05.01.2026(!) - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 33 dni.
WTOREK (30.12)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Wszyscy również wcześniej niżby zapowiadał "normalny" dzień wyjazdu, a wszystko przez zapowiadany na dzisiaj strajk rolników i blokadę dróg. Do tego grożono opadami śniegu i złymi warunkami jazdy.
Rozruch był więc trochę nerwowy i pospieszny. Lekki harmider nie przeszkadzał oczywiście w twardym śnie Robaczków. To jest piękne u dzieciaków. Można strzelać z armat.
Młodzi goście z dołu wyjechali zaraz po ósmej. Jechali jeszcze do Tyrolskiej Wsi, żeby za pomocą raków pochodzić po górach. Twardzi zawodnicy.
Krajowe Grono Szyderców wyjechało o 09.10. Meldunki z trasy były pozytywne. Dopiero po 40 minutach jazdy natknęli się na cztery traktory, które stały na poboczu nie blokując przejazdu. A droga do samego końca była odśnieżona i świeciła czarnym asfaltem. Novum po powrocie do domu Pasierbica zaprezentowała w smsie:
- Weszliśmy już na górę z manelami😂
Czwarte piętro zaczyna odgrywać istotną rolę w organizacji przedsięwzięć i logistyce.
Zaczęliśmy wracać do codzienności.
Czas był najwyższy, bo przez przyjazd Krajowego Grona Szyderców tegoroczne Święta trwały od środy do dzisiaj, czyli de facto 7 dni, z czego, mimo oczywistego zmęczenia, byliśmy bardzo zadowoleni. Nawet dzisiaj, mimo wyjazdu i pospiechu, rano dało się odczuć świąteczną aurę. Bo lekki nocny śnieżek (1 cm) widoczny przez tarasowe drzwi plus choinka ze świecidełkami tworzyły magiczną aurę. Do tego potrzebne były dzieci, bo z nimi Święta są zawsze pełne. No, ale dzieci były, można powiedzieć, w nadmiarze. Do tego wszystkiego przez te dni ciągle przewijały się i przebijały różne świąteczne wiktuały, kolędy i wspólnota.
Najpierw wstępnie zabrałem się za sprzątanie dołu (jutro przyjadą kolejni goście), a potem wytoczyłem cięższe działa. Porządnie zmiotłem ze śniegu cały podjazd, ścieżki, a przede wszystkim schody prowadzące do górnego mieszkania i przylegający balkon. Chodnika prawie nie dotykałem, bo mimo centymetrowej warstwy Piękną Uliczką zdążył przejechać pług, a chodnikiem płużek. Nawet nie wiedziałem, kiedy to zrobili.
Mogłem wybrać się do poświątecznego Uzdrowiska. Zakup Socjalnej, odwiezienie prania, zakupy w Biedronce i w Intermarche były okraszone drobną przygodą w tym ostatnim. Gdy na parkingu wracałem do Inteligentnego Auta po odstawieniu wózka, zauważyłem jednego z naszych meneli, który przy wejściu do sklepu mocował się z plecakiem, wyraźnie ciężkim.
Nie wiedzieć czemu jego widok skojarzył mi się z Kabaretem Starszych Panów, a konkretnie z piosenką Taka gmina, a jeszcze konkretniej ze słowami:
Spotkasz chłopa - gęba sina,
Oj, nie wraca ci on z kina -
Taka gmina.
Facet chciał go sobie założyć na plecy, bo czekała go długa droga z takim ciężarem, ale nie mógł sobie poradzić, bo i plecak ciężki, i miał tylko dwie ręce. Jedną podpierał się na kuli, a drugą, pozostałą, trudno mu było ciężar zarzucić i to sensownie. Ile już razy, do znudzenia, mówiłem o trzech rękach?...Na ratunek przybył mu jakiś znajomy, nie menel.
Podszedłem i ja.
- Niech pan tego plecaka nie zakłada... - odezwałem się do nie menela, a w zasadzie do obu. - Zawiozę pana na samą górę.
- Tak?... - zainteresowany tylko trochę się upewnił i nie wchodził w żadne ochy, achy i podziękowania. Nie robił z tego żadnych ceregieli. Jest propozycja, jest taka możliwość, to należy z niej skorzystać.
Wsiadł z tyłu ze sporym trudem, bo plecak ciężki, nieporęczna kula, no i przy wkładaniu nóg do środka musiał je podciągać rękami. Tylko przez pierwsze dwadzieścia sekund uważał za stosowne mi wyjaśnić, że ma rwę kulszową I na tej całej trasie muszę co 50 m odpocząć i usiąść na śmietniku, murku. Ani razu nie zapytał, ani się nie zdziwił, skąd chociażby wiem, dokąd mam go zawieźć. Na miejscu wskazał mi tylko właściwą bramę gminnego domu, w którym sytuują się mieszkania komunalne i o którym z Żoną wiemy, że tu mieści się główna siedziba, bastion naszych meneli.
Ale gdy wysiadał, podziękował i życzył wszystkiego dobrego w nowy roku.
Wracałem okrężną trasą w ramach tak fascynująco rozpoczętej drobnej wycieczki.
- O, to miałeś małą przygodę... - Żona skomentowała moją opowiastkę nawet zaciekawiona. - Ale nie zasmrodził auta?... - wróciła trzeźwo do sprawy przyoblekając nieciekawy wyraz twarzy. - Bo wiesz, zapach moczu jest trudno usuwalny...
- Coś ty! - przerwałem jej. - Ja ich obserwuję i rozróżniam, który jest który i ten jest z nich najczystszy!
- Nawet w skali bezwzględnej wygląda na czystego. - Żadnego tamtego w życiu bym nie zaprosił do Inteligentnego Auta. - zacząłem się rozkręcać. - Wiesz ten smród niemytego latami ciała, niepranej odzieży, która jest noszona i spana 24 godziny na dobę, na której muszą zostać węchowe ślady nie tylko moczu, ten smród nawarstwionego potu, i nie tylko...
Żona nie chciała dalej słuchać na wszelki wypadek oddalając się ode mnie. A u nas, w Tajemniczym Domu, na dole jest się gdzie oddalić, żeby nie powiedzieć oddolnić.
Jakie to wszystko dziwne... Pasierbica pisała mi dzisiaj o manelach, a ja piszę o menelach.
Zabrałem się za uzupełnianie zapasów drewna, które przez czas pobytu Krajowego Grona Szyderców skurczył się do wielkości zerowej. I potem, dla równowagi, pisałem. I dla równowagi znowu wróciłem
do fizyczności. Padał śnieg, więc ponownie odśnieżyłem dla Pieska taras, podjazd i znowu schody do gości. Niby robota głupiego przy padającym śniegu, ale, po pierwsze, na bieżąco jest bardzo łatwo odśnieżać, a po drugie, a nuż śnieg zaraz przestanie. I rzeczywiście przestał. Wstrzeliłem się idealnie.
Po II Posiłku poszedłem po paczkę (olej kokosowy). Po drodze zajrzałem do górnych gości przepraszając, że zakłócam spokój. Poprosiłem, żeby do jutra, do 13.00, pan był uprzejmy przeparkować auto Proszę je przesunąć do przodu o metr, półtora (półtorej - dziennikarze i politycy), bo jutro przyjedzie drugie i będzie ciasno. Nie robili problemu.
- Aha, dzisiaj odśnieżałem dwa razy, żeby było bezpiecznie, bo jest ślisko. Ale widzę, że na balkonie trochę śniegu zostało. - To po powrocie, bo teraz idę po paczkę, przyjdę i zamiotę, ale, w razie czego, tam za drzwiami jest miotła... - zawiesiłem głos.
Wszystko przyjęli do wiadomości, w sposób stonowany, bo zdaje się, że takie mają charaktery, ale w sprawie zamiatania nie uzyskałem żadnej deklaracji z wyjątkiem potwierdzenia Rzeczywiście, ślisko. Więc od razu poszedłem po miotłę, wróciłem na ich balkon i cichcem, bardziej bezszelestnie niż zwykle, zamiotłem. Bo ślisko! Chyba się nie zorientowali, że byłem.
- A byłeś sympatyczny? - Żona zapytała z lekkim niepokojem po moim powrocie.
- Byłem... - burknąłem.
I pomyślałem: Przecież nie dodałem z zaciśniętymi zębami "A przy powitaniu tłumaczyłem panu, jak należy parkować i dlaczego tak, bo musi swobodnie zmieścić się drugie auto". I nie dodałem "Możecie sobie sami państwo na bieżąco ten kawałeczek balkonu zamieść, bo ja nie zawsze przyjdę na czas, a poza tym nie chcę tak pod oknami państwu przeszkadzać. Bo miotłę przecież macie! Jakiś problem?!"
Po paczkę szedłem kawałek drogi, bo
nasz paczkomat był przepełniony. Wybrałem się z pełną premedytacją, z dwóch powodów. Po
pierwsze, żeby zakosztować zimowej, wieczornej aury Uzdrowiska, a po
drugie, żeby jutro rano wypić standardową Blogową, bo dzisiejsza była
tylko z samym masłem, a to nie to samo. Chociaż Żona zdaje się uważać
inaczej.
