poniedziałek, 16 marca 2026

16.03.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 103 dni.
 
WTOREK (10.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Zaraz po porannym rozruchu zabrałem się za cyzelowanie. 
Dopiero potem mogłem uczciwie przejść do onanu sportowego. Doskonale wiedziałem, że rozpoczął się kolejny Indian Wells, ale świadomie go nie oglądam, nawet skrótów. Przy czym w tym nieoglądaniu pomijam deprymującą, zwłaszcza w moim stanie, różnicę czasu. Nie mam zdrowia, dosłownie i w przenośni. Co prawda Iga wczoraj przekonująco wygrała z Marią Sakkari (ostatnio z nią przegrała), ale ja poczekam. Zobaczę, co będzie, gdy przebrnie ćwierćfinał, który od jakiegoś czasu jest dla Igi barierą nie do przejścia. Nie wiem, chyba mentalną. Poza tym nadal w jej stylu gry nic się nie zmienia, a to nie na moje nerwy.
 
Dla odskoczni od siedzenia przed laptopem popracowałem w drewnie i znowu podlałem szklarnię. Wszystko z umiarem, żeby tylko lekko się spocić. W poczuciu dobrze rozpoczętego dnia mogłem przy książce zjeść I Posiłek. 
W południe już... spałem. Paranoja! Zmęczony! Po niecałej godzinie snu w Bawialnym poczułem się na tyle zregenerowany, że wreszcie zabrałem się za PIT-28. Zabierałem się za niego od kilku dni, jak pies do jeża, chociaż to przecież nie pierwszy raz, i może to on podświadomie mnie tak męczył.
Poszło jak z płatka i jutro jedziemy do ukochanego Urzędu Skarbowego w City. Nie tylko z tym PIT-em, ale też z innymi kwiatuszkami. Ale nie z korektą PIT-39, bo to jest sprawa grubszego formatu. 
Poza tym szykujemy się na poważniejsze wiosenno-ogródkowo-szklarniowe zakupy.
W City ostatni raz byliśmy 8.... stycznia. Aż trudno uwierzyć. 
 
Po II Posiłku, gdy powoli się zmierzchało, po raz pierwszy w tym roku uruchomiłem podstawowe narzędzie ogrodnika - sekator. Wspierane trzyczęściową drabiną, która pozwala dotrzeć wszędzie.
Zacząłem od dwóch głównych gałęzi czarnej winorośli, która w tamtym roku opanowała swoją zieleniną całą ścianę Tajemniczego Domu, z prawej strony po wyjściu na taras. Tego typu praca jest niezwykle relaksująca, zwłaszcza gdy się nie marznie, a w trakcie powolnego i konsekwentnego ścinania różne pitołki pitolą. Szczególnie jeden zwracał moją uwagę, bo pitolił na jedno kopyto setny, a może i tysięczny raz i wcale go to nie nudziło. Im dłużej tak pitolił, tym bardziej mnie rozśmieszał. Mógłby coś wnieść do repertuaru, zmienić, ale nie.
I tak sobie na tarasie ciąłem ponad godzinę, aż przyszła Żona. Zna mnie i wie, że jest mi trudno oderwać się od takiej ogrodowej roboty. Chyba po raz pierwszy nie uderzyła w dzwony na trwogę widząc, że z licznych winogronowych gałęzi zostało tylko kilka głównych. A może było już na tyle ciemno (18.00), że mogła nie zauważyć. Stąd nie dała mi podstaw, aby użyć mojego koronnego argumentu przy cięciu roślin Żadnych sentymentów! oraz wdać się w dyskusję Ciekawe, że co roku jest to samo?!... Tnę, tnę, a roślinki jak rosły, tak rosną.
 
Wieczorem poszliśmy na górę oglądać kolejny odcinek Prawnika z Lincolna. A potem na dole jeszcze trochę posiedziałem nad onanem sportowym, książką i spać o 21.00.
 
ŚRODA (11.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Sam z siebie. Wyraźnie i ciągle zdrowieję. 
Rano sporo siedziałem nad onanem sportowym, ale już o ósmej byłem w... szklarni. Musiałem udokumentować Żonie, że jest tam +9 stopni, bo by mnie tak wcześnie nie puściła. Mimo tego "zimna" przy ogałacaniu białej winorośli ze zbędnych pędów sporo się napociłem. Nigdy za naszego gospodarowania tak przycięta nie była, więc jestem ciekaw, jaki osiągnę efekt. Na razie miałem sporą satysfakcję z widoku tylko głównych sękatych pędów i z faktu, że mogłem sobie w szklarni popracować.
I zabrałem się za czarną winorośl, tę na zewnętrznym trejażu, tę, z której dwie gałęzie puściłem na ścianę Tajemniczego Domu przy tarasie. Tu już była walka. Ta winorośl za naszej bytności nigdy porządnie przycięta nie była. Ograniczałem się tylko do wycinania gałęzi, które pięły się korzystając z magnolii i leszczyny nawet na wysokość I piętra, te zaś w rewanżu na chama wchodziły na winogronowy trejaż tworząc razem niezłą zieloną i mroczną kotłowaninę. Jeśli do tego dodam kokornaka, który również w to wszystko pchał się skutecznie, to jak ta winorośl miała żyć. Nic dziwnego, że puszczona na wolną przestrzeń ściany Tajemniczego Domu owocowała w tamtym roku, jak dzika, nomen omen.
Wszystkie gałęzie, nawet te grubsze, te dalej położone od głównego pnia były suche. Wyciąłem je w  pień, nomen omen. Na trejażu zostało kilka kikutów. O dziwo, Żona, gdy przyszła obejrzeć efekt, przeszła nad tą demolką do porządku dziennego.
Jaki był jeszcze dodatkowy, nie do uniknięcia efekt mojej pracy? Bezlik gałęzi. Aby je od razu pociąć na małe kawałki, żeby łatwiej pakowało się do worów na odpady bio, nie miałem już sił, czasu, ani motywacji, bo to taka niewdzięczna robota. No, może będzie skutkować "tylko" tym, że udrożnię ścieżki dojścia do szklarni, bo teraz zawalone są gałęziami i gałązkami tak, że trzeba uważać przy poruszaniu się, żeby się nie zabić. 
 
