18.05.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 166 dni.
WTOREK (12.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Na dworze było jasno-szaro.
Po krótkim pobycie w łazience, półprzytomny, zabrałem się za bloga. Na dwa poranki (jutro odwozimy Robaczki do Metropolii) nie opłacało się wczoraj wieczorem przenosić na górę cały kawowy bajzel. Siedziałem więc w sypialnianej szarości i usiłowałem się nie mylić.
W piątek, 08.05, wstałem o... 04.30.
A nie spałem już od czwartej. Paranoja jakaś.
Na
dworze było + 9 stopni, a gdy wyszedłem na taras, zaskoczony zostałem
totalną szarością nieba i siąpieniem. Ptaszkom to zupełnie nie
przeszkadzało, łączyły się w jeden rejwach, nawet mógłbym powiedzieć, że
wytwarzały niezły hałas. Drugi raz w tym roku słyszałem kukułkę (kilka
dni temu wilgę). Ciekawe, że każdy z ptaszków pitolił na własną nóżkę,
ale sumarycznie kakofonii dźwięków nie było.
Po porannym rozruchu pisałem z poważną, długą i kilkukrotną przerwą na toaletę. Odezwał się zakwas buraczany.
Wczorajsze bulgotania i kłucia w brzuchu były zaledwie preludium do dzisiejszych ekscesów.
- A prosiłam cię wczoraj, żebyś wypił tylko troszeczkę... - Żona od razu z rana się załamała. - Prosiłam cię...
Goście
z dołu wyjechali oczywiście przed ósmą rano. Wyjaśniam, dlaczego
"oczywiście". Otóż codziennie rano, z żelazną konsekwencją wyjeżdżali na
wycieczki między 07.50 a 07.55.
-
A państwo to nie jesteście przypadkiem pracownikami naukowymi?... -
zagadałem. - Bo codziennie rano wyjeżdżaliście na wycieczki z
punktualnością godną kolei japońskich i naszych, ale tych
przedwojennych... - wyjaśniłem. - Bo to mi pasowało do takiej naukowej
dyscypliny.
Trafiłem
w punkt. Nawet się lekko zaczęli śmiać, a on wskazał na żonę. Okazało
się, że ona jest właśnie pracownikiem naukowym, elektronikiem, a pracuje w jakiejś poważnej branży dotyczącej
wszelkich badań neurologicznych i związanego z tym sprzętu. Więc
przyznałem się, że ja jestem chemikiem i wiem, co to jest reżim
wypoczynku, reżim w kuchni, żadnych szczypt soli i temperatur "mniej
więcej", na co ona palcem pokazała na męża. Okazał się być chemikiem,
więc zrozumieliśmy się w lot.
A
wyjeżdżali codziennie tak wcześnie, bo ambitnie zdobywali jakąś kolejną
górę w ramach korony gór. Dzisiaj, po drodze, mieli zamiar też zdobyć
kolejną. Świry normalnie, ale jak zwykle przy wyjeździe, byli to już
inni ludzie. Stać ich było na specyficzną wylewność.
-
Bo tu trzeba być w Citizańskiej Kotlinie z miesiąc, żeby wszystko
zobaczyć. - To było widać nawet z okien samochodu. - on się wywnętrzył.
- Jaka tu cisza! - Aż dzwoniło w uszach!... - dodała ona.
Nowym
gościom zasugerowaliśmy więc w tej sytuacji przyjazd na 11.00, bo było
wiadomo, że się z przygotowaniem dolnego apartamentu wyrobimy. Przed ich
pojawieniem się zdążyłem podlać obficie pomidory (konewką, deszczówką z
beczki) i dosypać ziemi wokół ich łodyg oraz podlać trawkę pod
świerkiem. I nawet zjeść spokojnie I Posiłek, bo goście ostatecznie
przyjechali o 11.30.
Para
w wieku Żony mieszkająca o 1,5 godziny drogi od Uzdrowiska z synem, lat
ok. 35, mieszkającym w Anglii, trochę dziwnym, zakręconym. Ale wszyscy
sympatyczni, nierobiący z niczego problemu.
Ich wczesny przyjazd wykorzystaliśmy i natychmiast pojechaliśmy do City. Zakupy miały być skomplikowane, bo należało uwzględnić mój wyjazd, przyjazd Krajowego Grona Szyderców, kilkudniowy pobyt Robaczków oraz nasze bieżące sprawy.
Najpierw po drodze kupiliśmy Socjalną. Sprzedawał jakiś starszy gościu szkolony przez równie starszego, więc sprawa trwała. Rzecz rozbijała się o to, co zwykle, czyli powolny system komputerowy. No i o tego uczącego się faceta. Ciekawe, czy biorą do tej pracy ludzi z łapanki, bo powoli zaczyna na to wyglądać.
Potem zatankowaliśmy paliwo w kontekście przyszłego odwożenia Robaczków do Metropolii. Uzmysłowiłem sobie, że od pewnego czasu pracownicy Orlenu nie męczą swoich klientów natarczywością i nie proponują aplikacji, kawy, hot dogów, wiosennego lub zimowego płynu do spryskiwaczy, wody demineralizowanej oraz jakichś okazjonalnych produktów. Pozwalają klientowi spokojnie kupić to, po co przyszedł/przyjechał. Nie wiem, czy taki miły system powstał od momentu, w którym wypieprzyli Obajtka?
Następnie zawieźliśmy i odebraliśmy pranie. Na stanowisku roboczym tkwili właściciele, więc była okazja porozmawiać kolejny raz na ten sam temat, bo do środka pofatygowała się Żona. Właściciele byli szczęśliwi, że mogą sobie zwyczajnie i zgodnie pracować, z przyjemnością przychodzić do miejsca pracy przez siebie stworzonego, nie użerać się z roszczeniowymi pracownikami i mieć dziesiątki mniej spraw z zusami, uesami, sanepidami, a więc więcej czasu dla siebie na relaks, nie mówiąc o swoim zdrowiu. A co na to nasze państwo z całym swoim systemem, aby hołubić zatrudnianych pracowników, a gnębić i dowalać wszystkim prowadzącym działalność gospodarczą?...
Już w City wymieniliśmy baterie do pilotów otwierających bramę i rozpoczęliśmy dość skomplikowane zakupy. W Leroy Merlin kupiliśmy aż trzy materiały klejące (kropelka, klej stolarski i taśma klejąca dwustronna), wszystkie nagle potrzebne, dwie różne mięty do posadzenia, bo w przeciwieństwie do Naszej Wsi i Wakacyjnej Wsi w Uzdrowisku nie mamy nawet mizernego krzaczka oraz nasiona fasoli karłowatej. Te za namową Nowych w Pięknej Dolinie Bo bardzo dobrze koegzystuje z pomidorami, świetnie zadarnia ziemię hamując parowanie, a poza tym jest bardzo smaczna.
W Carrefour były standardy z wyjątkiem dwóch książeczek dla Wnuczki i Wnuka-V, w Biedrze podobnie. Poważnym zaś ekscesem był nasz pobyt w Pepco. Za 13 zł kupiłem sobie 5 par majtek, a za 10 pięć par skarpet. Zakupy godne polskiego emeryta. To, czym do tej pory dysponowałem w obszarze tej odzieży(?) (garderoby?) wołało o pomstę do nieba. Wszystko z racji swojej jakości oraz czasu używania się porozciągało, a to nic komfortowego, gdy w bucie skarpeta zsuwa się z pięty i w połowie stopy tworzy taki nieprzyjemny wałek. Jeszcze gorzej było z majtkami, które notorycznie się zsuwały z półdupków zatrzymując się w ich połowie i grożąc cały czas, że zsuną się całkowicie zatrzymując się ostatecznie na kroku w spodniach. W domu łatwo było majtki podciągnąć, ale gdziekolwiek indziej?...
Oba zsuwania przeszkadzały szczególnie w pracach fizycznych wymagających ruchu, który to ruch wzmagał zsuwanie ostatecznie doprowadzając do mojego wkurwu.
A skąd te powyższe znaki zapytania? Bo miałem wątpliwości, czy skarpety i majtki należą do odzieży, czy do garderoby. Posiłkowałem się AI, która wyjaśniła mi, że do tego i do tego, i że w ogóle jest to bielizna osobista. Jakoś ta bielizna osobista nie konweniuje z moim męskim podejściem do sprawy. Kobieta, owszem, ma bieliznę osobistą, ale żeby mężczyzna?!...
Do domu wróciliśmy o 15.30, kompletnie zmęczeni. A czekało nas, zanim mogliśmy odsapnąć, spore rozpakowanie. Dopiero w trakcie II Posiłku zaczęliśmy odczuwać ulgę.
To jednak nie był koniec dnia.
Z Rubieżanami omówiłem wstępnie przysłane przez nich materiały, zrobiłem pranie ręczników i je rozwiesiłem, narąbałem trzy frakcje drewna i, dla spokoju ducha, jeszcze dzisiaj przygotowałem sobie kartę wyjazdową. A, gdy Żona drukowała bilety, zrobiłem jeszcze porządek w papierach. Musiałem kłaść się spać i jutro wyjeżdżać z wolną głową.
Wieczorem skończyliśmy oglądać miniserial Poprawka. Zakończył się dziwnie, jakby w zawieszeniu, jakby twórcy mieli realizować drugi sezon.
W sobotę, 09.05, wstałem o 05.50.
Organizm usiłował wstać znowu o 04.30, ale mózg się przed tym szaleństwem ze sporym trudem wybronił.
Na dworze było +8.5 stopnia, niebo zachmurzone, ale nie ponuro. Chmurki nie siąpiły, ale było widać, że w każdej chwili mogą.
Po
porannym rozruchu trochę oddałem się onanowi sportowemu. I żeby mieć
czyste sumienie podlałem trawkę pod świerkiem i przyjrzałem się
pomidorkom. Wyglądały dobrze.
Zabrałem się za przygotowania do wyjazdu. Odgruzowałem się na 100% i pakowałem.
Po I Posiłku wyruszyłem na dworzec z ponad półgodzinnym zapasem do wyjazdu pociągu. Żona odprowadziła mnie do połowy drogi, bo się zaparła, że kupi gęsi smalec. Gęsiego nie było, za to był kaczy. Też dobrze.
