27.04.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 145 dni.
WTOREK (21.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Byłem po porannym rozruchu, gdy Żona mnie zaskoczyła. Na dole pojawiła się o 06.20 konfabulując, że to w pół do siódmej. Tymi słowy.
Rano troszeczkę czasu poświęciłem na onan sportowy, potem trochę na sprawy zjazdowe (rozmowa z jednym z hoteli w Kazimierzu i smsy do Rubieżan), by wreszcie zabrać się za cyzelowanie wpisu.
Przy okazji ubawił mnie Po Morzach Pływający, który już wczoraj napisał:
Trochę tym razem napisałeś. Pozdrowienia z Norwegii.
PMP (pis. oryg.)
Rozbawiłeś mnie. - odpisałem dzisiaj. - Dzięki za Norwegię.
- Czasem trzeba się trochę "rozerwać" - zareagował dzisiaj - zwłaszcza, że życie marynarza nie jest lekkie.
Poranną ciszę i 2K+2M trochę nadpsuła nasza dyskusja związana z rozliczaniem się wobec fiskusa. Sam ją sprowokowałem, bo ciągle jeszcze błądzę i nie jestem do końca zdecydowany, jak sprawę ugryźć. Bo jeśli z naszej strony decyzja zapadnie, to i klamka również. Temat jest drażliwy, więc nic dziwnego, że troszeczkę iskrzyło, ale gdzieś ten negatywny ładunek elektryczny rozszedł się po kościach, bo z biegiem lat nauczyliśmy się go neutralizować.
Pojechałem więc po Socjalną, a gdy wróciłem, zadzwonił Konfliktów Unikający. Chciał pogadać, bo zżerał go stres. Dzisiaj, za kilka godzin, odlatywał służbowo z Metropolii do Dublina Nie udało mi wykręcić! z przesiadką w Amsterdamie, a miał wracać w czwartek z przesiadką we Frankfurcie A tam to dopiero jest jazda z racji jego wielkości i konieczności pokonywania kilometrów. Czasem i 1,5 godziny na przesiadkę może nie wystarczyć!
Ale przede wszystkim stres go zżerał z tego powodu, że miał wygłosić jakąś prelekcję po angielsku, a potem w tym języku prowadzić rozmowy kuluarowe. A w nim czuje się nie najlepiej.
Pisać zacząłem dopiero po I Posiłku.
Wczoraj pod wieczór Syn przysłał smsa będącego wynikiem naszej telefonicznej rozmowy. Przypomnę, jechał autem służbowo do Stolicy.
- Dojechałem. Dzięki za tę dzisiejszą rozmowę. Bardzo poprawiłeś mi nastrój. Tak z 2 (w skali 1-6) na 4.
Nie powiem, to też mi poprawiło nastrój.
I wczoraj spaliśmy już o 20.00. Z tego wypływa wniosek, że mogliśmy tylko dokończyć poprzedni odcinek (1/3) serialu The Newsreader. I tak było, bezsprzecznie, Bogiem a prawdą, nie inaczej, po prawdzie, zaiste i zaprawdę, w istocie, w rzeczy samej, faktycznie i naprawdę.
Dzisiaj, po I Posiłku, rozłupałem kolejnych sześć kłód i narąbałem frakcję II. A ponieważ jutro, po długiej przerwie, mieli przyjechać goście, to wypadało posprzątać podjazd, ścieżki i chodnik. Z tą męczącą mnie pracą się rozpędziłem, bo dodatkowo usunąłem igliwie z naszego pięknego świerka z ulicy, przy krawężniku, żeby nie blokowało przepływu wody do burzowej studzienki. Igliwia były góry, ale, o dziwo, praca ta mnie nie zmęczyła. Więc podwójnie ochoczo poszedłem po paczkę. Druga ochota wynikała z tego, że wczoraj skończyły się żwaczki, więc dzisiaj Piesek nie mógłby zrozumieć, dlaczego ich nie ma, skoro zawsze są. Przyszły idealnie w punkt.
Takie wyjścia w Uzdrowisko zawsze kocham. Dodatkowo dlatego, że może zadziać się coś fajnego. No i dodatkowo, że są pewne smaczki, gdy wychodzę "na menela". Tym razem, co prawda z racji panującej ciepłoty, nie przyodziałem się w kultową kurtkę, ale przecież i szary polar, w plamach od farby i wypalonych dziurkach, robił swoją robotę. Bo reszta, buty robocze, wypchane na kolanach dresy oraz dopełniająca stosownego wyglądu czapka-kominiarka, były na swoim miejscu.
Nie uszedłem i 40 m, gdy ujrzałem sąsiada, który z ojcem prowadzi najbliższy względem nas pensjonat.
- Dzień dobry! - wydarłem się, bo był zwrócony tyłem do mnie i za chwilę miał zniknąć w domu. - I co, ruszacie na majówkę?!
To ci, którzy na drugą część jesieni, na zimę i początek wiosny zamykali działalność, bo im się nie opłacało Zwłaszcza koszty ogrzewania nas zżerają!
Sąsiad zszedł na dół, a to taki typ (52 lata, właśnie się dowiedziałem), że chętnie pogada, nie ma w tym umiaru, chociaż nie mógłbym go określić mianem "gaduły", za to rzuca się w oczy pewne spektrum autyzmu, bo nie potrafi spotkania zakończyć i rozmowy przerwać, tylko, nawet nie przechodząc z tematu na temat, przygwoździć interlokutora skutecznie na dłuższy czas jednym napoczętym tematem. Ale czy mi się gdzieś spieszyło? A ile się dowiedziałem.
Okazało się, że nie wiadomo, czy zdąży ruszyć na majówkę.
- Bo wszystko zostało przepisane na mnie... - Poprzednio oni tworzyli spółkę cywilną...
Nie dociekałem jacy oni, czy jego ojciec i ktoś jeszcze?...
- Otworzyłem firmę, którą będę prowadził jednoosobowo, a z tym formalności jest mnóstwo... - Rejestracja działalności, ZUS, otwarcie konta bankowego, ale to nie wszystko. - Inspekcja budowlana - 3 tys. zł, pomiar szczelności instalacji gazowej - 3 tys. zł, pomiar skuteczności zerowania instalacji elektrycznej - 3 tys. zł, kominiarz oczywiście swoje, ale to akurat najmniejsze. - Od San-Epid-u się odczepiłem, albo raczej on ode mnie, bo gotować nie będę i nie będę serwować posiłków. - Wie pan, nawet bym teraz panu pokazał, ale nie mam przy sobie kluczy... - W kuchni jest 14 zlewów, każdy oddzielony od drugiego szklaną płytą, tak się kiedyś budowało, a każdy zlew lub grupa zlewów musiała służyć czemu innemu. - Paranoja! - Udostępnię gościom wyposażoną kuchnię, niech sobie sami przygotowują posiłki.
Przyklasnąłem pomysłowi.
- A poza tym, to mało jest w Uzdrowisku wszelakiego rodzaju jadłodajni, barów i restauracji!... - dodałem.
- Ale, żeby to zrobić, muszę przygotować kuchenki na gaz... - Trzeba do kilku wstawić takie półmetrowe metalowe przedłużki. - Sam tego zrobić nie mogę, bo musi to zrobić certyfikowany fachowiec. - A oni, jak tylko usłyszą, jaka to robota, to śpiewają 500 zł za sztukę. - To chyba niezła kwota jak na taką robotę? - patrzył na mnie pytająco.
- No wie pan, raczej skandaliczna, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że może to zająć pół godziny, niech będzie godzinę! - oburzyłem się.
- A myśli pan, że przyjadą i zrobią?! - Od razu mówią, że nie mają czasu, że są strasznie zajęci! - Ale wystarczy, że wspomnę, że muszę zrobić pomiar szczelności instalacji gazowej, to pchają się jeden przed drugiego!
- Popieprzony rynek! - pomyślałem.
- Wszystkim będę zajmował się sam. - Podziękowałem dwom paniom, które sprzątały i gotowały. - Odpadają pensje i ZUS.
Znowu pochwaliłem.
- Da pan radę, zwłaszcza że ma pan tylko 52 lata!
- A jak splajtuję?...
- W Uzdrowisku nie ma takiej możliwości!
