22.12.2025 -pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 19 dni.
WTOREK (16.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
Dwadzieścia minut po czasie. Znowu wstawało się ciężko.
Od rana cyzelowałem wpis. A było co robić. I gdy skończyłem, natychmiast zabrałem się za układanie drewna. Jeszcze przed I Posiłkiem. Wyszło ostatnie 10 taczek, sumarycznie 30. W drewutni było jakby więcej drewna niż zwykle. A to wrażenie jeszcze bardziej uspokajało w świetle nadchodzącej zimy.
Oczywiście później sporo czasu zajęło sprzątanie na podjeździe przed Klubownią i przy drewutni. Pomocnik by się przydał.
Pracę odreagowałem na dwa sposoby. Najpierw godzinę spałem, a potem poszliśmy we troje na spacer do Uzdrowiska Wsi.
Można powiedzieć, że popołudnie upłynęło na rozmowach telefonicznych.
Po moich bezskutecznych próbach dodzwonienia się do Syna w końcu on sam się odezwał. "Szpitalne" wieści były takie, że on czuł się lepiej, Wnuk-II podobnie, a najlepiej Wnuk-III.
- Ale był tak osłabiony, że dzisiaj zemdlał. - To daję ci go do telefonu, twojego najukochańszego wnuka, żeby powiedział ci kilka ciepłych słów. - Syn na koniec rozmowy pozwolił sobie na prowokację.
Oczywiście Wnuk-III nie zamierzał z dziadkiem rozmawiać, nie miał w tym żadnego celu, dwóch dych na odległość dostać nie mógł, ale tak jawnie odmówić rozmowy nie wypadało, więc był trochę zirytowany będąc wpuszczonym w maliny.
- Nie wiem, co ten tato odwala! - usłyszałem i natychmiast się ubawiłem. - Jakieś ciepłe słowo... - westchnął zbierając się w sobie. - Kaloryfer!
- No może być jeszcze "kuchnia", "żarówka", "słońce" - podpowiadałem mu.
- No...
- Słyszałem, że dzisiaj zemdlałeś....
- Wcale nie zemdlałem! - No, może trochę...
Z Synem pogadaliśmy o zbliżających się Świętach. Wszyscy zjadą do Córci.
- Będzie razem 15 osób, trzy psy i dwa koty. - Będzie ciekawie. - podsumował.
Policzyłem - domownicy trzy osoby, Rhodesian i dwa koty, Syn, Synowa i Wnuki - sześć osób plus dwa psy, I Żona, jej przyjaciółka i przyjaciel Córci - trzy osoby, oraz trzy osoby - rodzina ze Stolicy.
- Przy czym my po Wigilii i noclegu wracamy do Metropolii, bo resztę Świąt spędzimy z Teściami.
Syn był ciekawy "naszych" Świąt, a przy okazji po raz pierwszy szeroko dopytywał o Krajowe Grono Szyderców.
- Wiesz, tato, chętnie bym się kiedyś napił z Q-Zięciem kawy i porozmawiał.
Gadaliśmy 26 minut. Jak na nas długo. Ale czymżesz to było wobec czasu rozmowy z Kolegą Współpracownikiem. Bita godzina i 20 minut. Jako permanentny ostatnio słomiany wdowiec zadzwonił, żeby pogadać. Pomijając skromny fakt opisany po rozmowie krótkim żoninym Jednak jemu nikt nie dorówna, i tu podsuwaliśmy rozważając różne znane nam osoby, wydawałoby się równie wygadane, jak Kolega Współpracownik, to trzeba przyznać, że miał o czym opowiadać, skoro dawno nie rozmawialiśmy, a rodzina jest tak paczworkowa, czyli skomplikowana, że nasza się do niej nie umywa. Główne fakty jednak dało się wyłuskać.
Otóż Kolega Współpracownik jest nadal permanentnym wdowcem, dlatego że Farmaceutka większość tygodnia, oprócz 15 godzin pracy tygodniowo w aptece, spędza u córki i dwojga wnuków. A dlatego, że córka po rozwodzie nie może całkowicie dojść do siebie i ogólnie ma problemy z życiem. A teraz one z dziećmi wylatują na urlop do... Anglii i wracają 7. stycznia. Święta spędzą więc oddzielnie, co chyba nawet ułatwiło sprawę, bo przy takiej paczworkowości ich ułożenie nastręczało zawsze mnóstwa kłopotów - gdzie i czy będzie tyle miejsca, dlaczego dana/dane osoby muszą być obecne, skoro...?
Kolega Współpracownik mógłby je spędzić u jedynej córki, ale tam z kolei na pewno będzie jej matka, a do kontaktów z nią po rozwodzie Koledze Współpracownikowi jest niespieszno.
- Poza tym, wiecie, jestem zatwardziałym ateistą i tych świąt mogłoby dla mnie nie być. - Wymyśliłem więc, że na cztery dni wyjadę do... Łeby. - Ośrodek zapewnia całą świąteczną oprawę, więc nic mnie nie obchodzi.
Żeby życie nie było ani na jotę mniej skomplikowane, to 10 dni temu zmarł ojciec Farmaceutki. Miał 85 lat. Nic dodać, nic ująć.
Były też zwykłe, codzienne sprawy. Kolega Współpracownik nadal pracuje, nie nudzi się i przyjmuje zlecenia na umowę o dzieło, a pracy ma ciągle w bród. A jego 11-letni wnuk zapowiada się nieźle. Gdy tylko się urodził, z racji swojego imienia i nazwiska od razu przydzieliłem mu przyszłe, znakomite stanowisko, prezydenta Polski, o czym Kolega Współpracownik pamięta i zawsze go to bawi.
Ale jak może być inaczej, skoro oprócz imienia i nazwiska, chłopak ma takie cechy, jak upór, konsekwentność, zaciętość i nieustępliwość. Działa w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy i nie ma zmiłuj się, mimo częstych próśb czy błagań rodziców. Bez względu na pogodę twardo zbiera pieniądze od 10.00 do 20.00 i wcześniej za chińskiego mandaryna nie chce zejść z placu boju. W tamtym roku do jego skarbonki wpłynęło około 7. tysięcy złotych, a do eSkarbonki 1500, a już w tym, mimo że finał WOŚP odbędzie się dopiero 25. stycznia, ma w niej 700.
