29.12.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 26 dni.
WTOREK (23.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
Wstawało się ciężko.
Po porannym rozruchu od razu zabrałem się za cyzelowanie. A potem długo siedziałem nad onanem sportowym. Uzależnienie...
Rano wyjątkowo nie zabrałem się za pisanie. To znaczy pisałem wysyłając dziesiątki życzeń świątecznych.
Zaraz po I Posiłku, gdy mieliśmy wybierać się do City, odebrałem podejrzany telefon, który, sądząc po zestawie cyfr, nie mógł być Bocianem. Z nieznanego numeru odezwał się kolega z dawnych czasów. Doznałem szoku, bo nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy się 26 lat, chociaż on cały czas mieszkał i mieszka w Metropolii. Może dlatego, że był znajomym z drugiego planu, bez pejoratywnych skojarzeń. Ale uczciwie muszę przyznać, że w 1999 roku prowadząc już wówczas biuro nieruchomości zdecydowanie przyłożył się do faktu, że moja Najlepsza Sekretarka w Polsce odeszła ze Szkoły.
Stosunki więc się rozluźniły, przy czym nie mogłem żywić do niego urazy, bo jednak była to jej decyzja.
Zachodziłem w głowę, jak mnie odnalazł i dlaczego? Też bez pejoratywnych skojarzeń, bo bardzo się ucieszyłem, gdy go usłyszałem. Przez 33 minuty pospiesznie zasypywaliśmy ogrom niewiedzy powstały przez te lata i obaj dziwowaliśmy się zmianom, jakie zaszły w naszym życiu. A zwłaszcza w kontekście naszych dzieci. Bo wiadomo, my się nie starzejemy, tylko te nasze dzieci...
Okazało się, że być może impulsem do zadzwonienia był fakt, że mieszkam w Uzdrowisku, a on się skądś o tym dowiedział. A czasu nie było, żeby dociekać. Z rozmowy wynikło, że kolega dzieciństwo spędził w Uzdrowisku, czyli można powiedzieć, że się w nim wychował, tutaj są pochowani jego pradziadkowie, o ile dobrze zrozumiałem, i dziadkowie (to na pewno). Więc o samym Uzdrowisku, co gdzie jest, rozmawialiśmy swobodnie. Było więc oczywiste, że musi do niego przyjechać i nas odwiedzić. Chyba nastąpi to w nowym roku i zapowiada się ciekawie.
Do City jechaliśmy w lekkim napięciu. Żona wczoraj umówiła się z panią na odbiór dokumentów, które zostawiła u niej blisko tydzień temu celem konsultacji z panią naczelnik. Oczywiście do niej nie doszło, bo przecież pępkiem świata nie jesteśmy, żeby tak natychmiast pani leciała do swojej szefowej.
Oczywiście pani nadal pieprzyła w swoim stylu, miło i uprzejmie, ale Żona przed Świętami nie wchodziła z nią w żadną dyskusję. Dla dobra swojego.
- Że też ktoś taki pracuje w takim urzędzie, który powinien przecież... - nie mogłem sobie odmówić komentarza, gdy ruszyliśmy sprzed budynku US.
- No, właśnie! - Też tego nie rozumiem... - No chyba, że to jest szwagierka, bratowa kogoś tam... - Żona zamknęła kwestię.
Smutne.
W pewnych nerwach zrobiliśmy zakupy aż w dwóch Biedronkach i w Carrefour. Nerwy powstały na skutek dwóch korków. Na pierwszy natknęliśmy się przy wjeździe do City i
Ten zaskoczył nas niemiło,
Bo tam nigdy go nie było.
Drugi nas zaskoczył, już mniej, gdy dojeżdżaliśmy do centrum handlowego. Ale później wszędzie szło gładko. Nerwy jednak zostały.
Kupiliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy włącznie ze zgrabnym świerczkiem za 70 zł. Bo jodły tej samej wielkości kosztowały 100-130 zł.
W Uzdrowisku nerwy zniknęły natychmiast, bo nie dość że byliśmy u siebie, to zakup Socjalnej, odbiór paczki i pobyt w kolejnej Biedronce trwał już śmiesznie krótko.
Sumarycznie więc ciężko nie było, ale trudno tak. Chyba do wszystkiego dołożyła się nieprzyjemna pogoda. Taka zimna mżawka. Zmęczenie dotarło do nas oczywiście już w domu, gdy poziom adrenaliny zaczął spadać. Ale daliśmy radę.
- Jakoś tak to Uzdrowisko jest przyjazne... - Żona musiała zareagować przed "naszą" Biedronką. Na twarzy miała wyraźną ulgę. Bo było mało aut, ludzi, żadnego pośpiechu i napięcia. Czułem absolutnie to samo. Ulgę i swojskość. Już nawet City jawiło się nam dzisiaj jako miejskie, przedświąteczne monstrum.
Wszędzie jednak można było natknąć się na przejawy bezmyślności, głupoty i złośliwości, bo to Polska właśnie. Pominę dziesiątki samochodowych, koszykowych w sklepach, kolejkowych, bo na ich opisanie nie starczyłoby miejsca i czasu. Zresztą od momentu wytłumaczenia ułomności ludzkiej przez Żonę i Ale dlaczego ty oczekujesz?... staram się, naprawdę, ich nie dostrzegać. Ale są granice.
Gdy Żona odstawiała koszyk pod koszykową wiatę, zrobiła to cudem.
- Ledwo udało mi się go wcisnąć, ale następny już... - Musiałam się szarpać!...