Po I Posiłku pojechaliśmy prosto do City, prosto do US, żeby mieć go już za sobą, dosłownie, bo w głowie przecież siedzi cały czas. Oczywiście w jakimś sensie jechaliśmy z duszą na ramieniu, bo wiadomo, że zawsze taki Urząd podatnika zaskoczy, przeważnie niemiło, nawet gdy ten (ja!) jest przygotowany nie wiedzieć jak i kuty na cztery nogi.
(polski związek frazeologiczny określający osobę niezwykle zaradną<!>, sprytną<!>, przebiegłą<!> i inteligentną<!>  - wykrzykniki moje)
Nie zawiodłem się. Najpierw przy składaniu PIT-u-28.
- Ale ten druk na ten rok jest nieaktualny. - Jest już inny... - usłyszałem od pani zza szyby, stonowanej, ale kulturalnej i widać było wyraźnie, że absolutnie chce pomóc.
- Ale ja go przecież pobierałem w styczniu z półki, o tam - machnąłem głową w kierunku regałów - czyli  u państwa.
- Od 15. lutego jest nowy. - I zawsze od 15. lutego są nowe.
Tego nie wiedziałem, bo skąd. 
- To znaczy, nie ma sensu wyrywać się i pobierać za wcześnie... - wysnułem wniosek dziecka z pierwszych klas podstawówki.
Pani uprzejmie potwierdziła.
- To po co je państwo trzymacie na tych regałach? - Może je od razu przemielić, żeby nie wprowadzać podatnika w błąd?... - wszedłem na wyższy poziom logiki.
-Staramy się, ale zawsze coś umknie.
Wykazałem zrozumienie, zwłaszcza że pani znalazła kompromis.
- Na starym druku, tym dla pana, poświadczę złożenie PIT-u, ale tu proszę nowy egzemplarz, proszę go przepisać i zostawić u nas.
Podobało nam się z Żoną takie podejście. 
- To mam  jeszcze jedną uwagę-pytanie... - Według PIT-u wyszło, że w tym roku zapłaciliśmy o 220 zł mniej podatku, więc czy tę kwotę mam zapłacić od razu, czy czekać na reakcję US?...
Pani weszła w komputer i okazało się, że wcale tak nie było. Że zapłaciliśmy więcej niż według PIT-u się należało. Dodatkowo okazało się, że moje dotychczasowe trzykrotne coroczne zeznania w tej kwestii nie były właściwie wypełniane, więc przez trzy lata byłem trzymany w błogiej niewiedzy, a nawet więcej - Urząd podtrzymywał mnie w stanie właśnie błogiej wiedzy, bo skoro nie reagował, wszystko musiało być w porządku. 
Pani na poczekaniu wydrukowała wykaz wpłaconych przez nas miesięcznych zaliczek, ja zaś poprosiłem o drugi egzemplarz nowego PIT-u Bo w domu zrobię to jeszcze raz. I elegancko tłumaczyła mi różnicę między "zaliczką wpłaconą" a"zaliczką należną", cały czas informując mnie Urząd panu nadpłaconą kwotę zwróci!... To było bardzo miłe z jej strony, ale z doświadczenia wiem, że jest bardzo źle, gdy podatnik "zmusza" Urząd do zwrotu jakichkolwiek pieniędzy. Lepiej, logiczniej i zdrowiej jest, gdy podatnik zalega z płatnościami względem Urzędu.
- A mogłaby pani dać mi ten wydruk, to bym się nim posiłkował?... 
Wiła się, jak piskorz, i w końcu mi go nie dała podpierając się ciągle Ale nadpłatę Urząd panu zwróci...
No i mam dylemat. Teraz nowy PIT muszę tak wypełnić, żeby broń Boże, Urząd mi niczego nie zwracał. Ale co będzie, gdy liczby będą brutalne?! Kolejny stres! 
 
Reszta poszła jak płatka, bo jako emeryt wyjaśniłem, że skoro nie posiadam innych dochodów oprócz emerytury, to do końca kwietnia palcem nie muszę kiwać a Urząd sam pana rozliczy
Płatek jednak w końcu musiał się skończyć, bo zahaczyłem niewinnie o korektę PIT-u 39. 
- Rozumiem, że mam ją zrobić na normalnym druku, tylko zaznaczyć kratkę "korekta"?...
Pani pokiwała głową.
- A mogę dostać dwa nowe druki?... - byłem czujny.
Pani niestety też. Znowu weszła w komputer. A tam nic się jej nie zgadzało z tym, gdy mówiliśmy o sprzedażach nieruchomości.
- To ja zadzwonię do koleżanki, która się tym zajmuje i specjalizuje.
Skóra nam ścierpła, bo było wiadomo, do kogo dzwoni. A jeszcze bardziej nam ścierpła, gdy pani z uśmiechem, bo podatnikowi trzeba pomóc, poinformowała Koleżanka zaraz zejdzie na dół, bo tak będzie łatwiej sprawę wyjaśnić.
To "będzie łatwiej" przeżyłem już dwa razy. Ale, o dziwo, oboje z Żoną podchodziliśmy do faktu przyjścia "naszej" pani na luzie, ze sporą dozą humoru, ciekawi, co też będzie dalej, bo ileż można się denerwować i stresować?...
 
