poniedziałek, 27 kwietnia 2026

27.04.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 145 dni.
 
WTOREK (21.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Byłem po porannym rozruchu, gdy Żona mnie zaskoczyła. Na dole pojawiła się o 06.20 konfabulując, że to w pół do siódmej. Tymi słowy. 
Rano troszeczkę czasu poświęciłem na onan sportowy, potem trochę na sprawy zjazdowe (rozmowa z jednym z hoteli w Kazimierzu i smsy do Rubieżan), by wreszcie zabrać się za cyzelowanie wpisu.
Przy okazji ubawił mnie Po Morzach Pływający, który już wczoraj napisał: 
Trochę tym razem napisałeś. Pozdrowienia z Norwegii. 
PMP (pis. oryg.)
Rozbawiłeś mnie. - odpisałem dzisiaj. - Dzięki za Norwegię. 
- Czasem trzeba się trochę "rozerwać" - zareagował dzisiaj - zwłaszcza, że życie marynarza nie jest lekkie.
 
Poranną ciszę i 2K+2M trochę nadpsuła nasza dyskusja związana z rozliczaniem się wobec fiskusa. Sam ją sprowokowałem, bo ciągle jeszcze błądzę i nie jestem do końca zdecydowany, jak sprawę ugryźć. Bo jeśli z naszej strony decyzja zapadnie, to i klamka również. Temat jest drażliwy, więc nic dziwnego, że troszeczkę iskrzyło, ale gdzieś ten negatywny ładunek elektryczny rozszedł się po kościach, bo z biegiem lat nauczyliśmy się go neutralizować.
 
Pojechałem więc po Socjalną, a gdy wróciłem, zadzwonił Konfliktów Unikający. Chciał pogadać, bo zżerał go stres. Dzisiaj, za kilka godzin, odlatywał służbowo z Metropolii do Dublina Nie udało mi wykręcić! z przesiadką w Amsterdamie, a miał wracać w czwartek z przesiadką we Frankfurcie A tam to dopiero jest jazda z racji jego wielkości i konieczności pokonywania kilometrów. Czasem i 1,5 godziny na przesiadkę może nie wystarczyć!
Ale przede wszystkim stres go zżerał z tego powodu, że miał wygłosić jakąś prelekcję po angielsku, a potem w tym języku prowadzić rozmowy kuluarowe. A w nim czuje się nie najlepiej. 
 
Pisać zacząłem dopiero po I Posiłku. 
Wczoraj pod wieczór Syn przysłał smsa będącego wynikiem naszej telefonicznej rozmowy. Przypomnę, jechał autem służbowo do Stolicy.
- Dojechałem. Dzięki za tę dzisiejszą rozmowę. Bardzo poprawiłeś mi nastrój. Tak z 2 (w skali 1-6)      na 4. 
Nie powiem, to też mi poprawiło nastrój. 
 
I wczoraj spaliśmy już o 20.00. Z tego wypływa wniosek, że mogliśmy tylko dokończyć poprzedni odcinek (1/3) serialu The Newsreader. I tak było, bezsprzecznie, Bogiem a prawdą, nie inaczej, po prawdzie, zaiste i zaprawdę, w istocie, w rzeczy samej, faktycznie i naprawdę.
 
Dzisiaj, po I Posiłku, rozłupałem kolejnych sześć kłód i narąbałem frakcję II. A ponieważ jutro, po długiej przerwie, mieli przyjechać goście, to wypadało posprzątać podjazd, ścieżki i chodnik. Z tą męczącą mnie pracą się rozpędziłem, bo dodatkowo usunąłem igliwie z naszego pięknego świerka z ulicy, przy krawężniku, żeby nie blokowało przepływu wody do burzowej studzienki. Igliwia były góry, ale, o dziwo, praca ta mnie nie zmęczyła. Więc podwójnie ochoczo poszedłem po paczkę. Druga ochota wynikała z tego, że wczoraj skończyły się żwaczki, więc dzisiaj Piesek nie mógłby zrozumieć, dlaczego ich nie ma, skoro zawsze są. Przyszły idealnie w punkt.
 
Takie wyjścia w Uzdrowisko zawsze kocham. Dodatkowo dlatego, że może zadziać się coś fajnego. No i dodatkowo, że są pewne smaczki, gdy wychodzę "na menela". Tym razem, co prawda z racji panującej ciepłoty, nie przyodziałem się w kultową kurtkę, ale przecież i szary polar, w plamach od farby i wypalonych dziurkach, robił swoją robotę. Bo reszta, buty robocze, wypchane na kolanach dresy oraz dopełniająca stosownego wyglądu czapka-kominiarka, były na swoim miejscu. 
Nie uszedłem i 40 m, gdy ujrzałem sąsiada, który z ojcem prowadzi najbliższy względem nas pensjonat. 
- Dzień dobry! - wydarłem się, bo był zwrócony tyłem do mnie i za chwilę miał zniknąć w domu.          - I co, ruszacie na majówkę?! 
To ci, którzy na drugą część jesieni, na zimę i początek wiosny zamykali działalność, bo im się nie opłacało Zwłaszcza koszty ogrzewania nas zżerają! 
Sąsiad zszedł na dół, a to taki typ (52 lata, właśnie się dowiedziałem), że chętnie pogada, nie ma w tym umiaru, chociaż nie mógłbym go określić mianem "gaduły", za to rzuca się w oczy pewne spektrum autyzmu, bo nie potrafi spotkania zakończyć i rozmowy przerwać, tylko, nawet nie przechodząc z tematu na temat, przygwoździć interlokutora skutecznie na dłuższy czas jednym napoczętym tematem. Ale czy mi się gdzieś spieszyło? A ile się dowiedziałem. 
 
Okazało się, że nie wiadomo, czy zdąży ruszyć na majówkę.
- Bo wszystko zostało przepisane na mnie... - Poprzednio oni tworzyli spółkę cywilną...
Nie dociekałem jacy oni, czy jego ojciec i ktoś jeszcze?...
- Otworzyłem firmę, którą będę prowadził jednoosobowo, a z tym formalności jest mnóstwo... - Rejestracja działalności, ZUS, otwarcie konta bankowego, ale to nie wszystko. - Inspekcja budowlana - 3 tys. zł, pomiar szczelności instalacji gazowej - 3 tys. zł, pomiar skuteczności zerowania instalacji elektrycznej - 3 tys. zł, kominiarz oczywiście swoje, ale to akurat najmniejsze. - Od San-Epid-u się odczepiłem, albo raczej on ode mnie, bo gotować nie będę i nie będę serwować posiłków. - Wie pan, nawet bym teraz panu pokazał, ale nie mam przy sobie kluczy... - W kuchni jest 14 zlewów, każdy oddzielony od drugiego szklaną płytą, tak się kiedyś budowało, a każdy zlew lub grupa zlewów musiała służyć czemu innemu. - Paranoja! - Udostępnię gościom wyposażoną kuchnię, niech sobie sami przygotowują posiłki.
Przyklasnąłem pomysłowi.
- A poza tym, to mało jest w Uzdrowisku wszelakiego rodzaju jadłodajni, barów i restauracji!...              - dodałem.
- Ale, żeby to zrobić, muszę przygotować kuchenki na gaz... - Trzeba do kilku wstawić takie półmetrowe metalowe przedłużki. - Sam tego zrobić nie mogę, bo musi to zrobić certyfikowany fachowiec. - A oni, jak tylko usłyszą, jaka to robota, to śpiewają 500 zł za sztukę. - To chyba niezła kwota jak na taką robotę? - patrzył na mnie pytająco.
- No wie pan, raczej skandaliczna, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że może to zająć pół godziny, niech będzie godzinę! - oburzyłem się.
- A myśli pan, że przyjadą i zrobią?! - Od razu mówią, że nie mają czasu, że są strasznie zajęci! - Ale wystarczy, że wspomnę, że muszę zrobić pomiar szczelności instalacji gazowej, to pchają się jeden przed drugiego! 
- Popieprzony rynek! - pomyślałem. 
- Wszystkim będę zajmował się sam. - Podziękowałem dwom paniom, które sprzątały i gotowały.          - Odpadają pensje i ZUS.
Znowu pochwaliłem.
- Da pan radę, zwłaszcza że ma pan tylko 52 lata! 
- A jak splajtuję?...
- W Uzdrowisku nie ma takiej możliwości!
- Ale, wie pan, tamten rok, 2025, był najgorszy...
To mi dało i Żonie do myślenia. Fakt, w Uzdrowisku ciągle się buduje, przybywa nowych olbrzymich hoteli i pensjonatów, więc konkurencja jest ostra. To może takie maleństwa, jak my, z niepowtarzalną ofertą, mają szansę?
Rozstać się z sąsiadem udało mi się po czwartym To powodzenia! Wtedy wreszcie zareagował i to przytomnie i miło.
- To powodzenia! - usłyszałem odchodząc. 
 
Skończyłem odbierać paczkę, gdy jakaś pani podeszła po swoją, a zaraz po tym podjechało auto. 
Wysiadł z niego facet i zaczął wypytywać tą panią Gdzie tu jest parking miejski? Nienormalny jakiś! Żeby o takie rzeczy pytać kobietę, na dodatek zdaje się przyjezdną, gdy tuż obok stał facet, na dodatek mieszkaniec Uzdrowiska, na dodatek kierowca obeznany w tych sprawach, na dodatek rwący się do pomocy.  Podsłuchiwałem, jak pani pieprzy i się plącze, ale w końcu nie mogłem słuchać jej głupot, skoro wszyscy staliśmy dokładnie przy miejskim parkingu, a ona coś mówiła od rzeczy psując opinię o naszym pięknym Uzdrowisku. Nie wytrzymałem.
- Przepraszam - wydarłem się bezceremonialnie - pan pyta o parking miejski?!
- Tak.
- No to przecież wszyscy tutaj przy nim stoimy! - machnąłem ręką na plac, który był zajęty może w jednej czwartej.
Pani się natychmiast zmyła.
- No, ale tutaj jest parkometr... - zauważył pan.
- No tak, bo w Uzdrowisku parkingi miejskie są płatne 5 zł za godzinę, od 08.00 do 20.00, przez 365 dni w roku. 
- No, ale - zareagowała pani z wnętrza auta - nam powiedziano, że tu, przy Orlenie możemy zaparkować i dostaliśmy takie coś.
- Proszę pokazać!
Pani bez szemrania podała mi przez otwarte okno kartkę.
- Eee, to jest tylko mapka z zaznaczonym miejscem parkowania, zresztą prawidłowa... - zauważyłem.
- I dostaliśmy takie coś... - pani przytomnie zareagowała i wręczyła mi bez moich nagabywań opłaconą winietę.
- To trzeba było tak od razu! - zacząłem ją studiować. - Jako mieszkaniec mam taką samą, ale w innym kolorze. - O, to widzę, że państwo możecie parkować od 17.04 do do 20.05... - To ile pan zapłacił? -skierowałem się do faceta, który już całkowicie był przy mnie, przy menelu, któremu łatwowierna żona wręczyła winietę.
- 180 zł.
- O, to proszę państwa, możecie parkować wszędzie na parkingach miejskich i niczym się nie przejmować, żadnymi parkometrami. - Wszystko macie opłacone! - Tylko winietę wyłożyć przed szybę! - Ale zaraz! - zatrzymałem faceta, który z ulgą chciał wsiąść do auta. - A w którym ośrodku państwo się zatrzymujecie?
Nie potrafili podać nazwy, ale ulicę tak. Chwilę musiałem się zastanowić.
- To rzeczywiście jest najbliższy parking...
- No, właśnie, tak nam powiedziały panie drukując mapkę. - pani z wnętrza auta była skora do rozmowy.
- Ale chwileczkę... - zatrzymałem faceta, który z ulgą zamierzał wsiąść i przeparkować auto. - ... przecież państwa ośrodek chyba ma miejsca parkingowe, więc...
- Tak, ma, ale życzył sobie za ten okres 300 zł. - A my kawałek możemy się przejść. -wyjaśnił.
- A to chamy niemyte!... - pomyślałem. - Niech sobie gnoje kopią grób! - To my zapewniamy naszym gościom parking darmowy, na dodatek strzeżony przez gospodarza, a oni?! - Co za cholerni krwiopijcy!
Ale chwileczkę! - zatrzymałem gościa, któremu w końcu udało się wsiąść i już miał odpalać auto. I zerknąłem na tablicę rejestracyjną. - O, widzę, Gorzów Wielkopolski, województwo lubuskie... - oboje przytaknęli, pani śmiejąc się. - O, to Gorzów kłóci się z Zieloną Górą! - wyraźnie dawałem sygnały, że jeszcze bym porozmawiał i temat rozwinął.
Pani się nadal śmiała, pan szybko odpalił auto. Co było robić.
- Miłego pobytu! - życzyłem.
 
Ech, te nasze służby, mapkę wydrukowały, opłatę pobrały!... - myślałem wracając z paczką ze żwaczkami. 
I jak tu nie kochać Uzdrowiska.
W połowie Pięknej Uliczki zadzwoniła Żona.
- Co tak długo?!
- A bo wiele się działo! - Opowiem na miejscu...
Od razu zaczęła się śmiać. 
 
Jeszcze przed II Posiłkiem zacząłem sprzątać dolny apartament. I gdy byłem w połowie pracy, zadzwonił na moją komórkę, którą zostawiłem w domu, a którą odebrała Żona, Ciekawy Sąsiad. 
Kto to był? Otóż to był Pół Polak Pół Francuz Bis. Z Żoną jakiś czas temu stwierdziliśmy, że musi mieć on inną blogową ksywę chociażby ze względu na szacunek dla Pół Polaka Pół Francuza i do niego samego. 
Ciekawy Sąsiad zapraszał mnie, abym zobaczył łuparkę do kłód Bo właśnie łupię drewno i za kilka dni mogę ci pożyczyć, żebyś nie musiał używać klina i młota.  
Wizyta ta wiele mnie nauczyła w ramach poznawania Ciekawego Sąsiada. Otóż przyszedłszy do niego trzeba się liczyć z tym, że tak prędko się nie wyjdzie, co miało miejsce. Bo znowu obgadywaliśmy rzeczy już obgadane, ale teraz pod innym kątem, no i doszły nowe. Skarżyć się nie mogę, bo wszystko nowe i ciekawe. W końcu weszliśmy do jego domu (wszystkie trzy są jego, ale w tym "jego" mieszka) i rozważaliśmy możliwości przeróbki pod kątem wynajmu. Sam zaś przeniósłby się do drewnianego, który poprzednio nam pokazywał, niezwykle klimatycznego, z urokliwą działką. Dziwiliśmy mu się, że jeszcze tego nie zrobił.
Już przy stole Ciekawy Sąsiad mnie zaskoczył pytaniem A chcesz spróbować mojego wina z winogron? I to była druga nauka. Na przyszłość trzeba odmawiać najlepiej wykręcając się Nie mogę, bo zaraz będę jechał samochodem, bo jeśli się nie odmówi, trzeba się liczyć z pewnymi konsekwencjami. Ja nie odmówiłem, a zapomniałem, jak było poprzednio, że on nalewa do dużych kielichów, bez umiaru, aż osiągnie menisk wypukły. Sam, cwaniak, nie pił informując właśnie, że jeszcze dzisiaj będzie jechał  autem. Wypiłem czując, że to nie może się najlepiej skończyć. Bo wcześniej wypiłem piwo. Przed drugim kielichem udało mi się jednak wybronić, bo zasłaniałem się Żoną. A "teściowa" i "żona" w argumentach przemawia do wszystkich. Teściowa uniwersalnie - do każdej płci, żona do mężczyzn.
 
Nie wiem, czy już o tym pisałem, o dwóch przypadkach z "użyciem" teściowej. Raz zawiozłem przeziębioną Teściową rano do lekarza, a po tej wizycie czekały mnie jeszcze zakupy z nią w Biedronce, żeby miała wszystko, czego potrzebuje i już nie wychodziła z domu. A to byłby czasowy koszmar, bo Teściowa robi zakupy powoli, z namysłem mając problem z decyzją, zwłaszcza gdy jest chora. A mnie się jednak spieszyło do pracy.
W oczekiwaniu na wejście do gabinetu spisałem wszystko na kartce i pognałem do Biedronki przykazując, że gdyby wyszła z gabinetu przede mną, to ma na mnie czekać. Wpadłem do sklepu i od razu dopadłem panią, która wyładowywała towar.
- Proszę pani, teściowa jest w kolejce do lekarza, czy pomogłaby mi pani szybko zrobić zakupy - tu pokazałem karteczkę - żebym zdążył wrócić, zanim ona wyjdzie po wizycie, bo będzie afera?!... 
Pani rzuciła wszystko, wzięła karteczkę i w dwie minuty w koszu miałem wszystko, czego potrzebowałem. W przychodni byłem z powrotem, zanim Teściowa wyszła z gabinetu.
 