Nie wierzyliśmy własnym oczom. Jakiś gnój "zaparkował" sobie motorynkę tak, że nie można było ani kosza wziąć, ani odstawić. Bo przecież siąpiło. Gdyby pod ręką był podobny w charakterze gość do mojego (warunek wystarczający) i nie było Żony (warunek konieczny), to kto wie, czy wespół w zespół nie przerzucilibyśmy tego pojazdu przez barierkę (parking jest na pewnej wysokości), żeby spadając i uderzając o bruk, tak świątecznie, nie zaoferowała swojemu właścicielowi siebie w kilku częściach.
- To może chociaż pójdę, odblokuję nóżkę, żeby motorynka pizgnęła o glebę i niech ten kutas się męczy i wkurwia. - głośno musiałem z siebie wyrzucić wściekłość i frustrację wiedząc, że przecież tego nie zrobię (patrz dwa powyższe warunki).
Ledwo wróciliśmy do domu i się rozpakowaliśmy, przyszedł sms z informacją o kolejnej paczce. To musiały być oczekiwane i spóźniające się żwacze dla Pieska. A jeśli tak, to nawet zmęczony Pan pofatygował się w tę zimną mżawkę.
Wieczór upłynął pod znakiem rozmów telefonicznych. Dzwoniliśmy po kolei:
- Brat:
- Wigilię spędzi w pracy, nie pojedzie do Bratanicy, Siatkarza i Wnuka, bo jeden z pracowników zachorował i innego zastępstwa nie ma.
- Codziennie rozmawiam z Marysią, która jest u córki w Niemczech (informacja podana dwudziesty raz). - Mówi, że za mną tęskni...
- Córcia:
- Problemy nie minęły, ale nastrój ma lepszy. Może dlatego, że przyjechała matka i rodzina ze Stolicy i trwają przygotowania do Świąt. A poza tym bóbr dał sobie spokój. Może się ewakuował.
- Syn:
Opowiadał straszne rzeczy o bolącym zębie. Leciał już na wszystkich lekach i antybiotykach, jakie się tylko dało.
- Ten główny miał działać z opóźnieniem, o czym było wiadomo. - Więc przez dwa dni myślałem, że oszaleję. - Nocami chodziłem w kuchni wokół wyspy wyjąc i brakowało tylko impulsiku, żebym wybiegł prawie nagi w zimną noc i pędził... - Dokąd? - Trzeciego dnia zadziałał, ból całkowicie nie ustąpił, w skali 0-10 bolał na poziomie 3, ale ja na wspomnienie poprzedniego płakałem ze szczęścia. - A kolejnego dnia znowu, gdy sobie przypomniałem w jakim byłem stanie, znowu z ulgi się poryczałem, chociaż ząb nadal mnie przecież bolał. - Musi zejść ropień i dolna lewa szóstka będzie usuwana.
Syn opowiedział ciekawą historię. Otóż, gdy był w Innej Metropolii II odwiedzając znajomego, przypadkowo spotkał pierwszego poważnego chłopaka Córci. On pierwszy poznał Syna, a nie widzieli się jakieś 15 lat.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak mi się z nim super rozmawiało i jak się ucieszyłem, że go spotkałem. - Szkoda, że nie jest mi dane mieć takiego fajnego szwagra.
Niedoszłego Szwagra poznaliśmy wszyscy. Nawet my z Żoną się załapaliśmy. Byliśmy w Innej Metropolii II, a on z Córcią nawet odwiedził nas w Naszej Wsi. Miły i sympatyczny, elokwentny i inteligentny. Miał jedną wadę, a mianowicie był w jakimś sensie niedojrzały życiowo. Jakby do niczego nie dążył - nie zdał matury, mimo że upłynęły od pierwszego terminu dwa lata, nie wiadomo z czego się utrzymywał (matka?), więc się nawet dziwiłem temu związkowi ze względu na Córcię, która swoje postawy życiowe miała akurat odwrotne, czyli konkretne. Przyciąganie się przeciwieństw?...
To był taki wolny ptak.
Gdy Córcia skończyła licencjat z anglistyki, zaczęła pierwszy rok studiów na nowo otwartym kierunku na metropolialnym uniwersytecie, ale chyba pod wpływem swojego chłopa, zaliczywszy ten rok, studia przerwała i oboje wyjechali (wylecieli) do Szkocji. Nawet byłem na lotnisku z Żoną I, poznałem jego matkę i ze sporym niepokojem patrzyłem, gdy samolot z moją Córcią ulatywał w nieznane.
W Aberdeen na tamtejszym uniwersytecie pierwszy polski rok studiów jej zaliczyli, więc zaczęła od drugiego. Związek ich trwał, ale jego dni były policzone.
- A powiedz mi... - zapytałem go - ... jak to się stało, że w tej Szkocji się rozstaliście? - Syn dalej opowiadał.
- To Siostra kopnęła mnie w dupę! - I muszę ci powiedzieć, że jestem jej za to wdzięczny, bo od tamtego momentu ogarnąłem się życiowo, zabrałem się za siebie, wróciłem do Polski, dwa lata temu zrobiłem papiery instruktorskie, mam zawód i pracę, a przede wszystkim partnerkę, a z nią dwie córki - 9 i 2 lata.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak mi się z nim fajnie rozmawiało. - Syn jeszcze raz podkreślił ten fakt. - Szkoda, że nie mam takiego szwagra. - Ale się wymieniliśmy telefonami, on przyjedzie do nas z wizytą i kontakt utrzymam. - Ale szkoda... - westchnął.
Z Synem gadałem 56 minut. To jakiś bezwzględny rekord.
- Sąsiad Filozof:
- Jak żyjesz? - zaczęliśmy rozmowę.
- A jak mam żyć? - Normalnie.