Spacer był boski. Mimo zimna, stosownie ubrany, nie zmarzłem, więc w komforcie mogłem się sycić aurą. A ta z racji śniegu, wszelakich świateł, w tym mnóstwa świątecznych, była niesamowita. Co z tego, że wszystkie miejsca znałem, że szedłem uliczkami i przejściami, które przemierzałem wielokrotnie (trasę celowo sobie zmodyfikowałem), skoro ciemność rozjaśniana światłami i śnieg tworzyły z tych miejsc zupełnie coś innego. I ta charakterystyczna cisza , a raczej stłumione przez śnieg wszelakie odgłosy. A było ich sporo, bo ludzi z racji Sylwestra przybyło do Uzdrowiska mnóstwo. Wszędzie się snuli lub siedzieli w cieple restauracji, co z przyjemnością rejestrowałem przez panoramiczne szyby.
Cholera! To Uzdrowisko jest naprawdę czarodziejskie! Żona żałowała, że nie mogła pójść ze mną Ale wiesz, po takich długich Świętach...
To po takich długich Świętach już sporo przed 19.00 byliśmy na górze i obejrzeliśmy ostatni odcinek drugiego sezonu serialu Słowo na R. Ledwo się skończył, a Żona zaczęła szarżować sugerując, żeby oglądać jeszcze jeden. Dałem odpór. Wiedziałem, co może być, skoro te Święta były takie długie...
Już o 19.30 spaliśmy.
Tedy do zaległości!
W sobotę, 27.12, przypomnę, przyjechało Krajowe Grono Szyderców. O 14.50. Wyjeżdżało z domu dwa razy
zapomniawszy za pierwszym, w wyjazdowym amoku, jeszcze czegoś zabrać.
Nawieźli tyle jedzenia i ciast, że od nowa zrobiły się Święta. Bo nie
dość, że były wiktuały przygotowane przez nich samych (gros), to jeszcze
dołożyli się do tego Teściowie Pasierbicy i Była Teściowa Żony.
Natychmiast zapanował chaos i rozgardiasz. Nie było sensu próbować go wyhamowywać i opanowywać.
Robaczki od razu, że nawet nie można było dobrze zipnąć, chwaliły się różnymi prezentami, które otrzymały od rodziców, babć i dziadków różnej maści oraz wujka.
II Posiłek był chaotyczny, bo w obliczu nadmiaru nie udało się ustalić potrawowej hierarchii i jadło się co, za przeproszeniem, popadło. Zwyczajnie za duży wybór.
Zaraz potem nastąpił ciąg dalszy prezentów. Pod choinkę. Miało ich nie być, ale...
- Ale Pasierbica stwierdziła, żeby jednak ze względu na dzieci... - wcześniej uprzedziła mnie Żona.
Żona dostała voucher od nas wszystkich, ten, który już "dawno" został skonsumowany. Pasierbica otrzymała jakiś ekstra szampon, Q-Zięć podstawkę ułatwiającą czytanie książek, gdy ma się dwie ręce zajęte, taką, jaką ja sobie chwalę, Q-Wnuk LEGO, Ofelia również LEGO, oboje zgodnie z listą życzeń do Mikołaja. A ja otrzymałem bilet na mecz Polska - Reszta Świata, który ma się odbyć w Metropolii 27. maja 2026 roku. Wybiera się na niego Krajowe Grono Szyderców, chyba bez Ofelii, Przewodnik, Brat Q-Zięcia i nie wiem, czy Policjantka też.
W późne popołudnie graliśmy w sześcioro w Sen, dwie tury, a potem Robaczki zajęły się LEGO. To był taki rodzaj, w którym nie było żadnych instrukcji. Producent zostawił szerokie pole dla fantazji. Dzieci więc układały i kombinowały w nieskończoność, a dorośli mogli skwapliwie wykorzystać ten miły czas i zagrać w kierki. Miejsca: I - Pasierbica, II - Q-Zięć, III - ja, IV - Żona. Młodzi dali do wiwatu!
Spać poszliśmy o 22.00, stosunkowo wcześnie, jak na sytuację. W łóżku nawet jeszcze trochę poczytałem.
W niedzielę, 28.12, wstałem o 08.00.
Rano dzieci i wnuki spały mimo szurania i rusztowania, rozpalania i wizgu blendera.
W kwestii I Posiłku panował poranno-świąteczny rozgardiasz. Nikt się do niego nie palił, by w końcu zjeść różnie, po swojemu i o dziwnych porach. Ranek więc się rozlazł, co tylko dodawało mu uroku.
Goście z góry wyjechali o 10.00. Staliśmy przed drzwiami Tajemniczego Domu i rozmawialiśmy ponad miarę, jak nigdy. Wyraźnie w stosunku do nas się pootwierali, a ona odchodząc mówiła nawet tak bardziej do siebie Jak mi się tutaj podoba!... Żegnali się Do zobaczenia, bo planowali do nas przyjechać trzeci raz.
Od razu rzuciliśmy się do sprzątania górnego mieszkania, by wygospodarować sobie czas na spacer. Przy pięknej pogodzie wyszliśmy w siódemkę.
Krajowe Grono Szyderców zostało w Zdroju, a my z Żoną i z Pieskiem wróciliśmy, bo trzeba było przyjąć kolejnych gości.
Przyjechali o 15.20. Para w wieku trudnym do określenia, chyba przez bladolicość skór, jej i jego, oraz pociągłość twarzy, jej i jego. Bo mogli mieć równie dobrze 40 lat, jak i 50. Pewniakiem w tym gronie była ich córka, fajna, śmiała i kontaktowa, też bladolica, bo jakżesz by inaczej, ale okrągła na twarzy, lat 13, o czym wiedzieliśmy z ich wcześniejszego maila. Przyjąłem więc, że matka ma lat 40, a ojciec 50. Przy pierwszych powitaniach dowiedziałem się tylko, i to od niej, że on jest nauczycielem historii, więc od razu, podświadomie, zacząłem współczuć biednym dzieciom nawet nie tak bardzo z powodu bladolicości i pociągłości twarzy ich nauczyciela, ile z powodu jego zachowania. Facet był jakby nieobecny w nowych realiach, rozglądał się dziwnie i półprzytomnie. Nastroju nie poprawiała mi jego żona, w pełni kontaktowa i energiczna, bo to nie ona parkowała auto. Córka na szczęście energię odziedziczyła po matce, co musiało skutkować wspólnymi zainteresowaniami. Obie razem uprawiają Hobby Horse. Nikt mi nie powie, że to normalne tak biegać z podobizną głowy konia przytwierdzoną do drewnianego kija wsadzonego, za przeproszeniem, między nogi. Z drugiej strony, jeśli tak dobrze się zastanowić, czy to normalne, że 22 dorosłych mężczyzn, a od dawna i kobiet, biega za napompowanym balonem?... Tak czy siak, wiele uczymy się od naszych gości.
Aha, auto udało się jakoś zaparkować.
Krajowe Grono Szyderców, całą czwórką, uparło się grać w Pergolę. Żona się nie załapała, bo nie było tyle czasu, ale stała, podglądała, bo gra się jej podobała I nawet sporo rozumiałam, gdy mi tłumaczyli.
Miałem w tej kwestii sporo niejasności, zwłaszcza gdy się zorientowałem, że gracze w trakcie rozgrywania nadal uczą się tej gry. Taki system uczenia się wszystkich w trakcie to już na pewno nie na moje nerwy - te dyskusje wszystkich czy tak, czy siak, żmudne osiągania ustaleń, wzajemne tłumaczenia. Usnąć można i to w dużym, o dziwo, zmęczeniu. Poza tym świeżo miałem w pamięci próby mojego grania w Pergolę z Ofelią i moje męki.
Z wielką więc przyjemnością skończyłem książkę, ostatnią z trylogii, Macieja Siembiedy Kairos.
II Posiłek był o tyle skomplikowany, że Krajowe Grono Szyderców zaserwowało przywiezione przez siebie pierogi. Trzy rodzaje - ruskie, z serem na słodko i ze szpinakiem. Komplikacja polegała na tym, że gotowane sklejały się w garze, więc później na talerzu trudno było oddzielić od siebie smaki, nie mówiąc już o tym, żeby wyróżnić te z glutenem i te bez. Mnie to zupełnie nie przeszkadzało i pożerałem wszystko jak leci i maksymalnie, ile się dało, bo to taka rzadka okazja, a ja pierogi bardzo lubię. Pasierbica tym faktem, nie mojego pożerania, ale sklejenia się, była sporo podłamana i coś do męża mówiła, że trzeba je było w lodowce oddzielić, albo nie wkładać do lodówki, albo coś jeszcze, na co zupełnie nie zwracałem uwagi starając się pożreć jak najwięcej przy początkowych protestach innych Ale to jest dla wszystkich! Jednak za jakiś czas to sklejenie ostatecznie i skutecznie zniechęciło pozostałych konsumentów, więc sobie poużywałem. Ale na końcu nawet ja zostawiłem na talerzu taką bryłę, chyba trzech sklejonych ze sobą pierogów. Jakiego rodzaju, nie dociekałem. Ja się najadłem, ale pozostali dopełniali się sałatkami i rybą po grecku.