Biorąc pod uwagę fakt, że chodzi do międzynarodowej szkoły z wyłącznym angielskim, który już zna i na dodatek łapie koreański (gros kolegów i koleżanek to dzieci koreańskich pracowników różnych firm i korporacji), to moje prognozy nie są tak całkiem wyssane z palca.
Trzeba oddać Koledze Współpracownikowi, że interesował się naszymi sprawami. Uporządkował sobie wiedzę o naszej paczworkowości i z wielu rzeczy się uśmiał, chociażby z mojej wizyty u Siostry, bo różne klimaty czuje, no i ma do nich dystans.
Na koniec rozmawialiśmy z Nowym Dyrektorem. Dzisiaj jego córeczka kończyła 2 latka.
Tu dopadła mnie językowa wątpliwość, może rozdmuchana - czy "dwa latka" to nie jest specyficzny pleonazm? Dlaczego raczej nie mówimy o takim wieku dziecka "dwa lata, trzy lata, cztery lata" ale już pięć lat tak?
Otwarta Na Wyzwania, żona Nowego Dyrektora, po porodzie już dawno wróciła do pracy, ale małej córeczki rodzice nie oddali do żłobka. Opiekują się nią naprzemiennie jedni i drudzy teściowie, matka i sam Nowy Dyrektor. Sporo bym dał, żeby go zobaczyć w tej roli. Tak więc mała opuści po raz pierwszy rodzinny dom idąc do przedszkola. Na przysłanym zdjęciu było widać, jak przejęta i uważna siedzi obok Berneńczyka, suni, i ją obejmuje. A to zawsze jest hecne zwłaszcza przy takich dysproporcjach wielkości.
Syn, najstarszy z potomstwa (urodził się w Stanach), w tym roku robi maturę, a córka chodzi do podstawówki i chyba po ojcu ma zdolności plastyczne. Niezły rozrzut...
Rozmowa w końcu musiała zejść na sprawy Szkoły. A lekko nie jest, bo, pomijając "pomoc" państwa i "przyjazne" działania urzędników, to rynek psują różni oszuści, oszołomy i hochsztaplerzy otwierając szkoły "bez pokrycia". Pozytywne jest to, że Nowy Dyrektor uzyskał zgodę ministerstwa na otwarcie od roku szkolnego 2026/27 dwóch nowych kierunków bliskich prowadzonemu, co powinno poprawić sytuację Szkoły. Bo baza lokalowa, sprzętowa i kadrowa jest i efektywniej się ją wykorzysta.
Jak zwykle na koniec wzajemnie się do siebie zapraszaliśmy, przy czym bardziej prawdopodobne jest, że to my pierwsi zawitamy do nich ciekawi zmian. Bo byliśmy, gdy ledwo do nowego domu się wprowadzili, kiedy to jeszcze trwały różne prace wykończeniowe, a na posesji był plac budowy. Jakieś 4-5 lat temu. Pisząc te słowa przypomniało mi się, że raz Nowy Dyrektor i Otwarta Na Wyzwania byli u nas w Wakacyjnej Wsi. I przypomniało mi się tiramisu przez nią zrobione. Rewelacja.
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek pierwszego sezonu serialu Słowo na R. Najlepszy z dotychczasowych, mógłbym powiedzieć perfekcyjny pod każdym względem.
Jeszcze wczoraj, o 22.02, napisał Po Morzach Pływający i zapewne W Swoim Świecie Żyjąca.
Muszę sprostować pewną informację
Cytuję
"Wszystko oczywiście przez W Swoim Świecie Żyjącą, która będąc swego czasu u nas, w Wakacyjnej Wsi, kilka dni żmudnie nade mną pracowała, jako studentka polonistyki. "
Cytuję
"Wszystko oczywiście przez W Swoim Świecie Żyjącą, która będąc swego czasu u nas, w Wakacyjnej Wsi, kilka dni żmudnie nade mną pracowała, jako studentka polonistyki. "
Poniżej właściwe nazewnictwo oraz kierunki studiów:
Uniwersytet Wrocławski: kultura i praktyka tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo
Uniwersytet Adama Mickiewicza: sztuka pisania
PMP oraz W Swoim Świecie Żyjąca
ŚRODA (17.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem poszedłem w prostych sprawach do Uzdrowiska - drobne zakupy w Biedronce i odbiór dwóch paczek. A to zawsze jest miłe.
Gdy wracałem, natknąłem się na dwie panie w wieku około osiemdziesiątki, które sobą i charakterystycznymi zakupowymi torbami na kółkach zablokowały cały chodnik. Spotkały się i trzeba było porozmawiać. O co ten cały raban?! Tak były zajęte sobą, że w ogóle na mnie nie reagowały.
- A gdyby tak panie stanęły z tymi torbami obok, żeby nie blokować przejścia, i wtedy tak sobie miło rozmawiać?!...
- Ja nie muszę słuchać pańskich kazań! - od razu, trzeba przyznać z refleksem i na wysokich tonach, zareagowała jedna z nich, wyraźnie krewka mimo wieku. - Kazań to ja słucham w kościele!
Ta druga od razu zrobiła miejsce, a ta krewka dalej złorzeczyła, ale nie słyszałem już co (zapewne bym zacytował), bo natychmiast się oddaliłem. Jeszcze bym oberwał!...
Ot, i Polska cała!
W domu głośno kontynuowałem swoje przemyślenia w kierunku niezrozumienia takich postaw i pewnego związanego z tym zgorzknienia.
- Żadnego "przepraszam", "nie pomyślałam", "nie zauważyłam", tylko od razu charakterystyczny polski atak! - Bo miałem czelność zwrócić uwagę! - Ja tego nie rozumiem, skąd się biorą takie postawy? - Brak wyczucia, empatii, sobiepaństwo... - Nawet przez moment, przyznaję złośliwie, miałem dodać I, ani chybi, głosuje pani na PiS!, żeby odreagować...