- Ale, wie pan, tamten rok, 2025, był najgorszy...
To mi dało i Żonie do myślenia. Fakt, w Uzdrowisku ciągle się buduje, przybywa nowych olbrzymich hoteli i pensjonatów, więc konkurencja jest ostra. To może takie maleństwa, jak my, z niepowtarzalną ofertą, mają szansę?
Rozstać się z sąsiadem udało mi się po czwartym To powodzenia! Wtedy wreszcie zareagował i to przytomnie i miło.
- To powodzenia! - usłyszałem odchodząc.
Skończyłem odbierać paczkę, gdy jakaś pani podeszła po swoją, a zaraz po tym podjechało auto.
Wysiadł z niego facet i zaczął wypytywać tą panią Gdzie tu jest parking miejski? Nienormalny jakiś! Żeby o takie rzeczy pytać kobietę, na dodatek zdaje się przyjezdną, gdy tuż obok stał facet, na dodatek mieszkaniec Uzdrowiska, na dodatek kierowca obeznany w tych sprawach, na dodatek rwący się do pomocy. Podsłuchiwałem, jak pani pieprzy i się plącze, ale w końcu nie mogłem słuchać jej głupot, skoro wszyscy staliśmy dokładnie przy miejskim parkingu, a ona coś mówiła od rzeczy psując opinię o naszym pięknym Uzdrowisku. Nie wytrzymałem.
- Przepraszam - wydarłem się bezceremonialnie - pan pyta o parking miejski?!
- Tak.
- No to przecież wszyscy tutaj przy nim stoimy! - machnąłem ręką na plac, który był zajęty może w jednej czwartej.
Pani się natychmiast zmyła.
- No, ale tutaj jest parkometr... - zauważył pan.
- No tak, bo w Uzdrowisku parkingi miejskie są płatne 5 zł za godzinę, od 08.00 do 20.00, przez 365 dni w roku.
- No, ale - zareagowała pani z wnętrza auta - nam powiedziano, że tu, przy Orlenie możemy zaparkować i dostaliśmy takie coś.
- Proszę pokazać!
Pani bez szemrania podała mi przez otwarte okno kartkę.
- Eee, to jest tylko mapka z zaznaczonym miejscem parkowania, zresztą prawidłowa... - zauważyłem.
- I dostaliśmy takie coś... - pani przytomnie zareagowała i wręczyła mi bez moich nagabywań opłaconą winietę.
- To trzeba było tak od razu! - zacząłem ją studiować. - Jako mieszkaniec mam taką samą, ale w innym kolorze. - O, to widzę, że państwo możecie parkować od 17.04 do do 20.05... - To ile pan zapłacił? -skierowałem się do faceta, który już całkowicie był przy mnie, przy menelu, któremu łatwowierna żona wręczyła winietę.
- 180 zł.
- O, to proszę państwa, możecie parkować wszędzie na parkingach miejskich i niczym się nie przejmować, żadnymi parkometrami. - Wszystko macie opłacone! - Tylko winietę wyłożyć przed szybę! - Ale zaraz! - zatrzymałem faceta, który z ulgą chciał wsiąść do auta. - A w którym ośrodku państwo się zatrzymujecie?
Nie potrafili podać nazwy, ale ulicę tak. Chwilę musiałem się zastanowić.
- To rzeczywiście jest najbliższy parking...
- No, właśnie, tak nam powiedziały panie drukując mapkę. - pani z wnętrza auta była skora do rozmowy.
- Ale chwileczkę... - zatrzymałem faceta, który z ulgą zamierzał wsiąść i przeparkować auto. - ... przecież państwa ośrodek chyba ma miejsca parkingowe, więc...
- Tak, ma, ale życzył sobie za ten okres 300 zł. - A my kawałek możemy się przejść. -wyjaśnił.
- A to chamy niemyte!... - pomyślałem. - Niech sobie gnoje kopią grób! - To my zapewniamy naszym gościom parking darmowy, na dodatek strzeżony przez gospodarza, a oni?! - Co za cholerni krwiopijcy!
- Ale chwileczkę! - zatrzymałem gościa, któremu w końcu udało się wsiąść i już miał odpalać auto. I zerknąłem na tablicę rejestracyjną. - O, widzę, Gorzów Wielkopolski, województwo lubuskie... - oboje przytaknęli, pani śmiejąc się. - O, to Gorzów kłóci się z Zieloną Górą! - wyraźnie dawałem sygnały, że jeszcze bym porozmawiał i temat rozwinął.
Pani się nadal śmiała, pan szybko odpalił auto. Co było robić.
- Miłego pobytu! - życzyłem.
Ech, te nasze służby, mapkę wydrukowały, opłatę pobrały!... - myślałem wracając z paczką ze żwaczkami.
I jak tu nie kochać Uzdrowiska.
W połowie Pięknej Uliczki zadzwoniła Żona.
- Co tak długo?!
- A bo wiele się działo! - Opowiem na miejscu...
Od razu zaczęła się śmiać.
Jeszcze przed II Posiłkiem zacząłem sprzątać dolny apartament. I gdy byłem w połowie pracy, zadzwonił na moją komórkę, którą zostawiłem w domu, a którą odebrała Żona, Ciekawy Sąsiad.
Kto to był? Otóż to był Pół Polak Pół Francuz Bis. Z Żoną jakiś czas temu stwierdziliśmy, że musi mieć on inną blogową ksywę chociażby ze względu na szacunek dla Pół Polaka Pół Francuza i do niego samego.
Ciekawy Sąsiad zapraszał mnie, abym zobaczył łuparkę do kłód Bo właśnie łupię drewno i za kilka dni mogę ci pożyczyć, żebyś nie musiał używać klina i młota.
Wizyta ta wiele mnie nauczyła w ramach poznawania Ciekawego Sąsiada. Otóż przyszedłszy do niego trzeba się liczyć z tym, że tak prędko się nie wyjdzie, co miało miejsce. Bo znowu obgadywaliśmy rzeczy już obgadane, ale teraz pod innym kątem, no i doszły nowe. Skarżyć się nie mogę, bo wszystko nowe i ciekawe. W końcu weszliśmy do jego domu (wszystkie trzy są jego, ale w tym "jego" mieszka) i rozważaliśmy możliwości przeróbki pod kątem wynajmu. Sam zaś przeniósłby się do drewnianego, który poprzednio nam pokazywał, niezwykle klimatycznego, z urokliwą działką. Dziwiliśmy mu się, że jeszcze tego nie zrobił.
Już przy stole Ciekawy Sąsiad mnie zaskoczył pytaniem A chcesz spróbować mojego wina z winogron? I to była druga nauka. Na przyszłość trzeba odmawiać najlepiej wykręcając się Nie mogę, bo zaraz będę jechał samochodem, bo jeśli się nie odmówi, trzeba się liczyć z pewnymi konsekwencjami. Ja nie odmówiłem, a zapomniałem, jak było poprzednio, że on nalewa do dużych kielichów, bez umiaru, aż osiągnie menisk wypukły. Sam, cwaniak, nie pił informując właśnie, że jeszcze dzisiaj będzie jechał autem. Wypiłem czując, że to nie może się najlepiej skończyć. Bo wcześniej wypiłem piwo. Przed drugim kielichem udało mi się jednak wybronić, bo zasłaniałem się Żoną. A "teściowa" i "żona" w argumentach przemawia do wszystkich. Teściowa uniwersalnie - do każdej płci, żona do mężczyzn.
Nie wiem, czy już o tym pisałem, o dwóch przypadkach z "użyciem" teściowej. Raz zawiozłem przeziębioną Teściową rano do lekarza, a po tej wizycie czekały mnie jeszcze zakupy z nią w Biedronce, żeby miała wszystko, czego potrzebuje i już nie wychodziła z domu. A to byłby czasowy koszmar, bo Teściowa robi zakupy powoli, z namysłem mając problem z decyzją, zwłaszcza gdy jest chora. A mnie się jednak spieszyło do pracy.
W oczekiwaniu na wejście do gabinetu spisałem wszystko na kartce i pognałem do Biedronki przykazując, że gdyby wyszła z gabinetu przede mną, to ma na mnie czekać. Wpadłem do sklepu i od razu dopadłem panią, która wyładowywała towar.