Pociąg (skład najmniejszy z możliwych) odjechał mega(!) punktualnie i podróż zapowiadała się zupełnie zwyczajnie. Niestety na następnej stacji dosiadł się młody człowiek, lat około 35 (ledwo zdążyłem się przyjrzeć) o charakterystycznej fizjonomii, tu "tylko" półmenela, z przepitą, zaczerwienioną twarzą i sinym, już w tym wieku, nosem, a przede wszystkim z otaczającym go smrodem z niemytego ciała i niepranej odzieży. Dosiadł się, bo z racji tłoku miejsc nie było, a jemu fuksnęło się to jedyne, ostatnie. Tak więc całą drogę jechałem w smrodzie. Niewiele pomagało zwrócenie głowy w stronę szyby i na czas podróży usztywnienie jej w tej pozycji. Przed tym manewrem, w ostatniej chwili, dojrzałem, że w rękach trzyma wypasionego smartfona, a może nawet iPhone'a. Nawet ja zrozumiałem, że pieniądze nie mogły pójść na środki czystości.
Pociąg "za to" przyjechał do Metropolii mega(!) punktualnie.
Gdy przesiadłem się do następnego i czekałem na odjazd, zadzwoniłem do Pasierbicy. Dzisiaj miała imieniny. Całą czwórką byli akurat w Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii, jakieś 100 m ode mnie. Dowiedziałem się, że przyjeżdżają do Uzdrowiska jednak dzisiaj późnym wieczorem, po jakimś meczu Q-Wnuka.
Pociąg odjechał znowu mega(!) punktualnie. Ale już przed Rodzinnym Miastem stanął w szczerym polu, zaczęło nim szarpać, jakby dostawał konwulsji, zapanowała złowieszcza cisza, bo wszelkie podzespoły, w tym główny, silnik, przestały pracować, po czym z głośników wybrzmiał komunikat, że będzie spóźnienie i Osoby przesiadające się proszone są o zgłoszenie tego faktu obsłudze pociągu.
Natychmiast uprzedziłem Córcię.
Jednak już za Rodzinnym Miastem jakby wstąpiła w niego jakaś nowa energia, bo dalej mknął rączo i na miejscu miał raptem 13 minut spóźnienia.
Córcia nie pojawiła się na peronie, bo Wnuk-V zasnął i niedobrze byłoby go budzić na siłę. Ma to do siebie, ale Wnuczka również, że wystarczy zapiąć je w samochodowe foteliki i ruszyć autem, by za chwilę oboje zasnęli bez względu na porę dnia i zmęczenie.
Córcia uszykowała mi niespodziankę. Zamiast standardowo jechać prosto do domu, pojechaliśmy na wycieczkę. Najpierw zwiedziliśmy zamek, okoliczną atrakcję, nota bene, położonego blisko wsi Kanadyjczyka II, a potem pojechaliśmy do Piastowa, czyli miejsca pracy Córci, Byłego Zięcia i pijarowskiej szkoły Wnuczki. Sporą część drogi dopytywałem Córcię, dlaczego podjęli taką decyzję, przedstawiłem mój pogląd na ten temat i cytowałem co celniejsze fragmenty mojej rozmowy z Synem. Nic sobie z tego nie robiła, tylko się śmiała. I nadal się śmiała, już w Piastowie, gdy pokazała mi potężny pijarowski budynek w samym centrum, a ja na to zareagowałem alergicznie.
Ale szybko mi przeszło, bo Piastowo zrobiło na mnie szokujące wrażenie. Zadbane, czyściutkie, mimo "tylko" trzydziestu siedmiu tysięcy mieszkańców, sprawiające wrażenie wielkomiejskiego. W samym Rynku, naliczyłem 16 kawiarń i restauracji, wszystkie z ogródkami, i w każdej siedzieli goście. Nigdzie nie było zaparkowanego auta.
Córcia wyjaśniła mi ten fenomen. W pobliżu jest ekonomiczna strefa i baza wojsk amerykańskich. Więc dało się widzieć wiele ras ludzkich i słyszeć kilka różnych języków.
W ulubionej knajpie Córci, w Rynku oczywiście, podawali niezłą pizzę i... Pilsnera Urquella. Nie trzeba było więcej.
Zanim dotarliśmy do Dziury Marzeń, zahaczyliśmy po drodze o posesję, którą Córcia swego czasu kupiła, a potem sprzedawała. Napatoczyło się nawet dwóch kupców, którym ostatecznie odmówiła, bo na kupno zaparli się bliscy krewni Byłego Zięcia, którzy poprzez swoje dzieci i dzieci Córci stali się rodziną. Wtedy Córcia zniechęcała ich uczciwie, straszyła rozmiarem i kosztami remontów, wyciągała wszystko, co najgorsze, a końcu, gdy ci tkwili w postanowieniu, informowała ich, że ma dwóch kupców za wyższą cenę względem tej kupna, więc w związku z tym z ceną niżej zejść nie może.
Nic nie pomogło i rodzina kupiła. I są szczęśliwi, jak jasna cholera. Działka 0,8 ha, sąsiedzi z daleka, żadnego ruchu samochodowego i dom ruina. Jako żywo stanęła mi przed oczami Nasza Wieś i cały remont. Doskonale czułem ich stan, pewnej psychozy, czekania na weekend, żeby urwać się z komputerowej pracy i przyjechać z Metropolii, żeby się zaharowywać. Wszystko to świetnie znałem z naszych doświadczeń. To taki pierwotny narkotyk, który idealnie działa, gdy się ma zaledwie 42 lata.
W tym wszystkim istotne jest to, że Córcia świetnie się z nimi dogaduje, przyjaźni się, a ich dwie córki (12 i 9 lat) mają bardzo dobry kontakt z Wnukami. I wszystko działa obustronnie.
W Dziurze Marzeń od razu zagrałem z Wnuczką w Rekiny. Wygrałem 2:1. Mogła wygrać Wnuczka, ale wiedziała lepiej. Sugerowałem jej w trzeciej partii, żeby zżarła moją rybkę, której brakowało jednego pola, żeby wejść w strefę bezpieczną i wygrać.
- Ale ja mam inną koncepcję i wolę ciebie zastawić dwoma dużymi rekinami...
- Ale przecież wystarczy, że ja w następnym rzucie odsunę któregoś rekina, a w kolejnym rzucę kostkę i wypadnie zielona rybka (miałem zielone) i wygram... - starałem się ją logiczne przekonać. Nic nie pomogło.
Za chwilę stało się tak, jak prorokowałem i wygrałem. Minę miała głupią, nietęgą i sumarycznie miała się z pyszna. Ale nie marudziła, nie rozpaczała, nie płakała, tylko porażkę przyjęła z godnością.
Wszyscy zmęczeni wieczór domykaliśmy dość szybko. Główną atrakcją była kąpiel dzieciaków w wannie. To zawsze jest najsłodsze i hecne. Bo takie małe pachnące ciałka. Oczywiście Wnuczka za chińskiego mandaryna nie dała się wytrzeć i ubrać w piżamę Bo ja jestem samodzielna! Ale i tak zauważyłem i tym spostrzeżeniem podzieliłem się po cichu z Córcią, że Wnuczka jest zgrabna, ale taka nabita baba. Za to z Wnukiem-V można było przy wycieraniu i ubieraniu dymić do woli.
Jeszcze tylko jemu poczytałem (Wnuczka ostentacyjnie nie była zainteresowana, bo to dla maluchów) dwie książeczki i sam wylądowałem w swojej sypialni.
Trochę poczytałem, ale o 22.00 padłem.
W niedzielę, 10.05, wstałem o 07.00.
Ledwo usłyszałem w sypialni Córci i Wnuków słodkie głosiki, a już musiałem tam wpaść i żadna siła nie była w stanie mnie powstrzymać. Trzeba było korzystać z okazji i obrobić ciałka, przy kwikach, piskach i wrzaskach, póki czas. Oboje zapamiętali zabawę wymyśloną przeze mnie bodajże w Uzdrowisku, gdy byli u nas w wakacje Braciszek kocha siostrzyczkę, siostrzyczka kocha braciszka.
Oboje cytowali nazwę i się całej akcji domagali. A akcja była prosta - łapałem Wnuka-V i bezceremonialnie rzucałem go na Wnuczkę oboje przygniatając ze słowami Braciszek kocha siostrzyczkę!, a potem wszystko przebiegało analogicznie odwrotnie ze słowami Siostrzyczka kocha braciszka!
Gdy zeszliśmy do salonu, Wnuki zasiadły przed bajkami popijając "błocko" (kakao z mlekiem), my zaś mogliśmy spokojnie wypić kawę, a Córcia równolegle szykowała śniadanie. Jedliśmy we czworo przy stole w kuchnio-jadalni. Znowu mogłem podziwiać, jak dzieciaki bez problemów jedzą jajka na miękko (Wnuczka raz lewą ręką, raz prawą, bez żadnych problemów, oczywiście nawet nie zdając sobie z tego sprawy), smażony bekon, sery, warzywa i co tam Córcia zaserwowała.
Po czym dzieci znowu wypędziliśmy przed telewizor, żeby przy kawie spokojnie porozmawiać. Musieliśmy to jednak czynić niezwykle ostrożnie, bo nie dość że Wnuczka ma gumowe ucho, to jeszcze pojawiała się niespodziewanie w okolicach stołu pod pretekstem załatwienia jakiejś ważnej sprawy. Akurat musiało to być w tym miejscu i w tym czasie.
W międzyczasie udało mi się porozmawiać z Żoną. Krajowe Grono Szyderców przyjechało wczoraj dopiero o 21.00, bo Q-Wnuk miał wieczorem jakiś mecz. Już wcześniej Żona dogadała się z Bibliotekarką w kwestii parkowania przed Klubownią. Dwa auta zmieściły się swobodnie.
W końcu piękna pogoda wypędziła wszystkich na dwór. Córcia działała na posesji. Głównym punktem programu było puszczanie latawców, co dla Wnuków, przy braku wiatru i ciągłym złorzeczeniu dziadka, stanowiło dużą atrakcję. Za każdą moją próbą, aby ten przedmiot wzbić chociaż trochę do góry, pękały ze śmiechu. Ostatecznie im się znudziło, więc wymyśliły prowokacyjne wyzywanie dziadka wiedząc, że będzie je gonił. A nie ma nic przyjemniejszego niż złapanie takiego ciałka, które ucieka w panice na 100%, dopadnięte piszczy, kwiczy i drze się wniebogłosy. I tak bez końca. Posesja jest duża, więc wyczerpały mnie fizycznie.
Gdy starałem się dojść do siebie, do akcji wkroczyła Córcia, aby wyczerpać mnie psychicznie.
- Ale tato, powiedz tak szczerze, bo masz wiedzę i doświadczenie, czy ten teren jest zaniedbany?