- No, rzeczywiście! - Na pewno byś oberwał!... - zareagowała Żona. - Ja się tobie ciągle dziwię, że ty w różnych sytuacjach oczekujesz od ludzi tego, czego oni nie mają? - Rozumu, kultury... - Nie mają i już. - Musisz nad tym przechodzić do porządku dziennego, dla swojego zdrowia...
No, niestety, nie potrafię.
Aha, gdyby ktoś chciał takie zachowanie tłumaczyć wiekiem... Nie ma on znaczenia, bo bez względu na niego takie zachowanie jest nagminne i wszędzie. Wystarczy wyostrzyć zmysły, przede wszystkim wzroku.
Po I Posiłku uciekłem do drewutni. Nie chciałem być w domu, gdy Żona dzwoniła do Urzędu Skarbowego w City, do tej pani bierno-agresywnej, która swego czasu doprowadziła mnie prawie do szału, a za drugim razem, gdy Żona zabroniła mi do niej ze sobą przychodzić, pani ta wyżęła z Żony wszystkie siły witalne zostawiając jej jakieś resztki, żeby blada i zgarbiona miała siły dotrzeć do bramy, skąd ją odebrałem.
Gdy nosiłem do domu porąbaną frakcję III, akurat natknąłem się na środek rozmowy. Pani była "na głośności", więc słyszałem jej niezwykle miły, ciepły, serdeczny i przyjazny głos, ale nabrać się już nie dałem. Przyszedł czas na rozliczenie sprzedaży Pół-Kamieniczki i Żona umówiła się z nią na jutro, na 12.00. Ja na pewno tam nie będę, bo i po co? Po co dwie osoby mają tracić zdrowie? Chyba lepiej będzie, jeśli straci je Żona, bo ona przy okazji tej straty o wiele lepiej załatwi sprawę, albo załatwi ją całkowicie, a ja zostawiwszy je sobie, będę miał siły, żeby Żonę ratować i przywracać ją do zdrowia. Chyba nikt mi nie może zarzucić egoizmu...
Wolałem Żonie przygotować wszystkie papiery, uporządkować je i opisać. Żeby jutro mogła możliwie jak najlepiej stawić pani czoła.
Gdy to żmudnie robiłem, Żona wyszła sama do Zdroju. Nawet bez Pieska, a może zwłaszcza bez Pieska. Bo chciała poprzebywać sama ze sobą. To zdarzyło się w Uzdrowisku bodajże pierwszy raz. Cieszyłem się wiedząc, jak to zregeneruje jej siły i odciągnie od codzienności.
Gdy wróciła, okazało się się, że była w tej kawiarni świeżo otwartej, tej przy Stylowej, którą od początku skazałem na przegraną. Bo poza szlakami turystycznymi, tak z boku, "zawsze" z minimalną klientelą. Piszę "zawsze", bo co tylko tamtędy przechodzimy, wieje przykrą pustką.
Dzisiaj ta pustka Żonie idealnie pasowała. Była w kawiarni sama i mogła oddać się myślom niczym niezakłóconym.
- Kelnerka była bardzo sympatyczna, fajna muzyka, siedziałam przy rozgrzewającej herbatce, bez alkoholu, myślałam i zaczęłam się martwić... - śmiała się. - Bo kawiarnia zaczęła mi się podobać i dopadły mnie myśli, że może paść. - Z drugiej strony może tak się nie stanie i przetrwa na unijnych dotacjach do czasu, aż okrzepnie. - Nawet zaczęłam w niej wprowadzać drobne zmiany... - Jakieś poduszki na kanapach, ciepłe oświetlenie zamiast tego zimnego...
Życzę jej, Żonie i kawiarni jak najlepiej, ale na razie to nie moje klimaty, bo u mnie musi być chociaż trochę różnych gości, bardziej tak gwarnie, turystycznie.
Po II Posiłku pisałem, ale niedługo. Po wielu dniach oddałem się onanowi sportowemu. Byłem mocno zniesmaczony, bo odniosłem nieodparte wrażenie, że onan sportowy zdziadział, zapanowało w nim większe niechlujstwo informacyjno-językowe, powtarzanie informacji, pewien bełkot i chłam. A może tylko tak mi się zdawało z tej racji, że ostatnio zdecydowanie rzadziej do niego zaglądałem, a długie przerwy między sesjami spowodowały wyostrzenie zmysłów, tu, o dziwo, węchu. Bo poczułem wyraźny smród. Poprzednio siedząc w tym gównie regularnie, mogłem, przyzwyczajony, nie reagować. Więc co będzie?...
Wieczorem obejrzeliśmy pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Słowo na R.
CZWARTEK (18.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu pisałem.
Żona w trakcie swojego 2K+2M niespodziewanie mnie z tej czynności wyrwała. Wyraźnie jedno z "M" - myślenie, zaowocowało.
- Bo tak mi się przypomniała Wakacyjna Wieś...
Od razu się zainteresowałem, bo mam sentyment.
- ... wydaje mi się, że o tej porze roku, ciężkiej dla wszystkich, to - ty - tam - tak (4xt 😀) nie marudziłeś, jak tutaj...
Natychmiast przestało mi się podobać i sentyment mi przeszedł.
- Zastanawiałeś się może nad tym? - Bo przecież zimą też miałeś mniej do roboty?...
- Nie zastanawiałem się i nie zamierzam! - chciałem Żonę spławić. - Od zastanawiania się jesteś ty. - Ten mechanizm u nas od samego początku się sprawdza i po co go psuć?... - Przecież wiesz, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Nawet to ją trochę rozbawiło, ale nie dała się spławić i kontynuowała.
- Bo widzisz, ja o tej porze, to nawet jestem zadowolona. - Wielu rzeczy nie muszę, mogę oddać się rozmyślaniom, mam pewną swobodę i szara aura specjalnie mi nie przeszkadza. - Mam czas i komfort "studiowania" wiedzy w głębszych poziomach Internetu - A ty tę aurę źle znosisz... - Zastanawiam się, jaka jest różnica...
