09.03.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 96 dni.
WTOREK (03.03)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Oprócz alarmu obudziła mnie postać, której obrys dostrzegłem na tle kuchennego okna, bo słońce od swojego wschodu świeciło pięknie niczym nieskrępowane. Poruszała się cicho i z gracją. I wcale, wbrew nietypowości sytuacji, mnie nie wystraszyła.
- To ty? - zadałem inteligentne pytanie.
Żona przysiadła na krawędzi narożnika, a ja niepotrzebnie od razu zwróciłem jej uwagę na koc, który leżał na kołdrze, żeby udokumentować swoją mądrość i elastyczność.
- A bo wczoraj, gdzieś po 1,5 godzinie snu, w okolicach 23.00, zaczęło mną telepać z zimna, miałem nieprzyjemne dreszcze, więc szybko dołożyłem sobie na kołdrę koc.
To Żonę... zdenerwowało. Więc co by było, gdybym koca nie użył? - że głupio zapytam.
- A prosiłam cię tyle razy, żebyś wieczorem, gdy się kładziesz, od razu brał koc!...
Skąd miałem wiedzieć, że akurat dzisiejszej nocy złapią mnie dreszcze?... Na początku kocowego tematu raz go nawet nałożyłem, za namową, naciskami i presją (w tej kolejności) Żony, ale za chwilę błyskawicznie go zrzuciłem, bo zrobiło mi się tak gorąco, że nie do wytrzymania. I przez wiele nocy, bez koca, było optymalnie, cieplutko, aż do dzisiaj.
- Nie powinieneś dopuszczać do takiego stanu, kiedy dopadną cię dreszcze!...
Żeby to ode mnie zależało, to bym nie dopuszczał, bo to nic przyjemnego.
Odważyłem się przyznać, bo nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle, że jestem spocony jak ruda mysz.
Żona przypilnowała, żebym się błyskawicznie przebrał.
Po chwili umówiliśmy się, że ona zrobi sobie kisielku i wróci na górę, a ja elegancko rozruszam poranek. Bardzo szybko byłem gotów z Blogowymi, więc poranek potoczył się już zwykłym trybem. Od razu zabrałem się za cyzelowanie wpisu.
I Posiłek był tym, czym być powinien, ale tylko w połowie. Dobre i to, bo zjedliśmy ze smakiem.
Mogłem się oddać onanowi sportowemu.
W okolicach południa Piesek się ożywił - patrz "W tym tygodniu Berta zaszczekała..." A mnie wciągnęło do szklarni. Nie było siły. Wewnątrz panowało 27 stopni. Pięknie! Od razu rzuciłem się do podlewania kwartalików ziemi (16 konewek wody), żeby dać szansę obudzić się mikroflorze. O jej znaczeniu dla przyszłych pomidorków nawet nie ma co wspominać. Przy okazji stwierdziłem poważne ubytki szkła przy ziemi (nowe dziury, popękania), więc będę musiał przeprowadzić mały remoncik. A sprawność harcerską, pt. szklenie, mam opanowaną dokładnie od 1985 roku. Wówczas to szkliłem górę i boki szklarni na 600 pomidorów i patrząc z obecnej perspektywy groza mnie ogarnia zwłaszcza wspominając pracę na dachu szklarni. Samo poruszanie się po nim z olbrzymimi szklanymi taflami dostarczało niezapomnianych wrażeń. Bo samo kitowanie było przyjemnością, nomen omen, nie wspominając o łatwych bocznych ścianach. Naprawdę wyobraźni mi nie staje, za przeproszeniem, żeby chociaż przypomnieć sobie, jak to robiłem. A już czyszczenie szklarni, wywóz starej ziemi, wwiezienie setkami taczek nowej i wreszcie sadzenie krzaczków to już był creme de la creme całego tego przedsięwzięcia, tej tytanicznej pracy, której wtedy mając 35 lat tak nie postrzegałem. Wniosek?
Tytaniczność (tytanizm?) jest odwrotnie proporcjonalna do przybywającego wieku (odkrycie Ameryki).
Ale nawet mając 76 lat do głowy mi nie przyjdzie, aby na bocznych ścianach szklarni wymianę kilku szyb nazwać tytaniczną pracą. Ot, zwykła przyjemna praca, zwłaszcza że teraz, panie, są silikony i inne wynalazki. Gdyby Żona zgodziła się, abym kilka szybek wymienił na dachu, to co innego. Przy moim wieku praca ta zahaczałaby już o tytaniczność. Ale się nie zgodzi.
Od 13.00 gniłem już na narożniku w Bawialnym. Szesnaście konewek trochę mnie zmęczyło.
Do 16.00 czytałem i spałem.
Po II Posiłku (zupka wzmocniona różnymi składnikami) postanowiłem omówić z Bratanicą mój przyjazd do Rodzinnego Miasta.
- To, Wujcio, nie przyjedziesz? - od razu zareagowała słysząc mnie.
- Właśnie nie wiem. - To znaczy bardzo chcę, ale dam znać tobie i twojemu ojcu w sobotę, na ostatnią chwilę. - Ale dzwonię, bo chcę kupić jakiś drobiazg twojemu synowi. - Podrzuć jakiś sensowny pomysł.
Stanęło na LEGO.
- Tylko nie mów nic ojcu, bo mi nie da żyć.
Śmiała się i czuła bluesa. Z Żoną podziwiamy ją, jak wydoroślała i jak z niczego nie robi problemów.
Nie minęło 10 minut, gdy zadzwonił Brat. No, ja pierdolę! Bratanicę o współudział nie podejrzewałem.
- No i jak bracie, jak się czujesz? - Przyjeżdżasz, bo muszę wiedzieć...
W koło pieprzonego Macieja to samo.
- Bracie - starałem się reagować spokojnie. - Teraz nie wiem, ale bardzo chcę. - Dam ci znać w sobotę.