Zapewniłem ją, że absolutnie nie. To jej jednak nie wystarczyło, bo takie samo pytanie zadała mi z dziesięć razy. Za każdym razem odpowiednio je modyfikowała zmieniając szyk zdania, żeby nie było, że się powtarza. Wiedziałem, że na tym tle, jako osoba samotna, jako kobieta o cechach po ojcu, ma psychozę. Ale nie wiedziałem, że pewne cechy, tu powtarzania, ma genetycznie po nim, a zwłaszcza po mistrzu w tym względzie, czyli po stryju.
- Ale zobacz - nie dawała za wygraną - ta trawa nadaje się już do koszenia...
Pukałem się po głowie tłumacząc jej, że jest świetna i że z koszeniem może jeszcze spokojnie poczekać.
- Ale zobacz ten staw! - Widzisz jaki jest zapuszczony?!
Znowu pukałem się po głowie.
- Ale ja tu nie widzę niczego zapuszczonego. - Jest po prostu naturalny, taki wręcz książkowy...
- Ale tato...
- Córcia, czy ty chcesz zrobić ten teren w takim stylu francuskim, wymuskanym, nienaturalnym, który jest nieładny, a tu będzie ni z gruszki, ni z pietruszki, czy utrzymać obecny styl, bliższy angielskiemu.
Nie chciała, Ale tato!...
- Córcia, powtórzę ostatni raz i nie zmuszaj mnie do brzydkich słów! - Gdybym tego terenu nie widział wcześniej, do głowy by mi nie przyszło, że coś jest z nim nie tak, że jest zaniedbany. - A znając go nie widzę specjalnej różnicy względem stanu poprzedniego. - Nawet wśród tylu drzew nie czuje się braku wierzby skoszonej przez tego gnoja, bobra. - Oczywiście nie ma już permakulturowych skrzyń, ale one same z siebie się rozsypały, więc nie ma o czym mówić. - Zresztą i tak byś je powoli likwidowała z braku czasu. - Jest więc wszystko ok.
- Ale tato, widzisz tam w rogu tę kupę po rozebranych skrzyniach?!
- Córcia!!!
Poskutkowało na tyle, że chyba w końcu ją przekonałem i mogła spokojnie z dziećmi odwieźć mnie na dworzec.
Na peron poszedłem sam, żeby w spokoju oczekiwać na pociąg. Przyjechał i odjechał mega(!) punktualnie. Za 20 minut byłem w Rodzinnym Mieście, więc nie było się z czym specjalnie rozpędzać. Wolałem obserwować przez okna pociągu okolicę, którą znałem z lat dzieciństwa.
Brat czekał na peronie. Już wcześniej się umówiliśmy, że od razu pojedziemy na cmentarz, na grób rodziców. Nie robiłbym tego, gdyby nie pamięć o Mamie. Poza tym robię to dla Brata, dla którego obecność oraz dbanie o grób są bardzo ważne. W jakimś sensie go za to podziwiam, a z drugiej strony nie rozumiem. Bo dostał od Ojca po wielokroć więcej w dupę niż ja, dosłownie i w przenośni. Chyba ma w sobie więcej miłosierdzia i hołduje chrześcijańskiej filozofii nadstawiania drugiego policzka. Ja odwrotnie - raczej jestem zwolennikiem kodeksu Hammurabiego, a konkretnie prawa talionu powszechnie określanego jako zasada "oko za oko, ząb za ząb".
Brat dba o grób maniakalnie i inaczej nie da się tego określić.
- Bracie - usłyszałem, wiedząc, że to, co za chwilę usłyszę, jest nieuniknione - czy ten grób jest zaniedbany?
Wszedł w tryb bratanicy, a ja wpadłem z deszczu pod rynnę. Normalne deja vu.
- Jest bardzo zadbany... - odpowiedziałem na odwal, ale tak, żeby nie wyczuł mojej irytacji (zawsze o to pyta) i bagatelizowania. Wiedziałem, że na tym nie poprzestanie.
- Ale płyty marmurowe nie są przykurzone? - Bo...
- Nie są! - Błyszczą się!
- ... bo raz na tydzień je czyszczę, a jeśli jestem częściej, to wtedy też.
- Wyglądają ok...
- A kwiaty? - Nie wydaje ci się, że są nieświeże?
- Nie, wyglądają dobrze.
- Są sztuczne, ale też je wymieniam. - uważał za stosowne zauważyć, jakbym nie widział.
- Sztuczne mogą przecież stać dłużej, to po co je wymieniać tak często, jak ty to robisz? - stwierdziłem dając tym samym znak, że jestem żywo zainteresowany, że biorę udział w dyskusji.
Obie strony wiedziały, że pytanie jest retoryczne.
- A te znicze... - Nie uważasz, że są do wymiany?
- Są w porządku...
- Bo wymieniam tylko wkłady, a obudowy są te same, to może już czas je wymienić?...
- Po co? - Są w porządku.
- To mówisz Bracie, że grób nie jest zaniedbany? - usłyszałem, gdy odchodziliśmy.
- Bracie, jest bardzo zadbany. - wysiliłem się.
Coś niesamowitego. Mógłbym oczywiście odreagowywać głośno klnąc, ale szkoda byłoby mi Brata, poza tym to cmentarz,
nie wypadałoby, więc wpadłem tylko w pewien stan rezygnacji i
przeczekania.
Przy
okazji - w tak dziwnym momencie i dopiero teraz dotarło do mnie, że
Brat wcale nie klnie w przeciwieństwie do mnie. Zszokowało mnie to "odkrycie" i zaskoczyło.
Poprosiłem go, aby zaprowadził mnie do innych grobów. On to lubi i ja też. Zna wszystkie okazyjne historie, umie opowiadać, wspominać i przybliżać ludzi, którzy już na zawsze odeszli.
Popołudnie w domu zaczęliśmy zgodnie od Pilsnera Urquella. Brat ostatnio w nim zagustował, a co więcej, ma stałe dostawy prosto z Czech. Na moich oczach jakiś jego znajomek przywiózł mu skrzynkę Pilsnera Urquella i drugą, Zatecky'ego. Z wniesieniem na IV piętro.
- Ma wobec mnie dług i go w ten sposób spłaca. - poinformował, gdy gość już poszedł.
Do obiadu nie było nam spieszno. A co to, zając?! Przy piwkach, gadkach i skrótach czas miło zlatywał. Potem obejrzeliśmy ekstraklasowy mecz, nadal przy Pilsnerze Urquellu, a dopiero potem Brat podał na obiad soczystą pierś z kurczaka, młode ziemniaki i mizerię.
- Bo, Bracie, ja bardzo lubię gotować. - usłyszałem setny raz, co mi zupełnie nie przeszkadzało. W końcu mieszka sam, wiec fajnie jest się do kogoś w domu odezwać, zwłaszcza gdy tym kimś jest brat, z którego przyjazdu on się cieszy.
- A powiesz Bratanicy (jego córce - wyjaśnienie moje), jak gotuję i że jestem najlepszym kucharzem?...
- Powiem... - tu odpowiedziałem na odczepnego, bo mnie zdrzaźnił (regionalizm poznański).
Nie mam co robić, tylko lecieć do Bratanicy, wołać i trąbić Słuchaj, twój ojciec jest najlepszym kucharzem!, jakby ona o tym nie wiedziała, to znaczy nie słyszała z ust ojca po raz setny.
Brat zasadzał się na wspólne oglądanie wieczornego meczu Barcelona - Real, ale mnie już takie mecze od dłuższego czasu nie kręcą. Obejrzałem jednak pierwszą połowę, tę z bramkami i mi starczyło.
Nie protestował, tylko poszedł za mną do drugiego pokoju, żeby przybliżyć mi kwestię nowej kanapy, potrzeby jej kupna, mimo że poprzedniemu tapczanowi nic nie dolegało A bo go nie lubiłem! Ale materac sobie zachowałem. Była więc okazja w trakcie mojego przebierania się, aby Brat mógł wspomnieć po raz dziesiąty tego popołudnia, jak to wymienił podłogę w kuchni (kafle; od lat osiemdziesiątych tkwiła tam wykładzina linoleum, taka z kratek, które przez lata straciły kolor wszędzie przybierając brudno-brunatny, które się wykruszyły, wyłamały odsłaniając goły beton i grożąc potknięciem się), kupił nową pralkę, taką z wsadem ośmiokilogramowym(!) Mogę prać koc, nie oddawać go do pralni i oszczędzać każdorazowo 80 zł! oraz dwa fotele do pokoju dziennego, bo poprzednia, zbędna już, kanapa miała to do siebie, że jej elementy (emelenty) umiejętnie wbijały się w różne części ciała śpiącej osoby.
- Bracie, nareszcie! - chwaliłem go.
Trochę jeszcze poczytałem i zasnąłem o 22.30.
W poniedziałek, 11.05, wstałem o 07.00.
Na nowej kanapie Brata spało się w miarę przyzwoicie. Lepiej być nie mogło, bo to nowe miejsce, poduszki nie takie, a poza tym Brat już od szóstej się tłukł.
Przy dwóch sypankach porannie wdaliśmy się w gadki, a potem Brat zrobił mi jajecznicę na maśle i na pomidorach.
- Wy to jesteście jednak dziwni!... - zauważył. - Żeby tak jeść jajecznicę bez pieczywa?!...
Czułem, jak mnie obserwuje, jak nie spuszcza ze mnie oka, jakbym był jakimś ziemskim okazem, nagle odkrytym, a najlepiej kimś z kosmosu.
Czasu nie było wiele, bo pociąg do Metropolii miałem o 09.48, a od Brata postanowiłem iść na dworzec piechotą, żeby obejrzeć sobie Rodzinne Miasto. Brat co prawda sugerował mi taksówkę, ale się zaparłem, a pogoda była piękna. Niby według niego wystarczyło pół godziny, aby zdążyć na czas, ale wiedziałem, że w tym względzie może być niewiarygodny, bo dałbym głowę, że tej trasy nigdy na piechotę nie pokonał. Dołożyłem sobie jeszcze 15 minut i całe szczęście, bo idąc normalnym krokiem wsiadłem do pociągu 4 minuty przed jego odjazdem.
Rodzinne Miasto byłoby pięknym miastem, gdyby nie (tak pisałem do Żony):
1) odpadał tynk, nagminnie, nawet z budynków w ścisłym centrum,
2) wszechobecne śmieci, zwłaszcza pety,
3) zewsząd bijące zaniedbanie i zapyziałość - komunistyczne asfalty, zardzewiałe płoty, dziadowska mała architektura,
4) ruiny domów, nawet w centrum,
5) obsrane przez gołębie liczne miejsca,
6) liczne psie kupy na chodnikach.
Szkoda...
Żona oceniła sprawę w punkt.