- A jak pogrzeb?
- Pogrzeb, jak pogrzeb. - Normalnie.
- A nie było problemu, żeby w zupełnie innym mieście pochować Sąsiadkę Realistkę?
- A dlaczego miałby być problem? - Jak się zapłaciło jednemu i drugiemu księdzu... - tu się uśmiał. - Ten drugi musiał tylko wystawić zaświadczenie, że Sąsiadka Realistka była naszą parafianką. - nawet dodał sam z siebie.
- A jak Święta?
- W porządku. - Przyjechała młodsza córka z rodziną i przygotowują, a jutro przyjedzie starsza też z całą rodziną. - rozgadał się.
Ale na końcu, w sumie jak nie on, podziękował za telefon i że pamiętamy o nim. Nawet mnie to wzruszyło.
- Zaprzyjaźniona Szkoła:
Tu do gadania nie trzeba było ich przymuszać i wyciskać z nich informacje. Od ostatniej naszej rozmowy wiele nie mogło się zmienić zważywszy na specyficzny grudniowy czas. Święta spędzają z rodziną w Bardzo Dużym Mieście II, czyli na swoich śmieciach i nigdzie nie wyjeżdżają.
- Podział jest taki... - wyjaśniała Żona Dyrektora - że do rodziny Męża Dyrektorki jeździmy w Święta Wielkanocne.
- Lekarka i Justus Wspaniały:
Przygotowania do Świąt szły pełną parą. Wigilia zapowiadała się super, bo już od kilku dni był Syn Lekarki, a miał dojechać Brat Lekarki z całą rodziną.
- Geograf:
- Planowałem jutro do was zadzwonić. - usłyszeliśmy na "dzień dobry".
I złożyliśmy sobie miłe życzenia.
- Pasierbica:
- Dzwonisz, żeby złożyć nam życzenia? - śmiała się.
U nich od dawna było już ustalone - Wigilia u Policjantki i Przewodnika, po drodze cała czwórka zajrzy do Byłej Teściowej Żony. W I Dzień Świąt ma przyjechać Ojciec Pasierbicy z Macochą, a o drugim nie rozmawialiśmy. Do nas zajrzą na początku nowego roku.
O 21.00 przyszły wieści z Teksasu:
Dziękuję za Życzenia Świąteczne. Życzę.. Wam; Emerycie i Żono samych radosnych spotkań rodzinnych i Szczęśliwego Nowego Roku.
P. S. Tu jakoś nie mogę poczuć świątecznej atmosfery bo jest plus 25 stopni C, chyba jesiennie bo zasypało igłami i liśćmi. Będę zamiatać dmuchawą . Jutro tradycyjnie jednak usiądziemy do Wigilii. Pozdrawiam i ściskam Was oboje, również Pieska!!!!
Texanka (zmiany moje, pis. oryg.)
A o 22.12 z Głuszy Leśnej:
90% odnotowane.
US mam pod kontrolą od kiedy firma z Gdyni rozlicza moje podatki. Śpię spokojnie, a jeżeli się coś dzieje to oni to za mnie załatwiają i są na pierwszej linii ataku i obrony 😁
WydajeSięŻePisowniaJęzykaPolskiegoBedzieTakWyglądalaPoNowymRokuAleJaBędęNadalUżywałStaropolskiejWersjiSprzed2026.
WydajeSięŻePisowniaJęzykaPolskiegoBedzieTakWyglądalaPoNowymRokuAleJaBędęNadalUżywałStaropolskiejWersjiSprzed2026.
To tak na marginesie ostatnich wiadomości o naszym pięknym języku
A teraz coś teraźniejszego
" Nie zmieniamy naszych charakterów każdego roku, zazwyczaj nie zmieniamy naszych przyzwyczajeń, czasem zmieniamy nasze miejsce na Ziemi, czasem rewidujemy nasze poglądy, czasem budujemy nowy dom,a najczęściej jednak zmieniamy samochody 😁
" Nie zmieniamy naszych charakterów każdego roku, zazwyczaj nie zmieniamy naszych przyzwyczajeń, czasem zmieniamy nasze miejsce na Ziemi, czasem rewidujemy nasze poglądy, czasem budujemy nowy dom,a najczęściej jednak zmieniamy samochody 😁
Każdy z nas inaczej obchodzi grudniowe Święta Bożego Narodzenia lub grudniowe Szczodre Gody lub Saturnalia lub Kronie lub Jul lub cokolwiek innego,ale u każdego z nas choinka zawsze stoi gdzieś w domu.
Każdy z nas spędza ten czas inaczej. Z rodziną, z przyjaciółmi, Sąsiadami,gdzieś daleko od domu, ucztując lub siedząc przed choinką i wdychając leśne .
Niezależnie od tego co robimy, z kim i gdzie, niezależnie od tradycji które obchodzimy życzę Wam zdrowego ciała, zdrowego ducha i zdrowych relacji!!!
Wesołych świąt
Głusza Leśna
24.12.2025 (zmiana moja, pis. oryg.)
24.12.2025 (zmiana moja, pis. oryg.)
ŚRODA (24.12) - Wigilia
No i dzisiaj wstałem o 5.40.
Wstawało się ciężko, bo spałem świetnie i nie mogłem zrozumieć, co mnie pchało do wcześniejszego wstawania. To stało się dobrą poranną pożywką dla Żony.
- Poranny sen jest niezwykle ważny ze względu na fazę REM...
Usłyszałem, jak jest ona ważna dla mózgu, jak może mi zwiększyć intelekt, wesprzeć regenerację i coś tam jeszcze. Słuchałem nawet z ciekawością, ale ponieważ zauważyłem, że Żona nieprzyjemnie porannie się rozkręca, natychmiast zadeklarowałem chęć, że już jutro alarmu nie będzie.