Jakiś czas nadal trwały zajęcia w podgrupach, aż w końcu zasiedliśmy do państw, miast...
Wygrał Q-Zięć, jak zwykle (595 pkt), II - ja (565), III - Pasierbica (555), IV - Q-Wnuk (495), V - Babcia (490), VI - Ofelia (480). Dzieci szokująco podciągnęły się w grze. Q-Wnuk był dumny, że po raz pierwszy zdobył więcej punktów niż osoba dorosła, tu Babcia. Babcia miała totalny niż intelektualny, nie wiem czy nie przez te pierogi i przez gluten. Nie wiem, bo zajęty pożeraniem nie zarejestrowałem, czy jadła, czy nie.
Po pełnych emocjach dorośli zajęli dzieci oglądaniem czegoś tam, a sami mogli zagrać w kierki. Tym razem pierwszy byłem ja, II - Babcia, III - Q-Zięć, IV - Pasierbica. Starsi dali do wiwatu!
I naszło nas na gadki takie, że zrobiła się druga w nocy. Horror! Robaczki twardo dotrzymywały nam kroku, ale już na samym końcu Ofelia snuła się wyraźnie półprzytomna i nieszczęśliwa kłując dodatkowo nas swoim ponadwymiarowym bladym licem.
Spać poszliśmy więc... jutro.
W poniedziałek, 29.12, wstałem o 09.00. Żona razem ze mną. Dół spał. Ruch zaczął się w okolicach 10.00. Zanim zaczęliśmy coś wspominać o śniadaniu zrobiła się 11.30. Bo wiadomo, najlepiej było spotkać się w sześcioro przy narożniku w Bawialnym i uprawiać różne gadki, w tym najlepiej wspominać i opowiadać różne historyjki, co dzieci uwielbiają, najlepiej o zabarwieniu pikantnym, co uwielbiają jeszcze bardziej.
Bardzo późno Q-Wnuk zaserwował nam wszystkim (z wyjątkiem Ofelii - ta jadła kiełbaski na gorąco) jajecznicę na klarowanym maśle z 13. jaj. Ostatnimi czasy zdobył kolejną sprawność harcerską (pierwsza to samodzielne robienie herbaty), a dzisiaj mógł ją rozszerzyć, bo jajecznica była robiona na kuchni opalanej drewnem, a nie na jakiejś tam indukcji. Gdyby chciał się pochwalić u siebie w klasie, to miałby czym, bo konkurencji żadnej, nawet jeśli już ktoś zaczął jajecznicę przygotowywać. Ale wiadomo, nie pochwali się.
Późny ranek, a raczej wczesne popołudnie biegło niespiesznie. Ciśnienie mi tylko podniósł Syn, bo zadzwonił i zakomunikował, że ząb przestał go boleć i że go w tej sytuacji nie będzie wyrywał. Cwaniakował i nie przyjmował moich wyjaśnień, próśb i błagań. Wkurzył mnie. To zobaczymy...
Nie wiem, dlaczego sobie przypomniałem o tysiącu dobieranym, w którego grałem non stop, od 12. roku życia do 17. Postanowiłem zainteresować nim Q-Wnuka i Q-Zięcia. Ale i Żonie się ta gra przypomniała i pamiętała, że grała w nią często i ją lubiła.
Q-Wnuk łyknął grę błyskawicznie. Oczywiście, jako nowicjusz i przy pomocy Babci i jej wsparciu, szedł jak burza i jeszcze przed wyjściem dobił do 900, czyli był bliski wygranej. Ale... "Ale" miało nastąpić po powrocie. My z Q-Zięciem punktowo szlajaliśmy się gdzieś w dolnych strefach.
Spacer siłą rzeczy (bez Pieska) mocno skróciliśmy, bo wiało i było zimno. W taką pogodę i w taki wyluzowany dzień wieczór zaplanowaliśmy w Lokalu Bez Pilsnera.
Graliśmy w czółko. Dla postronnych gości musieliśmy wyglądać jak banda wariatów siedzących w restauracji z naklejonymi na czoła malutkimi karteczkami. Ale zaprzyjaźnieni kelnerzy nie dziwowali się, bo grę znali i przy rozliczaniu się dopytywali, kto wygrał. A wygrała Żona. Na szarym końcu byłem ja. Hasło przyklejone na czole odgadłem dopiero po wielu podpowiedziach. Słabe.
W drodze powrotnej zeszło, nie wiedzieć czemu, na bloga. Wyjaśniałem Q-Wnukowi zasady nazewnictwa, które wprowadziłem, a on zasugerował, że na blogu chciałby mieć ksywę Kubson. Tak więc od tej pory będzie.
W domu graliśmy w Kolory. Ja ostatni raz, mimo że za pierwszym razem, w nowym mieszkaniu Krajowego Grona Szyderców, do gry się zapaliłem. I wyjaśniłem dlaczego. Każdy gracz ciągnący daną kartę musi z niej wybrać jeden kolor spośród zawartych czterech. Musi go określić, opisać nie bezpośrednio, a to, po pierwsze jest subiektywne, a po drugie ile razy można mówić "śliwka" określając właśnie śliwkowy kolor, albo "trawa" na określenie zielonego, "cegła" lub "słońce". Stąd, żeby zminimalizować nudę związaną z powtarzaniem haseł-kolorów, posiadacz karty stara się wymyślić coś oryginalniejszego (forma poprawna). A to trwa i tę nudę powiększa. Poza tym kolory na karcie nie są tożsame z tymi na planszy, a to już jest skandal. Bo znika wszelki sens, skoro producent ich nie wyjustował.
Gdy udało się zakończyć męki (wygrała Pasierbica), we trzech wróciliśmy do tysiąca. I tu stary weteran pokazał klasę, zwłaszcza takim leszczykom, jak Kubson. To było to "ale". Błyskawicznie doszedł do 900, gdy w tym czasie Leszczyk zaliczył wpadkę i z punktami zjechał w dół. Weteranowi brakowało do wygranej 100 punktów, na co miał pokrycie w kartach na ręku, a dodatkowo w musiku czekał na niego śliczny meldunek 100. Mogłem już niczego nie licytować, ale dla sportu podniosłem stawkę na 160. Punkty zdobyłem bez trudu i całość wygrałem. Obaj, i Kubson, i Q-Zięć zadeklarowali, że teraz w domu będą grali razem z Pasierbicą, bo gra im się spodobała.
Spać poszliśmy o 23.00, w miarę przyzwoicie.
Dzisiaj o 21.56 napisał Po Morzach Pływający.
The Hallmarked man. Naznaczony
Przeczytany w oryginale i wersji polskiej. Rewelacja
Przeczytany w oryginale i wersji polskiej. Rewelacja
Przygotowania do świąt bez pośpiechu i korków jak to na wsi, a reszta zupełnie na luzie.
PMP (pis. oryg.)
PMP (pis. oryg.)
Poskarżyłem się, że to straszna cegła.
Odpisał:
Cegła? Kilka dni czytania i koniec.😁
Zawsze czytałem wolno. Zejdzie mi co najmniej miesiąc. Dzisiaj, zanim zacząłem czytać, najpierw tradycyjnie książkę "obwąchałem". I po raz pierwszy w życiu natknąłem się na symptomatyczną wzmiankę, która zrobiła na mnie wrażenie, żeby nie powiedzieć, że mną wstrząsnęła. Oprócz wszystkich tradycyjnych, w tym o prawach autorskich i sposobie ich przestrzegania, przeczytałem:
- Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
Straszne jest to, że biorąc jakąś książkę mogę na wstępie zacząć się obawiać, że napisała ją AI. A tego bym nie zniósł.
ŚRODA (31.12) - Sylwester
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Bez budzika.
Kiedyś ten dzień był dla mnie najważniejszym dniem w roku. Teraz się tylko wyróżnia w oczywisty sposób. Nie wiem, co by to miało oznaczać? Normalnienie? Starzenie się? Trochę mi z tym smutno.
Zaraz po porannym rozruchu z jednodniowym opóźnieniem zabrałem się za cyzelowanie wpisu. A potem pisałem.
Po I Posiłku przygotowaliśmy dolny apartament. We wcześniejszej korespondencji goście zadeklarowali, że ze swoją godziną przyjazdu dopasują się do nas. To zaprosiliśmy ich na 13.00. Odpowiedzieli, że w tej sytuacji przyjadą 13.00 -14.00. W południe, już z trasy, napisali, że będą o 13.00, a o 12.30 przyszedł sms, że są już na miejscu i o której mogą przyjść. To Żona odpowiedziała, że o 12.40. Cały czas przepraszali za zamieszanie, a gdy wyjrzeliśmy na podjazd, na płatnym parkingu stało ich auto, a oni znowu smsem poinformowali, że poszli sobie na spacer z pieskiem. Nie chcieliśmy, żeby płacili mandat, ale nasza panika była zbędna, bo goście byli przytomni i za jedną godzinę postoju miejsce opłacili. Pojawili się za 15 minut. Para, lat 45-50, z najmniejszym z możliwych pudlem, lat dwa.
