02.03.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 89 dni.
WTOREK (24.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
Po kiepskiej nocy.
Plan wczorajszego wieczoru udało się zrealizować, a nawet, gdy wróciłem na dół, znaleźć czas na bieżący onan sportowy. Światło zgasiłem dopiero o 23.00. Oczywiście wszystko przez Siembiedę. To wybicie z dobowego rytmu, całonocny deszcz i niby miłe dla ucha, ale ile można, plumkanie wody w rynnach oraz najintensywniejszy kaszel z dotychczasowych musiały dokonać dzieła zniszczenia w odpoczynku. Budząc się co rusz przewalałem się z boku na bok. Na dodatek nadal nie miałem towarzystwa Pieska, a bardzo nań liczyłem. Perfidny, swoją postawą dawał mi do samiutkiego końca wielką nadzieję. Leżał na legowisku zadowolony, bo wyraźnie dawało mu wiele ulgi dla jego kręgosłupa i stawów. Połowa cielska, ta od dupska, spoczywała na legowisku, reszta zaś zwisała dziwnie przekręcona na zewnątrz z paszczą złożoną na podłodze. Ślepy by zauważył, że właśnie o to chodziło, żeby wałek legowiska "przecinał" cielsko w połowie. I oczywiście rozlegało się delikatne chrapanie, póki co. To widząc niczego energetycznego już nie robiłem. Jedyne, na co się zdobyłem, to wyprawa do dolnej łazienki na ostatnie siku. I gdy już siadałem na narożniku i za chwilę miałem przykrywać się kołdrą, Piesek z dużym wysiłkiem zaczął się podnosić i zbierać, by ruszyć majestatycznie w kierunku schodów, co w tych okolicznościach jest najbardziej wkurwiające. Odbieram to bowiem jako bezczelną ostentację. Proces kładzenia się wstrzymałem, bo czekał mnie jeszcze drugi strzał adrenaliny. Oczywiście Piesek u podnóża schodów się zatrzymał i zaczął się wiercić czekając na pomoc Pana.
- No, idź, do jasnej cholery, na górę! - wydarłem się tym razem wcale nie teatralnym szeptem.
I Piesek poszedł.
Dodatkowo w nocy zdrowo wymęczył mnie powracający kilkukrotnie ten sam sen. Oczywiście nie wiadomo dlaczego i skąd się wziął.
Sprzedawaliśmy Tajemniczy Dom. Na płatny parking zajechało auto z parą i z dwójką dzieci. Okazali się być Francuzami. W trakcie oglądania wyszło również, że oni przyjechali też na urlop i wynajęli górny apartament, a z dwójki dzieci zrobiła się nagle czwórka.
- A nie uważacie państwo, że ten dom będzie dla państwa za mały? - zareagowałem w śnie widząc nagle większe rodzinne stadko.
Pani uwagę zbagatelizowała śmiejąc się i twierdząc, że przecież jest jeszcze szklarnia, w której, po drobnych adaptacjach Też można spać!
Żeby "powiększyć" atrakcyjność oferty sprzedaży namówiłem Żonę, żeby pokazać im jeszcze... Naszą Wieś. Jechaliśmy tam jakąś strasznie ruchliwą dwukierunkową szosą, której w rzeczywistości Nasza Wieś nigdy nie doświadczy, bo po co. Siedzieliśmy z tyłu, ja po prawej stronie widząc po skosie Francuzkę. Mogąc się jej "dopiero" teraz porządnie przyjrzeć stwierdziłem ze zdziwieniem, że wcale nie jest taka ładna, jak przy powitaniu w Tajemniczym Domu, więcej, upodobniła się do Fiony ze Shreka, a nawet gorzej, bo na twarzy odkryłem dwa pryszcze. Tak byłem tym zaaferowany, że dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że jedziemy, owszem, ich samochodem, ale zupełnie innym, niż ten, którym przyjechali. Przez moment nawet ogarnęła mnie groza, gdy w rękach Francuzki nie ujrzałem kierownicy, która przed nią powinna była być. Kierownica była po prawej stronie, auto prowadził mąż, za którym właśnie ja siedziałem mając takie samo pole widzenia, jak on.
W trakcie jazdy prowadząc "anglika", jako Francuzi, mieli spory ubaw, zwłaszcza przy wyprzedzaniu.
Mąż decydował się na ten manewr niczego wcześniej nie widząc (ja również!) na sygnał żony i za każdym razem, gdy im się udało wyprzedzić jakieś auto na styk, pękali ze śmiechu, a mnie serce gwałtownie stawało. W drodze do Naszej Wsi odstawili kilka razy taki numer, ale dojechaliśmy szczęśliwie.
W Naszej Wsi też było dziwnie. W trakcie oprowadzana Francuzów cały czas za nami chodził Szwed z jakąś ekipą nieznanej proweniencji i przeznaczenia. Przy czym dom mieszkalny był ciągle nasz, a stodoła i dom dla gości Szweda. Tłumaczyliśmy Francuzom, jakie po kupnie Naszej Wsi Szwed wprowadził bezsensowne zmiany (ten się nie odezwał ani razu), więc dla jeszcze kolejnego zwiększenia atrakcyjności sprzedaży Tajemniczego Domu, udało mi się namówić Żonę, żeby pokazać im jeszcze olbrzymią stodołę w Dziurze Marzeń u Córci. W śnie udało się to zrealizować, ale po tym sen nagle się ucinał, by powracać w podobnych sekwencjach...
Jak organizm mógł wypocząć?...
W realu, w domu, rano wszystko na szczęście było proste. Po łatwym rozpaleniu, przy Blogowych, natychmiast przystąpiłem do cyzelacji. Stąd Żona mogła szybko zacząć czytać. Oprócz drobiazgów wynalazła mi aż dwa błędy ortograficzne! Wstrząsnęło to mną! Co katar i kaszel potrafią zrobić z doświadczonego Blogera?!...
No i przekazała mi ciekawostkę rodzinną dotyczącą urodzin Pasierbicy. Otóż w sobotę zrobiła ona imprezę dla młodych, a w niedzielę dla wapna. Reprezentowali je dziadkowie, czyli Byli Teściowie Żony oraz Policjantka i Przewodnik. My, jako pełnoprawni przedstawiciele tej grupy, ja ze względów wiekowych, Żona z racji pokoleniowej, być nie mogliśmy.
Zagadką pozostawała dyspozycja psychiczna i fizyczna Byłego Teścia Żony w kontekście pokonania przez niego czterech pięter ((86 lat). Dotarł do drugiego, po czym gwałtownie zaprotestował, że on dalej nie idzie i za chwilę, w panice, zszedł na parter, usiadł na schodach i koniec.
Zejście po dziadka Q-Zięcia i jego argumenty nic nie dały. Dopiero pojawienie się ukochanej wnuczki, jej cierpliwość i perswazja pomogły. Problem wziął się stąd, że na klatce w nowym bloku Krajowego Grona Szyderców regularnie i non stop panuje temperatura rzędu 28-30 stopni bez cienia ruchu powietrza. A im wyżej, tym gorzej. Paranoja. Chyba węzeł cieplny jest tak dziwnie usytuowany, że jego "produkcja ciepła" w sporej ilości "przeznaczona" jest do ogrzewania klatki schodowej. Doszło do tego, że często Krajowe Grono Szyderców mieszkając na ostatnim piętrze, gdzie siłą rzeczy ruch mieszkańców jest ograniczony, otwiera na jakiś czas drzwi do mieszkania, przykręca kaloryfery i wsysa olbrzymią masę ciepłego powietrza za darmo wykorzystując tylko proste prawa fizyki.