- Tak od razu? - zdziwiła się.
- Tak.
I uciekłem do łazienki.
Mimo, że to Wigilia, czyli "powinno" być nerwowo, od rana zachowaliśmy spokój. Wszystko szło zwyczajnym, codziennym trybem. Żona tkwiła w swoim 2K+2M, a ja po porannym rozruchu pisałem. Dopiero za jakiś czas zabraliśmy się za przygotowania.
Zacząłem od nastawienia na kuchni jaj, ziemniaków i marchwi. Wszystko do sałatki. Żona zaś roztapiała galaretkę, żeby ją ponownie zagotować, a potem dalej robić nóżki. Był więc czas na telefonowanie.
- Trzeźwo Na Życie Patrząca i Konfliktów Unikający:
Wigilię mieli spędzić u siebie we czworo wraz z Matką Trzeźwo Na Życie Patrzącej, jej starszą siostrą oraz jej partnerem i ich dzidziusiem, który, zdaje się, ma już rok. Wynikało z rozmowy, że ten partner siostry to musi być fajny gość, ateista. Chętnie bym go poznał.
W pierwszy dzień Świąt Konfliktów Unikający jechał do matki wraz z Trzy Siostry Mającą oraz z ich dziećmi, Teatralną i Miśkiem. Trzeźwo Na Życie Patrząca chyba miała zostać sama albo iść do siostry lub mamy (wszystko mi się pokiełbasiło), bo córy jechały do ojca. Przy czym O Swoim Pokoju Marząca miała wrócić na Sylwestra, a Nieszablonowo Myśląca deklarowała, że zostanie tam aż do Trzech Króli.
- Kolega Inżynier(!):
Na Wigilię jechał do mamy i do siostry ze swoją młodszą córką, Krawacikiem.pl.
- A starsza? - dopytaliśmy.
- Idzie do najstarszej siostry Trzy Siostry Mającej.
Wydawało mi się, że słyszałem w jego głosie delikatny przekąs.
(Wyrażenie "mówić z przekąsem" pochodzi od rzeczownika przekąs, który pierwotnie oznaczał dosłownie "przegryzkę" lub "przegryzanie", ale rozwijał też znaczenie przenośne: "dogryzanie, przyganianie, przymawianie komuś". Z czasem utrwaliła się forma z przekąsem <a nie o przekąsie)> w znaczeniu ironicznym, złośliwym lub sarkastycznym, co odzwierciedla sens „dogryzania” komuś słowami, niczym fizyczne „przegryzanie” lub „kąsanie”)
W trakcie rozmowy Żona wpadła na ciekawy pomysł.
- A może ty byś przyjechał z dziewczynami na jakiś weekend feriowy? - Tak dawno ich nie widzieliśmy...
- Kto wie, nawet chętnie, tylko nie wiem, jak one...
- Gdy im zaproponujesz... - odezwałem się trzeźwo i z refleksem - ... broń Boże, nie napomykaj o jakichś spacerach, a już na pewno nie szlakami górskimi! - Bo z przyjazdu z dziewczynami wyjdą nici! - Wspomnij, że będziemy chodzić do kawiarń, na lody i inne desery, może nawet do restauracji... - Zwiększysz szanse!
Po I Posiłku zabraliśmy się za dalsze przygotowania do Świąt. Żeby mieć z głowy w tym okresie temat drewna, sporo popracowałem w obszarze II, III i IV frakcji. A potem ustawialiśmy i przyozdabialiśmy choinkę. Poszło, jak zwykle gładko, bo temat mamy obcykany. Tegoroczną trochę u nasady pnia skróciłem, wywierciłem otwór na konstrukcyjny szpic w donicy nośnej i jednym ruchem choinkę do niej wstawiłem. Pestka. Pozostało wypionować, wspólnie założyć świecidełka i do donicy wlać wodę. W tym roku Żonę dodatkowo naszło na picowanie, więc jeszcze dołożyła bombki i szpic oraz anielskie włosy. Zapach i wygląd przywoływał wspomnienia z dzieciństwa. Cholera, jakie to mocne!
Wczesne popołudnie znowu upłynęło pod znakiem rozmów telefonicznych. Dzwonili koledzy ze studiów, Elektryk i Siostra. Z kolei my zadzwoniliśmy do Byłej Teściowej Żony. Rozmawialiśmy sobie długo. W zasadzie ciągle o tym samym, ale ona potrzebowała tego, a i my też. I zadzwoniliśmy do Byłego Teścia Żony. Znękanym głosem przepraszał nas, że on teraz nie może rozmawiać. W 10 sekund złożyliśmy mu tylko życzenia i się rozłączyliśmy. Bo co tu dociekać i go męczyć.
Popołudnie zajął nam drugi etap przygotowań - kulinarny. Spokojnie, bez pośpiechu, przy Pilsnerze Urquellu, kroiłem sobie sałatkowe i sosowe składniki, mieszałem, doprawiałem i smakowałem. Taki rytuał, jak co roku, z tą różnicą, że pilnowałem się z ilością. Sałatki wyszło z trzy razy mniej niż dotychczas, a sosu tatarskiego pełen słoik, tu jak zwykle, ale jego nigdy nie było za dużo.
- A pamiętasz - Żonę wzięło na wspomnienia - gdy w czasie pierwszych naszych Świąt narobiłeś dwie olbrzymie michy sałatki?! - nawet teraz po 25 latach miała grozę na twarzy. - I potem latałeś za rodziną lub znajomymi, żeby każdemu wcisnąć po słoiku?!...