- Proszę pani, teściowa jest w kolejce do lekarza, czy pomogłaby mi pani szybko zrobić zakupy - tu pokazałem karteczkę - żebym zdążył wrócić, zanim ona wyjdzie po wizycie, bo będzie afera?!...
Pani rzuciła wszystko, wzięła karteczkę i w dwie minuty w koszu miałem wszystko, czego potrzebowałem. W przychodni byłem z powrotem, zanim Teściowa wyszła z gabinetu.
Innym razem posłużyłem się "teściową", konkretnie Teściową, u szklarza.
W Szkole mieliśmy taki trudny okres, zanim nastało Nie Nasze Mieszkanie, że, gdy przyjeżdżaliśmy do Metropolii, nie za bardzo mieliśmy gdzie nocować. Oczywiście mogliśmy w hotelach, ale to by nas puściło z torbami pogłębiając i tak trudną sytuację. I tak od słowa do słowa okazało się, że Trzy Siostry Mająca i Konfliktów Unikający mogą ulżyć nam w niedoli i na czas naszego przyjazdu, na dwie, trzy noce, udostępniać pokój Miśka, a jego samego ekspediować do pokoju siostry, Teatralnej.
Ledwo zaczęliśmy pomieszkiwać, a znajomi się rozstali i Konfliktów Unikający się wyprowadził. Stąd, gdy przyjeżdżaliśmy, świadczyłem różne usługi samotnej matce, w tym paliłem w piecu centralnego ogrzewania (na koks) i usuwałem różne awarie i dokonywałem nieawaryjnych napraw, takich różnych zaszłości, do których domownicy byli przyzwyczajeni (jest tak w każdym domu) i dany stan, często prowizorka, im nie przeszkadzała i funkcjonowała latami. Ale nowej twarzy, czyli mnie, to przeszkadzało.
Jedną z takich rzeczy było nieduże piwniczne okienko, samo w sobie syfiaste, obsypane pyłem węglowym, a przede wszystkim dziurawe z wiszącym kawałkiem szyby. W końcu się za nie zabrałem.
Raniutko, przed pracą, je zdemontowałem, kawałek szyby usunąłem i ramę jako tako oczyściłem. Po czym pognałem do szklarza zakładając, że ponieważ jest to malutka, gówniana robota, po południu okno będzie do odbioru.
- Przyjdź pan po nie za tydzień. - usłyszałem. Nawet się specjalnie nie zdziwiłem postawie szklarza, bo to taka malutka, gówniana robota, w sumie zawracanie fachowcowi głowy.
- Proszę pana, ja nie mieszkam w Metropolii (prawda) i przyjeżdżam tutaj do pracy nocując u teściowej (fałsz). - A ta, co nie przyjadę, suszy mi głowę o to okno (fałsz). - Więc dzisiaj się w końcu zmobilizowałem (prawda) i myślałem (prawda), że po południu okno odbiorę, i jeszcze przed dzisiejszym powrotem do domu (fałsz) jej z powrotem zamontuję.
- Przyjdź pan o szesnastej...
Okienko było gotowe. Za wszystko zapłaciłem 30 zł. Mówiłem, że to taka malutka, gówniana robota?...
Od Ciekawego Sąsiada wróciłem nawet w formie, chociaż Żona twierdziła, że mi się plącze język. Dałem jeszcze radę skończyć sprzątanie dolnego apartamentu i nawet zjeść II Posiłek. I nawet, już z pewnym pijackim uporem, zatrzymać się chwilę nad onanem sportowym, chociaż Żona zaczęła coś wspominać o moim pójściu na górę i zejściu jej z oczu.
Gdy za chwilę przyszła, buńczucznie deklarowałem chęć oglądania kolejnego odcinka serialu The Newsreader.
- Taaa..., żebyś mi za pięć minut usnął!... - Nie dam się nabrać! - Śpij!
To karnie zasnąłem, ponoć w oka mgnieniu. Żona jeszcze wstawała, schodziła na dół, a ja niczego nie byłem w stanie rejestrować. Normalnie, jak kamień... Cholerny i podstępny Ciekawy Sąsiad!
ŚRODA (22.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.15.
W nocy mieliśmy akcję z Pieskiem. Około pierwszej przyszedł do sypialni i popiskiwał. Wyraźnie chciał zejść na dół i do ogrodu. Chciał, ale się zaparł i nie chciał zejść po schodach. Coraz trudniej jest mu się po nich poruszać i chyba trzeba będzie mu górę odciąć. Może być też tak, że ze spaniem przeniesiemy się na dół, żeby Piesek w nocy miał poczucie stada i żeby go nie korciła wycieczka na górę. Bo w tamtą stronę jakoś jeszcze daje radę, ale schodzenie w dół sprawia mu wyraźnie ból.
Żona musiała prosić mnie o pomoc. Wspólnie, ona z przodu, ja z tyłu, jakoś stopień po stopniu Pieska przesuwaliśmy w dół, a sprawa z racji jego gabarytów i masy nie była prosta. W ostatniej 1/3 schodów Piesek, niestety, się wyśliznął i zjechał na dół. Na szczęście nic mu się nie stało. W ogrodzie zrobił siku i kupę, i reszta nocy była spokojna.
Cała ta sytuacja musiała na nim zrobić spore wrażenie, bo już nie pchał się na górę i resztę nocy spędził na dolnym legowisku bez popiskiwania przy schodach. Zresztą nic by mu to nie dało, bo na pierwszym stopniu Żona wracając założyła klątwę, która skutecznie blokuje przejście. Gdyby jednak popiskiwał sugerując, że chce do nas, musielibyśmy zejść i spać na dole już tej nocy.
A co to jest klątwa, oprócz oczywistego znaczenia? Otóż klątwa to taki zgrabny stojaczek na różne butelki kupiony na starociach jeszcze w czasach Dzikości Serca. Pełnił on swoją podstawową funkcję w Dzikości Serca, Naszej Wsi i w Wakacyjnej Wsi. Ale już w Tajemniczym Domu nie, z racji dużej i podręcznej spiżarni. Żona wpadła na to, że przy swoich gabarytach i niewielkim ciężarze, łatwo daje się go ustawić na pierwszym dolnym stopniu, żeby, gdy istniała taka konieczność, odciąć Pieskowi drogę na górę. I gdy któregoś razu Robaczki były u nas, Ofelia z refleksem zareagowała na zakusy Pieska, gdy akurat ten nie powinien był iść na górę To może ja założę klątwę? I tak zostało.
Teraz wszyscy mówią Pamiętasz o klątwie?, Założyłeś klątwę?, Załóż klątwę!, Mogę już zdjąć klątwę?, itd. Wiadomo, że pewne określenia i słownictwo dzieci przechodzi na stałe do języka dorosłych, co jest zabawne, często komiczne.
Po porannym rozruchu pisałem.
Goście przyjechali o 08.10. Para lat 42-45, bardzo sympatyczna, kontaktowa, miła, bezproblemowa.
Wystartowali do nas o pierwszej w nocy z... Kamienia Pomorskiego. Od razu było o czym rozmawiać, skoro byliśmy tam dwa razy. Wszystko im pasowało.
- O, mamy dach nad głową, gdzie spać!... - Niczego więcej nie potrzeba!... - oboje mówili z entuzjazmem.
Już wcześniej deklarowali, że oni to w zasadzie będą tylko nocować, bo całymi dniami będą się miotać po szeroko pojętej okolicy.
Tym razem, od początku do końca, gości przyjmowałem ja, bo Żona z racji niewyspania i nieprzytomności oraz pilnowania Pieska, bo nie wiadomo było, co wymyśli, gdyby Państwo "zniknęli", nie kwapiła się do wyjścia. Nie wiedziałem, upity przez Ciekawego Sąsiada i śpiąc twardym pijackim snem, że Piesek budził ją jeszcze kilka razy przed tą newralgiczną pierwszą w nocy.
Po I Posiłku pierwszy raz w tym roku skosiłem trawniczek. Mech, jak zwykle w cienistych miejscach się panoszył, więc spróbuję z nim powalczyć i posypać go wapnem. I się zobaczy.
