30.03.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 117 dni.
WTOREK (24.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Noc miałem nienajlepszą, bo tkwiła we mnie frustracja z powodu utraconej sporej części poprzedniego wpisu (36%). Wiedziałem, że ją odtworzę, ale właśnie odtworzę. To już nie będzie ta przyjemność z tworzenia, z pewnej spontaniczności, świeżości. Dodatkowo będzie mnie męczyć myśl, czy o czymś nie zapomniałem względem poprzedniego tekstu i nawet do końca nie pomogą mi karteczki żmudnie wczoraj wieczorem wyciągnięte z kubła (jednak na szczęście wszystkie, co prawda pogniecione i poplamione z rozmazanym tuszem, ale czytelne), na których zawsze poza domem zapisuję różne fakty, hasła, żeby mieć bazę do opisu.
A gdy wstałem, czułem się zgorzkniały, w dość kiepskim nastroju, bo przecież sytuacja wymknęła mi się spod kontroli, czyli że nie miałem jej opanowanej. A na to jestem bardzo podatny z krańcową reakcją w postaci histerii. Tu mi było daleko do niej, bo trochę nauczyłem się tworzyć dystans do przykrych niespodzianek, ale gdy sobie zacząłem przypominać, co na dzisiaj zaplanowałem, lekki wkurw się pojawiał. A pisać od nowa muszę absolutnie dzisiaj, póki sporo pamiętam, bo później będzie tylko gorzej. A może by to w końcu pierdolnąć?!...
W sobotę, 21.03, wstałem/wstaliśmy o 07.00. (pochodzenie tego związku jest biblijne, wywodzi się z Ewangelii św. Łukasza, gdzie Jezus zapewnia uczniów o Bożej opiece, mówiąc: „Ale włos wam z głowy nie zginie” <Łk 21,18>).
Wschodzące
w pełni słońce nas nie popędzało. Roleta skutecznie blokowała nadmiar
światła dając tylko w sypialni taką nikłą ciepłą poświatę. Po tylu
latach!
O 05.44 napisał Po Morzach Pływający.
No to się wreszcie wyspałem....w hotelu.
Jestem w drodze na swój statek. Podróż łodzią,taksi, pociągiem,samolotem i na koniec chyba ponownie taxi. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to po południu będę na miejscu. Nakskov, Dania.
Miłego dnia
PMP. (pis. oryg.)
Jestem w drodze na swój statek. Podróż łodzią,taksi, pociągiem,samolotem i na koniec chyba ponownie taxi. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to po południu będę na miejscu. Nakskov, Dania.
Miłego dnia
PMP. (pis. oryg.)
Niczego z tego nie rozumiałem, ale dopytać nie miałem jak, bo laptopa ze sobą nie wziąłem.
O 06.50 długiego smsa przysłał Syn. Ciekawie opisał Śląsk.
- Przedwczoraj Tychy i Bielsko. Wczoraj Krakau. Dziś już w domu. Kolejne 700 km "w kołach".
... Śląsk jest jednak specyficzny. Nie wiem czy da radę znaleźć drugi, równie brzydki architektonicznie region Polski. Od Sasa do Lasa - domy z cegły, betonu, socjalistyczne potworki, betonowe kominy, anteny telefonii komórkowej, bloki, obrzydliwe wieże ciśnień itp itd - wszystko naćpane na sobie bez jakiejkolwiek myśli urbanistycznej. A niby Niemiec tam siedział, ten sam, którego architekturę można podziwiać we Wrocławiu czy Gdańsku. (...)
"Pocieszaliśmy" go z Żoną, że równie brzydka, ale w inny sposób, jest środkowa Wielkopolska oraz Mazowsze i Łódzkie. Oczywiście tereny te mają piękne miejsca, ale jednak...
O 08.06 przyszły mmsy od Konfliktów Unikającego. Siedzieli w pociągu do docelowego Ustronia Morskiego. Tradycji stało się zadość, bo Trzeźwo Na Życie Patrząca już coś dziergała na drutach - może sweter, czapkę, komin, chustę, szalik, cholera wie, co. Jechali na kilkudniowy urlop w to samo miejsce, co rok temu - ta sama miejscowość, ten sam pensjonat i ten sam apartament, z którego siedząc wygodnie w fotelach z drinami można było obserwować przez panoramiczną szybę morze. A to działa kojąco. Trzeźwo Na Życie Patrząca szczególnie tego potrzebuje, takiego podładowania akumulatora, bo od 1. kwietnia rozpoczyna nową pracę po 19. latach w starej. Stresik jest.
Później przysyłali zdjęcia ze spacerów po słonecznych plażach oraz z lokalu o wdzięcznej nazwie Beach Bar Max.
- Zdradziłem PU - pisał - ale jestem usprawiedliwiony, bo Colberga mogę dostać tylko tutaj.
Rano oczywiście we czworo siedzieliśmy w kuchni. My przy kawach, gospodarze przy pierwszym śniadaniu. I jakoś tak zeszło na chińskie elektryki, których jeszcze nie oglądaliśmy. Justus Wspaniały kupił mniejszego, Lekarka sprzedała swojego Nissana Juke'a i kupiła większego. Pomijając inne motywacje kierowali się faktem, że będą posiadać nowe samochody, ekologią (dostaną zwrot poważnej kwoty) oraz tanim prądem do ładowania aut, bo przecież mają fotowoltaikę.
O tym tanim prądzie z Justusem Wspaniałym nie dyskutowałem, bo on wie swoje i żadna siła... Nie chciałem wchodzić w rozważania, że przecież na etapie inwestycji to już był poważny wydatek, że z biegiem lat spada efektywność działania instalacji, no i że na samym jej końcu, już przy jej zgonie, koszty utylizacji są podobno bardzo duże. Gdyby tak porównać ten "darmowy" prąd do tych wszystkich uwarunkowań?... A nie chciałem, bo nie po to przyjechaliśmy. Justus Wspaniały ma tę cechę, że im bardziej adwersarz, oponent mocniej się oponenci względem jego racji i wywodów, tym bardziej będzie oponenta do nich przekonywał. I żadna siła z tego kierunku nie jest w stanie go zawrócić.
Namiastkę tego zachowania mieliśmy za chwilę, gdy Justus Wspaniały z jakiegoś powodu nagle zaczął wychwalać opóźnione płatności o miesiąc, dwa za zakupiony towar na Allegro, bodajże.
- Masz towar, za który możesz zapłacić znacznie później i to bez odsetek! - Świetna sprawa!
Pozwoliliśmy sobie zauważyć, że wcale to nie jest świetna sprawa, tylko perfidna. System działa na psychikę podprogowo sugerując, że oto masz towar (często przez to kupiony niepotrzebnie) "za darmo". Im bardziej my się upieraliśmy przy swoim, tym Justus Wspaniały przy swoim nie mogąc zrozumieć głąbów Bo przecież jest to świetna rzecz! W końcu może nie to, że się poddał, ale padł.
- Idę na spacer z psami! - zareagował oburzony. - Z wapniakami rozmawiać nie będę!
Przy okazji w sposób niezamierzony powiedział nam komplement, a przynajmniej mnie.
Poszliśmy z Bertą we troje na łączkę, tę, którą Lekarka dokupiła i dołączyła do ich podstawowej posesji. Łączka zrobiła się bardzo fajna. To, co na niej rosło pierwotnie urosło jeszcze bardziej, a poza tym pojawiło się mnóstwo justusowowspaniałych nasadzeń - iglaków, drzewek liściastych, w tym mnóstwo owocowych. Chodziło się sympatycznie.
Prawie w centrum stała nowa szklarnia. Z paneli poliwęglanowych z przemyślnymi prostymi rozwiązaniami. Do wnętrza prowadziły jedyne drzwi, nad nimi oraz na ścianie po przeciwległej stronie były okna, aby można było w środku wietrzyć. Ale gdyby się o tej ważnej funkcji zapomniało, na półkolistym dachu było trzecie ze specjalnym siłownikiem, który je otwierał, gdy w szklarni temperatura przekraczała 30 stopni.
Wysokość szklarni zapewniała komfort pracy, bo można było wszędzie swobodnie się poruszać na stojąco, za to powierzchnia?... Niby śmieszne 18 m2, ale to tak dużo, że można się zaharować. Wiem coś o tym.
Nie za bardzo wiedzieliśmy jak to się ma do wykluwającej się idei, zwłaszcza u Lekarki, że trzeba powoli ograniczać zakres prac Bo ile można się zaharowywać? Ale tego tematu nie dotykaliśmy, bo przecież nie po to przyjechaliśmy. Na dodatek Justus Wspaniały stwierdził, że on dotychczasowego foliaka likwidować nie będzie i przeznaczy na ogórki. A nie po to robi się to wszystko, żeby plony na końcu, ot tak, zmarnować. Pozostaje więc cała sfera ich obróbki i wekowania w słoikach. Bardzo śmieszne...
Justus Wspaniały wrócił ze spaceru komunikując, że zrobił ileś tam tysięcy kroków.
- Od kiedy chodzę z psami cztery razy dziennie, przestały boleć mnie kolana. - Poza tym chcę, żeby moje (! - wykrzyknik mój) pieski były zdrowe, miały przyjemność ze spacerów, wąchania i żeby długo żyły!
Czy można takiemu podejściu cokolwiek zarzucić? Nic. Gdyby jeszcze tylko mniej upraw i zarzynania się.
