansem filmowym. Młodzi nie mogą wiedzieć, o czym piszę. Może oni za 50 lat będą z rozrzewnieniem wspominać obecny 20-30 - minutowy chłam puszczany przed głównym seansem.
Udało się. Do snu było mi daleko, więc tym bardziej film obejrzeliśmy z prawdziwą przyjemnością. To taki typ, w którym pozornie nic się nie dzieje, a dzieje się wiele. I mimo że nie była to przecież komedia, to jednak kilka scen mnie ubawiło.
Postanowiliśmy, że kolejny będzie też z Kevinem Spacey i że będzie to K-Pax, który oczywiście oglądaliśmy.
 
W trakcie przyszedł do mnie od Trzeźwo Na Życie Patrzącej dość obszerny sms. Przyznawała się w nim, że dopiero niedawno nadrobiła zaległości w czytaniu i, przy okazji, wyłapała jeden mój błąd faktograficzny. 
- Wpis dotyczący tego z kim spędziłam Wigilię. Generalnie się zgadza poza jedną informacją - mam młodszą siostrę a nie starszą. (...) jest młodsza ode mnie dwa lata. (pis. oryg.) 
Więc prostuję, trochę z bólem serca, bo żeby tak kobiecie dodawać lat?!... Nawet jeśli (jak?!) tylko w systemie względnym?... Ale, jak (😁) odpowiedział kiedyś Kolega Inżynier(!) na moje pytanie, czy mogę o czymś tam napisać: Pisz, bylebyś pisał prawdę...
Dodam tylko, że i tak zastanawiam się nad moją w tym wieku fenomenalną pamięcią płytką. Bo głęboką to każdy głupi potrafi mieć. W natłoku informacji i szczegółów prawie wcale się nie gubię. 

Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R.
 
PIĄTEK (09.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
 
Oczywiście przez to, że czatowałem na alarm nastawiony na 06.00.
Bo chciałem do 07.30 ze wszystkim być gotowy, czyli mieć sytuację opanowaną. Gdy (jak?!) tak jest, tkwi we mnie komfort. 
Na dworze było -16 stopni. Tegoroczny rekord. A w domu na dole +17,6. To ciągle różnica ponad 33 stopni. Piesek od wielu dni śpi na dole i ani myśli wybierać się na górę. Priorytety. Przedkłada ciepło,  mierząc je swoim cielskiem, które swobodnie wyczuwa różnicę rzędu 4-5 stopni, nad stadne przebywanie z Państwem.
W pierwszej części poranka siedziałem przy Blogowej i przy laptopie w kurtce. Pan też posiadał pierwotną i oczywistą wiedzę, która mówiła "przetrwać".
Gdy Żona przed siódmą pojawiła się na dole, było "już" 17,8. Za to przy kuchni żar buchał niczym z hutniczego pieca. 
 
W pierwszym meczu Iga Świątek wygrała z Mayą Joint 2:0. Polska prowadziła więc 1:0. Ale w drugim Hubert Hurkacz po zaciętym boju przegrał 1:2 z Alexem de Minaurem i zrobiło się 1:1. O wyniku i o jutrzejszym półfinale z USA miał zdecydować mikst. Ze strony Polski grali Kasia Kawa i Janek Zieliński, ze strony Australii Storm Hunter i John-Patrick Smith. Popierałem od samego początku decyzję naszego kapitana Mateusza Terczyńskiego, który wystawiając taki skład w mikście według australijskiej prasy wykonał mistrzowski ruch. Iga mogła zagrać, ale nie jest jednak deblistką, Hubert mógł mieć problemy natury psychologicznej, fizycznej na pewno po poprzednim meczu, a poza tym też jednak nie jest deblistą. A Janek jest nim pełną gębą, a Kasia niewiele od niego odstawała. Na początku była trochę sparaliżowana odpowiedzialnością, ale Janek świetnie się zachowywał, jak psycholog, co ostatecznie zaowocowało zwycięstwem 2:0. W drugim secie roznieśliśmy Australijczyków 6:0.
To jutro rewanż za ubiegłoroczny finał, w którym przegraliśmy z USA 0:2. 
 