- Bo wiesz, muszę ci przygotować łóżko.
No, naprawdę, można zwariować.
- Bracie, a co się stanie, jeśli ja w niedzielę, po przyjeździe, sam sobie przygotuję łóżko i zajmie mi to 2-3 minuty?... Tłumiłem wkurw.
Zamilkł słysząc powstrzymywaną złowrogość w moim głosie.
- No tak, masz wprawę... - jakoś wybrnął.
- A jeśli chodzi o obiad, to przecież gotujesz zawsze dla plutonu i to trzy różne obiady, więc myślę, że i dla mnie starczy.
- Tak... - wziął to dosłownie. - Ale...
- Ale w sobotę do południa napiszę ci, czy przyjadę. - Wyślę smsa, a teraz już nie mogę gadać, bo nadwyrężam gardło!
Gwałtownie się pożegnał. Nawet on.
Wieczorem spróbowaliśmy powoli wracać na tory. Z przyjemnością obejrzeliśmy pierwszy odcinek sezonu czwartego Prawnika z Lincolna.
Na dole jeszcze trochę poczytałem. I spać o 21.30.
ŚRODA (04.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
To, że wstałem sam z siebie (alarm na 07.00) kapkę wcześniej niż ostatnio mi się zdarzało, mogło świadczyć tylko o tym, że zdrowieję. Bo wyraźnie lepiej się czuję, mniej smarkam i kaszlę oraz odzyskuję apetyt. Można by rzec - czas najwyższy.
Rano mi odbiło, bo zamiast siedzieć nad onanem sportowym dużo czytałem o Opolu, a potem o... Kamieniu Pomorskim. O Opolu chyba dlatego, że w czytanej książce autor ustami głównego bohatera przekazuje wiele ciekawych rzeczy o Opolu i województwie. A o Kamieniu?...
Żona rano pokazała mi ciekawe zdjęcie pięknej fasady budynku z oczywistym pytaniem Zgadnij, gdzie to jest i dodam, że to kompletnie odbiega od charakteru architektury tego miejsca i że spędziliśmy tam tydzień urlopu?
Za diabła nie mogłem zgadnąć. Podana przez Żonę na moją prośbę pierwsza litera nazwy miejscowości kompletnie nic mi nie mówiła. Równie dobrze mogłaby nie podawać. To samo z drugą, a za chwilę z trzecią. Niesamowite, bo mój mózg ten nasz pobyt całkowicie wykasował. Ale logicznie zacząłem podstawiać w miejsce czwartej litery samogłoski - Kama - nic, Kame - nic, Kami - chwila nic, po czym gruchnęło. Wspomnienia wróciły lawiną. Żona się śmiała, zwłaszcza że wiedziała, że ja takie zgadywanki lubię i nigdy nie chcę, żeby od razu podała mi pełną nazwę.
Oboje się zgodziliśmy, że Kamień Pomorski to takie dziwne miejsce. Jakby na końcu świata. Z jednej strony specjalnie nic ciekawego, a z drugiej jakieś nietypowe, a przez to ciekawe. Sumarycznie mieliśmy z niego sporo fajnych wspomnień, takich związanych z różnymi miejscami, w tym humorystycznych.
Pierwsze, z pierwszych chwil pobytu, z naszego hotelu. Z okna pokoju, z I czy II piętra, nie pamiętam, mieliśmy piękny widok na Zalew Kamieński, na lazur nieba, na marinę i na okoliczne zabudowania, bo hotelowy budynek był wolnostojący. Na dole zaś pięknego prostokątnego kadru tkwił sobie potężny, żółty pojemnik, typu 1100 l, chyba własność hotelu. Żeby uprościć procedury, zszedłem od razu na dół, ale nie do recepcji, tylko prosto do kubła. Żona stała w oknie (jakieś 40 m) i dyrygowała. Zaparłem się i zacząłem kubeł przesuwać. Na szczęście teren był płaski i gładki, a kubeł wypełniony w jakichś 20%. Pchałem, aż Żona powiedziała "stop". Kompromis, wcale nieustalony z hotelem, polegał na tym, że dobrowolnie zatrzymaliśmy kubeł, aby jeszcze był przy hotelu, a w kadrze znajdował się już tylko w prawym dolnym rogu, więc nie kłuł tak oczu. Do końca pobytu nic się nie działo, kubeł sobie stał w nowym miejscu i żaden włos nie spadł nam z głowy.
Drugie, sympatyczne, z miejsca, do którego chodziliśmy na rybkę. W takim Kamieniu nie było tak, że co chwilę, na każdym rogu można było natknąć się na bar, kawiarnię czy restaurację. Po pierwsze dlatego, że rogów starej zabudowy nie dawało się uświadczyć - efekt działania 5 marca 1945 roku czołgów 2 armii pancernej gwardii I Frontu Białoruskiego, w wyniku czego uległo zniszczeniu 40% zabudowy, w tym prawie całkowicie na Starym Mieście, gdzie, jak wiemy, w każdym starym mieście rogów jest najwięcej. Ale przecież nawet gdyby były, "żadne" to miasto turystyczne, więc siłą rzeczy rynek zachowuje równowagę miedzy popytem a podażą. Bo patrząc z punktu widzenia klasyki polskiej, przecież nie czeskiej, austriackiej, niemieckiej, itd., nie ma szans, aby nadmiar takich kulinarnych przybytków utrzymał się z 8 600 lokalsów.
Trzeba było trochę zachodu (powiedzenie wywodzi się od dawnego czasownika "zachodzić się" lub "zachodzić" w znaczeniu "krzątać się, uwijać się, starać się o coś"), aby się dowiedzieć Gdzie tu można zjeść rybkę, tak zwyczajnie, świeżą?... Zaczepiani lokalsi z powodów podanych wyżej nie mieli zielonego pojęcia, zaś w poznanych lokalach gastronomicznych spotykaliśmy się też z niewiedzą albo ze zmową milczenia. Dopiero jakiś gość, chyba jednak lokals, wytłumaczył nam, że jest taki bar Ale trzeba tam spory kawałek dojść lub dojechać.