- A bo córka jest już dorosła, wnuków jeszcze nie ma, to wzięliśmy sobie pieska - śmiali się.
Bardzo sympatyczni, kumaci, ciepli i serdeczni. Mimo że ze Stolicy, równie sympatyczni, jak nasi goście z Metropolii i inni, stali, z pozostałych regionów Polski. Z niczego nie robili problemu, wszystko w lot pojmowali i się nie dziwili. W pewnym momencie rozmowy przybrały dwa nurty - według płci.
- A rejestracja WD, to leasing, czy Stolica? - zapytałem pana zmierzając w ten sposób do ustalenia, gdzie mieszkają.
- I jedno i drugie, ale my mieszkamy w Stolicy.
- To WD to jaka dzielnica?
- Żoliborz.
- O, to ta dzielnica, w której mieszka ten Pan... - patrzyłem na gościa badawczo.
Natychmiast przykułem jego wzrok, a gdy nasze oczy spotkały się na dobre, obaj, na trzy cztery, wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
- W bardzo ładnym miejscu państwo mieszkacie!... - pani zauważyła przy Żonie, gdy ta ją oprowadzała w apartamencie. I było jasne, że pani chodzi tak o dom, jak i szeroko pojęte okolice.
Zadzwoniłem sylwestrowo-noworocznie do Syna. Zaskoczył mnie pękając od razu ze śmiechu.
- A bo tato, były chłopak Siostry, przypomniał mi, że miałem mu przesłać nasze zdjęcia, bo był nas bardzo ciekaw. - To siedzę i wysyłam. - Właśnie znalazłem nasze, we dwóch, z metra, z Hamburga, więc zacząłem podpisywać Hamburg, wrzesień 2025, na zdjęciu "tato i..."... i w tym momencie na ekranie smartfona wyświetla się Tato...
Dopytałem o plany sylwestrowe. Zdaje się, że tylko wypaliły Wnukom-I i II. Wnuk-I był już z całą ferajną w ... City, a Wnuk-II kategorycznie oznajmił, że on nigdzie nie idzie.
- To siedzimy w domu, bo nie chcieliśmy go w taki dzień zostawić samego. - Zresztą sąsiedzi, rodzice Przyjaciółki Wnuka-IV odwołali swoje zaproszenie dla nas wszystkich. - Z kolei Wnukowi-III też nie wypaliła impreza, więc zostaje w domu, a Wnuk-IV będzie siłą rzeczy. - Pogramy w jakieś planszówki...
- To Wnuk-III miał już iść na imprezę? - zdziwiłem się.
- No, na takie spotkanie z kolegami i z koleżankami, bo facet ma branie...
Domówiliśmy szczegóły - ma branie, bo jest towarzyski, ma gadane, interesuje się wieloma rzeczami, w tym nietypową dla chłopaka w jego wieku kuchnią i trenuje pływanie, krav magę i frisbee, no i, co tu dużo mówić, już teraz dziewczyny mają na czym oko zawiesić.
Syn był oburzony naszymi dzisiejszymi wieczornymi planami.
- Może o 18.00 - 19.00 pójdziemy do Zdroju na spacer... - przedstawiałem mu. - Żeby trochę łyknąć atmosfery. - Gdy wrócimy do domu, coś na pewno obejrzymy i spać.
- To nawet nie dotrwacie do północy?! - Syn nie mógł uwierzyć. - Nie obejrzycie fajerwerków?!
- Jeśli nas obudzą, to obejrzymy ... - podpowiedziała i dopowiedziała Żona.
Od 13.00 zaczęło sypać, a ja zacząłem złorzeczyć mając w perspektywie kolejne odśnieżanie, a po nim zapewne kolejne.
- A co ty byś chciał? - Żona natychmiast zareagowała. - Żeby było +2, padało i wiało. - Biedni goście! - I jak my byśmy im spojrzeli w oczy, chociaż to przecież nie byłaby nasza wina?... - A tak wszyscy turyści będą zachwyceni, że tak im się udało w Sylwestra.
Gdy zacząłem odśnieżać, przed 16.00, napadało już z 5 cm, i przestało. Znowu się wstrzeliłem. Goście mogli poczuć rękę gospodarza.
Zadzwoniła Pasierbica z dwiema wiadomościami. Właśnie wracała od dziadków. Byłego Teścia Żony wypisali ze szpitala, więc był przeszczęśliwy. Odebrały go żona i wnuczka.
- Nie mógł się nacieszyć, że jest już w domu. - Wypił ze smakiem kawę i zjadł ciasteczko.
Druga była taka, że w Metropolii pięknie sypie.
- Lecą takie duże płatki śniegu... - Pasierbica relacjonowała z samochodu. - Jadę jeszcze do Lidla, bo się ocknęliśmy, że co nieco nam brakuje na dzisiejszy wieczór. - Przyjdzie Słowianka z synami oraz jeszcze jedna para z dziećmi. - Ta wpadła na pomysł, że przyniesie ze sobą nieduży telewizyjny ekran. - Zamknie się dzieciaki w jednym lub dwóch pokojach, tam będą grać na konsoli i będzie pięknie.
- To mam do was nie dzwonić po północy? - zdziwiła się, gdy usłyszała, że możemy już spać.
- Dzwoń, dzwoń! - Najwyżej nas obudzisz!...
Oddzwoniła też Córcia. Ta to miała ruch w interesie. Ledwo odsapnęła po Świętach (jednak "tylko" 14 osób), to dzisiaj zjechali do niej różni znajomi z dziećmi, razem 15 osób. Ale dla niej to dobrze. A ponieważ to wiocha, urokliwe miejsce, no i śnieg, to niczego więcej nie potrzeba. W tej sytuacji nawet bóbr stał się znośniejszy, bo znowu, gnój jeden, się zaktywizował i czyni spustoszenie.
Przed spacerem sporo czasu poświęciliśmy na wytypowanie filmów, które dzisiejszego wieczoru chętnie byśmy obejrzeli.
- Powinny to być takie, które już kiedyś oglądaliśmy, ale dawno. - I nam się podobały i mamy z nimi dobre skojarzenia. - Nie będzie zawodu i poczucia straconego czasu... - Żona podeszła do sprawy konstruktywnie.
Wybraliśmy siedem pozycji.
Porządnie ogaceni wybraliśmy się w Uzdrowisko. Wszędzie dotykała nas jego magia. Drogi, pasaże, przejścia, wszystkie ośnieżone i iskrzące się, wszędzie światła, na każdym rogu akcent w postaci oświetlonej choinki, mnóstwo innych akcentów i te przytłumione dźwięki. A w mijanych restauracjach tłumy ludzi. Zaglądaliśmy doń z wielką przyjemnością i z zaciekawieniem, jak do znanych nam domów i mieszkań mając wrażenie, że podglądamy ich mieszkańców. Cieszyliśmy się, że tyle jest w tym życia.
W trakcie godzinnego bez mała spaceru zadzwonili Trzeźwo Na Życie Patrząca i Konfliktów Unikający. Sylwestra mieli spędzić we dwoje w domu, przy czym szykowali się do niego trochę inaczej niż my. Miał być tatar, śledzie, jaja w majonezie, wędliny i butelka Chopina z zawartością pędzoną na młodych ziemniakach, 170 zł za butelkę, więc nogi mi się ugięły. Ale Konfliktów Unikający zapewniał, że to tylko jednorazowy wybryk. Nieszablonowo Myśląca, jak mówiła, tak zrobiła i została u ojca, a O Swoim Pokoju Marząca już "dawno" wyszła na Sylwestra.
Z domu zadzwoniliśmy do Lekarki i Justusa Wspaniałego. Głos Lekarki był nietęgi, zmizerowany i oklapły. Okazało się, że jest na L4, bo dopadła ją jelitówka, więc była słabiutka niczym niemowlę. Wcześniej przypadek ten załapał Syn Lekarki, który wirusa przekazał matce, a sam, osłabiony, został w Pięknym Miasteczku, żeby odzyskać siły i dopiero potem wyjeżdżać. Ciekawe, czy wirusy ominą Justusa Wspaniałego?... Powinny, bo to twardy, wojskowy chłop.
Oglądanie rozpoczęliśmy od Wożąc panią Daisy (amerykański z 1989 z Morganem Freemanem, Jessicą Tandy i Danem Aykroydem).
Na toast o północy Żona przysposobiła sobie lampkę quasi-grogu. Od jakiegoś czasu w zimowe i zimne dni zamiast rumu używa mojej nalewki z pigwowca, co mnie zaszczyca, i zalewa go wrzącą wodą.
