23.03.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 110 dni.
WTOREK (17.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po kiepskiej nocy. Od mniej więcej czwartej przewalałem się z boku na bok, więc nic dziwnego, że wstawało się ciężko, a z drugiej strony z ulgą.
Po porannym rozruchu króciutko siedziałem nad onanem sportowym, by przystąpić do cyzelowania.
Jednocześnie zareagowałem na maila od Po Morzach Pływającego, którego przysłał o 04.18.
US.
Temat dla mnie zamknięty od 2013. Korzystam z usług firmy i śpię spokojnie. Kiedy skończę pływać rozliczał się będę przez internet.
Zazdroszczę wiosennej krzątaniny w ogrodzie. W tamtym roku miałem niesamowita frajdę móc poszaleć w ogrodzie. W tym roku dopiero w lipcu będę mógł cokolwiek zrobić,ale jesienią przygotuję się na wiosnę bo być może w tym czasie będę w domu.
No to teraz dla odmiany bujamy się na północ Europy. Najpierw Holandia,a potem Norwegia.
Temat dla mnie zamknięty od 2013. Korzystam z usług firmy i śpię spokojnie. Kiedy skończę pływać rozliczał się będę przez internet.
Zazdroszczę wiosennej krzątaniny w ogrodzie. W tamtym roku miałem niesamowita frajdę móc poszaleć w ogrodzie. W tym roku dopiero w lipcu będę mógł cokolwiek zrobić,ale jesienią przygotuję się na wiosnę bo być może w tym czasie będę w domu.
No to teraz dla odmiany bujamy się na północ Europy. Najpierw Holandia,a potem Norwegia.
PMP (pis. oryg.)
Wyjaśniłem mu, jak różna jest sytuacja względem US ich a nasza. I ponownie zaprosiłem do Uzdrowiska.
Dziękuję za zaproszenie. Prawdopodobnie będziemy planować gdy wrócę. Jeżeli rozwiążemy sprawę opieki nad zwierzętami to możemy przyjechać w każdej chwili po 1 września / mniejszy ruch na drogach/. Planuję pobyt w domu do 31 października.
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
W poranek wmieszał się kleszcz. Swoją obecnością na wewnętrznej stronie prawego uda mnie zaskoczył. Gdy się zbierałem z łóżka, czułem jakby delikatne swędzenie, ale było na tyle delikatne, że przestawało, więc nie zwróciłem na nie uwagi. Dopiero po jakimś czasie swędzenie stało się na tyle uporczywe, że się przyjrzałem. Na czerwonej już plamce o średnicy 1 cm, na jej środku tkwił czarny punkcik. Ot nie kleszcz nawet, tylko kleszczyk, jakieś niecałe 0,5 mm. Tak mały, że był problem z jego wyciągnięciem za pomocą specjalnej, najmniejszej, antykleszczowej pincety. W końcu się udało, a miejsce to zakropiłem płynem Lugola.
Kleszczyk, jak to kleszczyk, zakleszczył się w tej pincecie, więc musiałem go wydłubywać igłą.
- Ale żeby ci nie uciekł! - Żona zawsze w takich razach jest sporo spanikowana, boi się, że gdzieś go przez nieuwagę lub niefrasobliwość w domu posieję, a z taką świadomością żyć by się nie dało. Z kleszczem pod jednym dachem?!...
A ja przez cały czas duszę się ze śmiechu. Dzisiaj musiałem jednak złośliwie zripostować.
- Uważam na niego, bo rzeczywiście jest szybki, jak cholera!...
- Ale może ci zniknąć i wtopić się w tło...
- Dlatego wydłubuję gnoja na biały papier toaletowy. - Nie ma szans zniknąć. - Chcesz go zobaczyć?
Tu Żona ma dokładnie ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony chce zobaczyć jako corpus delicti, czyli że kleszcz mężowi nie uciekł, a z drugiej nie chce, bo dla Żony jest odrażający. A poza tym, co będzie, gdy skoczy niczym pchła? Afera na cały dom!
- A co z nim zrobisz? - A, już wiem! - Sczeźnie w ogniu piekielnym! - śmiała się cytując mnie.