Za pierwszym razem dojechaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co może oznaczać "spory" w kamieńskich warunkach. Bar był dokładnie taki, jak sobie wyobrażaliśmy. Żadnego przerostu formy nad treścią, żadnego picu i wysokich cen. Nawet serwowano cydr. A kto pije cydr w Polsce, a w Kamieniu w szczególności? Więc stał sobie w takiej niegdyś otwartej butelce wietrzejąc i w takiej formie, bez gazu i smaku, został Żonie podany. Żona zareklamowała, a gospodarze się zreflektowali, otworzyli nową butelkę i za ten świeży nie naliczyli grosza. Nic dziwnego, że ponownie zjedliśmy tam rybkę idąc tym razem piechotą, a do cydru wówczas nie było uwag.
Trzecie, z restauracji mieszczącej się w tym samym budynku, co hotel. Czymś się raz lekko struliśmy, nie robiliśmy z tego problemu, ale już tam nie zajrzeliśmy. I po co te wszystkie SAN-EPID-y, po co tylu urzędników i kosztów z pieniędzy podatników? Jeszcze jeden, dwa takie numery i ich, restauracyjne, być albo nie być samo by się błyskawicznie rozwiązało. Bez urzędników. Jeśli sami z siebie nie potrafiliby dopilnować warunków sanitarnych, to bardzo szybko musieliby zwinąć manatki.
Czwarte dotyczyło innej restauracji. Było oczywiste, że skoro zaglądaliśmy do niej kilka razy, to ani razu się nie struliśmy. Urok tego miejsca polegał na tym, że po zamówieniu czegokolwiek, można było wyjść z piciem lub posiłkiem na duży trawnik przed restauracją, siedzieć sobie na luzie na płóciennych leżakach, pod parasolami i kontemplować otoczenie - wiadomo, wodę niebo i słońce. Bazysia też tam lubiła z nami chodzić.
Piąte było związane z naszą szajbą, manią polegającą na tym, że gdzie byśmy nie byli, musieliśmy sobie wyobrażać, jak by się nam tutaj żyło. Dotknęło to również Kamienia, a zwłaszcza Wyspy Chrząszczewskiej. Pierwszy raz poszliśmy piechotą i wydawało się nam, że jesteśmy na jakimś końcu świata, więc, żeby go lepiej poznać, drugi raz wybraliśmy się rowerami. I znaleźliśmy kilka zabudowań, w których widzieliśmy się w roli przyszłych mieszkańców walczących o przetrwanie.
Drugi raz byliśmy krótko w Kamieniu, gdy w Międzywodziu odwiedziliśmy Skrycie Wkurwioną, jej matkę, córki i Kolegę Inżyniera(!). Nie powiem, wnieśliśmy troszeczkę życia i fermentu do ich urlopu o energii bliskiej tej zera bezwzględnego. Namówiliśmy ich, między innymi, na wycieczkę do Kamienia, w którym nigdy nie byli. Jakie odnieśli wrażenia? Nie wiem. Tam się rozstaliśmy. Oni wracali do ośrodka, a my do Naszego Miasteczka.
Ile to lat temu? Osiem, dziewięć?...
No i tak mi się to wszystko w mózgu odkleiło. Wystarczyło jedno zdjęcie... I wspólne wspomnienia z Żoną. Muszę wpisać go na naszą listę miejsc do odwiedzenia, gdy już...
I Posiłek relaksacyjnie zjadłem w Salonie - aż 2/3 twarogu. I zabrałem się za smsowe życzenia w imieniu moim i Żony. Ponownie napisałem do Męża Dyrektorki, również urodzinowe życzenia złożyłem Byłej Bratowej, a imieninowe Rubieżaninowi.
Po czym wykorzystałem piękną pogodę, fakt, że słoneczko idealnie oświetlało drewutnią i szykowałem frakcje II, III, bierwionka i bierwiona uważając przy tym, żeby się nie przepracować i nie spocić. Nie przepracować się udało, nie spocić nie. Rąbałem w pełnym słońcu i w pełnym zimowym rynsztunku.
Żeby powoli przechodzić do stanu ochłodzenia, zmiotłem z popiołu taras, a potem podsumowałem po 41. dniach nieinteresowania się wszystkie stany liczników i dokonałem obliczeń. O ile woda i gaz zachowały się normalnie wykazując zużycie w związku z obecnością gości w styczniu, a zwłaszcza w lutym, o tyle prąd zachował się nietypowo, bo goście przez ten okres wcale go nie zużyli, a raczej nie zużywali. Niczego z tego nie rozumiałem, ale postanowiłem nie dociekać.
W końcu dobrze wychłodzony zaległem z książką od 14.00 do 16.00 na narożniku w Salonie.
Po II Posiłku nie było co robić, to zabrałem się zdrowo za onan sportowy. A potem z powodu tego nicnierobienia wcześniej niż zwykle obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Prawnik z Lincolna.
Tuż przed zadzwonił Syn. Był w trakcie długiej i intensywnej podróży służbowej stanowiącej kontynuację nawiązanych kontaktów na targach w Dusseldorfie. Rozpoczął od spotkania w Chechle Drugim (pod Pabianicami), gdzie nocował, by jutro udać się do Nadarzyna (pod Stolicą) na kolejne spotkanie i stamtąd od razu gnać do Gdańska. Po noclegu, w piątek miał kolejne spotkanie i od razu wracał do domu, bo w sobotę rozpoczynał swój wymarzony kurs.