Przyszedł czas na chińczyki. Oba były wystawione z garażu. I oba dla nas zimne, bo:
- obce
- w środku tchnęły nowością bez tych charakterystycznych, zhumanizowanych cech wynikających z dłuższego używania, "zamieszkania",
- pod maską nie można było dostrzec znanych elementów (emelentów), jak silnik, rozrusznik, itd. i poczuć charakterystycznych smrodków olejowo-smarowych; poza tym panowała laboratoryjna czystość,
- w czasie jazdy panowała głucha cisza, silnika zupełnie nie było słychać, a tego swojskiego dźwięku brakowało mi najbardziej. Szum wynikał tylko z tarcia opon o asfalt i z oporów powietrza względem auta,
- w czasie jazdy kierowca cały czas komunikował się z autem, z cyborgiem. Cała komunikacja przebiegała za pomocą dotykania sporego ekranu, za pomocą którego można było wszystko. Justus Wspaniały zdaje się wyłączył funkcje mowy i dobrze, bo nikt mi nie powie, że cyborgowy głos Koncentruj się na jeździe! w chwili, gdy ty w miłej rozmowie chcesz popatrzeć przez moment, pal diabli na pasażera, ale na pasażerkę, jest sympatyczny, albo, gdy chcesz sobie poziewać, słyszysz A może chcesz odpocząć? No, nic tylko kopnąć w elektryczną dupę!
Oczywiście przyspieszenie wgniatało w fotel, zwłaszcza w chińczyku lekarskim(?) (lekarkowym?), ale ja akurat jestem typem mężczyzny, który nigdy nie był godnym partnerem dla tej samej płci do rozmów o samochodach, ich parametrach i nie podzielał różnych zachłystywań się poszczególnymi osiągami.
Żona zrobiła z nami rundkę w pierwszym chińczyku i to jej wystarczyło.
Ciekawił mnie system "tankowania" i sposobu zapłaty. Tu rzecz okazała się niezwykle prosta, bo można było to robić (nie pamiętam - tankować, czy płacić; wcale się nie uzłośliwiam, po prostu jestem ignorantem) na trzy różne sposoby. Według słów Lekarki należało "tylko" posiadać stosowną aplikację, a może aplikacje i temat z głowy. Czy muszę mówić, że gotówką nie zapłaciłbym, żebym pękł. Ale to wszystko dla wygody użytkowników.
Przy okazji Lekarka się zdziwiła, i to mocno, że ja pobieram emeryturę gotówką od listonosza.
- To takie coś jeszcze funkcjonuje?...
Obie strony przedstawiły plusy:
ja - żywy pieniądz, kontakt z człowiekiem z wszelkimi rozmowami, możliwość odpalenia listonoszowi trochę grosza z emerytury
i minusy:
Lekarka - to jest niewygodne, ja pracuję i nie ma mnie w domu, a Justus Wspaniały też często jest nieobecny, po co trzymać gotówkę w domu.
Wyszło na to, że jestem ze 100 lat za Lekarkami.
Przy okazji Lekarka się zdziwiła, i to mocno, że ja pobieram emeryturę gotówką od listonosza.
- To takie coś jeszcze funkcjonuje?...
Obie strony przedstawiły plusy:
ja - żywy pieniądz, kontakt z człowiekiem z wszelkimi rozmowami, możliwość odpalenia listonoszowi trochę grosza z emerytury
i minusy:
Lekarka - to jest niewygodne, ja pracuję i nie ma mnie w domu, a Justus Wspaniały też często jest nieobecny, po co trzymać gotówkę w domu.
Wyszło na to, że jestem ze 100 lat za Lekarkami.
Chyba wczorajszy wieczór i noc plus chińczyki zmogły mnie na tyle, że musiałem pójść na górę na godzinny sen. A gdy wstałem, postanowiłem udać się na spacer, taki mocno sentymentalny. Miałem ochotę wreszcie porządnie zobaczyć, co Temat Na Zdjęć zrobił z Domem Dziwo, a przede wszystkim z całym terenem.
- Ja nie idę! - od razu zakomunikowała Żona. - Chcę mieć miłe wspomnienia...
Nowi w Pięknej Dolinie twierdzili, że tam "od dawna" nikogo nie ma, żywej duszy, no może czasami pojawi się auto, być może Tematu Na Zdjęć. I to "czasami" wystarczyło, żebym zrezygnował z wtargnięcia na posesję od frontu, chociaż wszystko było pootwierane na oścież i na przestrzał.
(na
oścież oznacza otwarcie drzwi lub okien na całą szerokość. Pochodzi od
dawnego rzeczownika oścież <lub ścież>, oznaczającego zawiasy, słupki
ościeżnicy lub bok otworu drzwiowego. Otworzyć „na oścież” to pierwotnie
otworzyć drzwi aż do oporu, czyli do ościeży)
(na
przestrzał pochodzi od rzeczownika odczasownikowego przestrzał, który
jest z kolei efektem procesu derywacji <słowotwórstwa> od czasownika
przestrzelić. Zatem, etymologicznie "na przestrzał" oznacza "przez strzał" / "na wylot")
Ale jaki to przestrzał, skoro wzrok dość szybko zatrzymywał się na betonowym murze i nie mógł tak, jak za naszych czasów, lecieć dalej prowadzony Alejką Brzozową nad staw, Rzeczkę i dalej, na nowo budowany ładny dom, co zawsze rano, takie patrzenie na przestrzał, było udziałem Gołąbeczków, gdy siedziały przy kawach i po prostu w ciszy patrzyły.
Poza tym, gdybym natknął się na Temat Na Zdjęć, to mogłoby być różnie, bo to gość, który ewidentnie ma nierówno pod sufitem, a przy tym jest duży.
Wpadłem na prosty pomysł. Wtargnąłem na pustą od dziesięcioleci działkę, pięknie zarośniętą, tę rozdzielającą "naszą" posesję od gruzinowej i w ten sposób włos mi nie mógł spaść z głowy.
Szedłem wzdłuż płotu i wszystko miałem, jak na dłoni.
Przy dolnym gościowym tarasie winobluszcz rozrósł się pięknie. Wspiął się aż pod dach i zaanektował dwie krawędzie Domu Dziwo. Latem i jesienią musiał wyglądać pięknie. A posadziłem tylko dwa winobluszczowe chabazie na chama wyrwane gdzieś tam na posesji.
Drugi taras, przypisany do górnego apartamentu, był o połowę mniejszy. Już nie opierał się na dwóch zgrabnych ceglanych słupkach i stracił swoją funkcję, bo nie mogły się tam zmieścić dwa fotele i stół służące relaksowi gości. Nie rozumiałem tego tym bardziej, że wspomniane dwa słupki nadal stały, jak niemy wyrzut sumienia, przykryte brezentem czy inną szmatą.
Od kolejnej krawędzi Domu Dziwa rozpoczynał się betonowy mur, zlicowany ze ścianą, wysoki na jakieś... 4m. Co jakiś czas obniżał się o jeden betonowy moduł, by już dalej biec ze stałą, trochę ponad dwumetrową wysokością. Przed urokliwą wiatą, grillem i ogniskiem zakręcał płynnie w lewo i biegł dalej równolegle do brzegu stawu, by zaraz potem skręcić w prawo, tu biec tuż przy jego brzegu i dotrzeć do Rzeczki. Jakby tego betonu było mało, nad tym pierwszym brzegiem, tym miejscem, w którym w pierwszych swoich godzinach pobytu w Wakacyjnej Wsi Bertuś zjechała do stawu i zniknęła pod wodą i gdzie tam lubiła ją chłeptać, został postawiony taki półmetrowy mur (na wysokość jednego modułu). Całą ideę ogradzania betonem nawet potrafiłbym zrozumieć, ale tego przy stawie, niezwykle "urokliwego" już nie, żeby nie powiedzieć "nigdy". Horror!
Doszedłem do końca dzikiej działki wiedząc, że na jej końcu jest płot i furtka. Trochę zajęło mi odkopywanie jej dołu z ziemi i z liści, ale w końcu udało mi się ją na tyle otworzyć, że się przecisnąłem i znalazłem się nad Rzeczką. A stamtąd już ewidentnie wtargnąłem na teren Tematu Na Zdjęć. Bo poprzedniego płotu nie było. Tego siatkowego, na którym, ale tylko na jednym module, Bertuś uwielbiała się czochrać przesuwając cielsko tam i z powrotem tak mocno napierając dla porządnego efektu wyczochrania się, że siatka na trwale się wybrzuszyła poddając się brutalnej sile.
Staw był w niezłej formie adekwatnej do pory roku i niskiego stanu wody w Rzeczce, która go zasila.
Teraz zacząłem "wracać" na posesję, do jej centrum. Szedłem między betonowym płotem, tym przy stawie, a drugim postawionym na granicy z posesją Sąsiada Muzyka. Przy okazji dostrzegłem, że wszystkie, wysokie już, kilkudziesięcioletnie drzewa iglaste i liściaste na granicy działek zostały z góry brutalnie skrócone, zostały im obcięte stożki wzrostu. Wyglądało okropnie, a na tę myśl musiał wpaść Zięć Sąsiada Muzyka, bo ten już zdaje się w ogóle nie zagląda do Wakacyjnej Wsi.