- Chyba brakuje dobrego Gospodarza... No i nie ma kasy bo nie ma czym przyciągnąć ludzi. (pis. oryg.)
Pociąg odjechał mega(!) punktualnie. Pochwaliłem się tym Żonie i Robaczkom.
- Udanej podróży! :) - odpisała. - Q-Wnuk, na pytanie czy napisać coś od nich, mówi: "Żeby się nie zaciął w kiblu" :))) (zmiana moja, pis. oryg.)
Radę doceniłem. A pamiętam, gdy "robił osiołka"
- No właśnie :) Odkąd jeździ na obozy z kolegami pociągiem to się wyrobił. (pis. oryg.)
Przyjazd do Metropolii był również mega(!) punktualny. Nie było żadnych ekscesów w podróży z wyjątkiem drobniutkiego. Znowu dałem ładnej, miłej i młodej pani konduktor nie ten bilet, na co ona zareagowała z refleksem i z uśmiechem.
- Może pan znajdzie właściwy, bo to nie ten... - zawiesiła głos.
- Postaram się... - i za chwilę wręczyłem jej ten dobry przepraszając jednocześnie.
- Nic się nie stało... - Miłej podróży....
Zawsze jest fajnie mieć taki ponadnormatywny kontakt z taką panią.
W Metropolii miałem godzinę do odjazdu następnego, do Uzdrowiska. To czas miło wykorzystałem na kupienie Angory (książkę Siembiedy Miejsce i imię właśnie skończyłem) i na kawkę oraz drożdżówkę w Sowa Caffe.
Na peronie zastałem dziki tłum. Od razu w myślach pożegnałem się z siedzącym miejscem, bo było wiadomo, że specjalnie zostanie podstawiony najkrótszy skład. Jakieś 10 minut przed odjazdem z megafonów wybrzmiał komunikat, że nasz pociąg wyjątkowo odjedzie z peronu czwartego zamiast z piątego, tego z tym dzikim tłumem. Pomijając tę ciekawostkę i termin informacji najciekawsze w tym wszystkim było to, że na komunikat zareagowało jakieś 10% oczekujących, w tym ja, a reszta stała nadal, jak zabetonowana. Gdy te 10% spokojnie dotarło na peron czwarty, pociąg czekał, chyba już od dawna podstawiony, więc w miejscach siedzących można było przebierać. A za chwilę nastąpił armagedon. Te nasze koleje wiedzą, jak to robić...
W podróży nie było żadnych ekscesów, ale żeby podróżnym się nie nudziło, pociąg do Uzdrowiska przyjechał opóźniony o 8 minut. Szedłem spokojnie piechotą, ale w okolicach Lokalu z Pilsnerem II się uczujniłem będąc pewnym, że gdzieś tu zaczają się na mnie Robaczki. Najpierw zza rogu wyskoczyła Ofelia z Babcią, a za jakiś czas, z krzaków, Q-Wnuk. Dzieci musiały być chyba trochę zawiedzione, bo cały czas widziały dziadka, jak się rozgląda czujnie i skrada, żeby nie dać się zaskoczyć i wystraszyć.
Od razu nastąpiło planowanie To co robimy?, bo dobrze byłoby, gdyby chciało mi się iść wszędzie z torbą podróżną, a nie wracać do domu, żeby potem znowu znaleźć się w centrum. Chciało mi się.
Plan był prosty.
Najpierw plac zabaw. Robaczki znowu biegały wytyczonymi przez siebie trasami, a ja mierzyłem czas głośno odliczając. Pobyt był skrócony, bo w którymś momencie Q-Wnuk lekko nadwyrężył prawy staw skokowy i nie chcieliśmy ryzykować.
Przeszliśmy na tor saneczkowy. W dwóch przejazdach najpierw ja goniłem Robaczki, a potem one mnie. Uważałem, że ja je dogoniłem, czyli utrzymałem pierwotny dystans, one mnie nie (dystans się powiększył), więc najpierw był remis, a potem ja wygrałem.
- Wynik brzmi 1,5 do 0,5 dla mnie. - oznajmiłem.
Babcia obserwująca zjazdy była absolutnie innego zdania, bo uważała, że za każdym razem był remis.
- Nie słuchajcie dziadka, on tak mówi, jak mu wygodnie!...
Na koniec zawitaliśmy do Stylowej. Sympatyczna, nowa, młoda pani wyjaśniła nam, że oni dysponują wagą i że, gdyby klient chciał się przekonać, czy gałki rzeczywiście ważą 55 g, to nie ma problemu.
To klientom wystarczyło. Robaczki zamówiły desery, a my z Żoną zadowoliliśmy się czterema mikroskopowymi gałkami, po dwie na głowę.
W domu przeprowadziłem wizytację. Najpierw w szklarni - pomidory miały się dobrze. A potem w dolnym apartamencie, bo goście wyjechali w niedzielę. Ta para z synem mieszkającym w Anglii. Wstępnego odbioru danego apartamentu zawsze dokonuję ja i mam wypracowane procedury, które zmierzają, między innymi, do odkrywania Co też tym razem goście mogli zostawić? A zostawiają różnie - w lodówce, komodach, szafkach i szafie. Żona nie mogła mieć tego nawyku, więc tym razem w szafie odkryłem dwie pary butów, damskich i męskich (chyba rodziców), dość znoszonych i nadających się raczej do kubła. Chyba tak musiało być, bo właściciele nie odezwali się ani dzisiaj, ani później.
Późnym popołudniem, po II Posiłku, w sypialni na górze, oglądałem z Q-Wnukiem mecz metropolialnej drużyny. Zwycięstwo już dziś dawało, po rocznej przerwie, awans do ekstraklasy. Niestety, padł remis i trzeba było czekać z cieszeniem się do następnej kolejki.
Wieczorem, gdy już z Żoną i z Q-Wnukami rozstałem się na dobre, zadzwoniłem do ciotecznej siostry. Od Brata dowiedziałem się, że właśnie zmarł jej mąż, Marian, i że pogrzeb odbędzie się we wtorek w ich rodzinnej wiosce, tej, z której pochodzi Mama i cała jej rodzina, i tej, w której spędzałem wakacje do osiemnastego roku życia.
Marian był ode mnie 8 lat starszy (siostra trzy), więc, gdy ja miałem 16 lat, to on już był żonaty i dzieciaty. Miał więc do mnie stosunek trochę jak do syna, z pewną ironią i poczuciem humoru Bo to miastowy przyjechał i niczego nie potrafi, ale też z pewnym szacunkiem Bo uczony. To były lata sześćdziesiąte tamtego wieku i tamtejsza wieś była taką żywcem wziętą z XIX wieku - ze swoją hermetycznością, światopoglądem, zaściankowością, kulturą rolną, drewnianą zabudową, organizacją codzienności, higieną, skromnym trybem życia, no i przede wszystkim nieustanną harówką. Jedyna różnica polegała chyba na tym, że każde gospodarstwo miało doprowadzony prąd elektryczny, ale gdy go nie wystarczało, jak to w komunie, w użyciu były lampy naftowe.
Było w tym coś niesamowicie pierwotnego, ale to skonstatowałem dopiero grubo po czterdziestce. A teraz w jakimś sensie tęsknię za tym, ale to może być złudne, bo może raczej tęsknię za szczenięcymi latami.
Marian miał poczucie humoru, pewien tamtejszy luz, co często doprowadzało jego żonę do szału. Gdy coś się wydarzyło nie tak, specjalnie nie robił z tego problemu. A siostra owszem. Ale ją lubiłem i do tej pory lubię za jej inteligencję, cięty język (jedyna osoba w rodzinie, która Ojcu brutalnie wywalała w oczy prawdę o jego zachowaniu, a on jej oczywiście nie cierpiał, ale nic z tym nie mógł zrobić, na szczęście), a teraz, w ostatnich latach, za tolerancję. No, ale czasy się zmieniły, wioska i ludzie otworzyli się na świat, siostra wiele razy była we Włoszech pracować, więc tamte lata mojego dzieciństwa zniknęły bezpowrotnie.
Utkwiły mi mocno w pamięci takie dwa wydarzenia związane z Marianem. Oba przypisane oczywiście latu i wakacjom.
Pierwsze, gdy razem z nim pędziliśmy jałówkę (młoda krówka, jeszcze przed wycieleniem) na targ, aby ją sprzedać. Wyruszyliśmy o trzeciej nad ranem, ledwo pojawił się brzask, i szliśmy trzy godziny duktami leśnymi. Wtedy było to dla mnie naturalne i ani do głowy mi nie przychodziło pytać, skąd Marian znał tę drogę i czy nie zabłądzimy.
Targ był ogromny, chyba w moich oczach - konie, krowy, świnie, gęsi, kaczki, kury i Bóg wie, co jeszcze. Wszystko na sprzedaż i do kupienia. Podaż zwierzactwa olbrzymia, więc sprzedać nie było łatwo. Ale Marianowi się udało, był cholernie zadowolony i już na miejscu, na okoliczność, co nieco chlapnął. A to, po naszym powrocie, nie mogło się spodobać jego żonie. Pamiętam, jak z jej złorzeczeń specjalnie nic sobie nie robił i uśmiechnięty palił papierosa.
Drugie, gdy samodzielnie zwoziłem z pola snopki zboża. Po latach wykonywałem już wszystkie prace, a jedynej rzeczy, której nie byłem w stanie się nauczyć, to dojenie krów. Każda z nich, cholera, musiała wiedzieć, żem miastowy, więc ledwom dotknął wymion, poruszały się niespokojnie, a krowa w takim momencie nie może być w stresie. Ciągnąłem za wymiona tak, siak i owak i nigdy nie uzyskałem choćby kropli mleka.
Jechałem przez całą wieś dumny, jak paw, siedząc na drabiniastym wozie zaprzęgniętym w dwa konie, na samej olbrzymiej górze snopków. I gdy przyszło wjechać na obejście, niestety dałem ciała. Kazałem koniom skręcić w lewo zbyt wcześnie, one, jak i przednie koła elegancko wjechały na przepust nad rowem, ale tylne już nie. Wpadły do niego, cały wóz się przewrócił, snopy do niego wpadły, a ja wraz z nimi. Nic się nikomu ani niczemu nie stało, ale obciach i wstyd był ogromny.
Marian miał ubaw, chociaż przecież czekała go, jak i pozostałych członków rodziny, dodatkowa praca, bo każdy snopek należało szybko przerzucić ręcznie do stodoły, bo za chwilę mógł spaść deszcz.
Wiele razy przypominał mi tę historię pękając ze śmiechu Bo, wiadomo, miastowy!