A zaraz na początku przyszłego tygodnia będzie jechał do tych Tych i Bielska-Białej. Trzeba mieć zdrowie i niecałe 50 lat.
Dowiedziałem się, że szef jest ciągle w Hongkongu i chce wracać do... Dubaju.
- Tato, ja nie jestem z nim w aż tak bliskiej komitywie, żeby mu ten pomysł wybijać z głowy!...
Przed pójściem do łóżka znowu siedziałem nad... onanem sportowym.
Trochę poczytałem i spać o 21.30.
CZWARTEK (05.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
Rozruch przebiegł normalnie z tą różnicą, że w tajemnicy przed Żoną smsowo z rana przypomniałem Pasierbicy i Q-Zięciowi, że dzisiaj jest Dzień Teściowej. Synowi i Córci tego świństwa nie zrobiłem.
Jednocześnie poprosiłem, żeby do mnie zadzwoniła, gdy będzie jechać z dziećmi do szkoły.
Owszem, zadzwoniła, ale była sama w samochodzie jadąc do pracy. Wracała z ćwiczeń jogi, na które wraz z mężem od jakiegoś czasu chodzą i twierdzą, że to im dobrze robi.
- Matko, jeszcze Q-Zięć pomyśli, że to za moim podpuszczeniem napisał o tym Dniu Teściowej, jakbym się dopraszała... - Żona w panice odezwała się do córki, gdy się wydało, co wysłałem.
- On jest ostatnim, żeby tak pomyśleć! - Pasierbica pękała ze śmiechu. - Zbyt dobrze zna twojego męża.
- Ojej, to podziękuj mu! - Żona wyrzuciła to z siebie z dużą ulgą.
Umówiłem się, że Pasierbica zadzwoni wieczorem, gdy będzie wracać z Ofelią skądś tam, bo o Ofelię konkretnie mi chodziło.
Tuż po 09.00 byłem w Chacie Citizańskiej, gdzie w czwartki "rzucają" kurczaka zagrodowego. Obecny język jest taki " w czwartki jest dostawa...", ale miło jest wrócić do starych peerelowskich czasów, w których do sklepów "rzucali". Wszystko - pralki, telewizory, papier toaletowy, cukier, garnitury, rajstopy, odtwarzacze i setki innych towarów, w tym marzenie wszystkich - odrzuty z eksportu.
Nie był rzucany tylko ocet i kalmary. Te były w stałej, handlowej dostawie.
Po powrocie zjadłem I Posiłek (trzy<!> sadzone na kiełbaskach) i pisałem. Czas przeciekał między palcami, bo potem trawiłem go na onan sportowy, by tym zmęczony zalec z książką na narożniku w Salonie.
Po II Posiłku zabrałem się za życie i sporo popracowałem nad bierwionami i bierwionkami. I czekałem na telefon od Pasierbicy. Jechała z Ofelią. Cały czas zwracałem się do niej imieniem "z chrztu", a na kolejne moje pytanie odpowiadała lakonicznie "tak".
- A będziesz mi tak cały czas odpowiadać?...
- Tak...
Daleko bym z tym nie zajechał, ale okazało się, że boli ją główka. Ale com usłyszał jej głosik, to moje.
Syn zadzwonił z Gdańska twierdząc, że według niego jest bardziej metropolialny, światowy niż Stolica. I porównał firmy z Chechła II z Nadarzynem.
- To jak Dawid z Goliatem...
W końcu Justus Wspaniały przysłał zdjęcia szklarni. Musiała zostać zmontowana i ustawiona dzisiaj, bo wcześniej się nie odzywał. Stała taka zgrabna z oczywistych racji na działce tej drugiej, pustej.
Udało mi się z niego wydobyć informację o powierzchni.
- 3x6=? - napisał.
Byłem ciekaw innych rzeczy z nią związanych, ale dałem sobie spokój. Za język mogę ciągnąć moje wnuki, ale takiego starego chłopa?... Mało zabawne.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek Prawnika z Lincolna. Po czym na dole chwilę jeszcze posiedziałem nad onanem sportowym, by potem w łóżku napocząć nową książkę Kuźmińskich Pionek. 444 Siembiedy właśnie skończyłem. Światło zgasiłem o 21.00.
PIĄTEK (06.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
Niespodziewanie dla mnie wstawało się ciężko, bo wstawałem już od 06.30.
O 04.34 napisał Po Morzach Pływający. Nareszcie.
Jakby to ująć? Bujamy się. I nic dziwnego skoro wieje i fale są coraz większe. Jesteśmy około 200Mm na SW od Fastnet Rock.
Mamy nowego operatora sieci internetowej. Starlink Muska jest szybki jak błyskawica. Nic dziwnego, że Ukraińcy tak bardzo go potrzebują. Przepływ danych satelitarnych wydaje się szybszy niż światłowodem. Jedyną różnicą jest to, że dane mogą być ilościowo ograniczone że względu na cenę.
Mamy nowego operatora sieci internetowej. Starlink Muska jest szybki jak błyskawica. Nic dziwnego, że Ukraińcy tak bardzo go potrzebują. Przepływ danych satelitarnych wydaje się szybszy niż światłowodem. Jedyną różnicą jest to, że dane mogą być ilościowo ograniczone że względu na cenę.
Jednym słowem wracam do zwyczaju wysyłania wiadomości o dziwnych porach.
Miłego dnia
PMP (pis. oryg.)
PMP (pis. oryg.)
(Fastnet Rock <irl. An Charraig Aonair - "Samotna Skała"> to niewielka, skalista wysepka w Irlandii, stanowiąca jej najbardziej na południe wysunięty punkt. Znajduje się tam wysoka na 30 metrów latarnia morska z 1853 roku. Znana jest jako punkt zwrotny w regatach Rolex Fastnet Race oraz historyczna "Irlandzka Łza" dla emigrantów. Pofatygowanie się z wyjaśnieniem - moje. A przy okazji trochę mi czasu zajęło.