- Wiek? - podsunąłem licząc, że w ten oczywisty sposób temat zostanie zamknięty.
- No tak... - Żona chwyciła się nośnego słowa - ... ale w związku z tym ciągle myślę, co dalej z tobą. - Co ty byś chciał w przyszłości?
Przyparty do muru grałem na zwłokę czekając, aż Żona coś podsunie.
- Bo gdybym cię zapytała, co byś wolał w przyszłości, to co byś powiedział? - i podsunęła kilka przykładów, rozwiązań, które w różnych okresach wałkowaliśmy.
Zacząłem kluczyć, bo sprawa nie była taka oczywista. A nawet skomplikowana, skoro dotyczyła naszego przyszłego życia.
- Wolałbym zdecydowanie... - i tu przedstawiłem jedną opcję i nawet ją trochę uzasadniłem.
- Ale przecież wcześniej mówiłeś... - Żona wyłapała niekonsekwencję.
- Tak, ale skoro przystawiłaś mi pistolet do głowy, czyli mam odpowiedzieć zero-jedynkowo, to ci odpowiadam. - I teraz temat uważam za zamknięty, bo śmiem twierdzić, że jednak odniosłem się do niego konstruktywnie, a co będzie, to zobaczymy...
- Że też twój problem ostatecznie staje się moim i muszę sobie z nim dać radę! - Bo ty... - No tak, muszę zostać z tym sama... - westchnęła.
Syn dość wcześnie, jak na niego, porannie przysłał mema a propos Świąt, więc zareagowałem.
- Synuś, Ty na nogach o tej porze?...
- Od 30 h - przepraszam za słowo ale nie da się inaczej - napierdala mnie tak ząb, że tak, jestem na nogach od 3 rano... (wszędzie pis. oryg.)
Musiał rzeczywiście go napierdalać, skoro użył słowa "napierdalać".
- O, to naprawdę współczuję! I co dalej, zwłaszcza w kontekście Świąt?...
- Do świąt to ja bym umarł. Dziś lub jutro dentysta. Jestem na czterech różnych lekach, w tym jednym antybiotyku.
- To trzymam kciuki. I naprawdę współczuję!
- Dzięki. Boli mnie ząb pierwszy raz od prawie 10 lat.
- To i tak nieźle, jakkolwiek to zabrzmi...
- Wczoraj miałem pół dnia rozkmine co robili w takich sytuacjach jaskiniowcy, albo nawet w średniowieczu, albo nawet taki Chopin. Bo chyba bolał go kiedyś ząb?
- Kamień, bo desperacja była wielka, później kowal, na żywca, a z Chopinem mogło być już trochę lepiej, ale trzeba byłoby poczytać 😀
No i tak miło sobie pokorespondowaliśmy.
Przed I Posiłkiem przygotowywałem dodatkowe papiery do US, tak na wszelki wypadek. I potem wszystkie z Żoną omówiliśmy, żeby była lepiej przygotowana do spotkania, co później miało się okazać być psu na budę.
Jechaliśmy do City, gdy zadzwoniła Pasierbica. Wracała akurat ze szpitala. Wczoraj wieczorem pogotowie zabrało Byłego Teścia Żony, który wieczorem dziwnie się zachowywał, majaczył i nie było z nim kontaktu. To, przy jego wieku (85 lat) postawiło wszystkich na nogi. Dzisiaj przyjechał (3 godziny jazdy w jedną stronę, czyli stania w korku na autostradzie) Ojciec Pasierbicy z Macochą, Q-Zięć dowoził do szpitala kogo mógł, Pasierbica z Byłą Teściową Żony były już na miejscu i wszyscy oni dowiedzieli się, że dziadek jest totalnie odwodniony.
- Według relacji babci - mówiła Pasierbica - dziadek nic nie pił i nawet "chwalił się", że nie chce mu się wcale siku. - Ostro go teraz nawadniają i uzupełniają elektrolity, żeby nerki zaczęły normalnie pracować. - No i jest z nim kontakt.
Stary a głupi, chciałoby się rzec.
Żona po takiej informacji w "dodatkowym" nastroju poszła na spotkanie z panią w US, a ja uciekłem na zakupy. Uwinąłem się dość zgrabnie, by potem ponad pół godziny krążyć po osiedlu i na nią czekać. Jej długa obecność w US (godzina dwadzieścia minut) dawała nadzieję, że sprawy zostały popchnięte. Poprosiłem Żonę, że gdy tylko mnie ujrzy po wyjściu z budynku, da mi z daleka znak kciukiem niczym cesarz na arenie gladiatorów, jak mają się sprawy, bo dłużej nie byłbym w stanie wyczekać na wieści ani sekundy, albo płynnie pomacha dłonią na oznakę, że jest dobrze, ale nie beznadziejnie. No i Żona zastosowała te ostatnią wersję.
- Może wsiądźmy do auta, to ci opowiem po drodze?... - musiała dać odpór mojej natarczywości.
- Ale taka wyżęta, jak poprzednio nie jesteś?... - zauważyłem.
- A bo wiedziałam, czego mogę się spodziewać i w pewnym stopniu do pani się przyzwyczaiłam.
Z opowieści Żony wynikał jeden konkret, bardzo pozytywny dla... fiskusa, ale za chwilę okazało się, że wcale tak nie musi być. Mimo że z końcem tego roku upływał termin rozliczenia sprzedaży Pół-Kamieniczki, to wcale nie oznaczało, że do jego końca mamy zapłacić podatek z należnymi drakońskimi odsetkami.
("drakońskie" wywodzi się od imienia ateńskiego prawodawcy Drakona <VII w. p.n.e.>, który spisał pierwszy kodeks praw w Atenach, znany z niezwykłej surowości i bezwzględnych kar, stąd wyrażenie „drakońskie prawa” oznacza przepisy bardzo surowe, okrutne i niewspółmierne. Choć historycy sugerują, że Drakon mógł próbować złagodzić zwyczajowe prawo, jego imię pozostało synonimem bezkompromisowego prawa.)