- Smakuje świetnie, bo nalewka jest słodko-kwaśna i nie potrzebuje żadnych dodatków. - Ani cytryny, ani miodu. - Czasami tylko dodaję sobie jednego goździka...
(Edward Vernon, ps. Old Grog, ur. 12 listopada 1684, zm. 30 października 1757, admirał Królewskiej Marynarki Brytyjskiej, uznawany za bohatera. Przezwisko pochodziło od noszonego przez niego płaszcza z grogramu <specjalny nieprzemakalny materiał>. Czynem, który zapewnił Vernonowi sławę <być może większą, niż jego dokonania wojenne - dopisek mój>, był rozkaz z 1740, by rum wydzielany marynarzom rozcieńczać wodą. Wkrótce stało się to obowiązującym zwyczajem na wszystkich okrętach Royal Navy, a marynarze nazwali nowy napój grogiem na cześć przezwiska Vernona.)
Ja skromnie przyniosłem sobie lampkę czerwonego wytrawnego.
W połowie filmu usłyszałem charakterystyczne objawy.
- A bo mnie zawsze napoje alkoholowe robione na gorąco usypiają. - wyjaśniła. - Dlatego, na przykład, nie zamawiam grzańca na winie.
Do sprawy podeszliśmy spokojnie i z humorem, bo nie było co się kopać z koniem, zwłaszcza ostatniego dnia roku. Nastawiliśmy budzenie na pięć minut przed północą i błogo zasnęliśmy. Miałem pewne wątpliwości, czy Żona da radę wstać, ale jednak motywacja była duża. Bo przełom lat, bo fajerwerki i cała aura z tym związana, a przede wszystkim Pasierbica. Zawsze zaraz po północy dzwoniła z życzeniami, więc jak to tak?... Tym razem było nie inaczej. Całą paczką, z dziećmi i z szampanem, wylegli przed dom, podobnie jak wszyscy mieszkańcy osiedla. I cieszyli się z Nowego Roku. Dzieci dodatkowo, bo jaka może być lepsza atrakcja ponad tę, że o północy można było wyjść z dorosłymi z domu, podziwiać rozbuchane metropolialne fajerwerki, pić "szampona", a na dodatek, los tak zdarzył, że do upadłego rzucać się śnieżkami.
Przy okazji fajerwerków "odkryliśmy", że zewsząd jesteśmy otoczeni wysokimi drzewami, a to "odkrycie" bardzo dobrze nam zrobiło. Fakt, że i na górze, i na dole chodząc od okna do okna musieliśmy się sporo starać, żeby cokolwiek zobaczyć, a nawet wyjście na taras nic nie poprawiało, nie mógł nam popsuć żadną miarą humoru.
Ja winem, Żona resztką zimnego, nadal pysznego q-grogu, specjalnie zostawionego na północną okoliczność, złożyliśmy sobie życzenia. I Pieskowi też. A on? Miał na łomot petard, świst ogni i rozbłyski totalnie wywalone. Spał... Nawet specjalnie nie dawał nam do zrozumienia ani paszczą, ani oczami, a na pewno nie nieruchomym cielskiem Ludzie, toż to północ! Czas spania i po co ta heca?!
Kładąc się ponownie do łóżka obiecaliśmy sobie z Żoną, że jutrzejszy cały dzień przebumelujemy. Będziemy oglądać na dole w skonstruowanym w Bawialnym kinie domowym film za filmem relaksując się dodatkowo między nimi posiłkami i niezbędnymi czynnościami. Wszystko w trybie slow!
Zasnęliśmy ponownie już w nowym roku.
CZWARTEK (01.01) - NOWY ROK 2026
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Nawet wyspany.
Żona pojawiła się na dole o 08.00. Od razu się cieszyła, że to wreszcie dwudziesty szósty.
- Bo ten dwudziesty piąty był dla mnie jakiś taki..., jakby zaplątany, zamotany. - Czuję wyjście z niego jak taki oddech, takie ufff!
Oboje jednak twierdziliśmy, że ostatecznie nie był zły.
Nowy rok, nowym rokiem, a poranek był taki, jak zwykle, taki nasz - 2K+2M plus moje pisanie.
O 08.00 przyszedł sms od Syna. Mocno się dziwiłem porą, zwłaszcza że to pierwszy dzień nowego roku, po Sylwestrze, itd. Naszło go na filozofowanie z pointą No, to właśnie minęło już ĆWIERĆ tegoż właśnie XXI wieku. Dokładnie o tym myślałem, ale w kontekście wieku XX. Czy ludzie wówczas też tak odbierali fakt, że już minęła ćwiartka.
Za chwilę jednak wyszło szydło z worka i wyjaśniła się tak wczesna pora. Drugi sms wyjaśniał wszystko.
- Położyłem się o 2, wstałem o 4 bo zaczął mnie znów ząb po mału boleć. Modlę się żeby na noc się nie rozkręciło i żeby jutro dentysta mnie przyjął na wyrywanie. (pis. oryg.)
Hamowałem mój wkurw, bo to źle tak zaczynać nowy rok. Ale mu nie odpisałem, żeby samego siebie nie podkręcać. A wkurw się wziął stąd, że w ostatniej naszej, a może przedostatniej, rozmowie cwaniakował na całego. Tłumaczył mi, że chyba lepiej jest mieć własny ząb niż go nie mieć I nie będę go wyrywał, bo przestał mnie zupełnie boleć. Nie pomogły tłumaczenia, że siedzi na tykającej bombie I jak myślisz, kiedy zacznie cię ponownie boleć?! Bo się założę, że w piątek wieczorem lub w nocy z piątku na sobotę, w weekend, albo w jakieś święto i wtedy na wizytę u dentysty to sobie będziesz mógł nagwizdać! Wiedział wtedy lepiej...
I Posiłek, jajecznicę na szynce i cebuli, zjedliśmy o 11.00. Równolegle Żona robiła sernik, tę drugą wersję, lepszą. Nie było wiadomo, co to może oznaczać dla obu końcowych potraw Bo mi się mieszają smaki! Ale nie wpadałem w panikę...
Postanowiłem posiedzieć nad papierami. Trzeba było zamknąć stary rok i papierowo porządnie rozpocząć nowy.
W międzyczasie dwa razy zadzwonił Brat z życzeniami i swoimi różnymi opowieściami, a za chwilę Były Teść Żony. Zaczął od przepraszania nas za to, że gdy był w szpitalu, i gdy my zadzwoniliśmy, wtedy nas telefonicznie tak szybko spławił. Wszystko wyjaśnił i zrelacjonował. Miał według lekarzy malutki udar niedokrwienny i musiał się z Żoną zgodzić, że najgorsze, co robi, a raczej czego nie robi, to to, że nie pije.
- W ogóle nie chce mi się pić. - Ale będę się zmuszał... - od razu zapobiegł dalszym tłumaczeniom i naciskom Żony.
Szpital okazał się jednostką dwubiegunową.
- Ma najgorszą opiekę w Metropolii, pielęgniarki zachowują się zwyczajnie po chamsku, za to posiłki są najlepsze, bo szpital, jako jedyny, ma na miejscu działającą kuchnię.
Były Teść Żony uśmiał się z naszej wiedzy wynikającej z kablowania Pasierbicy.
- Słyszeliśmy, że gdy tylko wróciłeś do domu, od razu napiłeś się kawy i zjadłeś ciasteczko...
- Marzyłem o tym...
- I że jako doświadczony człowiek radziłeś Pasierbicy i Q-Zięciowi oraz ich sylwestrowym gościom, żeby po pijaku nie szli schodami spać na górę, tylko żeby wszyscy zalegli na dole, w tym pod schodami...
- Ale ona wam nieźle kabluje!... - tu się ubawił szczególnie.
W końcu zabraliśmy się za filmy. Ja przy herbatce, oboje przy serniku. Wyszedł bardzo dobrze, ale Żona stwierdziła, że jednak było za dużo masła, z czym się zgodziłem.
- Muszę jeszcze zmodyfikować... - nie zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem.
Skończyliśmy Wożąc panią Daisy i po krótkiej przerwie obejrzeliśmy O mały głos (brytyjski z 1998). Po czym, dla odpoczynku od telewizora, trochę popracowałem w drewnie i odśnieżyłem taras, żeby ułatwić Pieskowi życie, a Żona szykowała II Posiłek. I zasiedliśmy do dzisiejszego trzeciego filmu Smażone zielone pomidory (amerykański z 1991 z Kathy Bates i Jessicą Tandy).
A na deser obejrzeliśmy, już z łóżka, pierwszy odcinek sezonu trzeciego serialu Słowo na R.
Zasypialiśmy o naszej porze, czyli o 21.00.
PIĄTEK (02.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu pisałem.
Za oknem sypało, a dość mocny wiatr powodował zawieje i zamieci. W sumie jeden pies, bo trzeba było pójść i odśnieżać.
Od razu po I Posiłku poszedłem w Uzdrowisko na zakupy. Żona hamowała mnie twierdząc na podstawie internetowych prognoz, że w południe ma przestać padać. Tu mi tramwaj chodzi... Może i ma...