Do I Posiłku pisałem mając na uwadze fakt, że w niedzielę być może wyjadę do Rodzinnego Miasta i na żadne zaległości pozwolić sobie nie mogę. Mając to również na uwadze zrobiłem spory zapas bierwion i bierwionek w spiżarni koło schodów oraz frakcji III.
Po czym, ochłonąwszy przy onanie sportowym, pojechałem w Uzdrowisko.
W bibliotece oddałem dwie książki licząc na to, że może będzie kolejny Siembieda z serii. Był, ale trzeci, a ja potrzebowałem drugiego po pierwszym 444.
Coś z tym systemem bibliotecznym jest nie tak, skoro od kilku miesięcy ta seria jest niedostępna i nawet rezerwacja nic nie pomaga, bo dana książka (czy seria) nie wraca do ogólnie dostępnych zasobów. Żona ma swoją teorię, że ktoś cwany daną pozycję (pozycje) pożycza, w nieskończoność przedłuża termin oddania, by "posiadaną" książką móc obsłużyć całą, liczną rodzinę. Fajnie, że ludzie czytają, ale...
Będę musiał w końcu zainterweniować i wnieść poprawki do regulaminu biblioteki, albo złożyć wniosek o jego konsekwentne przestrzeganie. Bo może jednak "stoi" w nim, że książkę można wypożyczyć na miesiąc, a potem przedłużyć termin oddania też o miesiąc, ale tylko raz, a nie w nieskończoność. Przy złamaniu tej zasady udzieliłbym upomnienia, a za drugim razem wypieprzyłbym delikwenta w kosmos. Bo co z tego, że jest to przybytek kultury, skoro, jak widać, buractwo wpełza wszędzie.
Lekko nakręcony adrenaliną ze świadomością, że obecność w bibliotece ze swojego założenia powinna uspokajać, co nie powodowało jej spadku, pojechałem do pralni, która ten podwyższony poziom utrzymała. Ale w bardzo interesujący sposób.
Wrota do części brudnej były otwarte, w przestrzeni pralnej, przy wygaszonych lampach, hulał wiatr i panowała nieprzyjemna cisza. Żadna z pralek nie pracowała i nikogo nie było. W części czystej, odbioru, też nikogo nie było, nic nie pracowało, hulał wiatr i panowała nieprzyjemna cisza. Za chwilę pojawiła się szefowa, specjalnie dla mnie. Ucięliśmy sobie przyjemną pogawędkę na temat martwego marcowego sezonu I co zrobić? i gdy już wychodziłem, grzecznościowo zapytałem stwierdzając To personel na zaległych urlopach?...
- Tak, na całkowitych!...
Zatrzymałem się w połowie otwartych drzwi, po czym je zamknąłem, pakunek odstawiłem na blat, bo ciężki i się potoczyło. Okazało się, że personel w postaci dwóch pań został zwolniony z końcem stycznia z miesięcznym wypowiedzeniem.
- Mieliśmy z mężem serdecznie dosyć. - Te ciągłe zdziwienia, że coś trzeba zrobić, pretensje, roszczenia, wzajemne buntowanie się pań... - Ostatnie pół roku to była już równia pochyła. - Z mężem lubimy te pracę, pralnia działa 16 lat, a ja przychodziłam do siebie, w końcu, ale jak na ścięcie. - Zero radości w pracy, satysfakcji z prowadzenia własnej firmy. - Tylko stres...
Doskonale to rozumiałem, bo przecież z Żoną przeszliśmy przez to samo, ale w znacznie większej skali w latach 2011-2012. Wtedy o mały włos, a byśmy się ze wszystkim nie wykopyrtnęli. Może już o tym pisałem, a jeśli nie, to może kiedyś Konfliktów Unikający zada pytanie A jak to się stało, że uratowaliście Szkołę?...
Tak więc zawsze to samo - z zewnątrz wygląda normalnie, a to wzorowa
rodzinka, a to dobrze naoliwiona firma, a to... A, gdy zajrzy się
głębiej, można doznać szoku.
- Postanowiliśmy ograniczyć ilość pracy, bo teraz wszystko będziemy robić tylko we dwoje. - Na nasze utrzymanie powinno wystarczyć. - Nie będziemy się zarzynać. - Już uprzedziliśmy niektóre firmy, żeby szukały innej pralni. - W szczycie sezonowym może zatrudnimy na chwilę jakąś panią i to tyle.
- Czy to znaczy, że właśnie odbieram ostatnie pranie i że właśnie zostaliśmy uprzejmie wykopani?... - Przy tej znikomej ilości prania, którą dostarczamy?... - Jesteśmy tylko takim pyłkiem pralniczym...
Pani wybuchnęła śmiechem.
- Nie, nie, my po prostu państwa lubimy...
Zrewanżowałem się tym samym tłumacząc, że zdecydowanie bliżej mamy inną pralnię I mógłbym zanosić piechotą, ale tam nawet nie spojrzałem na ceny, bo tutejsza aura i państwo nam odpowiadacie.
Podziękowała ze śmiechem i zrobiło się takie miłe wzajemne towarzystwo adoracji.
Ustaliliśmy, że będziemy musieli dokupić z cztery komplety pościeli, bo teraz w sezonie należy spodziewać się, że na czyste pranie trzeba będzie
czekać nawet do tygodnia.
Przy okazji pani wyjaśniła mi różne drobne tajemnice i sztuczki zawodu. Bo byłem ciekaw, skąd, na przykład, wiedzą czyje pranie jest czyje?... Jak się spodziewałem, jeśli chodzi o poszwy i poszewki zwyczajnie za którymś razem zapamiętują, a prześcieradła, dla mnie takie same, jak jedno, sprytnie oznaczają. I pani pokazała mi takie oznaczenie na jednym z nich, z mojej paczki.