Pani przyszła i okazała się być sympatyczniejsza niż ją zapamiętałem. To znaczy, żebym był uczciwy - poprzednio zawsze była sympatyczna, ale teraz wydawała mi się bardziej. Nie wiem, może przez to oświetlenie, bo światło słoneczne całą mocą oświetlało salę przyjęć Urzędu, która przez to widocznie stała się bardziej zhumanizowana.
- To może przejdźmy do pokoju obok... - zaproponowała pani na "dzień dobry" - ... będzie się nam lepiej rozmawiało. 
I rzeczywiście. Znowu nie wiedziałem dlaczego... Stwierdziłem, że to chyba przez ten brak szyby oddzielający podatnika od urzędnika, bo tutaj siedzieliśmy sobie przy biurku i miło rozmawialiśmy. Keine Grenzen!
Pani zasugerowała nam dość istotny szczegół, który z Żoną postanowiliśmy poważnie rozważyć i zaproponowała kolejne spotkanie z pełną dokumentacją, żeby na miejscu zobaczyć, jak najlepiej byłoby wdrożyć go w życie.
Wychodziliśmy w lekkim szoku, a na pewno ja. Bo chyba nawet zapałałem do pani sympatią nie mogąc się nadziwić, dlaczego na samym początku byłem taki czepialskim żłobem, co to, z definicji uprzedzony, nie poznał się na dobrym sercu urzędniczki. 
Liczyłem, że spędzimy w US jakieś 5 minut Bo przecież wszystko było oczywiste. Zeszła dobra godzina.
Ale za to jaki efekt! 
 
Głównym punktem zakupów był Leroy Merlin. Zakupy były w dziwny sposób podzielone na dwie części. Jedna obejmowała ewidentnie ogród, szklarnie i uprawy, druga remonty i inne chemiczne substancje. W pierwszej był biohumus i nawóz koński, bez nasion pomidorów, bo żadne mnie nie zadowalały (od czasownika "zadowolić", gdyby ktoś pytał, więc dlaczego nie "zadowolały"), w drugiej klej do płytek, fugi i CuSO4 jako katalizator do spalania sadzy oraz płyn do czyszczenia szyby w kuchni, co robię codziennie rano miło wspominając Czarną Palącą.
Organiczne kupiłem na zapas, bo wszelkie nawozy będą potrzebne, a brutalną chemię, klej i fugi, żeby poprawić stan niektórych płytek na tarasie. Będzie to kolejna harcerska sprawność, jeśli uda mi się coś zrobić z kilkoma odłażącymi płytkami od podłoża. 
 
Reszta zakupów była prosta, a i tak część z nich oraz spraw, które mieliśmy załatwić (Orange), musieliśmy odłożyć. Zwyczajnie opadliśmy z sił. 
Z City wróciliśmy wykończeni. Mnie było stać tylko na wypakowanie zakupów, Żonę na spacer z Pieskiem do Uzdrowiska Wsi.
Na godzinę zaległem na narożniku w Salonie. 
II Posiłek znowu zjedliśmy później niż przewidywała litera zdrowego odżywiania się, a wszystko przez zdradę jasności dnia. Wydaje się, że jest ciągle wcześnie, a gdy się ocykamy stwierdzamy, że to już 17.00 - 17.30.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Prawnik z Lincolna. Po powrocie na dół obejrzałem bez żadnej ekscytacji drugą część meczu Igi Świątek z Czeszką Karoliną Muchową. Iga wygrała 2:0.  Nadal nie było we mnie żadnej ekscytacji.  Bo niby dlaczego?! Odwrotnie niż u komentatorów, których lubię i cenię. Ale oni muszą się rozpływać nad grą Igi, mimo że przecież...
Wieczorem w łóżku trochę poczytałem i z pewną ulgą zgasiłem światło o 21.30. 
 
CZWARTEK (12.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Już o 04.31napisał Po Morzach Pływający. 
Cześć.
I znowu się bujamy, a właściwie to dryfujemy w okolicach San Cibaro na północy Hiszpanii.
Kotwicowisko jest z jakiegoś powodu zamknięte i nie możemy tam rzucić kotwicy. Wejście do portu planowane jest na 14 tak, że nie mamy wyjścia i musimy się bujać. A wygląda to tak.... 
Tu nastąpił piękny obrazek, kolorowy, taki z kokpitu samolotu-statku.Ważył 8,5 MB. Musiałem go natychmiast wypieprzyć, w tym z kosza. Pokazywał, jak się bujają. Chyba...  
Zaznaczyliśmy taki rejon pływania i na razie poruszamy się w kierunku NW i SW, a kiedy zmieni się wiatr to pewnie i kierunek dryfowania również.
PMP (pis. oryg.)

O 07.00 zadzwoniła Córcia. jechała do szkoły. Mocno się zdziwiła, że od 4. tygodni nie mogę wyjść z przeziębienia.
- A co było przyczyną?
- Głupota... - odpowiedziałem. 
U niej kompletnie nic nowego. Zbawcza codzienność - żadnych wzlotów i upadków. 
 