Dotarłem na tyły... Dużego Gospodarczego. Tu już byłem bardzo ostrożny i się czaiłem gotów w każdej chwili uciekać po swoich śladach. Z tyłu Dużego Gospodarczego panował znajomy mi bałagan, ale potem już dostrzegałem tylko większe lub mniejsze zmiany wynikające z niezamieszkania i z niedbania. Wnętrze dwóch skrzyń z kompostem wyschło na wiór, a cztery permakulturowe skrzynie, moja duma, wykazywały schyłkowość i upadek. W kilku z nich boczne deski wisiały na wkrętach tylko z jednej strony odsłaniając ziemię i było tylko kwestią czasu, że się rozsypią całkowicie.
Górka się zmniejszyła, oklapła, bo widocznie ziemia pod wpływem deszczów musiała się osuwać do jej kamienno-gruzowego wnętrza. Przez to, że zmalała wyglądała jakoś tak bidnie. Za to Alejka Brzozowa miała się dobrze. Brzozy i klony były już dorodne, ale smuteczek się pojawił. Bo jednej brzózki, na lewym ciągu Alejki nie było. Musiała paść. No i dwa klony zamykające Alejkę rosły tuż przy betonowym płocie, tym zamykającym przestrzał. Wyglądało okropnie. Ale twórca betonu sprawę przemyślał na tyle, że na końcu alejki, w betonie zostawił otwór drzwiowy, żeby i gospodarze mogli tą drogą dostać się nad staw. Co za dążność do przyrody!...
Sam Dom Dziwo, oglądany ostrożnie zza winkla Dużego Gospodarczego, praktycznie się nie zmienił.
Weranda oraz zejście do piwnicy zostały obudowane oknami w tym samym stylu i kolorystyce, którą wprowadziliśmy my w trakcie remontu.
Wracałem po własnych śladach. Przecisnąwszy się z powrotem przez furtkę zamknąłem ją, dół zasypałem ziemią i zamaskowałem liśćmi.
W domu zdałem szczegółową relację Żonie, bo jednak chciała, a potem Nowym w Pięknej Dolinie, gdy wrócili ze spaceru z pieskami.
Nadeszła pora żwaczków. Z wczorajszego podawania pieskom jeden wniosek wyciągnąłem, drugiego
nie. Ten wyciągnięty polegał na tym, że Brunowi dawałem takie łatwe do schrupania. Wczoraj, chcąc go usatysfakcjonować, dostał takiego porządnego, ale twardego i niechrupiącego, tylko "ciągnącego się". I Bruno nie podołał (zęby!) zostawiając go na dywanie. Musiał przeżywać katusze, skoro równolegle w tym czasie dwa pozostałe pieski ze smakiem zajadały.
("katusze"wywodzi się bezpośrednio od rzeczownika kat. Katusze to pierwotnie „to, co zadaje kat”, czyli męki, tortury, wymyślne cierpienia)
Drugi wniosek, niewyciągnięty, dotyczył mojego palca wskazującego prawej dłoni. Wczoraj Bruno w naskoku, który tylko on potrafi wykonać (ułamek sekundy), walnął mnie boleśnie kłem, a dzisiaj o mało nie odgryzł mi połowy i nic bym już z tym nie zrobił, czyli nie miałbym możliwości przyszycia, bo Bruno już dawno by połknął. Skończyło się tylko na zjechaniu kłami po skórze. Następne rzucałem mu po prostu, co dla Brunia było bez znaczenia - ten sam ułamek sekundy.
Ziutek dostał żwaczka największego, więc mamlał go i mamlał. Bertuś, gdy zjadła swojego, pokojowo przecież nastawiona, chciała tylko zobaczyć, bo przecież nie zabrać, to nie w jej stylu, co tak ten Ziutek mamle i mamle. Podeszła zaciekawiona, ale Ziutek nie poznał się na jej pokojowych zamiarach i wyrzucił z klaty jeden donośny szczek. Przekaz był jednoznaczny, więc Bertuś spokojnie się wycofała.
Na obiad, na życzenie wszystkich, została zaserwowana... zupa meksykańska. Ta sama co wczoraj, ale nie wiem, czy dzisiaj nie pyszniejsza. Resztę dnia spędziliśmy w salonie.
Przypomniałem sobie, że chciałem po mojej chorobie, po której, moim zdaniem, ewidentnie schudłem, zważyć się, bo Lekarka poinformowała mnie, że waga u nich jest. Wyszło mi, że ważę 72,0 -72,5 kg, a więc wcale nie schudłem.
- Schudłbyś, gdybyś zrzucił ten piwny brzuch... - Żona była bezwzględna.
Jeszcze bardziej bezwzględny był Justus Wspaniały.
- Ale ty, jak na swój wzrost, ważysz za dużo!
Temat od razu nie podlegał dyskusji, więc nie dyskutowałem. Nie po to przyjechaliśmy.
Sam ważył raptem 2 kg więcej. Nie powiedziałem mu Ale ty, jak na swój wzrost, ważysz za mało! Nie po to przyjechaliśmy. Zresztą ważyć mniej niż więcej jest zdecydowanie lepiej.
Przy okazji tej sytuacji oświeciło mnie, że Justus Wspaniały jest takim wzorcem z Sevres pod Paryżem. We wszelkich aspektach.
(Wzorzec masy, 1 kg, z Sevres został wykonany w Londynie w 1889 roku. Składa się w 90% z platyny i w 10% z irydu. Przechowywany jest pod trzema szklanymi kloszami i wyjmowany raz na 40 lat by go oczyścić. Mimo to nie oparł się czasowi i jego masa ulega zmianom. Obecnie ma wartość historyczną.)Cały wieczór spędziliśmy przy kominku na gadkach i przy kolacji. Temat - rodziny, bo to temat morze. W różnych kwestiach tym razem się oszczędzałem, bo jutro przecież mieliśmy wyjechać. Zaskoczyliśmy gospodarzy idąc już o 21.00 na górę spać.
W niedzielę, 22.03, wstaliśmy o 07.00.
Już o 06.20 Pasierbica wysłała pozdrowienia z samolotu. Lecieli bez dzieci na kilka dni do Palermo na Sycylii. Postanowili w ten sposób miesiąc wcześniej (27. kwietnia) uczcić swoją 14. rocznicę ślubu.
Rano Berta piszczała, bo była ogólna zadyma z wyjściem Ziutka i Bruna na spacer. To się jej udzielało, bo też chciała wyjść. To poszliśmy na łączkę i wszyscy mieli z tego przyjemność.
Od początku dnia było to co zwykle, ale nie do końca. Bo oczywiście były kawy i śniadanie, ale ja już od pewnego czasu "jechałem". Więc przy stole w kuchni gadki nie były już takie. Nie można było z czymkolwiek się rozpędzać.
Po łatwym pakowaniu wyjechaliśmy o 10.49. W domu byliśmy o 12.45. Po przejechaniu 153 km średnia wynosiła 76 km/godz. Rewelacja, jak na tej trasie. Może dlatego, że niedziela, brak TIR-ów, a cały impet ruchu był skierowany w stronę Metropolii.
O 13.45, po rozpaleniu (w domu +17 stopni) i po rozpakowaniu, siedziałem przed laptopem nad onanem sportowym, a Żona dawno przed ciepłą kuchnią. Onan musiał być długi, skoro grała ekstraklasa i I liga w piątek, sobotę i częściowo dzisiaj. Musiałem go przerwać, ale tylko na chwilę, bo trzeba było przygotować frakcje II, III i IV.
Na górze, w sypialni, byliśmy już o 18.30. Podołaliśmy kolejnemu odcinkowi serialu Fargo.
W poniedziałek, 23.03, wstałem o 04.45. Przypomnę - kwadrans przed planem.
Spałem kiepsko, ale tak jest zawsze, po powrocie z innych spalnych miejsc.
Po porannym rozruchu zabrałem się za onan sportowy, bo zaległości były straszne.
O 06.14 napisał Po Morzach Pływający.
Odzyskuję siły na swoim statku. Obecnie Dania, potem Irlandia Północna.
Miłego dnia
PMP.
Miłego dnia
PMP.
W wolnej chwili postanowiłem się dowiedzieć, o co tu chodzi.
Zareagował natychmiast.
- Mógłbyś mi przypomnieć kiedy wspominałem o lądzie i w jakim kontekście?
To mu przypomniałem, gdy spał w hotelu i miotał się taksówkami, a to raczej nie jest możliwe na morzu.
Poczuł się do wyjaśnień od razu.
Zszedłem ze statku w piątek wieczorem ponieważ statek wypływał o 2130, a ja miałem loty dopiero następnego dnia. Zawieziono mnie do hotelu, a rano zawieziono na stację kolejową, żebym dotarł na lotnisko w Amsterdamie. Mój zmiennik przyjechał godzinę przed odpłynięciem i mieliśmy 30min na przekazanie obowiązków. W sobotę rano poleciałem do Kopenhagi,a stamtąd taksówką do Nakskov na mój statek.
To chyba trochę wyjaśniło mój pobyt na lądzie.
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
O 06.31 napisał Kolega Kapitan.
Sie
mano młodzi! Wczoraj wieczorem dzwonił Kanadyjczyk II. Zdrów na miarę
swoich możliwości i aktywności zawodowej. 30 kwietnia, 1 maja będzie już
w RP. Rozmawiał z Kanadyjczykiem I u którego jak zwykle. W tym roku nie
ma takiego natężenia prac jak w tamtym dlatego planuje spotkanie.
