poniedziałek, 11 maja 2026

11.05.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 159 dni
 
WTOREK (05.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Pogoda była ciekawa, bo od strony ulicy niebo było lekko zachmurzone, a od tarasu całkiem klarowne. Chyba wszystko jednak zmierzało w kierunku oczekiwanych opadów (susza), które miał przynieść front wspominany przez Po Morzach Pływającego. Termometr wskazywał +10 stopni.
Po porannym rozruchu troszeczkę posiedziałem nad onanem sportowym, po czym zabrałem się za cyzelowanie i pisanie aż do I Posiłku, czyli do nadrabiania zaległości.
 
W sobotę, 02.05, wstałem o 08.00.
Od rana panował lazur nieba i pełna dzienna jasność, bo było już późno. Na zewnątrz +8,5 stopnia.
Schodząc się wystraszyłem, bo w rogu narożnika, w salonie, siedziała postać, która bezszelestnie dziergała coś na drutach. A to mocno nietypowe w Tajemniczym Domu.
Postać się tłumaczyła, że się wyspała, bo jednak wcześniej, niż w swoich standardach, poszła spać A poza tym miałam stereo. Po jej lewej spał Konfliktów Unikający, a po prawej, mniej więcej, Berta. 
Po porannym rozruchu, w trakcie Blogowych, wszyscy się ocknęliśmy i wyszliśmy na taras. Po prostu nie można było inaczej, tak było pięknie. 
Atmosfera była trochę skiszona przez ból zęba Konfliktów Unikającego. On sam w nocy brał różne przeciwbólowe środki, ale już rano dopadła go Żona. Wszystko robił, płukał, pił, według jej przykazań. Nie dziwiłem mu się.
Bolało miejsce po wyrwanym zębie, czyli jednak nie ząb (nie dociekałem, bo się bałem), które pani doktor, zdaje się, mocno rozryła.
 
Goście z góry wyjechali o 10.00. Inni ludzie, zwłaszcza on. Gdybym nie pamiętał jego przyjazdu i ówczesnego zachowania, uważałbym, że jest to bardzo sympatyczny gość. Uśmiechnięty, rozmowny...
To często powtarzający się mechanizm. Goście przyjeżdżają i nie wiedzą, czego się spodziewać. Mogą być też zmęczeni podróżą, a tu gospodarz nawija I tak miałoby być przez cały pobyt?!... Ale bardzo szybko się orientują, jakie to jest miejsce, jak nie oglądają gospodarzy przez cały pobyt i jak świetnie wypoczywają. Stąd przy wyjeździe i w trakcie pobytu to już zupełnie inni ludzie.
 
Po I Posiłku (pierwszy tegoroczny mój szczypior) Gołąbeczki wybrały się na spacer, na szlaki, a my za sprzątanie górnego apartamentu. Przy czym ja najpierw ograniczyłem się do wstępnego sprzątania, żeby choć trochę móc się poświęcić onanowi sportowemu, po mnie Żona zaczęła robić swoje, potem ja wkroczyłem z głównym etapem, a potem znowu ona. W międzyczasie Gołąbeczki judziły nas zdjęciem z postoju w jakiejś szlakowej knajpie, w której zatrzymali się na odpoczynek i na piwko. Konfliktów Unikający dodatkowo, aby choć trochę tym trunkiem uśmierzyć ból.
 
Dzisiaj Teściowa kończyła 85 lat. Z racji przynależności do Świadków Jehowy takich i im podobnych rzeczy nie obchodzi, ale nic sobie z tego nie robiłem i od dawna zapowiadałem, że w ten dzień zadzwonię. Gdy usłyszałem jej głos, od razu było wiadomo, że jednak moje zapowiedzi brała poważnie, telefonu się spodziewała i go oczekiwała.
- Tak, tak, kochany Zięciu, mam 85 lat... - zaczęła od razu nie dopuszczając mnie w swoim stylu do głosu, tu akurat dobrze.
- Jak dobrze, że to ty wymieniłaś tę liczbę i że nie musiałem ja. 
Śmiała się i od początku głos miała rześki, emanowała poczuciem humoru i werwą. Miło się rozmawiało.
- A twoja mama w jakim  wieku zmarła?
- Miała 89 lat...
- O, to jeszcze trochę muszę pociągnąć!... - uśmiała się, a ja wraz z nią.
Gdy dowiedziała się, że gościmy Trzeźwo Na Życie Patrzącą i Konfliktów Unikającego, prosiła ich pozdrowić, a Konfliktów Unikającego, którego zna z dawnych czasów, nazwała Przyjacielem Rodziny. Było to cholernie miłe. Nie omieszkaliśmy o tym powiedzieć Gołąbeczkom, gdy wrócili.
 
Ponieważ byliśmy już po robocie, wolni, to razem wybraliśmy się na spacer i do Lokalu Bez Pilsnera. Na wcześniej zaplanowane kartacze. Cała czwórka je zamówiła jak jeden mąż, albo jak jedna żona.
Siedzieliśmy w nowym ogródku (fajne nowe stoły i kanapy) i w oczekiwaniu na danie, przy Kozelach, obserwowaliśmy defilujące przed nami tłumy. A to jest niezmiennie ciekawe. No i musiało wybrzmieć jedno spostrzeżenie o polskim społeczeństwie "cierpiącym" na nadwagę (delikatnie), a raczej na otyłość (adekwatnie). Smutne.
Czas jednak spędziliśmy pięknie. 
 
Goście, Bibliotekarka i jej mąż, niezwykle sympatyczni z powierzchowności i sposobu bycia, o czym wiedzieliśmy, skoro przyjechali do nas trzeci raz (teraz na trzy tygodnie), stawili się o 18.30. Gościna przywitała się z Żoną "na niedźwiedzia", ja uważałem, żeby z rozpędu pani nie powielić tego schematu i wszystko dalej poszło gładziutko. Upewniłem się tylko, pytając jej męża, czy będzie przez cały czas, czy, tak jak poprzednio, będzie wyjeżdżał i okazało się, że nie ma takich planów. To mnie trochę uspokoiło. Nie, żebym był niespokojny, ale...
Głównym  akcentem powitań był jednak ich kot, bengalski, hecny, bo ponadwymiarowo długi, taki jamniczy, i chudy, a może tylko szczupły, bo taka jego mać. Najpierw ja trzymałem go na rękach, potem Żona i za każdym razem zachowywał spokój. Uwiązany na smyczy od razu zaczął prowadzić do dolnego apartamentu i nic dziwnego, skoro dwa razy już tam mieszkał. Pani była zachwycona.
- Kiedyś pojechaliśmy z nim do takiego ośrodka, z domkami. - Powtórnie się tam pojawiliśmy po dwóch latach. - I Dexter zaprowadził nas od razu do tamtego domku. 
Przy wypakowywaniu się pani wyjęła olbrzymią torbę z sześcioma, czy siedmioma paczkami żwaczy dla Berty. Z poprzednich razów pamiętała, jakie dla niej będą najlepsze. Nic dodać, nic ująć...
 
Wieczór towarzysko był wyluzowany i schyłkowy. Ale wytrwaliśmy do 22.00. Zwłaszcza że było przy czym siedzieć, bo Konfliktów Unikający pofatygował się do Intermarche, żeby uzupełnić zapasy.
 
Dzisiaj o 04.12 napisał Po  Morzach Pływający. 
- Kryzys paliwowy zaczyna dotykać sektor morski. Zaczynamy pływać zygzakiem w poszukiwaniu ciężkiego paliwa tzw mazutu. Rano rzucamy kotwicę na redzie Goeteborga i będziemy czekać na barkę paliwową. Bierzemy tyle ile się da.
PMP (pis. oryg.)
- Kolejna ciekawostka dla szczura lądowego. A co będzie, gdy staniecie na środku morza bez paliwa? - odpisałem. 
- Będziemy dryfować,aż do momentu gdy nas ktoś poholuje lub osiądziemy na mieliźnie...chyba że będzie płytko i rzucimy kotwicę w oczekiwaniu na pomoc...

W niedzielę, 03.05, wstałem o 06.50.
Wszyscy jeszcze spali.
Na dworze było +7, panował lazur nieba i było pięknie. Z tarasu przyjrzałem się magnolii. Przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Oczywiście, jak zwykle zaczęła kwitnąć bardzo wcześnie, a przymrozki dokonały dzieła zniszczenia. Cała jej górna połowa była brunatna od kwiatów, które z liliowobiałego koloru przybrały właśnie barwę brunatną, dół wyglądał lepiej, ale to też nie była już przecież sztandarowa ekspozycja wiosny. Reszta roślinek była znacznie mądrzejsza lub odporniejsza.  
 
Trzeźwo Na Życie Patrząca wstała o 7.40, zaraz po niej przyszła Żona, a rekonwalescent niedługo potem. Poranek potoczył się zwykłym trybem, chociaż trochę przyspieszonym (wczesny I Posiłek, dzisiaj wsparty tegorocznym szczypiorem!)), bo Gołąbeczki planowały wyjść za pięć dziesiąta, żeby spokojnie dojść na dworzec. Ale przede wszystkim, żeby zająć miejsca, bo prawie było pewne, że polskie koleje podstawią pociąg, najkrótszy z możliwych szynobusów, w ramach przypominania starszym podróżnym czasy PRL-u, a młodszym w ramach udzielania organoleptycznie lekcji historii Patrzcie jak drzewiej bywało, jak podróżowali wasi rodzice, a przede wszystkim dziadkowie.
(organoleptycznie oznacza ocenę cech produktu <najczęściej spożywczego, ale też technicznego czy gleby> za pomocą zmysłów: wzroku, węchu, smaku, dotyku lub słuchu. Jest to metoda szybka, tania i nie wymaga specjalistycznego sprzętu, jednak jej wyniki bywają subiektywne).
Musiało tak być, skoro Konfliktów Unikający donosił: 
Skład krótki, ale siedzimy, trochę ludzi już jest. 
A za chwilę: 
- Start o czasie. Dużo luda.
A na trzeciej stacji licząc od Uzdrowiska:
- Trzecia stacja. Tu już dziki tłum. 
Podejrzewam, że w czasie podróży musiały być zaatakowane wszystkie ich zmysły, z wyjątkiem smaku. Nawet dotyk, jeśli siedzieli na zewnętrznych miejscach, tych przy przejściu. I na pewno wyniki oceny sytuacji nie były subiektywne.
Ale zanim doszło do tych ciekawych wrażeń z podróży, w domu spięliśmy się na tyle, że rozegraliśmy jedną partię warcabów. Wygrałem. Ale po pierwsze niezmiennie uważam, że Konfliktów Unikający gra dobrze, chociaż on sam twierdzi, że nie, bo przecież nie gra w ogóle, a poza tym ciągle bolał go ząb, a raczej miejsce po wyrwaniu. Nie mogłem go jednak z tego tytułu potraktować ulgowo.
Cały wyjazd był tak wczesny, bo Gołąbeczki w Metropolii planowały jeszcze wycieczkę rowerową, a tam ścieżek rowerowych i urokliwych tras jest w bród. 
 
Po wyjeździe zrobiła się klasyczna pustka. Antidotum na nią stały się prace w ogrodzie, a w związku z nimi, ogrodem, zieleniną i słońcem trudno mi było wrócić do domu, zwłaszcza że czekało mnie sprzątanie dolnego apartamentu. W końcu się zmusiłem i nawet jednym ciągiem doprowadziłem rzecz do końca. Po raz pierwszy w tym roku na trzech zewnętrznych parapetach ścierałem żółty pyłek rozpylany przez okoliczne świerki i sosny. W końcu maj i trzeba to cierpliwie przeczekać.
Gdy Żona zabrała się za swoją działkę, zacząłem pisać.
 
Pozbywszy się różnych drobiazgów, które trzeba było wykonać, w końcu poszliśmy do Zdroju. W pełni świadomie wiedząc, że będą tłumy. Ale tak chcieliśmy, przynajmniej ja. Doświadczać Uzdrowiska turystycznie i po polsku.
Nowi goście przyjechali o 17.15, punktualnie do bólu, tak, jak zapowiedzieli. Akurat byliśmy w połowie II Posiłku. Zaczęliśmy jeść z pełną świadomością, że tak może się zdarzyć. Wręcz nasze doświadczenie mówiło nam, że tak się na pewno stanie. Co więcej, utwierdzało nas ono, że gdybyśmy posiłku nie napoczęli, to goście na pewno by nie przyjechali o podanej porze. Taki znany przypadek, powtarzający się ze zdumiewającą wręcz regularnością. Coś, jak w dawnych, peerelowskich czasach, przy długim oczekiwaniu na tramwaj lub autobus. Nie przyjeżdżały, nie przyjeżdżały, ale wystarczyło zapalić papierosa, żeby złagodzić jakoś udrękę czekania i niewiadomej, a na horyzoncie od razu taki środek lokomocji się pojawiał.
Para, lat 60+, ze Stolicy, do bólu milcząca, bez uśmiechu, kojarząca się z poważnymi nauczycielami akademickimi (może nimi byli), traktująca wszystko bardzo poważnie, w tym swój przyjazd, bo od razu po strojach było widać, że nastawieni są na wycieczki i łażenie. Odpowiednia odzież, wygodna i wytrzymała, takoż buty. Wszystko w odcieniach szaro-brązowych, praktyczne. Jakoś tak adekwatnie do sposobu bycia.
 
Wieczorem zakończyliśmy oglądanie serialu The Newsreader. Przed ostatnim odcinkiem zachodziliśmy w głowę, jak twórcy skończą serial, jak zdążą pozamykać tak liczne wątki. Wydawało się to niemożliwe, skoro na to wszystko został im tylko jeden odcinek. A jednak. Całość rozwiązali inteligentnie, logicznie i ciekawie. Można powiedzieć "naturalnie", co oglądającym przyniosło pewną ulgę, bo różnym opcjom i postaciom kibicowali, a zaprezentowane rozwiązania spełniały ich oczekiwania. Z czystym sumieniem serial możemy polecić.
 
Dzisiaj o 04.35 napisał Po Morzach Pływający. 
Do Polski zbliża się front atmosferyczny. Za kilka dni będzie nieźle padało. Właśnie mijamy go w Skaggeraku.
PMP (pis. oryg.)
A potem o 17.57.
Zdaję sobie sprawę, że jesteś fanem jednej marki,ale być może nie słyszałeś takiej oto historii pewnego gatunku piwa.
Czasy współczesne.
Pewien Japończyk, piekarz z zawodu i zamiłowania podróżując po kraju w ramach współpracy z odbiorcami chleba zauważył, że producenci kanapek odcinają  skórkę i pozostawiają miękki środek.
Na pytanie " co robią z tymi odpadami" odpowiedzieli, że wyrzucają. Po powrocie do piekarni Japończyk nawykły do oszczędności zaczął się zastanawiać nad zmianą systemu dystrybucji chleba oraz co zrobić z skórką chleba. Długo myślał i wymyślił, że można bezproblemowo zmienić produkcję oraz zagospodarować odpady przy okazji dodatkowo zarabiając. Tak więc chleb po upieczeniu,a przed spakowaniem był pozbawiamy skórki, a miękki środek od razu był gotowy do produkcji kanapek.
Z codziennej produkcji zostawało około 400kg odpadów które to zostały wykorzystane do......produkcji PIWA....
Sprytny piekarz wybudował mały browar i eksperymentując znalazł metodę produkcji piwa z wykorzystaniem chlebowych skórek. Żeby być pewnym , że piwo może komuś posmakować częstował piwem ludzi podczas różnego rodzaju okolicznościowych imprez.
Okazało się, że piwo jest smaczne i nie ma różnicy pomiędzy tym produkowanym ze zboża lub ryżu.
W swoim eksperymencie doszedł do etapu w którym obecnie produkuje trzy rodzaje piwa oraz zaczyna produkcje piw smakowych wykorzystując świeże owoce. Pierwszym owocowym piwem ma być piwo truskawkowe.
Nazwa oryginalna piwa to TOAST BEER.
PMP 
(zmiana moja, pis. oryg.)
Odpisałem, że wszystko to podróby. 
 
W poniedziałek, 04.05, wstałem o 06.00.
Na dworze był lazur nieba, +10 stopni. Najwyższa temperatura w roku o tej porze dnia. Na tarasie pachniało majowym świtem.
Po porannym rozruchu (ciągle rozpalam) sporo siedziałem nad onanem sportowym. 
Jeszcze przed I Posiłkiem poszedłem w Uzdrowisko na zakupy. Zawsze rzecz traktuję, jako niepowtarzalny spacer w porannej, specyficznej uzdrowiskowej aurze.
 
Gdy wróciłem do domu, przyszły mmsy od Syna. Szokujące!
- A oto i On - nasz Wnuczek-III. Zadzwonił do nas wczoraj w nocy o 3.15 z radosną informacją, że wpadł na obozie skautowym do ogniska i siedzą we 4 skautów na metropolialnym SORze: 
- Oparzenie 4% powierzchni ciała, stopień 3.
- Mamy z bani baseny, frisbee, rehabilitacje, a co gorsza dzisiejsze spotkanie w liceum, a co najgorsze musimy przekładać w kuratorium egzamin 8klasisty.
- Bo to prawa ręka.
- Sytuacja bolesna, ale opanowana. Lekarz na SORze powiedział ponoć że dawno nie widział takiej twardej sztuki jak na to co sobie zrobił i jak to znosił. (zmiany moje, pis. oryg.)
Do tego Syn dołączył dwa zdjęcia prawej dłoni z potężnym bąblem od wewnątrz, dwa prawego kolana straszącego wyglądem i rozmiarem oparzenia oraz jedno, na którym biedna, zmarnowana Synowa, klęczała przy łóżku i chyba zmieniała synowi opatrunek.
Wszystko razem mocno mnie zgnębiło. Napisałem do Syna, żeby zadzwonił w dogodnej dla siebie chwili. Brzydkich słów dołączonych do prośby cytować nie będę. 
 
I Posiłek zjadłem po raz pierwszy w ogrodzie. Potem pisałem non stop, ale szybko sobie odpuściłem trzy dni, żeby się nie pałować, frustrować i stresować. Bo, że zacytuję Żonę, Muszę cokolwiek udowadniać?!... 
W południe były 22 stopnie w cieniu, zaczęło się chmurzyć i robić duszno, ale nadal było pięknie. Zanosiło się na deszcz, ale w okolicach 14.00 zaczęło się rozchmurzać i nadal było pięknie.
 
Po II Posiłku poszliśmy na spacer do Zdroju, żeby, między innymi, zobaczyć jedną ciekawą rzecz, która się okazała być nieciekawą. I gdy wracaliśmy przechodząc przez oznakowane przejście dla pieszych, być może po raz pierwszy, a jeśli nie po raz pierwszy, to na pewno po raz pierwszy świadomie, doświadczyłem efektu Dopplera.
(to zjawisko fizyczne polegające na zmianie częstotliwości <i wysokości> fali <dźwiękowej, świetlnej> rejestrowanej przez obserwatora, spowodowanej ruchem źródła fali lub obserwatora. Gdy źródło zbliża się, dźwięk staje się wyższy <częstotliwość rośnie>, a gdy się oddala - niższy
Gdy byliśmy w 1/3 przejścia, nadjeżdżające, jak błyskawica, Audi wcale nie planowało się zatrzymać, bo prowadził je młody koleś przy otwartej swojej szybie podkreślając "zimnym łokciem", kto tu rządzi.
Oburzony zamachałem obiema rękami. 
- Spier... - usłyszałem na wysokich częstotliwościach - ... dalaj! - na niskich. I już go nie było. Całość trwała ułamki sekund.
- Słyszałaś?! - wzburzyłem się mocno. 
- Ty to jesteś dziwny!... - Przecież jemu dokładnie chodziło o taką twoją reakcję, żeby potem móc opowiadać swoim kolesiom, takim jak on, i żeby wszyscy mogli pękać ze śmiechu ze starego dziada. - Idealnie dałeś mu pożywkę...
Nawet się nie oburzyłem na Żonę za "starego  dziada" prawidłowo odczytując jej intencje. 
 
Pod wieczór zadzwonił Syn. Opowiedział, co wiedział, ale obaj ustaliliśmy, że osobiście zadzwonię do Wnuka-III Bo on na pewno z tobą chętnie porozmawia. Z babcią gadał godzinę... 
 
Wieczorem Żona zaproponowała dwa miniseriale (każdy po 8 odcinków). Jeden angielski, chyba poważny, drugi francuski, wynikało z opisu, że lekko głupkowaty. Wybrałem głupkowaty, o tytule Poprawka, z 2026 roku. Odcinki krótkie, więc postanowiliśmy obejrzeć dwa, ale skończyło się na półtora. Będziemy oglądać, ale, gdyby to miał być długi serial, z trzema, na przykład, sezonami, a w każdym po 10 odcinków, to od razu byśmy odpuścili. Ale wiedzieliśmy, że głupawkę, przy lekkim francuskim humorze, przez 8 odcinków wytrzymamy.
 
Dzisiaj, we wtorek, 05.05, w okolicach dziesiątej, dwa fronty stoczyły ze sobą ostateczną walkę. Ten  tarasowy, niezachmurzony z tym ulicznym, zachmurzonym. Bezapelacyjnie wygrał ten pierwszy i całe niebo opanował lazur. To natychmiast rzuciłem się do podlewania newralgicznych miejsc w ogrodzie oraz szklarni. 
Kto wie, czy jednak jutro nie będę sadził pomidorów, więc ziemia musi być wilgotna. Przy okazji postanowiłem zmienić koncepcję sadzenia. Od wielu dni gryzła mnie myśl, jak zrobić, żeby sadzonki się przyjęły. Nie myślałem przy tym o tych, które wykiełkowały po jednej sztuce w doniczce. Bo tutaj w ogóle nie naruszyłbym bryły korzeniowej i taka sadzonka była pewniakiem. Gorzej z tymi krzaczkami, które rosły w doniczkach obok siebie w liczbie dwóch sztuk, a w jednej nawet w trzech, i w jednej w czterech. Nie wiedziałem, skąd się wzięło takie dziwo, skoro do każdej doniczki precyzyjnie wrzucałem po dwa nasionka. Wydłubanym z ziemi w takim stadium wzrostu na pewno zniszczyłbym korzenie (Justus Wspaniały by mnie wyśmiał) i mogłyby się nie przyjąć w szklarni, nawet gdybym na nie dmuchał i chuchał. Powinienem był je rozsadzić, gdy miały zaledwie 2-3 cm. Więc był to pierwszy krok wbrew sztuce.
Drugi będzie przy sadzeniu. W ziemię wpuszczę całą doniczkę, oczywiście bez plastiku, czyli posadzę pojedyncze sztuki, podwójne, jedną potrójną i jedną poczwórną. Ciekawe, na ile będą ze sobą konkurować i jakie będą plony. Bardzo interesujący eksperyment (Justus Wspaniały by mnie wyśmiał). Stąd z planowanych dwudziestu ośmiu miejsc do sadzenia, zrobiło się tyle, ile doniczek, dwadzieścia cztery. Może to i dobrze, bo natychmiast po przemyśleniach poleciałem do szklarni korzystając z pełnej ekspozycji słońca, obserwując, gdzie jest jest cień i projektując drogę jego przesuwania się. W wytypowanych miejscach, o najmniejszym nasłonecznieniu, pomidorów nie posadzę. Uzyskałem całkiem sympatyczne poletko, które zajmie kolejna partia dymki, bo ona w tych warunkach da radę. Szczypiorem zajadamy się już od soboty, kiedy uraczyłem nim Żonę, Gołąbeczki i, obficie, siebie.
W szklarni kijkami zaznaczyłem 24 miejsca i od razu dostałem sadzeniowej nerwicy, bo już się nie mogę doczekać jutra. Muszę mieć na to sporo czasu, nie być niczym naciskany i odciągany, bo potrzebuję komfortu, żeby pomidorki dopieszczać i całą pracę cyzelować. 
 
Do II Posiłku czas mi zajęły różne prace:
- wspólnie z Żoną wydrukowaliśmy aż cztery ostanie wpisy. Takie zaległości. Na samym początku mojej blogowej przygody Żona namówiła mnie, abym wpisy archiwizował nie tylko w formie elektronicznej (chyba w chmurze, nie znam się), ale również w formie wydruków. I tak oto po ośmiu i pół rocznym pisaniu powoli zapełnia się szósty segregator. W drukarce wymieniłem czarny tusz (tego tematu Żona wyjątkowo nie tyka) i współpracowaliśmy na odległość. Ja na dole, przy drukarce obserwując, czy wpis jest dobrze wydrukowany, a Żona na górze, przy laptopie. Ten "górny" laptop służy tylko do oglądania seriali i filmów, i do różnych wydruków. Sypie się już mocno i każde  przenoszenie, podłączanie grozi jego unicestwieniem. Poszło dobrze,
 
- narąbałem trzy frakcje, bo przez majowy weekend zapasy zużyłem do zera,
 
- poselekcjonowałem śmieci, nasze i gości. W gościnnych wyłapałem trzy plastiki, za które odzyskam1,50 zł, więc je skrzętnie odłożyłem na bok,
 
- zrobiłem comiesięczny porządek w papierach,
 
- odebrałem paczkę, a w niej jedzenie dla Pieska. Gdy wracałem, twardo wszedłem na przejście dla pieszych, mimo że Audi gwałtownie się zbliżało. W końcu kierowca, bandyta, musiał tak ostro dać po hamulcach, że rozległ się głośno pulsacyjny dźwięk hamowania sterowanego ABS-em. Chyba złożę wniosek do naszego burmistrza, aby miasto spowodowało, żeby na tym odcinku ustawić fotoradar. Obowiązuje na nim 50 km/godz., ale oszołomy i bandyci jeżdżą 70-80, a zdarzają się i tacy, którzy ten prosty odcinek traktują, jak tor wyścigowy,
 
- podlałem trawkę pod świerkiem i inne newralgiczne miejsca, 
 
- oddałem łuparkę Ciekawemu Sąsiadowi słysząc, jak rozłupuje kłody klinem i młotem. Sprawę łuparki przegadaliśmy i zahaczyliśmy o inne tematy.
- To może chodźmy do mnie  na chwileczkę, co tak stoimy?... - usłyszałem ze zgrozą.
Już zaczął iść, więc normalnie powstrzymałem go fizycznie opierając dłonie o jego klatkę piersiową. Nawet lekko się zdziwił. Wyłgałem się czekającą Żoną, a przede wszystkim Kolegą  Współpracownikiem, który dzisiaj obchodził imieniny.
- Musimy do niego zadzwonić, a to jest pewne, że godzina zleci... - obaj się  śmialiśmy. - Przy czym to jest taki typ - tłumaczyłem - że, gdy mu się przerwie w dowolnym momencie, nawet w pół słowa, to nigdy się nie obraża.
 
Rozmowa z Kolegą  Współpracownikiem trwała tylko 20 minut. Może dlatego, że ten czas zająłem wyjątkowo w połowie opowiadając o przypadku Wnuka-III i wiedząc, że Kolega Współpracownik, jako stary harcerz i wodniak, tematem będzie zainteresowany. Zrewanżował się różnymi opowiastkami ze starych czasów. Jego i Farmaceutkę zaprosiliśmy do nas, do Uzdrowiska, ale temat, zdaje się, jest trudny. Bo Farmaceutka będąc na emeryturze rozbija się ostatnio po świecie ze swoją córką i wnukami (właśnie po 11. dniach pobytu w Egipcie miała za chwilę lądować w Metropolii). Do tego dochodzą jej  sanatoria, codzienne obowiązki oraz ich wspólne, zaplanowane już wyjazdy, więc na razie żadnego terminu nie ustalaliśmy.
 
Po południu zadzwoniłem do Wnuka-III. Akurat z matką jechał do szpitala, do kontroli.
- Możesz teraz rozmawiać? - zapytałem.
- Nooo, taaak, bo jadę i nic się nie dzieje, to mogę... - wreszcie doszedł do tego wniosku.
I na moją prośbę opisał mi, jak to się stało, że wpadł do ogniska. 
- Bo wiesz, dziadek... - od razu zaczął rozwlekle, a ja słuchając go po raz pierwszy utwierdzałem się w przekonaniu, że jego tembr głosu, intonacja i sposób mówienia jest identyczny, jak jego dziadka, Teścia Syna... - byłem z chłopakami w lesie na obozie skautowym. - I zagraliśmy w taką grę, nazywa się żerdka, zapamiętasz, ż-e-r-d-k-a? - Ona jest fajna i bezpieczna...
Nie wierzyłem własnym uszom. Bezpieczna?! 
- Polega na tym, że wynajduje się gościa, który jej nie zna, tu akurat byłem ja. - Chłopaki zawiązali mi oczy i kazali stanąć na żerdzi. - Dwóch ją podniosło razem ze mną, a trzeci trzymał mnie za ręce, żebym w powietrzu nie stracił równowagi i żebym nie spadł. - I zaczęli mnie nieść. - Przy czym ten, który mnie trzymał za ręce informował mnie na jakiej jestem wysokości. - Teraz masz pół metra do ziemi, teraz metr, a teraz półtora, o ledwo mogą cię rękami dosięgnąć. - A cały czas byłem na jakichś 20. cm, a on po prostu coraz niżej kucał i wpuszczał mnie w maliny. - Gra polega na tym - tłumaczył mi nadal łopatologiczne i dokładnie, w stylu swojego drugiego dziadka - że w pewnym momencie każą gościowi skoczyć. - Więc on myśląc, że jest tak wysoko, odbija się mocno i skacze, co wygląda komicznie, bo natychmiast się przewraca, koziołkuje, itd. - Wszyscy mają ubaw. - Tylko że to powinno się dziać najlepiej w pustym polu, bo ta zabawa jest naprawdę bezpieczna.
Nadal zaciskałem zęby.
- No, ale oni stanęli zbyt blisko ogniska, a ja się wybiłem na tyle mocno, że wpadłem w sam środek. 
- Przez ułamek sekundy niczego nie czułem i nie widziałem, a potem, gdy poczułem, znowu minął ułamek sekundy, zanim wyskoczyłem. - Zresztą chłopaki pomogli mi i mnie wyciągnęli...
Telepało mnie z kurwicy, ale Wnukowi-III niczego takiego nie okazałem. Tylko mu współczułem i rodzicom, a zwłaszcza Synowej.
- Ale wiesz, jak to przeżyli rodzice?
- No, wiem... - odparł z pewną niechęcią.
- A zwłaszcza mama. - Teraz się tobą opiekuje, zajmuje, zmienia ci opatrunki... - I się zamartwia...
- No, tak...
- To może, gdy to wszystko minie, co nieco zrozumiesz, byś jej trochę posłuchał, pomógł...
- Już jej słucham! - Piję tyle wody, że aż mi niedobrze!...  
Głupie to jeszcze, do bólu, nomen omen!

Po II Posiłku przyszedł sms od Syna.
- No niestety nie jest wesoło. jesteśmy po wizycie kontrolnej w szpitalu. Lekarze przemyli rany Wnuka-III do skóry, są dwa wątpliwe miejsca, gdzie wygląda jakby martwica się robiła. Kontrola czwartek - piątek. Powiedzieli, że nie wyklucza przyjęcia do szpitala, zależy jak się będzie goić. Na dobre gojenie daje 70% szans, 30%  że będzie potrzebny przeszczep skóry :(  1/3szans na przeszczep to dużo niestety. 
(zmiana moja, pis. oryg.)
Współczuliśmy Synowi i Synowej i staraliśmy się być dobrej myśli. 

Wieczorem obejrzeliśmy półtora (półtorej - dziennikarze i politycy) odcinka miniserialu Poprawka. Stwierdziliśmy podsypiając, że na siłę dzisiaj dalej oglądać nie będziemy.
 
Dzisiaj 08.00 napisał Po Morzach Pływający.  
Ładnie napisałeś, ale nic o pomidorach..
PMP 
(zmiana moja)
Ubawił mnie.
 
ŚRODA (06.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Na dworze panował lazur nieba, a termometr pokazywał +12. Tegoroczny poranny rekord. Ale za godzinę mocno się zachmurzyło i zaczęło siąpić. Dobrze byłoby, żeby zdrowo popadało, bo susza.
Od rana opracowywałem mój weekendowy wyjazd do Córci i do Brata. Całkiem zgrabnie skorelowałem wszystkie połączenia dając sobie przy przesiadkach trochę oddechu i komfortu. W sobotę jechałbym pociągiem do Córci, w niedzielę od niej do Brata, a w poniedziałek wracałbym do domu.
Potem pisałem. 
 
Gdzieś o 09.30 zaczęło się rozchmurzać i nawet o siąpieniu nie było co marzyć. Tedy poszedłem do ogrodu i podlałem newralgiczne miejsca. Z dnia na dzień ich przybywa.
Po I Posiłku, dokładnie po dwóch latach (w maju 2024 wprowadziliśmy się na górę - do obecnej sypialni i pralnio-łazienki), postanowiłem zabrać się za zamek w łazienkowych drzwiach. Działał bez zarzutu zgodnie ze swoim przeznaczeniem, ale przy każdym ruszeniu klamką wydawał ze swoich bebechów nieprzyjemny zgrzyt. W ciągu dnia nie miało to żadnego znaczenia, ale rano, gdy wstawałem, i owszem. Musiałem zawsze zgrzytnąć dwa razy, wchodząc i zamykając drzwi, żeby łazienkowe odgłosy nie budziły Żony, a potem wychodząc. Dzisiaj, gdy Żonie powiedziałem, że dobieram się do gada, przyznała, że zawsze przez ten czas rano w ten sposób ją nadbudzałem albo budziłem.
Psikanie WD40 z "zewnątrz" nic nie dawało, więc musiałem dobrać się do środka, rozmontować klamki wraz z trzpieniem oraz wyjąć kasetę zamka. Całość była nieodrodnym peerelowskim produktem i filozofią montażu z tamtych czasów. Łby dwóch wkrętów mocujących czoło zamka miały nacięcia dla płaskiego śrubokręta bardzo oszczędne. Zawsze się nad tym zastanawiałem, dlaczego je tak produkowano, dlaczego nacięć tych nie można było robić głębiej, żeby śrubokręt można było osadzić mocno i wkręt wkręcać i wykręcać bez problemów. Z racji płytkości śrubokręt przeważnie nacięcia (gniazdo) rozrywał i tu już się robił problem przy wykręcaniu, bo wykręcić się nie dawało. Z takim przypadkiem właśnie miałem do czynienia. Dodatkowo ktoś, aby kasetę zamka w przyszłości można było przesmarować albo zepsutą wymienić, dla ułatwienia pracy przyszłemu nieszczęśnikowi, czoło zamka zamalował białą farbą skutecznie kamuflując cały mechanizm względem białych drzwi. Wkrętów prawie nie było widać, a co dopiero ich nacięć. 
Najpierw żmudnie wydłubywałem starą, twardą jak kamień farbę, a potem się na różne sposoby pałowałem robiąc w drzwiowym gnieździe lekką demolkę. W końcu triumfalnie kasetę wyjąłem.
Elementem (emelentem) skrzypiącym był sprężyna. Obficie podlałem ją WD40 i trzpieniem i klamką sprawdziłem, jak chodzi. Skrzypienie zniknęło.
Całość zajęła mi dobrą godzinę, zamiast, na przykład, kwadransa (co młodszych kieruję do Internetu). Ale za to na przyszłość...
Zamek chodził cichutko. Aż głupio... Dodatkowo po zamontowaniu (stare bezużyteczne wkręty wypieprzyłem i zastąpiłem je nowymi, krzyżowymi; nie zamalowałem ich!) na framudze drzwi przykleiłem taki malutki, przezroczysty, plastikowy odbojnik. Drzwi zamykały się bezszelestnie. Aż głupio... 
 
Dla odsapki (zgrzałem się, bo dodatkowo trzeba było okolice drzwi wysprzątać) zajrzałem na pocztę. Przyszły dwa meldunki od Rubieżan dotyczące dwóch hoteli. Widać, że chemicy. Profesjonalne do bólu, z tabelkowym opisem i odnośnikami do ponumerowanych zdjęć. Gdy przyjdzie trzeci, będzie nad czym pracować.
Ponieważ Żona siedziała przed moim laptopem, obok mnie, a to rzadkość, bo jeśli już siedzimy razem, to przed jej i analizowała ze mną materiał Rubieżan, postanowiłem wykorzystać ten moment. 
Najpierw pod jej nadzorem usiłowałem założyć folder Absolwenci'73-2027, ale szło, jak po grudzie. Żona od razu wyczuła moja głęboką niechęć do tych czynności, siedziała jednak jakiś czas koło mnie cierpliwa, ale potem sprawę wzięła w swoje ręce, bo ile można.
- Bo skoro nie chcesz się uczyć, to lepiej, żebym ja to sama robiła, bo inaczej tutaj zakwitniemy... - zareagowała spokojnie i rzeczowo, jak doświadczona nauczycielka, która ma do czynienia z uczniem nierokującym żadnych nadziei na zasadzie Z gówna bata nie ukręcisz!
Poszło idealnie. W nowym folderze miałem wszystkie dane przygotowane przez Rubieżan dotyczące wytypowanych trzech hoteli w Kazimierzu Dolnym, listę adresową kolegów i koleżanek, mailową listę adresową oraz moją tabelkę zrobioną w Exelu (kartka A4, linijka i pisak), w której zestawiłem wstępne, porównawcze dane dotyczące hoteli po rozmowach i mailach z października tamtego roku. Dodatkowa korzyść była taka, że ileś zawartych w poczcie maili o koszmarnych MB, Żona przerzuciła do komputera, do różnych folderów, a zbędne pozwoliła mi wywalić w kosmos.
Poczułem niesamowita ulgę, jakbym pozbył się jakiegoś ciężaru i wielokrotnie to Żonie tłumaczyłem i dziękowałem. Rozumiała doskonale.
- To tak, jakbym ja siedziała nad znienawidzonymi papierami, fakturami zwłaszcza, a ty byś mnie wyręczył... 
Złotko, nie kobietka! 
 
Przed II Posiłkiem relaksacyjnie wybrałem się po paczki. A gdy wróciłem, na podjeździe natknąłem się na gości z góry, Bibliotekarkę i jej męża. Wypadało podziękować za książkę z dedykacją autora Pospieszalscy Rodzina. W którymś momencie cała trójka skoncentrowała się na warunkach, w jakich oni się wychowywali w domu, w Częstochowie, i odniosła je do swoich własnych w dzieciństwie, bardzo podobnych. I zeszło na różne przypadki nieszczęść, czyli wypadków, które nas w dzieciństwie spotkały z moim wypadnięciem z II piętra i z jej poważną kontuzją prawego barku ze skomplikowanym złamaniem kości. Doszło nawet do pewnej formy obnażania się, bo ja odsłoniłem lewą rękę, żeby pokazać koszmarne blizny po skomplikowanych złamaniach w czterech miejscach Groziła amputacja reki! oraz wskazałem bliznę na głowie, której wskazywać nie trzeba było, ale należało ją powiązać z bliznami lewej reki, Bibliotekarka zaś odważnie odsłoniła bluzę i pokazała potężną bliznę na prawym barku. Potem zeszło na podobne przypadki dotyczące naszych dzieci i najświeższy, Wnuka-III.
Dwadzieścia minut na przyjemnych tematach zeszło tak, że się nawet nie zorientowaliśmy. Oni ani przez chwilę nie dali po sobie poznać, że właśnie wyszli z zamiarem, żeby niezwłocznie wybrać się gdzieś autem. 
- Ja przepraszam, że tak państwa zatrzymałem... - poczułem się, jako gospodarz.
- Nic się nie stało, miło było pokonwersować! - usłyszałem w odpowiedzi.
Goście zaraz natychmiast wyjechali. 
 
W  trakcie II Posiłku lało, falami. Dzisiaj miałem sadzić pomidory, ale po pierwszej dziesięciominutowej fali poszedłem do szklarni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kapało z różnych miejsc, a ich liczba znacznie wzrosła po moim ostatnim czyszczeniu, po którym stary kit odłaził centymetrami.
A sadzić przy kapiącej na głowę wodzie raczej nie jest przyjemnie. Musiałem rzecz odłożyć na jutro. 
W tym deszczu i kapaniu był palec Boży, bo w jego  trakcie zadzwoniliśmy do Lekarki i Justusa Wspaniałego. Mogłem porządnie przedyskutować kwestię sadzenia pomidorów, głębokości (bardzo ważne dla rozbudowania systemu korzeniowego) oraz sposobu podlewania. 
Oczywiście oni w kwestiach, tak w obszarze czasowym jak i rozmiarze upraw, wyprzedzali nas o lata świetlne. 
Potem zeszło na przypadek Wnuka-III (na bieżąco przesłałem obojgu zdjęcia oparzonych dłoni i kolana). Pomijając kwestie medyczne, których przy Lekarce pominąć się nie dało, oni sami poruszyli  kwestię odpowiedzialności za ten wypadek Bo ktoś za to przecież powinien odpowiadać?! Oczywiście, że z Żoną z tak postawioną sprawą się zgadzaliśmy, ale wiem, że problem w tym względzie z różnych powodów jest skomplikowany (wspólne, dość hermetyczne środowisko, wspólni znajomi). Poruszę kiedyś ten aspekt, ale na pewno nie teraz, gdy i Syn, i Synowa są tym wszystkim zmaltretowani.
Z Nowymi w Pięknej Dolinie wstępnie ustaliliśmy, że przyjadą do nas w drugi weekend czerwca.
 
O 18.08 odnotowałem pierwszy, piękny, tegoroczny grzmot. Naprawdę poczułem wiosnę. Potem ulewy się powtarzały i trwały długo, gdzieś do środka nocy. Ciśnienie wyraźnie spadało, robiło się schyłkowo, ale jeszcze podołałem onanowi sportowemu.
Mimo spalnych warunków wieczorem daliśmy radę obejrzeć dwa koleje odcinki miniserialu Poprawka
 
Dzisiaj Córcia potwierdziła/zatwierdziła/zaakceptowała terminy mojego przyjazdu i wyjazdu. Wysłałem do niej smsa z podanymi wszelkimi godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów, żeby ustalić konkrety. Nie reagowała ponad dwie godziny, więc wysłałem jej "?" Jakby ją coś dźgnęło.
- No już, ludzie, ja nie jestem przyklejona do telefonu :) to wyjedź tym o 12, w południe 
(pis. oryg.) 
Moja krew!
- A przyjazd może być, bo nadal nie wiem. - drążyłem natychmiast podpisując się "Przyklejony". 
W dalszej korespondencji powoli łagodniała i wszystko dało się ustalić, ale stopniowo.
- Pewnie że może być, jestem w domu więc pasuje
Nawet dało się ustalić, jakie drobiazgi mógłbym przywieźć Wnukom.
- To się widzimy, super:) - zareagowała na koniec, Małpa jedna. 
 
CZWARTEK (07.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
 
Organizm nie chciał dłużej spać.
Na dworze o tej porze było +11 stopni. Ciepło, jak na tę godzinę i na fakt, że długo w nocy lało, falami, na tyle ostro, że rano, robiąc ogrodową inspekcję, widziałem, jak niektóre roślinki pod wpływem uderzeń się pochyliły. Ale wiadomo, że się wyprostują. Ogród nareszcie odetchnął otrzymawszy tyle wody.
Niebo było delikatnie zachmurzone, ale gdzieniegdzie prześwitywał lazur nieba i nie było wiadomo, w którą stronę pogoda pójdzie.
Po porannym rozruchu pisałem. 
W okolicach 08.30 totalnie się zachmurzyło i zrobiło się ponuro. Ale to już była inna ponurość, chmurność, markotność, mroczność, smętność niż ta, na przykład, z listopada. Deszcz był nieuchronny, więc wszelkie plany stały pod znakiem zapytania.
 
Wczoraj Żona wymyśliła, żebym ją zaprosił na śniadanie do Villi Uzdrowisko. Tej, która śniadaniowo, jako jedyna w Polsce, ma u niej "10". Więc ją zaprosiłem. Szliśmy ubrani średnio ciepło, wyposażeni w dwa parasole.
Wewnątrz restauracji obsługująca pani zasugerowała, żebyśmy sobie korzystali z bufetu, siedli i jedli, a zapłacili później. Wolałem odwrotnie Bo wtedy przyjemniej się je... Pani skasowała 100 zł, czyli cena śniadania wzrosła względem poprzedniego roku o 5 zł.
Pal diabli, gdyby oferta była tą, którą znaliśmy. Pozostała z niej tylko kawa z ekspresu o dobrym smaku. Reszta załamka. Asortyment był co najmniej o połowę mniejszy niż ten ze wspaniałych czasów, a smakowo nie było na czym ust zawiesić i jedliśmy standardy, takie jak wszędzie. Smutek... Gdzie się podziały tamte śledziki i inne ryby, w różnych smakowych opcjach, pasztety, galaretki z kurczaka i wieprzowe, wędliny od indywidualnych dostawców, różnorodności na gorąco, moje ukochane naleśniczki, obowiązkowo też na gorąco?... O marynowanych rydzach nawet nie ma co wspominać. Desery takie se! Miody jakieś skrystalizowane, przemysłowe, jedyny dżem, "do wyboru", nie miał wyrazistego smaku, a masło było podane w tych malutkich opakowankach godnych raczej posiłków w samolotach i tego typu przybytkach. Ale żeby w takiej Villi Uzdrowisko?
Smutek..., że powtórzę. 
 
Wracaliśmy mocno sprawę roztrząsając na dwa sposoby. W tej sytuacji, prawem względności, akcje Nowego Sanatorium wzrosły z "5" na "6", a Villi Uzdrowisko zjechały na mordę, z "10" na "5".
I zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie by tu jeszcze można było jeść śniadania, żeby po sprawdzeniu przez nas, można je było polecać naszym gościom. Po drodze zajrzeliśmy więc do jednego sanatorium i jednego hotelu. W obu można, ale jest to obwarowane różnymi lokalnymi uwarunkowaniami. Będziemy szukać dalej. 
 
Na przestrzeni trzech lat odnotowaliśmy więc w Uzdrowisku cztery minusy porównując je do stanu sprzed trzech lat, czyli do momentu, gdy się wprowadziliśmy. Wszystkie powstały w przeciągu ostatniego roku.
Pierwszy - gałki lodów w Stylowej (nadal tak samo smacznych) zmniejszyły się o jakieś 30% przy wzroście ceny z 8 zł na 9,50. Żona wymyśliła, że następnym razem, a razy te będą niestety już rzadkie, zapytamy pana, panią, skąd wie, że nakładana gałka waży 55g zgodnie z umieszczoną informacją kłującą w oczy. Jeśli Stylowa nie będzie miała wagi, jestem w stanie pokusić się o przyniesienie naszej, elektronicznej, narobienie obciachu i afery w razie czego i zachować się niczym facet ze starej polskiej komedii kryminalnej z 1962 roku, Gangsterzy i filantropi, z Gustawem Holoubkiem i Wiesławem Michnikowskim. Nie wiem, czy Żona odważy się, nomen omen, wtedy mi towarzyszyć,
Drugi - mir i mit śniadań w Villi Uzdrowisko, tak przez Żonę hołubiony, upadł gwałtownie na ryj,
Trzeci - buduje się bardzo dużo, jak na Uzdrowisko, apartamentowców. Nie stanowią one dla  nas konkurencji, bo jednak do nas przyjeżdżają goście specyficzni, nieapartamentowi, ale to może generować w sezonie, na przykład, zwiększony ruch samochodowy i większy ruch w ogóle, chociaż z drugiej strony sprawa bardziej dotyczy weekendów, bo jednak w środku tygodni jest bardziej uzdrowiskowo niż turystycznie, 
Czwarty - nie działa główna fontanna, która stanowiła poważną atrakcję (pokazy "światło-dźwięk"). To już ponad rok. A od blisko roku nie działa fontanna w Parku Szachowym, która stanowiła atrakcję dla dzieciaków, bo można się było w niej przemoczyć do suchej nitki. 
Jednak olbrzymia ilość plusów pozostała bez zmian, a nawet trochę się powiększyła. 
 
Po powrocie od razu zabrałem się za sadzenie pomidorów. Nie padało od rana, ale pogoda była taka, że na dwoje babka wróżyła. 
(etymologia wywodzi się z dawnych zwyczajów, w których „babki” <wróżki, wiejskie akuszerki> przepowiadały płeć dziecka, a wróżąc „na dwoje” <albo chłopiec, albo dziewczynka>, zabezpieczały się przed pomyłką
A jak już pisałem, lepiej by się sadziło, gdyby w obecnym stanie technicznym szklarni nie lało się na łeb. Pochmurna pogoda i brak upału miały jeszcze tę zaletę, że nie wsadzałem biednych sadzonek do ukropu rzędu 33 stopni. Zresztą w takiej sytuacji bym się nie odważył. Krzaczki miały więc miły przeskok do innych realiów, w których mogły się swobodnie adaptować.
 