- A jeśli pana pranie waży, na przykład 7 kg, to wkładam je do dziesiątki lub jedenastki, bo takie małe pralki też mamy, i już z żadnym innym podmiotem prań nie mieszamy. - Bo pralka zżera tyle samo prądu, wody i kosmetyków, gdy pierze 2 kg, czy 10 kg.
Tak oto poznaliśmy się trochę bliżej. Ona ma 43 lata (dawałem 35), mąż podobnie, mają 8-letniego syna. Zaczynali dokładnie tak samo późno, jak Córcia.
W domu opowiedziałem o pralni. Żona to wszystko doskonale rozumiała i natychmiast mocno wróciły traumatyczne wspomnienia.
- A jeśli chodzi o prześcieradła, to te oznaczenia znam od początku. - zaskoczyła mnie. - Nie ścielisz, to nie wiesz.
- Zapewniam cię, że nawet gdybym ścielił, to żadnych oznaczeń bym nie zauważył...
W domu oddałem się leżakowaniu w Salonie i czytaniu. A, gdy wstałem, jakoś czas tak schodził, że kompletnie zagapiliśmy się z II Posiłkiem. Kończyliśmy jeść o 18.30, a to do nas niepodobne.
Stąd też od razu nadeszła pora na oglądanie kolejnego odcinka serialu Prawnik z Lincolna.
Gdy wróciłem na dół, Syn powiadomił mnie, że jest już w domu i że w ciągu trzech dni pokonał 1 394 km.
Mogłem spokojnie poczytać i o 21.00 zgasić światło.
SOBOTA (07.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
Po porannym rozruchu i po krótkim onanie sportowym napisałem do Brata, że jednak nie przyjadę. Za duże ryzyko po prawie trzech tygodniach męki z zatokami, doraźnym bólem głowy, smarkaniem, kaszleniem i ogólnie złym samopoczuciem. Teraz, gdy już prawie, prawie, z tego wychodzę, nawrót tego wszystkiego by mnie zabił, A jeśli nie on, to na pewno Żona.
Po czym zadzwoniłem do Bratanicy. Temat mojej jutrzejszej nieobecności przyjęła spokojnie, jak to ona, po czym rozwałkowaliśmy ostatnie piłkarskie niuanse Ekstraklasy i I ligi. Potrafiła mi wszystko wyjaśnić, a zaraz potem to samo zrobił Brat, który otrzymawszy smsa oddzwonił na moją prośbę. Normalne piłkarskie świry.
Po I Posiłku zareagował na mojego smsa Góral Orlicki. Opowiadał ciekawe rzeczy o Uzdrowisku II, ale pobieżnie. Na szczegóły zaprosiliśmy go do Uzdrowiska. Podał nam namiary na magika, który mógłby coś zrobić z gniazdem (gniazdami) mojego laptopa, bo żoniny lada moment wysiądzie i Netflixa moglibyśmy ciągnąć z mojego, gdyby działały gniazda.
Zareagował również Wynajmujący. Miałem do niego małą prośbę. Zareagował w swoim stylu:
- Panie Emerycie, znamy się tyle lat!... - Oczywiście, nie ma problemu!
Moja wzmianka o Teściowej go ubawiła.
Zareagował również Nowy Dyrektor. W tych dniach zostały całkowicie zmienione strony Szkoły, a internetowy adres Żony i mój są pod nie podczepione. Trochę powiało grozą, bo Żona ma u siebie cały Booking i wszystko z nim związane, więc mogłoby się zacząć robić śmiesznie. Moja skrzynka pocztowa nie działała, ale to był mały pikuś. Nowy Dyrektor się znalazł i wysłał Żonie nowy link Bo adresy mailowe państwa się nie zmieniły i trzeba tylko wklepać hasło.
Żona swoje hasło pamiętała, mogła wejść na pocztę, wszystko było po staremu, więc odetchnąłem. Swojego nie pamiętałem. Coś tam usiłowałem wklepywać, ale bezskutecznie. Żona zasugerowała, abym do Nowego Dyrektora zadzwonił i poprosił go (administratora) o utworzenie nowego hasła i odzyskanie skrzynki. Tu już Nowy Dyrektor nie reagował, może dlatego że przez cały dzień prowadził zajęcia. Na razie się nie martwiłem.
Zabrałem się za lekkie prace, takie bardziej rozruchowe, żeby organizm przyzwyczajać do tych cięższych lub ciężkich (kłody). Wyczyściłem odkurzacz i wytrzepałem część dywaników na dole i odkurzyłem część podłogi. Cały teren obejmował strefę, w której poruszam się z bierwionami i za każdym kursem zawsze coś się z nich sypnie. A po kilku takich...
To musiało się skończyć narożnikiem w Salonie, książką i spaniem. Ciągle za dużo śpię.
W trakcie II Posiłku oglądałem transmisję z "meczu" drużyny metropolialnej z Wisłą Kraków. Byłem ciekaw tej hucpy. Mecz się oczywiście nie odbył. Nie pokuszę się powiedzieć, kto ma rację, jakie są argumenty, bo za mało wiem, a więcej wiedzieć nie chcę. Wiem za to, że od dziesięcioleci polska piłka nożna i PZPN są do cna zepsuci i skorumpowani. Na dodatek rządzi wszystkim, jak powiedział Brat, mafijna bukmacherka.
Kolejni premierzy rządu obiecują, że całe to bractwo rozpędzą na cztery wiatry i co? I nic. A niektórzy prezydenci jawnie z tym gnojowiskiem mają konszachty.
Tu by trzeba takiej Margaret Thatcher, która sobie z tym problemem brutalnie i konsekwentnie(!) na swoim podwórku poradziła, ale taka Żelazna Dama jest jedna na... Przypomnę - była chemiczką.