Szczegóły dopiero po jego przyjeździe.
Wszystkim życzy Wesołych Świąt, zdrówka i pomyślności!!! Do zobaczenia, usłyszenia.
Wszystkim życzy Wesołych Świąt, zdrówka i pomyślności!!! Do zobaczenia, usłyszenia.
Kolega Kapitan (zmiany moje, pis. oryg.)
Wczoraj o 18.37 długiego smsa przysłał Q-Zięć, o czym nie mogliśmy wiedzieć, skoro telefon wyłączyłem już o 18.00.
- Witam! Serdecznie pozdrawiamy z Sycylii. Jutro lub później jak zmienili nam nasz wybrany apartament na ponury pokój w hotelu ale z wanna na tarasie, aczkolwiek ze względu na te 15 stopni woda jest zakręcona. Dokończę historię, ale dopiero jeśli uda się nam zmienić pokój i poprawić nastrój mojej żony w imię "happy wife, easy wife". W trakcie spaceru po nie przespanej nocy zobaczyłem świadków Jehowy na głównej ulicy, ponieważ jestem głąbem, to powiedziałem Pasierbicy żeby napisała do babci B o spotkaniu "ich ludzi" oraz chęci nawrócenia się na ziemi włoskiej. Oczywiście oberwałem od Pasierbicy, po czym zadzwoniła telepatycznie przywołana Babcia B (...) (zmiany moje, pis.oryg.)
Oczywiście zaraz po tym Pasierbica musiała prostować ten tekst, podobnie jak to robi Żona przy moich różnych, wysyłanych.
Zaraz potem Q-Zięć wysłał jeszcze dłuższego smsa opisującego dzień i wieczór przed odlotem samolotu. Bo sobota z pobytem u Słowian (urodziny starszego syna) wiele ważyła w kontekście towarzyskim, alkoholowym i czasowym, a to miało duży wpływ na niewyspanie, lot i zdarzenia już na miejscu.
... a potem była zła (Pasierbica - wyjaśnienie moje) jak zasnąłem o 16 w pokoju nie wykłócając się o inny. Po drzemce załatwiłem sprawę, ale Pasierbica już to opisze. (zmiany moje, pis. oryg.)
... a potem była zła (Pasierbica - wyjaśnienie moje) jak zasnąłem o 16 w pokoju nie wykłócając się o inny. Po drzemce załatwiłem sprawę, ale Pasierbica już to opisze. (zmiany moje, pis. oryg.)
I Posiłek zjadłem o... 09.00. Nic dziwnego, że zdążyłem zgłodnieć, skoro tak wcześnie wstałem. Z drugiej strony po pobycie u Nowych w Pięknej Dolinie mogło mi się coś poprzestawiać chociażby z tego względu, że u nich jadłem trzy razy dziennie.
Dzisiaj praktycznie pisałem i pisałem przerywając tę uciążliwość (jest nią, gdy jest nadmiar, a ja jestem w niedoczasie) różnymi drobnymi czynnościami, żeby dywersyfikować wysiłek kręgosłupa.
Zakupy, ściąganie suchego prania, nastawianie kolejnych i rozwieszanie, frakcje II, III i IV.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek Fargo, po czym wróciłem na dół, żeby zamknąć wpis.
Ostatecznie z dużym trudem się udało. Na planowane 25 screenów opublikowałem 16, 9 straciłem. Prawie cały poniedziałek pisania.
Dzisiaj praktycznie pisałem i pisałem przerywając tę uciążliwość (jest nią, gdy jest nadmiar, a ja jestem w niedoczasie) różnymi drobnymi czynnościami, żeby dywersyfikować wysiłek kręgosłupa.
Zakupy, ściąganie suchego prania, nastawianie kolejnych i rozwieszanie, frakcje II, III i IV.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek Fargo, po czym wróciłem na dół, żeby zamknąć wpis.
Ostatecznie z dużym trudem się udało. Na planowane 25 screenów opublikowałem 16, 9 straciłem. Prawie cały poniedziałek pisania.
Dzisiaj, we wtorek, 24.03, po porannym rozruchu i wyrzuceniu z siebie części frustracji za pomocą słowa pisanego, zabrałem się ze sporą niechęcią do cyzelowania poprzedniego wpisu. Oczywiście był Bogu ducha winien, ale traktowałem go po macoszemu. Miałem do niego irracjonalną pretensję za to, że wyciął mi taki numer.
Trochę nastrój mi się poprawił, gdy na dole pojawiła się Żona, a jeszcze bardziej po jej 2K+2M, gdy mogłem się jej poskarżyć i z nią rzecz przedyskutować. Zwłaszcza w kontekście moich przyszłych zachowań, gdyby coś takiego mi się przytrafiło, albo gdybym podejrzewał, że może się przytrafić. To mnie nieźle uspokoiło.
Przed i po I Posiłku opisywałem ... sobotę. Szło ciężko i trochę inaczej względem tej pierwotnej. Wiedziałem o tym i się z tym pogodziłem.
W całej tej sytuacji blogowej wcale nie chciałem iść na taras i zabrać się za fugowanie. Żona była strasznie zawiedziona A mówiłeś... Tłumaczyłem, że wszystko przez wczorajszą wpadkę blogową. I, gdy się już natłumaczyłem, ubrałem się stosownie i poszedłem do roboty. Byłem bardzo zadowolony. Bo o właściwym fugowaniu dzisiaj mowy być nie mogło, tylko trzeba było odkuć ileś starych fug, które nie spełniały swojej roli. Były popękane, a na to nowej kłaść nie mogłem. Gdybym tę pracę połączył z właściwym fugowaniem, to chyba by dnia nie starczyło, a poza tym po żmudnym odkuwaniu, wydłubywaniu, zamiataniu i ... odkurzaniu zwyczajnie nie miałbym sił i ta wisienka na torcie zupełnie nie sprawiłaby mi przyjemności. A i tak odkuwanie (na kolanach) i sprzątanie rozłożyłem na dwie raty, żeby wykazać się mądrością bez pomocy mojej zewnętrznej świadomości.
Między ratami pół godziny spałem.
Miejsce po fugach jest czyste i teraz musi wyschnąć. Wtedy dopiero będę fugował.
Po II Posiłku we troje poszliśmy na spacer do Uzdrowiska Wsi. W miłych okolicznościach przyrody naszła mnie refleksja, że jednak nie będę się spinał, że zaległości będę nadrabiał powoli i że nie będę się tym stresował. Żona patrzyła na mnie znacząco.
- Dawno nie mówiłeś Samo przyjdzie...
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek piątego sezonu Fargo. Twórcom udało się utrzymać w nim cały klimat sezonu, chociaż główna akcja zakończyła się w odcinku bardzo wcześnie i powstawało pytanie, czym wypełnią jego resztę? Ale w tej reszcie bardzo spójnie i inteligentnie podomykali różne wątki. Tak więc pierwszy, drugi i piąty sezon polecamy (nie mają ze sobą żadnych powiązań, jeśli chodzi o fabułę, jak zresztą pozostałe sezony).
ŚRODA (25.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Pół godziny przed planem.
O 00.27 napisał Po Morzach Pływający.
No to nie poszalales z tekstem. I nie szalej z robotą. Słuchaj żony. Ona wie co mówi. U mnie jest podobnie. Co prawda mogę robić cały dzień / to skutek mojej pracy zawodowej/ i nie odczuwam zbytnio zmęczenia, ale pracuję trochę wolniej niż powiedzmy 10 lat temu. Z drugiej strony jesteśmy na takim etapie życia, że nic nie musimy. Możemy, ale w każdej chwili możemy to rzucić w kat i pójść leżeć.
Co do miejsca pochówku to wiadomo gdzie chciałbym odpocząć. Skremowany, ,ale za to rozrzucony na morzu jakimkolwiek. Po co zmuszać rodzinę do płacenia za kawałek ziemi i pamiętania, żeby czasem umyć nagrobek. Poza tym kiedy zniknie ostatni członek rodziny to i tak miejsce na cmentarzu zmieni właściciela.
I tym miłym akcentem życzę miłego dnia.
I tym miłym akcentem życzę miłego dnia.
PMP (pis. oryg.)
Mądre! Ale jakoś tak nie chcę być rozrzucony nad byle morzem, nawet nad Bałtyckim. I żadnego skremowania!...
Po porannym rozruchu pisałem ślęcząc nad... sobotą. I w trakcie kółeczko znowu zaczęło się kręcić bezproduktywnie dając znać, że bloger nie zapisuje na bieżąco i że w związku z tym mogę utracić zapisane dane. Czyli że może nastąpić powtórka z poniedziałku. No, załamałbym się.
Ale nie po to rzecz dokładnie przedyskutowałem wczoraj z Żoną, żeby nie wyciągnąć wniosków i żeby nie zapobiec katastrofie. Nie wiedząc ile palant nie zapisał, całość skopiowałem do notatnika i dopiero wtedy odważyłem się nacisnąć "ok" pod groźbą utraty niezapisanych danych. Okazało się, że nie zapisał tylko fragmenciku. Więc tylko skopiowałem go w notatniku i z powrotem przerzuciłem do bloga. Nie mogło tak być w poniedziałek?...
Teraz już będę cały czas czujny.