Ledwo ostygłem, nomen omen, z emocji,  Żona zaproponowała wyjście do Zdroju do Małej Czarnej.
Rzadko tam zaglądamy, więc byłaby to jakaś miła odmiana. I chyba nadal będziemy rzadko to robić, bo odbiliśmy się od zamkniętych drzwi i kartki informującej, że dzisiaj lokal jest nieczynny z powodu awarii. Jakiej, nie wiadomo. Należało podejrzewać mrozy, skoro na automatycznej myjni wisiała kartka Myjnia nieczynna z powodu warunków atmosferycznych.
Żona stanęła na rozdrożu, dosłownie i decyzyjnie.
- Bo do Stylowej nie chce mi się iść, do Galaretkowej również. 
- Pójdziemy tam, dokąd będziesz chciała pójść... - uciąłem od razu potencjalną dyskusję i przebijanie się na argumenty. W tym momencie było tylko co prawda -8, ale jednak nawet przy takim "cieple" nie jest dobrze jałowo stać na rozdrożu. 
To niewiele pomogło, żeby nie powiedzieć wcale. Żona rozmyślała, a ja dusiłem się wewnętrznie ze śmiechu wiedząc, jaką straszną wewnętrzną walkę toczy sama ze sobą. Mróz oczywiście nie zelżał w międzyczasie, więc widząc co się święci zaproponowałem A może pójdziemy do Lokalu z Pilsnerem II, skoro mamy iść na desery, a tam przecież są? 
Żonie oczy się zaświeciły, czym mnie zupełnie nie zaskoczyła, ale ubawiła i owszem. 
Że też ja na to nie wpadłam... - nie mogła się nadziwić i wielokrotnie powtarzała to po drodze budząc we mnie kolejny raz duszenie się ze śmiechu, ale też i pewną drobną satysfakcję.
Desery były pyszne, o czym wiedzieliśmy od dawna - Żony creme brulee, mój rolada bezowa. Do tego napoje rozgrzewające. A aura? Taka półturystyczna zadowalająca i Żonę, i mnie.
 
Wieczorem zrobiło się na tyle późno, że postanowiliśmy zrezygnować z oglądania na dole filmu. Sprawę ułatwiał fakt, że K-Pax nigdzie nie był dostępny. Obejrzeliśmy za to dwa odcinki serialu Słowo na R
 
SOBOTA (10.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu (-15 do +17,8) o 07.30 okazało się, że transmisja meczu Polska - USA opóźni się o 30 - 40 minut z racji długo rozgrywanego pierwszego półfinału. Szkodziło nic... - jak powiedział pewien Żyd w cukierni. 
Na oglądaniu zeszło aż do wpół do trzeciej. W tej sytuacji w jakimś sensie dzień był z głowy,  ale było warto. W pierwszym pojedynku Hubi wygrał 2:0 (dwa razy tie-break) z Taylorem Fritzem, w drugim Iga przegrała 0:2 z Coco Gauff, bo jak mogło być inaczej, że się uzłośliwię i o wyniku  meczu miał decydować mikst. A w nim po wielkich emocjach nasza para Kasia Kawa i Janek Zieliński wygrała z parą Coco Gauff i Christian Harrison 2:0 (oba sety w tie-breakach). Cały mecz 2:1 dla nas, a więc jutro finał ze Szwajcarią.
 
Musiałem otrzepać z siebie kilkugodzinną pozycję siedzącą i ślipiącą w ekran laptopa. I zrobiłem to z przyjemnością. W nocy napadało z 10 cm suchego śniegu, więc tym bardziej było przyjemnie szczotką i szuflą go przesypywać. Wyczyściłem nasze schody, gości, ich balkon, ścieżki i podjazd z wyjątkiem zjazdu do  garażu. To zostawiłem sobie na jutro. Chodnik był elegancko odśnieżony płużkiem gminnym, a ja tylko pewien śniegowy zwał usunąłem, żeby było łatwo wyjechać z posesji na ulicę.  Przy -8 stopniach sporo się zgrzałem. 
I dalej się otrzepywałem poszedłszy po dwie paczki. 
 
Po II Posiłku rozpoczęliśmy oglądać Poradnik pozytywnego myślenia, film amerykański z 2012 roku, który oczywiście swego czasu oglądaliśmy, bodajże w kinie. W rolach głównych wystąpili Bradley Cooper, Jennifer Lawrence (Oscar za tę rolę), Robert De Niro i Jacki Weaver. Nie wiedzieć czemu, w jego połowie zacząłem zasypiać. Można to było wytłumaczyć tylko sporym zużyciem energii organizmu przy dzisiejszym dopołudniowym oglądaniu zasranego sportu. Resztę bez problemu odłożyliśmy na jutro.
Ale wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R
 