Ciekawe, bo taki minister Wilczek (uwolnił ducha przedsiębiorczości Polaków) też był chemikiem. Może być coś na rzeczy...
Z powodu pewnej sportowej frustracji zacząłem oglądać inny mecz ekstraklasowy, ale przestałem, bo poszliśmy na górę obejrzeć kolejny odcinek serialu Prawnik z Lincolna.
Po powrocie ciągnęło mnie jednak do onanu sportowego, więc jeszcze trochę nad nim posiedziałem.
Ale potem wszystko przebiegło według ostatnich standardów - książka i spać o 21.00.
NIEDZIELA (08.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
Znowu 20 minut walczyłem sam ze sobą, żeby wstać.
Od rana długo siedziałem nad onanem sportowym. A potem pisałem.
Po I Posiłku odważyliśmy się po trzech tygodniach pójść z Pieskiem na spacer do Uzdrowiska Wsi.
Było pięknie, ale wracaliśmy zmęczeni.
Zacząłem szykować się do odgruzowania. Miałem to zrobić już wczoraj, ale Żona zasugerowała, żebym ten jeden dzień jeszcze wytrzymał, skoro już tyle... I czekałem na umówiony telefon od Bratanicy licząc na to, że w końcu zadzwoni i to przed moim łazienkowym negliżem.
Wstrzeliła się idealnie.
Z domu wyjechali we troje rano, by najpierw w miejscowości oddalonej od ich Podciąć Sobie Żyły o 40 minut drogi rozegrać siatkarski mecz (wygrali 3:0), by stamtąd dojechać do Rodzinnego Miasta na obiad Bracie, ale zrobiłem pomidorówkę! przygotowany przez ojca, razem obejrzeć w TV jakiś mecz i jechać dalej na trzydniowy urlop do uzdrowiska usytuowanego na zachodnich krańcach Polski.
Byliśmy tam kiedyś, jakieś 20 lat temu albo i więcej i specjalnie dobrych wspomnień z tego miejsca nie mamy. Wszystko z powodu kelnerów. Każdy, gdzie nie poszliśmy, fatalnie, w skali "nieuprzejmie do arogancji" traktował nas, polskich turystów, tylko dlatego tak, że nie byliśmy Niemcami, którzy wtedy dominowali traktując to uzdrowisko jako swoją tradycyjną destynację (fuj!).
Siatkarzowi złożyłem życzenia urodzinowe. Dzisiaj kończył 54 lata. Przypomnę, Bratanica w czerwcu skończy 29, a jej matka, q-teściowa Siatkarza a moja Była Bratowa, właśnie skończyła 52. Takie układy, panie...
Górną łazienkę gości nagrzewałem dmuchawą jakieś 1,5 godziny i znosiłem nowe ciuchy i cały zestaw do strzyżenia i kąpieli. Gdy ujrzałem swoją głowę z każdej strony w łamanym lustrze, załamałem się. Byłem klasycznym, zaniedbanym, ba zapuszczonym, starym dziadem. A broda?!...
Ścinałem włosiska z zimną satysfakcją tak dokładnie, że Żona, gdy przyszła na poprawki, w zasadzie nie miała co robić.
A prysznic?... Trwał trzy razy dłużej niż normalnie choćby dlatego, że zewsząd długo ścierałem naskórek schodzący obfitymi warstwami. Dalej bez szczegółów...
Odżyłem i ku swojemu zdziwieniu stwierdziłem, gdy głowa i twarz zostały odsłonięte, że przez te trzy tygodnie schudłem. Ciekawe ile, ale się nie dowiem, bo w domu nie mamy wagi.
Cały proces zmęczył mnie na tyle, że jego ostatnie 20% (paznokcie) odłożyłem na później. Bardziej ogacony w takich razach niż normalnie niczego nie sprzątałem, tylko od razu zaległem na dole w Bawialnym szczelnie okryty kołdrą z najcieplejszą czapką (zrobioną przez Trzeźwo Na Życie Patrzącą) na głowie, jaką posiadam, i w pewnej panice, żeby mnie gdzieś znowu nie przewiało i żeby okropny poprzedni stan nie wrócił, bo mógłbym tego nie wytrzymać.
Miłe ciepełko i świadomość, że wracam do żywych, tak zadziałały, że bardzo szybko musiałem odłożyć książkę i zapaść w zdrowy sen.
Wstałem wypoczęty.
Po II Posiłku z przyjemnością oddałem się onanowi sportowemu, by go bez oporów porzucić, pójść na górę i obejrzeć kolejny odcinek serialu Prawnik z Lincolna.
W trakcie zadzwonił Nowy Dyrektor. Wracał po całym dniu zajęć do domu. Podobnie było wczoraj, dlatego nie oddzwaniał. Ustalił z Żoną, bo przecież nie ze mną, że on będzie szukał hasła do mojej skrzynki mailowej w jakiejś firmie, a ona w jakiejś przeglądarce. Niczego więcej nie potrafię wyjaśnić. I jutro wzajemnie mieli sobie dać znać o efektach poszukiwań. Sprawa dostała się w dobre, podwójne ręce, więc byłem spokojny.
Na dół wróciłem z powrotem do onanu sportowego. I sprowokowałem Syna znajomością i pamięcią dotyczącą jego najbliższych wyjazdów służbowych.
- Jutro Tychy, a potem Bielsko-Biała...
- I doszedł Kraków... - dopisał.
PONIEDZIAŁEK (09.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
Po raz pierwszy od wielu dni zupełnie w nocy się nie pociłem i nie miałem durnowatych snów.
Rano po drobnym onanie sportowym pisałem.
Po I Posiłku skończyłem odgruzowanie. "Głupie" paznokcie, a ile frajdy sprawiło mi pozbycie się ich nadmiaru. Zawsze wtedy czuję się taki lekki.