Zaraz potem zabrałem się za cyzelowanie szyb w szklarni. W oczy gryzł mnie taki wąski pasek pokryty glonami wzdłuż szklanej klapy służącej do otwierania i zamykania części dachu, żeby szklarnię wietrzyć lub nie. Wszystko musiałem robić na drabinie przy niezłym wyginaniu ciała, kombinowaniu, jak tu się dostać w trudno dostępne miejsca, żeby przy okazji nie stłuc szyby, nie pokaleczyć się lub nie spaść z drabiny. Udało się dotrwać do końca bez żadnego uszczerbku.
Gdy wróciłem do domu, tuż przed 14.00, goście właśnie wyjeżdżali na wycieczkę. Tak późno, bo widocznie musieli trochę odespać. Wrócili po półtorej (półtora - dziennikarze i politycy) godzinie. Czy coś wspominałem o strzeżonym parkingu?...
Zrobiłem sobie relaksacyjną przerwę i pisałem.
Po II Posiłku wróciłem do szklarni. Żona stwierdziła, że szkoda zasłaniać tak ładnego okienka, półowalnego, usytuowanego w murze oddzielającym szklarnię od dolnego gościnnego ogródka. Wisiała na nim od strony szklarni taka poszarzała płócienna roleta przymocowana na stałe tak, że jej podstawowa funkcja, rolowanie, była zlikwidowana. Zamysł poprzednich właścicieli był widocznie taki, żeby nikt niepowołany z tamtej strony nie zaglądał do szklarni. To było dziwne, bo, po pierwsze, nigdy od dawna, jak wiedzieliśmy, nikogo takiego niepowołanego nie było, a, po drugie, po co było wstawiać w murze tak piękne okienko, żeby je potem zakrywać jakąś brudną szmatą?...
Roletę zdemontowałem, szyby z dwóch stron umyłem i wyczyściłem metalowe obramowania. Zrobiło się pięknie, zwłaszcza że drzwi, obok w murze (można przechodzić przez szklarnię na przestrzał), są w tym samym półokrągłym sznycie co okienko, więc wreszcie oba elementy (emelenty) pięknie kompozycyjnie się uzupełniały.
A co mi przeszkadza, że goście będą mogli zaglądać do szklarni, chcący czy niechcący? I podziwiać z bliska lub z daleka dorodne krzaki pomidorów obwieszone pięknymi czerwonymi kulami. Z daleka będzie nawet ciekawiej, bo półkolista rama okna stworzy taki piękny obraz, na którym będzie przyjemnie zawiesić oko. Dla gości dodatkowy relaks.
Pod wieczór zadzwoniliśmy do Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Specjalnie z telefonowaniem odczekaliśmy, żeby zdążyła po powrocie z pracy odtajać. Okazało się, że była w pracy, czyli w domu.
- Ale już właśnie wyłączyłam komputer. - Jutro jednak muszę pojechać do pracy, i tak dwa razy w tygodniu... - z głosu jej nie przebijał entuzjazm.
Potwierdziła to, o czym wcześniej mówił Konfliktów Unikający. Że się nową pracą stresuje, źle sypia po nocach. Wszystko dlatego, że jest ambitna, wielu, wielu rzeczy nie zna, nie umie i musi się ich uczyć, a czasu na oddzielną naukę nie ma, bo przecież od razu dostała obowiązki.
- Na przykład obsługę firm w Wielkiej Brytanii. - Bo ta moja obecna, to jest moloch korporacyjny.
Aż mnie samego ogarnęła zgroza.
Dopinaliśmy ich przyjazd do nas w pierwszy majowy weekend, w tym roku tzw. długi.
- Może być tak, że w piątek, 1. maja, będę miała dyżur, bo w Wielkiej Brytanii to jest zwyczajny dzień pracy. - Ale chyba nie, bo już się zgłosiła koleżanka, która w to święto chętnie popracuje, żeby w zamian dostać kiedy indziej dzień wolny. - Zbiera je, bo urlop ma jeszcze krótki.
Wieczorem obejrzeliśmy w miarę bez sennych przeszkód kolejny odcinek serialu The Newsreader. Ale po wrażeniach z poprzedniej nocy o 20.00 już spaliśmy.
CZWARTEK (23.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Noc upłynęła spokojnie. Piesek spał na dole i nie usiłował wejść na górę, ani nie piszczał. Na wszelki wypadek na pierwszym stopniu schodów była założona klątwa.
Po porannym rozruchu pisałem.
Dość mocno się zdziwiłem, gdy trochę przed siódmą usłyszałem warkot auta. Nie chciałem wierzyć, że to naszych gości. A jednak. Podglądałem ich przez okno (parking strzeżony), jak wyjeżdżali. Oszołomy jedne. Ale uprzedzali, że tak będą robić i codziennie się miotać. Byleby byli zadowoleni. A pogoda do wypadów im sprzyjała.
Najśmieszniejsze w tym moim podglądaniu jest to, że być może zaczęło się ono udzielać Żonie. Bo wczoraj przyznała się, że gdy goście wyjeżdżali, to nawet zgasiła w kuchni taką dyżurną lampę, żeby w razie czego przez zazdroskę na oknie goście tym bardziej nie mogli dostrzec, że są podglądani.
Taka głupotka ma tę cechę, że właśnie potrafi się udzielać. Co z tego, że przez lata Żona krytykowała to moje zachowanie, często na granicy oburzenia Biedni goście! Co sobie pomyślą?! Nigdy do nas nie wrócą!, skoro...
Przypomniała mi się taka jedna sytuacja z naszego życia, którą od czasu do czasu wspominamy, przy czym ja ciągle pękam ze śmiechu, z mojego i żoninego, zwłaszcza, zachowania i mechanizmów nim rządzących, a Żona na granicy oburzenia Do dziś nie mogę uwierzyć, że tak idiotycznie się zachowałam!
Wiele lat temu, w ramach naszego oszołomstwa i miotania się po Polsce, oglądaliśmy kolejną nieruchomość wystawioną na sprzedaż oczywiście wyobrażając sobie A co by było, gdybyśmy tutaj zamieszkali?... Zawsze, gdy miejsce nam się podoba, angażujemy się pozytywnie w rozmowach z właścicielami, a oni te aurę i nadzieję na sprzedaż od razu odbierają. Tak było i tym razem. Oczywiście spotkanie musiało się zakończyć naszym standardowym Rzecz musimy przemyśleć, zastanowić się...Damy znać przy zrozumieniu drugiej strony.
Doświadczenie nam mówiło, że daną nieruchomość należy obejrzeć drugi raz, bo to inne patrzenie, ale przede wszystkim należy obejrzeć drugi raz otoczenie, bo o ile z domem można zrobić wiele, to z otoczeniem będącym poza naszym potencjalnym władaniem, już nie.
Następnego dnia wybraliśmy się jeszcze raz, piechotą. Był to dość długi spacer, bo nieruchomość leżała na uboczu małego miasteczka, wokół niej nie było żadnych innych zabudowań, co dla nas stanowiło zaletę. Przy pustkach wokoło tak staraliśmy się zachowywać ostrożnie, nie zbliżać się zanadto, żeby właściciele, gdyby byli w domu, nas nie dostrzegli, bo mogłoby wypaść trochę głupawo, zwłaszcza gdyby ponownie chcieli nas "wciągnąć" do środka, zorientowawszy się, że my to my, a poza tym mogłoby to podkreślać nasze nadmierne zainteresowanie i gorszą, późniejszą ewentualnie, naszą pozycję przy negocjacjach cenowych.
Udało się, tak nam się wydawało, przemknąć niepostrzeżenie. Wracaliśmy inną drogą niż ta poprzednia (szeroki szutrowy trakt), taką klasyczną polną, wśród pól, widoczni na wiele metrów i zajęci rozmową o tym, co widzieliśmy.
W pewnym momencie dostrzegłem z daleka jadące naszą drogą auto, które ewidentnie zmierzało w naszą stronę.
- Ty, to mogą być "nasi" właściciele!... - odezwałem się do Żony od razu spanikowany.
- Tak, już od razu to będą oni! - Żona mnie wyśmiała.
- A kto tędy może jechać do tego jedynego domu?! - Mówię ci, że to oni!
- No i co z tego? - Przejadą i pojadą...
- A jak nas poznają i się zatrzymają? - panika narastała, bo sekundy leciały.