Przed I Posiłkiem skończyłem opis soboty. Duża sprawa i duży wysiłek. A po I Posiłku poszliśmy we dwoje, z Żoną, na spacer, z docelowym miejscem w postaci Intermarche, w którym miałem kupić 8 Zatecky'ch. Planowaliśmy również spojrzeć świeżym spojrzeniem na nasze najbliższe otoczenie, bo Żona coś, jak zwykle, wynalazła. A w tym wypadzie mieścił się sąsiad, ten mieszkający bezpośrednio za Sąsiadami z Lewej. Miałem okazję spotkać się z nim raz, nad brzegiem Bystrej Rzeki, gdy, wtedy przypadkiem, wyjaśniliśmy sobie, kto jest kto i gdy ustaliliśmy, że on jest rocznik 1948 i że ja, niestety, jestem młodszy o 2 lata.
Postanowiliśmy, tak bez żadnego uprzedzenia, do niego zajrzeć (Żona przez ten cały czas wiedziona kobiecą intuicją podkreślała Trzeba!) mając pretekst w postaci dziwnego pisma z Urzędu Gminy, którego sprawa dotyczyła ponoć wielu mieszkańców Pięknej Uliczki.
Mogło go przecież nie być, ale był, a to naprawdę w nas zmieniło wiele, ale w nim również, co było widać gołym okiem. Taka wspólna energia, takie wspólne doświadczenia i forma oszołomstwa. Takie coś, czego nie trzeba wyjaśniać, bo druga strona rozumie to w lot i tylko się dziwuje, albo jest zaskoczona Jak to jest możliwe, bo myśleliśmy/myślałem, że tylko my?...
Przywitał nas w drzwiach od razu bardzo sympatycznie i kulturalnie. Potem przez całą wizytę co rusz powtarzał Oczywiście, bardzo proszę albo Oczywiście, zapraszam lub Może jeszcze, bardzo proszę i Przepraszam za strój i bałagan w domu, co powtarzało się na tyle często, że aż było humorystyczne, a jednocześnie bardzo miłe, ciepłe i naturalne.
Powitał nas w spodniach od dresu z wypchanymi kolanami, w jakimś rozciągniętym swetrze, z lekko zmierzwionymi włosami i brodą ((może akurat spał) i w rozdeptanych kapciach, co nam się natychmiast spodobało. A jeszcze bardziej, gdy weszliśmy do wnętrza. Panował klasyczny bałagan. Na stole, krzesłach i innych meblach bez względu na ich funkcje, na podłogach, przejściach zostały złożone różne rzeczy, często bez specjalnego zamysłu, tak od Sasa do Lasa i było widać, że nie leżą ci one od godziny, no dobrze, od tygodnia. Miały swoje trwałe miejsca.
To wszystko musiało nam natychmiast przypomnieć Pół Polaka Pół Francuza, a to musiało natychmiast wprawić nas w doskonały humor i pierwsze niedowierzanie.
- To może napijecie się państwo kawki, bardzo proszę...
Trochę, pro forma, się krygowaliśmy, ale od razu się zgodziliśmy, zwłaszcza że była z ekspresu.
- A do kawki likier ziołowy, migdałowy, z trzynastu ziół, bardzo smaczny, pasuje... - Bardzo proszę... - Kolega zawsze przywozi mi z Niemiec, gdy wraca do Polski. - Bardzo proszę...
Gospodarz wyjął stosowne kieliszki, dosyć sporej pojemności i, zanim zdążyliśmy zaprotestować, nalał nie tyle obficie, co po same brzegi.
Zanim zadaliśmy pytanie o pismo z Urzędu, upłynęło dobre pół godziny. Każdy temacik, w tym kilka humorystycznych, ledwo napoczęty, groził jego rozwinięciem przynajmniej na pół godziny, więc wszystko szło po łebkach, chaotycznie i z zaznaczeniem, że trzeba to spokojnie przegadać Bo teraz nie ma czasu! I koniecznie u nas, zapraszamy!
Oczywiście Sąsiad żadnego pisma nie dostał, to już drugi z Pięknej Uliczki, więc Ewidentnie Urząd kręci
I chce coś zachachmęcić.
Gdy to ustaliliśmy, znowu poszliśmy w bezmiar tematów. Rozwinięcie niektórych groziło godziną na każdy, co najmniej. I żeby było "śmiesznie", okazało się, że sąsiad swego czasu prowadził zakład fotograficzny w Jastrzębiej Górze. Bo w ogóle pochodzi z tamtych stron, konkretnie z Gdańska. Jakby tego było mało opowiedział nam pokrótce historię budowy domu z drewna, urokliwego, który widzimy z naszej posesji, po czym uparł się go nam pokazać. A nas w takich sprawach nie trzeba namawiać nawet przez kilka sekund.
Gdy wróciliśmy do jego mieszkania/domu, była dobra okazja, skoro wstaliśmy, żeby się pożegnać, ale nie było to takie łatwe.
- To, bardzo proszę, likieru na wychodniaka... i znowu nalał obficie mimo już ewidentnych naszych protestów.
Żona trochę nadpiła, żeby się nazywało, więc po mojej porcji musiałem dokończyć jej, bo inaczej nie wypadało I co, miało się zmarnować?! Na wszelki wypadek za stołem już nie zasiedliśmy.
Umówiliśmy się, że wpadnie do nas po świętach i że do niego zadzwonimy.
- Bo teraz, na święta jadę do siostrzenicy w rodzinne strony. - Niedawno zmarła moja siostra i siostrzenica bardzo prosiła...
Odprowadził nas aż na ulicę wyraźnie z trudem godząc się z faktem, że się rozstajemy. Kłaniał się kilka razy, oczywiście ze słowami Bardzo dziękuję, że mnie państwo odwiedziliście.
Po drodze do Intermarche nie mogliśmy się nadziwić, że tuż pod ręką przydarzył się nam taki Pół Polak Pół Francuz Bis, i wypełniała nas radość, niedowierzanie, bo myśleliśmy, ba, byliśmy pewni, że tamta historia z Pół Polakiem Pół Francuzem jest bezpowrotnie zamknięta, skoro zmarł. Z powodu tej straty cierpieliśmy.
Zastanawialiśmy się jeszcze nad takim fenomenem, że przecież przez okres prawie trzech lat naszego mieszkania w Uzdrowisku, tu, na Pięknej Uliczce, on żył tuż obok I może szkoda, że dopiero teraz?...
Ale tę myśl odrzuciliśmy, bo wiedzieliśmy, że takie i podobne rzeczy muszą mieć swoje miejsce i czas. Nic wcześniej, nic później. I może, gdyby nie Urząd?...
Długo dzisiejszego dnia i wieczoru nie mogliśmy w to wszystko uwierzyć.
Po II Posiłku doprowadziłem blog do stanu "na bieżąco". Nie powiem, odetchnąłem.
Wieczorem zadzwonił Syn. Całą szóstką razem z Furią byli już u Córci. Odwołali mu dwa dzisiejsze służbowe spotkania, więc nie musiał dojeżdżać do rodziny jutro, na ostatnią chwilę. Stąd też jutro spokojnie razem wyruszą do Monachium.
Syn przekazał mi wiadomość, że zmarła ciocia Fruzia, czyli Ela. Ona plus Grażyna (zmarła kilka lat temu) oraz Żona I stanowiły taką nierozerwalna paczkę, której znajomość rozpoczęła się w podstawówce, trwała przez wspólny ogólniak aż do teraz. Znajomość była na tyle mocna, że dla moich dzieci obie były bliskimi ciotkami, chociaż przyszywanymi.
Ela była specyficzna chociażby z tego względu, że strasznie dużo paliła i klęła jak szewc i, o dziwo, jej to pasowało, język miała cięty i zawsze żal mi było tego kogoś, kto jej podpadł. Potrafiła w związku z tym załatwić wszystko, nawet niemożliwe, stąd w trudnych sytuacjach wysyłało się ją. Jak chociażby wymianę bułek na świeższe. W 1972 roku w szóstkę (ja, Żona I, Grażyna, Ela, Kanadyjczyk I i nasz wspólny kolega z ogólniaka) pojechaliśmy na wakacje autostopem i dotarliśmy nad morze w okolice Koszalina, gdzie sporo czasu spędziliśmy na kempingu pod namiotami. Poranny rytuał był taki, że codziennie przy suchych bułkach i mleku (każdy miał swoje w butelce) zasiadaliśmy przy przysklepowych stolikach i napawaliśmy się ciszą i aurą praktycznie nie rozmawiając ze sobą, tylko czytając gazety. I któregoś ranka przyszliśmy do kempingowego sklepiku chyba za wcześnie, jeszcze przed dostawą, więc musieliśmy wziąć wczorajsze bułki, czerstwawe. Na szczęście nie zdążyliśmy ich napocząć, gdy przyjechał samochód ze świeżymi. Ela zebrała wszystkie czerstwe i za chwilę wróciła ze świeżymi.
Do 2000 roku mam z Elą mnóstwo wspomnień, bo stanowiła jeden z elementów (emelentów) naszej paczki, ale potem nasze drogi się rozeszły. Widywaliśmy się już sporadycznie. A ostatnio poważnie chorowała.
Elu, dziękuję Ci za wspólne lata i niezapomniane chwile. Cześć Twojej Pamięci!
Wieczorem zaczęliśmy oglądać amerykański film z 2023 roku Przesilenie zimowe polecony przez Konfliktów Unikającego. Podołaliśmy jakimś dwudziestu minutom, czyli zakończyliśmy etap rozruchowy, w którym fabuła nie zdążyła się jeszcze na dobre rozkręcić, z czego zdawaliśmy sobie sprawę. Resztę odłożyliśmy na jutro.