("drakońskie" wywodzi się od imienia ateńskiego prawodawcy Drakona <VII w. p.n.e.>, który spisał pierwszy kodeks praw w Atenach, znany z niezwykłej surowości i bezwzględnych kar, stąd wyrażenie „drakońskie prawa” oznacza przepisy bardzo surowe, okrutne i niewspółmierne. Choć historycy sugerują, że Drakon mógł próbować złagodzić zwyczajowe prawo, jego imię pozostało synonimem bezkompromisowego prawa.)
"Chyba" moglibyśmy go nie płacić, odsetki by ciągle rosły i tu zaczyna się pierwsza niewiadoma, stąd cudzysłów przy "chyba". Bo czy to miałoby oznaczać niepłacenie należności i odsetek aż do śmierci podatnika?... Czyżby fiskus swoją pazernością sam na siebie ukręcił bicz?...
O to Żona nie dopytywała, bo i po co, skoro i na inne pytania już nie otrzymywała konkretnych odpowiedzi. Chociażby na tak proste A jaka jest wysokość odsetek? Okazywało się, że w niewyjaśniony sposób może być różna, a co najlepsze zmienna i pani nie potrafiła tego wyjaśnić, co, jako żywo, kojarzyło się z chachmęceniem urzędu przy powadze prawa. Albo lepiej - z pozycji silniejszego. Trudno, naprawdę, szanować takie państwo.
Pani zatrzymała faktury, które przygotowałem, żeby się "nad nimi pochylić" I sprawę skonsultuję z panią naczelnik.
Co z tej relacji przebija najbardziej, żeby nie powiedzieć wyłącznie? Chaos! Otóż to!
W domu ledwo się ogarnęliśmy, a już siedliśmy nad papierami i notatkami Żony, żeby liczyć na gorąco.
Podchodziliśmy do różnych wariantów sugerowanych przez panią, w tym dla nas miłego, mówiącego, że sumarycznie i ostatecznie rozliczylibyśmy temat kwotą 300. zł , ale za nic nie mogliśmy trafić na metodologię, która w wyniku obliczeń i podstawiania różnych kwot, dawałaby tak przyjemną sumę. Kręciliśmy się wokół własnego ogona, powoli się zapętlaliśmy, stawaliśmy się coraz głupsi i marnieliśmy w oczach.
Trzeba było przeciąć ten gordyjski węzeł. Pierwszy zaproponowałem, że jeśli nie zatrudnimy jakiegoś sensownego biura podatkowego, to zwariujemy. Żona się zgodziła. Najpierw zadzwoniliśmy do Laparoskopowego z pytaniem, czy nie zna kogoś takiego, ale ten nie znał. Za to Lokals pomógł. Dał nam za jakiś czas namiary sugerując, że jego kolega z tego biura korzysta i jest bardzo zadowolony.
Żeby choć trochę zregenerować siły po II Posiłku dość pobieżnie oddałem się onanowi sportowemu. Chyba na zasadzie uzależnienia od smrodu, bo nadal był. To nie zdało się na wiele, więc Żona rzuciła proste rozwiązanie Z tematem trzeba się przespać. Na górze, wypompowani, byliśmy grubo przed 19.00.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
Spaliśmy już o 19.30. Nie było innego wytłumaczenia, jak tylko to, że US nas wykończył. Kolejny raz.
- Marzę o tym, że gdy się w końcu rozliczymy, nigdy już nie będziemy mieli z nimi do czynienia. - Żona musiała na dobranoc wyrzucić z siebie.
- Damy radę... - jej i sobie dodałem ducha.
PIĄTEK (19.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.35.
Czułem się wyspany. Nic dziwnego, skoro wczoraj poszedłem spać z kurami.
Od rana pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem ściągnąłem firany. Ledwo z drabiną wyszedłem ze spiżarni, Piesek majestatycznie udał się na górę. Lepiej dmuchać na zimne. W Salonie zdjąłem dwie - nasze po wprowadzeniu się, w kuchni i w przedpokoju po jednej, spadek po poprzednich właścicielach. Obie, a zwłaszcza kuchenna zazdrostka wołały swoją szarością o pomstę do nieba, bo cholera wie, kiedy ostatnio były prane.
Gdy Żona wsadziła je do pralki, ja natychmiast trzepałem wszystkie dolne dywaniki i chodniki, a potem dół odkurzałem.
Po I Posiłku świeżutkie, pachnące, w tym te dwie, już białe(!), można było rozwiesić. Po czym dokończyłem dół wycierając podłogi mopem. Spracowałem się trochę.
Od rana czailiśmy się na biuro podatkowe polecone przez Lokalsa. Po kilku próbach kontaktu udało się. Sympatycznej pani z City, jak się okazało rodowitej uzdrowiczance (od 1 stycznia Uzdrowiczance),
przedstawiliśmy problem i umówiliśmy się na telefoniczny kontakt między 1. a 7. stycznia, żeby się spotkać i dostarczyć dokumenty. Pani twierdziła, że sprawy się podejmie. Tedy będziemy musieli zabrać od miłej pani z US wszystkie dokumenty, które Żona tam zostawiła. Nie wiem, jak to będzie widziane, ale już węszę, że nie najlepiej.
W południe Pan Listonosz przyniósł wraz z emeryturą (- To ty nie chcesz na konto? - pytanie dziwiącego/-ej się; - Nie, bo lubię porozmawiać sobie z listonoszem i odpalić mu przy okazji jakiś grosz... - moja odpowiedź) pierwszą Pielęgnację. Wcale nie mieliśmy zamiaru czcić tego faktu w jakikolwiek sposób. Miałem najpierw sam wybrać się do Uzdrowiska w drobnych sprawach, ale gdy Żona to usłyszała, stwierdziła, że ona chętnie się ze mną przejdzie i to bez Pieska Bo to jednak inaczej.
- To może jednak zaakcentujemy pielęgnacyjny fakt i pójdziemy do Galaretkowej? - zaproponowałem. - Ja bym skromnie posiedział przy jasnym Kozelu, ty byś sobie coś wybrała... - Są tam herbatki rozgrzewające... - podsuwałem Żonie, jakby nie wiedziała.