Rano od Bibliotekarki wpłynęła zaliczka na majowy pobyt. To ta sympatyczna pani spod Stolicy, która jeździ po ludziach i przywozi im książki. Za jej drugim pobytem (mąż ją tylko "dostarczył" i wyjechał w sprawach) przywiozła nam w prezencie książkę Marcela Woźniaka Pospieszalscy Rodzina z osobistą dedykacją autora. Już to samo mogłoby stanowić ciekawostkę i stanowi, ale jest też coś nietypowego związanego z naszą działalnością. Bo pani wraz z mężem przyjeżdża aż na trzy tygodnie. To na pewno nasz rekord uzdrowiskowy, na pewno wakacyjnowsiowy i na pewno nie naszowsiowy. W Naszej Wsi zdarzyły się kilkukrotnie pobyty trzytygodniowe, w tym pewnej pani z banku, która przyjeżdżała uciec od korporacji. Odpoczywała leżąc codziennie toples na swoim tarasie otoczona książkami, ale nie na tyle szczelnie, żeby niczego nie można było dostrzec. W takich razach Sąsiad Filozof zdecydowanie zwiększał częstotliwość przejazdów swoim traktorem przez Końską Łąkę, przy której były usytuowane apartamenty, żeby dostać się też na naszą, którą uprawiał pod kątem siana, czyli kosił trawę i ją przerzucał, żeby schła. Myślę, że żadna inna trawa nigdy nie była tak dosuszana, jak wtedy tamta.
 
Widzimy w tym oczywiste plusy i jeden minusik, przynajmniej ja. Bo pani jest straszną gadułą. Mąż też niewiele odstaje.
- Nie wiem, czy w razie czego będę umiał sobie z tym poradzić?... - poskarżyłem się Żonie.
- To najwyżej będziesz przemykał chyłkiem, bo ja sobie poradzę...
Pomysł dobry i mi odpowiada, tylko czy ja będę w stanie przez trzy tygodnie przemykać chyłkiem?... Prosty rachunek prawdopodobieństwa mówi, że prędzej czy później się natknę. Nie chcę mówić "natnę". I co wtedy?...
(Chyłkiem - wywodzi się od dawnego rzeczownika "chyłek", który notowany był jeszcze w XIX wieku i oznaczał „małe wygięcie”, „pochylenie się”. Słowo to nawiązuje do pochylonej postawy ciała <ktoś się „chyli”, „pochyla”>, co jest charakterystyczne dla skradania się lub unikania wzroku innych).
 
Do I posiłku nic się nie działo, a pogoda (pochmurno i deszczowo) skutecznie wybijała z głowy jakiekolwiek próby sprzątania gałęzi na dworze i sprzątania w ogóle. Za to dawała nadzieję, że może ponownie zabiorę się za PIT-28 na nowym druku według sugestii pani z US rozróżniającej "zaliczkę wpłaconą" od "zaliczki należnej".
Nadzieję perfidnie jednak tłumiłem. Najpierw sporo czasu poświęciłem onanowi sportowemu, a potem nim zmęczony, a może przez pogodę, półtorej godziny spałem. PIT nie zając, nie ucieknie. Jutro też jest dzień. 
 
Po II Posiłku zadzwonił Syn. Wracał ze Stolicy z jakichś targów. Wszystko inne przełożył na przyszły tydzień. A w trakcie oglądania ostatniego odcinka serialu Prawnik z Lincolna Synowa napisała, że mąż jest już w domu.
Ostatni odcinek skończył się tak, żeby otworzyć nie tyle furtkę, ile szeroką bramę sezonowi piątemu. Jest w trakcie realizacji.
 
Wieczorem trochę pisałem na dole, a trochę podglądałem pierwszy ćwierćfinał Indian Wells pomiędzy Aryną Sabalenką a Victorią Mboko (Kanada) licząc na niespodziankę. Niespodzianki nie było. Aryna wygrała 2:0. Na ćwierćfinałowy mecz Igi (22.30) nie czekałem.
Tedy trochę poczytałem i spać
 
PIĄTEK (13.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Po porannym rozruchu oglądałem retransmisję wczorajszo-dzisiejszego meczu Igi Świątek z Ukrainką Eliną Switoliną.
Iga przegrała 1:2. W jej grze nic się nie zmieniło. Czując pismo nosem oglądałem w trybie przyspieszonym, więc zaoszczędziłem sobie sporo czasu. I w ogóle się nie denerwowałem.
(frazeologizm "czuć pismo nosem" najprawdopodobniej powstał w wyniku przekształcenia dawniejszego zwrotu „czuć piżmo nosem” <związanego z intensywnym zapachem>, który z czasem upodobnił się do słowa „pismo”, nabierając nowego, przenośnego znaczenia.) 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem pojechałem na zakupy. Ta pora jest najlepsza, bo jest już po porannych "korkach", a długo przed popołudniowymi, i w sklepach nie ma kolejek. Więc wszystko poszło sprawnie, a zajęło mi to tyle czasu, żeby idealnie zgłodnieć.
Po I Posiłku poszliśmy z Pieskiem na spacer do Uzdrowiska Wsi. Pogoda cudowna. Chciałem tak, żeby później już nic nie przeszkadzało mi w ogrodowych pracach. A ponieważ czekały mnie te niewdzięczne, to bałem się, że każde oderwanie się od nich będzie stanowić pretekst, aby je odłożyć Bo jutro też dzień!...
Zacząłem od szklarni. To ta przyjemniejsza część sprzątania, bo szklarnia ze swoją temperaturą +23 już tworzyła namiastkę lata i pojawiły się w niej pierwsze charakterystyczne zapachy wilgotnej ziemi. Widocznie flora się obudziła i zaczęła pracować.
Potem ciąłem na mniejsze prosto do worka bezlik gałęzi, tych z czarnej winorośli. Nawet złapałem system i robota szła wyraźnie do przodu.
 