CZWARTEK (26.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Znowu pół godziny przed planem.
O 04.05 napisał Po Morzach Pływający.
Napisałem do W Swoim Świecie Żyjącej, żeby przy okazji pobytu w domu zrobiła porządek na rabacie z truskawkami......a ona zrobiła porządek w naszej bibliotece 😁 Wolałbym truskawki, ale z drugiej strony darmowe sprzątanie półek z książkami.... czemu nie.
Zbliżamy się do Skagen. Jeszcze korzystamy z osłony brzegu,ale po zmianie kursu około 0700 oberwiemy od nadchodzącego sztormu. Na szczęście wiosenna zła pogoda szybko przemija i jutro powinno być o wiele spokojniej.
Zbliżamy się do Skagen. Jeszcze korzystamy z osłony brzegu,ale po zmianie kursu około 0700 oberwiemy od nadchodzącego sztormu. Na szczęście wiosenna zła pogoda szybko przemija i jutro powinno być o wiele spokojniej.
No to spokojnego dnia
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
(Skagen - duńskie miasto na północnym cyplu Jutlandii; wyjaśnienie moje)
Po porannym rozruchu pisałem. A potem, sporo przed ósmą, zabrałem się za kłody i ich rozłupywanie.
Odważyłem się przygotować trzy taczki bierwion.
Przed dziewiątą byłem po robocie. Gdy wróciłem, na godzinę poszedłem... spać. Na narożniku w Salonie nawet usiłowałem trochę poczytać, ale próżny trud. Organizm nie tego potrzebował.
W tej nietypowej sytuacji I Posiłek zjadłem nawet o normalnej porze. I ze świeżym umysłem zabrałem się wreszcie za PIT-28, ten na nowym druku. Porównując go ze starym i jeszcze starszym odniosłem wrażenie, że gdzieś tam w Stolicy siedzi sobie taki facet (raczej nie facetka), który ma fajną fuchę polegającą na tym, żeby różne druki PIT-ów, CIT-ów, itd. co roku zmieniać dodając a to jakąś nową rubrykę, a to likwidując inną z konieczną zmianą wielkości i kroju liter. A na końcu dostaje porządną emeryturę. Szczególnie urzekła mnie zmiana polegająca na tym, że w PIT-ie 28 za rok 2024 była rubryka 6a, która w roku 2025 stała się rubryką 7. Stąd, praktycznie od razu, na samym początku, numeracja uległa przesunięciu, bo merytorycznie nie zmieniło się nic. Obie wersje są logiczne, więc do niczego czepić się nie można. Ale przy wypełnianiu trzeba było wzmóc uwagę i ostrożność. Może ten pan ma uwadze dobro podatników, których umysł by przecież skostniał, gdyby nic się nie zmieniało i co roku było tak samo?...
No, niestety, wyszło mi, że US będzie musiał nam zwrócić nadpłatę w wysokości 370. Niby drobiazg, ale... I jak ja teraz przy składaniu druku spojrzę pani urzędniczce w oczy?... Co prawda poprzednio zapewniała mnie Nadpłatę urząd panu zwróci, ale wcale mi się to nie podoba. Po co od razu włazić na świecznik?... Numer konta jednak podałem.
Postanowiliśmy z Pieskiem wyjść wcześniej na spacer. Pretekstem był odbiór paczki oraz nowe miejsce odkryte przez Żonę. Było to bardzo interesujące.
Po powrocie pisałem, a potem zabrałem się za inwentaryzację desek i deseczek oraz farb przygotowując grunt pod przyszłe prace. A trochę ich jest. W warsztacie większość desek i deseczek ze specjalnych podpórek wykiprowałem na posadzkę, a potem je selekcjonowałem część przenosząc do szklarni, a część na taras. Te szklarniowe posłużą mi jako dające mocny opór ziemi, a te z tarasu wybrałem, aby na boazerii, na ścianie Tajemniczego Domu, pozatykać różne dziury i dziureczki, którymi do środka, do swojego gniazda, dostawały się dzikie osy. Wyczytałem, że nie są one agresywne względem ludzi w przeciwieństwie do os "właściwych" i dlatego przez trzy lata nie ingerowałem, chociaż nie było to nic przyjemnego dla nas i dla naszych znajomych, gdy relaksacyjnie siedzieliśmy sobie na tarasie, a one w odległości metra latały nad głowami lub koło twarzy (dopełniacz liczby pojedynczej i mnogiej jest taki sam, więc interpretację tekstu pozostawiam czytającemu; ja chciałem jednoznacznie użyć "koło twarz").
Dodatkowo od wewnątrz do drzwi tarasowej pakamery (składane meble ogrodowe, akcesoria grillowe) poprzecznie zamocowałem deseczkę na całą ich szerokość. Szpara między dołem drzwi a tarasowymi kaflami na wysokość 6-7 cm idealnie co roku i przez cały sezon umożliwiała wpadanie do pakamery wszelkim liściom i igłom i to sprzątanie co jakiś czas było dość upierdliwe.
Na koniec (ściemniało się) przyjrzałem się ławce ogrodowej i już wiedziałem, jak jutro dobrać się do jednego poziomego szczebla, który tamtego roku był pękł.
Z racji meczu na górę udaliśmy się już w okolicach 19.00, ale i tak całości Zimowego przesilenia nie zdążyliśmy obejrzeć, więc spory kawałek zostawiliśmy sobie na jutro. W trakcie oglądania przyszedł sms, że dzieci i Wnuki dotarły do Monachium.
Zdążyłem załapać się na hymn albański, a potem na Mazurka Dąbrowskiego. Wejścia piłkarzy na stadion nie widziałem, bo reklamy mi nie darowały i 10 sztuk musiałem przecierpieć.
Półfinałowy barażowy mecz z Albanią od samego początku zapowiadał się źle. Ledwo zszedłem na dół (pleonazm), a już zadzwonił Konfliktów Unikający, ot tak w dobrej wierze, żeby przedmeczowo pogadać i dowiedzieć się czegoś się o składach drużyn oraz jak silna jest Albania. Wiedziałem tyle co on, ale czas uciekł.
To wszystko pikuś. Najpierw Internet puszczony z mojej komórki pikselował obraz (a miało być lepiej), więc wróciłem do standardowego domowego rutera bojąc się, że znowu będę musiał przejść przez te 10 reklam. Ale udało się.
To jednak nadal był pikuś. Bo hymn zaczęli śpiewać piłkarze Albańscy i cały ich zespół oraz 3 tysiące Albańczyków, ale robili to niemo. Nie było dźwięku, oprócz gwizdów z trybun. Nie wiedziałem, o co chodzi. Po czym spiker zapowiedział Mazurka Dąbrowskiego. I znowu zapanowała kompletna cisza.
Prezydent Nawrocki i vip-y, drużyna na stadionie oraz cała ławka rezerwowa, a przede wszystkim publiczność poruszali tylko ustami w widocznym asynchronie. Obciach na całego.
Okazało się, że dla podniesienia rangi meczu, dla uhonorowania prezydenta, na płytę stadionu weszła Orkiestra Reprezentacyjna Straży Granicznej (dlaczego akurat ta, pozostaje tajemnicą?) i to ona grała oba hymny. A poprzez złe nagłośnienie nie było jej słychać. Gwizdy ponoć dobiegały ze strefy albańskiej i wcale Albańczykom się nie dziwiłem.
Jak to później napisał mądrze jeden z dziennikarzy, że przy hymnach nie należy majstrować. Od dawna jestem tego samego zdania. Należy zwyczajnie puścić z płyty, czy z czegoś tam, cyfrowo, porządnie, głośno, bez interpretacji i bez wokalu, bo cała reszta stadionu da sobie radę. I natychmiast jest stosowna aura i czuje się wsparcie kibiców dla reprezentacji.
Jak to później napisał mądrze jeden z dziennikarzy, że przy hymnach nie należy majstrować. Od dawna jestem tego samego zdania. Należy zwyczajnie puścić z płyty, czy z czegoś tam, cyfrowo, porządnie, głośno, bez interpretacji i bez wokalu, bo cała reszta stadionu da sobie radę. I natychmiast jest stosowna aura i czuje się wsparcie kibiców dla reprezentacji.
Takim ewidentnym przykładem majstrowania przy hymnie były Mistrzostwa Świata w 2002 roku rozegrane w Korei Płd i Japonii. Polska reprezentacja pod wodzą Jerzego Engela grała tam po 16 latach nieobecności.
Przed pierwszym grupowym meczem z Koreą Płd za hymn wzięła się Edyta Górniak. Nie dość, że wbrew wszelkim przesądowym regułom wpuścili babę na stadion, to jeszcze nie dało się tego słuchać ani śpiewać, choć przecież głos miała piękny. Jej wykonanie było utrzymane w bardzo wolnym tempie i wywołało w Polsce ogromne kontrowersje oraz medialną burzę.
I zaraz potem przegraliśmy 0:2 z Koreą Płd. Hymnowe odium, już bez Edyty, ciągnęło się za nami dalej i w drugim meczu dostaliśmy łomot od Portugalczyków 0:4. Dopiero w meczu o honor wygraliśmy z USA 3:1 zajmując ostatnie miejsce w grupie i odpadając z mistrzostw. Tak kończy się majstrowanie przy hymnach. Tak, tak, panowie, historia powinna uczyć, ale jak wiemy, pewne oszołomy i psychole są odporni na fakty z przeszłości. To chociaż niechby stosowali moje podejście do sprawy Lepsze jest wrogiem dobrego!