W tamtą stronę sypało i dość ostro wiało. W sumie nieprzyjemnie, bo wiadomo Biednemu emerytowi (i głupiemu) wiatr zawsze w oczy wieje. A dlaczego głupiemu? Bo, gdy wracałem, przestało sypać i wiać. Spojrzałem na smartfona. Naprawdę była 12.05.
Zupełnie jednak z tego powodu, że tak się "naraziłem" na "anomalie" pogodowe, się nie przejąłem. To miłe, że w wieku 76(?!) lat w taką pogodę można sobie normalnie iść, jak gdyby nigdy nic i nawet czerpać przyjemność, że daje się radę.
W drodze powrotnej wstąpiłem do "naszej' apteki po maść z witaminą A firmy Hasco-Lek. Co prawda w domu Żona podsuwa mi różne inne smarowidła do rąk, ale jakoś tak wytrwale obcuję z tą maścią. Bo od czasu, gdy zacząłem jej używać, a to już lata całe, bolesne pęknięcia naskórka przy paznokciach obu kciuków się nie pojawiają.
Pierwsza klientka była w trakcie sporych zakupów, druga skarżyła się wszem wobec, że w nocy zaczęło ją boleć prawe ucho I nikomu nie życzę! I czy pani mi coś na to da? pytała "naszej" sympatycznej farmaceutki spotykając się z jej uspokajającymi zapewnieniami, że tak, ja byłem trzeci, a za mną jeszcze jedna pani.
- Proszę pani - odezwałem się do Tej Obolałej - proszę położyć się w domu na lewym boku i zakropić prawe ucho wodą utlenioną. - Będzie pani słyszała bulgotanie i tak trzeba leżeć z 2-3 minuty... - I kilka razy powtórzyć...
- Co pan powie?! - Tak na gołe ucho? - pani nie dowierzała, ale nie kpiła.
- Uwalnia się rodnikowy tlen, bardzo agresywny, wyżre wszystko, bakterie wirusy... Dobrze, że nie powiedziałem jej in statu nascendi, bo i tak zdrowo ją wystraszyłem tym "wyżre wszystko". Widząc to zastosowałem łagodniejsze metody doradzania.
- To wszystko - tu machnąłem wokół głowy - jest ze sobą połączone i nie wiadomo, tak naprawdę, co jest przyczyną bólu ucha. - Radzę, na przykład, aby pani kilkukrotnie przepłukała gardło nasyconym wodnym roztworem soli, ale nie tej białej, ogólnodostępnym syfem ze szkodliwymi antyzbrylaczami, ale solą kłodawską. - A roztwór nasycony uzyska pani, jeśli po intensywnym mieszaniu z dodatkiem ciepłej wody, zostanie na dnie trochę nierozpuszczonej soli. - Proszę mi wierzyć, jestem chemikiem.
- Ale najpierw lepiej byłoby pójść do lekarza, może do dentysty i zdiagnozować sprawę... - wtrąciła się ta ostatnia.
- Ale mnie ząb nie boli! - zaprotestowała Ta Boląca.
Ja ignorując Tę Wtrącającą Się dalej pastwiłem się nad Tą Bolącą.
- Może pani też płukać gardło 12% roztworem płynu Lugola. - Wie pani, roztwór jodu i jodku potasu. - Pięć kropli na pół szklanki wody. - Może pani też nałożyć kroplę tego płynu na palec i delikatnie włożyć go do ucha, żeby tam sobie parował i robił swoje. - Może też pani tym płynem posmarować skroń, tuż przy uchu. - Zostanie brązowa plama, ale proszę się nie przejmować, jod szybko sublimuje i śladu nie będzie!...
- O, matko!
- Wreszcie może pani zrobić sobie inhalację. - Proszę do sporego garnka wsypać czubatą łyżkę stołową sody oczyszczonej, NaHCO3, występuje w postaci uwodnionej, zalać ją litrem, mniej więcej, wrzącej wody, zamieszać do rozpuszczenia się i parę wdychać przez 10 minut naprzemiennie nosem i ustami. - Oczywiście na głowę nachyloną nad garnkiem należy nałożyć w miarę szczelnie ręcznik...
- A, to są takie męskie metody... - zareagowała sporo lekceważąco Ta Wtrącająca Się.
- I nie chodzić od razu do lekarza!... - spojrzałem na nią zjadliwie. - A jeśli już, to samym końcu!
Niedostrzegalnie się cofnęła, tak instynktownie. Bo to wiadomo, gdzie można spotkać wariata?! W aptece prawie na pewno.
- No dobrze, wysłuchałam pana - zaczęła ugodowo Ta Boląca - ale teraz jest moja kolej i co mi powie pani farmaceutka.
- Nie wiem, co ten pan pani mówił - obruszyła się, dla postronnego klienta niedostrzegalnie, ale ja wiedziałem swoje - ale ja(!) dam pani krople przeciwbólowe i przeciwzapalne.
- O, to świetnie - ucieszyła się Ta Boląca. - Bo nikomu nie życzę!...
Byłem świadkiem sytuacji, zresztą nie po raz pierwszy, kiedy wszystkie strony były zadowolone. Przede wszystkim Ta Boląca, bo marzyła o usunięciu skutku, a nie przyczyny, "nasza" Farmaceutka, z całą do niej sympatią, bo pomogła sprzedając krople, a chyba po to jest apteka, żeby sprzedawać, ja, bo miałem czyste sumienie mądrze doradzając i wiedząc jednocześnie, że to psu na budę, bo nie dość, że nie farmaceuta, to podejrzany chemik, a że głupi chłop, to już w ogóle. No i Ta Wtrącająca Się, bo mogła sobie swoje trzy grosze wtrącić i czas w aptece rączo i ciekawie minął.
- O, to na pewno zostałeś zapamiętany przez tę panią farmaceutkę... - ubawiona Żona skwitowała moją relację.
Nie przejąłem się tym zupełnie. Bo i co może mi zrobić taka obecna farmaceutka, bardziej sprzedawczyni przecież. W lekach nie namiesza. Nie to, co drzewiej. Pamiętam tę magię i czarnoksięskie, alchemiczne poczynania pana w fartuchu. Przychodziło się do apteki z receptą, a pan(!) farmaceuta odważał, mierzył, dla dziecka odprawiał jakieś czary, a często mówił Przyjdź za dwie godziny, lek będzie gotowy. To już było bardzo bliskie chemii, więc może dlatego ja...
A gdybym mu podpadł, a on chciałby mi się zrewanżować, to najwyżej nie wychodziłbym dzień cały, a może jeszcze lepiej, noc całą, z toalety, i tyle.
Co jeszcze mogę dodać? Chyba tylko tyle, że jestem idealnym uczniem
Żony. W aptece tym się wobec pań nie chwaliłem. Justusowi Wspaniałemu
też się nie chwalę, ale i tak zostanę wyśmiany.
Gdy wróciłem do domu, skorzystałem z faktu, że byłem ciepło ubrany i odśnieżyłem ścieżki, schody i górny balkon. I z przyjemnością pisałem. Oczywiście po zrzuceniu ciepłej odzieży. A potem w ramach dywersyfikacji wysiłku trochę popracowałem w drewnie.
Po II Posiłku zadzwoniłem do Siostry. Nawet udało się połączyć, a to nie zawsze jest proste. Dzisiaj kończyła 73 lata. I emanowała dobrym nastrojem.
I zadzwoniłem do Syna. Modlił się, żeby z zębem dotrwać do poniedziałku, do 14.00, bo wtedy będzie miał wyrywanie. Już tak nie cwaniakował i nawet dał się nam namówić na pewne płukania i inne zabiegi.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R. Scenarzyści poszli na całość. Jeśli kierują się słynnym powiedzeniem Alfreda Hitchcocka Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć, to strach pomyśleć, co będzie dalej.
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
Bez alarmu.
Od momentu, gdy go po raz pierwszy nie nastawiłem jakiś czas temu, nie robię tego wcale. I świat się nie zawalił.
Po porannym rozruchu pisałem i wysłałem urodzinowe życzenia do Po Morzach Pływającego. Życzyłem mu stopy wody pod kilem, tak na morzu, jak i w życiu i skorzystałem z okazji, żeby go wyzwać od leszczy. Dzisiaj kończy 61 lat. Młodziak normalnie.
Do I Posiłku i po nim pisałem. Nadrobiłem wszelkie zaległości. Mogłem z czystym sumieniem i z przyjemnością pójść na basen. Mocny wiatr powodujący zamiecie mnie nie ruszał.
Było niespodziewanie więcej osób niż zwykle, a myślałem, że pogoda wystraszy ludzi. Poza tym po raz pierwszy był cały wiekowy przekrój, od nastolatków do taplających się w moim wieku. Nie wiem, czy nie byłem najstarszy. Było więc trochę trudno dopchać się do różnych atrakcji masujących, stąd więcej pływałem. I drobna obserwacja, czyli odkrycie Ameryki - żaden z pływających do 30 roku życia nie korzystał z masażu.