- No i co z tego? - Żona nie dawała za wygraną.
- To po się tak dzisiaj czailiśmy?! - Mieli nie wiedzieć, będą nas nagabywać, z powrotem "wciągną" nas do siebie!... - Ja się chowam.
Obok, po lewej stronie drogi, za rowem, rosła jedyna, duża kępa różnych krzaków.
- Nie wygłupiaj się! - Jak ty się zachowujesz! - Przecież to idiotyczne!
Wpadłem za rów nie czekając na dalsze żonine wywody i przykucnąłem. Nie minęła sekunda, gdy Żona znalazła się obok mnie. Też przykucnięta.
- Boże, co ja robię?! - Przecież to jest tak idiotyczne, że nie mogę sama sobie uwierzyć! - Dorośli ludzie!...
Gdy samochód przejechał, odczekaliśmy jeszcze trochę i wyleźliśmy na drogę otrzepując się z listków i ziemi.
- Mogli nas rozpoznać, bo, że zauważyć to na pewno... - Żona nadal była w szoku.
- Nie ma co nawet do nich dzwonić, bo z nienormalnymi nie będą rozmawiać. - zacząłem. - A nawet gdyby, to co mielibyśmy odpowiedzieć na ich pytania A to państwo schowaliście się tam w rowie?... A dlaczego?...
Już o 09.00 poszedłem po kurczaka zagrodowego. Żona namawiała mnie, abym pojechał, ale
- szkoda katalizatora i silnika (diesel), bo na tak krótkiej trasie żadne z nich nie rozgrzałoby się i nie uzyskałoby właściwej temperatury,
- taki energiczny marsz to tylko dla zdrowia,
- z samochodu nie mógłbym przecież poczuć tej pięknej porannej uzdrowiskowej aury, kiedy nie ma jeszcze turystów i kuracjuszy, plączą się nieliczni mieszkańcy, którzy spotykają się w grupkach trzy-, czteroosobowych, pieprzą pogodnie i przekazują sobie najświeższe wieści i plotki oraz blokują przejścia, bo przecież są u siebie, a służby dokazują - dmuchają, wyrywają chwasty, remontują, myją i czyszczą. Aż serce się raduje!...
Po powrocie zadzwoniliśmy z imieninowymi życzeniami do Justusa Wspaniałego. Tak wcześnie, bo wiedzieliśmy, że Lekarka akurat w czwartki jeździ do pracy na 12.00 i wieczorem, po powrocie, nie mielibyśmy sumienia męczyć jej rozmową. Ale i tak słowa z nią nie zamieniliśmy, bo się pindrzyła do pracy, a poza tym zajmowała się kuzynką Justusa Wspaniałego, która przyjechała do nich na kilka dni.
Za to rozmowa z Justusem Wspaniałym była szczególnie sympatyczna.
U nich w sumie nic nowego, oprócz tego, że rośnie, jak szalony, bezlik zieleniny posianej lub posadzonej przez Justusa Wspaniałego. A to jeszcze nie koniec. Ja przy nim, to mały Kazio.
Na długi weekend przyjedzie Syn Lekarki, a oni sami może wybiorą się do nas w czerwcu. Ale to jeszcze odległy termin, żeby ustalać konkrety.
Po I Posiłku pojechaliśmy do City. W Leroy Merlin i w Carrefourze zakupowe drobiazgi załatwiliśmy błyskawicznie i w US byliśmy trochę przed czasem. To miał być kolejny etapik dotyczący rozliczania sprzedaży Pół-Kamieniczki, więc jechaliśmy bezstresowo, bo najważniejsze się przewaliło i pewne decyzje były już za nami, a to dawało ulgę. W związku z tym pobyt był krótki, bardzo sympatyczny i efektywny, bo nasza pani wpadła jeszcze na pewien pomysł, który mógłby ulżyć doli podatnika.
Jego realizacja wymagałaby trochę więcej wysiłku i pracy, ale skoro to miałoby ulżyć... Trzeba będzie trochę jeszcze poszperać w segregatorach i na koncie, żeby odszukać pewne dokumenty i płatności, i będzie... raj. Wyszliśmy zrelaksowani, pełni energii, że aż się chciało żyć.
Wracaliśmy do Uzdrowiska okrężną drogą, via biblioteka.
- Ten pan zadzwonił, że są trzy książki Siembiedy, zwłaszcza ta druga, na którą tyle czekałeś, żeby było po kolei. - Żona się śmiała.
Oboje wiedzieliśmy, ile to tego pana kosztowało i pękaliśmy ze śmiechu. Żeby tak sam z siebie zadzwonił i wydusił z siebie jedno zdanie?!...
- Może poskutkowała twoja interwencja, że to jest skandal, żeby tak długo książkę przetrzymywać i może do tego kogoś zadzwonił... - Zapewniłam go, że dzisiaj przyjedziemy. - Nie mogłam nie docenić jego, tak wielkiego wysiłku, bo mógłby w przyszłości jeszcze bardziej się w sobie zaciąć i zamknąć.
Po książki poszła Żona, a ja warowałem w aucie blokując inne, bo na parkingu nie było wolnych miejsc. Wróciła z trzema z daleka się śmiejąc.
- Wiedziałam, że trzy naraz to za dużo, zwłaszcza że teraz czytasz książki kolegi, ale nie mogłam mu odmówić Wie pan, trzy to za dużo. - Bo jak na niego, to tak się postarał, że naprawdę nie mogłam. - Bo mógłby w przyszłości jeszcze bardziej się w sobie zaciąć i zamknąć.
Świetnie to rozumiałem.
Ledwo się rozpakowaliśmy, zadzwonili oglądacze. Zaczyna się. Żona umówiła się z nimi na jutro, na 17.00.
- O, to ja ucieknę na Pilsnera Urquella do Amfiteatralnej. - Taka pogoda... - Książka...
- Fajnie masz... - Żona kiwała głową z zazdrością. - Ale co nieco mi przygotujesz w domu?... - Zgodnie z umową.
Potwierdziłem. Żeby tylko nie być w głównej fazie obecności oglądaczy, mogę zrobić wszystko, dodatkowo z perspektywą Pilsnera Urquella, Amfiteatralnej, pogody i książki.
Jeszcze przed II Posiłkiem zabrałem się szklarnię.
Najpierw gumówką podszlifowałem metalowe drzwi, te w ścianie, bo dół, przy ich otwieraniu i zamykaniu, ocierał o betonowy krawężnik ścieżki. Nie dość, że za każdym razem wydobywał się nieprzyjemny hałas (zgrzyt), to dodatkowo przy zamykaniu musiałem posługiwać się roboczym butem i kopem.
- Ale będziesz miał maskę na twarzy?... - wiedziałem, że Żona o to zapyta, bo przy gumówce pyta zawsze. - Bo tego narzędzia nienawidzę...
Drugim jest piła łańcuchowa. Oba traktuje jako niebezpieczne, i słusznie.
- Będę miał maskę i rękawice... - Nie droczyłem się z nią, bo cierpiała katusze. - Zawsze je zakładam, przy pile też. - uspokajałem wiedząc, że za jakiś czas, gdy znowu tego sprzętu użyję, zapyta o to samo.
Drzwi podszlifowałem tak, że dziecko by je zamknęło. Ale... Ale okazało się, że mimo że metalowe, to z biegiem lat uległy niedużemu przekoszeniu i na samym końcu domykania i tak trzeba użyć buta. Z tym drobnym felerem nic już nie byłbym w stanie zrobić. Za dużo pracy przy wątpliwym efekcie.
Nastał czas na szklenie i uzupełnianie ubytków w pionowych ścianach. Na wykorzystanie mojej kolejnej sprawności, tu klejenia silikonem popękanych szyb. Dla nabycia wprawy zacząłem od styków szyb z metalowymi kątownikami i to w miejscach najmniej widocznych. A po II Posiłku dopiero rozpocząłem jazdę - kleiłem popękane szkło do popękanego szkła bawiąc się w układanie puzzli. Oczywiście kawałków nie dawało się już dopasować do siebie idealnie, na styk. Szyby na łączeniach zachodziły na siebie, sprężynowały. Musiałem więc poprzycinać na wymiar sporo deseczek i zapierać je o siatkę płotu, który delikatnie sprężynował i powodował, że deseczka sensownie dociskała szybę, czyli do szklarni, czyli do wewnątrz. Dość precyzyjna robota, bo większy nacisk skutkowałby jej pęknięciem i dopiero byłoby zabawnie. Pierwsze kawałki się trzymały.