Z cioteczną siostrą rozmawiałem krótko. Wracała ze swoją rodziną z kaplicy. Cała zmaltretowana nie miała ochoty na dłuższą rozmowę. Umówiliśmy się, że zadzwonię za kilka dni.
Ogarnął mnie wielki smutek, z którym nic nie mogłem zrobić, tylko go przeżyć.
Marianie, cześć Twojej pamięci!
Światło zgasiłem o 21.30.
Dzisiaj, we wtorek, 12.05, w trakcie pewnej półnieprzytomności, w okolicach siódmej zdecydowałem się zejść na dół, rozpalić i zrobić wreszcie Blogową. Czyli wrócić do życia. Na dworze było +6 i pochmurnie.
Robaczki wstały o 08.00. Natychmiast poszedłem do Biedronki, bo nie doszacowaliśmy mleka i chleba, a to przy Robaczkach schodzi.
Zaraz po I Posiłku zagraliśmy w Gluty.
- Dziadek, to jest taka gra, która na pewno ci się spodoba! - Poza tym to jest dla 3+... - dodały znacząco.
Zagraliśmy dwa razy. Raczej z wynikami sytuowałem się w ogonie peletonu. Może dlatego, że z nadmiarem szarżowałem i ryzykowałem oraz nie słuchałem porad pozostałej trójki sugerującej, żebym tego nie robił. No, ale skoro 3+, to się rozochociłem.
Po drobnych czynnościach gospodarczych wymyśliłem A może byśmy zrobili sobie wycieczkę do Uzdrowiska-IV? Strzał był w dziesiątkę.
W naszej kawiarni, zresztą jedynej tego typu dla nas, i chyba tak w ogóle, w całym Uzdrowisku-IV, panie nakładały lody, których pojedyncza porcja była dwa razy większa niż w Stylowej, a kosztowała 50 gr mniej.
Musieliśmy sobie poużywać. Na tyle, że z powodu lodowego nadmiaru swobodnie wymienialiśmy się smakami, a ja byłem tą osobą, która szczególnie uszczuplała lodowy nadmiar, bo jako jedyny ich nie zamówiłem, tylko herbatę i tort Sachera. A przy wymianach do tortu Sachera mogła dopiąć się Żona.
Ludzi nie było za wiele, siedzieliśmy z boku i niespodziewanie rozwinęła się fajna(!) i długa(!) rozmowa. Taka mocno poważna, z dzieciuchami. Same z siebie relacjonowały różne swoje sprawy szkolne, domowe i koleżeńskie, pełnymi zdaniami, niczym nieprzymuszane. Normalnie szok! Może też dlatego, że wykazywaliśmy żywe zainteresowanie, nie zbywaliśmy, nie wymądrzaliśmy się i nie pouczaliśmy. Pierwszy raz miałem wrażenie partnerstwa. A przecież Q-Wnuk ma 12 lat, a Ofelia 9.
Na wynos, na jutro, wzięliśmy jeszcze jeden kawałek tortu Sachera, a dzieci jakiś inny tort.
Po powrocie do domu musieliśmy odsapnąć i się rozgrzać, bo na dworze cały czas wiał zimny i dość mocny wiatr. W końcu się rozchmurzyło, ale zimnica została.
Musieliśmy też po pobycie w kawiarni zgłodnieć. Bo od "dawna" plan był taki, że dzisiaj po południu idziemy do Lokalu z Pilsnerem II. Dwie godziny przerwy między jednym a drugim lokalem w zupełności wystarczyły.
W sali, w której siedzieliśmy sami, niespodziewanie pojawili się nasi goście z góry, Bibliotekarka i jej mąż. Ale po pierwszych ochach i achach obie strony zachowały neutralność i pilnowały prywatności.
Trochę zaszaleliśmy, nie powiem. Tradycyjnie do płacenia Q-Wnuki wybierały się do terminalu ze mną. System jest od dawna opracowany. Q-Wnuk płaci moją kartą i wklepuje PIN, a Ofelia, mocno przejęta, wręcza napiwek. Dzisiaj dała panu 50 zł, a ja poprosiłem o resztę w dwóch dziesięciozłotówkach. Pan nie mógł wyjść z szoku, gdy dzieci odmówiły na koniec jego cukierkom, a potem był w jeszcze większym, gdy Robaczki konsekwentnie odmawiały, mimo jego prób nacisku i namawiania. Bo żeby tak dzieci?! Chyba jakieś nienormalne, ale przecież zachowywały się normalnie...
Zaraz obie dziesiątki im wręczyłem. To, co w mgnieniu oka pojawiło się na ich twarzach, to może być tylko u dzieci. Radość i iskry w oczach niemożliwe do zahamowania i ukrycia. Musiałem się mocno starać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Podziękowali w szoku, a wracając do Babci Q-Wnuk zatrzymał się i jeszcze raz podziękował, tak już w stylu osoby dorosłej. Teraz to ja doznałem szoku.
Po powrocie zagraliśmy w Mario (gra komputerowa w piłkę nożną, jeżeli w ogóle dobrze opisuję).
Kompletnie się do niej nie nadaję, ale, ponoć według Żony, Q-Wnuk czekał, aż wrócę, żeby ze mną zagrać. Nie widzę szczegółów, zanim się ocknę, już przeciwnik zabiera mi piłkę, biegam nie w tę stronę, w którą powinienem, nie umiem strzelać, czasami uda mi się podać do partnera z drużyny, nie potrafię kiwać, słowem nie mam tego joystickowego drygu (dżojstik, czyli manipulator drążkowy, nomen omen).
W pierwszym meczu Q-Wnuk grał z Babcią przeciwko Ofelii i mnie. Wygrali 3:2. Drugi Q-Wnuk i ja kontra Ofelia i Babcia. Wygraliśmy 3:2. Wniosek - wygrywała ta drużyna, w której grał Q-Wnuk. Nawet Babcia strzeliła bramkę, ja nie zdobyłem żadnej. Q-Wnuk podpierał mnie psychicznie, dodawał ducha, nie krytykował i chwalił, gdy coś mi się udało, gdy coś mi się trafiło, jak ślepej kurze ziarno Dobrze, dziadek!, Świetne podanie!, Super asysta!...
O 20.00 byłem już na górze, a Babcia nadal twardo grała z Robaczkami w jakieś wyścigi.
Napocząłem kolejnego Siembiedę, Wotum, ale stać mnie było raptem na kilka stron.
ŚRODA (13.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Na dworze panowała piękna słoneczna pogoda, ale na niebie tkwiła lekka powała skonstruowana z białych chmurek. Termometr wskazywał +5, ale to o 07.00, gdy zszedłem na dół.
Żona była wykończona. Tak na dobrą sprawę zasnęła dopiero o drugiej w nocy. Piesek miał sensacje z pęcherzem, non stop popiskiwał i chciał wychodzić, by praktycznie nie uronić ani kropli.
- Gdy ją wypuszczałam, siadałam na kanapie, by czekać na jej powrót, i zasypiałam. - Głowa mi wisiała, jak śpiącym pasażerom w pociągu. - Nadbudzałam się patrząc, czy Berta wraca i od nowa...
Robaczki wstały o 08.00, a Q-Wnuk słysząc co się działo i widząc stan Babci złożył taką dorosłą deklarację.
- Babciu, następnym razem, gdy tak będzie, to mnie obudź. - Będziemy wychodzić z Bertą na zmianę...
Szok?...
Oczywiście jeszcze przed śniadaniem (dzieci) i I Posiłkiem (my) wszyscy pamiętaliśmy o ciastach wczoraj kupionych na wynos. Robaczki zjadły swoje przy mleczku, ja połowę porcji tortu Sachera przy Blogowej. Żona miała teraz nie jeść. Ale nie wytrzymała widząc mnie.
- Bo to przez ciebie!...
To skutkowało tym, że Żona nie mogła nawet myśleć o I Posiłku, za to my za jakiś czas normalnie zjedliśmy swoje podstawowe poranne dania.
Przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze raz zagrać w Gluty. Nawet byłem drugi. Postęp.
O 10.45 wyjechałem z Robaczkami do Metropolii. Żona była głęboko nieszczęśliwa, że nie może jechać z nami, co było w planach Bo chciałam jeszcze trochę z nimi pobyć, ale Berta... Współczułem jednej i drugiej.
Dzieci jadące z tyłu od razu zajęły się sobą. Dopiero po wyjechaniu z City zaczęliśmy grać w słowną grę "Myślę o rzeczy koloru..." (trudniejsza wersja podstawowej gry " Moje oczy widzą coś w kolorze...") i tu zadający podaje kolor. Po czym zgadujący zadają pytania, a zadający odpowiada "tak/nie". Ten kto zgadnie, staje się zadającym i tak można bez końca.
Jakieś pół godziny przed Metropolią akurat ja byłem zadającym i dzieci padły na prostym słowie "butelka". Nawet, gdy się poddały, nie mogły dojść, mimo podania za ich zgodą pierwszych trzech liter "but..." . Same czuły obciach, bo to się im nie zdarza.
Postanowiłem tak jechać do przedszkola Pasierbicy, aby pokazać im z ulicy ich nowe mieszkanie. Ofelia od razu poznała je po balkonie. Oczywiście wpadliśmy w dwa duże korki, więc ja musiałem uzbroić się w cierpliwość, a Robaczki wykorzystały ten czas każąc sobie puszczać bez końca Blues o starych sąsiadach zespołu Pod Budą. Z tyłu się wygłupiały śpiewając i chyba wymyślając własne słowa (oryginalne znają na pamięć), bo co chwilę słyszałem wybuchy śmiechu.
Jest to niewątpliwy wpływ tego, czego słuchają w Inteligentnym Aucie, gdy z nami jeżdżą. Ostatnio rodzice się załamali słysząc ich prośbę, aby puścili im utwór Bogusława Meca Mały biały pies. Co za obciach!...
Z Żoną pękaliśmy ze śmiechu i uknuliśmy, że wynajdziemy jakąś piosenkę Mieczysława Fogga, która Robaczkom się spodoba i kiedyś poproszą rodziców, żeby im puścili. To się będzie działo... Problem jest tylko taki, że Żona za Foggiem nie przepada.
Pasierbica czekała na parkingu. Przerzucenie fotelików i przekazanie dzieci trwało krótko, bo spieszyła się do pracy. Ode mnie dostała sporą wiązkę szczypiorku, świeżutkiego, bo dzisiaj zerwanego przed wyjazdem.
Droga powrotna była zdecydowanie lepsza. Cały impet ruchu był skierowany w kierunku Metropolii.