Innym razem posłużyłem się "teściową", konkretnie Teściową, u szklarza. 
W Szkole mieliśmy taki trudny okres, zanim nastało Nie Nasze Mieszkanie, że, gdy przyjeżdżaliśmy do Metropolii, nie za bardzo mieliśmy gdzie nocować. Oczywiście mogliśmy w hotelach, ale to by nas puściło z torbami pogłębiając i tak trudną sytuację. I tak od słowa do słowa okazało się, że Trzy Siostry Mająca i Konfliktów Unikający mogą ulżyć nam w niedoli i na czas naszego przyjazdu, na dwie, trzy noce, udostępniać pokój Miśka, a jego samego ekspediować do pokoju siostry, Teatralnej.
Ledwo zaczęliśmy pomieszkiwać, a znajomi się rozstali i Konfliktów Unikający się wyprowadził. Stąd, gdy przyjeżdżaliśmy, świadczyłem różne usługi samotnej matce, w tym paliłem w piecu centralnego ogrzewania (na koks) i usuwałem różne awarie i dokonywałem nieawaryjnych napraw, takich różnych zaszłości, do których domownicy byli przyzwyczajeni (jest tak w każdym domu) i dany stan, często prowizorka, im nie przeszkadzała i funkcjonowała latami. Ale nowej twarzy, czyli mnie, to przeszkadzało. 
Jedną z takich rzeczy było nieduże piwniczne okienko, samo w sobie syfiaste, obsypane pyłem węglowym, a przede wszystkim dziurawe z wiszącym kawałkiem szyby. W końcu się za nie zabrałem.
Raniutko, przed pracą, je zdemontowałem, kawałek szyby usunąłem i ramę jako tako oczyściłem. Po czym pognałem do szklarza zakładając, że ponieważ jest to malutka, gówniana robota, po południu okno będzie do odbioru. 
- Przyjdź pan po nie za tydzień. - usłyszałem. Nawet się specjalnie nie zdziwiłem postawie szklarza, bo to taka malutka, gówniana robota, w sumie zawracanie fachowcowi głowy. 
- Proszę pana, ja nie mieszkam w Metropolii (prawda) i przyjeżdżam tutaj do pracy nocując u teściowej (fałsz). - A ta, co nie przyjadę, suszy mi głowę o to okno (fałsz). - Więc dzisiaj się w końcu zmobilizowałem (prawda) i myślałem (prawda), że po południu okno odbiorę, i jeszcze przed dzisiejszym powrotem do domu (fałsz) jej z powrotem zamontuję. 
- Przyjdź pan o szesnastej... 
Okienko było gotowe. Za wszystko zapłaciłem 30 zł. Mówiłem, że to taka malutka, gówniana robota?... 
 
Od Ciekawego Sąsiada wróciłem nawet w formie, chociaż Żona twierdziła, że mi się plącze język. Dałem jeszcze radę skończyć sprzątanie dolnego apartamentu i nawet zjeść II Posiłek. I nawet, już z pewnym pijackim uporem, zatrzymać się chwilę nad onanem sportowym, chociaż Żona zaczęła coś wspominać o moim pójściu na górę i zejściu jej z oczu.
Gdy za chwilę przyszła, buńczucznie deklarowałem chęć oglądania kolejnego odcinka serialu The Newsreader.
- Taaa..., żebyś mi za pięć minut usnął!... - Nie dam się nabrać! - Śpij!
To karnie zasnąłem, ponoć w oka mgnieniu. Żona jeszcze wstawała, schodziła na dół, a ja niczego nie byłem w stanie rejestrować. Normalnie, jak kamień... Cholerny i podstępny Ciekawy Sąsiad! 
 
ŚRODA (22.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.15.
 
W nocy mieliśmy akcję z Pieskiem. Około pierwszej przyszedł do sypialni i popiskiwał. Wyraźnie chciał zejść na dół i do ogrodu. Chciał, ale się zaparł i nie chciał zejść po schodach. Coraz trudniej jest mu się po nich poruszać i chyba trzeba będzie mu górę odciąć. Może być też tak, że ze spaniem przeniesiemy się na dół, żeby Piesek w nocy miał poczucie stada i żeby go nie korciła wycieczka na górę. Bo w tamtą stronę jakoś jeszcze daje radę, ale schodzenie w dół sprawia mu wyraźnie ból.
Żona musiała prosić mnie o pomoc. Wspólnie, ona z przodu, ja z tyłu, jakoś stopień po stopniu Pieska przesuwaliśmy w dół, a sprawa z racji jego gabarytów i masy nie była prosta. W ostatniej 1/3 schodów Piesek, niestety, się wyśliznął i zjechał na dół. Na szczęście nic mu się nie stało. W ogrodzie zrobił siku i kupę, i reszta nocy była spokojna. 
Cała ta sytuacja musiała na nim zrobić spore wrażenie, bo już nie pchał się na górę i resztę nocy spędził na dolnym legowisku bez popiskiwania przy schodach. Zresztą nic by mu to nie dało, bo na pierwszym stopniu Żona wracając założyła klątwę, która skutecznie blokuje przejście. Gdyby jednak popiskiwał sugerując, że chce do nas, musielibyśmy zejść i spać na dole już tej nocy.
A co to jest klątwa, oprócz oczywistego znaczenia? Otóż klątwa to taki zgrabny stojaczek na różne  butelki kupiony na starociach jeszcze w czasach Dzikości Serca. Pełnił on swoją podstawową funkcję w Dzikości Serca, Naszej Wsi i w Wakacyjnej Wsi. Ale już w Tajemniczym Domu nie, z racji dużej i podręcznej spiżarni. Żona wpadła na to, że przy swoich gabarytach i niewielkim ciężarze, łatwo daje się go ustawić na pierwszym dolnym stopniu, żeby, gdy istniała taka konieczność, odciąć Pieskowi drogę na górę. I gdy któregoś razu Robaczki były u nas, Ofelia z refleksem zareagowała na zakusy Pieska, gdy akurat ten nie powinien był iść na górę To może ja założę klątwę? I tak zostało.
Teraz wszyscy mówią Pamiętasz o klątwie?, Założyłeś klątwę?, Załóż klątwę!, Mogę już zdjąć klątwę?, itd. Wiadomo, że pewne określenia i słownictwo dzieci przechodzi na stałe do języka dorosłych, co jest zabawne, często komiczne.
 
Po porannym rozruchu pisałem.
Goście przyjechali o 08.10. Para lat 42-45, bardzo sympatyczna, kontaktowa, miła, bezproblemowa.
Wystartowali do nas o pierwszej w nocy z... Kamienia Pomorskiego. Od razu było o czym rozmawiać, skoro byliśmy tam dwa razy. Wszystko im pasowało.
- O, mamy dach nad głową, gdzie spać!... - Niczego więcej nie potrzeba!... - oboje mówili z entuzjazmem.
Już wcześniej deklarowali, że oni to w zasadzie będą tylko nocować, bo całymi dniami będą się miotać po szeroko pojętej okolicy.
Tym razem, od początku do końca, gości przyjmowałem ja, bo Żona z racji niewyspania i nieprzytomności oraz pilnowania Pieska, bo nie wiadomo było, co wymyśli, gdyby Państwo "zniknęli", nie kwapiła się do wyjścia. Nie wiedziałem, upity przez Ciekawego Sąsiada i śpiąc twardym pijackim snem, że Piesek budził ją jeszcze kilka razy przed tą newralgiczną pierwszą w nocy. 
 
Po I Posiłku pierwszy raz w tym roku skosiłem trawniczek. Mech, jak zwykle w cienistych miejscach się panoszył, więc spróbuję z nim powalczyć i posypać go wapnem. I się zobaczy.
Zaraz potem zabrałem się za cyzelowanie szyb w szklarni. W oczy gryzł mnie taki wąski pasek pokryty glonami wzdłuż szklanej klapy służącej do otwierania i zamykania części dachu, żeby szklarnię wietrzyć lub nie. Wszystko musiałem robić na drabinie przy niezłym wyginaniu ciała, kombinowaniu, jak tu się dostać w trudno dostępne miejsca, żeby przy okazji nie stłuc szyby, nie pokaleczyć się lub nie spaść z drabiny. Udało się dotrwać do końca bez żadnego uszczerbku.
 
Gdy wróciłem do domu, tuż przed 14.00, goście właśnie wyjeżdżali na wycieczkę. Tak późno, bo widocznie musieli trochę odespać. Wrócili po półtorej (półtora - dziennikarze i politycy) godzinie. Czy coś wspominałem o strzeżonym parkingu?...
Zrobiłem sobie relaksacyjną przerwę i pisałem. 
Po II Posiłku wróciłem do szklarni. Żona stwierdziła, że szkoda zasłaniać tak ładnego okienka, półowalnego, usytuowanego w murze oddzielającym szklarnię od dolnego gościnnego ogródka. Wisiała na nim od strony szklarni taka poszarzała płócienna roleta przymocowana na stałe tak, że jej podstawowa funkcja, rolowanie, była zlikwidowana. Zamysł poprzednich właścicieli był widocznie taki, żeby nikt niepowołany z tamtej strony nie zaglądał do szklarni. To było dziwne, bo, po pierwsze, nigdy od dawna, jak wiedzieliśmy, nikogo takiego niepowołanego nie było, a, po drugie, po co było wstawiać w murze tak piękne okienko, żeby je potem zakrywać jakąś brudną szmatą?...
Roletę zdemontowałem, szyby z dwóch stron umyłem i wyczyściłem metalowe obramowania. Zrobiło się pięknie, zwłaszcza że drzwi, obok w murze (można przechodzić przez szklarnię na przestrzał), są w tym samym półokrągłym sznycie co okienko, więc wreszcie oba elementy (emelenty) pięknie kompozycyjnie się uzupełniały. 
A co mi przeszkadza, że goście będą mogli zaglądać do szklarni, chcący czy niechcący? I podziwiać z bliska lub z daleka dorodne krzaki pomidorów obwieszone pięknymi czerwonymi kulami. Z daleka będzie nawet ciekawiej, bo półkolista rama okna stworzy taki piękny obraz, na którym będzie przyjemnie zawiesić oko. Dla gości dodatkowy relaks.
 
Pod wieczór zadzwoniliśmy do Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Specjalnie z telefonowaniem odczekaliśmy, żeby zdążyła po powrocie z pracy odtajać. Okazało się, że była w pracy, czyli w domu. 
- Ale już właśnie wyłączyłam komputer. - Jutro jednak muszę pojechać do pracy, i tak dwa razy w tygodniu... - z głosu jej nie przebijał entuzjazm. 
Potwierdziła to, o czym wcześniej mówił Konfliktów Unikający. Że się nową pracą stresuje, źle sypia po nocach. Wszystko dlatego, że jest ambitna, wielu, wielu rzeczy nie zna, nie umie i musi się ich uczyć, a czasu na oddzielną naukę nie ma, bo przecież od razu dostała obowiązki.
- Na przykład obsługę firm w Wielkiej Brytanii. - Bo ta moja obecna, to jest moloch korporacyjny.
Aż mnie samego ogarnęła zgroza. 
Dopinaliśmy ich przyjazd do nas w pierwszy majowy weekend, w tym roku tzw. długi.
- Może być tak, że w piątek, 1. maja, będę miała dyżur, bo w Wielkiej Brytanii to jest zwyczajny dzień pracy. - Ale chyba nie, bo już się zgłosiła koleżanka, która w to święto chętnie popracuje, żeby w zamian dostać kiedy indziej dzień wolny. - Zbiera je, bo urlop ma jeszcze krótki.
 
Wieczorem obejrzeliśmy w miarę bez sennych przeszkód kolejny odcinek serialu The Newsreader.  Ale po wrażeniach z poprzedniej nocy o 20.00 już spaliśmy.
 
CZWARTEK (23.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Noc upłynęła spokojnie. Piesek spał na dole i nie usiłował wejść na górę, ani nie piszczał. Na wszelki wypadek na pierwszym stopniu schodów była założona klątwa.
Po porannym rozruchu pisałem. 
 
Dość mocno się zdziwiłem, gdy trochę przed siódmą usłyszałem warkot auta. Nie chciałem wierzyć, że to naszych gości. A jednak. Podglądałem ich przez okno (parking strzeżony), jak wyjeżdżali. Oszołomy jedne. Ale uprzedzali, że tak będą robić i codziennie się miotać. Byleby byli zadowoleni. A pogoda do wypadów im sprzyjała.
Najśmieszniejsze w tym moim podglądaniu jest to, że być może zaczęło się ono udzielać Żonie. Bo wczoraj przyznała się, że gdy goście wyjeżdżali, to nawet zgasiła w kuchni taką dyżurną lampę, żeby w razie czego przez zazdroskę na oknie goście tym bardziej nie mogli dostrzec, że są podglądani.
Taka głupotka ma tę cechę, że właśnie potrafi się udzielać. Co z tego, że przez lata Żona krytykowała to moje zachowanie, często na granicy oburzenia Biedni goście! Co sobie pomyślą?! Nigdy do nas nie wrócą!, skoro...
 
Przypomniała mi się taka jedna sytuacja z naszego życia, którą od czasu do czasu wspominamy, przy czym ja ciągle pękam ze śmiechu, z mojego i żoninego, zwłaszcza, zachowania i mechanizmów nim rządzących, a Żona na granicy oburzenia Do dziś nie mogę uwierzyć, że tak idiotycznie się zachowałam! 
Wiele lat temu, w ramach naszego oszołomstwa i miotania się po Polsce, oglądaliśmy kolejną nieruchomość wystawioną na sprzedaż oczywiście wyobrażając sobie A co by było, gdybyśmy tutaj zamieszkali?... Zawsze, gdy miejsce nam się podoba, angażujemy się pozytywnie w rozmowach z właścicielami, a oni te aurę i nadzieję na sprzedaż od razu odbierają. Tak było i tym razem. Oczywiście spotkanie musiało się zakończyć naszym standardowym Rzecz musimy przemyśleć, zastanowić się...Damy znać przy zrozumieniu drugiej strony.
Doświadczenie nam mówiło, że daną nieruchomość należy obejrzeć drugi raz, bo to inne patrzenie, ale przede wszystkim należy obejrzeć drugi raz otoczenie, bo o ile z domem można zrobić wiele, to z otoczeniem będącym poza naszym potencjalnym władaniem, już nie. 
Następnego dnia wybraliśmy się jeszcze raz, piechotą. Był to dość długi spacer, bo nieruchomość leżała na uboczu małego miasteczka, wokół niej nie było żadnych innych zabudowań, co dla nas stanowiło zaletę. Przy pustkach wokoło tak staraliśmy się zachowywać ostrożnie, nie zbliżać się zanadto, żeby właściciele, gdyby byli w domu, nas nie dostrzegli, bo mogłoby wypaść trochę głupawo, zwłaszcza gdyby ponownie chcieli nas "wciągnąć" do środka, zorientowawszy się, że my to my, a poza tym mogłoby to podkreślać nasze nadmierne zainteresowanie i gorszą, późniejszą ewentualnie, naszą pozycję przy negocjacjach cenowych.
 
Udało się, tak nam się wydawało, przemknąć niepostrzeżenie. Wracaliśmy inną drogą niż ta poprzednia (szeroki szutrowy trakt), taką klasyczną polną, wśród pól, widoczni na wiele metrów i zajęci rozmową o tym, co widzieliśmy.
 W pewnym momencie dostrzegłem z daleka jadące naszą drogą auto, które ewidentnie zmierzało w naszą stronę. 
- Ty, to mogą być "nasi" właściciele!... - odezwałem się do Żony od razu spanikowany.
- Tak, już od razu to będą oni! - Żona mnie wyśmiała.
- A kto tędy może jechać do tego jedynego domu?! - Mówię ci, że to oni!
- No i co z tego? - Przejadą i pojadą...
- A jak nas poznają i się zatrzymają? - panika narastała, bo sekundy leciały.
- No i co z tego? - Żona nie dawała za wygraną.
- To po się tak dzisiaj czailiśmy?! - Mieli nie wiedzieć, będą nas nagabywać, z powrotem "wciągną"  nas do siebie!... - Ja się chowam.
Obok, po lewej stronie drogi, za rowem, rosła jedyna, duża kępa różnych krzaków.
- Nie wygłupiaj się! - Jak ty się zachowujesz! - Przecież to idiotyczne!
Wpadłem za rów nie czekając na dalsze żonine wywody i przykucnąłem. Nie minęła sekunda, gdy Żona znalazła się obok mnie. Też przykucnięta.
- Boże, co ja robię?! - Przecież to jest tak idiotyczne, że nie mogę sama sobie uwierzyć! - Dorośli ludzie!... 
Gdy samochód przejechał, odczekaliśmy jeszcze trochę i wyleźliśmy na drogę otrzepując się z listków i ziemi. 
- Mogli nas rozpoznać, bo, że zauważyć to na pewno... - Żona nadal była w szoku.
- Nie ma co nawet do nich dzwonić, bo z nienormalnymi nie będą rozmawiać. - zacząłem. - A nawet gdyby, to co mielibyśmy odpowiedzieć na ich pytania A to państwo schowaliście się tam w rowie?... A dlaczego?...
 