W międzyczasie zadzwoniła Córcia. Zupełnie z niczym. Ot, wracała z pracy i znowu została poddana kontroli policyjnej. Wszystko było ok, jechała zgodnie z przepisami, ale przecież nie po to dzwoniła.
Nie mogła się nadziwić podobieństwu charakterów jej i jej ojca, zresztą nie pierwszy raz. A tylko dlatego, że pan policjant wziąwszy prawo jazdy zareagował na zdjęcie Córci sprzed 20. lat z komentarzem A to jest zdjęcie pani córki, czy co? No i poszło od słowa do słowa.
- Tato, a reakcja mamy była taka: - Czy ty musisz zaczepiać nawet policjantów?!
Pękaliśmy ze śmiechu. 
 
O 13.45 zrobiłem przerwę - dla Pieska na żwaczki, dla mnie na Zatecky'ego. Dokładnie po 31. dniach moje kubki smakowe rejestrowały smak piwa i przekazywały go do mózgu. Odpoczywałem i pisałem. 
A gdy wróciłem do ogrodu, konsekwentnie ciąłem i wrzucałem do wora bioodpady. Nie wyłapałem momentu, gdy przesadziłem. Wróciwszy do domu na II Posiłek nie byłem w stanie wysiedzieć przy stole, tak bolały mnie plecy. Musiałem położyć się na brzuchu na narożniku w Bawialnym i natychmiast usnąłem. Dobrze, że zadzwonił Profesor Belwederski z pytaniem, czy już jestem zdrowy, bo spałbym nie wiedzieć ile. A to był pierwszy dzień od dawna, gdy nie kładłem się w okolicach południa na godzinę, półtorej czy dwie. Wyraźnie zdrowiałem.
 
Po II Posiłku udało mi się dodzwonić do Siostry i złożyć jej imieninowe życzenia. Zasypała mnie wiadomościami z... Polski. Musiałem wszystkiego wysłuchać I jaki to jest skandal na cały(!) świat! 
Chodziło o generałów Wojska Polskiego i o prezydenta Nawrockiego. Nadal niczego się nie dowiedziałem, bo nie chciałem i nie dopytywałem udając, że wiem i śledzę No, tak! albo Rzeczywiście!, tylko I jaki to jest skandal na cały(!) świat!  A bo to pierwszy raz, ale tego Siostrze nie mówiłem, bo musiałbym kolejny raz wysłuchać Ale jaki to jest skandal(!) na cały świat! 
 
Wieczorem Żona namówiła mnie na oglądanie... piątego sezonu Fargo.
- Sporo na ten temat poczytałam i, zdaje się, jest równie dobry, jak pierwszy.  
Tedy obejrzeliśmy i będziemy kontynuować. Kolejny raz wyszło na to, że mógłbym pisać scenariusze, albo też, że od razu przewidziałem pewne konsekwencje dla porywaczy, którzy porwali się na zwykłą gospodynię domową, by ją porwać.
Przez cały odcinek frapował nas język, którym posługiwali się aktorzy. Bo niby angielski, może szkocki, irlandzki, a na pewno nie amerykański angielski. Za cholerę nie mogliśmy dojść, co to jest.
Dopiero  wyczytałem, że sezon jest oryginalnie produkowany i nagrany w języku angielskim. Charakterystyczną jego cechą jest mocny akcent z Minnesoty (tzw. "Minnesota nice").
W sumie ciekawy i oryginalny zabieg.
 
Gdy zszedłem na dół, nie mogłem z powodu pleców usiedzieć przy stole przy onanie sportowym. A przecież na górze trochę się już podregenerowałem. Dodatkowo, w trakcie II Posiłku, się... przejadłem.
Siedemdziesiąt sześć lat, a znikąd umiaru. Gasiłem światło już o 20.30 niezdolny dalej czytać.

SOBOTA (14.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu wróciłem do gimnastyki. Po 32. dniach.
Po wczorajszym wysiłku myślałem, że będzie gorzej, ale męczył mnie tylko lekki ból pleców i lędźwi. Powrót do gimnastyki powinien w przyszłości zapobiec takim niespodziankom.
Rano długo siedziałem nad onanem sportowym. Przy okazji rzygać mi się chciało, nie z powodu wczorajszego przejedzenia, tylko z powodu tekstów przygotowanych przez AI. Wystarczyło, że ograniczałem się tylko do tytułów bojąc się zajrzeć głębiej w tekst.
 