Pasierbica zasugerowała dziadkowi (chłop!) zdjęcie ciężkiego zimowego płaszcza oraz czapki i ponowienie próby. Udało się bez problemów. Sumarycznie Były Teść Żony pokonał sześć pięter. Nieźle...
0 09.00 Żona wysłała smsa do pani z góry z pytaniem, czy mąż może przyjść i kiedy po sterownik regulujący pracą kotła. Okazało się, że w kontekście dzisiejszego przyjazdu kolejnych gości do dolnego apartamentu, sterownik musi się znaleźć na dole, bo inaczej żadną miarą nie uzyskamy tam przyzwoitej temperatury, chociaż 19 stopni uzyskane po nocnym grzaniu nie były złe. Ale chodziło o komfort, przynajmniej o 21.
- Teraz albo za godzinę... - odpisała pani.
Wolałem teraz.
Pani zmartwiła się, gdy usłyszała, że przyjadą kolejni goście Bo my z córką chciałyśmy dzisiaj pojechać na wycieczkę i co będzie z miejscem parkingowym, gdy wrócimy?...
- Proszę się nie martwić, nic się dla pani nie zmieni, to miejsce jest święte...
A gdy poprosiłem, że gdy jutro już będą miały spakowane walizki, żeby dały znać To przyjdę i pomogę znieść oraz zapakować do auta to dosłownie dziękowała kłaniając się przesadnie, aż mi było głupio. Ech, ci gospodarze!...
Córa oczywiście spała snem niczym niezmąconym.
Przed I Posiłkiem sprzątnąłem dół. Machałem szczotką odkurzacza dwa-trzy razy rzadziej w danym jednostkowym miejscu niż normalnie, bo co mógł nabrudzić ten jednodniowy facet, ten bez żony, który nie gotował, nie używał sztućców, przeważnie go nie było, a gdy był, to siedział przed laptopem.
Ale procedury musiały się odbyć, mimo że było czyściutko. Od czasu do czasu z przyjemnością dawało się słyszeć, jak jakieś ziarenko piaseczku, jakiś okruch chipsa zostawał zasysany przez szczotkę, tłukł się swoją twardością po całej odkurzaczowej rurze i wpadał w czeluść odkurzacza. Starłem również wszystko na mokro, chociaż akurat ścierać nie było czego.
Mniejsza ilość pracy oraz oszczędne ruchy spowodowały, że się prawie nie spociłem. I o to chodziło, i o to chodziło... - że znowu przywołam Hydrozagadkę.
Po I Posiłku pojechałem po paczkę, zawiozłem i odebrałem pranie oraz w Biedrze zrobiłem spore zakupy. Gdy pędziłem do domu na 13.00, żeby przyjąć gości, Żona zadzwoniła, że właśnie poinformowali, że będą za godzinę. To wykorzystałem "martwy" czas i naniosłem bierwiona do domu i na półki przy spiżarni, narąbałem frakcje II i III i z niektórych bierwion zrobiłem bierwionka, żeby się łatwiej rozpalało.
Gdy nie czekając na nic, ogacony wyszedłem przed bramę, goście akurat przyjechali. Była 14.00.
Para lat, ona 42-45, on 45-48.
Ona ładna, niewysoka, ale też nie mała. Zadbana, atrakcyjna, ubrana z gustem, o ujmującym uśmiechu i miłym, kobiecym tembrze głosu, takim ciepłym, nadającym się do czytania bajek dla dzieci. No i dysponowała wyraźnym zezem, ale nie takim, odstraszającym. Takim, który zawsze u kobiety działa na mnie z jednej strony hipnotyzująco i fascynująco, bo jak taka wada może dodawać uroku, a dodaje, a z drugiej deprymująco, bo nie za bardzo wiadomo, w które oko w czasie rozmowy patrzeć, więc się przeskakuje z jednego na drugie, by w którymś momencie na tym się złapać, co powoduje u mnie lekkie zmieszanie i zbicie z tropu. Wtedy najlepiej w oczy nie patrzeć.
Poza tym pani była kulturalna i wszelkie symptomy ogłady i kultury reprezentowała z lekkością, naturalnie, bez cienia sztuczności. No i reagowała na wszystko ze zrozumieniem, lekkością, filingiem i poczuciem humoru. W tej parze była kierowcą.
- Pokaże mi pan, gdzie mam zaparkować?
- Oczywiście... - odparłem zaraz po pierwszych powitaniach. - O, tutaj, na tej pochyłości... - zawiesiłem na niej durnowaty, sztuczno-dramatyczny, seksistowski wzrok. - Da pani radę zjechać w tę czeluść? - prowokowałem.
- Spróbuję... - zareagowała z uśmiechem, bez lęku i bez sztucznego lub prawdziwego babskiego krygowania się Och, nie wiem, taki spadek!...
- Będę na dole dawał znaki.
Zaparkowała, jakby to robiła setki razy i dokładnie w tym miejscu.
- Zrobiła to pani idealnie, na milimetry... - skomplementowałem ją.
- Dziękuję bardzo... - odezwała się z uśmiechem, konsekwentnie w swoim stylu.
Starałem się wychwycić chociaż w jej tembrze głosu tłumione sygnaliki Stary seksisto!, ale niczego takiego nie wyłapałem. A przecież tak idealnie nie mogła grać. Więc jednak bezpretensjonalność?...
- Ręczny pani zaciągnęła?
- Tak. - znowu naturalna odpowiedź.
- To może dla lepszego samopoczucia podłożę jeszcze pod przednie koła kamienie?...
- Będę wdzięczna...
Wychodziłby z tego na pierwszy rzut oka ideał kobiety, pomijając oczywiście rzut drugi i trzeci, nie wspominając o kolejnych, bo kobiety różne są i tych rzutów też mają różną ilość. Fatalnie jest, przynajmniej dla mnie, bo gusta i w tym obszarze też są rozmaite, gdy takowa dysponuje jednym, dwoma rzutami. Na krótką metę jest to łatwo strawić, zwłaszcza gdy kobieta tę marną ilość potrafi sprytnie zastąpić innym walorami, jeśli je ma. Gorzej, gdy i tych brakuje. Tak czy owak, dość szybko, przy czym zaznaczam, może to trwać latami, robi się nieciekawie.
Zdecydowanie ciekawiej zaczyna się dziać, gdy kobieta dysponuje trzema, czterema czy pięcioma rzutami. Przy czym zaznaczam, są to ilości umowne, zależne od różnych zmiennych i wcale nimi nie chcę określić optimum lub ideału. Takich po prostu nie ma, nie istnieją.
Potem znowu zaczyna dziać się gorzej, gdy kobieta dysponuje nadmiarem tych rzutów. Dość szybko, przy czym zaznaczam, może to trwać latami, robi się nieciekawie.
Czyli krzywa Gaussa.