Nawet mnie samego ogarnęła zgroza na wspomnienie tamtych gór sałatki.
Żona kończyła nóżki, zupę grzybową i zabrała się za... sernik. Normalnie Święto Lasu! Ale geneza pomysłu była prosta. Świątecznie przy porannych kawach nie mogliśmy liczyć na sernik Pasierbicy oraz na struclę makową Q-Zięcia. Więc jeśli już miało być cokolwiek, to tylko sernik Bo to z samego sera, bez ciasta tłumaczyła Żona. Ostatnio taki chyba piekła w Wakacyjnej Wsi. Miałem spróbować dopiero jutro.
Do kolacji przebraliśmy się, a jakże! Było sympatycznie i ... skromnie. Przy stole w kuchni siedzieliśmy przy zupie grzybowej, pysznej, esencjonalnej, oraz przy sałatce śledziowej z ziemniakami.
Przy ogólnym rozleniwieniu przyszedł czas na prezenty. Żona otrzymała voucher do swojego ukochanego Lokalu z Pilsnerem II, a ja długo oczekiwaną książkę Naznaczony Roberta Galbraitha. Taka cegła - 938 stron.
Wydaje mi się, że każda kolejna jej książka o Cormoranie Strike'u i Robin Ellacott jest coraz grubsza. Ta przerażała swoją kolubrynowatością. Na pewno nie pomieści jej moja podkładka pod książki. Jednocześnie budziła podziw nad geniuszem pisarki. Bo jak można założyć, być wręcz pewnym, że za rok lub dwa powstanie następny tom z tego cyklu lub z każdego cyklu w ogóle? Jak to się robi i jak się wymyśla kolejną fabułę?
Oczywiście będę czytał i jestem ciekaw, ile mi to zajmie czasu przy moim systemie czytania i innych uwarunkowaniach. No i mam nadzieję, że wreszcie autorka zlituje się nade mną, i że para nietuzinkowych, obarczonych różnymi traumami, głównych bohaterów jednoznacznie i klarownie wyzna sobie miłość. Bo ile można maltretować czytelnika?... Wystarczająco długo czekam, aż to nastąpi, poddany sadystycznym metodom pisarki, która wprowadza czytelnika w maliny sugerując daną sceną, w każdej książce i po wielokroć, że to nastąpi tuż, tuż, właśnie w tym momencie, by za kilka zdań zrobić pisarską woltę i zostawić czytelnika zawiedzionym, zirytowanym, a nawet wkurwionym Bo przecież jedno kocha drugie i ile tak jeszcze można?!...
No, ale J.K.Rowling to Brytyjka, taka, sądząc z wyglądu i z jej życiorysu, twarda sztuka, co to niejedno przeszła. Trudno więc spodziewać się ckliwego, hollywoodskiego zakończenia, jeśli w ogóle ta książka ma być zakończeniem serii.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R. Tak świątecznie.
- To nie nastawiasz budzika? - Żona wolała się upewnić.
- Nie, jak już zacząć, to od razu!
CZWARTEK (25.12) - I Dzień Świąt
No i dzisiaj wstałem o... 07.00.
Skoro tak istotna jest faza REM!...
Oczywiście w trakcie wstawania nic mi się nie zgadzało z wczorajszym twierdzeniem Żony o tej fazie snu, że wzmaga intelekt i buduje energię na cały dzień. Byłem pewny, że intelektu mi nie przybyło, a i o energii na dzisiejszy dzień miałem nie najlepsze wyobrażenia, bo ciągle byłem niemrawy i śpiący.
Najpierw obudziłem się sam z siebie o swojej porze, czyli o 05.30. Wstałem siku i... wróciłem do łóżka.
Skoro demoralizacja i demobilizacja, to na całego. Ale w okolicach siódmej zacząłem się wiercić oczywiście nie zdając sobie sprawy, że to siódma dopóki nie spojrzałem na smartfona.
- Wstajesz? - zapytała wybudzona Żona, bo nie dość, że wybudziłem ją wierceniem się, to jeszcze jej zegar biologiczny był tak nastawiony.
- Wstaję!. - Bo ile można gnić w łóżku?!...
To Żonę ubawiło.
- Ale pamiętaj... - Żona zaczęła powtarzać - ... że ta faza jest istotna dla twojego intelektu i...
- A ile mi tego intelektu w moim wieku może przybyć! - przerwałem jej. - I czy w ogóle?!...
- To trzeba było o 05.30 już nie wracać do łóżka!... - natychmiast się zirytowała. - Kazałam ci?!
- No nie, ale wczoraj zasiałaś demoralizację i demobilizację, więc machnąłem na wszystko ręką i wróciłem.
- To ty teraz codziennie rano będziesz tak marudził i złorzeczył?! - To ci od razu mówię, wstawaj sobie kiedy chcesz, nastawiaj sobie budzik, ile i jak chcesz, bo ja tego nie wytrzymam.
W taki przypadku najlepiej jest, gdy zamilknę (zamilczę?). Ogólnie, a zwłaszcza w I Dzień Świąt. Zadziałało natychmiast.
- To ja sobie jeszcze trochę poleżę, żebyś ty tam na dole mógł spokojnie wszystko przygotować... - odezwała się pokojowo.
Wiedziała, że najlepiej się czuję, gdy sytuację, jakąkolwiek, mam opanowaną. Przyszła idealnie, gdy wszystko było gotowe - ja po gimnastyce, w kuchni rozpalone, kubki z Blogowymi podgrzewały się na blasze i wszystkie urządzenia elektryczne miałem powłączane (powłanczane - politycy i dziennikarze) - choinkę, ruter, globus i świecidełka w bawialnym. Z niczym nie zalegałem.