I Posiłek zjadłem stosunkowo wcześnie, skoro wcześnie wstałem. Po nim od razu zabrałem się za tę strefę tarasu przy płocie, który służy kokornakowi do oplatania go i do dalszej ekspansji. Ogołocony zimowo płot przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy, co straszliwie uwierało Żonę, która naprawę tego stanu rzeczy ustawiała wśród głównych priorytetów, a w nich ten na I miejscu.
Oczywiście nie było tak, że płot wzmocniłem od razu i ustawiłem go w pionie, żeby za chwilę był w stanie wytrzymać ciężar kokornaka i się nie zawalić. Najpierw logistyka pracy omówiona z Żoną, potem prace przygotowawcze i jej organizacja, potem wzmacnianie właściwe, a na końcu pieprzone sprzątanie. Zawsze w takich razach marzy mi się uczeń lub czeladnik. Bo te dziesiątki skłonów, te dziesiątki wyprostowań związane z każdą duperelą, to chodzenie tam i z powrotem, bo co rusz wyskakiwał jakiś drobiazg i trzeba było iść a to po inny śrubokręt, inne wkręty, inne deski. 
Nadspodziewanie dobrze i szybko wyszło. Kamień z żoninego serca.  
Na dodatek zrobiłem jej niespodziankę i po raz pierwszy w tym roku wystawiłem na tarasie meble ogrodowe, na których lubi przesiadywać. Była zachwycona i nie mogła się nadziwić Że też ja na to nie wpadłam. - Kto by pomyślał?!... - miło myślała o mężu. 
 
Odpoczywałem przy Zatecky'm i przy pisaniu. Po czym z prawdziwą przyjemnością (słoneczko nadal świeciło i panował lazur nieba) poszliśmy z Pieskiem na spacer łącząc to z odbiorem trzech paczek.
W połowie drogi jednak się rozstaliśmy. Ja poszedłem dalej, a Żona z Pieskiem zawróciła do domu. Pierwsze oznaki zachowania Pieska mówiły, że tak długiego spaceru może nie wytrzymać.
W jednej paczuszce były nasionka pomidorów. Ponieważ w Leroy Merlin ten asortyment był zdrowo przetrzebiony, Żona stwierdziła, że zamówi przez Internet. Przy czym specjalnie maltretowała mnie obłędną ofertą wiedząc, że takiego wyboru nie zniosę. Cały czas twardo optowałem za "malinowym retro", ale nie dawała za wygraną.
- A może...
- Nie!
- To może...
- Już powiedziałem!... 
- A jakby część takich, a część innych?...
Musiałem przestać reagować, zamilczeć, mieć coś w twarzy, żeby do niej dotarło, że "malinowy retro" i koniec kropka. Na zdjęciu opakowania wyglądały ślicznie, ale ja wiedziałem, że to taki fotograficzny pic. Ale i tak mi się podobały.
Druga paczka-niepaczka była nietypowa, bo stanowił ją rulon. Przez trzy lata pałowałem się z workami przy upierdliwym pakowaniu odpadów bio. Robota szła najlepiej i najefektywniej, gdy worek trzymała Żona ciągle pilnując rozszerzonego wlotu, a ja pakowałem pocięte odpady do środka. Czyli potrzebne były dwie osoby i... cztery ręce. Nawet trzy nie wystarczały. Ale tak dziwnie się składało, że rzadko kiedy jednorazowo odpadów było tak dużo, że opłacało się uruchamiać kombajn w postaci Żona-ja. Więc przeważnie pakowałem sam dysponując tylko dwiema rękami. 
Niedawno w pralni podpatrzyłem, jak jej szefowa akurat grabiła liście i wrzucała je do wora. Wór stał samodzielnie w pionie, a swoją gardziel miał otwartą na 100% tak, że dziecko bez problemów wór by napełniało. Patent, o którym nie mieliśmy zielonego pojęcia, polegał na tym, że do wora pani najpierw włożyła plastikową płaszczyznę, która nie dość, że rozpierała wór tworząc miły dla oka otwór wlotowy, to jeszcze powodowała, że wór sam z siebie stał. Napełnianie go było błahostką.
I takie coś Żona zamówiła.
 
Jeszcze przed II Posiłkiem przetrzebiłem milin amerykański. Po raz pierwszy tak ostro. Postanowiliśmy prowadzić go inaczej, żeby nie właził bezproduktywnie na dach. A to wymaga stworzenia na zewnętrznej ścianie Bawialnego drewnianych podpór, żeby po nich pięły się świeże tegoroczne gałęzie i żeby można było wyeksponować feerię kwiatów, na co bardzo liczymy.
Wyciętych gałęzi były stosy. Po II Posiłku zacząłem je pakować do wora. Jeszcze starą metodą, bo nie dało się doń włożyć plastikowej płaszczyzny z tej racji, że już wcześniej w worze było trochę odpadów. A wkładać trzeba od razu, na samym początku. Oczywiście nie mogłem przestać i tylko kolejny ból pleców kazał resztę odłożyć na jutro.
 
Cały wieczór spędziłem z nieprzyjemnym bólem pleców. Towarzyszył mi przy oglądaniu kolejnego odcinka serialu Fargo, potem na dole przy krótkim onanie sportowym, by wreszcie trochę ustąpić, gdy o 20.30 gasiłem światło. Po krótkim obwąchaniu i przeczytaniu kilku stron Pospieszalscy Rodzina. Nie wiem, czy przebrnę przez tę książkę. Będę próbował.
 
NIEDZIELA (15.03)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu i po onanie sportowym pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem odpakowałem usztywniacz do worków. I od razu go zastosowałem. Pięknie rozpierał brązowy wór, więc nie mogłem się oprzeć i do końca sprzątnąłem taras z wszelkich milinowych gałęzi. Praca była bajkowa - pocięte gałęzie "same" wpadały w workową  czeluść. I tylko gdyby nie te plecy...
Po I Posiłku zabrałem się za pomidory. Dzisiaj postanowiłem piękne nasionka wysiać do malutkich doniczek. Ale żeby to zrobić, musiałem:
- zrobić miejsce na parapecie i położyć na nim dopasowany karton,
- ułożyć prostokątne podstawki, na których miały stać doniczki, a które gromadziłyby nadmiar wody z podlewania,
- przesiać ziemię z kompostownika,
- napełnić nią doniczki,
- przygotować w konewce wodę do podlewania wzmocnioną biohumusem.
I już mogłem siać.
 