Żona często, w różnych naszych scysyjnych sytuacjach, odgryza się i posądza mnie Bo ty zdaje się mnie z kimś pomyliłeś i chyba byś się najlepiej czuł z taką, "co ma maksymalnie dwa rzuty". Cudzysłów wziął się stąd, że oczywiście takich słów nie używa, ale znacznie dokładniej charakteryzuje taką kobietę, która by mi ponoć zdecydowanie lepiej "leżała", nomen omen, niż ona. Zawsze pachnie mi to nazistowską, społeczną i propagandową doktryną 3xK - Kinder, Küche, Kirche. Nie bierze pod uwagę chociażby tak prostego faktu, że nie byłbym w stanie wytrzymać z kobietą, która wzorem Niemek za wielodzietność otrzymywałaby Krzyż Honorowy Polskiej Matki.
Nie wiem, skąd jej się to bierze?...
Ale wracając do naszej pani gościny. Jest jedno ale... Ale wcale bym nie powiedział, że ta pani to "nasz gość".
Podobnej analizy mężczyzny bym się nie podjął. Z kilku względów, a na pewno z dwóch. Bo mężczyzna to w zdecydowanej większości człowiek prosty w swojej naturze, nawet jeśli się sili na wrażliwca i intelektualistę, a więc z punktu widzenia takiej zbyt głęboko sięgającej analizy niezbyt ciekawy, gdzie nie ma zbyt wielu zmiennych i gdzie przykładane instrumenty badawcze zostałyby przy badaniach natychmiast wyczerpane na pierwszym, maks drugim, a reszta bogatego zestawu pozostałaby nawet nietknięta ku rozczarowaniu naiwnego badacza. Poza tym będąc samemu mężczyzną trudno byłoby mi zachować obiektywizm nawet, gdybym się bardzo starał.
On zaś wysoki, nieodzywający się (różnica względem "małomówny"), o powierzchowności lekko odpychającej, a na pewno sugerującej, żeby taki gospodarz, jak ja, w przedbiegach się odwalił, wyglądał na niepewnego, w jakimś sensie zdezorientowanego, trochę osowiałego. Jakby poddał się z rezygnacją biegowi wydarzeń. Mogło być coś na rzeczy po późniejszych wyjaśnieniach Żony.
Okazało się, że właśnie przyleciał z Anglii na lotnisko w Byłej Stolicy, gdzie odebrała go partnerka i skąd bezpośrednio przyjechali do nas. Szok kulturowy, zmiana organizacji ruchu, piękne Polki i diabli wiedzą, co jeszcze było po drodze, musiały wpłynąć na niego niekorzystnie. Dodatkowo okazało się, że on chętnie zrobiłby sobie I czy są tutaj takie możliwości? USG nogi, bo jakiś czas temu nabawił się kontuzji i tak z nią po tej Anglii chodził.
Trochę mnie to zmartwiło, jako mężczyznę, zwłaszcza że wcześniej, przy rezerwacji, pani w korespondencji z Żoną informowała, że ona chciałaby przyjechać na kilka dni z partnerem, żeby wypocząć. Ale pocieszałem się znanym powiedzeniem o chłopie Bez rąk, bez nóg, byleby nie był kaleką!
Do II Posiłku pisałem. I zdążyłem porozmawiać z Synową. Właśnie wracała z Wnukiem-II od ortodonty. Nie mogłem dopytywać (po rozmowie znowu intensywnie kaszlałem, chociaż gardło starałem się oszczędzać) o szczegóły, ale na skutek działań pana (pani ?) doktora, Wnuk-II ma pokaleczony język (też nie wnikałem, czy to było "konieczne") i spożywa tylko jakieś ciekłe substytuty potraw o niby zbilansowanym składzie odżywczym.
Od Synowej dowiedziałem się, co z Synem. Otóż w poniedziałek wyleciał sam do Dusseldorfu via Stolica, a jego szef miał dolecieć dzisiaj. Po czym Syn w czwartek sam wraca do kraju tą samą drogą, a szef leci do Dubaju.
Na targach było 180. wystawców, ale z kim się poumawiali na rozmowy Syn i szef, tego Synowa wiedzieć nie mogła.
Przed II Posiłkiem i po nim pisałem. Po czym weszliśmy w obowiązujący ostatnio tryb wieczorny.
Na górze obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Fargo, na dole zostałem oklepany, wypiłem Płyn Wojskowy, uniknąłem inhalacji, której już miałem serdecznie dosyć i mogliśmy zamykać dzień.
Żona poszła na górę, ja ulokowałem się z Siembiedą na dole, a Piesek?... Tym razem zachował się. Bez żadnej ostentacji sporo wcześniej udał się na górę nie budząc we mnie niepotrzebnych, gwałtowniejszych reakcji.
Światło zgasiłem o 21.30.
ŚRODA (25.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
Gdy Żona przyszła zaraz po 07.00 na dół, byłem ze wszystkim gotowy.
Pisałem aż do wyjazdu pań z góry.
Zgodnie z umową przed 11.00 poszedłem pomóc znieść im bagaże, w tym jedną kolubryniastą walizę.
Córa pilnowała psy - grzywaczkę chińską, która za chińskiego mandaryna, nomen omen, nie chciała opuścić apartamentu czując psim nosem podróż autem, zaś cocker spanielka odwrotnie. Latała po schodach tam i z powrotem i nic jej nie przeszkadzało. Ani metal, ani dźwięki, ani ażur i ryfle. Za wszelką cenę pilnowała Pańć, bo a nuż o niej zapomną i nie wezmą do auta.
Na koniec bardzo sympatycznie z obiema paniami sobie porozmawiałem. Ale z wyczuciem i umiarem, jakieś 3 minuty.
Akurat tak się złożyło, że za chwilę na wycieczkę do City wyjeżdżała ta para z dołu. Ona nie zmieniła swojego sposobu bycia, on zaś zmienił. Uśmiechał się, odzywał i potakiwał. I wcale nie miał odpychającej powierzchowności, tylko sympatyczną. Widocznie wczoraj do zawirowań związanych z przylotem i dalszą podróżą musiało dołączyć się jego cierpienie.
Poruszał się podpierając laską. Okazało się, że już dłuższy czas bolał go mięsień prawej łydki i gdy niedawno wspiął się na palce, coś mu w nim strzeliło, zerwało się.
- Jako chłop, wiem, jak to jest. - Do upadłego nie przyzna się, że coś go boli, coś mu dolega, a do lekarza to wołami nie można go zaciągnąć. - ze znawstwem skomentowałem.
Musiałem nabić punktów, bo się porozumiewawczo uśmiechnął i skinął głową.
- No, właśnie... - zareagowała pani - ... ile ja już się go naprosiłam, żeby się za to zabrał, żeby zaczął od USG...
- A właśnie, znaleźliście już coś państwo?
- Jeszcze nie...- skrzywił się kamuflując nieudolnie fakt, że wcale się jeszcze za to nie zabrał i nie wiadomo, czy zamierza.
- Ale wie pan, jest granica potencjału. - Jeśli pan ją przekroczy, wejdzie pan w fazę standardową dla każdego mężczyzny, czyli w moment, w którym pan już nie będzie w stanie znieść swojej ułomności fizycznej, bo każdy chłop jej nie cierpi, a to się odbije na psychice i na otoczeniu.