Z wielką sadystyczną satysfakcją zawsze wrzucam gnoja do ognia w kuchni. Bo kleszczy nienawidzę i są na pierwszym miejscu stworzeń do likwidacji. I w dupie miałbym naruszony, być może, łańcuch pokarmowy. Gorzej jest latem, gdy kuchnia nie pracuje. Mniejsza satysfakcja.
Po I Posiłku bardzo świadomie rozwaliłem tyle kłód, żeby uzbierały się dwie taczki. I ani grama więcej. Ale i tak wysiłek odkupiłem godzinnym snem na narożniku w Salonie. Gdy się rozbudziłem, przyszła Żona i z charakterystyczną miną niewróżącą niczego dobrego przysiadła obok mnie. Mina to jedno, ale fakt, że się pofatygowała, czego normalnie nie robi, to drugie. Od razu resztki snu uleciały i przygotowywałem się na... No, właśnie na co, bo nie wiedziałem, co się szykuje.
A uszykował się piętnastominutowy monolog Żony, z moimi delikatnymi wtrąceniami. Ogólnie rzecz biorąc poruszony problem dotyczył mojego wieku i Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił! To tak w skrócie. Mnie dotyczyła ta druga mickiewiczowska część w tym sensie, że powinienem już z racji wieku mierzyć zamiary podług sił.
Może by i nie doszło do tego monologu, gdybym nieopatrznie od kilku dni nie jęczał, kwękał, narzekał, marudził o bólu pleców, czego Żona ostatecznie znieść nie mogła.
- Bo ty sobie pomarudzisz i zapomnisz, a we mnie to zostaje. - A chciałabym przecież, żebyś był jeszcze długo w dobrej formie, a nie żebyś sobie zaszkodził! - Bo co potem?... - Przecież nie masz pięćdziesięciu lat, dobra, niech będzie, sześćdziesięciu i chyba sam rozumiesz, że pewnych prac nie powinieneś robić, a jeśli nawet to z umiarem, po trochu, a nie żeby się zarżnąć.
To jest tylko fragmencik mądrego, zresztą, monologu. Bez wazeliny.
Obiecałem, że będę się starał nie zapamiętywać się narkotycznie w pracy, że będę ją dozował, przerywał odpowiednio wcześnie. A Żona będzie mi o tym przypominać, będzie taką "zewnętrzną" moją świadomością.
- I nie będziesz się ode mnie opędzał, jak od osy, co robisz zawsze, gdy zwrócę ci uwagę, że może na dzisiaj wystarczy?
Obiecałem, że nie będę i że będę powoli budował w sobie świadomość wieku w odniesieniu do ciężaru wykonywanych prac i że będę je rozdzielał na więcej dni.
Niespodziewanie zadzwonił Syn. Niespodziewanie, bo raptem rozmawialiśmy wczoraj, więc trochę adrenalina mi skoczyła. A chodziło tylko o to, żeby w tym roku zaplanować kolejny wspólny wyjazd Wnuków z dziadkami.
- A bo, tato, w tamtym roku byłem z Wnukiem-III w Beskidzie Żywieckim i się nim zachwyciłem. - A ty wtedy, gdy ci opowiadałem, nie miałeś nic przeciwko, żebyśmy tam pojechali na wspólny wyjazd...
Nadal pomysł mi się podobał.
Zaczęliśmy wstępnie ustalać termin, to znaczy prawdopodobny miesiąc naszego wyjazdu. Marzec odpadał z oczywistych względów, podobnie kwiecień. Z kolei 4. maja Teść Syna ma mieć kolejną operację, więc trudno było liczyć, aby w maju, a nawet w czerwcu doszedł do siebie. Lipiec i sierpień odpadał, bo to u nas szczyt sezonu i trzeba zapieprzać. Pomijam, a to dosyć trudne, obecność w wakacje wnuków wszelakiej maści. No i wstępnie stanęło na wrześniu.
- Ale tato, pamiętaj, że ja z tym wrześniem byłem pierwszy! - Bo zaraz mi powiesz, że masz zjazdy-srazdy ze studiów, z ogólniaka i może jeszcze z przedszkola!