Już o 09.00 poszedłem po kurczaka zagrodowego. Żona namawiała mnie, abym pojechał, ale
- szkoda katalizatora i silnika (diesel), bo na tak krótkiej trasie żadne z nich nie rozgrzałoby się i nie uzyskałoby właściwej temperatury,
- taki energiczny marsz to tylko dla zdrowia,
- z samochodu nie mógłbym przecież poczuć tej pięknej porannej uzdrowiskowej aury, kiedy nie ma jeszcze turystów i kuracjuszy, plączą się nieliczni mieszkańcy, którzy spotykają się w grupkach trzy-, czteroosobowych, pieprzą pogodnie i przekazują sobie najświeższe wieści i plotki oraz blokują przejścia, bo przecież są u siebie, a służby dokazują - dmuchają, wyrywają chwasty, remontują, myją i czyszczą. Aż serce się raduje!... 
 
Po powrocie zadzwoniliśmy z imieninowymi życzeniami do Justusa Wspaniałego. Tak wcześnie, bo wiedzieliśmy, że Lekarka akurat w czwartki jeździ do pracy na 12.00 i wieczorem, po powrocie, nie mielibyśmy sumienia męczyć jej rozmową. Ale i tak słowa z nią nie zamieniliśmy, bo się pindrzyła do pracy, a poza tym zajmowała się kuzynką Justusa Wspaniałego, która przyjechała do nich na kilka dni.
Za to rozmowa z Justusem Wspaniałym była szczególnie sympatyczna.
U nich w sumie nic nowego, oprócz tego, że rośnie, jak szalony, bezlik zieleniny posianej lub posadzonej przez Justusa Wspaniałego. A to jeszcze nie koniec. Ja przy nim, to mały Kazio.
Na długi weekend przyjedzie Syn Lekarki, a oni sami może wybiorą się do nas w czerwcu. Ale to jeszcze odległy termin, żeby ustalać konkrety. 
 
Po I Posiłku pojechaliśmy do City. W Leroy Merlin i w Carrefourze zakupowe drobiazgi załatwiliśmy błyskawicznie i w US byliśmy trochę przed czasem. To miał być kolejny etapik dotyczący rozliczania sprzedaży Pół-Kamieniczki, więc jechaliśmy bezstresowo, bo najważniejsze się przewaliło i pewne decyzje były już za nami, a to dawało ulgę. W związku z tym pobyt był krótki, bardzo sympatyczny i efektywny, bo nasza pani wpadła jeszcze na pewien pomysł, który mógłby ulżyć doli podatnika.
Jego realizacja wymagałaby trochę więcej wysiłku i pracy, ale skoro to miałoby ulżyć... Trzeba będzie trochę jeszcze poszperać w segregatorach i na koncie, żeby odszukać pewne dokumenty i płatności, i będzie... raj. Wyszliśmy zrelaksowani, pełni energii, że aż się chciało żyć. 
 
Wracaliśmy do Uzdrowiska okrężną drogą, via biblioteka.
- Ten pan zadzwonił, że są trzy książki Siembiedy, zwłaszcza ta druga, na którą tyle czekałeś, żeby było po kolei. - Żona się śmiała. 
Oboje wiedzieliśmy, ile to tego pana kosztowało i pękaliśmy ze śmiechu. Żeby tak sam z siebie zadzwonił i wydusił z siebie jedno zdanie?!...
- Może poskutkowała twoja interwencja, że to jest skandal, żeby tak długo książkę przetrzymywać i może do tego kogoś zadzwonił... - Zapewniłam go, że dzisiaj przyjedziemy. - Nie mogłam nie docenić jego, tak wielkiego wysiłku, bo mógłby w przyszłości jeszcze bardziej się w sobie zaciąć i zamknąć. 
Po książki poszła Żona, a ja warowałem w aucie blokując inne, bo na parkingu nie było wolnych miejsc. Wróciła z trzema z daleka się śmiejąc.
- Wiedziałam, że trzy naraz to za dużo, zwłaszcza że teraz czytasz książki kolegi, ale nie mogłam mu odmówić Wie pan, trzy to za dużo. - Bo jak na niego, to tak się postarał, że naprawdę nie mogłam. - Bo mógłby w przyszłości jeszcze bardziej się w sobie zaciąć i zamknąć. 
Świetnie to rozumiałem.
 
Ledwo się rozpakowaliśmy, zadzwonili oglądacze. Zaczyna się. Żona umówiła się z nimi na jutro, na 17.00.
- O, to ja ucieknę na Pilsnera Urquella do Amfiteatralnej. -  Taka pogoda... -  Książka...
- Fajnie masz... - Żona kiwała głową z zazdrością. - Ale co nieco mi przygotujesz w domu?... - Zgodnie z umową.
Potwierdziłem. Żeby tylko nie być w głównej fazie obecności oglądaczy, mogę zrobić wszystko, dodatkowo z perspektywą Pilsnera Urquella, Amfiteatralnej, pogody i książki. 
 
Jeszcze przed II Posiłkiem zabrałem się szklarnię. 
Najpierw gumówką podszlifowałem metalowe drzwi, te w ścianie, bo dół, przy ich otwieraniu i zamykaniu, ocierał o betonowy krawężnik ścieżki. Nie dość, że za każdym razem wydobywał się nieprzyjemny hałas (zgrzyt), to dodatkowo przy zamykaniu musiałem posługiwać się roboczym butem i kopem.
- Ale będziesz miał maskę na twarzy?... - wiedziałem, że Żona o to zapyta, bo przy gumówce pyta zawsze. - Bo tego narzędzia nienawidzę...
Drugim jest piła łańcuchowa. Oba traktuje jako niebezpieczne, i słusznie.
- Będę miał maskę i rękawice... - Nie droczyłem się z nią, bo cierpiała katusze. - Zawsze je zakładam, przy pile też. - uspokajałem wiedząc, że za jakiś czas, gdy znowu tego sprzętu użyję, zapyta o to samo.
Drzwi podszlifowałem tak, że dziecko by je zamknęło. Ale... Ale okazało się, że mimo że metalowe, to z biegiem lat uległy niedużemu przekoszeniu i na samym końcu domykania i tak trzeba użyć buta.       Z tym drobnym felerem nic już nie byłbym w stanie zrobić. Za dużo pracy przy wątpliwym efekcie.
 
Nastał czas na szklenie i uzupełnianie ubytków w pionowych ścianach. Na wykorzystanie mojej kolejnej sprawności, tu klejenia silikonem popękanych szyb. Dla nabycia wprawy zacząłem od styków szyb z metalowymi kątownikami i to w miejscach najmniej widocznych. A po II Posiłku dopiero rozpocząłem jazdę - kleiłem popękane szkło do popękanego szkła bawiąc się w układanie puzzli. Oczywiście kawałków nie dawało się już dopasować do siebie idealnie, na styk. Szyby na łączeniach zachodziły na siebie, sprężynowały. Musiałem więc poprzycinać na wymiar sporo deseczek i zapierać je o siatkę płotu, który delikatnie sprężynował i powodował, że deseczka sensownie dociskała szybę, czyli do szklarni, czyli do wewnątrz. Dość precyzyjna robota, bo większy nacisk skutkowałby jej  pęknięciem i dopiero byłoby zabawnie. Pierwsze kawałki się trzymały.
 
Robotę musiałem przerwać, bo nie dość, że powoli miałem dosyć tej gimnastyki, to jeszcze dzień chciałem zamknąć różnymi drobiazgami. Pierwszy to oczywistość - sprzątanie. Wszystko musiałem schować do wnętrza szklarni na wypadek, gdyby w nocy deszczowi przyszła ochota padać. Potem podlałem trawę pod świerkiem, narąbałem frakcję III, trochę pisałem i dzień można było kończyć. 
Jeszcze tylko przyszedł mail od koleżanki potwierdzający, że Browar Prost został dla nas zarezerwowany na 9. września tego roku, na godzinę 16.00. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
 
PIĄTEK (24.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.35.
 
Już wczoraj postanowiłem, że dzisiaj rano, w trakcie porannego rozruchu, zaczaję się na gości zakładając, że ich dopadnę w okolicach siódmej. Jakież było moje zdziwienie o 06.20, gdy przez okno (parking strzeżony) ujrzałem oboje gotowych do wyjazdu. No, stachanowcy turystyczni, normalnie. Zaskoczyli mnie tym bardziej, że od momentu wstania nie słyszałem charakterystycznych oznak życia z ich apartamentu, chociażby szumu wody w rurach.
Wypadłem więc z nadmiernym impetem, żeby zdążyć, a oni nie spodziewając się tak rano gospodarza, dodatkowo z taką energią, zatrzymali się w pół kroku i stanęli jak wryci. Nie powiem, trochę ich nastraszyłem. 
- Ja przepraszam, że tak z samego rana zaczaiłem się na państwa i napadam, ale...
- Co się stało?! - pani zareagowała natychmiast, jak kobieta, która z racji swojej płci ma zdolność ogarniania całości, jaką by nie była, i kobieta i całość, i umiejętność jednoczesnego sprostania kilku problemom naraz. Swoją postawą dokumentowała, że jest kobietą (pomijam wszystkie inne oczywiste cechy) i że jest gotowa sprostać problemom.
- E, nic, nic... - starałem się ją uspokoić.
- Co takiego zrobiłem?! - prawie równocześnie odezwał się pan. Jako mężczyzna, który z racji swojej płci ma zdolność koncentrowania się na jednym problemie, jaki by nie był, i na niczym innym, od razu przeszedł do konkretu udowadniając, że jest mężczyzną (pomijam wszystkie inne oczywiste cechy) i że jest gotów ten jeden problem rozwiązać.
Tym pytaniem mnie rozśmieszył. Bratnia męska dusza. 
- Nic pan nie zrobił, ale zrobi... 
I wytłumaczyłem, żeby, gdy wrócą, zaparkował auto z 1,5 -2 m dalej, w głąb, Bo późnym wieczorem przyjadą kolejni goście i będzie im łatwiej po nocy wypakować bagaż
- Oczywiście, tak zrobię. - pan natychmiast rozwiązał pojedynczy problem.
- A może by...  - zaczęła pani w dobrej wierze, aby problem ogarnąć i go "rozwiązać", pełna chęci do pomocy, czyli komplikowania rzeczy prościutkiej, która właśnie przed chwilą została rozwiązana.
- Nie kombinujmy! - przerwałem brutalnie.  - Jako były nauczyciel, wiem, że będzie dobrze. - dodałem dla złagodzenia mojej brutalności.
Doświadczenie mi mówiło, że wzmianka o nauczycielu prawie w 100% rozładowuje większe, czy mniejsze napięcie. Bo każdy nauczycieli miał, więc Aaa, nauczyciel... To wszystko tłumaczy. Nie ma co dyskutować!... 
Oboje wybuchnęli śmiechem. Pozostało tylko sobie nawzajem życzyć miłego dnia, bo pogoda była żyletowata. 
 
Z wczorajszych drobiazgów:
- ponieważ dzisiejszy dzień zapowiadał się ciekawie pod względem ilości i różnorodności prac oraz wydarzeń, to postanowiłem wczoraj je spisać na kartce, żeby spokojnie spać. Prac wyszło dziewięć, a wydarzeń dwa. W zestawieniu istotne były prace, bo postanowiłem ambitnie ze wszystkim się wyrobić, a kładąc się do łóżka mam to do siebie, że zaczynam o nich myśleć zamiast się wieczornie relaksować. A dodatkowo w nocy, gdy się budzę, mózg niezależnie ode mnie je mieli na okrągło i tu mógłby zrobić z dziewięciu osiemnaście lub trzydzieści sześć.Wtedy zacząłbym się stresować, że się nie wyrobię, pocić i fatalnie spać. A tak przygotowaną kartkę miałem nawet w trakcie przebudzania się przed oczami (jestem wzrokowcem), widziałem, że prac jest tylko dziewięć i mózg mógł mi wówczas skoczyć, bo nie miał jak dokazywać. Spałem spokojnie.
 
- wieczorem, gdy telefon miałem już wyłączony, przyszedł alert od Kolegi Inżyniera(!). Odczytałem dzisiaj rano. Informował, że tylko w dwóch dniach jest promocja Zatecky'ego, 12+12. Butelka wychodziła po 2,30 zł. Może skorzystam...
 
- przed pójściem na górę Żona zaczęła się jąkać i od razu, zanim zaczęła gadać, przerywała sobie śmiechem. Do propozycji podchodziła kilka razy, bo ciągle ten śmiech. W końcu jej się udało.
- Ja wiem, że to nie przejdzie, ale może ty jutro pospałbyś trochę dłużej... - kończyła śmiechem. 
Spojrzałem na nią tak, że znowu zaczęła się śmiać.
- Jutro?!... - Dłużej?!... - Kiedy jest tyle prac i przychodzą oglądacze!... 
-To może w sobotę?...
- Zobaczymy...
Żona wie, że to moje "zobaczymy" albo "zobaczę" praktycznie oznacza stanowcze "nie". Nie mogę przecież tyle spać w obliczu wiosny i pięknej pogody. Szkoda dnia! A poza tym, jeśli śpię codziennie po 8-9 godzin, to chyba bardzo dobrze? Nie mogłem jednak nie docenić troski Żony. Fakt, że to dostrzegłem, będę musiał jakoś wyartykułować.
 
A dzisiaj już o 04.14 napisał Po Morzach Pływający. 
Właśnie wschodzi słońce nad południową Norwegią. Kolejny słoneczny dzień nadchodzi.
We środę rano rzuciliśmy " żelazko" i czekamy na ładunek. Gdzie nas rzucą trudno powiedzieć, ale na razie korzystamy z postoju nadrabiając zaległości w pracach pokładowych ...
Miłego dnia
PMP 
(pis. oryg.)
 
Po wszystkich porannych ekscesach pisałem. A potem ostro zabrałem się do roboty:
- pojechałem do hurtowni po silikon przezroczysty (po polsku - transparentny). Przezornie kupiłem dwa, najtańsze, bo po co mi były dwa razy droższe z funkcją antybakteryjną i antygrzybiczną?... Wczoraj ocknąłem się przy pierwszych klejeniach szyb, że mam sporo silikonu, ale białego i brązowego, a przezroczystego resztki. Biały tutaj nie nadawał się do niczego, a dla aż czterech tubek brązowego, który został po remontach oraz dla przezroczystego widziałem szerokie zastosowanie, 
- przygotowałem Żonie dwie konewki biohumusu, bo ma fazę, i słusznie, na podlewanie rosnących jak głupie piwonii, 
- gwałtem zabrałem się za sprzątanie górnego apartamentu,
- i z rozpędu, bo cały sprzęt był pod ręką, wysprzątałem naszą górę. To pod kątem oglądaczy,
- pod tym samym kątem i pod kątem Żony wytrzepałem wszystkie dolne dywaniki. Od razu na początku, ledwo dotknąłem pierwszego, usłyszałem A może nie trzeba?... Powiedziane w dobrej wierze, bo widziała, że jestem trochę zmęczony, ale... Jak ja takie numery kocham. Najpierw bardzo trzeba, a potem może nie... Zaplanowane do zrobienia, więc święte,  
- też pod kątem oglądaczy wysprzątałem biurko z bezładnie porozrzucanych papierów,
- dwie godziny spędziłem w szklarni i to był jedyny moment dający mi przyjemność z pracy,
- ostatnią przyjemnością było odgruzowanie się na 60%. 
 