Wyjeżdżałem z niej specjalnie dłuższą trasą, żeby przypomnieć sobie stare śmieci i żeby się powzruszać.
W City na chwilę zjechałem do galerii, żeby zrobić drobne zakupy. W domu zastałem Żonę i Bertę, obie takie bidy zmaltretowane. Żeby Żonie jeszcze nie dokładać, zrobiłem sobie na II Posiłek Moją Potrawę.
Dzień zakończyliśmy szybko, bo wszyscy byli wykończeni. Żona mogła wreszcie się położyć na dole, a ja na górze byłem już o 18.30. W ostatnich dniach za dużo wrażeń.
CZWARTEK (14.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.45.
Tak się wczoraj umówiłem z Żoną, która dzisiaj spała jeszcze ze względu na Pieska na dole. Gdy zszedłem na dół i delikatnie się porannie tłukłem, nic jej nie ruszało. Musiała odespać.
- Poszłam spać o 21.30 i do drugiej w nocy spałam kamiennym snem. - Berta mnie obudziła, bo piła wodę. - Wypiła wszystko, dałam jej witaminę C, wypuściłam na siusiu i spałyśmy dalej.
- A ja obudziłem się o 05.00 - wymienialiśmy się nocnymi przypadkami - i chyba wstałbym, ale przypomniałem sobie, że laptopa zostawiłem na dole, więc nie chciałem cię budzić. - A potem obudził mnie alarm, co jest rzadkością.
- A o której usnąłeś, skoro poszedłeś tak wcześnie na górę?...
- Już o 19.00...
- Nic dziwnego...
Za chwilę weszliśmy w poranny tryb. Żona w swoje 2K+2M, a ja zacząłem... cyzelować poprzedni wpis dawno już przeczytany przez Po Morzach Pływającego. Ogólnie staraliśmy się wejść po tylu dniach na nasze codzienne poranne tory.
Aura na dworze była taka pół na pół - trochę nieba, trochę zachmurzenia, niby jasno, a ciemnawo z temperaturą +7. Za chwilę mogło się potoczyć w dowolnym kierunku, lepiej żeby w tym pięknym, majowym.
Przed I Posiłkiem ściągnąłem pranie... gości z góry. Zaplanowali u nas trzytygodniowy urlop, więc przedwczoraj Bibliotekarka przyniosła Żonie (tak się umówiły) całą torbę brudnych ciuchów.
Praniem od początku do końca zająłem się ja i desperacko zaniosłem je dzisiaj gościom. Desperacko, bo wiedziałem, co będzie. Dwadzieścia minut rozmawialiśmy i 20 minut broniłem się przed Ale proszę usiąść! (4 zaproszenia) wiedząc, że jeśli usiądę, to długo stamtąd mogę nie wyjść. Robiła to bardzo uprzejmie, czyli w swoim stylu, nawet bez akcentu nie znoszenia sprzeciwu, ale
jednak na tyle skutecznie, że musiałem dzielnie się bronić tłumacząc, że właśnie po kilku godzinach wstałem od laptopa
i chętnie postoję. Co jakiś czas zasłaniałem się także i przypominałem Żona właśnie robi śniadanie i chyba kończy przygotowania, na co słyszałem Tak, tak, oczywiście! i natychmiast pojawiały się następne tematy. a mogło ich w tak krótkim czasie być ze dwadzieścia. To ile byłoby w godzinę?...
- A miałeś przemykać bokiem... - zauważyła Żona, gdy ze śmiechem wróciłem. Zrobiła to dobrotliwie, bez złośliwości.
Uśmiała się, gdy kilkakrotnie jej cytowałem fragmenty mojego spotkania i moje rozpaczliwe próby wyjścia przy tłumaczeniu Żona właśnie robi śniadanie!, co pani oczywisty argument wystarczał na dwie sekundy, tyle, ile wymagało powiedzenie ze zrozumieniem sytuacji Tak, tak, oczywiście, by natychmiast przejść do kolejnego tematu, albo kontynuować poprzedni przerwany przeze mnie Żona właśnie robi śniadanie.
Po I Posiłku bite trzy godziny sprzątałem z igieł i chwastów cały podjazd, ścieżki, chodnik i granicę chodnika z ulicą. Nawet podniosłem brechą kratkę burzową i wygarnąłem z niej całą zgniliznę blokująca odpływ wody po deszczu. Nasze służby robią to bardzo dobrze, ale dwa, trzy razy do roku, i na pewno nigdy wtedy, gdy akurat kratka jest zatkana w momencie ulewy.
O dziwo, po raz pierwszy przy tej pracy nie poczułem adekwatnego zmęczenia. Zabrałem więc laptopa na górę, żeby tam pisać i żeby już go tam zostawić na jutro rano. Było wiadomo, że Żona kolejną noc spędzi na dole. Bolałem nad tym faktem, ale akurat bardziej nad tym, że rano przy mojej nieprzytomności nie będę miał Blogowej. No i Żona wymyśliła proste rozwiązanie. Dolny apartament stał jeszcze pusty, a w nim zgrabny ekspresik na kapsułki. Proste?! Żeby nie powiedzieć genialne!
Drugą rzecz genialną Żona przeprowadziła za chwilę. Ale najpierw w trakcie onanu sportowego zauważyłem, że Iga w ćwierćfinale WTA 1000 w Rzymie wygrała z Jessicą Pegulą, a to już coś znaczyło. Postanowiłem obejrzeć skrót.
Tak pękałem ze śmiechu, że aż Żona przyszła zobaczyć, co się dzieje.
- Myślałam, że ktoś przysłał ci coś śmiesznego...
Poprosiłem ją, żeby chwilę wytrzymała i obejrzała chociaż początek tego skrótu.
Po pierwszych sekundach natychmiast się załamała.
- Gdybyś mi tego nie pokazał, nie uwierzyłabym ci!
Skrót komentowały naprzemiennie dwa głosy AI, żeński i męski, plotące takie androny, że nie mogłem w to uwierzyć i niepowstrzymanie wybuchałem śmiechem. Poza tym styl komentarza przystawał do jakiegoś współczesnego "kabaretu" albo do programów dla młodzieży, chociaż te chyba niczym nie różnią się od tych dla dorosłych idiotów. O merytorycznych kwestiach nawet nie ma co wspominać. Wystarczyło, że na samym początku żeńska AI, o głosie osiemnastoletniej idiotki, nazwała Jessicę Pegulę Jessicą Miguelą, a potem było tylko ciekawiej. Jak u Hitchkock'a.
Półfinałowy mecz Igi Świątek z Eliną Switoliną zgodnie z moimi ostatnimi postanowieniami, że Igę oglądam począwszy od półfinału, postanowiłem obejrzeć dzisiaj o 20.30. Sprawa byłaby prosta, gdybym, dzięki życzliwości Krajowego Grona Szyderców, nadal miał Canal+, ale okres dobrobytu się skończył. Przez lata żerowałem na nich, ale oni w końcu zwurdzili się (regionalizm z Choczni, pow. Wadowice), obrazili się, nie na mnie, tylko na Canal+, i z usługi zrezygnowali. Zostałem na lodzie. Mogliśmy oczywiście związać się z tą platformą cyfrową, ale my od dawna nie chcemy z nikim się wiązać, a na pewno nie z tego typu lub im podobnymi instytucjami (umowy na dwa lata, uwiązanie, itd.).
Pogodziłem się więc z faktem, że nie będę oglądał, a tu niespodzianka. Żona za 70 zł wykupiła miesiąc transmisji, co spowodowało, że nawet załapię się na Rolanda Garrosa.
Żeby przećwiczyć "nowy" system przed meczem właściwym, obejrzałem pobieżnie retransmisje kilku ćwierćfinałów. Wszystko hulało, jak trzeba.
Do meczu o 20.30, który przecież miał trwać, należało się odpowiednio przygotować. Pospałem sobie 45 minut, bo jednak po pracy fizycznej należało zregenerować siły.
Czekałem, a meczu nie było. Dopiero o 21.30 dotarło do mnie, że po co mam zarywać noc, skoro jutro rano obejrzę sobie z tymi samymi emocjami retransmisję. Więc jeszcze trochę poczytałem i światło zgasiłem w miarę przyzwoicie, bo o 22.00.
PIĄTEK (15.05)
No i dzisiaj wstałem o 04.40.
Wcale tak wcześnie nie chciałem, ale czy to świadomość meczu, czy jaki diabeł, spać dalej nie mogłem.
Po kortowym zegarze bardzo szybko się zorientowałem, że mecz wczoraj rozpoczął się gdzieś w okolicach 22.20. Trwał ponad dwie godziny, więc zakończył się po w pół do pierwszej. Ładnie bym wyglądał, gdybym tak zarwał noc i wypadł z biologicznego rytmu. Dodatkowo ładnie bym wyglądał, bo Iga przegrała 1:2, a kłaść się w takim stanie ducha nie jest zbyt zdrowo.
Iga grała zdecydowanie lepiej niż w ostatnich miesiącach, ale to ciągle nie ta Iga. Jednak zbytnio z tego powodu nie cierpiałem, bo Switolina grała świetnie. Tedy do zbliżającego się wielkimi krokami Rolanda Garrosa.
Na dole pojawiłem się o 07.00.
Na zewnątrz było ponuro, termometr wskazywał +7, i padało. Poruszałem się cicho, bo Żona jeszcze spała. O drugiej wypuszczała Bertę na siku i akurat całą akcję słyszałem. Ale mi to nie przeszkadzało.
Bo co innego usłyszeć z góry, gdzieś z daleka i przerzucić się na drugi bok, a co innego wstać, okutać się, wyjść z Pieskiem w zimną noc, a potem wrócić i usiłować ponownie zasnąć.
Na dole od razu pisałem. Mimo upływu czasu, na dworze w kwestii pochmurności nic się nie zmieniło. Ale temperatura wzrosła aż o 2 stopnie.
Po I Posiłku pojechałem w Uzdrowisko w sprawach.
Kupiłem dwie skrzynki socjalnej, gaz i niegaz (obsługiwał jeszcze inny, kolejny pan, na oko 40 lat, całkiem kontaktowy i kumaty), zatankowałem paliwo, bo Inteligentne Auto po wypadzie do Metropolii wykazywało deficyt tego środka, w Biedrze zrobiłem drobne zakupy, w bibliotece oddałem Siembiedę i przedłużyłem dwa kolejne do końca czerwca słysząc za każdym moim odezwaniem się mhm, mhm naszego pana, z pralni odebrałem pranie natykając się na parę właścicieli radośnie i bez stresu pracującą i na końcu zawitałem na pocztę, aby zrealizować awizo podrzucone przez naszego listonosza, który je podrzucił nie tak o, zwyczajnie, grubiańsko, tylko najpierw zadzwonił spod bramy i się upewnił, czy aby na pewno nie pojawię się w najbliższym rozsądnym czasie.