To ciągle jednak był pikuś. Przez pierwsze 10 minut meczu graliśmy bardzo dobrze, by do końca pierwszej połowy grać fatalnie popełniając przy tym mnóstwo błędów. I właśnie po jednym takim (Bednarek) straciliśmy bramkę. W tym momencie mogliśmy sobie nadmuchać na tegoroczne mistrzostwa. Jednak w drugiej połowie Lewandowski strzelił głową w swoim stylu wchodząc w piłkę agresywnie po centrze z rzutu rożnego i "podał nam tlen", a dzieła dokończył Zieliński pięknym strzałem zza pola karnego. Wygraliśmy 2:1.
Zanim do tego doszło, Albańczycy mieli dwie stuprocentowe okazje. Przy pierwszej piłka leciała w samo okienko naszej bramki, a ja już widziałem ją trzepoczącą się w siatce, i nie wiem, dlaczego przeleciała obok spojenia słupka i poprzeczki, a za drugim razem Grabara obronił w beznadziejnej wydawałoby się sytuacji sam na sam.
Barażowy finał zagramy w Sztokholmie ze Szwecją, 31. tego miesiąca. Przy popełnianiu takiej ilości błędów nie mamy szans. Ale piłka nożna jest perfidna!...
Zanim do tego doszło, Albańczycy mieli dwie stuprocentowe okazje. Przy pierwszej piłka leciała w samo okienko naszej bramki, a ja już widziałem ją trzepoczącą się w siatce, i nie wiem, dlaczego przeleciała obok spojenia słupka i poprzeczki, a za drugim razem Grabara obronił w beznadziejnej wydawałoby się sytuacji sam na sam.
Barażowy finał zagramy w Sztokholmie ze Szwecją, 31. tego miesiąca. Przy popełnianiu takiej ilości błędów nie mamy szans. Ale piłka nożna jest perfidna!...
Tedy o 23.00 spać!
PIĄTEK (27.03)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Niby tylko godzina różnicy względem "standardów", ale od razu wszystko biegło inaczej.
Poranek, po rozruchu, zacząłem od onanu sportowego. Nie można było inaczej po wczorajszym meczu Polski i innych, barażowych. I od razu zrobiło się sporo po dziewiątej. Trzeba było powoli naprostowywać dzień.
"Naprostowanie" polegało na tym, że sporo pisałem, a I Posiłek zjadłem dopiero w południe.
Po czym we dwoje pojechaliśmy na zakupy, takie na 10 - 11 dni.
Rozmawiałem z Żoną I o śmierci Eli. Wiele się dowiedziałem. Zgadzaliśmy się ze sobą, że to wszystko - nieuleczalna choroba, jej "leczenie", cała ta otoczka medyczno-społeczna są postawione na głowie, a przede wszystkim odhumanizowane. Pogrzeb ma się odbyć 7. kwietnia, we wtorek w Metropolii. Pojadę, żeby po nim zatrzymać się u Wnuków na dwie noce.
A propos Wnuków, czyli... Syna. Wczoraj wydawało mi się na podstawie zwrotnego smsa od Synowej, gdzieś z trasy, że od Córci musieli wyjechać do Monachium ponadnormatywnie późno. Rzecz mi wyjaśniła Żona I z prośbą Ale nie ciosaj mu kołków na głowie... Otóż Syn był zapomniał dowodu rejestracyjnego. W Niemcowni go nie mieć, to mogło wyjść trochę głupio i myślę, że we Francji też.
Syn przysłał mmsa z wycieczki po Monachium. A na zdjęciu dwa chłopy - Wnuk- I i II.
W odpowiedzi podziwiałem dodając A dowód rejestracyjny masz ze sobą?...
- Widzę, że informacja rozchodzi się błyskawicznie. - odpisał dość spokojnie.
- Nieźle się z mamą ubawiliśmy, zwłaszcza ja czując Twój w tym momencie wkurw!... - odpisałem.
- Miałem dzięki genialnemu planowi nocowania u siostry uciąć z trasy do Monachium 125 km z Metropolii do Dziury Marzeń, po czym kolejnego dnia tylko 640 km do Monachium. Tymczasem rano o 05.00 pojechałem od siostry 125 km do domu, 125 km z powrotem do siostry i na dokładkę 640 km do znajomych. Jak w tym dowcipie: do Warszawy 20 km, skrótem 30 km. - tłumaczył mi łopatologicznie. (zmiany moje, pis. oryg.)
Gdy wróciliśmy, zabrałem się za tarasową ławkę. Wzmocniłem ją i podokręcałem mnóstwo poluzowanych śrub. Nówka nieśmigana, gdy ją jeszcze pomaluję. To mnie jednak na tyle zmęczyło, że zrobiłem odsapkę przy pisaniu. I dopiero po II posiłku zabrałem się za kłody. Tym razem przewiozłem tylko dwie taczki bierwion.
Stać mnie jeszcze było na rozpoczęcie dosyć prowizorycznego remontu szklarni. Przy części pionowych ścian odrzuciłem ziemię aż do jej fundamentu, który żmudnie, jak i szyby od wewnątrz (liczne popękane), oczyściłem z ziemi. Po czym z desek ułożyłem barierę na wysokość ok. 20 cm, podsypałem ją dla stabilności ziemią i dopiero przy takiej barierze ułożę kolejną, tą plastikową falistą, odzyskaną przy dokopywaniu się do fundamentu. Ziemia nie będzie już naciskać bezpośrednio na szyby.
Prace tę rozłożyłem, w ramach rozsądku i zewnętrznej świadomości na co najmniej dwa, jeśli nie trzy etapy. Stąd wczoraj tego etapiku rozsądnie nie skończyłem. Gdy ten temat zamknę, będę już mógł swobodnie przygotowywać ziemię pod pomidory, a potem zacznie się zabawa z ubytkami szyb w ścianach pionowych, no i ich mycie.
Nie zmęczyłem się na tyle, że sam zaproponowałem spacer z Pieskiem do Uzdrowiska Wsi. Piesek jednak odmówił zbyt długiego spaceru i już na końcu Pięknej Uliczki stanął jak wmurowany, po czym chętnie zawrócił. Ale i tak byliśmy zadowoleni.
Wieczorem skończyliśmy oglądać Przesilenie zimowe. Obejrzało się sympatycznie, ale film nie powalił na kolana. I chyba nie miał takich ambicji.
SOBOTA (28.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Po porannym rozruchu pisałem. Byłem na bieżąco, więc z czystym sumieniem zasiadłem przed onanem sportowym.
I Posiłek zjadłem stosunkowo wcześnie i zaraz po nim zabrałem się za fugowanie płytek na tarasie. Pierwszy raz w życiu, chociaż Żona twierdziła, że już fugowałem w małej łazience, urokliwej i zgrabnej, na dole Biszkopcika. Jeśli nawet, to mogło to być 23 lata temu, więc się nie liczy. Zresztą tam sprawa musiała być prostsza, bo małe wnętrze i prostopadłe ściany. A tu chłód zewnętrza i wszystko na kolanach. Kładzenie płytek nie stanie się moim pożądanym fachem.
Pracowałem od 11.00 do 16.00 z przerwami technologicznymi, które wykorzystywałem na regenerację sił. Temat zamknę, gdy jutro przetrę płytki z fugowego nalotu.
Oczywiście świtała mi w głowie myśl dzika, żeby jeszcze trochę popracować w różnych drzewnych frakcjach, ale szybko wybiłem to sobie z głowy. Na dzisiaj miałem dosyć.
Po II Posiłku zabrałem się za trzeci etnokryminał Kuźmińskich pt. Kamień. Dzisiaj skończyłem Pospieszalskich Rodzinę. Książka jest mocno specyficzna, ale nie żałowałem, że ją przeczytałem.
Wieczorem trochę posiedziałem nad onanem sportowym, ale ogólnie dopadała mnie schyłkowość. To sporo wcześniej poszedłem na górę, z godzinę pospałem, a gdy przyszła Żona, obejrzeliśmy francuską komedię z 2024 roku Test na teściów. Lekarka i Justus Wspaniały się przy niej ubawili, my mniej.
De gustibus non est disputandum.
NIEDZIELA (29.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.40, to znaczy o 05.40.
Kolejna zmiana czasu.
Gdybym miał wybierać, to wolę zmianę w tę stronę. I niechby po niej tak zostało. Tej zimowej nie cierpię, jak zresztą większość z nas.
Żona musiała mieć tę zmianę zakodowaną gdzieś w podświadomości, a nie pamiętając w którą stronę tym razem miała być (ciągle jej się miesza), była na dole, "na wszelki wypadek", już o 07.30, czyli o 06.30. Półprzytomna oczywiście.
W nocy raz zarejestrowałem, że pada. To mnie zupełnie nie zaniepokoiło, bo wiedziałem, że musiało zacząć padać, gdy fuga już dawno związała i stwardniała. Ale rano, po porannym rozruchu, jednak rzuciłem się do tarasu. Szkód żadnych nie było, a korzyść taka, że kafle wokół zrobionych fug, opaćkane ich cieniutką warstewką, którą dzisiaj miałem zmyć, były czyste. Deszcz odwalił za mnie całą robotę. Miłe...