Po II Posiłku pojawiła się drobna zmiana w naszych wieczornych przyzwyczajeniach. Już o 18.00 Żona poszła na górę, a ja zostałem, żeby oglądać niemiecki film z 2004 roku Upadek (Der Untergang - sam tytuł brzmiał już obiecująco), o ostatnich dniach Hitlera w jego berlińskim bunkrze. Czyli coś nie dla niej. Umówiliśmy się, że po obejrzeniu, przyjdę na górę i wrócimy na tory, czyli do serialu.
Link do filmu już dawno przysłał mi Syn, ale jakoś nie miałem czasu, ani melodii do oglądania tej pozycji.
Podstawową siłą filmu był fakt, że zrobili go Niemcy. To gwarantowało, że był wiarygodny w każdym calu. Na pewno by tak nie oddziaływał na widza, gdyby aktorzy gadali po angielsku, choć tutaj mogłoby działać jego oswojenie się z tym językiem przy zalewie produkcji anglojęzycznych. Każdy się jednak zgodzi, że francuski, włoski, czy hiszpański kompletnie odebrałby filmowi wiarygodność. Nie wspomnę o czeskim, który stworzyłby jakąś straszną komedię - Hitler i inni mówiący w tym języku. Nie wiem, jak to znoszą nasi bracia z południa, skoro ponoć ich wszystkie zagraniczne filmy są dubbingowane. Jako Czesi, posługujący się językiem ojczystym, zapewne nie widzą nic śmiesznego w Batmanie, gdy ten mówi Ja sem netoperek, albo w kwestii wypowiadanej przez Schwarzeneggera Vratim se sem dodatkowo doprowadzającej do rozpuku, zwłaszcza Polaka, gdy kwestia wypowiadana jest schwarzeneggerskim basem z jednoczesnym pokazaniem jego facjaty.
Tak więc niemiecki robił wrażenie, zwłaszcza szczekanie, zwłaszcza wojskowe. Poza tym, skoro film dotyczył wojskowych wszelkiej maści, nie wyobrażałem sobie, aby ktoś lepiej niż Niemcy mógł tak trzaskać obcasami, wyrzucać ręce w hitlerowskim pozdrowieniu, a przede wszystkim z taką fascynacją i miłością mówić Mein Fuhrer.
Siłą tego filmu była również jego główna postać, Adolf Hitler, znakomicie odtworzona przez szwajcarskiego aktora Bruno Ganz'a. Jeśli taki obraz Hitlera miałem utrwalony w pamięci na podstawie filmów dokumentalnych, to niewiele różnił się on od tego oglądanego. Pomijam charakteryzację, ale sama gra, zwłaszcza w momentach szaleństwa, była niezwykle wiarygodna.
Gra innych aktorów była bez zarzutu, również scenografia, sceny batalistyczne, kostiumy i charakteryzacja. I scenariusz mógł być bardzo wiarygodny, skoro został oparty, między innymi, na wspomnieniach osobistej sekretarki Hitlera, Gertrudy "Traudl" Junge, pracującej dla niego w latach 1942 -1945 (zmarła w 2002 roku przeżywszy 82 lata).
Mój dodatkowy podziw dla filmu brał się jeszcze z innego powodu. Zastanawiałem się cały czas, skąd producenci filmu wzięli tyle ładnych, ba, nawet pięknych i zgrabnych Niemek?... Sprawdziłem. Wszystkie aktorki były Niemkami.
Upadek w 2005 roku był nominowany do Oscara, ale przegrał z hiszpańskim obrazem W stronę morza.
W trakcie oglądania ocknąłem się w którymś momencie, że coś to za długo trwa. Gdy sprawdziłem po półtoragodzinnym oglądaniu (półtorejgodzinnym - dziennikarze i politycy), zdziwiłem się, że przede mną jest jeszcze bita godzina. Postanowiłem skontaktować się smsowo z Żoną i dopytać, czy nie chciałaby mojego towarzystwa i czy nie obejrzelibyśmy serialu.
Odpowiedź na moje pytanie przyszła w zawoalowany sposób niespodziewanie i to z dwóch stron. Przymierzałem się właśnie do wysłania wiadomości, gdy zadzwoniła Żona, a jednocześnie rozległ się wewnętrzny dzwonek. Żona informowała, że goście pytają, czy mamy sanki, a za chwilę oni o to samo zapytali mnie. Prawdziwy gospodarz sanki posiada i nawet wie gdzie. W mgnieniu oka im je dostarczyłem, a sam... poszedłem na górę. Czy te dwa sygnały nie dawały mi wyraźnie do zrozumienia, żebym resztę wieczoru spędził z Żoną, a nie z Hitlerem? Trzeba umieć czytać znaki, tu niekoniecznie na niebie. Posłużę się mitologią grecką. Ten cały moment był takim malutkim Kairosem.
(Kairos - młodzieniec z bardzo starego mitu. Jest bóstwem szansy. Raz w życiu przechodzi koło ciebie, a wtedy możesz go chwycić za rękaw i zdecydować o swoim dalszym losie. Kairos zatrzymany w tym jednym jedynym momencie zaprowadzi cię na drogę szczęścia. Ale jeśli go przegapisz, gorzko pożałujesz.)
Chwyciłem go za rękaw zdawałoby się w banalnej sytuacji. Ale kto to mógłby wiedzieć, czy ona rzeczywiście była banalna?...
Tak więc, zgodnie z uświęconym rytuałem, obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Słowo na R.
NIEDZIELA (04.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
Po porannym rozruchu pisałem.
Goście z góry szykowali się do wyjazdu już od 08.30. I wyjechali o 09.00.
- Bo mamy daleką drogę do Stolicy i ciężkie warunki drogowe.
Oddali sanki i opowiadali, cała trójka, a nastolatka tylko czekała, żeby się wepchnąć ze swoimi opowieściami, jak to wczoraj było na sankach. Ten jej brak skrępowania był słodki i hecny.
- Była pełnia satysfakcji... - relacjonowała matka. - Pozjeżdżaliśmy sobie sporo.
- Ale był wypadek! - wtrąciła się córka spiesząc z ważną relacją, żeby rodzice nie odebrali jej tak istotnego momentu opowieści. - Chłopczyk zjeżdżał na jabłuszku, obracało nim, nie dał rady wyhamować i wpadł na betonowy kosz na śmieci. - Uderzył głową i było pogotowie.
Strasznie się uważniła (od bycia ważnym).
- A ty tam zjeżdżałaś?
- Dwa razy, ale gdy zobaczyłam, że jest lód i strasznie ślisko, bałam się i poszliśmy w inne miejsce.
- Tam było bardzo niebezpiecznie, bo co z tego, że miejsce doskonale oświetlone, skoro wąskie, oblodzone i obstawione betonowymi koszami. - uzupełniła matka. Ojciec tylko milcząco potakiwał, co dodawało powagi relacji.
Okazało się, że sankowicze wybrali sobie do zjeżdżania deptak, ten długi na osi altana - pijalnia. Fajnie, tylko że to jest deptak...
Goście z dołu wyjechali godzinę później. Pani trzymała na rękach ich pudla, który się trząsł. Myślałem, że z wiatru i z zimna.
- Boi się, że go zostawimy. - wyjaśniła. - Mamy działkę rekreacyjną i często tam wyjeżdżamy. - Gdy tylko się pakujemy, cały czas nas pilnuje. - Dzisiaj rano nie chciał jeść, bo a nuż, gdyby on jadł, straciłby czujność, a państwo wyjechaliby bez niego.
Przywołałem we wspomnieniach Bazyla.
- On nie cierpiał jeździć autem, jak wszystkie trzy nasze cane corso. - Ale, gdy tylko otwierałem klapę bagażnika, żeby zacząć się pakować, natychmiast wskakiwał i żadna siła nie była w stanie go stamtąd ruszyć. - I nie było ważne, czy do wyjazdu pakowanie trwało pół godziny czy godzinę...
- Bardzo pięknie państwo mieszkacie. - pani dorzuciła na pożegnanie.
Jeszcze przed I Posiłkiem ogarnąłem wstępnie dwa apartamenty. A po nim ostro zabraliśmy się do roboty, bo na górę przyjeżdżali kolejni goście, o 13.00, a na dół o 14.00. Sami zaproponowaliśmy takie godziny.
Nie powiem spracowaliśmy się, bo wszystko szło intensywnie, bez żadnych przerw. Na dodatek znowu musiałem sporo pomachać miotłą, bo to śliczne, białe gówno w nocy posypało.
Ci, co mieli przyjechać o 13.00, przyjechali o 14.00. Para około pięćdziesiątki, sympatyczna, z pięcioletnim owczarkiem podhalańskim. Chcieliśmy się z nim od razu zaprzyjaźnić, ale nam odradzono.
- Nie lubi zaprzyjaźniania się z obcymi, nawet nie weźmie od nich jedzenia. - goście wyjaśnili.