Szło zgodnie z planem dopóki nie poszedłem do kompostownika przesiewać ziemię. W trakcie cały czas kłuły mnie w oczy maliny i jeżyna. Więc, gdy tylko stwierdziłem, że ziemi mam zapas, wpadłem w szał przycinania krzewów. Na pierwszy ogień poszły właśnie maliny i jeżyna, a przycinałem je nie wiedząc, czy robię to zgodnie ze sztuką (czas cięcia i sposób). Ale tym się nie przejmowałem. Dalej już nie wypuszczałem sekatora z rąk. Pod nóż poszły kolejne krzewy i mnóstwo suszek. 
- A mógłbyś tu przyjść, bo chciałam z tobą coś omówić?... - niespodziewanie pojawiła się Żona.
Zaciągnęła mnie w miejsce koło drewutni, tam gdzie ziała straszna pustka na granicy my - Sąsiedzi z Lewej.
- Coś tu miało rosnąć? - nie mogła sobie przypomnieć.
- W to miejsce przesadziłem w tamtym roku świerczka, który rósł bez sensu przy wjeździe do garażu. - Ale nie podołał i padł.
- To może byś przesadził w to miejsce tego?... - i wskazała na już takiego porządnego, który mógł mieć z dobry metr. 
- W życiu! - Nie dam rady! - Za duży! - Szkoda go, bo na pewno padnie. 
- To może tego? - i zaprowadziła mnie do malin, wśród których rósł taki 15-centymetrowy słodziak zgrywający się na świerka. Miał już wszystko, co trzeba, a nawet taki delikatny, świeżutki, seledynowy stożek wzrostu o aksamitnych w dotyku igłach.
- A tego bardzo chętnie! - zapaliłem się. 
Najpierw przygotowałem mu nowe miejsce, a potem wykopałem z całą bryłą korzeniową i delikatnie przeniosłem. Posadziłem z pietyzmem i podlałem. Powinno mu być tam dobrze, zwłaszcza że ma takie stanowisko pół-soliterne.
Żona widząc to wszystko złapała za swój sekator i dopięła się do suszek na górce.
- A bo, gdy zobaczyłam, jak się zmieniło, to postanowiłam też... - śmiała się.
Doskonale ją rozumiałem. 
 
No i tak zeszło dodatkowo na "sianiu pomidorków" z jakieś dwie godziny. Ale później trzymałem się reżimu. Dwadzieścia osiem malutkich doniczek napełniłem ciasno próchniczą ziemią i pięknie je poustawiałem na podstawkach na parapecie w Bawialnym. I podlałem, żeby nasionka wrzucać do wilgotnej ziemi. Ostatecznie miałem sporo satysfakcji z dzisiejszych prac, gdyby nie te plecy...
Czułem je cały czas przy pisaniu, więc w końcu położyłem się na chwilę na brzuchu, żeby przez chwilę poczuć ulgę. 
 
Postanowiłem obejrzeć mecz Zagłębie Lubin - Lech Poznań, który mógł poważnie decydować o mistrzostwie Polski. Ale dość szybko zdecydowałem się tylko na podglądanie, gdy Lech zdobył pierwszy gola. Ostatecznie wygrał 1:0. W walce o tytuł robi się bardzo ciekawie.
W trakcie podglądania dobrałem się do forsycji z przodu Tajemniczego Domu. Znowu nie wiedziałem, czy ścinanie odrostów robię zgodnie ze sztuką, ale znowu się nie przejmowałem. 
Po II Posiłku ciąłem chabazie na mniejsze i wrzucałem do wora bio. Przy usztywniaczu do worka pracowało się  świetnie.  Tylko gdyby nie te plecy...
Tak więc summa summarum siania pomidorków dzisiaj nie było. Odpuściłem. Do tak poważnej czynności muszę być wypoczęty.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek Fargo, a potem na dole zacząłem oglądać finał Indian Wells rozgrywany pomiędzy Aryną Sabalenką a Jeleną Rybakiną. Dotrwałem do końca drugiego seta i do stanu meczu 1:1. Trzeci sobie odpuściłem. Plecy...
Po krótkim czytaniu Pospieszalscy Rodzina (chyba będę czytał) światło gasiłem o 21.00. 
 
PONIEDZIAŁEK (16.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu długo siedziałem nad onanem sportowym. Najpierw obejrzałem trzeci set wczorajszego finału. Sabalenka wygrała 2:1 po tie-breaku. Jest niepodważalnym numerem jeden na świecie. A Rybakina wskoczyła na drugie miejsce w rankingu spychając na trzecie Igę. I bardzo dobrze.
Myślę, że za jakiś czas Iga może nawet wyskoczyć z pierwszej dziesiątki, jeśli nic się w jej teamie nie zmieni. A o zmiany będzie trudno, skoro, zdaje się, stworzył się mocno toksyczny związek między nią a panią Darią Abramowicz, psycholog, wykraczający poza sferę sportową. Będą jaja, gdy to wszystko pizgnie!...
Potem obejrzałem wszystkie nieobejrzane skróty meczów ekstraklasy i I ligi. Jak to mówi zawsze w takich sytuacjach Żona A to były skróty czy wydłużenia?
 