NIEDZIELA (11.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00  
 
Na dworze -6. Ciepło. 
Ledwo oporządziłem poranek, gdy pojawiła się Żona, a za chwilę rozpoczął się finał United Cup - Polska - Szwajcaria. Zakładałem 2:0 dla Polski, czyli mecz bez miksta, więc dzisiejsze siedzenie przed zasranym sportem powinno było być krótsze.
Moje przewidywania zdały się psu na budę, bo w pierwszym pojedynku Iga Świątek przegrała z Belindą Bencic 1:2 i tylko mogłem się modlić o wygraną Hubiego i o mikst oczywiście. O grze Igi nie zająknę się ani słowem. Hubi wygrał z czterdziestoletnim Stanem Wawrinką 2:1 po dość trudnym boju.
Decydował mikst. Kasia Kawa i Janek Zieliński zagrali rewelacyjnie wygrywając z parą Belinda Bencic - Jakub Paul 2:0. Polska za trzecią grą w finale zdobyła puchar United Cup. Czyli do trzech razy sztuka, lub, jak było napisane na transparencie często pokazywanym przez realizatora, third time lucky.
Podziwiałem cały nasz zespół i byłem z niego dumny, a najbardziej z miksta. Wygrali wszystkie swoje pięć spotkań, w fazie grupowej dwa, w pucharowej dwa i ostatni w finale. Muszę się przyznać, że specjalnie nie interesowałem się postacią Jana Zielińskiego, a to przecież dwukrotny mistrz wielkoszlemowy w mikście właśnie. Grał genialnie. A tym bardziej Kasią Kawą, która specjalnych osiągnięć tenisowych nie ma. Jest na początku drugiej setki w rankingu WTA, teraz po United Cup może w pierwszej. Grała świetnie i w trudnych momentach zdobywała istotne punkty. Jej długa i wyczerpująca wymiana po przekątnej z Jakubem Paulem w miarę zadawania sobie ciosów najpierw wzbudzała niedowierzanie, potem podziw, by przerodzić się w euforię, gdy facet pękł, a Kasia ten pojedynek wygrała. Zieliński na korcie składał jej ukłony.
Najgorzej w zespole wypadła Iga. Martwię się w kontekście zbliżającego się wielkimi krokami Australian Open. Dojdzie maksymalnie do ćwierćfinału i to chyba przy sprzyjającej drabince.
Ale może jestem człowiekiem małej wiary?... 
 
Po emocjach i po onanie (transmisję oglądałem do końca - przemówienia oficjeli, kapitanów drużyn i zawodników, wręczenie medali i pucharu oraz nieokrzesana polska radość na korcie i na trybunach) zabrałem się za maila do mojej klasy.
Kilka dni temu Kolega Kapitan napisał, że na początku przyszłego tygodnia do Rodzinnego Miasta powinien przyjechać Kanadyjczyk I i dobrze byłoby klasowo się spotkać. Przy czym było wiele niewiadomych i niejasności związanych z charakterem Kanadyjczyka I, które są jemu przypisane od zawsze. A to utrudnia wszelkie ustalenia, w tym podstawowy, termin. W świetle podanych niepewnych faktów napisałem, że będę mógł być w niedzielę, 18.01, a później dopiero 22.02, też w niedzielę, ale, zdaje się, już wtedy kilka tygodni po odlocie Kanadyjczyka I do Kanady. 
 
Jak gdyby było mało komplikacji z moim potencjalnym wyjazdem do  Rodzinnego Miasta (pojechałbym pociągiem z dwoma przesiadkami, co nie stanowi problemu; Żona nie puści mnie w taką pogodę Inteligentnym Autem), wieczorem Syn dzwoniąc w to wszystko wpuścił granat. Już dosyć dawno wspominał o takim projekcie (to teraz modne słowo), żeby zrobić sesję zdjęciową jego czterech synów z całą czwórką dziadków Bo to jednak jest rzadkość mieć komplet dziadków. I nagle zaczęło mu się spieszyć, co jest zrozumiałe, bez żadnej złośliwości z mojej strony, bo Teść Syna 20.01 ma termin poważnej operacji. Teść do projektu się zapalił, ale:
- o niczym jeszcze nie wiedzą Teściowa Syna i Żona I, a te potrafią torpedować,
- nie wiadomo, kiedy znajoma pani fotograf z Sypialni Dzieci będzie miała wolne terminy,
- było wiadomo, że ja w w najbliższych dniach nie będę mógł się pojawić, ale wykazałem się elastycznością i zaproponowałem poniedziałek, 19.01. Gdyby doszło do spotkania klasowego 18.01, po nim pojechałbym do Sypialni Dzieci rezygnując z noclegu u Brata (jeszcze  nic nie wie). U nich przenocowałbym i rano świeżutki, ogolony nic tylko brylowałbym wśród obiektywów i fleszy. A potem wróciłbym zgodnie z planem do Uzdrowiska. Dla Żony nie byłoby żadnej zmiany.
 