Robotę musiałem przerwać, bo nie dość, że powoli miałem dosyć tej gimnastyki, to jeszcze dzień chciałem zamknąć różnymi drobiazgami. Pierwszy to oczywistość - sprzątanie. Wszystko musiałem schować do wnętrza szklarni na wypadek, gdyby w nocy deszczowi przyszła ochota padać. Potem podlałem trawę pod świerkiem, narąbałem frakcję III, trochę pisałem i dzień można było kończyć.
Jeszcze tylko przyszedł mail od koleżanki potwierdzający, że Browar Prost został dla nas zarezerwowany na 9. września tego roku, na godzinę 16.00.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
PIĄTEK (24.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.35.
Już wczoraj postanowiłem, że dzisiaj rano, w trakcie porannego rozruchu, zaczaję się na gości zakładając, że ich dopadnę w okolicach siódmej. Jakież było moje zdziwienie o 06.20, gdy przez okno (parking strzeżony) ujrzałem oboje gotowych do wyjazdu. No, stachanowcy turystyczni, normalnie. Zaskoczyli mnie tym bardziej, że od momentu wstania nie słyszałem charakterystycznych oznak życia z ich apartamentu, chociażby szumu wody w rurach.
Wypadłem więc z nadmiernym impetem, żeby zdążyć, a oni nie spodziewając się tak rano gospodarza, dodatkowo z taką energią, zatrzymali się w pół kroku i stanęli jak wryci. Nie powiem, trochę ich nastraszyłem.
- Ja przepraszam, że tak z samego rana zaczaiłem się na państwa i napadam, ale...
- Co się stało?! - pani zareagowała natychmiast, jak kobieta, która z racji swojej płci ma zdolność ogarniania całości, jaką by nie była, i kobieta i całość, i umiejętność jednoczesnego sprostania kilku problemom naraz. Swoją postawą dokumentowała, że jest kobietą (pomijam wszystkie inne oczywiste cechy) i że jest gotowa sprostać problemom.
- E, nic, nic... - starałem się ją uspokoić.
- Co takiego zrobiłem?! - prawie równocześnie odezwał się pan. Jako mężczyzna, który z racji swojej płci ma zdolność koncentrowania się na jednym problemie, jaki by nie był, i na niczym innym, od razu przeszedł do konkretu udowadniając, że jest mężczyzną (pomijam wszystkie inne oczywiste cechy) i że jest gotów ten jeden problem rozwiązać.
Tym pytaniem mnie rozśmieszył. Bratnia męska dusza.
- Nic pan nie zrobił, ale zrobi...
I wytłumaczyłem, żeby, gdy wrócą, zaparkował auto z 1,5 -2 m dalej, w głąb, Bo późnym wieczorem przyjadą kolejni goście i będzie im łatwiej po nocy wypakować bagaż.
- Oczywiście, tak zrobię. - pan natychmiast rozwiązał pojedynczy problem.
- A może by... - zaczęła pani w dobrej wierze, aby problem ogarnąć i go "rozwiązać", pełna chęci do pomocy, czyli komplikowania rzeczy prościutkiej, która właśnie przed chwilą została rozwiązana.
- Nie kombinujmy! - przerwałem brutalnie. - Jako były nauczyciel, wiem, że będzie dobrze. - dodałem dla złagodzenia mojej brutalności.
Doświadczenie mi mówiło, że wzmianka o nauczycielu prawie w 100% rozładowuje większe, czy mniejsze napięcie. Bo każdy nauczycieli miał, więc Aaa, nauczyciel... To wszystko tłumaczy. Nie ma co dyskutować!...
Oboje wybuchnęli śmiechem. Pozostało tylko sobie nawzajem życzyć miłego dnia, bo pogoda była żyletowata.
Z wczorajszych drobiazgów:
- ponieważ dzisiejszy dzień zapowiadał się ciekawie pod względem ilości i różnorodności prac oraz wydarzeń, to postanowiłem wczoraj je spisać na kartce, żeby spokojnie spać. Prac wyszło dziewięć, a wydarzeń dwa. W zestawieniu istotne były prace, bo postanowiłem ambitnie ze wszystkim się wyrobić, a kładąc się do łóżka mam to do siebie, że zaczynam o nich myśleć zamiast się wieczornie relaksować. A dodatkowo w nocy, gdy się budzę, mózg niezależnie ode mnie je mieli na okrągło i tu mógłby zrobić z dziewięciu osiemnaście lub trzydzieści sześć.Wtedy zacząłbym się stresować, że się nie wyrobię, pocić i fatalnie spać. A tak przygotowaną kartkę miałem nawet w trakcie przebudzania się przed oczami (jestem wzrokowcem), widziałem, że prac jest tylko dziewięć i mózg mógł mi wówczas skoczyć, bo nie miał jak dokazywać. Spałem spokojnie.
- wieczorem, gdy telefon miałem już wyłączony, przyszedł alert od Kolegi Inżyniera(!). Odczytałem dzisiaj rano. Informował, że tylko w dwóch dniach jest promocja Zatecky'ego, 12+12. Butelka wychodziła po 2,30 zł. Może skorzystam...
- przed pójściem na górę Żona zaczęła się jąkać i od razu, zanim zaczęła gadać, przerywała sobie śmiechem. Do propozycji podchodziła kilka razy, bo ciągle ten śmiech. W końcu jej się udało.
- Ja wiem, że to nie przejdzie, ale może ty jutro pospałbyś trochę dłużej... - kończyła śmiechem.
Spojrzałem na nią tak, że znowu zaczęła się śmiać.
- Jutro?!... - Dłużej?!... - Kiedy jest tyle prac i przychodzą oglądacze!...
-To może w sobotę?...
- Zobaczymy...
Żona wie, że to moje "zobaczymy" albo "zobaczę" praktycznie oznacza stanowcze "nie". Nie mogę przecież tyle spać w obliczu wiosny i pięknej pogody. Szkoda dnia! A poza tym, jeśli śpię codziennie po 8-9 godzin, to chyba bardzo dobrze? Nie mogłem jednak nie docenić troski Żony. Fakt, że to dostrzegłem, będę musiał jakoś wyartykułować.
A dzisiaj już o 04.14 napisał Po Morzach Pływający.
Właśnie wschodzi słońce nad południową Norwegią. Kolejny słoneczny dzień nadchodzi.
We środę rano rzuciliśmy " żelazko" i czekamy na ładunek. Gdzie nas rzucą trudno powiedzieć, ale na razie korzystamy z postoju nadrabiając zaległości w pracach pokładowych ...
We środę rano rzuciliśmy " żelazko" i czekamy na ładunek. Gdzie nas rzucą trudno powiedzieć, ale na razie korzystamy z postoju nadrabiając zaległości w pracach pokładowych ...
Miłego dnia
PMP (pis. oryg.)
PMP (pis. oryg.)
Po wszystkich porannych ekscesach pisałem. A potem ostro zabrałem się do roboty:
- pojechałem do hurtowni po silikon przezroczysty (po polsku - transparentny). Przezornie kupiłem dwa, najtańsze, bo po co mi były dwa razy droższe z funkcją antybakteryjną i antygrzybiczną?... Wczoraj ocknąłem się przy pierwszych klejeniach szyb, że mam sporo silikonu, ale białego i brązowego, a przezroczystego resztki. Biały tutaj nie nadawał się do niczego, a dla aż czterech tubek brązowego, który został po remontach oraz dla przezroczystego widziałem szerokie zastosowanie,
- przygotowałem Żonie dwie konewki biohumusu, bo ma fazę, i słusznie, na podlewanie rosnących jak głupie piwonii,
- gwałtem zabrałem się za sprzątanie górnego apartamentu,
- i z rozpędu, bo cały sprzęt był pod ręką, wysprzątałem naszą górę. To pod kątem oglądaczy,
- pod tym samym kątem i pod kątem Żony wytrzepałem wszystkie dolne dywaniki. Od razu na początku, ledwo dotknąłem pierwszego, usłyszałem A może nie trzeba?... Powiedziane w dobrej wierze, bo widziała, że jestem trochę zmęczony, ale... Jak ja takie numery kocham. Najpierw bardzo trzeba, a potem może nie... Zaplanowane do zrobienia, więc święte,
- też pod kątem oglądaczy wysprzątałem biurko z bezładnie porozrzucanych papierów,
- dwie godziny spędziłem w szklarni i to był jedyny moment dający mi przyjemność z pracy,
- ostatnią przyjemnością było odgruzowanie się na 60%.