Od razu wiedziałem, że jest to przesyłka od Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Miałem nareszcie dostać mandat stuzłotowy za przekroczenie dozwolonej prędkości o 13 km wykazanej odpowiednim urządzeniem nr..., o certyfikacie nr... na odcinkowym pomiarze prędkości oraz dwa punkty karne.
W domu czekała mnie po otwarciu przesyłki niespodzianka, bo nic takiego nie dostałem, tylko GITD przysłał ponownie te same dokumenty, które poprzednio już wypełniłem i wysłałem poleconym, z wyraźną sugestią, abym je wypełnił. Czyżbyśmy wchodzili w wyższą formę urzędowania, żeby nie powiedzieć urzędactwa?...
Żadnego numeru telefonicznego do kontaktu oczywiście nie było, za to był adres mailowy, więc będę musiał napisać Ale o co chodzi? Tylko, żeby nie było tak adekwatnie i surrealistycznie, jak w tym starym dowcipie:
Do taksówki wsiada pijany pasażer.
- Dokąd pana zawieźć?
- Ale o szo chooozi?
- Pytam, dokąd pana zawieźć?
- A ja pytam, o szo chooozi?
- Proszę pana, ja jestem kierowcą taksówki i się pytam, dokąd pana zawieźć?
- A ja jestem pasaszerrrem i sie pytam, o szo chooozi?
Po powrocie pisałem przy lekkiej nieprzytomności po 6 godzinach i 40 minutach spania.
Jedynym ciekawym przerywnikiem w popołudniowej sesji było mielenie mięsa. Niby nic takiego, ale jednak. U nas ma wieloletnią tradycję "złego" mielenia, na szczęście do pewnego czasu, a cała rzecz trochę obrosła, jak by tu powiedzieć... aurą niedorozwoju?
Żona zamówiła wołowinę i trzeba było ją zmielić na tatara. Tu role się odwróciły, a takie przypadki można by zliczyć na palcach jednej dłoni (teraz tylko kojarzę jeszcze wymianę tuszu w drukarce), gdy Żona oddaje mi pole w tak subtelnych i precyzyjnych działaniach. Co więcej, niepytana i nieproszona, sama przyniosła z Buforu cały ciężki karton z maszynką do mielenia (uwielbia tatara i dla niego jest w stanie wiele zrobić).
Zmontowałem urządzenie w minutę, ale już przy założeniu newralgicznego elementu (emelentu), który można założyć na zasadzie na dwoje babka wróżyła, a którym było ostrze tnące, musiałem posłużyć się odręczną malutką karteczką, taką łopatologiczną instrukcją dla idiotów, albo, jak kiedyś powiedziała z podziwem Bo wszystko było jednoznaczne i nigdzie nie miałam wątpliwości! nasza gościna ze Stolicy, która przyjechała do nas, do Naszej Wsi posługując się moją instrukcją dojazdu i opisem trasy, Jak dla Amerykanów (skręcić po głównej w prawo, nie w lewo!).
Mięso zmieliłem w 5 minut i to ja umyłem wszystkie części, wysuszyłem, spakowałem i karton zaniosłem z powrotem wkładając doń z pietyzmem ową karteczkę.
Skąd ta karteczka i skąd to całe halo?!
Otóż mięso mieliliśmy średnio dwa razy do roku, więc trudno było zapamiętać, co i jak. I ciekawe, bo za każdym razem, sto na sto, dodatkowo po wnikliwej analizie, zakładałem/zakładaliśmy ostrze w pozycji o 180 stopni obrócone względem tej prawidłowej. I zanim na dobre się orientowaliśmy, że coś jest nie tak, skoro mięsko przez sitko nie wylatywało, powstawały pewne straty materialne i czasowe. Bo mięsko w tym ślimaku się obracało i obracało, za jakiś czas, chyba na skutek sił tarcia, się podgrzewało, bo ze środka zaczęło dobiegać nieprzyjemne bulgotanie, i proces trzeba było natychmiast przerwać. Wyjęte, ciepłe i o kolorze brunatnym nadawało się tylko do wyrzucenia. Trzeba było wszystko myć, po drodze zapamiętać złą pozycje ostrza, żeby je za chwilę obrócić, i potem wszystko szło idealnie.
I tak za każdym razem.
W końcu w 2022 roku (taki rok widnieje na karteczce), w Wakacyjnej Wsi, się wkurzyłem i sposób montażu opisałem właśnie na tej karteczce. Od tego czasu przy mieleniu nie ma na nas bata, wychodzi mięsko pięknie, sto na sto.
A dlaczego ta karteczka? Bo instrukcja obsługi została "gdzieś" posiana zaraz po zakupie.
Po II Posiłku przeprowadziliśmy telekonferencję z Rubieżanami. Dom Architekta w Kazimierzu Dolnym odrzuciliśmy już wcześniej, a dzisiaj pochylaliśmy się nad dwiema pozostałymi pozycjami, czyli Spichlerzem Parkiem i Hotelem Berberys. Wygrał ostatecznie Hotel Berberys. Szalę przeważył fakt, że dysponował w zasadzie wyłącznie pokojami dwuosobowymi, no i posiadał windę. Nie muszę mówić, co to będzie oznaczać dla koleżanek i kolegów w 2027 roku, w wieku 76-78 lat.
Rozpatrzyliśmy też dogodny termin dla zjazdu i wytypowaliśmy 12-15 września 2027.
Od razu zadzwoniłem i ten termin zaklepałem. Resztę będę ustalał z szefową recepcji, we wtorek, gdy pojawi się w pracy. Z października tamtego roku ja, a teraz Rubieżanie przy wizytacji, mamy z nią same dobre skojarzenia. Świetnie się współpracowało, a to dobrze rokuje na przyszłość.
Tedy maszyneria organizacyjna ruszy na dobre.
Zrobiło się "niespodziewanie późno", bo 19.30. Stać mnie jeszcze było na spore czytanie. Światło zgasiłem o 20.30.
SOBOTA (16.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Na alarm.
Od razu na górze pisałem.
Zszedłem sporo po siódmej, a Żona ciągle spała. Na dworze było +7, ciemnawo, ponurawo i padało. Wczorajsze moje próby złorzeczenia na maj Żona ucięła w zarodku.
- No, coś ty! - Jest pięknie! - Wczoraj, gdy wyszłam do Zdroju po witaminki dla Pieska, podziwiałam bujną, soczystą, zieloniutką, majową roślinność. - Ptaszki śpiewały... - I te zapachy... - rozmarzyła się.
To dzisiaj, gdy Żony jeszcze w kuchni nie było, wyszedłem na taras na gimnastykę i postanowiłem wyostrzyć swoje zmysły i szczególnie je ukierunkować na maj. Niestety, wzrok mój od razu poleciał do góry, na ciemną powałę. Wystarczyło jednak natychmiast nim uciec, by ujrzeć bujną, soczystą, zieloniutką, majową roślinność. Nic to, że z kolei zmysł dotyku rejestrował lejący się na łeb deszcz, ale znowu, wystarczyło przecież się schować pod zadaszeniem i było pięknie. Wrażenie piękna wzmacniał zmysł słuchu (ptaszki!) i węchu, bo Te zapachy! Rozmarzyłem się.
Było nie było, wykazałem mnóstwo dobrej woli, bo świadomie uruchomiłem aż cztery zmysły. Piątego za bardzo nie mogłem, bo nie jestem stricte roślinożerny i trawą paść się nie mogłem. Ale przecież wystarczyło zejść do szklarni i garściami żreć szczypior niczym Albercik sałatę w Seksmisji.
Jest pięknie! - powtarzałem sobie. Bo to proste - Jeśli Żonie podoba się taki maj, to i mnie również! Pozdrawiam!
Gdy Żona wstała, wszystko potoczyło się uświęconym trybem. W nocy nie musiała wstawać, ale Bertuś ją jednak obudziła, bo piła wodę. A ten, kto zna Bertusię, wie, co to znaczy. Zwłaszcza w takiej nocnej ciszy.
Dalej pisałem, aż do I Posiłku, w którym zjedliśmy pysznego tatara przyrządzonego przez Żonę. I żadne z nas się... nie najadło.
W tym stanie, licząc, że za jakieś 10 minut poczuję miły stan nasycenia, zabrałem się za przygotowanie dolnego apartamentu. Po godzinie byłem gotów, ale stan nasycenia nie nadszedł. Zacisnąłem zęby, a raczej skurczyłem żołądek mówiąc sobie, że niczego więcej do II Posiłku nie tknę. Żona miała podobnie, więc w dyskusji padła myśl A może by na przyszłość zwiększyć tatarową porcję?... Myśl ta spodobała się nam obojgu.
Po pracy wróciłem na górę, żeby dalej pisać w oczekiwaniu na gości. Doznałem szoku, chyba po raz trzeci w blogowej historii, gdy po odpaleniu laptopa ujrzałem, a raczej nie ujrzałem tego, co dzisiaj przez trzy godziny tworzyłem. Totalnie się załamałem, a frustracja sięgnęła zenitu. Tyle pracy, wyrzeczeń (wstawanie o 05.00), a przede wszystkim świadomość, że dwa dni opisałem całkiem zgrabnie, nawet mnie się podobało, i że wszystko przepadło. Miałem ochotę gnoja, laptopa, roztrzaskać, a całe pisanie ostatecznie pierdolnąć.
Nie wiedziałem, jak odreagować. Najpierw więc czas poświęciłem onanowi sportowemu, ale już bez tej co zwykle przyjemności, nomen omen, a potem w oczekiwaniu na gości, żeby wyłapać ich na chodniku (przyjeżdżali pociągiem), z zimną satysfakcją wycinałem suche pędy winorośli pnącej się po zewnętrznym płocie. Żona, widząc w moich rękach sekator, a to zawsze wzbudza w niej dzwonki alarmowe, prawie natychmiast przyszła, żeby zobaczyć, co robię. Więc pod pewną presją niechcący kilka żywych gałązek wyciąłem, ku jej oburzeniu.
Gości ujrzałem z daleka. Para, teraz już lekko 60+, szła z dworca z tobołami i z pieskiem (sunia ze schroniska, jest z nimi już 5 lat). W jakimś innym, dowolnym miejscu poznałbym ich bez problemu. Dlaczego tak o tym piszę? Bo to byli ludzie, którzy wiele razy gościli u nas w Naszej Wsi, wtedy jeszcze ze swoim beaglem (odszedł od nich po 15 latach), ostatni raz w 2018 roku, kiedy siedliskiem zajmowali się jeszcze Szamanka i Ten Który Dba o Auto, a my przebywaliśmy wtedy w Naszym Miasteczku.