Gdy zbliżaliśmy się do Galaretkowej, Żona mnie zaskoczyła.
- A nie chciałbyś posiedzieć w Lokalu z Pilsnerem I przy Pilsnerze Urquellu.
Chorego pytała, czy co?!
Dawno tam nie byliśmy z tej racji, że ostatnio nowa obsługa była średnio sympatyczna, a i ze smakiem potraw było nieciekawie, więc, nie to, że się obraziliśmy, ale Lokalu tego zaczęliśmy unikać. Pilsnera Urquella z beczki raczej jednak nie mogli spieprzyć. No, niestety, mimo że jak na nas pora posiłkowa była zbyt wczesna, widok jedzących gości i zapachy zrobiły swoje. Nie mogliśmy się oprzeć. Żona zamówiła tatara ze śledzia, bez pieczywa, i małego ciemnego Kozela, ja zaś wątróbkę (zawsze pyszną) z puree ziemniaczanym i z delikatnie kiszonymi ogórkami i dużego PU. Wszystko było pyszne, a i do nowego pana kelnera nie mogliśmy mieć żadnych uwag, co najwyżej pozytywne.
Tak więc jednak pierwszą Pielęgnację uczciliśmy, a Lokal z Pilsnerem I odczarowaliśmy. Zwłaszcza, że posiedzieliśmy dość długo wspominając z czym on się nam sympatycznie kojarzy, a przy okazji wykorzystaliśmy fakt naszej w nim obecności i kolejny raz planowaliśmy i planowaliśmy... I dość szeroko omówiliśmy kwestię pokolenia wszelakich wnuków, ich relacji z dziadkami jako takimi, i konkretnie naszych z ich dziadkami, w tym oczywiście z nami. Ciekawe.
W domu, dzięki Żonie, ocknąłem się, że przecież na Święta ja zawsze robię sałatkę warzywną i sos tatarski. Natychmiast rzuciłem się do kartki i pisaka, żeby spisać wszystkie składniki, bo co roku mam problem z ich zapamiętaniem i od razu sporządziłem listę zakupów. Święta bez sałatki i sosu tatarskiego?!... Na wszelki wypadek, przy okazji, sprawdziłem, czy w spiżarni jest wódka. Była.
- Ale proszę cię, zrób tylko jedną miskę i to niedużą, a nie jak zwykle dwie michy! - Żona od razu przyoblekła udręczoną minę przywołując zapewne przed oczy obraz tego, co ja co roku wyprawiam.
Sam wiedziałem, że jedną niedużą, skoro Krajowe Grono Szyderców do nas przyjedzie raczej już po Świętach, a truć ich nie miałem zamiaru.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
SOBOTA (20.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Niby nic się nie działo, ale jakoś tak nie mogłem dalej spać.
Po porannym rozruchu pisałem. Nie zdążyłem się jeszcze dobrze rozkręcić, a już przyszła Żona. A była dopiero 06.30. Oczywiście zrzuciła wszystko na mnie.
- Bo włącza mi się program wstawania, gdy ty tak wcześnie wstajesz... - Ciekawe, gdybyś wstawał na przykład o piątej, to czy ja bym wstawała odpowiednio wcześnie?...
Żona lubi sobie stawiać różne problemy, żeby tylko miała nad czym myśleć. Chętnie by też na ten temat podyskutowała... Ale ja przezornie milczałem.
Gdy jako tako się rozjaśniło, pojechaliśmy w te pędy na zakupy. Posunięcie było bardzo dobre, bo aut mało i ludzi w sklepach również. Wróciliśmy idealnie na porę posiłków, naszego i Pieska. A za chwilę złapała mnie schyłkowość. Musiałem pójść na górę i się położyć. Sam z siebie obudziłem się po godzinie i natychmiast skonstatowałem, że tak, jak padłem na lewym boku, tak się obudziłem. Dobrze, że słuchałem organizmu, bo wstałem zregenerowany i natychmiast zabrałem się za trzepanie dywaników na górze i za odkurzanie.
Potem powiesiłem świecidełka na zewnątrz Tajemniczego Domu, można powiedzieć, jak co roku, a gdy już dopadłem kubła ze świecidełkami różnego autoramentu, to po raz pierwszy chyba od czasów naszowsiowych zacząłem robić remanent i porządek nieźle się przy tym wzruszając. Każdy sznur sprawdzałem czy świeci i jak, a wzruszenie brało się z tekstów karteczek do nich dołączonych opisujących system wieszania na bramach, drzwiach, tarasach i pergolach, żeby co roku nie zastanawiać się od nowa "jak to było". A działo się raptem 5 lat temu, szokująco krótko i szokująco długo.
Oczywiście sznurów ci u nas w bród, bo Uzdrowisko to nie ten sznurowo-świecidełkowy rozmach co w Naszej Wsi. Nadmiar więc uporządkowałem, posegregowałem według typów (wewnętrzne, zewnętrzne kolory świecenia) i od nowa opisałem, żeby w następnym roku nie musieć robić tego bajzlu, czyli wyważać otwartych drzwi.
Jeden sznur zostawiłem na choinkę, drugi Żona miała zamiar jakoś powiesić u gości w górnym apartamencie (w dolnym według niej się nie daje), a trzeci zawiesiliśmy w naszej górnej łazience, w puste miejsce, w którym za starych właścicieli tkwiła ohydna, fabryczna lampa jarzeniowa, starego typu, dająca to nieludzkie oświetlenie (świetlicowe! - a to jest najgorsza obelga ze strony Żony jaka może być dla oświetlenia), a która była pierwszym elementem (emelentem), który Żona kazała mi w Tajemniczym Domu zdemontować. Został tylko kinkiet nad umywalką, co oczywiście nie wystarczało. W pierwszym rzucie podłączyliśmy stojącą lampę, ale po kilku miesiącach okazało się, po remoncie apartamentów, że jest ona niezbędna w górnym, więc Żona jakimś swoim dziwnym systemem w miejsce podłączenia tej fabrycznej lampy, potem stojącej, podłączyła jakąś lampkę biurową, ekwilibrystycznie przymocowała ją do firankowego karnisza i taki mamuci wypierdek świecił, gdy się go uruchomiało włącznikiem przy drzwiach, ale dawał równie ohydne zimne światło, jak jej kolubryniasta poprzedniczka. Stąd, żeby to zimno nie dawało tak po oczach, Żona finezyjnie okryła lampę jakąś chustą, bodajże.
Nie wtrącałem się.
Dzisiaj ten oświetleniowy wymysł z wielką przyjemnością wypieprzyliśmy i powiesiliśmy sznur pięknych jasnych kuleczek emitujących ciepłe światło. Ustaliliśmy, że zostawimy go na stałe Bo tak ładnie się zrobiło...
Czwarty został w Bawialnym, bo Żona chce go jakoś tam umocować. Lubi te świecidełka i zdaje się, że dla niej mogłyby świecić przez cały rok.
Spełnieni oświetleniowo postanowiliśmy zadzwonić do Byłej Teściowej Żony. Według relacji Pasierbicy już można było, bo Była Teściowa Żony jako tako doszła do siebie po incydencie z odwiezieniem Byłego Teścia Żony do szpitala, zwłaszcza że jego stan się poprawił. Badania trwają, lekarze nie potrafią postawić jeszcze żadnej diagnozy, ale wszystko zmierza w kierunku stwierdzenia, czy to nie był mikrowylew. Oczywiście oddzielną sprawą był fakt odwodnienia organizmu. A może właśnie nieoddzielną.
- Pierwszej nocy musiałam zażyć tabletkę nasenną, bo po przyjeździe pogotowia i odwiezieniu Byłego Teścia Żony do szpitala nie mogłam zasnąć... - odpowiedziała na nasze pytanie Jak się czujesz? - A teraz jestem tak zmęczona, że zasypiam natychmiast bez niczego. - Mam 86 lat, wystarczy zrobienie zakupów, przygotowanie sobie coś do jedzenia, wyjazd do szpitala i z powrotem, bo jestem tam codziennie, i padam...
Przy okazji uporządkowałem sobie wiedzę dotyczącą Byłych Teściów Żony. Oboje mają 86 lat, on jest starszy od niej o 12 dni, a na dodatek mają takie same imiona, o czym oczywiście wiedziałem. Ot, taka ciekawostka.
- A co w Święta?
- A dzisiaj kupiłam kawałek karpia, jutro może jeszcze coś dokupię, a poza tym mam całą zamrażarkę jedzenia... - śmiała się.
- Z nim jest już kontakt telefoniczny... - "wróciła" do męża -... bo nie dość, że ma kontakt z rzeczywistością, to jeszcze Pasierbica, która do niego jeździ, "naprawiła" mu telefon, bo coś poprzyciskał. - O, między nimi to jest wielka miłość... - podsumowała bez cienia zazdrości, raczej z podziwem.
- Gdybyście chcieli, to można do niego zadzwonić... - Na pewno będzie mu bardzo miło.
Od razu zadzwoniliśmy i usłyszeliśmy jego charakterystyczny, nawet dziarski głos. Wszystko w szczegółach opowiedział w swoim stylu mając do spraw dystans, czasami jednak trochę dłużej niż normalnie zastanawiając się nad doborem słów.
- A jak Święta? - zapytaliśmy rozlegle.
- W ogóle się nad tym nie zastanawiałem... - Nawet nie wiem, jaki dzisiaj jest dzień. - Gdy mnie zabierali, to praktycznie wcale nie kontaktowałem - Na pytanie ratownika o mój wiek odpowiedziałem ponoć, że mam 45 lat... - nawet trochę się uśmiał.
Zgadzał się z nami, że pomysł, aby na Święta wypisać się ze szpitala, nie jest najlepszy.
- Bo lekarka prowadząca taki scenariusz absolutnie odrzuca, a poza tym wystarczająco jest wykończona Była Teściowa Żony. - Ciągle jej marudzę... - A to przywieź bluzę, a to spodnie od dresu...
- A jak z jedzeniem?
- A jest bardzo dobre i smacznie przyrządzone. - I oczywiście wszystkiego nie jestem w stanie zjeść.
- A bo gdy byłem w tym samym szpitalu 24 lata temu w związku z moim okiem, to myślałem, że umrę z głodu... - zagadałem.
- A nie, to był wtedy obóz koncentracyjny! - Teraz jest zupełnie inaczej. - żartował w swoim stylu.
To był "dawny" Były Teść Żony.
Na koniec wzruszył mnie może w nietypowy sposób, gdy usłyszeliśmy:
- A teraz oglądam sobie sport na smartfonie... - Ale przez lupę, bo przecież praktycznie jestem ślepy.
Zawsze ze sportem, wszelakim, był na bieżąco.
Z obojgiem umówiliśmy się na kontakt w środę.
Po rozmowach skończyłem naszą górę (kurze i podłoga na mokro), żeby nie dopuścić do demoralizacji, demobilizacji, czyli żeby przedświąteczny plan prac się nie rozlazł. I dopiero wtedy, zaraz po bardzo delikatnym II Posiłku, siadłem do laptopa, żeby wysłać świąteczne życzenia do koleżanek i kolegów z klasy i ze studiów.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
NIEDZIELA (21.12) - Początek astronomicznej zimy. Najkrótszy dzień w roku.
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem sporo popracowałem w drewnie i zabrałem się za dolne mieszkanie.
Górnego nie ruszałem planowo. Najpierw zaplanowałem w jego ogrzanej łazience odgruzowanie się na 90%, Kolego Po Morzach Pływający!
Ponieważ ostatnio źle sypiam i wyraźnie brakuje mi takiego zdrowego, nieprzerywanego niczym snu, zaraz potem położyłem się spać. Na godzinę. I dopiero wtedy, wyraźnie zregenerowany, zamknąłem temat górnego mieszkania. Jutro do jednego i drugiego przyjeżdżają goście.