Po II Posiłku mogłem z Tajemniczego Domu znikać. Jak zwykle w takich razach zrobiłem to chętnie, ale tym razem towarzyszyło mi niezrozumiałe, niczym nieuzasadnione zdenerwowanie.
Godzinę spędziłem w Amfiteatralnej przy Pilsnerze Urquellu i książce. I, gdy właśnie zbierałem się do wyjścia, ale nie do powrotu, zadzwoniła Żona z informacją Fajnie byłoby, gdybyś już przyszedł.
Odwiedziła nas para, on lat 46 (wypytałem), ona znacznie młodsza (nie pytałem), ale już nie podfruwajka. Oboje sympatyczni. Przyszli z dwuletnim golden retrieverem, niezwykle pogodnym i przyjacielskim. Skoro go wyklepałem i wymyziałem, musiał zapałać sympatią, bo zachowywał się w stosunku do mnie tak, jak do swoich Państwa. Pomijam tutaj jego pchanie się na mój fotel i bezceremonialne wtykanie mi pod nos paszczy ze swoim hecnym nosem, ale, gdy uznawał, że mu się nudzi i czas byłby już opuścić ten dom, brał delikatnie w paszczę kilka moich palców (nigdy całej ręki) i prowadził do wyjścia. Boki zrywać.
Para od pół roku mieszka w Uzdrowisku, a jego rodzice kombinują, aby zrobić tak samo. Stąd oglądacz oglądał wszystko, niczego nie pomijał i robił to dokładnie. Musiał zdać relację rodzicom, szczególnie ojcu, którzy, być może przyjadą oglądać za dwa-trzy tygodnie.
Para nie mogła zebrać się do wyjścia Bo tak się miło z państwem siedzi i rozmawia, ale chyba w ostatecznej decyzji pomógł golden retrevier, który po kilku nieudanych próbach i oporach pani skutecznie wziął ją za rękę i wyprowadził do drzwi. Wszyscy pękali ze śmiechu.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek The Newsreader. Z przerwą pod jego koniec. Goście na górę zapowiadali się na 21.30-22.00, ale udało im się dotrzeć o 20.30. Zszedłem przed dom i powitałem trójkę, małżeństwo i ich koleżankę, oraz sunię, sporej wielkości, która na mój widok zareagowała agresją, szczekaniem i pokazywaniem kłów.
- Nie lubi mężczyzn... - wyjaśniła pani. - Wzięliśmy ją ze schroniska, widocznie jest po przejściach.
Do suni nabrałem respektu i w trakcie oprowadzania i wyjaśniania musiałem uwzględniać jej obecność i logistycznie tak planować, żeby się z nią rozmijać w bezpiecznej odległości, skoro byłem mężczyzną.
Gdy już goście zaczęli się wprowadzać i zagospodarowywać, na odchodnym, w drzwiach, nie mogłem się oprzeć swojej kompulsywnej ciekawości i zapytałem małżeństwo (koleżanka wtedy musiała być w łazience i całe szczęście):
- A ta pani, to jest mama pana czy pani?
- Ani to, ani to. - odpowiedziała pani - To moja koleżanka.
Szybko powiedziałem "dobranoc".
- Ty to potrafisz... - skomentowała na dobranoc Żona, gdy zdałem jej relację.
Niestety, musiałem się z nią zgodzić. Czasami, jak palnę...
Od razu wróciła sytuacja z orlenowskiej stacji paliwowej w Powiecie. W pewnym momencie wśród obsługi pojawiło się młode dziewczę, lat około dwudziestu, nieśmiałe i milczące, to znaczy mówiące tyle, co potrzeba przy obsłudze klienta i przy dukaniu promocyjnych haseł i ani słowa więcej.
Minął jakiś rok, więc któregoś razu poczułem się upoważniony do miłego i życzliwego zapytania widząc, że wyraźnie na twarzy się zaokrągliła i lekko przytyła.
- A który to miesiąc?
- Ale ja nie jestem w ciąży... - momentalnie się zaczerwieniła, być może też dlatego, że wydobyła z siebie tyle ponadnormatywnych słów.
Błyskawicznie zapłaciłem coś gadając pod nosem i wyszedłem ze stacji, jak niepyszny.
Po jakimś czasie pani zniknęła, już tam nie pracowała. Może jednak ta ciąża?...
SOBOTA (25.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
A chciałem o 06.30.
Po porannym rozruchu oddałem się onanowi sportowemu.
Goście z dołu wyjechali o 06.50 (parking strzeżony). A ci z góry o 09.00, czym nas zaskoczyli, bo obstawialiśmy, że z racji późnego przyjazdu będą odsypiać. Poza tym do przyjazdu do Uzdrowiska byli zupełnie nieprzygotowani, zadawali wczoraj takie pytania z kapelusza, wiec tak trochę średni turyści. Ale jednak. Okazało się, że turystycznie sroce spod ogona nie wyskoczyli.
Po onanie pisałem, a potem z przyjemnością poszedłem w Uzdrowisko.
- Widzę, że masz ochotę... Żona się śmiała. Martwiła się tylko, że jest wiatr i Czy dasz radę?
- Widzę, ze zachowujesz się, jak te rządowe alerty! - nie wytrzymałem. - Uwaga, dzisiaj będą padały deszcze! Nie zbliżaj się do rzek i zbiorników wody! Zastosuj się do poleceń służb!, albo W nocy z... na... i cały następny dzień będą silne wiatry! Unikaj przebywania pod drzewami!, albo W dniach... przewidywane są poranne i wieczorne mgły! Kierowco, jeśli nie musisz, zrezygnuj z podróży!, itd, kurwa, itd!
Na każdym kroku starają się z ludzi zrobić bezwolnych idiotów chyba tylko po to, żeby było łatwiej nimi sterować.
Naigrywałem się. To Żonie unaoczniło komizm sytuacji z powodu chuchania na mężczyznę w sile wieku, który w swoim życiu spotkał się z wieloma wiatrami, nomen omen, deszczami, burzami, zawiejami i zamieciami, mgłami, upałami i z tym wszystkim, w którym człowiek w naturalny sposób przebywa, czyli w swoim środowisku, w przyrodzie.
Odebrałem paczkę i zrobiłem Żonie niespodziankę kupując kawałek ligawy, na tatara, na trzy śniadania. Uwielbia! Ludzi nie było prawie wcale, bo... wiało. Normalne pustki, choć to weekend. Alert musiał wystraszyć, zwłaszcza starych dziadów!
Po I Posiłku zabrałem się za życie:
- nastawiłem pranie,
- dwa razy podlałem trawę pod świerkiem,
- znowu uzupełniałem szklane ubytki w szklarni,
- pisałem mail do koleżanek i kolegów. To mi zajęło sporo czasu, bo sprawa była poważna, a mail długi.
W planie miałem jeszcze rąbanie kłód i pójście na basen (dawno nie byłem), ale nie starczyło dnia.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader, ostatni sezonu drugiego.
NIEDZIELA (26.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.20.
A planowałem o 06.00.
Goście z dołu wyjechali o pierwszej w nocy. Tak mają i lubią Bo wtedy nie ma ruchu... Do nas też wyruszyli o takiej samej porze. Klucze wrzucili do skrzynki. Niczego nie słyszeliśmy.
Po porannym rozruchu sporo siedziałem nad onanem sportowym, a potem pisałem.
We wszystkim przeszkadzało dymienie z kuchni. Wiadomo, nieprzyjemne. W końcu przestało. Zrzuciłem to na barki podejrzanej kłody, którą wrzuciłem, ale wiedziałem też, że chyba czas na czyszczenie rur. Stąd dalej nie dorzucaliśmy, żeby wygasić i żeby jeszcze dzisiaj je wyczyścić.