Po II Posiłku mogłem z Tajemniczego Domu znikać. Jak zwykle w takich razach zrobiłem to chętnie, ale tym razem towarzyszyło mi niezrozumiałe, niczym nieuzasadnione zdenerwowanie.
Godzinę spędziłem w Amfiteatralnej przy Pilsnerze Urquellu i książce. I, gdy właśnie zbierałem się do wyjścia, ale nie do powrotu, zadzwoniła Żona z informacją Fajnie byłoby, gdybyś już przyszedł.
Odwiedziła nas para, on lat 46 (wypytałem), ona znacznie młodsza (nie pytałem), ale już nie podfruwajka. Oboje sympatyczni. Przyszli z dwuletnim golden retrieverem, niezwykle pogodnym i przyjacielskim. Skoro go wyklepałem i wymyziałem, musiał zapałać sympatią, bo zachowywał się w stosunku do mnie tak, jak do swoich Państwa. Pomijam tutaj jego pchanie się na mój fotel i bezceremonialne wtykanie mi pod nos paszczy ze swoim hecnym nosem, ale, gdy uznawał, że mu się nudzi i czas byłby już opuścić ten dom, brał delikatnie w paszczę kilka moich palców (nigdy całej ręki) i prowadził do wyjścia. Boki zrywać.
Para od pół roku mieszka w Uzdrowisku, a jego rodzice kombinują, aby zrobić tak samo. Stąd oglądacz oglądał wszystko, niczego nie pomijał i robił to dokładnie. Musiał zdać relację rodzicom, szczególnie ojcu, którzy, być może przyjadą oglądać za dwa-trzy tygodnie.
Para nie mogła zebrać się do wyjścia Bo tak się miło z państwem siedzi i rozmawia, ale chyba w ostatecznej decyzji pomógł golden retrevier, który po kilku nieudanych próbach i oporach pani skutecznie wziął ją za rękę i wyprowadził do drzwi. Wszyscy pękali ze śmiechu. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek The Newsreader. Z przerwą pod jego koniec. Goście na górę zapowiadali się na 21.30-22.00, ale udało im się dotrzeć o 20.30. Zszedłem przed dom i powitałem trójkę, małżeństwo i ich koleżankę, oraz sunię, sporej wielkości, która na mój widok zareagowała agresją, szczekaniem i pokazywaniem kłów.
- Nie lubi mężczyzn... - wyjaśniła pani. - Wzięliśmy ją ze schroniska, widocznie jest po przejściach.
Do suni nabrałem respektu i w trakcie oprowadzania i wyjaśniania musiałem uwzględniać jej obecność i logistycznie tak planować, żeby się z nią rozmijać w bezpiecznej odległości, skoro byłem mężczyzną. 
Gdy już goście zaczęli się wprowadzać i zagospodarowywać, na odchodnym, w drzwiach, nie mogłem się oprzeć swojej kompulsywnej ciekawości i zapytałem małżeństwo (koleżanka wtedy musiała być w łazience i całe szczęście): 
- A ta pani, to jest mama pana czy pani?
- Ani to, ani to. - odpowiedziała pani - To moja koleżanka.
Szybko powiedziałem "dobranoc".  
 
- Ty to potrafisz... - skomentowała na dobranoc Żona, gdy zdałem jej relację.
Niestety, musiałem się z nią zgodzić. Czasami, jak palnę...
Od razu wróciła sytuacja z orlenowskiej stacji paliwowej w Powiecie. W pewnym momencie wśród obsługi pojawiło się młode dziewczę, lat około dwudziestu, nieśmiałe i milczące, to znaczy mówiące tyle, co potrzeba przy obsłudze klienta i przy dukaniu promocyjnych haseł i ani słowa więcej.
Minął jakiś rok, więc któregoś razu poczułem się upoważniony do miłego i życzliwego zapytania widząc, że wyraźnie na twarzy się zaokrągliła i lekko przytyła.
- A który to miesiąc?
- Ale  ja nie jestem w ciąży... - momentalnie się zaczerwieniła, być może też dlatego, że wydobyła z siebie tyle ponadnormatywnych słów. 
Błyskawicznie zapłaciłem coś gadając pod nosem i wyszedłem ze stacji, jak niepyszny.
Po jakimś czasie pani zniknęła, już tam nie pracowała. Może jednak ta ciąża?... 
 
SOBOTA (25.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
A chciałem o 06.30.
Po porannym rozruchu oddałem się onanowi sportowemu.
Goście z dołu wyjechali o 06.50 (parking strzeżony). A ci z góry o 09.00, czym nas zaskoczyli, bo obstawialiśmy, że z racji późnego przyjazdu będą odsypiać. Poza tym do przyjazdu do Uzdrowiska byli zupełnie nieprzygotowani, zadawali wczoraj takie pytania z kapelusza, wiec tak trochę średni turyści. Ale jednak. Okazało się, że turystycznie sroce spod ogona nie wyskoczyli.
Po onanie pisałem, a potem z przyjemnością poszedłem w Uzdrowisko.
- Widzę, że masz ochotę...  Żona się śmiała. Martwiła się tylko, że jest wiatr i Czy dasz radę? 
- Widzę, ze zachowujesz się, jak te rządowe alerty! - nie wytrzymałem. - Uwaga, dzisiaj będą padały deszcze! Nie zbliżaj się do rzek i zbiorników wody! Zastosuj się do poleceń służb!, albo W nocy z... na... i cały następny dzień będą silne wiatry! Unikaj przebywania pod drzewami!, albo W dniach... przewidywane są poranne i wieczorne mgły! Kierowco, jeśli nie musisz, zrezygnuj z podróży!, itd, kurwa, itd!
Na każdym kroku starają się z ludzi zrobić bezwolnych idiotów chyba tylko po to, żeby było łatwiej nimi sterować.
Naigrywałem się. To Żonie unaoczniło komizm sytuacji z powodu chuchania na mężczyznę w sile wieku, który w swoim życiu spotkał się z wieloma wiatrami, nomen omen, deszczami, burzami, zawiejami i zamieciami, mgłami, upałami i z tym wszystkim, w którym człowiek w naturalny sposób przebywa, czyli w swoim środowisku, w przyrodzie.
Odebrałem paczkę i zrobiłem Żonie niespodziankę kupując kawałek ligawy, na tatara, na trzy śniadania. Uwielbia! Ludzi nie było prawie wcale, bo... wiało. Normalne pustki, choć to weekend. Alert musiał wystraszyć, zwłaszcza starych dziadów! 
 
Po I Posiłku zabrałem się za życie:
- nastawiłem pranie,
- dwa razy podlałem trawę pod świerkiem, 
- znowu uzupełniałem szklane ubytki w szklarni,
- pisałem mail do koleżanek i kolegów. To mi zajęło sporo czasu, bo sprawa była poważna, a mail długi. 
W planie miałem jeszcze rąbanie kłód i pójście na basen (dawno nie byłem), ale nie starczyło dnia.   
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader, ostatni sezonu drugiego.
 
NIEDZIELA (26.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.20.
 
A planowałem o 06.00. 
Goście z dołu wyjechali o pierwszej w nocy. Tak mają i lubią Bo wtedy nie ma ruchu... Do nas też wyruszyli o takiej samej porze. Klucze wrzucili do skrzynki. Niczego nie słyszeliśmy.
Po porannym rozruchu sporo siedziałem nad onanem sportowym, a potem pisałem. 
We wszystkim przeszkadzało dymienie z kuchni. Wiadomo, nieprzyjemne. W końcu przestało. Zrzuciłem to na barki podejrzanej kłody, którą wrzuciłem, ale wiedziałem też, że chyba czas na czyszczenie rur. Stąd dalej nie dorzucaliśmy, żeby wygasić i żeby jeszcze dzisiaj je wyczyścić.
"Dzisiaj" było o tyle istotne, że, pomijając komfort popołudniowej pracy, należało brać pod uwagę Pieska. On, gdy tylko ujrzy pana z drabiną, albo usłyszy szczęk jej podłużnic, natychmiast spokojnie  ewakuuje się na górę. Ale od  pewnego czasu drogę tam ma zablokowaną klątwą i co wtedy biedny Piesek miałby robić?... Zwłaszcza rano, gdyby pan mu się tłukł pod nosem. Żony przekonywać nie trzeba było.
 
Po I Posiłku ostatni raz udałem się do szklarni, aby zamknąć temat szklenia. Postanowiłem jednak pewnym dziurom nie odpuścić, tym, których nie było widać od wewnątrz, ale kłuły moje oczy na zewnątrz, mimo że tam przecież, na granicy z posesją starszej pani, nikt nie zaglądał, nawet ja rzadko, gdy trzeba było wyhaczkować chwasty. Ale ta świadomość...
Zapas rozbitych szklanych kawałków się skończył, więc musiałem z posiadanych tafli szkło przycinać. 
Ciąłem pierwszy raz po 41. latach, gdy wówczas szkliłem ubytki na dachu i po bokach szklarni na 600 krzaków pomidorów. Szło całkiem nieźle, nawet dorzuciłem sobie roboty, bo jednak nad niby nieistotnymi ubytkami szklanymi nie mogłem przejść obojętnie. Zrobiłem tak, jak chciałem, w tym sensie, że niczego w kwestii szklenia już więcej wymyślić nie mogłem. No chyba, że w kwestii szklenia dupy. Całą kilkudniową pracę oceniłem na dobry.
Jakby mi było mało tej gimnastyki, którą wyraźnie odczuwałem w plecach i... pośladkach, po powrocie do domu nagle mnie coś naszło i wysprzątałem schowek w Salonie. Cały przejrzał. A co, k...a, miał nie przejrzeć?!
 
Na dworze było pięknie, więc Żona zasugerowała spacer do Zdroju. Odmówiłem, bo nie czułem się na siłach. Ale po pół godzinnie zregenerowałem się na tyle, że chętnie przystałem na propozycję. Oczywiście nie żałowałem. Bo jak tu żałować, gdy jest się w takim towarzystwie, przy pięknej pogodzie i przy dwóch gałkach lodów kupionych w Stylowej i wyniesionych przed nią na skwer z morzem kwitnących tulipanów.
 
Gdy wróciliśmy, zrobiliśmy akcję z rurami. Pani z Pieskiem się ewakuowała do dolnego apartamentu, a ja mogłem dymić i hałasować - wnosić drabinę, szczękać nią i się tłuc, włazić na górę, demontować, nosić do ogrodu i rury czyścić, z powrotem montować, odkurzać wszystko wokół i na koniec kontrolnie rozpalić. Gdy było po wszystkim, Pieskowi nawet nie zaświtało w głowie, aby opuszczać tak kameralne, przytulne i daleko położone od Pana miejsce. Za jakiś czas trzeba było Pieska wywabić i Żona posłużyła się sobą (Pan odpadał) oraz smaczkiem. Było po akcji. Rury nie były tak zabite, jak poprzednio, ale jednak wyraźnie wymagały czyszczenia. Do końca sezonu będzie spokój.
 
Po wieczór podlałem trawnik i ziemię w szklarni w trosce o rozwój mikroflory. I żeby łagodnie przejść w tryb udawania się na górę i żeby odpocząć, chwilę posiedziałem nad onanem sportowym.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader, pierwszy sezonu trzeciego, ostatniego.
I przyszedł sms od Rubieżan. Zameldowali się właśnie w Kazimierzu Dolnym. Tedy do działania... 
 
PONIEDZIAŁEK (27.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
A planowałem o 06.30.
Po szybszym, niż zwykle, porannym rozruchu (kuchnię miałem wczoraj przygotowaną) siadłem z Blogowymi przy onanie sportowym.
A potem pisałem.
 
Czternaście lat temu Krajowe Grono Szyderców, wówczas jeszcze Zagraniczne, brało ślub. Odbył się, tak jak i wesele, w Metropolii. Ślub był cywilny, udzielany przez urzędnika stanu cywilnego na miejscu, w hotelu, a raczej w jego ogrodzie. Jak na amerykańskich filmach. A samo wesele, o którym pisałem, było niezwykłe, bo paczworkowe do kwadratu, o wielkim przekroju wiekowym, na którym wszyscy doskonale się bawili. Młodzi do samego rana, gdy wapno poszło już spać.
Z rana złożyliśmy im życzenia. Dziękując poinformowali, że właśnie idą na uroczyste śniadanie, bo oboje załatwili sobie dzisiaj przyjście do prac na 10.00. Jak mądrze... 
 
Goście wyjechali przed ósmą (parking strzeżony). Po wczorajszej relacji pana (okazją była nasza poranna propozycja, aby, gdy wrócą, już parkował na płaskim, jeśli chce) i jego zachwytach nad naszym miejscem, Uzdrowiskiem i Kotliną Citizańską, było widać, że stali się stachanowcami. Wyraźnie paliło im się pod turystycznymi tyłkami, bo czas gwałtownie przyspieszył, jutro wyjazd, a do zwiedzania moc.
- Mógłbym tutaj, w Uzdrowisku, zamieszkać. - skomentował pan, który dokładnie opowiadał, gdzie byli, co zobaczyli I tak mało mamy czasu!...
- We wtorek, w dniu państwa wyjazdu, możecie być państwo do 14.00. - zaproponowaliśmy.
Bardzo to docenił.
- O, to my jeszcze pochodzimy sobie po Uzdrowisku, bo jest piękne, a poznaliśmy je dość pobieżnie. 
 
W trakcie I Posiłku skończyłem czytać pierwszą książkę kolegi ze studiów, po czym pisałem doprowadzając wreszcie stan wpisu do oczekiwanego - "na bieżąco". Dało mi to wiele ulgi. Z tym większą przyjemnością zabrałem się do prac:
- zmiotłem ze ścieżek ogrodowych kolejny bezlik igieł,
- rozwaliłem sporą liczbę kłód, ale z umiarem, i narąbałem frakcję III, 
- zatkałem deseczką dziurę w boazeryjnej obudowie nośnej belki, bo na tarasie straszyła, po czym ją pomalowałem, jak i okolice, 
- z drewnianej części głównej tarasowej ściany wykręciłem sporą garść wkrętów, które w tamtym roku podtrzymywały gałęzie czarnej winorośli. W tym roku gałęziom nie przyjdzie do głowy rosnąć w tych samych miejscach i piąć się w taki sam sposób, a mnie z kolei nie uśmiecha się wkręcać od nowa wkręty, bo za chwilę z boazeryjnej ściany zostanie sito. Będę musiał na stałe przymocować jakąś zgrabną kratownicę i wtedy co roku będzie mi obojętne, jak winorośl zechce sobie rosnąć. Zawsze daną gałąź owinę wokół jakiegoś elementu (emelentu) kratownicy i wkręty nie będą potrzebne.
 
Była piękna pogoda, więc znowu we dwoje poszliśmy na spacer do Zdroju. Mimo zwykłego  poniedziałku było sporo ludzi.
W trakcie zadzwoniła Trzeźwo Na Życie Patrząca. Potwierdziła, że w piątek, 1 Maja, przyjadą do nas.  I zaczęła dopytywać o grilla. Dzisiaj, gdy byliśmy z Żoną w ogrodzie, taka sama myśl musiała wpaść nam do głów. Tedy trzeba zrobić trochę wcześniej stosowne zapasy, bo potem sklepy będą świecić pustkami. Po powrocie:
- Żona od razu zabrała się za internetowe sklepy, 
- przyszedł pierwszy meldunek od Rubieżan ze spotkania w umówionym hotelu i pierwsze wrażenia.
 
Po II Posiłku następowała zwyczajna poniedziałkowa schyłkowość. Dopinaliśmy dzień szykując się na górę.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił pięć razy i wysłał jednego smsa zgodnie z nową taktyką.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 18.21.
 
I cytat tygodnia:
Nic tak nie cieszy jak chwila, gdy do ciebie strzelają bez rezultatu. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych). 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

20.04.2026 - pn - dzień publikacji 
Mam 75 lat i 138 dni.
 
WTOREK (14.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu zabrałem się za cyzelowanie, a potem za pisanie. Byłem sporo nieprzytomny, chociaż w porównaniu do wczorajszej nocy czułem się wyspany (spałbym dalej), więc zastanawiałem się, jakie będą efekty tych dwóch czynności.
 
W niedzielę, 12.04, wstałem o 05.40.
Po porannym rozruchu długo siedziałem nad onanem sportowym. A potem zacząłem się szykować do wyjazdu. Uzupełniłem zapasy drewna we wszystkich frakcjach, spakowałem się i odgruzowałem na 65%.
Jakoś tak niefrasobliwie ociągałem się z wyjściem na dworzec, guzdrałem się, więc gdy wyszedłem, od razu narzuciłem sobie ostry marsz. Za 20 minut byłem na dworcu, cały mokry. Do odjazdu zostały trzy. Operacja wojskowa! Przez dobre pół godziny nieprzyjemnie parowało ze mnie, w końcu udało mi "się wysuszyć". Pociąg wyjechał i przyjechał do Metropolii mega(!) punktualnie.
 