Dosyć szybko zabrałem się za przygotowanie I Posiłku. Według starego czasu była 09.00 i u Pieska zegar biologiczny działał świetnie, czyli Piesek był jeszcze daleki od wstawania, a u mnie zadziałał specyficzny odruch Pawłowa. Bo gdzie się nie obejrzałem, była 10.00 i zacząłem czuć głód.
Zjadłem zaraz po 11.00 nowego czasu.
Żeby maksymalnie wydłużyć czas przed posiłkiem, sporo popracowałem w drewnie przy wszystkich frakcjach. I zacząłem się obawiać, że po I Posiłku może zmóc mnie senność. Bo krótsza noc, drewno, posiłek i ponura, niżowa pogoda. Czy trzeba czegoś więcej?...
Zmogła mnie i się przed nią nie broniłem. Pospałem przez godzinę na narożniku w Salonie. I tak zregenerowany odważyłem się rozłupać tyle kłód, że wyszły trzy taczki.
Znowu się regenerowałem przy Zatecky'm i onanie sportowym. Ale nie długo (zaprzeczenie, w domyśle "krótko", więc oddzielnie). Pognało mnie do szklarni. Przy drugiej połowie pionowej ściany znowu odkopałem ziemię do fundamentu i żmudnie czyściłem z niej szyby na dole, na ich styku z fundamentem. A po przerwie i po II Posiłku dokończyłem dzieła. Wymiotłem resztki ziemi z kątowników, ułożyłem deski, zaklinowałem je ziemią, a dopiero potem wcisnąłem w nią falistą plastikową osłonę. Mimo ogólnego bajzlu szklarnia nabrała pewnej świeżości. A co będzie, gdy umyję szyby i różne, całe i popękane, jakoś połatam silikonem?...
Na górze byliśmy o 19.30, a dopiero wyraźnie się zmierzchało. Zdrada normalnie...
Zaczęliśmy oglądać amerykański miniserial Miłość i śmierć z 2023 roku. Oparty na faktach (autentycznych - politycy i dziennikarze). Zapowiada się, że będziemy oglądać dalej.
PONIEDZIAŁEK (30.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
Już prawie zapomniałem, że to 05.30. Żona się śmiała wczoraj wieczorem, że ja od razu przestawiłem wajchę. Ona zaś tkwiła w poprzednim systemie czasowym i na dole pojawiła się tuż przed ósmą.
Od rana siedziałem nad onanem sportowym.
Przed I Posiłkiem rozłupałem tyle kłód (dlaczego nie kłod?), że zrobiły się z tego trzy taczki bierwion, a po nim jeszcze dwie i góra kłód sprzed Klubowni zniknęła. Za to została góra kor (dlaczego nie kór?) oraz różnego śmiecia drewnoodpadowego. Przy sprzątaniu było trochę roboty. To z rozpędu zamiotłem cały podjazd. Jutro, po marcowej posusze, przyjeżdżają na dół pierwsi goście w sezonie wiosenno- letnim. Po 30. dniach od wyjazdu tych zimowych.
I dalej z rozpędu zamiotłem Klubownię, Bufor i schody prowadzące do niego ze spiżarni. Wyraźnie mi odwaliło, bo niechybnie zmierzałem do zajechania się. Te setne i tysięczne ruchy miotłą są zabijające. A przynajmniej mój organizm jest na nie szczególnie czuły.
W międzyczasie zadzwoniła Pasierbica, żeby zdać relację z wczorajszego metropolialnego koncertu Ani Dąbrowskiej, na który wybrali się z Q-Zięciem. Z Pasierbicą od dawna jesteśmy fanami Ani, na co Żona patrzy zawsze z lekkim przymrużeniem oka i z lekką drwiną. Nie żeby nie doceniała Ani Dąbrowskiej, ale tak od razu fani?!... Ale my z Pasierbicę się rozumiemy.
O mały włos (bilety po 130 zł na łebka), a wyjście na koncert skończyłby się katastrofą. Wszystko przez opóźnione obchody urodzin Policjantki. W tygodniu Krajowe Grono Szyderców nie mogło wpaść do Policjantki i Przewodnika, więc zrobiło to w sobotę.
- Teść wyciągnął tequilę i świetnie nam szło. - A ja miałam jakiś taki dobry dzień... - To nie ma co zostawiać resztek w butelce! - był w świetnym nastroju. - Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wyciągnął następną. - W niedzielę organizm wykazywał różne dziwne stany i wyjście na koncert zaczęło stawać pod dużym znakiem zapytania.
Ale cudem się udało. Po drodze Pasierbica konsultowała z Żoną, co tu zrobić, żeby w jakim takim stanie dotrzeć na koncert i na nim dotrwać i przetrwać.
No cóż, stara, a głupia, czego nie omieszkałem jej smsowo uświadomić.
A sam koncert? Super. Ania Dąbrowska stanęła na wysokości zadania. Ma już 45 lat i głos ma trochę inny tembr, ale cała reszta łącznie z muzykami, chórkiem i aranżacją bez zarzutu. Śpiewała, między innymi, nasze największe ulubione przeboje.
- Dzisiaj czuję się już trochę lepiej, ale niestety musiałam iść do pracy.
Stara, a....
Na Święta do nas nie przyjadą. Planują jechać do Ojca Pasierbicy.
- Nie byliśmy już tam z pół roku...
Do tego planu się nie przywiązuję, bo Ojcu Pasierbicy, jak uczy doświadczenie, w każdej chwili może coś wyskoczyć, o czym sama Pasierbica wspomniała. Trzeba więc być w pogotowiu z sałatką warzywną i z sosem tatarskim.
Wczoraj Syn przysłał informację, że dotarli do Taize.
- To życzę głębokich doznań duchowych :) - Bez przekąsu:) - odpowiedziałem.
Dzisiaj rano pociągnąłem wątek.
- Jak poranek we Francji? Taki sam, jak w Polsce? I taki sam czas? A jak chłopaki zareagowali na Niemcy i na Francję? Czy też w czasie podróży byli przyklejeni do muzyki?
- Poranek lodowaty. Plus 2-3 stopnie. Woda zimna, prądu w baraku brak. Spartańskie warunki. Chłopcy przejęci, widać że robi to na nich wrażenie. Ale nie aż takie żeby w podróży Francję oglądać - lepiej gapić się w telefon. (pis. oryg.)
Przed II Posiłkiem pisałem. I przed nim oraz po nim:
- doczyściłem kafle, bo deszcz wcale nie spłukał cienkiego fugowego filmu,
- próbowałem zabrudzić świeże fugi, żeby kolorystyką dopasować je do starych, ale nie chciały przyjąć żadnego brudu, co tylko świadczyło o dobrze wykonanej robocie. Gdybym wiedział, że tak będzie, od razu kupiłbym fugę o jakimś "brudnym" kolorze,
- przekopałem ziemię w dwóch tarasowych skrzyniach. W jednej rośnie rachityczny tymianek, ale ponieważ jest to roślina wieloletnia, to może odbije. W drugiej posiejemy pietruszkę na zieleninę,
- skończyłem jeden ze szklarniowych etapów. Drugą pionową szklaną ścianę, dwukrotnie krótszą niż ta podstawowa (wyjaśnienie - dwie pozostałe ściany szklarni, to mur) również w ten sam sposób zabezpieczyłem przed bezpośrednim naporem na szklane tafle. Teraz będzie mnie czekać uzupełnianie dziur po odpadniętych kawałkach szkła. Nowa sprawność - szklarz.
Całkiem sporo dzisiaj zrobiłem.
Dzisiaj Justus Wspaniały kończył 68 lat. Zadzwoniliśmy w porze późno popołudniowej wiedząc, że Lekarka po pracy będzie już w domu. Ale rozmawialiśmy tylko z nim, bo dopadliśmy go w ogrodzie przy sianiu marchwi, groszku i wielu, wielu innych warzyw (nie da się spamiętać), oczywiście nie wszystkich naraz.
- A jak tam twoje pomidory?
- Wzeszło 36 sztuk, dzisiaj wyplewiłem, a potrzebuję 28... - To chyba dobrze?... - z obawą zadałem pytanie.
- No..., dobrze..., jak na to, jakie kardynalne błędy popełniłeś! - podbudował mnie w swoim stylu. - I na pewno nie będziesz miał z krzaka od 8 do 10 kg owoców, jak powinno być.
Nie wiedziałem, skąd ta pewność.
- Faktycznie, w tamtym roku z każdego miałem chyba tylko średnio po 2 kg... - podkładałem się na całego.
Coś mruknął, chyba zadowolony. Nie chciałem mu tłumaczyć, że dla nas taka ilość była zupełnie wystarczająca, żeby nie powiedzieć optymalna i że nie mam absolutnie ambicji, aby stać się takim wyrobnikiem ogrodowo-przerobowo-słoikowym, jak on. De gustibus non est disputandum.
Oczywiście złożyliśmy mu szerokie życzenia, a on zastanawiał się, czy to w tym jego wieku, to jeszcze...
Zapewniałem go, że absolutnie tak.
Od naszego wyjazdu u nich zupełnie nic się nie zmieniło.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 19.06.
I cytat tygodnia:
Wierność: silne swędzenie z zakazem podrapania się. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w
Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett
operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów
dwudziestolecia międzywojennego.
(ostatni cytat z serii tuwimowskich)