Słuchał nawet z zainteresowaniem kiwając głową z lekkim uśmiechem. Czuł bluesa.
Pani zaproponowałem przeparkowanie na płaskie. Podziękowała w swoim sympatycznym stylu, bez ochów, achów i krygowania się.
- To, gdy przyjadą nowi goście, od razu mogę ich skierować na pochyłość, a państwo, gdy wrócicie, zaparkujecie na płaskim.
- Nie, dziękuję... (mogłaby powiedzieć "nie, nie trzeba", ale to nie w jej stylu) - dla mnie to bez różnicy.
Znowu powiedziała to tak naturalnie, że należało jej wierzyć.
- Bo wie pani, wbrew pozorom wyjazd z tej pochyłości jest łatwiejszy... - Wystarczy "nie dotykać" kierownicy i wyjechać po linii prostej, po swoich śladach...
Doskonale o tym wiedziała nie dając po sobie poznać, że niepotrzebnie o tym mówię, skoro ona wie, że wystarczy...
Już połową siebie była wewnątrz auta, gdy usłyszała moje "To miłego dnia!" Wróciła na zewnątrz by odpowiedzieć "Dziękuję, nawzajem!" Oczywiście z uśmiechem. Skąd się takie(!) ludzie, panie, biorą?...
Baba kierowca, a potrafi parkować i to na pochyłym. Waliłby mi się stereotyp, ale doskonale wiedziałem, że ta pani to wyjątek potwierdzający regułę. Bo przed chwilą miałem setny, czy tysięczny dowód w postaci tej pani z córką i z dwoma pieskami. W kwestii manewrów i cofania zupełnie się nie krępowała. Była przykładem kobiety-kierowcy, która przy cofaniu nie jest w stanie pojąć, że jeśli kierownicę skręci się w lewo, to tył auta, a ogólnie auto właściwe, albo 100% auta, też będzie skręcać/jechać w lewo. I analogicznie odwrotnie. Co innego przy jeździe do przodu. Tu powiązanie ruchu kierownicy z kierunkiem jazdy jest oczywiste. Co w tym wszystkim jest zabawne, to wiara w swoje umiejętności lub świadomość ich braku, ale połączona z feminizmem Bo, my kobiety, wieki całe byłyśmy ciemiężone przez samców, więc na pewno teraz nie będziemy prosić o pomoc w sferach nie wymagających siły fizycznej, bo rozum przecież mamy! I nie ma sensu tłumaczenie o predyspozycjach płci zwłaszcza w momencie, gdy na malutkiej powierzchni podjazdu wykonuje się dziesiątki manewrów, aby:
- nie zahaczyć bokiem swojego auta o krzaki,
- nie zahaczyć swoim prawym błotnikiem o tylny lewy błotnik drugiego auta,
- zmieścić się w bramie (to nie był Volkswagen pick-up Amarok),
- nie skasować tyłem całego boku auta gospodarzy. Inteligentne Auto stało sobie na płatnym, a mnie skóra cierpła i serce stawało w miarę zbliżania się (kilkukrotnego!) pojazdu gościny. Ale do końca zachowywałem zimną krew niczego nie dając po sobie poznać zrezygnowawszy już dawno z prób sugerowania pani ruchów kierownicą, broń Boże kierowania(!), bo pani, zaaferowana, w ogóle mnie i moich wskazówek nie rejestrowała.
A wystarczyło "niczego" nie robić, praktycznie wyjechać po swoich śladach. Oczywiście się czepiam, bo ostatecznie pani szczęśliwie wyjechała, a o to chodziło, o to chodziło...
Zdarzają się jednak kobiety, które zupełnie bez feminizmu doskonale zdają sobie sprawę z uwarunkowań biologicznych kształtujących cechy - predyspozycje płci. I bez skrępowania proszą o pomoc płeć przeciwną, co tylko, moim zdaniem, dodaje im kobiecości. Oczywiście bez przesady.
Ostatnim takim przykładem była "wcześniejsza" pani z córką. Nie dość, że poprosiła o przeparkowanie auta z pochyłości na płaskie, to jeszcze przy pożegnaniu poprosiła, abym tyłem wyjechał na ulicę, auto zaparkował na płatnym, żeby spokojnie mogła przygotować się do dalszej drogi.
A kiedyś, dawno, gdy nie było jeszcze kamer i czujników parkowania, idąc w ścisłym rynkowym centrum Metropolii uliczką jednokierunkową widziałem, jak pani usiłowała w jedynym wolnym miejscu (wtedy też brakowało miejsc parkingowych) zaparkować. Trudność polegała na tym, że wszystkie auta były zaparkowane wzdłuż uliczki granicząc swoimi przodami i tyłami z pozostałymi, a tu już trzeba wjeżdżać (wsuwać się) w wolne miejsce tyłem. Można z 95% prawdopodobieństwem założyć, że jeśli auto tak się zachowuje, kierowcą jest mężczyzna.
Widząc nieefektywne halsowanie i próby zaparkowania przodem (miejsce było na dodatek dość krótkie, więc należało uwzględnić przekątną auta, czego pani nie zamierzałem wyjaśniać), zaoferowałem się z pomocą. Pani o mało nie rzuciła mi się na szyję. Tu akurat konfabuluję, więc niech będzie, że propozycję przyjęła natychmiast, z wdzięcznością i westchnieniem ulgi. Zaparkowałem bez problemów, więc po co kopać się z koniem?...
Po tych emocjach relaksowałem się przy książce i II Posiłku. I dopiero nabrawszy trochę sił zabrałem się za górę. Skończyłem o 13.00. Nowi goście mieli przyjechać między 14.00 a 16.00. I akurat, gdy w plecach zacząłem czuć skutki wysiłku, napisali, że będą o 16.00. Przyjąłem to z ulgą i natychmiast walnąłem się z książką na narożniku w salonie.
Wstałem odpowiednio wcześnie, żeby oprzytomnieć, ogacić się i być gotowym na przyjęcie.
Za chwilę miałem doświadczyć kilku szoków.
Byli o... 16.00. Para, lat około 45, z dwoma synami - 17 i 19 lat. Samochód stał naprzeciwko bramy.
- Wysiadka!
Zakomenderowała matka.
Dwóch chłopaków wysiadło i od razu usłyszałem z daleka "Dzień dobry". To był drugi szok. Trzeci, gdy podeszli i sami z siebie się przedstawili. Czwartego natychmiast nie było, bo natychmiast było wiadomo, że obaj są kontaktowi, śmiali i rozmowę z dorosłym traktują jako coś oczywistego. No i z twarzy biła im inteligencja.
Młodszy chodził do ogólniaka, do mat-fiz, a starszy w tym roku robił maturę (biol-hum).
- O, to jeśli jesteś mat-fiz, to zadam ci zagadkę, prostą, aż mi wstyd, ale muszę.
Chłopak zaskoczony zastygł na twarzy.
- Ile to jest 2+2x2?
Dobrze nie skończyłem, gdy we trzech wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem, nawet ten z
biol-hum, przy czym młodszy szybko spojrzał na starszego, czy aby się nie przesłyszał. Ale mimo tego odpowiedział.
- Sześć.
Rodzice się podśmiechiwali, ale wyraźnie z syna byli zadowoleni.
- A ja myślałem, że teraz otrzymam jakąś rzeczywiście zagadkę matematyczną, sprężyłem się... - odezwał się przy schodach, gdy rodzinę Żona zaczęła prowadzić na górę.
- Ja przepraszam, że niespodziewanie cię zestresowałem, no i głupio mi, że coś takiego śmiałem ci zadać...
- E, nic takiego się nie stało... - śmiał się i to był kolejny szok.
- Na pana miejscu - usłyszałem starszego - to ja bym mu żadnych zagadek matematycznych czy fizycznych nie zadawał... - spojrzał na mnie porozumiewawczo.
Kolejny szok.
- To miłego pobytu! - życzyłem, gdy zaczęli wchodzić na górę.
- Dziękujemy! - odpowiedzieli na trzy cztery.
I kolejny.
W ten sposób mogliśmy spokojnie zjeść II Posiłek. Panowała cisza, a i tak nie słyszałem, kiedy przyjechała para z dołu. W którymś momencie wyjrzałem, a auto stało na pochyłości, jak gdyby nigdy nic. Zaparkowane idealnie. Chyba to jednak nasi goście.
Wieczór, pomijając mój stan i spanie na dole, był nietypowy. Nie obejrzeliśmy ostatniego odcinka, sezonu drugiego, serialu Fargo. Żona twierdziła, że coś się działo z Primem, bo Netflix hulał.
Gdy zbierałem się na dół, zadzwoniła pani z góry z pytaniem, czy mamy jakieś gry, najlepiej karty Bo synowie mieli spakować.... Jednak normalni. Od razu poczułem się lepiej.
Żaden z chłopów po nie nie przyszedł.
- A cóż to za zmieniona fryzura? - zauważyłem w drzwiach patrząc na panią z refleksem.
- Jedziemy na basen...
Na dole było to, co ostatnio. Piesek odpowiednio wcześnie ewakuował się na górę, bez żadnych afer, a ja po czytaniu zamknąłem dzień o 21.00.
CZWARTEK (26.02)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Dłużej nie byłem w stanie męczyć się w łóżku, w jakimś nawet nie półśnie. Jeśli już miałem się męczyć, to wolałem na trzeźwo, na nogach, bo wejście w dzień przynajmniej dawało złudną nadzieję na poprawę sytuacji.
O 01.40 obudził mnie okropny ból prawego ucha. Nie wiedziałem skąd mógł się wziąć, bo wieczorem zdecydowanie mniejszy kaszel oraz katar sugerowały, że będę wychodził na prostą. Spać się nie dało.
Najpierw ucho zakropiłem wodą utlenioną, a za jakiś czas wsadziłem wacik nasączony jodem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że od ręki to nie pomoże, jeśli w ogóle. Jedyne, co od ręki pomaga, to zgon, chociaż, ciekawe, bardzo rzadko jest on od ręki.
Na dodatek wrócił kaszel i katar, co prawda nie w takim stopniu, jak poprzednio, ale życie dodatkowo umilał.
Rozruch poranny zrobiłem w miarę normalnie i nawet wypłukałem solą gardło, mimo że mnie nie bolało. Na to wszystko przyszła Żona ściągnięta podejrzanym, bo przedwczesnym ruchem oraz kaszlowym i smarkowym trąbieniem. Zdałem jej dokładną relację. Jej mina oraz milczenie nie rokowały dobrze i wiedziałem, że kolejny raz będę musiał przejść przez jej wywody (bez sarkazmu). Gdy już minął ten etap, odważyłem się na drobną prowokację sugerując, że może ja pójdę do apteki i na pewno od pani otrzymam coś na te objawy, które to coś dodatkowo będzie działać przeciwbólowo.
Milczenie stało się głębsze (ciekawe zjawisko), a mina z ponurej zrobiła się marsowa.
Żona zaczęła przedsięwziewać kroki. Wypiłem Płyn Wojskowy, jego kapkę wkropiła mi do ucha, miejsce za małżowiną posmarowałem jodem, po czym ssałem duże kryształy soli. Za jakieś pół godziny nadal bolało, ale jakby mniej.
- Ale informuj mnie dokładnie, bo to przecież twoje ucho!...
Więc za jakiś czas, gdy się zbliżała 09.00, poinformowałem, że owszem boli, ale ewidentnie mniej i że mógłbym pojechać w Uzdrowisko, zgodnie z planem, bo spraw do załatwienia jest bez liku. Żona znowu zaniemówiła. Po czym najpierw do jednego ucha, a potem do drugiego wkropiła Płyn Wojskowy, i z każdym takim uchem kazała leżeć po 10 minut, a sama piechotą poszła w miasto i załatwiła niezbędne rzeczy. Niezwykle sprawnie i szybko.
Potem piłem jody, chodziłem z kawałkiem czosnku w uchu, by w końcu zgłodnieć i na I Posiłku podołać jajecznicy z dwóch jaj na maśle. Ot, zjadłem tyle, co Wróbelek Elemelek.
O 11.45 byłem na górze. Trochę poczytałem. Żona ponownie zaordynowała mi dousznie Płyn Wojskowy, 2x10 minut, oraz w skarpetce przyniosła rozgrzaną sól (duże kryształy), którą przykładałem do prawego ucha. Ciepełko było tak błogie, że po wszystkim natychmiast usnąłem.
Gdy po dosyć męczącym śnie, się obudziłem, wszystko zaczęło się od nowa - Płyn Wojskowy, sól, książka, no i przede wszystkim leżenie, którego miałem serdecznie dosyć. Czułem się zmaltretowany.
Syn przysłał smsa.
- Już w PL. czuć polskie powietrze :) (pis. oryg.)
Rozbawił mnie tym stwierdzeniem, bo dokładnie tak samo bym zareagował po powrocie do kraju. Ciekawe, bo Syn (w październiku 49 lat) jest dzieckiem współczesnych czasów, a jednocześnie nim nie jest. W dziwny sposób tkwi w sporej części swojej psychiki w "poprzedniej epoce" i nijak tego sobie nie potrafię wytłumaczyć, jak jednak jego wiekiem i wpływem rodziców, może skromnie dodam, zwłaszcza moim. Skomplikowane.
- Właśnie wsiadłem do samolotu do Metropolii. :) Pogadamy na spokojnie. Wracam.
Dało się odczuć ulgę z powrotu. A przecież to tylko Dusseldorf, a nie jakieś antypody. I nie wracał przecież po latach.
Wyjaśniłem mu moją zdrowotną sytuację i fakt, że teraz to raczej nie pogadamy, chyba że on będzie opowiadał, a ja ograniczę się do "mhm, tak, nie". Ustaliliśmy, że zadzwonię ja, gdy tylko trochę dojdę do siebie.
- Ocena wyjazdu, ale wyłącznie w sensie zawodowym w skali 1-10? - zapytałem o najważniejsze.
- W skali zawodowej to tak z 8. Wysoko.
Uspokoił mnie.
Znowu usnąłem. Tym razem wstając czułem się o tyle dobrze, że poczułem lekki głód. Delikatny II Posiłek wróbelkowo-elemelkowy (kurczakowe udko, trochę rosołku i jedna marchewka) dobrze mi zrobił.
Zaraz po mojej cebulowej inhalacji poszliśmy na górę. Prime nadal nie działał na dużym laptopie Żony (po 10 latach pracy chyba dogorywa), więc ostatni odcinek sezonu drugiego postanowiliśmy oglądać z jej małego laptopa. No, cóż, odcinek i zakończenie słabiutkie. Jakby scenarzyści nie wiedzieli, jak zakończyć sezon. Poszli więc w rozwlekłe gadki, nudne, umoralniające, łopatologiczne, amerykańskie, miejscami ckliwe, niczego niewnoszące do sezonu i będące z nim w pewnej sprzeczności. Jakby ostatni odcinek był z innej bajki. Gdyby skrócili go o połowę, wszystko i wszyscy by zyskali.
Ale kolejny sezon postanowiliśmy oglądać, tylko nie na tym małym gówienku, bo trochę się umęczyliśmy. Ciekawe, że nie tak z powodu obrazu, jak przy dźwięku, takim płaskim, brzęczącym.
Liczę na Żonę, ale co ona może wymyślić, nawet nie próbowałem wymyślać.
W ostatnim akordzie dnia, już na dole, Żona znowu zakropiła mi ucho Płynem Wojskowym i wróciła na górę. A ja po obowiązkowych dziesięciu minutach położyłem się kompletnie wymęczony. Z książką dotrwałem do 21.00.
PIĄTEK (27.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.45.
Noc miałem spokojną. Spałem na dole (ciągle jeszcze) w bawełnianej czapce Żony. Ta moja, gruba, z jakiegoś tworzywa, nie nadawała się. Strasznie było w niej gorąco i drapała.
Poranny rozruch przebiegł bez zakłóceń. Zaraz po wstaniu łyknąłem syrop prawoślazowy i jeszcze przed Blogowymi klatę wysmarowałem "wołowiną" (jakiś tłuszcz), wypiłem Płyn Wojskowy i mogłem zasiąść przed laptopem. Pisałem.
Przed II Posiłkiem (Wróbelek Elemelek - trzy jajka na miękko) standardowo poużywałem - syropy, jody, Płyn Wojskowy. A po nim położyłem się na dole z miłym ciepełkiem przy prawym uchu rozchodzącym się od podgrzanej soli. Przy książce broniłem się przed spaniem, ale poległem.
Gdy wstałem, znowu pisałem. A potem musiałem się odważyć wyjść na dwór. Problemu by nie było, bo w cieniu +10, a w słoneczku cieplutko, ale musiałem narąbać frakcje II oraz III, trochę uzyskać bierwionek i wszystko to oraz bierwiona przynieść do kuchni. Musiałem przygotować niezbędne minimum, a i tak błyskawicznie się spociłem.
Na II Posiłek znowu dzióbnąłem trochę rosołku i mięska. Paranoja. Ledwo skończyłem, zadzwonił Syn.
- A bo, tato, nie wytrzymałem i musiałem się dowiedzieć, jak się czujesz...
Czułem się na tyle dobrze, że przez 57 minut mogłem słuchać jego monologu. Relację praktycznie zdominował Wnuk-I, tematu Dusseldorfu w zasadzie nie tknęliśmy Tego wszystkiego nie da się opowiedzieć przez telefon. Może tylko tyle, że po kilku przytoczonych zdarzeniach Syn twierdził, że w Niemczech panuje faszyzm.
To byłoby z wielu względów logiczne. Najpierw należało sprowadzić miliony Turków, Arabów i Murzynów, do czarnej, nomen omen, roboty, a gdy sytuacja demograficzna przekroczyła granicę potencjału, należało coś z tym zrobić. A do tego najlepiej nadaje się faszyzm. To oczywiście odbijać się będzie i już się odbija na białych obywatelach Niemiec, ale co tam. W końcu są przyzwyczajeni!...
Wieczorem Żona zakomunikowała, że udało się jej odetkać Prime'a i możemy zacząć oglądać trzeci sezon Fargo. Zasiedliśmy ciekawi i pełni nadziei. I to byłoby na tyle. Dno i kilometr mułu. Po całym odcinku oboje, bez żadnego porozumienia, stwierdziliśmy, że to koniec tego sezonu i że zaczniemy czwarty, ale odium było tak mocne, że stwierdziliśmy, że z Fargo koniec i zaczniemy oglądać Prawnika z Lincolna, bo pojawił się nowy sezon.
Pierwszy sezon Fargo był na poziomie, trzymał w napięciu i miał rozbudowaną warstwę psychologiczną. Z drugim nie było jeszcze źle z wyjątkiem zamykającego odcinka. Trzeci, jeśli miał być taki bez sensu, kręcony w całości w ciemnych scenach, w których po prostu nic nie widać, a które mają podnieść napięcie (rzeczywiście podnosiły naszą irytację i wkurw - Normalnie głowa mnie rozbolała od tych ciemności! - podsumowała zirytowana Żona), był pomyłką. Mogliśmy o tym oczywiście od razu nie wiedzieć, ale ilość niewiarygodnych debilizmów umieszczonych tylko w jednym odcinku nam wystarczyła. Nie mogło być po prostu lepiej.
Wieczorem na dole, nawet gdybym nie chciał czytać, czytałem, żeby odreagować. Światło zgasiłem o 21.00.
SOBOTA (28.02)
No i dzisiaj wstałem o 06.25.
Po średniej nocy. Kaszel mi ją umilał.
Poranny rozruch był o tyle utrudniony, że przy rozpalaniu dymiło się na wszelkie sposoby, jak skurwensen. Trzeba było sporo wietrzyć i sytuacja została opanowana, gdy kuchnia przekroczyła barierę potencjału. Tedy jutro rano czeka mnie czyszczenie kolanka i króciutkiej rury poziomej wchodzącej w komin, z czego się cieszę. W końcu jakaś porządna robota, a nie ciągle skisłość i skisłość.
Od razu zawiązała się z Żoną dyskusja. Ona uważała, że przy tej robocie na twarzy powinienem mieć maseczkę Bo frakcje pyliste, a to niedobrze dla twojego gardła, a ja twierdziłem, że żadne pyliste, a poza tym kto to widział, żeby do tak śmiesznej i króciutkiej roboty prawdziwy mężczyzna się wygłupiał z maseczką. Jakby to wyglądało z boku?!...
- Widziałaś jakiegoś chłopa, który by się tak wygłupiał?...
- A widziałeś prawdziwego mężczyznę w tym wieku, żeby wykonywał takie prace?... - z jednej strony brała mnie pod włos, a z drugiej szykowała się konsekwentnie do dyskusji. A ja chciałem trochę pooglądać onanu sportowego, bo od dłuższego czasu nie miałem z nim styczności.
W dyskusji z Żoną nie mam szans, więc żeby poranek mógł pobiec łagodnie, szybko ustąpiłem.
- Założę!
- Dziękuję!
Przed I Posiłkiem pojechałem w Uzdrowisko. Wprost rwało mnie do świata. Żona się nawet zgodziła.
Gdy wychodziłem z Biedry, telefonicznie dopadła mnie Siostra. Siedziałem w Inteligentnym Aucie jakieś 20 minut i słuchałem. Nie mogłem jej mieć za złe, skoro ja się miałem nie odzywać Mam gardło zrąbane!, że opowiadała kolejny raz to samo, chociaż novum było takie, że ona chętnie przyjechałaby w czerwcu do Rodzinnego Miasta Ale nie wiem, czy lekarze mnie puszczą? Dopiero ocknęła się, gdy jej powiedziałem (od razu po odebraniu telefonu też to zrobiłem), że cały czas siedzę w aucie i że zaczynam marznąć.
Zrobiło się południe, a ja ciągle nie czułem głodu. O jakimkolwiek jedzeniu niezbyt dobrze myślałem, a przywoływane potrawy, które normalnie bardzo lubię, budziły we mnie nieprzyjemne odruchy. Stąd byłem zadowolony, że mogłem zająć się wyjazdem gości.
Najpierw wyjechała para z dołu. W trakcie przydługiej rozmowy przed Tajemniczym Domem wiele się dowiedziałem. On miał 47 lat i w Anglii zajmował się logistyką transportu, ona 49, do czego sama się przyznała, ale nic dziwnego, skoro wyglądała na 42. Z zawodu była psychologiem (to by wiele tłumaczyło) oraz... technikiem farmacji.
Ostatecznie udało im się zrobić USG mięśni łydki.
- Wszystko wiemy, mamy pełną diagnozę i dokładny opis, ale co z tego? - informowała ona, bo on to taki typ, który po co ma się odzywać, skoro zrobi to w nadmiarze i szczegółowo jego partnerka.
- Wyszło, że jest to zaniedbanie, że miejsce zerwania mięśnia się jakoś otorbiło i że z tym nic się nie da zrobić, a na pewno nieoperacyjnie.
- A fizjoterapia?... - zapytałem.
- W Anglii służba zdrowia jest fatalna, gorsza niż w Polsce... - pani wyjaśniła.
- Gorsza niż w Polsce?... - pomyślałem, ale wcale z tego powodu nie zrobiło mi się lepiej.
- Fizjoterapię mam prowadzić sobie sam! - w końcu odezwał się on.
I dla zademonstrowania, jak ma to wyglądać, dość komicznie, ale z pewną niechęcią i pogardą machnął nogą.
- A przydałoby się, żeby jakiś fizjoterapeuta się nią zajął przez jakieś półtora, dwa miesiące.
Śmieszne, gdyby nie było smutne.
Do końca trzymali fason, więc ich skomplementowałem, jako naszych gości i podałem definicję tego określenia.
Na I posiłek zjadłem puree ziemniaczane z masłem. Znowu dzióbałem, jak Wróbelek Elemelek i nawet nie podołałem czterem malutkim ziemniaczkom, chociaż mi smakowały.
Zaraz potem zabrałem się za wstępne porządki na dole. Akurat zaczęła wyjeżdżać góra. Tu żadnych ochów i achów nie było, bo trzej panowie siedzieli w aucie, które stało pod parą już na ulicy, a żegnałem się, "normalnie" tylko z panią. Bo to raczej taka rodzina sportowa - przyjechali, skorzystali z nart i basenu, i pojechali.
Od razu Inteligentne Auto zaparkowałem w garażu. Przez miesiąc może być na podjeździe łyso, bo rezerwacji na razie niet.
Z rozpędu, żeby jak najbardziej opóźnić we mnie atak słabości, wstępnie sprzątnąłem górę, nastawiłem zmywarkę i pranie ręczników. Chodziłem na ostatnich nogach, a odpoczywałem przy... rozmowach telefonicznych - z Bratem, Geografem i Profesorem Belwederskim. Każdemu z nich z osobna tłumaczyłem, że "Mądrość nie zawsze przychodzi z wiekiem. Czasami wiek przychodzi sam".
W końcu z wielka ulgą padłem i z godzinę pospałem. W międzyczasie, ponieważ do kuchni się nie przykładałem, w niej wygasło. To mi bardzo dobrze zrobiło, bo lepiej się czyści cały system rurowo-kominowy za dnia, nawet jeśli się zmierzcha, a nie rano, w sporej nieprzytomności i pod przymusem.
Znowu prześwit stanowił jakieś 30% obowiązkowego, więc się ucieszyłem, bo przyczyna złego rozpalania została ewidentnie potwierdzona. Przy okazji wyczyściłem szybę, wszystko w pieprzonej maseczce. Żona pochwaliła.
- O widzisz, jak mądrze... - I jaka ładna biała maseczka... - pochyliła się nad meritum.
Nic nie mówiłem, że zatkany nos i zatoki w połączeniu z ładną, pieprzoną, białą maseczką nie ułatwiały oddychania.
Gdy ponownie rozpaliłem, aż przyjemnie było słuchać charakterystycznego ciągu i dudnienia ognia.
Rano miałem mieć spokój.
Wieczorem Pasierbica zlitowała się nade mną, nie dzwoniła, tylko wysłała smsa. Z tego zrobiła się poważna korespondencja, zresztą w swoich wyjaśnieniach i filozofii, bardzo podobna do tej, którą rano prowadziłem z Kobietą Pracującą. Akurat z Janko Walskim byli w drodze do Stolicy, żeby zwiedzić muzeum na Rakowieckiej, Powązki i kilka innych miejsc. Obie, wykazując się kobiecą intuicją, nie maltretowały mnie werbalnie (Siostra jest tu oddzielnym przypadkiem). Nie to, co te durne chłopy.
Ponieważ planowałem wieczorem obejrzeć mecz metropolialnej drużyny, więc w korespondencji z Pasierbicą do niego nawiązałem.
- ... żaden mecz, bo dzieci śpią poza domem,a my jesteśmy w mieście na drinku, a potem do kina :)
- Fajnie macie :) To miłego wieczoru :) Żona ciosała, ale już przestała... - odpowiedziałem na jej pytanie Żona ciosa Ci kołki na głowie?
Mecz obejrzałem z przyjemnością, zwłaszcza że drużyna metropolialna wygrała. Oglądanie przeplatałem onanem sportowym, więc miałem frajdę łagodząca mój stan. W łóżku jeszcze trochę poczytałem i dotrwałem aż do 22.00.
NIEDZIELA (01.03)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
I jak tu nie kochać przełomu lutego i marca. Błyskawicznie wchodzi się w tryb wiosenny. Żeby nie wiem, co się działo.
Poranny rozruch, w tym rozpalanie, poszedł jak po maśle. Zapomniałem, że po wczorajszym czyszczeniu cug był taki, że blacha rozgrzała się momentalnie i topione tłuszcze Blogowych błyskawicznie zaczęły bulgotać. Na szczęście przyszła Żona i zapobiegła katastrofie, bo ja niczego nie słyszałem siedząc nad onanem sportowym.
Po nim pisałem.
Na I Posiłek zjadłem... kisiel jabłkowy. Myśl o normalnym jedzeniu nadal była mi obmierzła. Widocznie przerwa między Blogowymi a nim była zbyt krótka, bo trochę mnie mdliło. Paranoja!
Jeszcze przed południem wróciłem do łóżka. Paranoja!
Gdy spałem, przyszedł sms od Trzeźwo Na Życie Patrzącej i Konfliktów Unikającego. Na całe szczęście zdążyłem odpowiedzieć tą samą droga, więc nie nadużywałem gardła.