Dzień się zapowiadał nieciekawie. O ile o 06.00 miało prawo być ciemnawo, to już o 09.00 absolutnie nie. A było jeszcze ciemniej, siąpiło i ogólnie aura zniechęcała do jakichkolwiek działań. Oczywiście ptaszki nic sobie z tego nie robiły, tylko jazgotały, pitoliły i trelowały. 
Co było robić? Posiałem pomidory. Żona akurat poszła na górę według drugiego etapu porannych rytuałów, żeby po pierwszym, czyli 2K+2M, przebrać się do dnia i w sypialni "zrobić kulturę" (cytuję Kolegę Inżyniera<!>), czyli zwyczajnie pościelić łóżko.
Zaskoczyłem ją tym sianiem.
- A mogę popatrzeć, bo to poważna sprawa?...
Patrzyła, jak w skupieniu do każdej doniczki wkładałem precyzyjnie po dwa nasionka, ni mniej, ni więcej. Gdyby jedno nie wzeszło, pozostawało drugie.
Nie podlewałem, bo od wczoraj ziemia była idealnie wilgotna, a poza tym bałem się, że uderzający o ziemię nawet delikatny strumień wody może nasionka wypłukać. Teraz pozostaje czekanie, podlewanie i zasilanie biohumusem. 
- A wiesz - zagadałem do Żony - że teraz codziennie, maniakalnie będę przychodził do doniczek po kilka razy i patrzył, czy czasami...
- Wiem... - Pamiętam, co działo się w tamtym roku. 
 
Oczywiście z racji pogody jak i zabierania się jak pies do jeża nie świtała mi w głowie myśl dzika, żeby zacząć pracę przy tarasowych kafelkach. Za to z prawdziwą przyjemnością po I Posiłku ruszyłem do kilku sympatycznych czynności, w tym jednej naprawdę ciężkiej. 
Rozłupałem klinem ileś kłód. Zebrały się dwie taczki bierwion, ale kolejnej nie odważyłem się już ruszać, czując ewidentnie, że to jeszcze ciągle nie na moje siły. Stąd z dużą przyjemnością imałem się prac lekkich, ale przecież też niezbędnych. 
Najpierw do pionu ustawiłem debila derenia, który uparł się rosnąć pod kątem 45 stopni i pchał się w kierunku sporego świerka, jakby nie wiedząc, że tamten zabierze mu bezlitośnie światło. Wbiłem koło niego pod sporym kątem dość długi krawędziak, piłą wyryłem dwa wgłębienia (żeby kabel się nie ześlizgiwał) i podwójnie owinąłem go niepotrzebnym kablem... telefonicznym. W trakcie owijania Żona mocno trzymała gada w pionie. Gdy go puściła, nadal tak stał. I tak będzie musiał być wspomagany przez rok, a może i dwa, dopóki nie zmądrzeje.
Potem umyłem wszystkie klosze-kule od ogrodowego oświetlenia. Nie widziały szmaty ani płynu od wielu lat na tyle, że jeden to nawet nabrał zielonkawej barwy od pokrywających go glonów. Przy okazji zrobiłem inwentaryzację żarówek tkwiących w kulach, bo system trzeba ujednolicić pod kątem mocy, ciepła światła i energooszczędności. 
Na końcu wyczyściłem rynnę zbierającą wodę z tarasu, deszczówkę do beczki, tę, którą mam za darmo do podlewania. W rynnie była jedna bryja ze zgniłych ubiegłorocznych liści skutecznie blokująca odpływ. I wyczyściłem kilka tarasowych kafli, które, przykryte skrzyniami z pietruszką i z tymiankiem, również pokryły się cieniutką zieloną warstwą.
Żona twierdziła, że mimo że nie ma jeszcze świeżej roślinności, to ogród zaczął wyglądać jakoś tak wiosennie. A co może być milszego nad to, gdy tak Żona twierdzi? Pozdrawiam! 
Zmęczenie oraz wyraźnie spadające ciśnienie kazały mi położyć się na godzinę na narożniku w Salonie.
 
Po II Posiłku chciałem dobrać się do zewnętrznych lamp na tarasie. Tę, której klosz wisiał "głową w dół", aż w końcu się stłukł, przemontowałem o 180 stopni i chciałem  to samo zrobić z drugą lampą, ale Żona zabroniła twierdząc, że to w tym przypadku nie ma żadnego uzasadnienia. Poczekamy, aż ten klosz też wypadnie z uchwytów i się rozbije.
Wieczorem rozmawiałem z Synem i odwołałem swój przyjazd w marcu. Zresztą Syn z jednej strony ubolewał nad tym, z drugiej nie widział terminu, w którym ten mój przyjazd mógłby zmieścić.
 
Po obejrzeniu kolejnego dziwnego odcinka Fargo na dole jeszcze trochę poczytałem i spać
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił raz.
W tym tygodniu Berta zaszczekała dwa razy. W niedzielę rano jednoszczekiem domagając się wejścia do domu. Jakimś takim piskliwym, na co zwróciłem krytycznie uwagę.
- Oj, coś jej nie wyszło! - pani natychmiast stanęła w obronie Pieska. 
Drugi raz w poniedziałek, gdy byliśmy oboje z Żoną akurat w szklarni. Piesek o tym doskonale wiedział, ale jego bezczelność wynikała z tego, że była pora żwaczka, a Państwo niefrasobliwie coś tam w szklarni obgadywali. 
Godzina publikacji 20.17.
 
I cytat tygodnia:
Święty - martwy grzesznik odpowiednio zredagowany i wydany. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego