04.05.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 152 dni.
WTOREK (28.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
Po porannym rozruchu trochę posiedziałem nad onanem sportowym, a potem cyzelowałem ostatni wpis.
O 04.34 napisał Po Morzach Pływający.
Amsterdam Schiphol jest tak skonstruowany, że nawet dziecko się nie zgubi szukając bramki, A Frankfurt....no cóż trzeba zwracać uwagę na znaki.
Teraz lotniska są tak oznakowane,żeby nikt się nie zgibił. Poza tym można poprosić o asystę....
Jedynym minusem niektórych lotnisk jest " self check in" kiedy trzeba " gadać z automatem".
No to pędzimy do Danii po żarcie dla irlandzkich krów.
Teraz lotniska są tak oznakowane,żeby nikt się nie zgibił. Poza tym można poprosić o asystę....
Jedynym minusem niektórych lotnisk jest " self check in" kiedy trzeba " gadać z automatem".
No to pędzimy do Danii po żarcie dla irlandzkich krów.
Miłego dnia
PM (pis. oryg.)
PM (pis. oryg.)
A o 06.15 ponownie.
Ciekawostka.
Chiny rocznie potrzebują 12.4 miliarda ton piasku. Piasek importują głównie z krajów wschodniej Azji.
Przy okazji wykupują tereny i budują nowe porty które następnie przechodzą na własność chińskich firm. Działalność wydobywczą piasku z rzek np w Wietnamie powoduje zapadanie się gruntów w miastach,a władze nie wiedzą jak temu przeciwdziałać. W Malezji są firmy które z rzek wydobywają od 300000 do 500000 ton piasku miesięcznie i oczywiście piasek jest eksportowany do Chin.
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
Chiny rocznie potrzebują 12.4 miliarda ton piasku. Piasek importują głównie z krajów wschodniej Azji.
Przy okazji wykupują tereny i budują nowe porty które następnie przechodzą na własność chińskich firm. Działalność wydobywczą piasku z rzek np w Wietnamie powoduje zapadanie się gruntów w miastach,a władze nie wiedzą jak temu przeciwdziałać. W Malezji są firmy które z rzek wydobywają od 300000 do 500000 ton piasku miesięcznie i oczywiście piasek jest eksportowany do Chin.
PMP (zmiana moja, pis. oryg.)
Z tym piaskiem to szokujące. I niemniej wożenie żarcia dla krów z Danii do Irlandii. Wszystko postawione na głowie.
Wczoraj wieczorem, gdy oglądaliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader, przyszły dwa długie smsy od Rubieżanki. Rozwlekłe, chaotyczne, zaskakujące. Nie wiadomo było, o co w tym wszystkim chodziło, ale koleżanka miała niewątpliwie kryzys, a ja nie miałem żadnego mandatu, aby weń wnikać. Ale z późniejszej relacji wynikało, że wszystko się unormowało. Nie powiem, przejąłem się.
Grubo przed I Posiłkiem podlałem trawkę, a przede wszystkim, żeby dobrze wejść w dzień, rozłupałem 6 kłód. Albo już znacznie powysychały i łatwiej dawały się rozłupać, albo ja nabrałem wprawy, albo jedno i drugie, bo wysiłku prawie nie poczułem.
Goście z góry wyjechali jednak trochę wcześniej, bo w południe.
- A bo jeszcze po drodze co nieco zwiedzimy. - śmiali się.
Dziękowali za wszystko i... narzekali. Wykończyły ich wycieczki. Przyznali się, że jako zwykli zjadacze chleba, praktycznie bez przygotowania, rzucili się na głęboką wodę i codziennie ambitnie pokonywali różne trasy, często bardzo trudne. Wyjeżdżali z Uzdrowiska cali obolali, ale mimo wszystko zadowoleni.
Po I Posiłku ugrzązłem w skarbowych papierach, w ramach pomysłu naszej pani. Przygotowałem grunt dla Żony, która przejęła ode mnie papierkową pałeczkę. Pękałem ze śmiechu, bo widok Żony nad papierami to jest rzadkość nad rzadkościami. Dodatkowo dusiłem się ciągle słysząc O, Boże, jak ja nie cierpię słowa "faktura", nienawidzę je! Mam nadzieję, że już nigdy go nie usłyszę!
- Tak sobie myślę, że ja takiej pracy nie mogłabym wykonywać. - Zastanawiałam się nad tym, co by było, gdybym innej nie miała, stała pod murem, przymierała głodem?... - Mimo wszystko nie mogłabym. - To jest wbrew mojej naturze...
Dała jednak radę i zarysował się nowy obraz w rozliczeniach z fiskusem.
Żeby nie słuchać ciągłych O, Boże, jak ja nienawidzę... postanowiłem uciec i już dzisiaj przygotować górne mieszkanie (jutro przyjeżdżają kolejni goście). Zdziwiłem się mocno, że miałem na to ochotę, a nie, na przykład, jutro, a jeszcze bardziej, że ta praca wcale mnie nie zmęczyła.
Po II Posiłku spłynął drugi meldunek od Rubieżan. Rozległy, ale merytoryczny. Wyraźnie koleżanka kryzys miała już za sobą.
Pod wieczór zadzwoniłem do Wnuka-II. Dzisiaj kończył 17 lat. Telefonu nie odebrał, chociaż o mało nie dałem się gówniarzowi nabrać. Bo prawie natychmiast usłyszałem jego głos. A już samo to było podejrzane, bo z odbieraniem się ociąga. Poza tym był dodatkowo podejrzany, bo jego głos, nie dość, że dziarski, to jeszcze strzelający słowami, jak z karabinu maszynowego, nie był typowym.
- Halo, halo..., nie słyszę, poczekaj, oj coś źle, chyba słabe połączenie, czekaj, czekaj, wyjdę na taras, może będzie lepiej, itd.
Takie robienie w bambuko dzwoniących, w tym dziadka, specyficznym nagraniem na pocztę głosową.
Nie dałem się nabrać, bo w podobnej sytuacji, ale głosem Wnuka-III, swego czasu się dałem wrzeszcząc kilka razy Ale ja ciebie słyszę!
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
ŚRODA (29.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Wstawało się ciężko.
Po porannym rozruchu pisałem. A potem trochę posiedziałem nad onanem sportowym.
Bardzo szybko powstał dylemat Co robimy z I Posiłkiem?, bo spożywcze zapasy były mocno przetrzebione, a na zakupy planowaliśmy jutro jechać do City.
- A może poszlibyśmy wreszcie do tego Nowego Sanatorium, blisko nas? - zasugerowała Żona. - Wybieramy się tam już od dwóch lat, żeby w razie czego móc polecać naszym gościom sensowne miejsce śniadaniowe. - Mam nadzieję, że nadal przyjmują gości z zewnątrz...
Na stronach Nowego Sanatorium nie było żadnej informacji o gościach z zewnątrz, za to była, że śniadania podają do 10.30.
Poszliśmy.
Nowe Sanatorium okazało się być takim kombajnem. Weszliśmy do dużego holu z recepcją, skąd prowadziły różne drogi do mnóstwa pokoi, gabinetów, basenu oraz potężnej sali, w której podawano śniadania i obiadokolacje. Ogólnie miłe wrażenie, zwłaszcza w sali jedzeniowej, w której olbrzymie okna panoramiczne, do samej podłogi, dawały stosowny efekt.
Zaskoczyła nas spora liczba śniadaniowiczów. Zapłaciliśmy po 40 zł i mogliśmy zacząć buszować przy bardzo dobrze zaopatrzonym bufecie. Prawie natychmiast natknąłem się na... rybiki. Dwa. Trudno byłoby ich nie zauważyć, skoro biegały(?), pełzały(?) na białym (kontrast), glazurowanym talerzu, a więc dla rybików bardzo śliskim, usytuowanym na samej górze sterty talerzy. Chwilę obserwowałem, jak walczyły, żeby z talerza się wydostać, ale śliskość powodowała, że nawet, jeśli troszeczkę się wspięły na jego brzegi, to zaraz potem zjeżdżały w dół.
Nawet pokazałem je Żonie, ale, o dziwo, nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Widać, że wychowana w PRL-u, gdzie rybik stanowił nieodłączną część codziennego domowego życia.
Rybikom należy się szacunek. Chociażby dlatego, że na Ziemi pojawiły się w dewonie (419 do 359 milionów lat temu), a więc długo, długo przed człowiekiem (gatunek Homo sapiens <człowiek rozumny> pojawił się na Ziemi około 300 000 lat temu w Afryce. Wcześniejsze formy z rodzaju Homo istniały już około 2,5-3 mln lat temu, natomiast wspólny przodek ludzi i szympansów żył około 7 mln lat temu). Jest ich 500 gatunków.
Wyczytałem, że rybik cukrowy (bo taki to musiał być) to powszechny komensal w domach, żywiący się resztkami jedzenia, skrobią i papierem, preferujący wilgotne łazienki i kuchnie. Ich obecność sygnalizuje zazwyczaj wysoką wilgotność, która może sprzyjać rozwojowi pleśni.
(komensal człowieka to organizm <najczęściej zwierzę lub mikroorganizm>, który czerpie korzyści z życia w otoczeniu człowieka, korzystając z jego pokarmu lub schronienia, nie wyrządzając mu przy tym szkody. Przykładami są rybik cukrowy, niektóre bakterie jelitowe czy owady żyjące w gniazdach).
W końcu talerz ten odstawiłem na bok i, gdy za chwilę ponownie się tam pojawiłem, już go nie było. Jedna z pań kelnerek musiała go "błyskawicznie" i dyskretnie usunąć. Przystąpiliśmy do konsumpcji.
Miałem mnóstwo ubawu z zachowania Żony wiedząc przy tym, że wcale nie była złośliwa, tylko do bólu krytyczna i nastawiona na głęboką analizę tego, co je i to w taki sposób, jak tylko ona potrafi. Czyli odwrotnie niż ja. To znaczy, jeśli coś mi nie smakowało, albo jeśli miałem jakieś uwagi, to jednak daną napoczętą potrawę zjadałem bez szemrania, a uwagi w zasadzie zachowywałem dla siebie.
- Nie uważasz, że tam za bardzo łososia nie było czuć? - to było przy roladzie z łososiem, która wyglądała smakowo, ale była bez smaku, jałowa. - Chciałam ci odradzić, ale widzę, że już taką zjadłeś.
Zgodziłem się z nią całkowicie, ale dopiero ona uzmysłowiła mi jej bezsmakowość.
- Pasztet, mógłby ostatecznie być, ale czuje się w nim za dużą ilość bułki...
Też się zgodziłem, bo nagle tę bułkę zacząłem czuć.
- Ta kiełbaska to taka przemysłowa bardziej...
Pękałem już po cichu ze śmiechu czekając na dalsze reakcje. Akurat tej kiełbaski nie jadłem. Po co, skoro nawet ja widziałem, że przemysłowa.
- A skąd mogłam wiedzieć, że z tej solniczki sól się sypie taką lawiną!... - to było przy dwóch kulkach twarogowych, jednej jajecznej, a drugiej tuńczykowej. Soli nasypało się tyle, że kulki zostały odstawione. - A poza tym widać, że to ta sól przemysłowa, przetworzona, pozbawiona istotnych mikroelementów (mikroemelentów)...
- A nie wydaje ci się, że ta kawa ma dziwny posmak. - Spróbuj jeszcze raz.
Oczywiście od razu poczułem ten dziwny posmak. Zresztą po wejściu zwróciłem na nią uwagę, gdy nie ujrzałem przy bufetach żadnego ekspresu do kawy. Jedna z pań jednak zapewniła mnie, że ta kawa, w tych potężnych termosach, jest właśnie z ekspresu. Chyba tak, ale przecież już nie mogła mieć tej wysokiej temperatury, a to akurat mi przeszkadzało, a Żonie nie.
Tu już nie mogłem powstrzymać wybuchu śmiechu. Żona, gdy jej unaoczniłem jej zachowanie, też nieźle się ubawiła.
Przeszliśmy do deserów. Żona zaserwowała sobie dwie kulki serowe (istotny był ser grudkowy) o smaku pomarańczowym. Tak jej smakowały, bez cienia komentarza, że poprosiła jeszcze o dwie kolejne. Zjadała je ze smakiem, ale ciągle przy tej jednej, zimnej już, kawie. Ja zaś dwa razy dokładałem sobie pyszne i zgrabne wielkościowo naleśniczki o cienkim cieście, co prawda z serowym nadzieniem zhomogenizowanym, ale im to wybaczyłem, bo stosunek ciasta do sera był dobrze zbalansowany. I dobrałem sobie do tego kolejną filiżankę kawy starając się tak specyficznie zablokować kubki smakowe, aby nie wyłapywały tego dziwnego posmaku.
Przy tych deserach naszło nas na specyficzne wspominki. O różnych śniadaniach, które przyszło nam zjadać w trakcie naszych wojaży po Polsce i po Europie. I zaczęliśmy je oceniać w skali 1-10. Okazało się to dla nas sporą atrakcją, bo nie dość, że fajne wspominanie, to odklejały nam się rzeczy, o których, wydawało się, że zapomnieliśmy bezpowrotnie. Zaczęły grać rolę emocje, więc chyba zachowywaliśmy się trochę głośniej, niż na początku nie zdając sobie sprawy, że jesteśmy podsłuchiwani przez parę z sąsiedniego stolika, w wieku, mniej więcej, Żony.
- Przepraszamy... - nagle odezwali się do nas, gdy wstawaliśmy od stolika - ... trochę państwa podsłuchiwaliśmy, bo to były tematy nas też bardzo interesujące.
Zrobiło mi się miło. Po raz pierwszy zdarzyło mi się, że ktoś się przyznał, że podsłuchiwał. Na dodatek nas. Bo myślałem, że tylko ja mam takie zboczenie i w kawiarniach lub restauracjach podsłuchuję sąsiednie stoliki bawiąc się w ten sposób, że z podsłuchanych rozmów, zachowań i mowy ciała układałem sobie w myślach różne historyjki dotyczące podsłuchiwanych.
- Podsłuchujesz! - Żona często wyrywała i wyrywa mnie z tego stanu, gdy nagle zauważała i zauważa, że wcale nie reaguję na to, co mówi w dziwny sposób się wyłączając.
Nie mogliśmy nie zareagować na tak miłą zaczepkę. Byłoby niegrzecznie. Więc przy ich stoliku ugrzęźliśmy na dobre 15 minut wymieniając się opiniami, doświadczeniami z ośrodków uzdrowiskowych, przede wszystkim, ale i innych w Polsce również, bo oni, tak jak my, preferowali jeżdżenie po kraju. Para, sympatyczna, przyjechała z Innej Metropolii. Nie byli to nasi goście, bo wyraźnie preferowali takie kombajny, jak ten, czyli układ hotelowo-rekreacyjno-zabiegowy.
W drodze powrotnej pokusiliśmy się o ocenę śniadań w Nowym Sanatorium. Żona twardo stała na stanowisku, że maksymalnie może dać ocenę 5 w skali 1-10. Za to w kontrze, czym mnie zaskoczyła, bo ja dawałem ocenę 9, jednemu naszemu uzdrowiskowemu ośrodkowi przyznała 10. Zresztą jako jedynemu w Polsce. Przyjeżdżając często do Uzdrowiska, zanim w nim zamieszkaliśmy, zawsze chodziliśmy tam na śniadania i rzeczywiście, pomijają bogatą ofertę, czego jednak pominąć specjalnie się nie da, były pyszne. Na dodatek kawa nie miała dziwnego smaku i można ją było sobie robić na bieżąco z ekspresu. Nie chciałem Żonie insynuować, że może ta "10" wynika z faktu, że tam serwowano i może dalej się serwuje rydze i nigdzie indziej w Polsce, tam gdzie przebywaliśmy. A Żona to pies na rydze.
Ustaliliśmy, że gdy tylko trochę okrzepniemy finansowo, pójdziemy tam na śniadanie Ale chyba teraz będzie tam zdecydowanie drożej!
Czy żałowaliśmy, że poszliśmy do Nowego Sanatorium? Absolutnie nie! Czy pójdziemy kiedyś ponownie? Absolutnie nie! Czy będziemy ewentualnie polecać naszym gościom? Tak, ale w sposób wyważony. I na pewno będzie to robić Żona. Ja do takich finezji się nie nadaję.
Dzień więc rozpoczął się interesująco i sympatycznie.
W tej dobrej aurze napadło mnie na prace w ogrodzie. Wszystkie kretowiska wzruszyłem grabiami, posiałem trawę (resztki z tamtego roku), przysypałem ziemią z kompostownika, ubiłem 15-kilogramowym ubijakiem i podlałem. Od czasu, gdy do odsłoniętych krecich kopczyków zacząłem wlewać ocet, krety musiały się wynieść, bo już przez wiele tygodni żaden nowy kopczyk się nie pojawił. Czyżbym po tylu latach znalazł na nie sposób?...
Postanowiłem rozwalać kłody. Ledwo zacząłem, zadzwonił Ciekawy Sąsiad.
- Witaj sąsiedzie... - tak zawsze rozpoczyna rozmowę, podobnie, jak w Wakacyjnej Wsi Sąsiad Muzyk. - ... słyszę, że walisz młotem! - Po co?! - Przecież mam łuparkę, akurat jest wolna, przyjdź po nią... - Siostrzeniec akurat jej nie potrzebuje, bo gwałtem musiał wracać do Innej Metropolii III.
Na miejscu dopowiedział mi resztę.
- Wyobraź sobie, że jego partnerka brała kąpiel w wannie i gdy z niej wychodziła, pośliznęła się, upadła, uderzyła się w głowę i potłukła, straciła przytomność, nie wiedziała, ile w takim stanie leżała, nie mogła się poruszać, żeby otworzyć drzwi do domu, a była w nim sama. - Dobrze, że miała ze sobą telefon, zadzwoniła, przyjechała ekipa i wyważyła drzwi. - A za 10 minut przyjechał ślusarz, żeby je bezinwazyjnie otworzyć... - Chyba wszystko, na szczęście dobrze się skończyło.
Zawsze powtarzam, że "częste mycie skraca życie", a wanna jest jednym z wielu niebezpiecznych miejsc w domu. Ile to się słyszało historii z nią związanych... Poza tym, wiadomo, statystycznie najwięcej wypadków przydarza się w domu.
Z oddawaniem łuparki miałem się nie spieszyć. Ciekawy Sąsiad udzielił mi krótkiej instrukcji (proste działanie urządzenia podobnego w swej obsłudze do obsługi cepa). Dla nowych pokoleń - cep zbudowany jest z dwóch kijów: dzierżaka (dłuższego) i bijaka (krótszego, zwykle dębowego). Ich cieńsze końce połączone są rzemieniem (czasem wysuszoną skórą z węgorza) – zwanym gązwą lub gackiem, a na Zamojszczyźnie kapicą - lub metalowym przegubem, nazywanym ósemką. Służył do młócenia zboża. Nie będę dalej tłumaczył młodym, co to jest "młócenie zboża", bo tak można by w nieskończoność. Poza tym jest to sprawa wysoce nieinteresująca, a gdyby nawet jakiś młody oszołom się nią zainteresował, to przecież jest Internet.
Żelastwo na kółkach dotargałem bez problemów, zainstalowałem i podłączyłem do prądu.
Musiałem się go nauczyć. Szybko złapałem jego moc. Większym kłodom nie dawało rady (nie podoływało?), więc musiałem je klinem i młotem wstępnie rozwalać, ale dalej szło jak z płatka. Od razu spodobał mi się charakterystyczny dźwięk, taki krótki trzask, gdy kłoda pod naciskiem w ułamku sekundy pękała i na ziemi leżały jej dwie części.
Robota szła jakieś 2,5-3 razy szybciej. To mnie tak wciągnęło, że oczywiście w niej się zapamiętałem i dopiero Żona mnie uratowała od zaharowania się. Umiaru nie miałem i nawet w swoim hurra optymizmie byłem pewny, że dzisiaj wszystkie kłody rozwalę i bierwiona poukładam.
Byłem Żonie wdzięczny, gdy wróciła do mnie przytomność.
- A mam taki pomysł... - od razu po odciągnięciu mnie od kłód zaczęła. - Jakbyś taką jedną kłodę ustawił na zboczu górki, przy tarasie, tu, gdzie jest tak łyso - zaprowadziła mnie w to miejsce. - To ja bym coś na niej ustawiła... - Bo jest tak łyso... - Ale, czy ty dasz radę?... zatroskała się.
Wybraną, piękną, symetryczną kłodę, o idealnym owalu, przetoczyłem pod schody, a potem robiłem to samo stopień po stopniu i wtoczyłem ją na miejsce i wypoziomowałem. Co więcej, pokusiłem się też o pomysł. Zaproponowałem, że na tej kłodzie ustawię tego chabazia, który stoi w dużej donicy przy wejściu do szklarni, tego, o którego nikt nie dbał, a on przez lata walczył o przetrwanie i ciągle żył (w cieniu, z wodą tyle, ile mu tam z deszczu skapnęło), stąd swoim wyglądem zaświadczał o niegodnym postępowaniu właścicieli i stanowił taki niemy, roślinny wyrzut sumienia.
- Ale czy ty dasz radę? - znowu zaczęła, bo pomysł od razu się jej spodobał.
Donicę ustawiłem, a Żona zaczęła ją obracać wokół osi tak, żeby roślinny wypłoch swoimi chabaziowymi odrostami, w tym w przeważającej ilości suchymi, nie straszył, nie kłuł w oczy i nie budził ciągłych wyrzutów sumienia. Dosypałem mu sporo kompostowej ziemi, obficie podlałem biohumusem, Żona obcięła mu jeszcze wszystkie żółte, wyschnięte odrosty i chabaź powoli zaczął przypominać roślinę. Daliśmy mu godne życie - słońce, wodę i czuliśmy się z tym dobrze. Jego wytrwałość i niezłomność zostały wynagrodzone.
Oczywiście ta piękna aura wspólnej i zgodnej współpracy nie mogła trwać wiecznie. Bo Żonę nadal dopadała chęć porządkowania pewnych spraw. Wzięła mnie za rękę i zaczęła prowadzić po schodach jak małego chłopczyka. Ale tekst był już skierowany do dużego.
- Zepsułeś całe schody... - Mam ci za złe, że w tamtym roku sprawy ze mną nie skonsultowałeś. - Były takie ładne, zarośnięte, a teraz kłują swoim betonem. - Patrzeć nie mogę...
- Obsypię ci je ziemią, posieję roślinki i znowu będzie ładnie... - wróciłem do myśli sprzed roku, kiedy to w połowie roboty, czyli wyrównywania wysokości stopni, żeby wszystkie mniej więcej miały 17 cm, a nie między 5 a 25 (chodziło się fatalnie), Żona zabroniła mi ruszać kolejne, co doprowadziło do powstania takiej nieeleganckiej hybrydy, po której było widać, że robota została nieskończona i porzucona.
- Ani mi się waż!
- A te, nieruszone, przecież tak zrobię, że roślinkom nic się nie stanie! - nie ustępowałem. - Myślałem, że w tym mi pomoże Konfliktów Unikający, bo we dwóch to nawet byśmy nie zauważyli, że jest po robocie.
- Ani mi się waż! - Jeśli chcesz, żeby ci pomógł, to tylko ten jeden stopień, który niepotrzebnie rok temu ruszyłeś, trochę obniżcie i to koniec!
Dalej głową w mur nie waliłem. Może, gdy przyjadą Gołąbeczki, da się co nieco Żonie wyperswadować. Ale raczej płonne nadzieje...
Po łupaniu i całej schodowej aferze czytałem o... Białej Podlaskiej. Bo na przełomie lipca i sierpnia mają stamtąd przyjechać goście. Tekstu było bardzo dużo i czytało się ciekawie.
Po II Posiłku podjąłem ponownie próbę skontaktowania się z Wnukiem-II. Na wszelki wypadek długo się nie odzywałem słysząc jego halo, halo, ale ponieważ dalej nic się nie działo, to się odezwałem. Uśmiał się oczywiście, gdy mu powiedziałem o moim wczorajszym telefonie i jego głupim numerze. Długo nie dało się z nim rozmawiać, bo był w jakiejś metropolialnej galerii, a poza tym to był Wnuk-II.
Pod wieczór znowu mnie napadło. Totalnie wysprzątałem dużą szufladę na sztućce, a potem, bo mi było mało, porządnie umyłem wszystkie drzwiczki kuchennych szafek, ich fronty i boki. Zwłaszcza na bokach odkrywałem ciekawe rzeczy.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader z przerwą na przyjęcie gości. Przyjechali o 20.30, gdzieś w połowie odcinka. Para lat ok. 35 z siedmioletnim synkiem. Ona kontaktowa i sympatyczna, on z wyglądu i sposobu bycia sporo mniej. Taki typ, co to wszystko wie i nie potrzeba mu niczego mówić, bo da radę. Mimo jego ciągłych Dam radę, brnąłem twardo w tłumaczenia nie chcąc go pytać złośliwo-nieuprzejmie A skąd zna pan tutejsze różne uwarunkowania?... Przy każdym tłumaczeniu patrzył na mnie z nieprzyjemnym niedowierzaniem Przecież to wiadomo, rozumie się samo przez się!... Na szczęście Żona zaraz przejęła pałeczkę.
Hitem był ich synek, bardzo dziwny, taki stary maleńki, ale fajny i sympatyczny. Bo jakie dziecko w jego wieku wobec obecności dorosłych i przy kontakcie z nimi się przedstawia i partnersko odpowiada na pytania?...
Poinformował, że w tym roku idzie do szkoły, wiedział, kiedy ma urodziny(!) i imieniny i, ku mojemu szokowi, prawidłowo odpowiedział na moje Ile to jest 2+2x2?, zadane bez wiary, bo przecież o kolejności działań szkoła miała go uczyć dopiero za trzy, cztery lata. Ale, według relacji Żony, która dalej gości oprowadzała, na jej słowa o Stylowej i pysznych lodach oczy mu się zaświeciły, jak każdemu dziecku, i usłyszała O, lody!...
CZWARTEK (30.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Kiepsko spałem.
Chyba przez wczorajszy II Posiłek. Zjedliśmy go o normalnej porze, ale ja zapomniałem, że hinduizm, który bardzo lubię, powinienem zjadać trochę wcześniej. Stąd w nocy drapało mnie w gardle, musiałem wstać i zażywać sody, a ponadto miałem durnowate, męczące sny, w których nie było żadnej ciągłej akcji, żadnej myśli, wszystko działo się bez ładu i składu, taki groch z kapustą. Nie było żadnych sennych horrorów, a jednak mnie męczyło. W śnie stałem jakby obok snu i irytowałem się, że w tym co śnię, nie ma właśnie logiki. Paranoja!
Dopiero, gdy na dole pojawiła się Żona, oboje nagle zaskoczyliśmy, że przecież w tych dniach jest pełnia. Ale żeby księżyc miał aż taką moc, że powodował drapanie w gardle?...
Po porannym rozruchu pisałem.
Po I Posiłku wyjechaliśmy w Uzdrowisko i do City. Przed majówką i przed przyjazdem Gołąbeczków trzeba było uzupełnić zapasy.
Najpierw kupiliśmy dwie skrzynki Socjalnej. W baraczku przeżyłem drobny horror, bo moja pani uczyła jakiegoś młodzieńca, na oko dwudziestolatka, młodszego od niej o jakieś 4-5 lat, obsługi klientów i pracy przy komputerze. Pani zachowywała się w swoim stylu, śmiertelnie poważnie, bez cienia uśmiechu w jakimkolwiek momencie, bez empatii. Była nauczycielką, jak z horroru. Co chwilę opierdalała kolegę, fakt bez brzydkich słów, ale tak nieładnie, że ciary chodziły mi po plecach, było mi nieprzyjemnie i czułem, jako klient, poważny dyskomfort.
- Ale co ty robisz?! - Kliknąłeś na kartę płatniczą służbową! - Chcesz, żeby zaraz do ciebie dzwoniła księgowość?! - No, nie tak, chcesz mieć manko?! - Przecież ta pani zapłaciła kartą, a ty wciskasz gotówkę!
Chciałem się ewakuować To, może ja przyjdę później?, ale pani w swojej cyborgowatości była nieugięta.
- Ale proszę chwilę spokojnie poczekać! - Nie widzi pan, że kolega się uczy?! - Najpierw musi zamknąć rachunek poprzedniego klienta, trochę cierpliwości!...
To stałem cierpliwie, sterroryzowany.
- To może ja przyjdę później? - za jakiś czas nieśmiało ponowiłem próbę.
- Ale proszę o chwilę cierpliwości! - I proszę nie stresować kolegi!...
Na szczęście młodzieniec zdawał się z zachowania koleżanki niczego sobie nie robić, wyglądało to tak, jakby w ogóle niczym się nie stresował, jakby po nim spływało, a jeśli musiał na mnie spojrzeć lub o coś zapytać, to robił to z pogodną, niecierpiącą twarzą, z lekkim uśmiechem i z iskierkami w oczach. Aż miło się robiło na myśl, która nieśmiało się we mnie zaczęła wkradać, Czyżby ten pan miał tutaj sprzedawać?!
Wszystko trwało tak długo, że w którymś momencie w drzwiach pojawiła się Żona, która czekając w samochodzie nie mogła sobie wytłumaczyć, co też tam, przy zwykłym zakupie dwóch skrzynek wody, może się dziać. Nie powiem, wyszedłem z ulgą. Najważniejsze, że miałem jeden gaz i jeden niegaz.
W City sprawiliśmy się szybko. Udało się uniknąć tłumów i korków. W drodze powrotnej zawieźliśmy pranie, w domu sporo czasu zajęło rozpakowywanie zakupów i sensowne ich lokowanie w lodówce i w spiżarni, i zaraz potem mogłem zabrać się za dolne mieszkanie. Dzisiaj przyjeżdżali kolejni goście.
Ze sprzątaniem spieszyłem się szczególnie, bo paliło mi się zdrowo, nie wiem pod czym, czy pod tyłkiem, pod rękoma, czy w mózgu, bo nie mogłem doczekać się, kiedy znowu będę rozpoławiał kłody.
W końcu mogłem wyjść na dwór, na słoneczko i zająć się przyjemną, męską robotą. Miałem dzisiaj zamiar temat zamknąć, ale jednak w połowie mądrze z zamysłu zrezygnowałem, żeby się nie zaharować, i zostawiłem sobie kilka ostatnich kłód na ostatnią turę.
Z racji przyjazdu Gołąbeczków i z racji pięknej wiosny przyszła kryska na Matyska na meble ogrodowe. Przez lata zostały pokryte tym samym, co szyby w szklarni. I przez lata nikomu to nie przeszkadzało, aż do teraz. Stare meble nabrały miłej świeżości.
Pod wieczór zadzwonił Syn. Czterdzieści dziewięć minut rozmowy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wyraźnie zdenerwował się na ojca. A stało się to w momencie, gdy rozmowa zeszła na Wnuczkę. Bo wiadomością dnia (lepiej newsem, bo to takie określenie jakby wyższego rzędu i modne) był fakt, że dostała się ona do wymarzonej przez rodziców szkoły podstawowej w miejscowości, w której oboje pracują. Nazwijmy ją Piastowo. Jest to ponoć szkoła o bardzo wysokim poziomie kształcenia, o klasach maksymalnie 22-osobowych. Pogratuluję Wnuczce, gdy się za ponad tydzień zobaczymy. Osobiście nie widziałem dla niej specjalnej konkurencji. Bo kto się miał dostać, jeśli nie ona?!... Za tak rozgarniętą kandydatkę, to każda szkoła powinna rodziców całować po rękach.
Placówka jest niepubliczna i... darmowa. Haczyk tkwi w tym (dla mnie - wyraźnie zaznaczam), że jest prowadzona przez Ojców Pijarów (przez Zakon Pijarów), czyli jest katolicka. Utrzymuje się z państwowej dotacji oraz dobrowolnych datków rodziców, z czym szkoła się nie ukrywa. Wszystko w porządku, jeśli rodzice chcą, godzą się i akceptują. Nikt nikogo nie zmusza. Ale... Ale byłoby totalnie w porządku, gdyby datki były ewidencjonowane w kasie fiskalnej, kontrolowane i podlegały opodatkowaniu, czyli chociażby w kwestiach finansowo-oświatowych było równouprawnienie. Zadam retoryczne pytanie, budzące pusty śmiech - Czy tak jest? Gdybym ten temat poruszał jawnie wobec rodziców, urzędników, w tym ministerialnych, wobec polityków, to spotykałbym się albo z milczeniem i zamiataniem pod dywan, oburzeniem, albo niewidzeniem problemu Ale o co chodzi? Nie ma się pan czego czepić? Więc tak nie było, nie jest i nie będzie. Chyba, że nasze społeczeństwo zmądrzeje. Ale skoro 70% to...
Nie wspomnę nawet o tym, że podstawowym nieuprawnieniem na starcie działalności placówek oświatowych, tych "zwykłych", niepublicznych, względem katolickich, jest fakt, że te ostatnie mają na wejściu darmową bazę lokalową (cała rozbudowana infrastruktura przy kościołach i klasztorach), która przez cały czas działalności nadal jest darmowa (oczywiście generuje bieżące koszty), ale nie ma przecież obciążeń typu koszty dzierżawy, wynajmu, itp.).
To wszystko to jednak pikuś w zestawieniu "charakter Wnuczki - typ szkoły". Wnuczka jest wprost niemożliwie nastawiona na odtwarzanie, na powielanie różnych wzorców i zachowań, na demonstrowanie ich i na popisy. Wszystko łyka niczym gęś. No, ale jest dzieckiem i ma prawo. Skoro jest dzieckiem i to takim właśnie, będzie podatna na indoktrynację, tu katolicką. Słowo "indoktrynacja" było tym pierwszym, które zdenerwowało Syna. Mogłem zmienić na łagodniejsze sformułowanie, na "kształtowanie charakteru dziecka, urabianie plastycznej i wdzięcznej gliny, przez 8 lat na swoją, pijarowską modłę, a może i kolejne cztery, gdyby była kontynuacja nauki w liceum, też pijarowskim", ale to mogłoby Syna jeszcze bardziej zdenerwować.
Drugim słowem, które go wkurzyło była "trauma", a trzecie, "normalność", go rozwścieczyło.
- Synuś, w przyszłości Wnuczka przeżyje głęboką traumę, jeśli będzie chciała wrócić do normalności po ciężkiej, żmudnej pracy pełnej wyrzeczeń, co nie będzie bez wpływu na otoczenie, zwłaszcza na jej rodzinę...
Syn wszedł w dyskusję i argumentował, dlaczego tak nie musi być, albo że różnie może być. Na tyle już spokojnie, że mogliśmy przejść do innych tematów. Chociażby takiego, że kończy kurs strzelecki, właśnie zdał egzamin i dostał sędziowskie papiery upoważniające go do sędziowania na różnych zawodach, a za chwilę powinien otrzymać papiery instruktorskie.
Żona, gdy jej opowiedziałem o Wnuczce i o pijarowskiej szkole, wykazała się niezwykłą naiwnością.
- A może oni tam kształcą normalnie, świecko?...
Nieźle się ubawiłem. Za chwilę czytała mi z ich stron, że dzień szkolny rozpoczyna się modlitwą i kończy modlitwą, każda z klas ma swoją, oddzielną mszę św., a co jeszcze dzieje się po drodze, to jeden Pan Bóg wie, nomen omen.
Zaraz też zaczęliśmy przypominać sobie, w co Wnuczka, w czasie ostatniego u nas pobytu, chciała się z nami bawić dyrygując absolutnie wszystkim. I jak się biedne dziecko nacięło, aż mi było mi jej żal, gdy kategorycznie odmówiliśmy zabawy w szpital (mieliśmy być pacjentami) nie chcą utrwalać durnowatych stereotypów.
Zastanawialiśmy się, w co się będzie chciała bawić, gdy rozpocznie naukę. Może być ciężko...
Goście przyjechali na dół o 18.30, sporo po II Posiłku. Para lat około 60, niezwykle sympatyczna, cały czas uśmiechnięta. Zwróciłem ich uwagę na fakt, że rejestracja ich auta (powiat) była dokładnie taka sama, jak gości z góry. Wszyscy się zszokowali, bo jakie to prawdopodobieństwo?... Ale to jeszcze nic wobec przypadku z Naszej Wsi. Jedna para przyjechała ze Stolicy, a za dzień, dwa, druga, też ze Stolicy. A Stolica ogromna. Jedna na osiedlu prowadziła kiosk, bodajże warzywny, a druga robiła tam zakupy. Wtedy nawiązała się charakterystyczna znajomość miedzy sprzedającym a stałym klientem, od razu się rozpoznali i w czasie wspólnego pobytu się zaprzyjaźnili.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
PIĄTEK (01.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Świadomie, na alarm. Wstawało się bardzo ciężko.