Do następnego wsiadłem z kawą na wynos, bo na przesiadkę miałem tylko 20 minut. Ten również wyjechał mega(!) punktualnie tak, że zacząłem czuć się nieswojo. Ale za chwilę wszystko wróciło do normy w postaci miłych, starych wspomnień, które dobrze mi robiły. Pojazd cofnął mnie do rzeczywistości sprzed trzydziestu lat. Było i tak miło, bo przecież jednak nie mogłem oczekiwać, że  znajdę się w latach osiemdziesiątych lub sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Do tych jeżdżących obecnie na trasie Uzdrowisko - Metropolia i dalej, na przykład, do Rodzinnego Miasta, jestem już przyzwyczajony, żeby nie powiedzieć, że nasze "wojewódzkie" koleje mnie rozbestwiły. Wszystko pachnie świeżością i czystością, kłuje w oczy nowością, informacje o kolejnych stacjach, godzinach przyjazdu i odjazdu oraz o całej trasie rzucają się w oczy czerwonymi dużymi literami i cyframi, pociąg sunie po torach gładko niczym TGV i wszystko działa - ogrzewanie, gniazdka zwykłe i USB... Że też doczekałem.
Donosiłem Żonie o moim obecnym składzie:
- Fajnie trzeszczy, skrzypi i rzuca po siedzeniu. Tak, że człowiek od razu wie, że jedzie, że podróżuje. Aż się można wzruszyć. A przy starcie i ruszaniu fajnie szarpie. (...) Właśnie szarpnął z kolejnej stacji...
Nie pisałem o fakcie, że w zasadzie jest czysto, ale taką czystością, jak przy mojej menelowej świętej kurtce. Co z tego, że założę ją i paraduję w niej zaraz po wypraniu, skoro i tak nic już jej w tym względzie  nie pomoże. To znaczy w wyglądzie, bo swoje podstawowe funkcje spełnia bez zarzutu. Trzyma ciepło, jest wiatroodporna i wytrzymała na wszelkie siły tarcia przy trudnych i ciężkich pracach. Przez lata nie zrobiła się w niej ani jedna dziurka, nie wystrzępił się żaden kawałek materiału i nie puścił żaden szew.
 
Starałem się czytać, ale nic dziwnego, że moją uwagę przykuła młoda dziewczyna (18 lat, ale równie dobrze 25), skoro wzrok latał mi przy szarpaniu przed czytanym tekstem. W zasadzie czytałem w tych interwałach, w których pociąg sunął w miarę gładko, by porzucić rozrywkę przy pierwszym szarpnięciu szybko się nauczywszy, że teraz nastąpi kolejny jego okres. Takie zdolności przystosowawcze wyniesione z komuny. 
Dziewczyna siedziała dwa rzędy dalej, po skosie względem mnie, więc miałem ją idealnie"na widelcu". Naprzeciw niej, tyłem do mnie i zasłonięty siedzeniem, wyraźnie ktoś siedział, ale wtedy nie mogłem wiedzieć, że to jej chłopak, co we właściwym momencie wprowadziło mnie w spore zdziwienie i zaskoczenie. 
Była takim drobiażdżkiem, chudziną saute o nijakich, prostych, myszowatych i długich włosach, które dodatkowo podkreślały w niej to, co najbardziej przykuło mój wzrok. Twarz. Biała, szczupła i pociągła, o wąskich ustach. A na niej wdrukowany już chyba na stałe taki boleściwy grymas, na widok którego odchodziła ochota do życia, przynajmniej u mnie. Wyglądała, jakby właśnie tuż przed agonią zdjęto ją z krzyża. Patrzyłem zachłannie starając się robić to dyskretnie udając, że czytam nawet w momentach szarpania i zastanawiałem się Jak ona dotarła do pociągu? A może cierpi, a ja...
Raczej to moje kamuflowane natręctwo było zbędne, bo dziewczyna klasycznie przykuła się do smartfona. Raz nawet wprowadziła mnie w zdumienie, bo się wykrzywiła, co zinterpretowałem jako uśmiech.
Drugi raz dałem się zaskoczyć, gdy jej facet przesiadł się obok niej i mogłem zobaczyć go w pełnej krasie. Jednak lat jakieś 25, wysoki, przystojny, interesujący, naturalny w sposobie bycia, man w każdym calu w dobrym tego słowa znaczeniu. Też tkwił przykuty do smartfona. Ona zaś swojego odłożyła, przytuliła się do niego i złożyła głowę na jego ramieniu. No, tu już wzroku oderwać nie mogłem absolutnie. Bo czułem się niczym Caravaggio. Całą scenę widziałem w ciemnościach, oczywiście, ale z widocznymi szczegółami, oczywiście, zaś jedyną białą plamą, za pomocą której artysta wydobywał bezmiar cierpienia i udręki, miała być jej twarz. Żeby było łatwiej zrozumieć, to uzmysłowię, że w tym momencie twarz ta skojarzyła mi się z Danuśką z Krzyżaków. Też taka blada, delikatna, cierpiąca, na granicy życia i śmierci. W kontraście do niej w cieniach tkwiła postać silnego mężczyzny jako wyraz opoki, ochrony ulatującego życia.
 
Pociąg dostarczał mi też innej rozrywki. Z głośników (tablic świetlnych nie było) co jakiś czas padały informacje o kolejnej stacji, ku wygodzie podróżnych. Myk był jednak taki, że zapowiedzi zawsze padały w apogeum zgrzytania, piszczenia, skrzypienia, stukania i szarpania. To ostanie akurat tutaj nie miało znaczenia. Trzeba więc było domyślać się ze strzępków dolatujących sylab i zakończeń słów, co zapowiedź miała na myśli. Robiłem to bez problemów, jak, zdaje się, cała reszta podróżnych, która, tak ja ja, znała te trasę na pamięć. Gdy pociąg się rozpędził i wchodził w miarę gładko w tryb "ciszy", było już dawno po zapowiedzi.
 
Gdy myślałem, że z dziewczyną rozstałem się już na dobre, los zrządził inaczej. Jej partner przeniósł się z powrotem na poprzednie miejsce, a ona wróciła do smartfona. Ku swojej wygodzie lewą stopę oparła na podłodze, a prawą złożyła na siedzeniu. W bucie oczywiście. Miała wtedy podkurczoną nogę w kolanie i na takiej podpórce mogła sobie złożyć smartfona, ciężkiego przecież. Podpórka stabilna, odległość dobrego widzenia optymalna, udo amortyzowało wstrząsy i zachowywało się niczym żyroskop. Same plusy.
Zgodzić się z tym nie mogłem i podszedłem do dziewczyny. W połowie mojej "tyrady", zdziwiona, zdjęła słuchawki.  
- Przepraszam, ale wydaje mi się, że to nie jest najwłaściwsze, aby brudzić siedzenia butami...                - zawiesiłem głos. 
Moja interwencja powoli docierała do niej może przez fakt, że usłyszała tylko drugą połowę, a może dodatkowo przez wyrafinowanie wypowiedzi w stylu angielskim, raczej w Polsce niespotykanym.
- Ok... - odparła jednak trochę zaskoczona, tonem bez emocji w żadną stronę, takim anemicznym, co mnie zupełnie nie zaskoczyło. I stopę zdjęła.
Facet obok zwiększył tylko czujność, ale do końca się nie odezwał. Nabił tym u mnie plusów. 
 
Gdy zbliżaliśmy się do Podciąć Sobie Żyły, zadzwonił Brat. Z pewną irytacją oczekiwałem pytania Gdzie jesteś? albo O której będziesz?, a tu nic z tego. 
- Bracie, a ten twój pociąg to jest taki żółto-niebieski?... - Bo akurat stoję przed szlabanem i taki właśnie przejechał.
Uśmialiśmy się. Pociąg przyjechał mega(!) punktualnie. Brat czekał na mnie na dworcu.
- Powiemy wszystkim, że wpadłem do Uzdrowiska i stamtąd cię zabrałem.
Aferzysta niczym ja. A mnie dwa razy nie trzeba było powtarzać.
W domu kupili wszyscy, a za chwilę trzeba było prostować, żeby nie wyszło głupio, bo obecni wzięli to poważnie. 
 
Sumarycznie było z domownikami dziesięć osób. Oprócz nich ja i Brat, Partner Byłej Bratowej, młodsza córka Siatkarza, jego kuzynka z córeczką (matka chrzestna solenizanta) i jego ojciec. Katolicka rodzina, a jaki miły paczwork. Można?!...
Tym razem cateringu nie było, główne danie przygotowali gospodarze. Ale już tort z okazji 7. lat Syna Bratanicy był zamówiony. 
To jest takie towarzystwo, że przez cały czas musi być włączony telewizor. Ale nie na jakichś bzdetach -wiadomościach, programach społecznościowych, czy głupich "kabaretach". Bo film, czy serial, to z oczywistych względów nikomu do głowy nie przychodzi. W tym domu sport traktuje się śmiertelnie poważnie, jak oczywistą oczywistość, więc lecą wszelkie transmisje piłkarskie, siatkarskie, rzadziej inne. I wokół tego toczy się całe życie towarzyskie, gadki, często zupełnie odbiegające od tego, co widać na ekranie. Przy czym w tym wszystkim najlepsza jest tolerancja. Więc nikt w żadnym momencie i żadnym słowem czy gestem nie oburza się, że ktoś zupełnie nie udziela się towarzysko, tylko całkowicie tkwi zatopiony w sportowej transmisji. Co więcej, nikt się nie oburza, gdy od tego "niezatopionego", w towarzystwie, padają niewybredne komentarze albo częste wybuchy. Inni wykazują chwilowe zainteresowanie i "przechodzą" do transmisji, albo, za chwilę, wracają do przerwanych tematów. Zawsze to tam lubię i podziwiam.
 
Najpierw był więc mecz I Ligi, a po sporej przerwie miał być kolejny, w której grała Ukochana Drużyna Brata (ale już od dawna też Bratanicy i całkiem świeżo jej syna). Była więc wystarczająca chwila, aby rozegrać tradycyjny turniej strzelania na bramkę, taką malutką, którą Syn Bratanicy dostał na pierwsze urodziny. Piłeczka zawsze jest taka sama, średnicy około 10. cm. 
Rywalizacja między mną a Bratanicą stała się już taką swoistą tradycją. Jako dwudziestokilkuletnia dziewczyna, już kobieta i matka, nie mogła zrozumieć, że dostaje od stryja (Wujcia) baty, ona młoda i sportsmenka. Rozgrywaliśmy strzelanie na przemian, do dziesięciu, ale trybem rzutów karnych, więc często wynik rozstrzygał się znacznie wcześniej. Mecze rozgrywane były do dwóch zwycięskich turniejów. Wygrywałem 2:0, bardzo rzadko 2:1. Bratanica nigdy. I tak co moją wizytę. Wiedziałem, dlaczego tak się dzieje i to jej nawet tłumaczyłem. Siadała jej psychika.
Tak było do ubiegłego roku, kiedy to rozbiła mnie w pył. Trzy mecze po 2:0. I tak było dzisiaj. Jej psychika wyraźnie się wzmocniła i było to widać po jej zachowaniu, sposobie strzelania i nieprzejmowaniu się chwilowym niepowodzeniem. A u mnie analogicznie odwrotnie. Ale nie z psychiką, tylko z umiejętnościami. Dziad stary!
 
Bratanica gra w... męskiej drużynie siatkarskiej, razem z Siatkarzem, w trzeciej lidze, na pozycji... libero. I wymiata. Ostatnio na poważnych zawodach w innym województwie otrzymała dyplom i puchar dla najlepszego libero zawodów. Pokazała mi kilka filmików z różnych meczów i jej akcji oraz z tego ostatniego turnieju, w którym jej nazwisko było wywołane.
Zaczęła mi od jakiegoś czasu imponować. Zajmuje się dzieckiem i domem. Pracuje i trenuje.                Z Siatkarzem i ich synem cztery razy w tygodniu jeździ na treningi. Nic dziwnego, że łepek umie już piłkę przyjmować i serwować. I gra w nożną. Ciekawe u niego jest to, że jest ewidentnie lewonożny, ale pisze prawą ręką. No i Bratanica jest na czwartym roku studiów.
- Miałam w tamtym semestrze średnią 4,6. - pochwaliła się.
Przy czym, czy się chwali, czy coś istotnego opowiada, czy też przeżywa jakieś wydarzenie sportowe, zawsze to robi w sposób wyważony, bez ochów i achów, wydawałoby się bez emocji, co oczywiście nie jest prawdą. A mniej więcej do18 roku życia była pod każdym względem energetycznym diabłem wcielonym i przy każdym spotkaniu fizycznie potrafiła mnie wykończyć. A przecież byłem o 20 lat młodszy.
Dodatkowo z niczego nie robi problemów i przyjmuje sprawy, czyli życie takimi, jakimi są. Co nie oznacza, że nie walczy. Ale wyłącznie w sprawach naprawdę ważnych. Na drobiazgach, różnych obiektywnych niemożliwościach się nie spala. Zmieniła się niesamowicie. I ku mojemu zaskoczeniu całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że jest rodzinna.
Nic, tylko podziwiać!... 
 
Wygrane z Bratem i z Synem Bratanicy nie dały mi już takiej satysfakcji. Pod koniec meczu Ukochanej Drużyny Brata (na wyjeździe wygrała 2:1) Syn Bratanicy zaskoczył mnie pytaniem A zagramy w szachy? Pomijając fakt, że go o tę umiejętność, a przede wszystkim chęci, nie podejrzewałem, to jeszcze rozbawił mnie swoim założeniem, że przecież wiadomo, że wujek w szachy gra. 
- A ty umiesz?
- Tak - odparł z pewnością siedmiolatka, dodatkowo z pewnością swojego charakteru. - Tato mnie nauczył. 
- To układaj.
- Dobrze, ale ja gram białymi! - zareagował zgodnie ze swoim charakterem.
- Będzie losowanie i zagrasz tymi, które wylosujesz. - zakomunikowałem.
Zgodził się tylko dlatego, co potem wyszło, że nie za bardzo wiedział, co to losowanie i jakie konsekwencje z niego wypływają. 
Wylosował czarne, mimo że wszyscy wokół radzili mu, aby klepnął dokładnie w drugą moją rękę. Wiadomo, zrobił to z czystej przekory.
- To grasz czarnymi... - bezwzględnie poinformowałem.
- Nie, gram białymi!
- Wylosowałeś czarne, więc grasz czarnymi. - Koniec kropka i nie ma żadnej dyskusji!
- To ja nie gram! - poszedł w szantaż.
- To nie graj! 
Rzucił wszystko i uciekł do swojego pokoju. 
- Ja go uczę... - wyjaśniał  Siatkarz - ... a on sam proponuje Może zagramy? i się pcha. - Ale rzeczywiście cały czas gra białymi. 
Przedyskutowaliśmy temat, że od początku powinien być uczony zasad prawidłowo, a poza tym, co najważniejsze, żeby uczyć go też przegrywać, żeby zobaczył, że może być i tak, i tak. Zwłaszcza u chłopaka, zwłaszcza u niego, skoro po rodzicach ma ochotę współzawodnictwa. I to mało powiedziane. 
 
Za jakieś 20 minut wrócił.
- To zagramy?
- Tak, ale grasz czarnymi.
Protestów nie było. A i tak się uśmiałem, że tyle wytrzymał. 
Nie mógł wiedzieć, że z takimi łepkami mam doświadczenie od, powiedzmy 46 lat, od trzyletniego Syna, którego już wtedy zacząłem uczyć gry w szachy. Zawsze w takich przypadkach, ciągnących się latami, aż do teraz, bo pojawiały się kolejne dzieci znajomych w różnym wieku, potem wnuki moje i kolejnych znajomych w różnym wieku, i tak na okrągło, dawałem maluchom fory ucząc ich zwycięstw i przegranych. Granica dawania forów potrafiła sięgać mniej więcej dwunastu lat, bo przecież byłem  zdecydowanie młodszy i jeszcze dawałem radę. Ale z biegiem lat ją obniżałem, najpierw do dziesięciu, a ostatnio do ośmiu, a czasami nawet do siedmiu. I chodziło tutaj tak o wszelkie sprawności intelektualne, jak i fizyczne. Po prostu nie daję już rady z takimi łepkami. A z głębokich moich doświadczeń wiem,  że oni doskonale czuli i czują, że ojciec, dziadek, wujek gra zawsze na poważnie, żadnej lipy nie odstawia, daje z siebie wszystko, więc jeśli w końcu ze mną wygrają, zaznaczam, bez moich forów, to zapada im to w pamięć na długo. I to jest wielka wartość.
 