Po "spóźnionym" porannym rozruchu pisałem. Przy Blogowych i przy serniku. Wyszedł bardzo dobrze, sernikowo, grudkowo. Z przyjemnością zjadłem, mimo że wczoraj Żona kilka razy akcentowała fakt, że nie ma mąki ziemniaczanej Więc dam kasztanową. To wydało mi się podejrzane, więc optowałem za kokosową, ale Żona wytłumaczyła mi dzisiaj rano, dlaczego to mógłby być zły pomysł.
- Bo mąka ziemniaczana czy kasztanowa daje pewną kleistość. - Przy kasztanowej sprawdziłam to już na naleśnikach. - Gdyby była kokosowa, to sernik by się "rozsypywał".
Przekonała mnie od razu, bo rozsypującego się sernika nie ścierpiałbym.
- Ale muszę jeszcze wprowadzić pewne modyfikacje... - rozległo się groźnie w ciszy świątecznego poranka.
Zgodziliśmy się, że można by dodać wanilii i skórki pomarańczy, ale przecież wiedziałem, że akurat teraz ich nie mamy. Na czym więc miałaby polegać modyfikacja? Żonie została jeszcze druga część ciasta, na której miała eksperymentować. Więc sernikowo jeszcze wszystko przede mną. Coś tam usiłowałem bąknąć, że lepsze jest wrogiem dobrego, ale to sztandarowe moje sformułowanie sczezło wobec natychmiastowego i stanowczego Ale ja muszę!
- To chociaż poczekaj, aż ten zejdzie... - odważyłem się.
- Nie mogę, bo ciasto się tak dobrze nie przechowa, jak gotowy sernik.
No i masz babo placek, nomen omen. Jak nie było sernika w tym domu, to nie było. A teraz będą dwa!...
Później poczytałem sobie o J.K.Rowling i jeszcze bardziej ją polubiłem. I zdecydowałem się postudiować i dowiedzieć się czegoś więcej o tej fazie snu REM. Niczego takiego nie znalazłem, o czym mówiła Żona. Żadnych wzmianek o intelekcie, ani o energii.
- Ale tu niczego takiego nie piszą... - odważyłem się.
- Bo ty nie czytasz, tam gdzie trzeba. - Żona zareagowała.
Dalej nie dopytywałem i nie odważałem się (😁). Taki piękny poranek I Dnia Świąt. Wyżowo, -6 stopni i ponoć ma być słoneczko...
Żona jednak nie z tych, żeby mi odpuścić chociażby ze względu na Święta. Przysłała maila o tytule Budzik. (wszędzie pisownia oryg.)
Dlaczego budzik jest najbardziej szkodliwym narzędziem mózgu
Budzik prawie zawsze przerywa poranny REM, bo to najdłuższa i najbardziej intensywna faza.
Nagłe przebudzenie powoduje:
Nagłe przebudzenie powoduje:
- przypływ kortyzolu i adrenaliny; (i bardzo dobrze oraz sensownie)
- skok ciśnienia; (nigdy takiego nie miałem)
- ostra aktywacja migdałków - uczucie niepokoju; (nigdy takiego nie miałem)
- wydolność pamięci krótkotrwałej ("mgła") ; (od razu jestem trzeźwy, bez "mgły", no chyba że jestem na kacu)
- zerwanie połączenia myśli. (nie wiem, o co chodzi)
Skutki budzenia budzikiem:
Skutki budzenia budzikiem:
• podrażnienie,
• uczucie niewyspania,
• słabość,
• niezdolność do skoncentrowania się. (w czterech przypadkach niczego takiego, statystycznie rzecz biorąc, u siebie nie zauważyłem)
Budzik nie tylko budzi.
Budzik nie tylko budzi.
Przerywa fazę odpowiedzialną za stabilność emocjonalną i inteligencję.
Twój mózg wie, kiedy się obudzić. Budzi się, gdy praca jest wykonana przez:
Twój mózg wie, kiedy się obudzić. Budzi się, gdy praca jest wykonana przez:
• integrację doświadczeń,
• stabilizację emocji,
• oczyszczenie mózgu,
• ukształtowanie pamięci,
• tworzenie nowych pomysłów. (wszystko to taki medyczny bełkot, według mnie, takie pieprzenie w bambus)
Budzik to interwencja w neurobiologię.
Budzik to interwencja w neurobiologię.
A jeśli chcesz jasności, spokoju, stabilności i kreatywności - pozwól swojemu mózgowi się wyspać. (przecież pozwalam - 9 godzin to mało?!)
(uwagi w nawiasach, nie kursywą - moje)
Oczywiście o moich nie kursywach Żonie nie wspomniałem. Po co? Takie piękne Święta, aura, czas relaksu. Dowie się o nich we wtorek po przeczytaniu wpisu, a wtedy to już
Niech się dzieje wola nieba,
Z nią się zawsze zgadzać trzeba!
Przed jedenastą zaczęliśmy spożywać dary Boże. W sumie bardzo skromnie i zdrowo. Na talerzach, oczywiście w różnych proporcjach u Żony i u mnie, pojawiły się: plastry szynki, galareta z nóżek, sałatka warzywna i sos tatarski. Do tego Baczewski. Było mi bardzo miło, że mogłem stuknąć się kieliszkami z Żoną, tak symbolicznie. Ona miała ledwo, ledwo na dnie, a ja poprzestałem na dwóch. Ale liczył się symbol. Wspominałem już wielokrotnie przy okazji obu Świąt, że nie mam z kim się napić w pierwszy dzień Świąt. Właśnie w ten konkretny, pierwszy. Tak nie nadarzył mi los. Potencjalni pijący wykręcają się porą dnia Tak od rana wódka?... Nie rozumieją, że właśnie o to chodzi, że po południu lub wieczorem to każdy głupi może ją pić. Tylko po co? Żeby zaraz potem kłaść się spać?...