A potem Syn uprzedził, że Synowa będzie chciała ze mną rozmawiać, więc byłem bardzo ciekaw. No więc, nie wiadomo, czy oboje przyjadą do nas do Uzdrowiska, bo w czwartek, 22.01, w przeddzień ich potencjalnego przyjazdu, Wnuk-II ma poważne spotkanie u ortodonty I nie wiadomo, jak będzie się czuł. Oczywiście, że to rozumiem, ale...
Ale prawdę powiedziawszy ustalanie czegokolwiek z różnymi osobami, które tworzą problemy, chcący lub niechcący, i niemożności, nieważne faktyczne czy urojone, jest chyba na liście pięciu rzeczy, które albo mnie męczą albo budzą we mnie złe instynkty. Albo jedno i drugie. Są to, chyba w hierarchii:
1) głupota ludzka,
2) bezinteresowna zawiść, brak życzliwości, 
3) chamstwo pod każdą postacią i w różnych objawach,
4) rasizm, antysemityzm, ksenofobia,
5) ciężkosrajstwo; tu szersze wyjaśnienie, bo definicja moja. To określenie na fakt, że najprostsze rzeczy rodzą się w bólach, zupełnie bez obiektywnych przesłanek, a one, te bóle, w końcu stają się tak duże, że nawet jeśli (jak?!) sprawę doprowadzi się do oczekiwanego finału, to walka z ciężkosrajstwem po drodze odbiera wszelką przyjemność i ostatecznie odechciewa się z daną osobą/osobami współpracować. Przy czym tu uwaga - tę osobę/osoby można naprawdę bardzo lubić. Ale co z tego...
 
Widać z powyższych przykładów, że cechy te mogą się ze sobą mieszać, co w 100% występuje u ludzi, oczywiście w różnych proporcjach. Muszę uczciwie przyznać, że u mnie niestety też. A więc dotyka mnie czasami cecha nr 1), nigdy 2), to znaczy nigdy zawiść, no może czasami jestem nieżyczliwy, cecha nr 3) moim zdaniem nie występuje, a nawet jeśli (jak?!) tak, to chyba nie zdaję sobie z tego sprawy. Cecha 4) - rasizm i antysemityzm są mi obce, ale już ksenofobia mnie dopada, chyba tak, jak wszystkich ludzi, którym wdrukowano stereotypy, a irracjonalny lęk przed nieznanym i niezrozumiałym jest pierwotny. Zaś cecha nr 5) jest mi całkowicie obca. 
Oczywiście, nawet jeśli (jak?!) staram się być obiektywny w ocenianiu samego siebie, to nie będzie to obiektywne, bo trudno jest spojrzeć na samego siebie z zewnątrz. Nie będzie to jednak też totalnie subiektywne. Ale zapewne opinie osób drugich, trzecich, itd. będą znacząco różniły się od moich.
- Słuchaj... - zagadałem do Synowej - ... zadam ci jedno proste pytanie, na które znam odpowiedź, więc nie odpowiadaj! - Jak to jest, że dożyłem do 75. lat w dobrej kondycji obywając się przez całe życie bez ortodonty i fizjoterapeuty?!... - Ba, nawet sporo po wyjściu z wieku młodzieńczego nie zdawałem sobie sprawy, że takie zawody istnieją!...
Synowa jednak musiała mi odpowiedzieć. 
 
Późnym popołudniem skończyliśmy oglądać Poradnik pozytywnego myślenia. Bardzo fajnie się nam oglądało.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R
 
PONIEDZIAŁEK (12.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.  
 
Przede mną był zwyczajny dzień, bez narkotycznego, nomen omen, zasranego sportu. Trudno się dziwić tym sformułowaniom, skoro przez trzy kolejne dni od 07.30 do mniej więcej 14.30 wszystko było mu podporządkowane, a ja przeżywałem niesamowite emocje włącznie z wczorajszym zwycięskim finałem.
Trzeba było wrócić do rzeczywistości. 
Żeby przejście nie było szokujące od rana siedziałem nad onanem sportowym szukając śladów tych trzech dni. 
Po różnych drobnych czynnościach gospodarskich, jeszcze przed I Posiłkiem, zabrałem się za pisanie. 
 
Po I Posiłku nadal pisałem, by za jakiś czas, dla odsapki i dla zdrowia pójść do Intermarche (na menela, bo tam obsługa jest do nich przyzwyczajona) na drobne zakupy. A gdy wróciłem, zrobiłem sobie porządną sesję noszenia bierwion, po  czym znowu pisałem.
Po II Posiłku zaczęliśmy oglądać W chmurach z założeniem, że zrobimy to na dwie raty. To amerykański film z 2009 roku. W rolach głównych wystąpili George Clooney, Vera Farmiga, Anna Kendrick i Jason Bateman.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu. 
Godzina publikacji 19.16.
 
I cytat tygodnia:
Samotność jest drogą, którą los chce prowadzić człowieka do samego siebie. - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.) - ostatni cytat z hessowskich.