Dzisiaj 52. urodziny obchodziła Najlepsza Sekretarka w UE. Dopadłem ją u jej rodziców, więc choćby z tego powodu rozmowa była stosunkowo krótka. Ale też u niej przez 7 miesięcy (od jej imienin) nic zupełnie się nie zmieniło, więc tylko podsumowaliśmy dane. A ponieważ u nas też nic, więc raczej rozmawialiśmy o naszych sprawach rodzinnych, błahostkach i o... Bercie. Bo najlepsza Sekretarka w UE pamięta ją jeszcze z czasów szkolnych.
I dzisiaj 70.(!) urodziny obchodziła Kobieta Pracująca. Tu rozmowa trwała długo, bo zapuściliśmy się w rodzinne meandry. A było w co, zwłaszcza w przypadku jej młodszej córki, no i mojej.
Trzeba przyznać, że gdybym nie znał kobity, to "przez telefon" dałbym jej maksimum 50 lat. A "bez telefonu" max 60. Świetnie się trzyma... Dalej nie będę wchodził w znany dowcip, według mnie z ogólniaka, a według Żony to nie wiem, bo mogłaby się zniesmaczyć przy takiej okazji. Sama zaś Kobieta Pracująca raczej by się uśmiała, a już na pewno jej mąż, Janko Walski, znany z dowcipowych (dowcipnych?) inklinacji w tym kierunku.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
PONIEDZIAŁEK (22.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Po porannym rozruchu pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem wybrałem się Inteligentnym Autem w Uzdrowisko na zakupy i w sprawach. Odebrałem pranie i paczkę, a w Biedronce kupiłem drobiazgi dla Pieska.
Auto po dłuższym czasie zostawiłem na ogólnym parkingu. Podjazd, chyba teraz już na dłuższy czas, zostanie zablokowany przez gości.
Po I Posiłku świątecznie cyzelowaliśmy apartamenty - świecidełka, pic und Glanz. Potem wyglancowałem podjazd ze ścieżkami oraz chodnik.
Pierwsi goście przyjechali zaraz po południu. Para z pieskiem, która była u nas w maju, w dolnym mieszkaniu, a która zapowiadała wówczas, że następnym razem przyjadą do górnego. I słowo ciałem się stało i mieszkało między nami (nomen omen). Od razu byli w dobrym nastroju.
- Cały czas jechaliśmy w trudnych warunkach, we mgle. - A nagle w City ukazało się słońce i niebieskie niebo...
Skoro wrócili, to chyba o czymś świadczy.
Drudzy przyjechali o 15.30. Para lat około 50, z dwoma pieskami. Jedna sunia stara, kundelek, drugi młodziak, akita, imieniem... Szogun. Goście uprzedzili nas, wypuszczając z auta pieski na naszą sugestię, żeby na niego nie zwracać uwagi, a broń Boże do niego nie zagadywać miło, albo go chwalić, bo od razu zacznie strasznie się cieszyć, skakać do twarzy, żeby liznąć i brutalnie się zaprzyjaźniać.
Wzięliśmy to pod uwagę, ale za jakiś czas musiałem go wyklepać i zagadywać. Skakał, ale przecież pieski znam i dałem radę.
Para Ukraińców, może Rosjan, trudno było dociec, bo oboje mówili po polsku, ona lepiej. Wyraźnie od dawna mieszkali w Polsce. Gdy Żona wróciła, po wprowadzeniu ich do apartamentu, naszło nas na świeżo na dyskusję o nacjach i o ludziach w ogóle. Ciekawe, niejednoznaczne spostrzeżenia.
Jeszcze przed I Posiłkiem zadzwoniła Pasierbica. Byłem przekonany z racji ciemności, które ciągle wpuszczają w maliny, że jest już dosyć późno, a okazało się, że jest to pora, gdy ona akurat wychodziła z pracy. No i musiała porozmawiać, bo oczywiście sprawa dziadka mocno ją obciąża i dotyczy.
Byłego Teścia Żony na Święta nie wypuszczą do domu, co było więcej niż prawdopodobne. Zresztą on sam chyba by nie chciał. Od lekarzy rodzina niczego nie może się dowiedzieć, nie informują bliskich o potencjalnej diagnozie, tylko jakąś dziwną drogą, zakamuflowaną, informują U nas, po udarze, pacjent przebywa w szpitalu 8 dni. Czyli trzeba się domyślać.
Rezonansu magnetycznego nie będzie, ku uldze Byłego Teścia Żony, bo ma klaustrofobię. A nie będzie, bo w klatce piersiowej tkwią druty po wstawieniu ponad 20 lat temu bajpasów, które chyba tę klatkę trzymają w ryzach. A co dalej, nie wiadomo.
Były Teść Żony ma trudny charakter, co z wiekiem może trochę mu się zmieniło w kierunku złagodzenia, ale niewiele. Poza tym jest mężczyzną, więc nie znosi w sobie niesprawności fizycznej, a przede wszystkim tego, żeby ją oglądali inni. Więc swoją ukochaną wnuczkę po10 minutach wizyty kategorycznie wypędza do domu Bo co tu będziesz siedzieć?! Z żoną jest podobnie. Z pewnym trudem zgodził się, żeby w Święta odwiedził go syn.
Można tego nie rozumieć nie mając 86. lat, kiedy nie jest się jeszcze schorowanym i jeszcze nie chce się mieć świętego spokoju.
Po II Posiłku nastąpił czas wysyłania świątecznych życzeń.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. Według relacji Pani, bo ja akurat nie słyszałem. Mogło jej co nieco odbić, Bercie, nie Pani (chociaż...), bo jednoszczek nigdy nie miał miejsca w takich okolicznościach.
- Byłam na górze... - Żona relacjonowała, jak zwykle rozemocjonowana - gdy usłyszałam jednoszczek.
- Piesek stał na dole przy schodach i, mimo moich zachęt, żeby wszedł na górę, bo myślałam, że o to mu chodzi, wcale się nie kwapił. - Chyba domagał się jedzenia.
Według mnie bezczelnie, bo pora była zbyt wczesna. Do mnie w podobnej sytuacji by nie wystartował...
Godzina publikacji 18.56.
I cytat tygodnia:
Otóż wszelki humor wyższego rzędu zaczyna się od tego, że nie bierze się już poważnie własnej osoby. - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.)