Po tym ustaleniu zrelacjonował mi plany związane z ich wyjazdem (25. marca), całej szóstki, do Taize. Nami, jedną z suk, upchnęli u Żony I, Furię zaś u Córci, u której przenocują, by ta zdążyła nauczyć się dawać pieskowi zastrzyki insulinowe. Stamtąd wyjadą na kilka dni do Monachium, do zaprzyjaźnionej rodziny. A dalej już do głównego celu, do Taize we Francji, by spędzić tam Święta Wielkanocne.
W drodze powrotnej będą wracać po własnych śladach z jednym noclegiem w Monachium i odbiorem Furii od Córci.
Nie powiem, wielkie przedsięwzięcie logistyczne, tym większe, że do tego czasu trzeba przecież żyć codziennością i pracą.
Na kanwie tej rozmowy zadzwoniłem do Teścia Syna.
- Tato, ty się dowiesz więcej o jego stanie zdrowia i samopoczuciu, bo mnie nie wypada pytać o szczegóły... - zaznaczył Syn. - Mam opory...
Ja nie miałem. Jako mężczyźnie, praktycznie równolatkowi, łatwo mi przychodziło pytać o różne rzeczy, w tym intymne i osobiste. A Teść Syna, mimo że to sprawy trudne, bolesne i uciążliwe, opowiadał ze znanym wszystkim dystansem i poczuciem humoru. Rzeczywiście, 4. maja będzie miał drugą operację.
Zabrałem się wreszcie za tarasowe kafle z przyrzeczeniem sobie, w domyśle Żonie, że nie będę się eksploatował ponad miarę i pracę dzielił na wiele części. Zerwałem 6 kafli, tych z brzegu tarasu, tych które pod nogami "latały w powietrzu". Nie potrzeba było żadnej siły, nawet dziecko dałoby radę je zdjąć, skoro "trzymały się powietrza". Za to pod spodem to coś wymagało już żmudnego odkuwania i czyszczenia. Również dotyczyło to "odzyskanych" kafli. Podstawowym narzędziem był młotek murarski do kucia, szpachelka do skrobania, płaski śrubokręt do wydłubywania ze szczelin drobnego gruzu oraz nakolanniki, żeby nie zrobić krzywdy kolanom, w czym ostatnio celowałem.
To był ten etap pracy niewdzięczny, to kładzenie kafli niewłaściwe. W ramach rozsądku i obietnic go nie skończyłem. Dalsze czyszczenie i plecową gimnastykę zostawiłem na jutro. Żona, a nawet ja, byliśmy zadowoleni.
Po II Posiłku pisałem do czasu, aż udaliśmy się na górę. Po dwóch ostatnich odcinkach Fargo, mrocznych, rozgrywanych całkowicie w ciemnych scenach, których powoli mieliśmy dosyć, dzisiejszy był "normalny', emocjonujący i ciekawy.
Po powrocie na dół trochę posiedziałem nad onanem sportowym, trochę poczytałem, by o 21.03 wyłączyć światło.
Przez cały dzień miejsce po kleszczu zupełnie mnie nie swędziało. Widocznie gnój nie zdążył mnie dobrze napocząć.
ŚRODA (18.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Noc wyglądała jak poprzednia. Przewalałem się z boku na bok, a do tego dochodziły durnowate sny.
Do 06.00 nie dałem rady wyleżeć.
Po porannym rozruchu sporo pisałem.
Przed I Posiłkiem byłem w Uzdrowisku. Robiłem zakupy przewidując naszą nieobecność w domu i wyjazd w piątek do Lekarki i Justusa Wspaniałego oraz powrót w niedzielę.
Ostatni raz byliśmy u nich 20. czerwca ubiegłego roku. Nie mogłem w to uwierzyć, mimo że sprawdzałem twarde fakty w kalendarzu i na blogu.