- Potem już nigdy tam nie przyjechaliśmy, kiedy państwa już nie było. - z pewnym przekąsem zauważyła pani.
- I bardzo dobrze! - złośliwie nawiązałem do sytuacji po opuszczeniu przez nas Naszej Wsi.
- Nie mów tak... - Żona miała opory.
- To miejsce państwo stworzyliście dla nas. - Lepszego nie znaleźliśmy. - dodał on i wiedziałem, że nie mówi tego kurtuazyjnie.
Zaczęliśmy wspominać. Wyszło nam, że nie widzieliśmy się z 10 lat, bo w Wakacyjnej Wsi nie byli. Ale teraz znowu się u nas pojawili, a to wiele znaczyło.
Musiałem w końcu z podjazdu uciec, co spotkało się z wybuchem śmiechu, bo znali nas z tamtych czasów, wiedzieli, że jesteśmy gadułami i pamiętali, że Żona jest szefem.
- To nic się nie zmieniło!
Inne miejsce, ci sami ludzie.
Frustracja na chwilę mi odpuściła, by wrócić ze zdwojoną siłą. Zacząłem pisać starając się odtworzyć dzisiejsze utracone trzy godziny, ale bez przyjemności, wiary, z niechęcią, ze świadomością braku polotu, przypominania sobie na siłę i odtwarzania. Żona starała się dodać mi otuchy.
Ostatecznie szukałem różnych sposobów, aby od pisania się wymigać. Poszedłem po paczkę, trochę posiedziałem nad onanem sportowym, by przed 19.00 wylądować w łóżku. Musiałem jak najszybciej przespać gorycz. Żona zdawała sobie sprawę, że jest to na mnie w takiej sytuacji jedyna metoda - snem zasypać mój nieciekawy stan.
W łóżku trochę poczytałem i to był koniec przykrego dnia. A zapowiadał się świetnie.
Dzisiaj o 03.55 napisał Po Morzach Pływający.
Wreszcie ruszyliśmy w ciepłe kraje. Wczoraj we Francji było potwornie zimno.
Niespotykane, ale widocznie czasem tak bywa.
PMP (pis. oryg.)
Niespotykane, ale widocznie czasem tak bywa.
PMP (pis. oryg.)
Współczułem mu i się cieszyłem, że wreszcie...
NIEDZIELA (17.05)
No i dzisiaj wstałem o 04.00.
Świadomie, na alarm.
Musiałem nadrobić wczorajszą blogową wpadkę. Oczywiście wstawało się ciężko, zwłaszcza po nie najlepszej nocy. Bo często się budziłem, "pisałem" i trzeba było trochę na bieżąco trzeźwieć, żeby tego chorego stanu się pozbywać.
Ptaszki już pitoliły, a ja się rozbudzałem za pomocą drobnego onanu sportowego. O kawie mogłem pomarzyć. Wczoraj, co prawda, Żona mnie namawiała, abym sobie zszedł, nomen omen, i zrobił czarną, więc bez wizgu blendera, ale przecież ekspres też nieźle potrafi, zwłaszcza przy mieleniu ziaren na bieżąco. Absolutnie nie miałem sumienia tak rozbudzać Żony. I tak miałem wyrzuty, że musiałem zejść na dół, cicho, bo cicho, i włączyć ruter, bo zdawałem sobie sprawę, że kobieca czujność może ją wybudzić.
Dotychczasowe poranki, gdy wstawałem wcześnie, opędzałem kawą robioną przez zgrabny, mały i stosunkowo cichy ekspres kapsułkowy, ale wczoraj musiałem już go oddać gościom do dolnego apartamentu. Noszenie zaś naszej kolubryny, tam i z powrotem, nie miało sensu.
Tedy do trzeźwości.
Udało mi się pisać i powoli wracała wena i chęci.
Trochę po siódmej zszedłem do kuchni i rozpocząłem poranny rozruch. Żona jeszcze spała.
W trakcie gimnastyki na tarasie znowu ujrzałem bujną, soczystą, zieloniutką, majową roślinność. Na łeb nic się nie lało, panował lazur nieba poprzetykany gdzieniegdzie nitkami białych chmurek, ciało ogarniał przyjemny chłodek (+5), ptaszki pitoliły i dobiegał mnie kojący szum Bystrej Rzeki. I te zapachy! Rozmarzyłem się.
Gdy Żona wstała, wszystko pobiegło uświęconym trybem. Pisałem nadal, już przy Blogowych.
Jednak po I Posiłku organizm upomniał się o swoje. Musiałem położyć się na godzinę. Zregenerowałem się tylko trochę, bo sen był rwany. I znowu twardo pisałem. Ale już na górze.
W międzyczasie przyszły mmsy od Syna i Córci. To nie pierwszy raz, że wysyłają w tym samym momencie, jakby się zmówili.
Syn wczoraj skończył trudny i blisko trzymiesięczny kurs na instruktora strzelectwa i chwalił się uzyskaną stosowną legitymacją. Blisko trzy miesiące pałował się w weekendy, a biorąc pod uwagę pracę i inne obowiązki, to był to dla niego bardzo trudny okres. Nie wspomnę o takim kwiatku, jak Wnuk-III.
Przesłałem mu gratulacje.
A Córcia przysłała filmik, na którym jakiś potwór kosi na jej posesji trawę.
- ... na razie jestem w siódmym niebie, to jest taki bajer ze w sumie pluje sobie w twarz ze nie ogarnęłam tego 10 lat temu (choć wtedy nie było takiej możliwości) ale to jest komfort w stylu mieć a nie mieć zmywarki do naczyń :) - napisała (pis. oryg.).
Umówiłem się z nią na pogaduszki we wtorek. Mam nadzieję, że dzięki temu automatowi trochę przejdzie jej psychoza, bo geny raczej nie.
Mimo zaległości na blogu dzisiaj nawet sporo popracowałem fizycznie traktując to oczywiście jako doskonałą odskocznię od siedzenia przy laptopie.
- posadziłem w szklarni dymkę na tym odzyskanym poletku, na którym nie posadziłem czterech pomidorowych krzaków. Obecnego szczypioru starczy może jeszcze na tydzień, a jeśli nowy nie zdąży wzejść, to najwyżej będzie przerwa,
- w szklarni wyciąłem zbędne pędy białej winorośli. Po raz pierwszy postanowiłem, że to ja od samego początku będę ją prowadził, a nie ona mnie, jak było do tej pory. Zasłaniała dach szklarni, dziurami przełaziła na zewnątrz i nawet potrafiła włazić pod ocieplenie domu. Teraz ma być tylko na jednej ścianie i nikomu nie przeszkadzać,
- z rynny nad Klubownią wyciąłem czterometrowy pęd winobluszczu. Tu sytuacja w pewnej mierze była podobna do białej winorośli. Co roku upierał się pełzać w rynnie, by potem, w dogodnych dla siebie miejscach, włazić pod poszycie dachowe. Gdy mu dawałem odpór, było już sporo za późno i pozbywanie się go i wydobywanie z różnych zakamarków stanowiło sporą walkę. A dzisiaj zwyczajnie wyciąłem i tylko w jednym miejscu go oderwałem, bo już tam się szykował, aby wpełznąć,
- posegregowałem na jutro śmieci i je wystawiłem na zewnątrz, przy płocie. Niby praca oczywista i łatwa, ale jednak najmniej przyjemna.
Kładłem się o 20.00 ze świadomością, że całą wpadkę uzupełniłem, czyli w całkiem dobrym nastroju, ale z tyłu głowy tkwiła świadomość, że przecież pozostało jeszcze sporo nietkniętego materiału. A na to miałem tylko jutrzejszy dzień.
Przez cały dzień zupełnie nie czułem, że to niedziela. Dla mnie była jakimś dniem powszednim i na pewno nie sobotą.
PONIEDZIAŁEK (18.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Na alarm.
Wstawało się ciężko. Gdy odsłoniłem okno, dzień powitał mnie szarością. Rozbudzałem się drobnym onanem sportowym (drużyna metropolialna po roku przerwy wróciła do ekstraklasy), a potem pisałem.
Gdy o 07.00 pojawiłem się w kuchni, Żona nie spała. W nocy o dwunastej, a potem nad ranem, o wpół do siódmej, musiała wypuszczać Pieska na siku.
Na dworze było +8 i siąpiło. Starałem się na tarasie majowo rozmarzyć, ale coś nie wychodziło.
Do I Posiłku pisałem na dole, a po nim na górze. W końcu miałem dosyć (głowa i kręgosłup) i postanowiłem się przespać. Gdy się kładłem w okolicach 13.00, zaczęło pojawiać się słońce i lazur nieba poprzetykany białymi chmurami. Ale twardo się kładłem, żeby odpocząć od pisania.
Po wstaniu nadal pisałem.
Przed II Posiłkiem byłem z blogiem na bieżąco. Ulga i szok, że tak mi się udało. Mogłem resztę dnia poświęcić na rzeczy, za którymi zacząłem już tęsknić.
U podnóża górki tarasowej przygotowałem poletko i według wskazań Żony posadziłem dwie mięty - ananasową i truskawkową. Chyba dosadzimy tam jeszcze melisę cytrynową.
Wokół pomidorów posiałem fasolkę karłowatą według wskazań Nowych w Pięknej Dolinie. Jutro będę podlewał pomidory, po 11 dniach. Mam nadzieję, że przez ten czas wykształciły rozbudowany system korzeniowy, którym będą wchłaniać pyszne pokarmy. Przy okazji podleję posianą fasolkę.
Umyłem główny kubeł na śmieci według własnych wskazań i narąbałem frakcję III, też według własnych wskazań.
Wszytko się udało. Ufff!
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy i wysłał jednego miłego smsa w ramach nowej taktyki.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. We wtorek, gdy byłem na górze, a pozostała trójka o niej zapomniała po tym, gdy ją wypuściła na ogród. Niczego nie słyszałem, ale ledwo zszedłem, trzy głosy pytały, czy słyszałem, a gdy zaprzeczyłem, zaświadczały, że jednoszczek był, więc Żona przypilnowała, abym ten fakt odnotował.
Godzina publikacji 19.00.
I cytat tygodnia:
Pesymizm jest przywilejem młodych. W starszym wieku nie ma się na to czasu. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg,
poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa,
laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów
Zjednoczonych).