Nie odważyłem się podlewać widząc, że każda bryła korzeni oblepiona ziemią, wyjętą z doniczki, jest wyraźnie wilgotna. To raz. A dwa, nagły lazur nieba konsekwentnie trzymający się do końca dnia, podnoszący temperaturę w szklarni mimo jej wietrzenia, nie zachęcał do podlewania.  Bo najlepiej jest jednak robić to rano, przynajmniej w tej pomidorowej fazie. Ostatecznie decyzję o terminie podlewania podjęła z wielkim znawstwem Żona Zrób to jutro rano, będzie najlepiej! Przecież do jutra spokojnie wytrzymają!
A przyszła, żeby zobaczyć, jak mi idzie robota. Po pierwszym ujrzanym krzaczku uciekła.
- Nie mogę patrzeć, jak ty pozbywasz ich dolnych liści i zakopujesz z połową łodygi. - A one nie padną?
Skąd miałem wiedzieć, ale jej nie mówiłem A skąd mam wiedzieć?
Na koniec przyszła sfotografować mikre krzaczki, żeby za dwa tygodnie z tego samego miejsca powtórzyć, a potem jeszcze raz, bo wiadomo, nie będzie się pamiętać wcześniejszych momentów.
Cała praca zajęła mi półtorej godziny (półtora - dziennikarze i politycy), czyli 90 minut. Licząc w zaokrągleniu - 100 minut na 25 krzaczków, jeden na 4 minuty. Ale samo sadzenie mogło zajmować około 3. minut, resztę czasu stanowiły prace przygotowawcze i sprzątanie. Czyli to, co zwykle.
 
W trakcie pracy w oczy kłuł mnie szczypior. Nie wiem, jak to robi, ale rośnie w oczach. Co rano go w nadmiarze ciacham i mamy radochę, bo, po pierwsze, świetnie się komponuje z I Posiłkami (z wyjątkiem dzisiejszego; a może trzeba było zabrać do Villi Uzdrowisko drobną garść?), a po drugie, po wyciachaniu mam przyjemne wrażenie, że zieleninie dałem odpór i że z ciachaniem jestem na bieżąco. Niestety nic z tego. bo wystarczy, że do szklarni zajrzę za dwie, trzy godziny, a szczypioru jest jakby więcej i jest wyższy. No wprost nie do przejedzenia przez dwie osoby.
Stąd wpadłem na samobójczy pomysł, jak miało się za chwilę okazać, A może goście z góry chcieliby trochę szczypioru?. Żona zapytała smsem i chcieli. Wpadłem ponownie, bo to ja go zaniosłem. A przecież mówiłem sobie tyle razy i postanowiłem, że przez trzy tygodnie będę przemykał bokiem.
Goście, a zwłaszcza pani, potrafiła natychmiast znaleźć kontrargumenty na moje argumenty.
- Ale nie, nie! - Nie będę wchodził w tych butach, prosto ze szklarni!... - Naniosę ziemi... - broniłem się przed wejściem usilnie przez gości namawiany.
- Ale sympatyczni gospodarze zostawili nam dwie miotły i zmiotkę, to się zamiecie... - Bibliotekarka się śmiała. Tak potrafiła zachachmęcić, że wszedłem.
Po szczypiorkowym wstępie pani nagle zaczęła szukać naczyń po szafkach ze słowami Mam coś dla państwa, więc się  przestraszyłem Ale nie alkohol! i opowiedziałem o przypadku z Ciekawym Sąsiadem.
Wyciągnęła dwie szklanki i pełen słój z zakwasem buraczanym.
- Mam fazę na robienie zakwasu, proszę przynieść słój, to państwu też zrobię. - Tylko żeby był duży. 
Nie pomagały tłumaczenia, że owszem słoje mamy i to bardzo duże, ale że dziękujemy, że swego czasu robiliśmy tego zakwasu sporo, ale z pewnych względów przestaliśmy. Dyskusja przeszła na sposoby robienia i zapobiegania powstawaniu pleśni i było coraz gorzej.
- To proszę, tutaj dla państwa... - i nalała dwie pełne szklanice.
- Ale wystarczy jedna, po co od razu dwie?... - Nie będziecie państwo mieli naczyń... - broniłem się słabo.
- Ale my jeszcze mamy dwie! - i je pokazała.
- Ale proszę się liczyć z tym, że my natychmiast ich nie odniesiemy... - usiłowałem jeszcze coś wymyślić.
- Nie szkodzi, damy radę.
I tak wkoło Macieju. 
Na koniec stwierdziła, że ona pod koniec pobytu zrobi nam zakwas w tym słoju, który ma I go państwu zostawię.
A, broń Boże! - zareagowałem spontanicznie. - Bo już tu więcej nie przyjdę! 
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. 
- Ja już tam więcej nie przyjdę! - zaznaczyłem Żonie, gdy się pojawiłem z dwiema pełnymi szklanicami. - Mówiłem ci, że tak będzie!... - Jak chcesz, to sobie tam chodź! - zaznaczyłem wiedząc, że Żona wcale nie chce, wcale się nie pali.
Nie wiem dlaczego, ale wypiłem od razu całą szklanicę, mimo że Żona mnie ostrzegała, żebym tego nie robił, żebym nadpił tylko trochę i stopniowo dozował. Chyba chciałem już mieć ten zakwas z głowy. 
 
Po południu zadzwoniłem do Wnuka-III. Cierpiał dzielnie. 
- A jak sypiasz?
- Dziadek, ja wieczorem jestem tak zmęczony, że natychmiast zasypiam. - Rękę i nogę jakoś tak sobie układam, że mi nie przeszkadzają.  
- A koledzy? - Przejęli się?
- Tak. - Dzwonią ci z zastępu i ci ze szkoły. 
- A jak z toaletą, jak tam się dostajesz?
- A, to jest cała wyprawa... - Sam nie dojdę. - Musi być druga osoba, na której się opieram z prawej strony, a lewą wspieram kulą.
Jutro Wnuk-III miał mieć kolejną kontrolę w szpitalu. 
 
II posiłek zjadłem w ogrodzie. I zaraz po nim zaczął odzywać się zakwas buraczany. W żołądku miałem rewolucję, jakby przetaczało się w nim tam i z powrotem stado jakichś wodnych zwierząt z charakterystycznym bulgotaniem.
- A prosiłam cię...
Musiałem zażyć gorzkich kropli. Pomogło na tyle, że mogłem na górze, w sypialni, pisać. 
A potem pojawiły się bolesne kłucia.
- A prosiłam cię... 
Znowu w ruch poszły gorzkie krople. Uspokoiło się na tyle, że wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki miniserialu Poprawka 
 
PONIEDZIAŁEK (11.05)
No i dzisiaj wstałem o 07.00. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy i wysłał jednego smsa  w ramach nowej taktyki.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 20.41.
 
I cytat tygodnia:
Ma wszystkie zalety, których nie cierpię i żadnej wady, którą bym podziwiał. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).