Tą samą drogą złożyliśmy urodzinowe życzenia Mężowi Dyrektorki. Dzisiaj, w rzymski Nowy Rok, kończył 73 lata.
Po południu siedziałem nad onanem sportowym i trochę pisałem. Na głodniaka przyszło mi uzupełnić stany drzewne wszystkich trzech frakcji. Innego wyjścia nie było.
O 18.30 ciągle nie byłem głodny, więc się zmusiłem, żeby choć trochę dzióbnąć kurczaka na zimno (jedno skrzydełko) z ogórkiem kiszonym. Paranoja!
Do pójścia spać oglądałem mecz ekstraklasowy, co robię bardzo rzadko, ale myśl, że, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, miałbym o 17.30 pójść do łóżka, skutecznie mnie od niego odstręczała. Nie żałowałem, bo mecz był ciekawy, znajdowały się w nim wszystkie potrzebne elementy (emelenty), a przede wszystkim bramki. Lech wygrał z Rakowem 4:3.
W łóżku nad książką dotrwałem do 21.00.
PONIEDZIAŁEK (02.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
Czułem się jakby lepiej.
A przede wszystkim normalnie widziałem. A fajnie jest normalnie widzieć. Ostatnie trzy poranki pod rząd doświadczałem dziwnego stanu. Widziałem w nietypowy sposób. Po szybkich analizach wychodziło mi, że lewym okiem widzę normalnie, prawym, ale oddzielnie, też, a razem nie. Głupawo.
Przy czym odrzucałem tutaj mój stan krótkowzroczności i bliznę na rogówce prawego oka, które to stany od dawna traktuję jako normalne. Dwa obrazy nie nachodziły idealnie na siebie, były względem siebie lekko przesunięte, a to dawało poczucie dużego dyskomfortu i wpływało na błędnik. W poruszaniu się nie byłem pewny. Wymyśliłem, że gluty kiszące się w zatokach, ciągle produkowane od nowa i od nowa, nie mieszczą się w nich mimo smarkania non stop, naciskają na gałki oczne, jeśli to jest anatomicznie możliwe, co powoduje, że mózg otrzymuje jakieś dziwne sygnały, nie składa ze sobą dwóch obrazów zachowując jednocześnie widzenie stereoskopowe (trójwymiar).
Po jakimś czasie efekt znikał i z widzeniem wracałem do normy. Pierwszego poranka, gdy się pojawił, starałem się go machinalnie zmyć wodą płucząc oczy po wielokroć, ale oczywiście to nic nie dawało. Teraz patrząc z perspektywy kilku dni, a zwłaszcza dzisiejszego rozbudzania się, ogarnia mnie śmiech z powodu moich zabiegów. Ale wtedy nie było mi do śmiechu.
To wypada przytoczyć Jana Kochanowskiego.
Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!
Przesiedziałem, czytając jego życiorys z różnymi odniesieniami, blisko dwie godziny. Na tyle ciekawy, że można byłoby zrobić interesujący serial z epoki. Ale kto da kasę na coś, w czym praktycznie "nic by się nie działo"?... Na razie o Kochanowskim powstały tylko dwa filmy dokumentalne.
Po tym nietypowym rozbestwieniu wróciłem do pisania i prozaicznego onanu sportowego.
Znowu na głodniaka (po dwóch Blogowych i kisielu) ruszyłem w Uzdrowisko. Innego wyjścia nie było. Kupiłem Socjalną, zrobiłem zakupy w Biedrze, zawiozłem i przywiozłem pranie oraz wstąpiłem do UMiG. Dostaliśmy pismo dotyczące Tajemniczego Domu, który po rozmowie z panią urzędnik (kulturalna, kompetentna i cyborgowa) zrobił się jeszcze bardziej tajemniczy. Przyszpilałem ją różnymi pytaniami. Nieprzyzwyczajona, w różnych momentach wiła się jak piskorz i ostatecznie zdecydowanie i z prawdziwą ulgą się ze mną rozstała. Będziemy musieli w stosownym momencie Gdy państwo wyzdrowiejecie złożyć jednozdaniowe pismo i za jakiś czas powinno być po herbacie.
Żonie w domu zdałem relację z urzędu, ale po I Posiłku. Był mocno opóźniony, ale po raz pierwszy od jakiegoś czasu był I Posiłkiem, to znaczy jego połową. Zjadłem ze smakiem połowę standardowej porcji twarogu z oliwą, solą, pieprzem, czosnkiem i cebulą. Czułem, że większej ilości bym nie podołał.
Zanim położyłem się spać, zadzwonił Syn, żeby sprawdzić, czy żyję. Żyłem, więc mi opowiedział, że jego szefowi udało się wylecieć w ostatniej chwili z Dubaju do Hongkongu. Był to bodajże samolot, po którym zamknęli przestrzeń powietrzną.
Spałem dość zdrowo od 15.00 do 16.30. Zaraz po wstaniu zaczęła się seria smsów. Najpierw za urodzinowe życzenia podziękował Mąż Dyrektorki akcentując z sympatią zwłaszcza fakt, że byliśmy bezwzględnie pierwsi, skoro on urodziny obchodzi zawsze 4. marca. Usiłowałem wybić mu to z głowy, zwłaszcza że się przyznał, że też jest chory, więc się dopytywałem, czy coś mu się nie pokiełbasiło, bo przecież ja w kalendarzu mam zapisane.... Ale upierał się, że nie. Niektórzy to mają tupet. Trzeba będzie składać życzenia jeszcze raz, pojutrze...
Potem pokorespondowaliśmy z Lekarką i Justusem Wspaniałym, a w zasadzie to z Lekarką, bo Justus Wspaniały się nie zająknął. Lekarka po dość długim stanie chorobowym wyzdrowiała, więc przy pięknej pogodzie oboje zaczęli korzystać z jej dobrodziejstw. Rowery, spacery i rozpoczęty sezon ogródkowy. W sprawach rodzinnych Lekarka wyjedzie w czwartek w swoje strony rodzinne, a Justus Wspaniały będzie nadzorował transport i montaż szklarni Tym samym spełni się jego marzenie.
II Posiłek, połączenie rosołu z pomidorową, zjedliśmy ze smakiem. Czyżby powoli wracał apetyt? To mogło oznaczać jedno.
Wieczorem z Żoną się rozstaliśmy. Ja pilnowałem "zmywarki" i oglądałem kolejny ekstraklasowy mecz. Przez tę chorobę mnie wzięło. Zagłębie Lubin wygrało z Wisłą Płock 2:0. Kibicowałem Zagłębiu, ale to nie był taki mecz, jak wczorajszy.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił jedenaście razy i dwa razy smsowo skarżył się, że się nie może dodzwonić.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 20.58.
I cytat tygodnia:
Pesymista twierdzi, że wszystkie kobiety to nierządnice. Optymista nie jest tego samego zdania, ale ma nadzieję. - Julian Tuwim (ur. 13 września 1894 w Łodzi, zm. 27 grudnia 1953 w
Zakopanem) - polski poeta, pisarz, autor wodewili, skeczy, librett
operetkowych i tekstów piosenek; jeden z najpopularniejszych poetów
dwudziestolecia międzywojennego.