Zajrzałem też do biblioteki. Oczywiście części drugiej i trzeciej sagi o Jakubie Kani Macieja Siembiedy nie było. Były za to części czwarta, piąta, szósta i siódma. Do wzięcia. Nie wziąłem mimo ostrzeżeń "elokwentnego" pana, że te też mogą za chwilę zniknąć. Na szczęście była trzecia część etnokryminału Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, to wypożyczyłem. Na jakiś czas będę miał spokój, zwłaszcza że sporo się wczytałem w Pospieszalskich Rodzinę. Na początku myślałem, że nie przebrnę, ale cała opowieść dotyczy czasów przedwojennych, tych sprzed I Wojny Światowej, a potem Drugiej, mi bliskich, a przede wszystkich realiów z mojego życia, bo główna część dzieje się już w czasach powojennych do współczesnych. Po prostu moje pokolenie.
Po I Posiłku zabrałem się za taras. Czyściłem kolejne połacie odkryte przez zdjęte kafle. Całość ładnie wysychała przy sensownym wietrze i słoneczku. A potem z wielkim umiarem, przy świadomości wewnętrznej i zewnętrznej (przypomnę - Żona) narąbałem dwie taczki bierwion i troszeczkę frakcji II i III. Dzisiaj po raz pierwszy czułem, że podołałbym trzeciej taczce, ale po co? Było fajnie zaoszczędzić siły na inne prace, przyjemne i mniej wyczerpujące. Żona wzdychała, gdy jej relacjonowałem swoją mądrość.
- Może coś do ciebie dotrze?...
Po odsapce (trochę pisania, trochę onanu sportowego) w końcu zdjąłem te dwa połcie słoniny, które musiały okazać się felerne, skoro sikorki zimą praktycznie ich nie tknęły. A one najlepiej wiedziały, że gdzieś tam w rzeźni, może w Brazylii, słoninę głupi człowiek modyfikował. Człowiek będzie taką jadł, sikorka nie. Wnioski?!...
Potem sprzątnąłem pozimowo ostatni bastion wszelakich suszek i liści przy tujach-brabantach. I powolutku zabrałem się za remont szklarni. Słowo"remont" jest tu użyte na wyrost, chociaż dokładnie remont by się jej przydał, więc może lepiej "za naprawy". Na skutek lat, kruszenia się kitu (to jeszcze te kitowe czasy) i naporu ziemi na dolne części pionowych szklanych ścian, po tej zimie spora część szyb popękała i trzyma się w kawałkach na słowo honoru lub odpadła i się potłukła. Na głównej ścianie zaczęły ziać nieprzyjemne dziury, a to jest ewidentne zaprzeczenie idei szklarni.
Wstępnie przy szklanej ścianie odrzuciłem ziemię, żeby odkryć, że jej nacisk miał być zrównoważony taką falistą plastikową ogrodową taśmą. Śmieszne, bo umieszczony tam cieniutki plastik musiał poddać się naporowi ziemi z oczywistym efektem. Będę musiał coś wymyślić. A gdy uporam się z tym problemem pewne pęknięcia posklejam silikonem szklarskim, ale już ewidentne dziury będę musiał czymś uzupełnić. Szkłem lub płytami poliwęglanowymi. A to kosztuje.
Oddzielną kwestią będzie mycie wszystkich pionowych zaglonowanych szyb. Powinienem to był zrobić już pierwszego roku naszego mieszkania w Tajemniczym Domu, ale wtedy był bezlik prac, nowości i zachłyśnięcia się Uzdrowiskiem, potem w roku kolejnym przyszły remonty i otwarcie na gości, ale już nie mam żadnego usprawiedliwienia w tej kwestii, jeśli chodzi o rok ubiegły.
Praca ta jest zupełnie w moim zasięgu i nawet nie mogę się jej doczekać widząc, ile to więcej słoneczka dostaną pomidorki. Dobrze by było też uszczelnić niektóre miejsca na dachu i również umyć tamtejsze szyby, ale tam Żona mnie nie puści, żebym pękł. Może chociaż z dołu w jakiś sposób uda mi się te szyby umyć.