W trakcie śniadania wyjeżdżał dół. Oczywiście, jak to przy wyjazdach, aura była już inna. Okazało się, że to Białorusini, którzy mieszkają w Polsce od 10 lat, a on, informatyk, ma polskie obywatelstwo. Wiedział, że starsi Polacy znają rosyjski. Złożyłem im w tym języku i po polsku życzenia... noworoczne, a oni nam... świąteczne. Po polsku... Tak to się czasami toczy.
Uroczyste skończyliśmy śniadanie
I wnet zabraliśmy się za sprzątanie.
(słowo "wnet" <oznaczające "zaraz", "wkrótce"> ma pochodzenie czeskie, jest zapożyczeniem z języka czeskiego <inhed, ihned, hned>. Wzięło się z prasłowiańskiego "inŭgdŭ", dosłownie "jeden raz", z "in-" o znaczeniu "jeden" <jak w "inochod", "w ino">. Jest to archaizm w języku polskim, oznaczający "zaraz", "wkrótce" lub "prawie)
Porządek zostawili taki, że mógłbym nie odkurzać i nie wycierać na mokro. Glanc! I to przy dwóch pieskach. Przypomnę, że w skali 0 -10 porządek po sobie zostawili: 2 - para polsko-holenderska (0 i 1 zostawiłem na wszelki wypadek dla większych syfiarzy niż oni, bo los potrafi zaskoczyć), 9 - wielu, wielu gości, w tym dzisiejsi. Dziesiątki przy mnie nikt nie otrzyma, bo nie ma siły, żebym czegoś nie dostrzegł lub nie wynalazł. I dlatego sprzątam zawsze, chociaż często Żona mówi Ale po co? Bo to, że ona musi dopicować, to rozumie, ale że ja muszę sprzątać, gdy jest czyściutko...
Nowi goście mieli przyjechać o 13.00. Wcześniej dopytywali, czy tak mogą, bo jeśli nie, to przyjadą o 17.00-18.00. Żona zapewniła, że mogą. O 13.00 przyszedł sms, że będą za godzinę. Czy to nas zdziwiło? Raczej rozbawiło. Taka praca.
A przyjechali przed... 14.00. Taka praca. Młodzi, sporo przed trzydziestką. Sympatyczni, zorganizowani i kumaci. Narciarze.
Mogliśmy oddać się Świętom. Napadło nas na oglądanie animacji Zbigniewa Rybczyńskiego, na slow time, a nawet na słuchanie Bolera Ravela w wykonaniu galicyjskiej orkiestry. Dodatkowo wkomponował się w aurę telefon Lekarki i Justusa Wspaniałego. Zapraszali nas na pierwszy weekend w nowym roku. Wstępnie umówiliśmy się na drugi, bo w tym pierwszym ma się pojawić u nas Krajowe Grono Szyderców. Lekarka wspominała wczorajszą Wigilię jako czas, który spędzili w niezwykle sympatycznej atmosferze. Po oficjalnej kolacji wszyscy zasiedli przy kominku i było ciepło, serdecznie, świątecznie. Brat z rodziną (razem 5 osób) jednak nie nocował i gdzieś około 23.00 wyruszył w drogę powrotną do domu. Syn Lekarki został.
W ramach slow time odbiło mi świątecznie i oglądałem onan sportowy w stylu 30 najpiękniejszych bramek w 2025 roku. A to można robić w nieskończoność, bo po obejrzeniu system od razu podrzucał 20 najlepszych parad bramkarzy w 2025 roku albo Najdziwniejsze bramki w 2025 roku, itd. Musiałem temu położyć kres. Zwłaszcza że nadeszła pora II Posiłku. Pysznego i skromnego - pieczeń z karkówki w postaci mięciutkich plastrów i kapustka na gorąco. Do tego malutka lampka wina - Żona i dwa skromne pepysy Baczewskiego - ja.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R.
PIĄTEK (26.12) - II Dzień Świąt
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
Bez alarmu.
Ranek przebiegł swoim trybem. Po porannym rozruchu pisałem. Aż do świątecznego I Posiłku. Był dokładnie taki sam, jak wczoraj. Co do ilości, jak i jakości.
Żona zaraz potem korzystając z wysokiej temperatury w piekarniku nastawiła drugą partię sernika, tego zmodyfikowanego. Dowiedziałem się tylko tyle, że modyfikacja polegała na dodaniu jeszcze trochę twarogu i odrobiny miodu. O efektach miałem się dowiedzieć dopiero jutro Gdy wystygnie!, ale te kawałeczki ciepłego smakowały bosko!
Potem odgruzowałem się na 45% i nawet z przyjemnością dalej pisałem. Był spory zapas czasu, a to na pewno zapobiegało skłonnościom organizmu do powstawania zniechęcenia i obrzydzenia z powodu tak długiego klepania w klawiaturę.
Dzisiaj przyszedł czas na realizację prezentu pod choinkę, czyli vouchera z Lokalu z Pilsnerem II. Bardzo dobrze nas to nastrajało, a zwłaszcza Żonę. Wiadomo.
W drodze mnie zaskoczyła.
- Jutro przyjeżdża Krajowe Grono Szyderców... - patrzyła na mnie hamując śmiech, bo wiedziała, co będzie.