Od dzisiaj, od teraz, zaczynam z wielką uwagą obserwować Maj i chłonąć każdy jego moment. Bo to najpiękniejszy miesiąc w roku. A jest tak, że im bardziej jest coś pięknego, tym szybciej mija. Więc, żeby niczego nie stracić, nie uronić, żeby potem nie było żal, uczulę się na każdą chwilę.
Rano było na dworze +4 st. Lazuru nieba jeszcze nie było, bo to za wcześnie, ale zapowiadała się piękna wyżowa pogoda. Ptaszki już oczywiście pitoliły na całego.
Gdy doszedłem jako tako do przytomności, pisałem.
Po dłuższym czasie z przyjemnością zrobiłem sobie przerwę w pisaniu podlewając trawkę i idąc po paczkę.
Paczkomat przywitał mnie ekranem z napisem Upss, coś poszło nie tak!, jakimś dziwnym zdjęciem i na dole napisem na żółtym pasku Spróbuj ponownie. Próbowałem, ale nic nie reagowało. System się zawiesił. Zadzwoniłem na infolinię InPostu. Bardzo szybko odezwał się dziarski męski głos, wyraźnie ludzki, nagrany. Musiałem wysłuchać pieprzenia, czyli informacji o przetwarzaniu danych osobowych oraz zawirowań związanych z dostarczaniem paczek w majówkę i nowego harmonogramu. Dlaczego teraz nie można, ot tak, załatwić najprostszej sprawy, czyli przejść natychmiast do meritum, tylko trzeba poświęcić pięć-dziesięć razy więcej na to czasu?...
Pod koniec swojej tyrady pan-automat zachwyconym głosem poinformował mnie, że teraz zostanę połączony z AI, przyjacielem Mattem. Skóra mi ścierpła. Gdyby nie ranga paczuszki i fakt, że Żonie na niej dzisiaj zależało, to bym uciekł. Niech ktoś inny się morduje i odblokowuje paczkomat.
- W czym mogę ci pomóc? - usłyszałem.
- Chcę odebrać paczkę! - krótko, sucho i złośliwie ograniczyłem się do informacji w stylu AI będąc ciekaw, jak zareaguje.
- Rozumiem... - trzeba powiedzieć, że było to budujące.
I zaczął mnie wypytywać o standardy - adres paczkomatu, nr telefonu przypisanego do paczki oraz cztery ostanie cyfry kodu. Po czym poinformował mnie, że system nie dostrzega takiej paczki. Zamilkłem, chyba nawet specjalnie. To Matt, po dłuższym swoim milczeniu, jakby się ocknął i zapytał mnie o cztery ostanie cyfry 24-cyfrowego numeru paczki. Wyraźnie się zdenerwowałem, bo jestem człowiekiem.
- A skąd ja teraz mam wziąć te cyfry, skoro stoję, jak ten kołek, przed paczkomatem, mam kod i nr telefonu, i paczki nie mogę odebrać?!
- Rozumiem twoją frustrację... - Łączę z konsultantem. Aż mnie zatkało i dało nadzieję.
Podejrzewam, że AI ma tak wbudowany program komunikowania się, żeby natychmiast reagować i łączyć z konsultantem, gdy poziom decybeli po drugiej stronie wzrośnie ponad określoną wartość oraz gdy usłyszy inwektywy, przekleństwa i bluzgi, proste, typu "kurwa mać", "chuje złamane", itp., bo tylko takie ma zakodowane i na takie będzie reagować. Nie można wobec niego zachowywać się kulturalnie i wyrafinowanie mówiąc "wy obszczymurki", "siusiumajtki po maturze" lub "obsrańce" , bo może nie zrozumieć i nie wiedzieć, jak zareagować.
Pani konsultant (nie konsultantka, skoro Matt wiedział lepiej) nie była lepsza, zachowywała się niemal tak samo jak jej "kolega" i oczekiwała nielogicznie 4 ostatnich cyfr numeru paczki. To po co jest podany kod i nr telefonu przypisanego do paczki?!... Dodatkowo mówiła głosem zbolałym (tu przewaga radosnego Matta, który, co prawda, swoją sztuczną radością wkurwiał, ale jednak), bo może źle się czuła, a może miała pretensje do całego świata, że w takie piękne święto musi pracować i się wyżywała na zawracaczach głowy. I kazała mi ponownie dzwonić, gdy będę miał te cztery ostatnie cyfry. Nie wzruszył ją wcale fakt, że będę od nowa musiał przejść przez tego nagranego pana i przez Matta.
W międzyczasie zadzwoniłem do Żony po te jebane cyfry, a ona zdążyła dodatkowo podnieść mi ciśnienie smsowym pytaniem Gdzie łazisz?
Zadzwoniłem ponownie. Przeszedłem przez nagranego pana i zgłosił się radosny Matt.
- Proszę mi zdalnie otworzyć skrytkę w paczkomacie, bo chcę odebrać paczkę! - od razu zacząłem z grubej rury.
- Łączę z konsultantem... - aż mnie zatkało.
Pani była inna. Inna pod każdym względem. Ciepła i serdeczna. I nie żądała tych czterech zasranych cyfr, które już, nota bene, miałem w głowie. Wysłuchawszy wszystkiego poinformowała mnie:
- Otworzę panu skrytkę zdalnie, ale najpierw dokonamy próbnego otwarcia pustej skrytki. - Przy paczkomacie jest pan sam?
Potwierdziłem. Nie rozumiałem za bardzo, o co chodzi. Bo jakie znaczenie miałaby jakaś osoba stojąca za mną, żeby odebrać swoją paczkę?
- Proszę uważać, otwieram skrytkę... - wzruszyła mnie jej troska, chyba, żebym klapką nie dostał w ryja.
- Która skrytka się otworzyła?
- A jak mam ją pani opisać, skoro klapki nie są po numerowane albo coś w tym rodzaju?...
Celna uwaga musiała się jej spodobać, bo zarejestrowałem stłumiony śmiech.
- No, po lewej czy po prawej stronie ekranu.
- Po prawej, tuż przy ekranie, na granicy z nim...
Pani dalej z tej precyzji dusiła w sobie śmiech.
- To otwieram pańską skrytkę... - i zaczęła mi podawać współrzędne, która kolumna i rząd z dodatkowym opisem "góra, prawa strona".