Po II Posiłku poszliśmy na spacer z Pieskiem i po odbiór dwóch paczek. Obok paczkomatu jest automatyczna myjnia, w której kilka miesięcy temu myłem Inteligentne Auto. Wtedy myłem raz oczywiście, a zapłaciłem za dwa. Jak ten stary dziad, co to nie umie rozkminić instrukcji obsługi stojąc przed nią ku uciesze tego siedzącego gdzieś tam przy monitorze, ustawić odpowiednio auto wewnątrz myjni, a na koniec myśli, że, skoro myjnia nie działa, może nie zapłacił kartą, więc zapłacił drugi raz. Wtedy jednak zatelefonowałem pod podany numer i facet stwierdził, żebym się przypomniał, to kolejne mycie będę miał za darmo, to znaczy za już wniesioną z wyprzedzeniem opłatę. Gdy wielokrotnie byłem po odbiór paczek, zaglądałem do myjniowego (myjnego?) biura, ale zawsze wiało tam pustką. Bo skoro jest to myjnia automatyczna?...
Dzisiaj jednak facet był. Sprzątał wokół niej teren. Zacząłem mu się przypominać.
- A pan gdzieś tu w pobliżu mieszka?... - zaczął coś kojarzyć.
- To może następnym razem, na przykład jutro, bo muszę auto umyć, zadzwonię do pana, a pan mi jakoś z daleka, zdalnie uruchomi mycie?...
- E, nie. - Oddam panu pieniądze. - Proszę poczekać...
I za chwilę przyniósł mi 25 zł. Ucieszyłem się, jak głupi, że tak można, bez komplikacji, papierków, czekania.
- O, to ja jutro przyjadę umyć auto! - nadal się cieszyłem.
- Zapraszam... - usłyszałem.
Sprawę załatwił naprawdę elegancko. Teraz, żebym pękł, do żadnej innej myjni nie pojadę.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo. Ciemnych scen nie było, za to robiło się coraz ciekawiej.
Na dole jeszcze trochę poczytałem, by światło gasić o 21.04.
CZWARTEK (19.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Noc była lepsza niż poprzednie.
Po porannym rozruchu pisałem.
Dość wcześnie, bo już po 08.00, pojechałem umyć Inteligentne Auto. Pomny poprzednich doświadczeń tym razem auto zatrzymałem według poleceń automatu. Oczywiście napisy "do przodu" i "stop" nadal były sczajone, ale ja już wiedziałem, gdzie patrzeć. Opłaciłem program nr 5 i wcisnąłem zielony przycisk "start". I nic. Nacisnąłem jeszcze kilka razy, klasycznie, jak debil, bo co mogło się zmienić?...
To przeczytałem instrukcję i wyszło mi, że najpierw należało uiścić opłatę, a potem wjeżdżać autem. To je trochę wycofałem i ustawiłem ponownie. Zielony przycisk nadal nie reagował. Bardzo śmieszne.
Zadzwoniłem. Odezwał się "wczorajszy" facet. Przypomniałem się i wytłumaczyłem z pokorą sytuację.
- Zaraz sprawdzę. - Tak widzę pana (matko jedyna! - reakcja moja), opłata jest wniesiona, musi pan jeszcze nacisnąć klawisz z nr 5.
- Ale ja już nacisnąłem...
- Nie, tamten był do wniesienia opłaty, a teraz proszę na drugiej klawiaturze nacisnąć 5.
Nacisnąłem.
- Ruszyła! - ucieszyłem się głośno do słuchawki. - To ja już następnym razem będę wiedział i nie będę panu zawracał głowę.
- Proszę dzwonić! - Po to jest podany ten numer telefonu... - śmiał się.
Młody, a kulturalny i z empatią. Teraz, żebym pękł, do żadnej innej myjni nie pojadę, zwłaszcza że
Inteligentne Auto było tak czyściutkie, że aż głupio, aż kłuło w oczy.
Sumarycznie wszystko odbyło się w komforcie może dlatego, że za mną nikt nie stał, nie doradzał, nie wymądrzał się Przecież to oczywiste! i nie pukał się w głowę.
Wiedziałem, że po I Posiłku już nic mnie nie uratuje przed tarasowymi kaflami. Stąd troszeczkę zwlekałem, ale ile można?...
Sporo czasu zajęło mi przygotowanie wszystkich narzędzi, trochę na wyrost, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale i tak w trakcie musiałem zrobić dodatkowe dwa kursy do warsztatu, bo wszystkiego przewidzieć nie mogłem, bo przecież robiłem to pierwszy raz w życiu. I siedząc wygodnie na tarasie dwukrotnie przeczytałem instrukcję przygotowania kleju. Zdziwił mnie od razu fakt, że producent na 5 kg suchej zaprawy zalecał użyć 1,2 l wody. Tak mało?! Ale się zastosowałem.