Żona miała dla mnie niespodziankę. Odzyskała hasło do mojej poczty mailowej. Oczywiście patrzyłem na nią, jak na cudotwórczynię i widocznie w twarzy za każdym razem, gdy coś podobnego zrobi, muszę mieć nieziemski podziw, bo nie jest w stanie powstrzymać się od śmiechu.
Od soboty miałem tylko jednego maila od Syna, więc wielkie UFF!
- Ale masz fajnie! - zauważyła, gdy zauważyła tylko tego jednego maila.
Też tak (za)uważałem.
Wysłałem do Nowego Dyrektora podziękowania za szczere chęci pomocy.
W dobrych więc nastrojach w okolicach 13.00 wybraliśmy się z Pieskiem na spacer. Do Zdroju. Skoro ja odgruzowany... Punktem docelowym miała być Galaretkowa. Wymyśliłem, że tam sobie odsapniemy, zwłaszcza Piesek, bo cała trójka musiała się powoli przyzwyczajać do spacerowego wysiłku.
W Galaretkowej nie udało mi się przeforsować Kozela o temperaturze pokojowej Gazowany, puknij się w głowę!, więc musiałem poprzestać na serniczku (połowa zabrana do domu) i herbacie rozgrzewającej, a Żona na galaretce.
Z siłami Pieska mocno się przeliczyliśmy. W drugiej połowie powrotnej drogi stawał co 5-10 m i cierpliwie trzeba było go namawiać, aby znowu ruszył. Powłóczył tylnymi łapami (musiały go boleć) i nawet w którymś momencie Żona zaproponowała, żebym poszedł po Inteligentne Auto. Układ ulic jednokierunkowych, godziny szczytu powodowały, że zanim bym dotarł, Żona z Pieskiem mogła być już bardzo blisko domu.
Ostatecznie się udało, ale Piesek po wypiciu Płynu Wojskowego (lubi, jak tak sobie, a Żona nienawidzi) zapadł w głęboki sen przerwany tylko... żwaczkiem. Po czym spał dalej.
Przed II Posiłkiem pisałem.
I zadzwoniliśmy do Lekarki i Justusa Wspaniałego odwołując nasz wcześniej umawiany przyjazd na weekend 13-15 tego miesiąca. Paranoja! Który to już raz licząc od stycznia tego roku. Oczywiście mogliśmy zaproponować kolejny weekend, 20-22, ale znając Lekarkę, jej immanentną cechę, że przed świętami, najlepiej grubo wcześniej, należy się zaharować i wszystko musi być na błysk, nie śmieliśmy tego terminu proponować. I tu czekała nas przyjemna niespodzianka. Otóż wreszcie Lekarka i Justus Wspaniały znaleźli parę (ojciec z córką - według Żony układ najbardziej wiarygodny, niekonfliktowy), która robi wszystko, czyli też krawaty wiąże, usuwa ciążę. A u nich raz w tygodniu "tylko" sprząta oraz fachowo pomaga Justusowi Wspaniałemu w ogrodzie. Dodatkowo na Święta Wielkanocne Lekarka i Justus Wspaniały jadą w rodzinne strony, do Brata Lekarki, więc wzmiankowany weekend objawił się w pełnej krasie jako ten, który niczym nie zakłóci naszego towarzyskiego spotkania.
Cała trójka, bo nie wiem, jak Justus Wspaniały, dostała spotkaniowego wigoru.
Po II Posiłku dość szybko poszliśmy na górę oglądać kolejny odcinek serialu Prawnik z Lincolna.
Gdy zszedłem, trochę jeszcze posiedziałem nad aktualnym onanem sportowym.
W tym tygodniu Bocian nie zadzwonił ani razu.
W tym tygodniu Berta zaszczekała pierwszy raz we wtorek. W okolicach 11.30 zaczęła się kręcić dziwnie, więc wypuściłem ją na ogród. Musiała zrobić kupę, bo długo jej nie było. Czyli standard. Ale dość szybko stanęła ponownie pod tarasowymi drzwiami, więc znowu ją wypuściłem. Zrobiła dwa kroki do przodu, po czym zawróciła. A pan takich numerów nie lubi. Wte albo wewte. Piesek napił się wody i stał podejrzany.
- Ubieram się w kurtkę i buty robocze, i wychodzę z nią na ogród. - zakomunikowałem Żonie. - Jakoś tak dziwnie ma zapadnięty tył, jakby przepona szykowała się do kontrakcji i rzygania. - Lepiej, żeby wtedy Piesek był na dworze....
Wyszliśmy w pełnym słońcu. Rzygania nie było, tylko siku. To wróciliśmy - Piesek do domu, ja do... szklarni.
- Słyszałeś jednoszczek? - Żona wyszła na taras.
- Nie.
- Domagała się!... - Żona, jak zwykle była przeszczęśliwa.
- Gdzie jesteś? - usłyszałem za jakieś 5 minut.
- W szklarni, a gdzie mogę być?!... - trochę się zirytowałem, bo zacząłem dotykać pierwszych wiosennych... prac.
- Ty, ja jej chyba nie dałam rano jeść?! - Żona ze zgrozą szukała potwierdzenia.
Zamarłem.
- No, chyba rzeczywiście nie! - Matko jedyna! - użyłem sobie. - A pani tak kocha Pieska!...
Było trochę po południu i powoli zbliżała się pora żwaczka. Gdy wróciłem, Piesek po posiłku leżał na dolnym legowisku i pochrapywał. Czy się kręcił?...
Drugi raz w sobotę. Tu standardowo jednoszczekiem, żeby ją wpuścić do domu.
Godzina publikacji 20.01.
I cytat tygodnia:
Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w
Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett
operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów
dwudziestolecia międzywojennego.