To mnie ciekawi, bo to już drugi taki przypadek. Uważam bowiem, że jeśli moja skrytka się otworzy, to szczękniecie odskakującej klapki usłyszę, a jeśli nie, to przede wszystkim ujrzę skrytkę otwartą. Chyba że o czymś nie wiem, na przykład, o procedurach przeznaczonych dla osób głuchoniemych i niewidomych. Bo te, zgodnie z unijnymi dyrektywami, nie mogą być wykluczone, z czym się akurat zgadzam. Tylko po co wtedy miałoby padać pytanie pani konsultantki, w tym momencie bardzo logiczne, skoro wreszcie mam paczkę w rękach?:
- Proszę podać mi cztery ostanie cyfry numeru paczki.
- 8840 - wyrecytowałem i zdaje się, że ten numer, nomen omen, będę pamiętał do końca życia.
- W czym jeszcze mogę panu pomóc?
- Już w niczym, skoro paczkę mam... - Pozostaje mi życzyć pani miłego dnia i spokojnej pracy.
Tym razem pani już wyraźnie, ale nadal delikatnie, się uśmiała.
- Mój zwycięzco! - usłyszałem Żonę, gdy wszedłem z paczką.
Reakcji nie zdziwiłem się zbytnio, skoro w paczuszce były jakieś witaminy dla Pieska.
Po I Posiłku zajmowałem się drobnymi czynnościami, takim bardziej picem charakterystycznym dla Żony, a wszystko wiązało się z dzisiejszym przyjazdem Gołąbeczków. Po to, żeby już przy nich niczym specjalnym się nie zajmować i mieć wszystko gotowe do chłonięcia majówki w Tajemniczym Domu i w ogrodzie przy grillu.
Poszliśmy nawet dalej, bo Żona umyła potężną połać drzwi tarasowych oraz drzwi-okno "prowadzące" z Salonu do szklarni (boski patent), a ja wytrzepałem dywaniki. A potem odgruzowałem się na 45% i pozostało tylko czekać na gości. Zbliżała się 13.00 i w cieniu było +15. Przy tym lazur. Po raz pierwszy tego roku dopadła mnie myśl, że chyba, gdy będziemy siedzieć w ogrodzie, usiądę w cieniu.
Nasi znajomi dotarli do Uzdrowiska z 8-minutowym opóźnieniem, a u nas byli o 13.30. Teraz to środek dnia, więc Trzeźwo Na Życie Patrząca od razu zarządziła spacer Bo to przecież szkoda!...
Nikomu nie zaświtała w głowie myśl, aby protestować Bo to przecież szkoda! Więc, gdy ledwo się rozpakowali, ruszyliśmy w Zdrój. Do Panoramicznej, bo ten pomysł wszystkim pasował.
Panoramiczna ma to do siebie, że z racji panoramiczności ma niepowtarzalny klimat, a poza tym od wczoraj (dowiedziałem się od zaprzyjaźnionej, młodej kelnerki) zaczęła podawać Pilsnera Urquella z beczki. Jej akcje znacznie wzrosły, chociaż do tej pory stały bardzo wysoko.
W Panoramicznej czas przeciekał między palcami. Było mnóstwo ludzi, ale udało się nam zająć sensowny stolik.
Na dół spadaliśmy przy torze saneczkowym. Wracając zahaczyliśmy o nowo otwartą tężnię i plac zabaw, a potem o sklep z ciuchami, bo te strasznie podobały się Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Nie znałem jej z tej strony, chociaż powinienem, bo to przecież kobieta. Ja i Konfliktów Unikający na wszelki wypadek nie wchodziliśmy do środka. Ale Żona już polazła. Też kobieta.
W domu szykowaliśmy grilla. Nie wiem dlaczego, ale wyszedł wspaniale, pod każdym względem, może najlepiej z dotychczasowych. Musiały temu przysłużyć się nasze nastawienie, pogoda, mięciutkie i pyszne mięsko z karkówki i z kurczaka oraz towarzyszące alkohole. Ale nic by z tego nie wyszło, gdyby nie towarzystwo.
Towarzystwo miało ubaw, bo w którymś momencie, gdy zmierzchało i wyraźnie zaczął dominować chłód, według mojej oceny, ubrałem zimową, puchatą kurtkę, ciepłą czapkę i... zimowe rękawiczki. W takim cieplnym komforcie mogłem jeszcze biesiadować. W tym czasie reszta siedziała w t-shirtach. Ale i ta reszta za jakiś czas wdziewała coś cieplejszego. Jednak dorównać mi nie mogła.
Do łóżka ruszyłem stosunkowo wcześnie, raczej nie z powodu chłodu, ale raczej z powodu wieku, a na pewno z powodu dobowego rytmu. Mój zegar biologiczny kazał mi się kłaść. Miałem nadzieję na oglądanie kolejnego odcinka serialu, ale Żona mnie wyśmiała. Wszedłszy na górę zastała mnie ze zwieszoną głową i z leżącą bezwładnie książką, po czym wróciła na dół do naszych gości.
Kobiety potrafią być do bólu bezwzględne.
PONIEDZIAŁEK (04.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Na dworze był lazur nieba, +10 stopni. Najwyższa temperatura w roku o tej porze dnia. Na tarasie pachniało majowym świtem.
Po porannym rozruchu (ciągle rozpalam) sporo siedziałem nad onanem sportowym.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił cztery razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. W sobotę poszedłem z nią na ogród, a stamtąd zaraz do szklarni nie zwracając uwagi, czy drzwi tarasowe są otwarte, czy nie. Były zamknięte. Nie minęła minuta od mojego wejścia do szklarni, gdy rozniósł się donośny lampucerowaty jednoszczek.
- Słyszałeś? - Żona od razu na mnie czatowała, gdy za chwilę przez te same drzwi tarasowe wracałem.
- Słyszałem, słyszałem...
Konfliktów Unikający ponoć nawet się lekko przestraszył nie spodziewając się z tamtej strony żadnego dźwięku, a tym bardziej takiego.
Godzina publikacji 18.37.
I cytat tygodnia:
Naturalną wadą kapitalizmu jest nierówny podział bogactwa. Naturalną zaletą socjalizmu jest sprawiedliwy podział biedy. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg,
poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa,
laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów
Zjednoczonych).