Żeby nie zrobić kleju na wyrost, przygotowałem pół porcji i natychmiast ogarnął mnie pusty śmiech, bo ilość była tak śmiesznie mała, że pędem dorobiłem drugą połówkę. I dalej tkwiłem w pustym śmiechu, bo całość wystarczyła ledwo na 1,5 kafla. Przykleiłem więc pierwszy, a resztę zużyłem na łatanie różnych dziur. Tym pierwszym kaflem tak się podjarałem, że natychmiast zapaliłem się do całej roboty.
Że też podchodziłem do niej, jak pies do jeża?...
Natychmiast pojechałem do uzdrowiskowej hurtowni, a gdyby tam nie było kleju, byłem gotów jechać do City. Bo nie dość, że miałem uruchomioną całą maszynerię, to jeszcze nie wyobrażałem sobie dzisiejszego dnia bez miłego klejenia. Kupiłem oczywiście worek 25. kilogramowy, co powinienem był zrobić od razu.
Były wzloty i upadki. Pomijam samo mieszanie. Nie miałem mieszadła pracującego wolnoobrotowo, więc mieszałem ręcznie. A zaprawa w trakcie mieszania zachowywała się jak kisiel. Kto robił, ten wie. Gęstniała na tyle, że trzeba było wiadro wziąć między nogi a kijacha trzymać dwiema rękami, żeby pokonać opór gęstej materii.
Wzlotem, takim ogólnym, był fakt, że wszystko przykleiłem - kafle główne i kilka małych trójkącików na brzegu tarasu, bo płytki są na im położone w romb. A upadki? Było kilka. Wszystkie płytki z odzysku miały przyklejony na trwale stary klej. Skuwanie go, żeby dało się płytki położyć, w miarę poziomo, z lekkim spadkiem, wszystko tak, żeby dopasować do sąsiednich, było niezwykle męczące, czasochłonne i upierdliwe. W sumie skuwanie dwóch zajęło mi połowę całego czasu pracy! Bym się z tym mógł pogodzić, gdyby nie było niemiłych efektów pobocznych. Każda z nich bowiem pękła w końcu pod wpływem uderzeń młotka murarskiego na trzy części, i te części musiałem kłaść. Stąd kolejnej skuwanie darowałem i położyłem ją trochę "pod górę" tak, że wystawała względem sąsiedniej o jakieś 3 mm. Ładnie to nie wyglądało, ale ta płytka leżała trochę z boku głównego ciągu komunikacyjnego, więc raczej nie będziemy się o nią potykać. A, gdy się zafuguje, to może?...
Oczywiście wielką upierdliwością było sprzątanie, usuwanie nadmiaru kleju, mycie narzędzi i wiadra.
Po wszystkim ręce miałem tak spierzchnięte, że do końca dnia skóra nie wróciła do normalnego stanu mimo wielokrotnego smarowania.
- No, nareszcie masz takie ręce, o jakich marzyłeś! - Szorstkie, robotnicze! - Żona mnie pocieszała nabijając się albo nabijała pocieszając.
Cały efekt oceniłbym na dobry. Dziury zniknęły, wizualnie się poprawiło, a o to przecież chodziło. To, że taras wymaga wypieprzenia wszystkich starych kafli i położenia nowych na całej powierzchni, to już inna sprawa.
Wyjście na ogród dla Żony i dla Pieska zostało zablokowane. Odblokuję po powrocie od Lekarki i Justusa Wspaniałego i wtedy też zabiorę się za fugowanie. Też pierwszy raz w życiu. Rzecz wydaje się prosta, ale nic, co taką się wydaje, taką nie jest. Ciekawe, na jakie niespodzianki się natknę.
Po II Posiłku wyjazdowo w górnej gościnnej łazience odgruzowałem się na 90%. Było to konieczne z różnych względów, a zwłaszcza po takiej robocie. Odżyłem, chociaż delikatne zmęczenie mnie gnębiło.