Do gry, żeby pomagać synowi, włączył się Siatkarz. Cały czas nie podejrzewałem go o takie umiejętności. Nigdy jakoś o tym nie rozmawialiśmy. Przegrałem.  
Ponieważ wszyscy goście już wyszli (został Brat i ja) zaproponowałem kilka partii. Rozegraliśmy trzy i we wszystkich trzech sprawił mi łomot. Szczególnie jedna zapadła mi w pamięci, gdy zagrał bardzo agresywnie skoczkiem, poświęcił go, by za jakiś czas mnie zamatować. Straszne i szokujące! W jakiejś przyszłości będę musiał się zrewanżować, chociaż zbytniej nadziei na zwycięstwo po tym, co widziałem, nie mam.
- A ja bym zagrał w warcaby... - zaskoczył mnie Brat, jakby zaskoczeń tego wieczoru było dla mnie za mało. 
- To ty umiesz? - popatrzyłem na niego zdumiony. - Nigdy nie mówiłeś! 
- Tak, ale takimi to nie, bo to figury szachowe...
- Można nimi też grać, mogę ci pokazać, tylko skończę szachy z Siatkarzem.
Szachy, jak to szachy, trwają. Brat więc w oczekiwaniu zasnął na sąsiedniej kanapie i było tuż przed północą, gdy się obudził i dał się namówić. A już myślałem, że nic z tego nie będzie.
Od razu zastrzegłem, że w warcabach jestem bardzo dobry i że nie ma ze mną szans. Brat na prowokację zupełnie nie zareagował, zaś Bratanica i Siatkarz tylko obserwowali (nie umieją grać), a młody już spał.
Bardzo szybko zorientowałem się, że to nie przelewki. Nawet nie popełniłem błędu, gdy Brat założył na mnie perfidną pułapkę i po biciach miał jednego piona przewagi z mocno odsłoniętym polem umożliwiającym marsz do końcowej linii i uzyskanie damki. Wykorzystał to bezwzględnie, mnie został jeden pionek, jemu dwa oraz damka, którą ustawił na głównej linii i było po ptokach. Przejść już nie mogłem.
 
Doznałem jeszcze większego szoku. "Znamy się" z  Bratem 70 lat i żebym ja nic o tym nie wiedział?!... Pominąłem w moich myślach nawet fakt, że moja buta została przykładnie ukarana. 
- Bracie, ale skąd ty tak umiesz grać?! 
- A kiedyś tam się nauczyłem, a potem, gdy byłem kierowcą sekretarza wojewódzkiego, to grałem z innymi kierowcami różnych prominentów. - Szefowie spotykali się na różnych zebraniach, czy konferencjach, a my przez wiele godzin nie mieliśmy niczego do roboty, to graliśmy. - Wygrywałem ze wszystkimi...
Ogólnie więc na wszystkich frontach na tarczy. Dziad stary jeden! 
Zasypiałem sporo po północy wypełniony nie tak goryczą porażek, jak szokiem.
 
Dzisiaj o 19.50 napisał Po Morzach Pływający:
Co prawda nie mogę być w ogrodzie, ale ogród czasem przybywa do mnie. A to posadzona w tamtym roku Siedmiolatka która wdzięcznie " szczypioruje" po całkiem niezłej zimie. Na razie nie wiem czy przetrwała pietruszka i seler.
Czekam na zdjęcia.
PMP (pis. oryg.)
 
W poniedziałek, 13.04, wstałem o 07.00.
Bratanica już była na nogach i szykowała dla mnie śniadanie. Za chwilę wstał Siatkarz i wyjątkowo wcześnie poszedł do pracy.
- Tak bez śniadania, ani żadnych kanapek? - zdziwiłem się.
- Bratanica za jakiś czas mi przyniesie... - śmiał się.
Slow life i minuta drogi w kapciach. 
Nie wiedziałem, że Bratanica ma takie jaja z rodziną ze strony matki, Byłej Bratowej. I może ta z tego powodu ciągle siedzi w Niemczech i tam pracuje chcąc uniknąć kontaktów ze swoją matką, bratem i wszelkimi komplikacjami z nimi związanymi. Przy stole opowiadała i mocno się ożywiła, jak nie ona. Czy ja widziałem rodzinę, w której "nic się nie działo"?...
 
Pożegnałem się o 08.05. Szedłem na dworzec patrząc kolejny raz i obserwując Podciąć Sobie Żyły i utwierdzałem się, że nic tylko podciąć sobie żyły. Ale pociąg przyjechał i odjechał mega(!) punktualnie. Chyba ten sam skład, bo trzeszczało, piszczało, zgrzytało i telepało tak samo. Przez jedną dobę nic nie mogło się zmienić. Ale, znowu, w Metropolii był mega(!) punktualnie.
Do odjazdu kolejnego, już do Uzdrowiska, miałem ponad godzinę. Czas ten relaksacyjnie spędziłem w Sowa Caffe przy czarnej, drożdżówce z serem i książce. Na wszelki wypadek do Inmedio nie zaglądałem, chociaż mogłem po nową Angorę. Ale skoro miałem książkę... 
Sporo wcześnie ulokowałem się na peronie 4. zgodnie z zapisami żółtego rozkładu jazdy, mocno zdziwiony, że po pierwsze, praktycznie nie ma żywego ducha, a o tej porze (8 minut do odjazdu) powinien być, a po drugie, że nie ma też pociągu, a o tej porze (8 minut do odjazdu) powinien być podstawiony. Po minucie megafony oznajmiły, że mój pociąg stoi właśnie na peronie 5. Od razu go ujrzałem, a przy nim dziki tłum. Stary wróbel, a dał się kolejny raz nabrać na kolejowe plewy. 
Kolej musiała informować o zmianie peronu, ale w interwałach 15-20 minutowych, więc ostatni komunikat musiał paść, gdy jeszcze niefrasobliwie siedziałem sobie w Sowie. Bo inne, żeby nie zapomnieć bagażu, żeby nie palić papierosów, nie śmiecić, to padają z częstotliwością co 4-5 minut. 
 
Nawet niespiesznie zacząłem się przemieszczać, bo do dyspozycji miałem jeszcze 7 minut, a w samym pociągu udało mi się znaleźć jedno wolne miejsce naprzeciw dwóch dziewczyn, które z podobnymi sobie licznymi koleżankami i kolegami jechały, jak się okazało, do City (stąd ta nieprzewidziana ciasnota). Cała młodzież (17-19 lat) musiała udawać się na jakieś oazowe spotkania albo rekolekcje (nie znam się, chociaż przecież mam Wnuków), bo sporo dyskutowała o Biblii, Bogu, Jezusie, chociaż to chyba to samo, ale jak wspomniałem nie znam się, niebie, wierze i zbawieniu. Słuchałem z przyjemnością, bez złośliwości, bo takie to wszystko było szczere, czyste, poważne i... naiwne. 
Ale i taka młodzież potrafiła mnie przyjemnie zaskoczyć. Bo tuż przed City usłyszałem głos jakiegoś młodzieńca:
- Następna stacja 
Wspaniała masturbacja!
I wszyscy wybuchnęli śmiechem. Więc jednak nie było aż tak źle. 
 
Pociąg z Metropolii wyjechał mega(!) punktualnie, a do Uzdrowiska przybył z dwunastominutowym opóźnieniem. Dlaczego, nie wiadomo...
W domu zdałem pełną relację Żonie, a ponieważ oboje, niezależnie, czuliśmy, że to niedziela,  to zaproponowałem wyjście do Zdroju. Spacer przekształcił się za jakąś chwilę w pobyt w Lokalu z Pilsnerem I, w którym nie byliśmy z kilka miesięcy. Zasiedliśmy przy małych przekąskach i przy małym tmavym Kozelu - Żona i  ja przy dużym Pilsnerze Urquellu. I w rozmowie, tak od słowa do słowa, zaczęliśmy się czuć, jakbyśmy się żegnali z Uzdrowiskiem. Bardzo dziwne uczucie.
 
Od początku wiedziałem, że dzisiaj z pełnej publikacji nic nie może wyjść. To tylko co nieco wygładziłem, żeby się nazywało i opublikowałem taki niepełny, ułomny wpis. 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Nadal się dobrze oglądało.
 
Dzisiaj, we wtorek, 14.04, po I Posiłku utknęliśmy na długo w papierach.  Najpierw w tych związanych z Inteligentnym Autem (odnowienie polisy), a potem w kolejnych dla Prawnika Gitarzysty i Po Puszczy Chodzącej. Dopiero, gdy miałem zupełnie wolną głowę, zabrałem się za pisanie. Praktycznie niczego poza tym nie robiłem nie licząc codziennych drobnych prac.
Pod wieczór wygospodarowałem sporo czasu na onan sportowy.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
 
ŚRODA (15.04) 
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
Przed I Posiłkiem przeprowadziłem dość szeroką akcję z biohumusem, żeby starczyło go dla pomidorków i dla żoninych piwonii. Bo wyraźnie zaczęły wyłazić z ziemi. Inne roślinki też rzuciły się do rośnięcia, bo prawie przez całą noc padał wiosenny deszcz.
Zaraz po I Posiłku pojechaliśmy w Uzdrowisko. Zaliczyliśmy trzy sklepy, pocztę i odebraliśmy pranie.
Z ekscesów można było odnotować zwrot puszek po Pilsnerze Urquellu (mało) i po Zateckym. Nie obyło się bez pomocy pani. Bo niby skąd miałem wiedzieć, że następną puszkę mogę wkładać po zgnieceniu przez automat poprzedniej, jeśli na ten temat nie było żadnej informacji? A poza tym, gdybym był głuchy, to skąd miałbym niby wiedzieć, że ten nieprzyjemny zgrzyt oznacza właśnie zgniecenie puszki. Dyskryminacja, normalnie!
Żona nad moją głową, chyba rozumowo, a może intuicyjnie, cały czas powtarzała, że puszki wkładam za szybko. Potwierdziła to pani, która przyszła na pomoc, gdy automat odmówił współpracy a to mamiąc mnie komunikatem, że transakcja jest zakończona (a nie była), a to informując, że bezczelnie włożyłem puszkę bezkaucjową (a to nie mogła być prawda) lub że kod jest nie do odczytania, albo wreszcie, i to był szczyt, że nie włożyłem żadnej puszki (a były w tym moim pospiechu włożone dwie), czyli krótko mówiąc plótł, co mu tylko automatyczna ślina przynosiła na automatyczny język.
Ostatecznie udało się odzyskać 12 zł, czyli zdałem 24 puszki. Nie liczyłem, a to niedobrze, bo chyba było więcej, i pośród tych kłamliwych komunikatów automat musiał coś zachachmęcić i kilka sztuk mi ukradł. Następnym razem, nie dość że będę wrzucał powoli, to na dodatek wcześniej puszki przeliczę. 
 
Gdy wróciliśmy do domu, zdecydowałem się na desperacki krok i postawiłem siebie pod ścianą, pod murem i przystawiłem sobie, z własnej woli, nóż do gardła. Poprosiłem Żonę, żeby zadzwoniła do tej sympatycznej pani z US i umówiła się z nią na jutro, na 12.00, na dostarczenie dokumentów zgodnie z poprzednią rozmową. I to Żona bez problemów zrobiła. Tedy nie miałem wyjścia i musiałem na jutro przygotować wszystkie dokumenty dotyczące rozliczenia Pół-Kamieniczki, Wakacyjnej Wsi oraz Uzdrowiska. Gdybym tak nie postąpił, z wielką przyjemnością zabrałbym się za rozłupywanie pierwszej partii kłód (9 kubików) odwlekając w nieskończoność to, co nieuniknione. Poza tym musiałem mieć na względzie zbliżający się wielkimi krokami koniec kwietnia i konieczność złożenia PIT-28, który już mam w nowej, tegorocznej wersji, od dawna gotowy.
- To kiedy zabierzesz się za skarbówkę? - w miłej ciszy Żona rzuciła znad laptopa, gdy czas przeciekał między moimi palcami, i to wcale nie powoli. 
- Zobaczę...
- Niezbyt optymistycznie to zabrzmiało... - zareagowała, ale spokojnie. Bo wiadomo, że nawet jeśli mierzić mnie będzie ta skarbówka przez całe popołudnie, to i tak wstanę o czwartej nad ranem i ją przygotuję. 
Ciekawe skąd takie mechanizmy, klasycznie pieskowe, się biorą. Na pieskach się znamy i wiemy, że w swojej naturze będą z czymś dla siebie niewygodnym zwlekać do upadłego. Zawsze twierdziłem, że mam naturę psa, z dodatkiem jednej cechy, której on nie posiada, a mianowicie honoru. W przypadku piesków ostatecznie wychodzą na tym całkiem nieźle, ale już u ludzi jest to co najmniej żałosne.
 
W odwlekaniu wziąłem się na sposób. Przez godzinę spałem na narożniku w Salonie Bo do tych papierów muszę mieć wypoczętą głowę. Żona nie protestowała wiedząc, że tak mam. No, a potem był  II Posiłek i znów się odwlekało. W końcu zabrałem się za skarbówkę w okolicach 18.00.
- O?! - zdziwiła się Żona. - A już myślałam, że wstaniesz jutro raniutko tak, jak lubisz, i dopiero zaczniesz.
Wyjaśniłem jej, że jeśli dzisiaj nie zacznę i nie zorientuję się, co mnie czeka, jaki jest zakres prac, żeby względem niego oszacować potrzebny czas, to noc mam z głowy. 
Zrobiłem wstępne, grube porządki wyrzucając mnóstwo zbędnego śmiecia, który na etapie remontów,  czyli wtedy na bieżąco, miał znaczenie, a który teraz tylko by zamulał obraz i utrudniał życie sympatycznej pani z US. Byłem pewny, że z całą resztą jutro rano bez problemów zdążę.
Skończyłem zaraz po 20.00, więc spokojnie obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
 
CZWARTEK (16.04)
No i dzisiaj wstałem o 04.40.
 
Budzenie miałem nastawione na 05.30, ale skoro obudziłem się wcześniej, to już nie opłacało się dalej spać.
Po standardowym porannym rozruchu zabrałem się za skarbówkę. Na tym etapie cyzelowałem porządki i doprowadzałem do pełnej przejrzystości i do łatwości w poruszaniu się po meandrach naszych, było nie było, skomplikowanych spraw mając nadzieję, że sympatyczna pani z US to doceni i spojrzy na nas łaskawszym okiem.
Ze wszystkim byłem gotów zaraz po 08.00. Zrobiło się sporo czasu, to trochę pisałem, a trochę siedziałem nad onanem sportowym.
 
Po I Posiłku pojechaliśmy do City. Szybko opędziliśmy zakupy w Leroy Merlin, Carrefourze i w Biedronce. Na tyle, że w US byliśmy kwadrans przed umówioną godziną. To mieliśmy sporo czasu, żeby spokojnie złożyć PIT-28. Spokój się przydał, bo znikąd w PIT-ie nie wynikało, że US ma nam zwrócić nadpłacony podatek w kwocie 370 zł. Swoją drogą, nie wiem, jak to się dzieje, że płacimy co miesiąc należne kwoty podatku, a potem jest zwrot.
Miła pani w okienku pozwoliła skreślić niewłaściwą kwotę w jednej z rubryk, zaparafować, wpisać właściwą i uzupełnić jeszcze jedną rubrykę. Temat był wreszcie zamknięty.
Najważniejsze nas czekało. Za chwilę zeszła nasza pani i zasiedliśmy za biurkiem w specjalnym pokoju Żeby było kameralnie i żeby można było swobodnie przedyskutować wszystkie problemy, w końcu prywatne, bez obecności osób trzecich. Gdzie to kiedyś było do pomyślenia...
Pani była pod wrażeniem trzech segregatorów (każdy na jedną nieruchomość), zbiorczego zestawu przygotowanego na komputerze (ja!- nie chwaląc się) oraz zeszytu, w którym były w sposób łopatologiczny wypisane kwoty faktur oraz podsumowania. Gotowiec, wprost...
- O, to już w zasadzie czynności kontrolne są zamknięte! - śmiała się. 
Wspólnie rozważaliśmy różne warianty zamknięcia tematu (tematów), pani liczyła na swój sposób, czyli na kartce, chaotycznie,  ale, o dziwo, albo do jej stylu się już przyzwyczailiśmy, albo co nieco na przestrzeni miesięcy się nauczyliśmy, bo nadążaliśmy.
Ale gdy weszliśmy w omawianie potencjalnie kolejnego etapu, pani zadzwoniła do swojej koleżanki z pytaniem, czy może zejść Bo mam tutaj podatników, a ja na tych sprawach się nie znam. Koleżanka przyszła bez problemów. Gdzie to kiedyś było do pomyślenia...
Ta "nasza" wzięła tylko segregator dotyczący Pół-Kamieniczki, bo ustaliliśmy, że zaczniemy temat nadgryzać od najwcześniej sprawy, która wydawała się być najłatwiejszą.
Zostaliśmy z "nową" panią. Sympatyczną, kontaktową, ale... Ale będącą zupełnym zaprzeczeniem "naszej". Konkretną, logiczną do bólu, kompetentną, ale nafaszerowaną tym specyficznym językiem, który rozumieliśmy, a który kłuł w uszy. 
Bardzo szybko dobiła nas nadmiarem informacji, szczegółami, dla nas zbędnymi, co po wyjściu interpretowaliśmy jednak na jej korzyść Ona tak musi, bo na pewno ma do czynienia nie tylko ze starymi dziadami, ale ze sporą populacją podatników-analfabetów, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi.
W wyglądzie, wzroście, sylwetce, sposobie zachowania i mówienia też była inna niż "nasza". Przypominała mocno Trzeźwo Na Życie Patrzącą. Byliśmy ciekawi, a raczej pewni, że przecież Trzeźwo Na Życie Patrzącą znamy tylko z jednej strony, prywatnej, a zawodowo może być zupełnie inna, być może podobna do "nowej".  
W każdym razie ta nas wykończyła. Od jakiegoś czasu widziałem, jak Żona blednie coraz bardziej i zmienia jej się twarz, co w końcu nawet pani zauważyła A może przynieść pani szklankę wody? Po odmowie zaproponowała To może otworzyć okno?, co Żona przyjęła z wdzięcznością. Nic dziwnego, skoro u mnie od jakiegoś czasu nasilał się ból głowy, a przecież w tych kwestiach, nadmiaru informacji urzędniczych, tego języka i szczegółów, jestem bardziej odporny.
Trudno było się nam dziwić, skoro w jednym miejscu, do niego przy biurku przykuci, siedzieliśmy ponad dwie godziny. 
 