Faktycznie, gdy fajny biały sierściuch wyskoczył z auta, totalnie nas olał. A w górnym mieszkaniu, gdy Żona oprowadzała gości, obszczekał ją, bo był już u siebie. Ostrzegł ją Ty, uważaj, nie spoufalaj się! A tylko dlatego, że Żona do niego przymilnie zagadała.
Z kolei ci, którzy mieli przyjechać o 14.00, przyjechali o 15.00. Zaskoczyli nas kamperem. A kamper ma to do siebie, że jest zdecydowanie większy od osobowego auta, a przede wszystkim dłuższy. Była polka z zaparkowaniem, ale ostatecznie się udało. Pierwsi goście przy wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu będą musieli się "tylko" trochę pogimnastykować. Ale para sympatyczna i z niczego nie robiła problemu. Bo z czego miała robić, skoro dostała do dyspozycji ogrzewany apartament o powierzchni ponad 30. m2, z prądem, z łazienką, bieżącą wodą i innymi wygodami.
- Zimą służy nam tylko jako samochód... - informowali nas, gdy mocno się zainteresowaliśmy. - Latem gdy leje, jest nieciekawie, ale gdy jest piękna pogoda, jest cudownie.
W trakcie oczekiwań na gości skończyłem oglądać Upadek. Wstrząsający był fanatyzm, wiara i uwielbienie Fuhrera do samego końca. Zastanawiałem się nad specyfiką narodu i jego podatnością na tego typu charyzmę. Czy dotyczyła tylko Niemców? Byłem bliski stwierdzenia, że tak...
Potem jeszcze obejrzałem pięćdziesięciominutowy dokument na ten sam temat, czyli ostatnich dni Hitlera. I nie mogłem się oprzeć pewnym refleksjom. Bo z punktu militarnego należałoby podziwiać ten kraj, a z drugiej strony należało się cieszyć z jego klęski, bo wprowadzony system w oczywisty sposób był zbrodniczy. I należało się cieszyć, że Hitler wprowadził wewnętrzną konkurencję - Wermacht, SS i Gestapo - w słusznym według niego zamyśle, aby system funkcjonował jeszcze lepiej. Tylko że te potężne organizacje bardzo szybko zaczęły ze sobą konkurować, ostatecznie osłabiając działania III Rzeszy. Strach pomyśleć co by było, gdyby działał tylko sam Wermacht, niezwykle skuteczny i gdyby Niemcy, co nastąpiłoby prędzej czy później, stworzyły broń atomową. Szaleniec użyłby jej natychmiast!
Po II Posiłku pisałem.
Pod wieczór zadzwonił Kubson. Chciał nas poinformować o zmianie swojego numeru telefonu. Chyba nie korzysta już w celach komunikacyjnych ze swojego smartwatcha, tylko z jakiejś starej komórki Q-Zięcia. Jak jest, nie wiadomo, bo nie dopytaliśmy. Raczej koncentrowaliśmy się na jego relacji z nocy sylwestrowej. Owszem, trzeba było mu zadawać pomocnicze pytania, ale też sam z siebie wiele i płynnie opowiadał.
Dowiedzieliśmy się, że po 7. stycznia zaczynają się zajęcia w szkole.
- Ale za kilka dni jadę już na obóz.
- Tam, gdzie poprzednio? - dopytaliśmy. - W Zniszczonym Miasteczku?
- Tak.
- O, to w Kotlinie Citizańskiej, blisko nas! - To przyjedziemy cię odwiedzić! - wypuściliśmy go emanując entuzjazmem i spodziewając się, co będzie.
- Nie, nie przyjeżdżajcie!
Jaki szczery do bólu. Ale nie było w tym jeszcze przewracania oczami i wzdychania oraz No, dziaaadeeek!...wypowiadanego z wielkim wysiłkiem. Nie ten etap. A jeszcze kilka lat temu by się ucieszył.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R.
PONIEDZIAŁEK (05.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
Na dworze zaskoczyło nas -10 stopni. Ponieważ w domu rano było +19.4, czyli mniej więcej podobnie, jak w ostatnich porankach, tym bardziej byliśmy zaskoczeni. Ciepła wiatr nie wywiał, bo go nie było - wiatru oczywiście. Klasyczny wyż.
Rano tak z pisaniem byłem na bieżąco, że po wielu dniach wróciłem do onanu sportowego. A potem do zasranego sportu. Zasrany sport towarzyszy różnym kibicom przez cały rok, ale mnie sporty zimowe nie interesują. Jedynie skoki narciarskie, ale te przestałem oglądać kilka lat temu.
Dzisiaj najpierw obejrzałem mecz Huberta Hurkacza z Alexandrem Zverevem rozgrywanym w Sydney w ramach United Cup. Żona na Polsacie wykupiła mi za 20 zeta 30-dniową transmisję. Hubi wygrał 2:0 i Polska prowadziła z Niemcami 1:0. Zaraz po tym Iga Świątek z pewnymi kłopotami wygrała 2:1 z Evą Lys i mecz naszej reprezentacji z Niemcami mieliśmy wygrany bez względu na wynik miksta. Ale w nim Katarzyna Kawa i Jan Zieliński wygrali 2:0 z Laurą Siegemund i Alexandrem Zverevem i cały mecz zakończył się dla nas wynikiem 3:0. Miło tak wygrać, zwłaszcza z Niemcami.
Po I Posiłku i po meczach poszedłem na zakupy. W tym momencie było - 7 stopni, a to było za dużo, a raczej za mało dla Żony, żeby wychodzić w taki ziąb. A dla mężczyzny siedemdziesięciosześcioletniego (😁) stało się przyjemnym wyzwaniem.
Gdy wróciłem, ociepliło się (-6), więc we troje poszliśmy na spacer do Uzdrowiska Wsi. Wszyscy byli zadowoleni, bo było pięknie, tak zimowo.
II Posiłek był dzisiaj rozbieżny. Żona przygotowała sobie podroby w postaci serc kurzych, w bulionie i ze śmietaną, za którymi ja nie przepadam. Co innego żołądki. Zrobiłem więc sobie Moją Potrawę. Trzeba było wykorzystać resztę ziemniaków, która w święta nie została zużyta do warzywnej sałatki. Potrawę tę robię od niepamiętnych czasów, a jest ona prosta, jak konstrukcja cepa.
Przepis:
- weź kilka ziemniaków (ilość do uznania), obierz je, włóż do solonej wody i ugotuj,
- zetrzyj żółty ser, najlepiej kozi (miałem zwykły - spadek po wnukach, którym Żona robiła grzanki), na grubej tarce w ilości do uznania pamiętając, że stopiony ser jest syty i ciężkostrawny,
- gdy ziemniaki zaczną mięknąć, na patelnię z rozgrzanym zwierzęcym tłuszczem wbij 2-4 jaja, posól do smaku i natychmiast posyp je równomiernie startym serem; po czym patelnię przykryj pokrywką i postaw na średnim ogniu, żeby ser topniał, ale nie za szybko i żeby rozbite jaja się ścinały, też nie za szybko; będą gotowe, gdy brzegi zaczną się lekko brązowić,
- odcedź ziemniaki, osusz je na ogniu i do garnka wrzuć trochę masła i zamieszaj je z ziemniakami, żeby się rozpuściło.
Konsumpcja:
- najlepiej jeść w dwóch turach - w pierwszej połowę ziemniaków i połowę jaj; druga połowa niech zostanie w naczyniach, co zagwarantuje, że przy dokładce nadal będzie gorąca,
- wcześniej pokroić na plastry kiszone ogórki (żadne inne) i podać je na małym płaskim talerzu, oddzielnie od głównej potrawy, żeby nie zalewać jej kwachem,
- do całości pasuje piwo lub czysta wódka; wino odpada. Można oczywiście tych trunków nie używać, ale sporo przyjemności odpadnie.
Smakowało wybornie.
Syn dzisiaj przysłał lakoniczną wiadomość. Ale trudno, żeby w swojej sytuacji się rozpisywał.
- Ząb wyrwany. Żyje. Zobaczymy jak odpuści znieczulenie. (pis. oryg.)
Kamień z serca. Nie byłem sadystą i samobójcą jednocześnie i mu nie odpisałem:
- Zobaczymy, gdy (kiedy) odpuści znieczulenie.
Wręcz odwrotnie. Prosiłem go żeby, gdy (jak?!!!) odpuści mu ból i poczuje się na siłach, zadzwonił. Wtedy ustalimy szczegóły jego przyjazdu z Synową do nas w styczniu.
Wieczór kończyłem pisaniem.
W tym tygodniu Bocian nie zadzwonił ani razu.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz jednoszczekiem. W niedzielę. Oczywiście pani o niej zapomniała i Piesek, na ten "mróz" (- 2 stopnie), musiał się upomnieć, żeby go wpuszczono do domu.
Godzina publikacji 18.51.
I cytat tygodnia:
To, czego szukasz, niekoniecznie jest tym samym, co znajdziesz. Kiedy odpuścisz poszukiwania, zaczniesz znajdować. - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach
pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody
Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.)