W sypialni wymieniliśmy całą pościel i po 28 dniach nieobecności (od 19.02) wróciłem w sypialniane pielesze. Byliśmy ciekawi, jak będzie się nam spało - czy ciasno (Żona), jak w "nowym" miejscu (ja)?
Po kolejnym odcinku serialu Fargo jeszcze trochę poczytałem i tedy spać!
Dzisiaj Nowy Dyrektor kończył 50 lat. Zadzwoniliśmy z życzeniami i przywołaliśmy różne wspomnienia. Chociażby to sympatyczne sprzed dziesięciu lat. Wtedy to słuchacze w Szkole zrobili normalną fetę z okazji 40. urodzin, wtedy jeszcze nie Nowego Dyrektora. Jako wykładowca był lubiany (mam nadzieję, że obecnie również). To były chyba już ostatnie lata, kiedy to młodzieży jeszcze się chciało, a roszczeniowość i nicnierobienie zaczęły się dopiero pojawiać. Później już z roku na rok było gorzej, a młodzież
Wydawała się taka pozbawiona życia,
Jakby nie chciała wyjść z dziwnego ukrycia,
Jakby nieobecna, nieżywa, wpatrzona
Każde oddzielnie w swojego smartfona.
Przy okazji ucięliśmy sobie z Nowym Dyrektorem pogawędkę na tematy filozoficzne - wiek, upływ czasu i takie tam...
PIĄTEK (20.03) - Początek astronomicznej wiosny.
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Po porannym rozruchu pisałem, żeby nie doprowadzić do ponadnormatywnych zaległości. Wystarczą te, które powstaną w wyniku naszego wyjazdu.
Jeszcze przed I Posiłkiem poszedłem po paczkę wysłaną przez Syna. Jej zawartość trzymał w tajemnicy, ale domyśliłem się, że są to zdjęcia z ostatniej sesji fotograficznej z czwórką dziadków.
Było co oglądać. Część z nich wybrałem, aby pokazać Nowym w Pięknej Dolinie.
Potem już tylko pakowaliśmy się i wyjechaliśmy o 12.32. Podróż zleciała spokojnie.
Już na terenie Pięknej Doliny Żonę wzięło na rum, ale w żadnym z dwóch DINO nie było jakiegoś tam, który by jej odpowiadał. Skończyło się na Soplicy Orzechowej.
Zanim z pracy w okolicach 16.00 przyjechała Lekarka, byliśmy już po wielu degustacjach różnych nalewek, które serwował Justus Wspaniały. Przez to chciało się nam siku, ale zaparliśmy się, że do czasu jej przyjazdu do żadnej z trzech wyremontowanych łazienek nie pójdziemy, żeby Lekarka mogła je nam osobiście pokazać i opowiedzieć już na nowiutkich i czyściutkich miejscach, co działo się po drodze i jakie gehenny przechodzili przy remontach. Przy czym w ich trakcie Lekarka mogła przynajmniej uciekać do pracy, a z fachowcami zostawał biedny (bez przekąsu) Justus Wspaniały. Śmialiśmy się, że Lekarka to taka "roncza sarenka". Ale, gdy już ich poznali, bardzo solidnych i... drogich, to zaufanie było na tyle duże, że w listopadzie pozwolili sobie polecieć na Madagaskar, a fachowcy przyjeżdżali nawet w soboty i niedziele tylko po to, żeby nakarmić koty.
Zupa meksykańska (pyszna i pikantna oczywiście) postawiła nas na nogi, a potem było już tylko lepiej. Bo przy różnych nalewkach, Pilsnerze Urquellu i diabli wiedzą przy czym jeszcze zasiedliśmy przy kominku i oddaliśmy się gadkom i rozmowom, żeby nadrobić dziewięciomiesięczne zaległości. Fakt, po drodze regularnie telefonicznie rozmawialiśmy i wszystko na bieżąco o sobie wiedzieliśmy, ale to nie to samo, co rozmowa vis a vis
Z wieści - Chinka puściła w trąbę Syna Lekarki. Sprawa była na tyle mocna i ostra, że aż jej ojciec mailowo przepraszał Lekarkę za zachowanie córki. Oczywiście Syn Lekarki mocno to przeżył, ale jak to w tym wieku, otrząsnął się po szoku i na horyzoncie, od tygodnia, pojawiła się kolejna dziołcha, Polka.