Rozstaliśmy się bardzo sympatycznie. Z urzędu wyszliśmy dosłownie wyżęci.
- Na dodatek to światło od jarzeniówek... - Wpływa na mnie otępiająco... - Nie cierpię go! 
O tym doskonale wiem, bo przez lata, gdy chciałem w danym miejscu zamontować więcej źródeł światła lub w danym momencie zapalić więcej lamp, żeby nie było ponuro, jak w jakiejś ciemnicy, no i żeby w ogóle było cokolwiek widać, natychmiast słyszałem O Boże, co tutaj tak jasno! Jak w jakiejś świetlicy! Żonie to zostało z PRL-u i z dzieciństwa, kiedy właśnie wszystkie świetlice, szkolne, stołówkowe, kolonijne tak właśnie były oświetlone.
- A najgorzej było wtedy, gdy któraś z jarzeniówek w stanie agonalnym non stop zapalała się i gasła, albo lampa cały czas brzęczała. - Natychmiast bolała mnie głowa. - Poza tym to światło... zimne, nienaturalne...
Zupełnie Żonę rozumiałem, bo miałem podobnie. Ale żeby teraz nie można było mieć trochę więcej światła w danym miejscu, przecież miłego i ciepłego?... 
Gdy tylko się wprowadziliśmy do Tajemniczego Domu, natychmiast wszędzie wymieniłem bezlik żarówek emitujących zimne światło, w którym wyraźnie byli rozmiłowani poprzedni właściciele. Wszystkie, jak jeden mąż, raczej tu "jak jedna żona", emitowały światło o temperaturze barwowej 6500 st. K (To barwa, która pobudza człowieka do działania i napędza go do ruchu. - takie pieprzenie w bambus) i wszystkie wymieniłem na emitujące światło o temperaturze barwowej 2700 st. K (To barwa spokojniejsza, uspokajająca, idealna do sypialni czy pokojów wypoczynkowych - takie pół pieprzenia w bambus). I na kategoryczne żądanie Żony zdemontowałem w ówczesnej pralni taką chamską dwujarzeniówkową lampę, skoro pomieszczenie ze stricte roboczego miało też stać się łazienką. Ale już w kuchni, przy oknie, nad blatem ostatni jarzeniówkowy, zimny bastion, pozostał. Miałem plany, aby go zastąpić fajnymi lampami, których mamy sporo (pozostałość po Naszej Wsi, Dzikości Serca i Wakacyjnej Wsi), ale jakoś tak rozeszło się przez lata po kościach. Żona nawet specjalnie nie naciskała, ale lampę owinęła jakimś pomarańczowo-czerwonym tiulem (jarzeniówka nie emituje ciepła, więc groźba sfajczenia tegoż nie istnieje), co w efekcie dało specyficzne światło hybrydowe. Żona używa go w ostateczności, wiem, że zawsze z ciężkim sercem. Każdy coś ma...
Może jednak coś z tym zrobię... 
 
Wypompowani, wymęczeni, z bólem głów (z bólami głów?), wracaliśmy prosto do domu. Dobrze, że tak, bo w życiu nie bylibyśmy w stanie teraz jechać na zakupy. Połowę drogi milczeliśmy, ale już w drugiej zaczęliśmy dyskutować Póki pamiętamy!, i zaczęło się nam klarować nasze stanowisko w skarbowej sprawie.
W domu stwierdziliśmy, że w tym naszym samopoczuciu koniecznie musimy pójść na spacer i się dotlenić, bo ból głów nadal trzymał. We troje poszliśmy do końca Pięknej Uliczki, po czym Żona z Pieskiem zawróciła, a ja poszedłem niespiesznie do Intermarche. Po jednego Pilsnera Urquella w szkle, jednego ciemnego Kozela w szkle i po Metaxę. Zgodnie bowiem stwierdziliśmy, że, żeby wrócić do równowagi, samo dotlenienie nie wystarczy. A dlaczego Metaxę, której nie mieliśmy zamiaru dzisiaj tknąć? Bo na niedzielę, na 12.00, zaprosiliśmy naszego sąsiada, świeżo poznanego, tego Pół Francuza Pół Polaka Bis. 
 
Na popołudnie plany miałem szerokie. Zamierzałem posadzić dymkę w szklarni, tamżesz posiać cukinię, a w skrzyni na tarasie pietruszkę. To są czynności z obszaru magii, wiedzy tajemnej i zagadki życia i nie można do takich procesów podchodzić byle jak. Tak bez energii, entuzjazmu, z przymusem.
Zły przepływ energii może całkowicie zniweczyć wysiłek, ziemia nie wyda plonu, a jeśli nawet, to rachitycznie. Nie odwdzięczy się. Rzecz mądrze odłożyłem na jutro, bo ja też chciałem mieć z tego przyjemność i satysfakcję. 
 
Po pobycie w City, a zwłaszcza w US, w domu dopadała nas brutalnie schyłkowość. Na dodatek ciśnienie zaczęło spadać. Żona musiała się niezwykle zmobilizować, żeby Pieskowi i nam przygotować II Posiłek. Żeby wykrzesać resztki energii i podbudować psychikę, postanowiliśmy, że jeśli będzie tak trzeba, po nim natychmiast udamy się na górę. Ale ostatecznie nie było aż tak źle. Nawet na dole dotrwaliśmy do 19.00. Ale tylko dzięki mojej lampie stojącej w sypialni, tuż obok mojej strony łóżka.
Kilka dni temu zepsuł się włącznik, taki na sznurze, więc go zdemontowałem, ale w zamian niczego nie miałem. Przerwę na jednym kablu zlikwidowałem łącząc na żywca dwie końcówki i gołe, odkryte kable zaizolowałem, bo było wiadomo, że w którymś momencie odruchowo ręka mi "poleci" w to miejsce i prąd mnie popieści. Lampy nadal potrzebowałem, ale nienawidziłem momentu jej zapalania za pomocą wkładania wtyczki do gniazdka przedłużacza i gaszenia za pomocą procesu analogicznie odwrotnego. Było to upierdliwe, niewygodne, a czasami wkurzające, gdy wtyczką nie można było trafić w gniazdko, albo gorzej, gdy, zaspany, nie mogłem jej wyjąć, bo się zakleszczała, a ja się rozbudzałem. 
 
Dzisiaj w Leroy Merlin (w Uzdrowisku nigdzie takiego nie mieli) kupiłem piękny włączniczek, nawet kolorystycznie dopasowany do koloru sznura. I to była jedyna zgodność ze starą lampą, antykiem. Sznur był za gruby, system podłączenia był inny, no i zerowy kabel przeszkadzał. Z włączniczkiem pieprzyłem się z godzinę. Wszystko musiałem przerabiać, a w międzyczasie wypadły z niego dwie istotne dla działania blaszeczki, których o to nie podejrzewałem, to znaczy o "wypadywanie",  a których długo nie mogłem znaleźć na podłodze i z kolei przy wkręcaniu na chama dwóch wkrętów łączących dwie części włączniczka po to, żeby zamknąć w nich elektryczne bebechy, spowodowałem, że jedno gniazdo wkrętu pękło. Ale nie po to kończyłem politechnikę, żeby z problemem sobie nie poradzić. Ostatecznie z sypialni wyszedłem z tarczą.
Nawet nie złorzeczyłem. Do tego stopnia, że Żona zauważyła:
- Było tak cicho, że aż się zaczęłam niepokoić i właśnie miałam iść na górę... - Mam nadzieję, że montowałeś przy wyciągniętej z gniazdka wtyczce?... - patrzyła na mnie  badawczo. 
Nawet się nie obruszyłem, a co dopiero obraziłem.
Na górze Żona podziwiała robotę oraz dopasowanie kolorystyczne.
- Gdy wybierałeś ten włącznik, byłam pewna, że nie będzie pasował. - Skąd mi się wzięła świadomość, że kabel jest czarny?...
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. A po nim nawet trochę poczytaliśmy. Światło jednak zgasło  już o 20.30. 
 
Dzisiaj zostałem zaskoczony, jak rzadko kiedy. Kolega ze studiów przysłał mi dwie książki swojego autorstwa z niezwykle ujmującym listem i dedykacjami na każdej. Pierwsza nosiła tytuł  "Wielki koneser" (2006 rok), a druga "Egipska kuracja" (2009). 
Pozwolę sobie zacytować jego list: 
Cześć Emerycie,
Przesyłam Ci moje dwie książeczki, które powstały kiedy kilka lat temu, wcześniej iż myślałem przestałem pracować.
To taki chemiczny żart, może trochę Cię zaciekawi i zabawi.
Wspominając dobry czas wspólnego mieszkania ściskam Cię serdecznie
Kolega
(zmiany moje, pis. oryg.)
Skąd moje zaskoczenie? 
- nigdy bym go nie podejrzewał o takie zdolności i chęci. Ale to akurat najmniejsze, bo wiadomo jest, że wszyscy, my sami, nie zdajemy sobie sprawy z różnych naszych zdolności i umiejętności i często tylko przypadek może sprawić, że się ujawnią. Chociaż może być też i tak, że drzemie w nas ciągle niewypowiedziane, coś dręczące, by w jakimś momencie się zdefiniować. I wtedy potrzebna jest tylko odwaga. Ale najczęściej jest tak, że nigdy nie zostają odkryte. 
- z Kolegą mieszkałem przez ostatnie dwa lata studiów w jednym pokoju w akademiku (było nas czterech). Siłą rzeczy mieliśmy kontakt i wspólne sprawy, ale ja wtedy jeszcze nie dorosłem do jego poczucia humoru, cyniczno-sarkastyczno-czarnego, w którym teraz się lubuję. Stąd naszych relacji nie nazwałbym przyjacielskimi. Były jednak bliskie.
Kolega na zjeździe pojawił się tylko raz, a przedtem i potem już nigdy. Bolałem nad tym, zwłaszcza od momentu, gdy zacząłem organizować zjazdy i gdy nasz kontakt, wyłącznie w formie smsowej i mailowej wrócił. Bo, gdy telefonowałem, nigdy nie chciał rozmawiać, chociaż wiedziałem z różnych przesłanek, że  jest w domu. Zawsze kontaktowałem się z jego żoną, która stosowała lepsze lub gorsze wytłumaczenia i uniki.  
Więc czym mogłem zasłużyć na taki jego gest?
Postanowiłem odpowiedzieć mu listownie, tradycyjnie, słowem pisanym ręcznie tak, jak zrobił to on. 
 
PIĄTEK (17.04)
No i  dzisiaj wstałem o 06.00.
 
W nocy z przerwami mocno padało. 
Rano Żona mnie demoralizowała namawiając, żebym sobie jeszcze trochę pospał.
- Zobacz jaka pogoda... - Skarbówkę zrobiłeś... 
Nie dałem się. Po porannym rozruchu pisałem. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem w skrzyni na tarasie posiałem z pietyzmem pietruszkę, z takim samym pietyzmem cukinię w szklarni i na dwóch poletkach posadziłem dymkę. Jeszcze tak dorodnej, dużej i twardej nie miałem. Stąd od razu, nauczony doświadczeniem z poprzednich lat, kupiłem dwie siateczki. Bo zawsze w czerwcu, lipcu ocykałem się, że dymkę mógłbym przecież posadzić jeszcze raz, ale w sklepach sprzedawcy patrzyli się na mnie dziwnie i najłagodniejszą odpowiedzią było Panie, trzeba było kupować w marcu, bo sezon się już skończył!
 
Po I Posiłku w pewnym komforcie i nawet dość relaksacyjnie, bez specjalnego stresu, który zawsze nam towarzyszy w takich momentach, znowu obgadaliśmy rozliczenia ze skarbówką. Doszliśmy do ciekawych wniosków, dla mnie nawet w jakimś stopniu uspokajających, po czym Żona siadła do... papierów anektując cały stół w kuchni i zajęła się obliczeniami. Czyli zamieniliśmy się rolami. Ja się do tej pracy nie pchałem, bo ileż można ślęczeć nad obliczeniami, a poza tym było jasne, że Żonie lepiej zrobi, jeśli ona sama dojdzie do pewnych liczb i wniosków.
 
Z przyjemnością zabrałem się za szklarnię. Do jej widoku przez trzy lata zdążyłem się przyzwyczaić.
I nie chodziło tu o ogólny widok wnętrza, o popękane szyby i kilka dziur, ale o wszechobecny na szybach, zielonkawy glonowy nalot. W zdecydowanej większości i swojej gęstości od wewnątrz. Nic dziwnego, skoro w środku zawsze było cieplej niż na zewnątrz, a nadmiar wilgoci skraplającej się na szybach, mimo wietrzenia, dawał glonom wspaniałe warunki do życia i rozmnażania się. Kłuły mnie 
w oczy, a jeszcze bardziej uwierała mnie świadomość, że moim ukochanym pomidorkom zabierają sporo światła.
No i dzisiaj przyszła kryska na Matyska (pochodzenie frazy jest niejednoznaczne: wiąże się ją z literacką postacią <historia o Matysku spopularyzowana przez Władysława Syrokomlę> lub z bajkowym kotem <matyskiem>). Uruchomiłem cały kombajn sprzętowy i czasowy, bo praca zajęła mi 
5 godzin, od 11.00 do 16.00. Każdą szybę musiałem umyć od zewnątrz i od wewnątrz. Dla nabrania wprawy i złapania systemu zacząłem od pionowej ściany, na której ulokowane są wejściowe drzwi. Najpierw z węża polewałem szyby wodą, żeby glony nawilgły, potem narośl mechanicznie usuwałem mokrą szmatą, a potem do czystego spłukiwałem wodą. Bardzo szybko ściana ta stała w olbrzymim i szokującym kontraście do reszty. 
To zabrałem się za tę pionową z dziurami. A skoro już tam byłem, to zacząłem również czyścić dach. Żeby zrobić jak najwięcej i sięgnąć jak najdalej, szmatę zakładałem na miotłę, a reszta procesu i kolejność czynności wyglądała bez zmian, z tą różnicą, że dach traktowałem ostrym strumieniem wody, żeby z czyszczeniem dojść jak najdalej. Dodatkowy efekt był więc taki, że czterdziestoletni kit pod mocnym strumieniem odpadał kawałkami, przez chwilę fruwał w powietrzu, by spłynąć po pochyłości.
Ciekawie będzie w czasie deszczu, bo o szczelności nie ma co marzyć, a Żona na dach mnie nie puści do prostej w końcu roboty, jaką byłoby silikonowanie łączeń szyby z metalowym konstrukcyjnym kątownikiem. 
I tak szyba po szybie.
 
Większa polka była wewnątrz, nawet przy pionowych ścianach, bo trzeba było się gimnastykować i wszędzie dotrzeć, co przy pewnym "umeblowaniu" szklarni było uciążliwe. Za to obszerny dach gwarantował mycie pod górę, niższych partii bez pomocy drabiny, wyższych już z nią, tu szmatą na miotle. A kto malował sufit, ten wie, jaka to uciążliwa pozycja dla mięśni ramion i barków. Dodatkową atrakcję stanowiła woda lejąca się na łeb i na polar, który zaraz z powodu gorąca zdjąłem. Po wszystkim odkryłem, że całą prawą odzieżową część, od rękawa swetra począwszy, przez jego prawą stronę, a kończąc na nogawce dresu, miałem kompletnie mokrą. Nawet nie wiedziałem, jak to się stało, bo kiedy, owszem tak - w trakcie używania węża.
Efekt był obłędny i szokujący. Teraz czekać mnie będą drobne poprawki, no i pozostanie usuwanie ubytków szkła w pionowych ścianach. Za dachem będę tylko tęsknił.
Ciekawe, co na to powiedzą pomidorki.
 