"Dzisiaj" było o tyle istotne, że, pomijając komfort popołudniowej pracy, należało brać pod uwagę Pieska. On, gdy tylko ujrzy pana z drabiną, albo usłyszy szczęk jej podłużnic, natychmiast spokojnie ewakuuje się na górę. Ale od pewnego czasu drogę tam ma zablokowaną klątwą i co wtedy biedny Piesek miałby robić?... Zwłaszcza rano, gdyby pan mu się tłukł pod nosem. Żony przekonywać nie trzeba było.
Po I Posiłku ostatni raz udałem się do szklarni, aby zamknąć temat szklenia. Postanowiłem jednak pewnym dziurom nie odpuścić, tym, których nie było widać od wewnątrz, ale kłuły moje oczy na zewnątrz, mimo że tam przecież, na granicy z posesją starszej pani, nikt nie zaglądał, nawet ja rzadko, gdy trzeba było wyhaczkować chwasty. Ale ta świadomość...
Zapas rozbitych szklanych kawałków się skończył, więc musiałem z posiadanych tafli szkło przycinać.
Ciąłem pierwszy raz po 41. latach, gdy wówczas szkliłem ubytki na dachu i po bokach szklarni na 600 krzaków pomidorów. Szło całkiem nieźle, nawet dorzuciłem sobie roboty, bo jednak nad niby nieistotnymi ubytkami szklanymi nie mogłem przejść obojętnie. Zrobiłem tak, jak chciałem, w tym sensie, że niczego w kwestii szklenia już więcej wymyślić nie mogłem. No chyba, że w kwestii szklenia dupy. Całą kilkudniową pracę oceniłem na dobry.
Jakby mi było mało tej gimnastyki, którą wyraźnie odczuwałem w plecach i... pośladkach, po powrocie do domu nagle mnie coś naszło i wysprzątałem schowek w Salonie. Cały przejrzał. A co, k...a, miał nie przejrzeć?!
Na dworze było pięknie, więc Żona zasugerowała spacer do Zdroju. Odmówiłem, bo nie czułem się na siłach. Ale po pół godzinnie zregenerowałem się na tyle, że chętnie przystałem na propozycję. Oczywiście nie żałowałem. Bo jak tu żałować, gdy jest się w takim towarzystwie, przy pięknej pogodzie i przy dwóch gałkach lodów kupionych w Stylowej i wyniesionych przed nią na skwer z morzem kwitnących tulipanów.
Gdy wróciliśmy, zrobiliśmy akcję z rurami. Pani z Pieskiem się ewakuowała do dolnego apartamentu, a ja mogłem dymić i hałasować - wnosić drabinę, szczękać nią i się tłuc, włazić na górę, demontować, nosić do ogrodu i rury czyścić, z powrotem montować, odkurzać wszystko wokół i na koniec kontrolnie rozpalić. Gdy było po wszystkim, Pieskowi nawet nie zaświtało w głowie, aby opuszczać tak kameralne, przytulne i daleko położone od Pana miejsce. Za jakiś czas trzeba było Pieska wywabić i Żona posłużyła się sobą (Pan odpadał) oraz smaczkiem. Było po akcji. Rury nie były tak zabite, jak poprzednio, ale jednak wyraźnie wymagały czyszczenia. Do końca sezonu będzie spokój.
Po wieczór podlałem trawnik i ziemię w szklarni w trosce o rozwój mikroflory. I żeby łagodnie przejść w tryb udawania się na górę i żeby odpocząć, chwilę posiedziałem nad onanem sportowym.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader, pierwszy sezonu trzeciego, ostatniego.
I przyszedł sms od Rubieżan. Zameldowali się właśnie w Kazimierzu Dolnym. Tedy do działania...
PONIEDZIAŁEK (27.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
A planowałem o 06.30.
Po szybszym, niż zwykle, porannym rozruchu (kuchnię miałem wczoraj przygotowaną) siadłem z Blogowymi przy onanie sportowym.
A potem pisałem.
Czternaście lat temu Krajowe Grono Szyderców, wówczas jeszcze Zagraniczne, brało ślub. Odbył się, tak jak i wesele, w Metropolii. Ślub był cywilny, udzielany przez urzędnika stanu cywilnego na miejscu, w hotelu, a raczej w jego ogrodzie. Jak na amerykańskich filmach. A samo wesele, o którym pisałem, było niezwykłe, bo paczworkowe do kwadratu, o wielkim przekroju wiekowym, na którym wszyscy doskonale się bawili. Młodzi do samego rana, gdy wapno poszło już spać.
Z rana złożyliśmy im życzenia. Dziękując poinformowali, że właśnie idą na uroczyste śniadanie, bo oboje załatwili sobie dzisiaj przyjście do prac na 10.00. Jak mądrze...
Goście wyjechali przed ósmą (parking strzeżony). Po wczorajszej relacji pana (okazją była nasza poranna propozycja, aby, gdy wrócą, już parkował na płaskim, jeśli chce) i jego zachwytach nad naszym miejscem, Uzdrowiskiem i Kotliną Citizańską, było widać, że stali się stachanowcami. Wyraźnie paliło im się pod turystycznymi tyłkami, bo czas gwałtownie przyspieszył, jutro wyjazd, a do zwiedzania moc.
- Mógłbym tutaj, w Uzdrowisku, zamieszkać. - skomentował pan, który dokładnie opowiadał, gdzie byli, co zobaczyli I tak mało mamy czasu!...
- We wtorek, w dniu państwa wyjazdu, możecie być państwo do 14.00. - zaproponowaliśmy.
Bardzo to docenił.
- O, to my jeszcze pochodzimy sobie po Uzdrowisku, bo jest piękne, a poznaliśmy je dość pobieżnie.
W trakcie I Posiłku skończyłem czytać pierwszą książkę kolegi ze studiów, po czym pisałem doprowadzając wreszcie stan wpisu do oczekiwanego - "na bieżąco". Dało mi to wiele ulgi. Z tym większą przyjemnością zabrałem się do prac:
- zmiotłem ze ścieżek ogrodowych kolejny bezlik igieł,
- rozwaliłem sporą liczbę kłód, ale z umiarem, i narąbałem frakcję III,
- zatkałem deseczką dziurę w boazeryjnej obudowie nośnej belki, bo na tarasie straszyła, po czym ją pomalowałem, jak i okolice,
- z drewnianej części głównej tarasowej ściany wykręciłem sporą garść wkrętów, które w tamtym roku podtrzymywały gałęzie czarnej winorośli. W tym roku gałęziom nie przyjdzie do głowy rosnąć w tych samych miejscach i piąć się w taki sam sposób, a mnie z kolei nie uśmiecha się wkręcać od nowa wkręty, bo za chwilę z boazeryjnej ściany zostanie sito. Będę musiał na stałe przymocować jakąś zgrabną kratownicę i wtedy co roku będzie mi obojętne, jak winorośl zechce sobie rosnąć. Zawsze daną gałąź owinę wokół jakiegoś elementu (emelentu) kratownicy i wkręty nie będą potrzebne.
Była piękna pogoda, więc znowu we dwoje poszliśmy na spacer do Zdroju. Mimo zwykłego poniedziałku było sporo ludzi.
W trakcie zadzwoniła Trzeźwo Na Życie Patrząca. Potwierdziła, że w piątek, 1 Maja, przyjadą do nas. I zaczęła dopytywać o grilla. Dzisiaj, gdy byliśmy z Żoną w ogrodzie, taka sama myśl musiała wpaść nam do głów. Tedy trzeba zrobić trochę wcześniej stosowne zapasy, bo potem sklepy będą świecić pustkami. Po powrocie:
- Żona od razu zabrała się za internetowe sklepy,
- przyszedł pierwszy meldunek od Rubieżan ze spotkania w umówionym hotelu i pierwsze wrażenia.
Po II Posiłku następowała zwyczajna poniedziałkowa schyłkowość. Dopinaliśmy dzień szykując się na górę.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił pięć razy i wysłał jednego smsa zgodnie z nową taktyką.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 18.21.
I cytat tygodnia:
Nic tak nie cieszy jak chwila, gdy do ciebie strzelają bez rezultatu. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg,
poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa,
laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów
Zjednoczonych).