- Pomijając, że to dopiero tydzień i nie wiadomo, jak sprawy się potoczą, to przynajmniej nie będzie do mnie pisać Kochana mamo, jesteś najlepszą mamą na świecie, skoro wychowałaś tak wspaniałego syna... - wyzłośliwiała się Lekarka - ... i nie będzie pisać Kocham cię i nie mogę się doczekać, kiedy cię poznam! - Paranoja, przecież!
Sporą część wieczoru strawiliśmy na rozważaniu i dyskusjach, kto, gdzie i dlaczego w przyszłości będzie... pochowany. Tego typu temat, a dokładnie ten właśnie, zawsze był mi bliski bez względu na wiek i zawsze lubiłem o tym rozmawiać, jako o czymś naturalnym i nieuniknionym. Tym razem był mi dodatkowo bliski, bo rzecz nie dotyczyła Żony i mnie, tylko Lekarki i Justusa Wspaniałego. A to zawsze przyjemniej.
Oni o tych sprawach często rozmawiają konkretnie, racjonalnie i tematu nie unikają, nie udają i nie zamiatają pod dywan. Bo też ich sytuacja matrymonialna i majątkowa jest mocno skomplikowana z różnych względów i zawsze ją rozpatrują pod kątem przyszłego dobra partnera, gdy drugiej połowy nie stanie.
I oczywiście na kanwie oglądanych zdjęć Wnuków zeszło na sprawy rodzinne, tym razem naszych dzieci (nas czworga, każdego z osobna), zależności, współzależności, możliwości i niemożności, normalnych i dziwnych (często) układów, nieporozumień i... bliskości. Czyli standard.
Nie powiem, chyba się trochę upiłem, skoro od pewnego czasu, ni z gruszki, ni z pietruszki, wyrywało mi się pełnym głosem O, Macarena! (w oryginale Hey, Macarena!, ale jak mogłem o tym pamiętać?!). Zintensyfikowało się zwłaszcza w momencie, gdy przyszło do kładzenia się spać, a szczególnie, gdy byliśmy już na górze w naszej sypialni i łazience, bo stamtąd głos szczególnie dobrze niósł się po całym domu. Na szczęście ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, po drobnych perswazjach Żony, błyskawicznie mnie zmogło i umilkłem.
Było grubo po 22.00, żeby nie powiedzieć, że dochodziła 23.00. W sypialni było pięknie Po tylu latach! Frazę tę powtarzałem mocnym głosem naprzemiennie z O, Macarena! Ale nic dziwnego, skoro po tylu latach za sprawą Nowych w Pięknej Dolinie, a bardziej chyba Lekarki, na połaciowym oknie została zamontowana wreszcie roleta. Estetyczna, dopasowana do wnętrza, z gęstego płótna, a to ostatnie gwarantowało, że już o tej porze roku i później idealnie z tej strony wschodzące słoneczko nie będzie nas budziło swoją jaskrawością od piątej, czwartej lub trzeciej, zależy.
PONIEDZIAŁEK (23.03)
No i dzisiaj wstałem o 04.45.
Kwadrans przed planem.
Spałem kiepsko, ale tak jest zawsze, po powrocie z innych spalnych miejsc.
Po porannym rozruchu zabrałem się za onan sportowy, bo zaległości były straszne.
Wpis miałem gotowy w 100% i miałem publikować w okolicach 20.30. Ale nie wiem, w jaki sposób utraciłem cały opis soboty, niedzieli i poniedziałku. Większość dzisiejszej mojej pracy poszła na marne. Ale jest to jakieś doświadczenie i postanowiłem się nie przejmować. Jak mówi Żona Strata, która uczy, jest zyskiem!
W tym tygodniu Bocian zadzwonił pięć razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 20.58.
I cytat tygodnia:
Tragedia: zakochać się w twarzy, a ożenić z całą dziewczyną. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w
Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett
operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów
dwudziestolecia międzywojennego.