W trakcie meczu Igi Świątek z Mirrą Andriejewą (Rosja) w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Stuttgarcie wyrzucałem z segregatorów zbędne papiery z czasów Pół-Kamieniczki i Wakacyjnej Wsi.
Robiłem to równolegle z oglądaniem z pełną świadomością, bo od dawna meczami Igi się nie emocjonuję. Zacząłbym od jakiegoś półfinału, o finale nie wspominając, ale ten etap danego turnieju Iga ma dawno za sobą. Taka pieśń przeszłości. Teraz najwyżej dociera do ćwierćfinałów, w których przegrywa. Nie inaczej było dzisiaj. Pierwszego seta wygrała po dobrzej grze przy wysokim procencie pierwszego serwisu, by dwa następne przegrać i cały mecz przy spadającym procencie, aż do żenującego w ostatnim secie.
Tak jest od dawna i nie wiem, co naprawdę się dzieje.
Czas ten  jednak mocno wykorzystałem na porządki. Niektóre segregatory odetchnęły pozbywając się śmiecia.
 
W trakcie meczu zadzwonił Syn. Główną wiadomością był fakt, że pod koniec okresu próbnego została z nim przeprowadzona rozmowa podsumowująca i oceniono jego dokonania. Szef był zadowolony i umowa została przedłużona. Nic dodać, nic ująć. 
Za to Córcia nie zareagowała na mój telefon i nie oddzwoniła. A chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o Wnuczce. 

Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Ostatni sezonu pierwszego. Światło zgasiliśmy o 21.30. 
 
SOBOTA (18.04)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Wstawało się bardzo ciężko. Ale ze stanem ciężkości walczyłem tylko 10 minut.
Na dworze już panował lazur nieba, słońce świeciło obłędnie i chyba pierwszy raz w tym roku było tak jasno o tej porze. A to inna energia.
Wszystko działo się więc z opóźnieniem, ale to w niczym nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, nie wiedzieć czemu, że dzisiaj jest poniedziałek, skoro wczorajszy piątek odbierałem jako niedzielę. A w ogóle dawno nie miałem wrażenia, jeśli w ogóle, że ten tydzień ciągnie się niesamowicie i codziennie rano miałem wrażenie, że dzisiaj jest, na przykład środa, a był wtorek, w środę, że czwartek, itd., by pod koniec jeszcze bardziej zwolnić, skoro dzisiaj "był już' poniedziałek. Dziwne rzeczy dzieją się w głowie. Z drugiej strony fajnie, że czas tak zwolnił.
 
Z tego spowolnienia bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia rano oddałem się onanowi sportowemu. Skoro miałem aż dwa dni do przodu...
A potem z przyjemnością i ciekawością zrobiłem sobie wycieczkę do... szklarni. Podziwiałem. Oczywiście na wewnętrznej stronie szyb tkwiła rosa, więc natychmiast uruchomiłem wietrzenie. Gdy Żona zrobiła sobie taką samą wycieczkę, po wilgoci nie było śladu.
Przed I Posiłkiem pisałem i trochę po nim.
 
Po I Posiłku rozwaliłem 6 kłód. Postanowiłem zabrać się za te pierwsze 3 kubiki, żeby w drewutni zwalniać powoli miejsce zajmowane przez kłody i żeby robić tam przestrzeń dla następnej partii, która powinna pojawić się gdzieś latem. 
Wczesnym popołudniem zasiadłem przed meczem metropolialnej drużyny. W świetle porządkowania segregatorów i wyrzucania z nich śmieci wpadłem na pomysł, aby robić to w trakcie meczu piłkarskiego albo tenisowego. Bo w obu przypadkach są charakterystyczne dla tych dyscyplin przestoje i wtedy co nieco można opróżnić z segregatorowych koszulek. Korzyść jest podwójna, bo nie mam  wyrzutów sumienia, że cenny czas "tracę" na zasrany sport, a nudna, żmudna i pylista (kurzogenna) praca tymi nieprzyjemnymi swoimi cechami w ogóle nie zwraca uwagi na charakterystykę tej pracy.
Zauważyłem, że ostatnio dostałem fazę na segregatory i ich porządkowanie. Ale jest to praca na miesiące.
 
Rano Żona przypomniała mi, że mieliśmy zrobić wycieczkę w tę część Uzdrowiska, w której powstała mocno rozbudowana trasa rowerowa, taka wyczynowa, która spełnia warunki do organizowania poważnych europejskich, czy nawet światowych zawodów.
Jak informowano wcześniej {…} został przekazany teren pod budowę nowego miejsca rekreacyjnego w Uzdrowisku pn. „Budowa ścieżki terenowo - rowerowej typu „Cross Country” wraz z zagospodarowaniem terenu, niezbędną infrastrukturą techniczną, niezbędnymi obiektami budowlanymi i obiektami małej architektury (...) (zmiany moje).
Powstały, m.in. ścieżka terenowo-rowerowa typu cross country wraz z przeszkodami w postaci ziemnych i drewnianych band i budową ziemnych i drewnianych przeszkód i z montażem przepustu betonowego i kładek pieszo-rowerowych. Rowerowy Park Umiejętności (RPU) wraz z budową ścieżki rowerowej typu „singletrack” o długości 425m wraz z przeszkodami, dwie wiaty, obiekt utrzymania porządku publicznego, obiekty małej architektury - tablice informacyjne, ławki, stojaki rowerowe, kosze na śmieci, elementy przeszkód budowlanych na trasie związanej z budowlą ziemną ścieżki terenowej.
budowę trzech parkingów utwardzonych kruszywem o nawierzchni z geokraty, zieleń istniejąca i projektowana - nie planuje się wycinek istniejącego zadrzewienia, a istniejący drzewostan zostanie wykorzystany i wkomponowany w ścieżkę rowerowo-terenową. 
(pis. oryg.)
Pojechaliśmy. Wszędzie oznaczenia MTB (Mountain Terrain Bike). Czyli wszystko dla rowerzystów, ale specyficznych, czyli takich, którzy szczególnie chcą się zabić. Piesi i spacerowicze nie mają tam czego szukać, bo mogą w każdej chwili zginąć od rowerzystów oszołomów, a zwłaszcza od nastolatków. Uzdrowisko wpisało się w program, który ludzkość kultywuje i udoskonala od tysięcy lat pt. "1000 sposobów na zabicie się" i wymyśla ciągle nowe. Jako jej nieodrodny syn w wielu sam biorę udział.
Z Żoną postanowiliśmy już tam więcej nie zaglądać i chyba nawet nie pokazywać i nie wspominać o tym miejscu naszym wnukom wszelkiej proweniencji. Poza tym Żona nie umieści o nim informacji na naszych stronach, bo i po co? Do nas nie przyjeżdżają goście, którzy muszą być stadni, którzy odpoczywają w miłym gwarze, żeby nie powiedzieć w hałasie, którzy muszą mieszkać w takich samych z wyglądu i wyposażenia pokojach (szaro-białe, przecierane meble, telewizor, mikrowela, żadnej książki).
 
Po II Posiłku zabrałem się za sprawy zjazdowe. Kilka dni wcześniej Rubieżanie wysłali informację sugerując spotkanie, że w dniach 26-29 kwietnia będą w Kazimierzu Dolnym. A my z wielu względów przyjechać nie mogliśmy. Stąd musiała na nich spaść kwestia wizytacji trzech ośrodków, które jeszcze w tamtym roku wybrałem na zjazd w 2027. Umówiliśmy się, że wszelkie dane dotyczące tych miejsc oraz kontakty telefoniczne i mailowe prześlę im jutro. Po ich pobycie zdecydujemy, w którym ośrodku zjazd się odbędzie. Pierwotnie wizytować Kazimierz Dolny mieli również Petrochemicy, ale akurat w tym okresie, przez dwa tygodnie, będą przebywać w Hiszpanii. 
- Gdybyśmy byli na miejscu, na pewno do Kazimierza byśmy pojechali. - zaznaczyła wczoraj Petrochemiczka. 
Może to i lepiej, bo łatwiej podjąć decyzję.
Za to nie było żadnych problemów z ustaleniem terminu i miejsca naszego "nieoficjalnego" spotkania. Odbędzie się ono we wrześniu tego roku w Browarze Prost w Metropolii, czyli, można już rzec, tradycyjnie. Koleżanka ze studiów, z którą dzisiaj rozmawiałem (trzecia rozmowa z kolei) zakomunikowała Zaraz zabieram się do roboty! I jak tu nie kochać naszego rocznika?!
 
Pod wieczór w górnej gościnnej łazience (dobre lustra, światło i łatwiej nagrzać) odgruzowałem się na 90%. Trzeba było jutro godnie przyjąć naszego sąsiada, Pół Polaka Pół Francuza Bis, którego zaprosiliśmy na godzinę 17.00 (przesunęliśmy termin). 
Miałem jeszcze trochę czasu na krótki onan sportowy, ale specjalnie nie było z czym się rozpędzać. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Pierwszy sezonu drugiego. Zaraz po nim spaliśmy.
 
NIEDZIELA (19.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
 
Po porannym rozruchu zająłem się onanem sportowym. A  potem pisałem.
Po I Posiłku ogarnęła mnie senność, ciśnienie spadało na łeb, na szyję, padało, więc na godzinę położyłem się w naszej sypialni. Zregenerowany od razu zabrałem się za trzepanie salonowych dywaników i za odkurzanie.
- Od razu widać różnicę... - to stały tekst Żony, gdy sprzątnę chociaż tyle. 
 
Dla dywersyfikacji wysiłku przygotowałem materiał dla Rubieżan, żeby można go było przedyskutować (pytania, wątpliwości) i żeby tak przygotowani mogli w Kazimierzu zwizytować trzy ośrodki. I go wysłałem, żeby jutro wspólnie rzecz omówić.
 
Przed i po II Posiłku, żeby mieć spokój na najbliższe godziny, przygotowałem różne frakcje drewna i na cześć gościa rozpaliłem w kominku.
Pół Polak Pół Francuz Bis przybył punktualnie, o 17.00, z biciem uzdrowiskowych dzwonów. Stara szkoła. Siedzieliśmy w salonie przy nalewkach trzy godziny. Gość nie mógł już nas zaskoczyć swoim podobieństwem do Pół Polaka Pół Francuza, ale i tak ten fenomen podziwialiśmy w skrytości ducha. Nie mógł także nas zaskoczyć swoją uprzejmością i sposobem bycia, ciepłym, serdecznym i kulturalnym. Ale różnymi opowieściami już tak. O różnych ludziach, których zna i z którymi na różne sposoby jest związany, a których losy nadawały się na scenariusze filmów lub seriali. A opowiadając o sobie zapewne przedstawiał kroplę w morzu tego, co przeżył i doświadczył w swoim życiu. Dzięki jego opowieściom inaczej też spoglądaliśmy na różne rzeczy dziejące się w Uzdrowisku. 
Pół Polak Pół Francuz Bis potrafił też słuchać i było wiadomo, że nie robi tego z czystej uprzejmości. Zwyczajnie ciekawiły go nasze losy w Naszej Wsi, w Szkole i okres w Nie Naszym Mieszkaniu. A to też była kropla w morzu naszych historii. 
Wszystkiego naraz nie dało się opowiedzieć, bo proces poznawania się, zwłaszcza na takim etapie życia obu stron, wymaga czasu. Tedy do następnego spotkania.
 
W opóźnionym trybie usiłowaliśmy oglądać kolejny odcinek serialu Newsreader, ale dotrwaliśmy do jakichś 2/3. Pogodzeni, resztę odłożyliśmy na jutro. 
 
PONIEDZIAŁEK (20.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.15.
 
Jakoś dłużej nie mogłem spać. 
Mając do dyspozycji tyle czasu mogłem swobodnie poświęcić się onanowi sportowemu. 
W trakcie siedzenia nad nim zadzwoniła Córcia. Jechała do szkoły. I zdała relację z wczorajszej podróży pociągiem do Metropolii. Tam i z powrotem. Pretekstem były urodziny jej koleżanki i wszystko miłe, co z tym związane, impreza i towarzystwo. Relacja była o tyle ciekawa, że Córcia jechała z... Rhodesianem. 
- Tato, był tłum, ale jakoś nikt nie kwapił się, żeby usiąść koło mnie, a były przecież trzy wolne miejsca. - Zasmucony okolicznościami i pogodzony z losem Rhodesian miał założony kaganiec.      
- Dopiero w połowie drogi jakiś desperat, albo znawca psów zdecydował się usiąść naprzeciwko.          - pękaliśmy ze śmiechu. - A jakie były komentarze!... - Oczywiście Rhodesian miał na wszystko wywalone i albo spokojnie siedział, albo leżał.
- A mijałaś się z tym facetem na rowerze?
- Jeszcze nie, ale..., o, właśnie jedzie!... - Co za gościu, właśnie leje, a on świątek, piątek na rowerze. 
- A miałaś, gdy zrobi się na wiosnę ładnie, go zatrzymać?... - zauważyłem niewinnie.
- Nooo... 
 
Po I Posiłku pojechałem Inteligentnym Autem na coroczny przegląd rejestracyjny. Gdy wsiadłem i się umościłem, zauważyłem za prawą wycieraczką karteczkę w koszulce przeciwdeszczowej.
Od razu wiedziałem, o co chodzi, co, o dziwo, poprawiło mi humor. 
- Że też te nasze uzdrowiskowe służby tak prężnie działają na każdym polu. - Imponujące! - myślałem.
Wzywano mnie do wniesienia opłaty parkingowej, podejrzewam, że powiększonej o mandat. A dlatego, że ani biletu parkingowego, ani opłaty rocznej przy szybie auta nie było.
Natychmiast pojechałem do biur. Wezwanie miłe panie anulowały po okazaniu rocznej opłaty i po moich przeprosinach, że się zagapiłem i karty abonamentowej nie umieściłem wewnątrz auta.
- Ale że też to jest sprawdzane nawet w niedzielę? - zauważyłem z pewnym podziwem.
- Zwłaszcza w niedzielę... - pani spojrzała na mnie znacząco. 
Inteligentne Auto przeszło przegląd bez problemu.
- Wszystko w porządku! - zakomunikował pan oddając kluczyki. 
 
Po powrocie postanowiliśmy skromnie uczcić dzisiaj otrzymaną trzynastkę. Wybraliśmy się piechotą do Lokalu z Pilsnerem II. W lokalu pustki. Zajęliśmy nasz ulubiony stolik, a znajomy kelner zaserwował dużego Pilsnera Urquella i dużego ciemnego Kozela. Spory czas prowadziliśmy ciekawą rozmowę na temat... naszej przyszłości. Bo jakby pojawiły się sygnały, że koło historii zrobiło pełny obrót, a więc...
W drodze powrotnej zrobiliśmy drobne uzupełniające zakupy. 
 
Popołudnie obfitowało w różne drobiazgi, a było ich tyle, że zajęły czas do 19.00. 
- rozrąbałem kolejnych 6 kłód i narąbałem dwie frakcje drewna, 
- podkleiłem klejem stolarskim części bujanego fotela, bo różne jego elementy nawzajem z siebie wyłaziły,
- rozpuszczalnikiem usunąłem etykietę z małego słoiczka, na tyle zgrabnego, że stał się istotny dla Żony i bardzo go potrzebowała. Słoiczek na ten moment czekał kilka tygodni i stał w widocznym miejscu, żebym o nim nie zapomniał,
- w holu wyczyściłem plamę, bo znowu coś na buciorach musiałem przynieść, 
- odpocząłem przy II Posiłku, 
- rozmawiałem z Synem, który służbowo jechał do Stolicy, był w nie najlepszym nastroju i musiał pogadać. Po 25. minutach rozmowy nastrój mu się ewidentnie poprawił, a ja, nie powiem, odetchnąłem,
- omówiłem z Rubieżanami mojego wczorajszego maila i wszystko wydawało się jasne,
- kończyłem pisanie i publikowałem. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił cztery razy i wysłał jednego smsa w ramach nowej taktyki.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. Zaskoczyła nas kompletnie, bo zrobiła myk analogicznie odwrotny. W sobotę rano była standardowo wypuszczona na ogród, po czym, po jej powrocie, Państwo zdecydowali się zrobić sobie wycieczkę do "nowej" szklarni, żeby jej świeżością napaść wzrok. W drodze powrotnej dobiegł nas lampucerowaty jednoszczek. Musiał być potężny, skoro przy zamkniętych drzwiach tarasowych, usłyszeliśmy go w głębi ogrodu. Wyraźnie Piesek się rozBestwia.
Godzina publikacji 18.54.
 
I cytat tygodnia: 
Jestem zamknięty w wychodku i mogę zajmować się tylko jednym gównem na raz. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).