Dźgnęło mnie nieźle.
- Noż, kurde!...
Nie to, że miałem coś przeciwko, wręcz odwrotnie. Ale te gadki, że teraz nie możemy przyjechać, bo..., a potem też nie, bo... i dopiero będziemy mogli przyjechać w weekend Trzech Króli... Takie sranie w banie! Chociażby sałatka i sos tatarski! Mogłem przecież zrobić więcej!
Okazało się, że Żona w sprawie niespodziewanego przyjazdu Krajowego Grona Szyderców knuła z Pasierbicą chyba już od wczoraj w tajemnicy przede mną, a na pewno od dzisiejszego poranka. A w tajemnicy, bo rzecz jeszcze nie była pewna, a obie wiedzą, że Jemu nic nie można powiedzieć, bo od razu się przywiązuje, a potem są z tego same problemy, gdy jednak rzecz nie dojdzie do skutku.
- Właśnie przed chwilą zapytałam Pasierbicę Czy już mu można powiedzieć?
- Tak! - odpisała.
Obie miały ubaw.
Żona wyjaśniała, jak było. Ojciec Pasierbicy miał być u nich dłużej, ale ostatecznie swój pobyt z jakichś powodów skrócił i zrobił się świąteczny wakat.
- Będą u nas do 30. grudnia.
Szybko obliczyłem, że to trzy noclegi.
- O, to super, sensownie. - To jutro muszę im zająć miejsce parkingowe, a na śniadanie zjem coś codziennego, żeby mogli chociaż trochę spróbować mojej sałatki i sosu tatarskiego. - od razu zacząłem działać.
W Lokalu z Pilsnerem II było tak, jak ja lubię. Mocno turystycznie - gwar, wszystkie stoliki zajęte, że trzeba było czekać i zabiegani kelnerzy.
- Zmęczenie fizyczne?... - zagadałem współczująco do naszej pani, która później zresztą nas obsługiwała.
- Psychiczne! - odpowiedziała po krótkim zastanowieniu się.
Żona po raz pierwszy zamówiła stek, z czego była bardzo zadowolona, bo był idealny, ja zaś nóżkę z kaczki. Do tego ona ciemnego Kozela, a ja...
Kozela musieliśmy reklamować. Znowu, jak jakiś czas temu w Lokalu Bez Pilsnera, trafiła się nam beczka z kwachem. Musiał już zacząć fermentować. Jak przystało w lokalu, o którym mamy jak najlepsze zdanie, pani beczkę wymieniła i podała nowy kufel. Kozelek był aksamitny, piernikowo-czekoladowo-kawowy, czyli taki, jak trzeba. Ciekawe, że nigdy mi się nie zdarzyło, abym reklamował Pilsnera Urquella.
Wracaliśmy w dobrych nastrojach. W domu stać mnie jeszcze było na przejrzenie chłamowatego onanu sportowego, ale nie trwało to długo.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R. Najsmutniejszy z dotychczasowych.
SOBOTA (27.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
Po porannym rozruchu pisałem. Z dużą przyjemnością, bo przy Blogowych i przy zmodyfikowanym serniku. Był doskonały - grudkowaty, lekko słodki, lepki. Przy użyciu dużej siły woli zostawiłem spory kawałek, bo świnią nie mogłem być, skoro Krajowe Grono Szyderców miało przywieźć struclę makową. Nie wspominam ryby po grecku i pierogów, bo to inna bajka, ale równie mile widziana.
I ledwo nastał dzień, czatowałem na tych gości z dołu, kiedy wyjadą na narty, bo musiałem wyprowadzić z garażu Inteligentne Auto, żeby Krajowemu Gronu Szyderców zająć parkingowe miejsce. Wyjechali na narty przed 11.00. Nice. Natychmiast pojechałem na darmowy parking. Było jedno miejsce, na którym zaparkowałem w miarę swobodnie, ale wiedziałem, że Q-Zięć będzie kręcił nosem. Tak czy owak mogłem ze spokojnym sumieniem zjeść I Posiłek, taki normalny, codzienny, bo jajecznicę na kiełbasie i cebuli. I pójść na zakupy do Biedronki i do Intermarche. Bo w związku z przyjazdem Krajowego Grona Szyderców nagle okazało się, że w lodówce i w spiżarni wieje pustką.
Idąc w tamtą stronę przeparkowałem, bo auto przede mną zniknęło. Teraz już Q-Zięć miał komfort. A gdy wracałem, kolejne przede mną zniknęło. to znowu przeparkowałem. Teraz Q-Zięć będzie miał miejsce, które preferuje. Ufff!
Krajowe Grono Szyderców przyjechało o 14.50.
PONIEDZIAŁEK (29.12)
No i dzisiaj... położyłem się spać o... 02.00.
A wstałem o 09.00.
W tym tygodniu Bocian nie zadzwonił ani razu.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz jednoszczekiem. Było to w II Dzień Świąt, w piątek, gdy wróciliśmy z Lokalu z Pilsnerem II. Pani przyniosła Pieskowi różne smakołyki i od razu go nimi poczęstowała. A potem nieopatrznie zmusiła Pieska, żeby w ogrodzie zrobił siku. Piesek uwinął się błyskawicznie i w te pędy chciał wrócić do środka, bo to wiadomo, co tam bez niego mogło się dziać?... Przecież nikt nie powiedział, że to już koniec smaczków. I w tym pędzie natknął się na zamknięte tarasowe drzwi.
Godzina publikacji 18.45.
I cytat tygodnia:
Gdy mędrzec stara się przekazać jakąś mądrość, brzmi to zawsze jak głupstwo. - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach
pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody
Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.)