poniedziałek, 20 kwietnia 2026

20.04.2026 - pn - dzień publikacji 
Mam 75 lat i 138 dni.
 
WTOREK (14.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu zabrałem się za cyzelowanie, a potem za pisanie. Byłem sporo nieprzytomny, chociaż w porównaniu do wczorajszej nocy czułem się wyspany (spałbym dalej), więc zastanawiałem się, jakie będą efekty tych dwóch czynności.
 
W niedzielę, 12.04, wstałem o 05.40.
Po porannym rozruchu długo siedziałem nad onanem sportowym. A potem zacząłem się szykować do wyjazdu. Uzupełniłem zapasy drewna we wszystkich frakcjach, spakowałem się i odgruzowałem na 65%.
Jakoś tak niefrasobliwie ociągałem się z wyjściem na dworzec, guzdrałem się, więc gdy wyszedłem, od razu narzuciłem sobie ostry marsz. Za 20 minut byłem na dworcu, cały mokry. Do odjazdu zostały trzy. Operacja wojskowa! Przez dobre pół godziny nieprzyjemnie parowało ze mnie, w końcu udało mi "się wysuszyć". Pociąg wyjechał i przyjechał do Metropolii mega(!) punktualnie.
 
Do następnego wsiadłem z kawą na wynos, bo na przesiadkę miałem tylko 20 minut. Ten również wyjechał mega(!) punktualnie tak, że zacząłem czuć się nieswojo. Ale za chwilę wszystko wróciło do normy w postaci miłych, starych wspomnień, które dobrze mi robiły. Pojazd cofnął mnie do rzeczywistości sprzed trzydziestu lat. Było i tak miło, bo przecież jednak nie mogłem oczekiwać, że  znajdę się w latach osiemdziesiątych lub sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Do tych jeżdżących obecnie na trasie Uzdrowisko - Metropolia i dalej, na przykład, do Rodzinnego Miasta, jestem już przyzwyczajony, żeby nie powiedzieć, że nasze "wojewódzkie" koleje mnie rozbestwiły. Wszystko pachnie świeżością i czystością, kłuje w oczy nowością, informacje o kolejnych stacjach, godzinach przyjazdu i odjazdu oraz o całej trasie rzucają się w oczy czerwonymi dużymi literami i cyframi, pociąg sunie po torach gładko niczym TGV i wszystko działa - ogrzewanie, gniazdka zwykłe i USB... Że też doczekałem.
Donosiłem Żonie o moim obecnym składzie:
- Fajnie trzeszczy, skrzypi i rzuca po siedzeniu. Tak, że człowiek od razu wie, że jedzie, że podróżuje. Aż się można wzruszyć. A przy starcie i ruszaniu fajnie szarpie. (...) Właśnie szarpnął z kolejnej stacji...
Nie pisałem o fakcie, że w zasadzie jest czysto, ale taką czystością, jak przy mojej menelowej świętej kurtce. Co z tego, że założę ją i paraduję w niej zaraz po wypraniu, skoro i tak nic już jej w tym względzie  nie pomoże. To znaczy w wyglądzie, bo swoje podstawowe funkcje spełnia bez zarzutu. Trzyma ciepło, jest wiatroodporna i wytrzymała na wszelkie siły tarcia przy trudnych i ciężkich pracach. Przez lata nie zrobiła się w niej ani jedna dziurka, nie wystrzępił się żaden kawałek materiału i nie puścił żaden szew.
 
Starałem się czytać, ale nic dziwnego, że moją uwagę przykuła młoda dziewczyna (18 lat, ale równie dobrze 25), skoro wzrok latał mi przy szarpaniu przed czytanym tekstem. W zasadzie czytałem w tych interwałach, w których pociąg sunął w miarę gładko, by porzucić rozrywkę przy pierwszym szarpnięciu szybko się nauczywszy, że teraz nastąpi kolejny jego okres. Takie zdolności przystosowawcze wyniesione z komuny. 
Dziewczyna siedziała dwa rzędy dalej, po skosie względem mnie, więc miałem ją idealnie"na widelcu". Naprzeciw niej, tyłem do mnie i zasłonięty siedzeniem, wyraźnie ktoś siedział, ale wtedy nie mogłem wiedzieć, że to jej chłopak, co we właściwym momencie wprowadziło mnie w spore zdziwienie i zaskoczenie. 
Była takim drobiażdżkiem, chudziną saute o nijakich, prostych, myszowatych i długich włosach, które dodatkowo podkreślały w niej to, co najbardziej przykuło mój wzrok. Twarz. Biała, szczupła i pociągła, o wąskich ustach. A na niej wdrukowany już chyba na stałe taki boleściwy grymas, na widok którego odchodziła ochota do życia, przynajmniej u mnie. Wyglądała, jakby właśnie tuż przed agonią zdjęto ją z krzyża. Patrzyłem zachłannie starając się robić to dyskretnie udając, że czytam nawet w momentach szarpania i zastanawiałem się Jak ona dotarła do pociągu? A może cierpi, a ja...
Raczej to moje kamuflowane natręctwo było zbędne, bo dziewczyna klasycznie przykuła się do smartfona. Raz nawet wprowadziła mnie w zdumienie, bo się wykrzywiła, co zinterpretowałem jako uśmiech.
Drugi raz dałem się zaskoczyć, gdy jej facet przesiadł się obok niej i mogłem zobaczyć go w pełnej krasie. Jednak lat jakieś 25, wysoki, przystojny, interesujący, naturalny w sposobie bycia, man w każdym calu w dobrym tego słowa znaczeniu. Też tkwił przykuty do smartfona. Ona zaś swojego odłożyła, przytuliła się do niego i złożyła głowę na jego ramieniu. No, tu już wzroku oderwać nie mogłem absolutnie. Bo czułem się niczym Caravaggio. Całą scenę widziałem w ciemnościach, oczywiście, ale z widocznymi szczegółami, oczywiście, zaś jedyną białą plamą, za pomocą której artysta wydobywał bezmiar cierpienia i udręki, miała być jej twarz. Żeby było łatwiej zrozumieć, to uzmysłowię, że w tym momencie twarz ta skojarzyła mi się z Danuśką z Krzyżaków. Też taka blada, delikatna, cierpiąca, na granicy życia i śmierci. W kontraście do niej w cieniach tkwiła postać silnego mężczyzny jako wyraz opoki, ochrony ulatującego życia.
 
Pociąg dostarczał mi też innej rozrywki. Z głośników (tablic świetlnych nie było) co jakiś czas padały informacje o kolejnej stacji, ku wygodzie podróżnych. Myk był jednak taki, że zapowiedzi zawsze padały w apogeum zgrzytania, piszczenia, skrzypienia, stukania i szarpania. To ostanie akurat tutaj nie miało znaczenia. Trzeba więc było domyślać się ze strzępków dolatujących sylab i zakończeń słów, co zapowiedź miała na myśli. Robiłem to bez problemów, jak, zdaje się, cała reszta podróżnych, która, tak ja ja, znała te trasę na pamięć. Gdy pociąg się rozpędził i wchodził w miarę gładko w tryb "ciszy", było już dawno po zapowiedzi.
 
Gdy myślałem, że z dziewczyną rozstałem się już na dobre, los zrządził inaczej. Jej partner przeniósł się z powrotem na poprzednie miejsce, a ona wróciła do smartfona. Ku swojej wygodzie lewą stopę oparła na podłodze, a prawą złożyła na siedzeniu. W bucie oczywiście. Miała wtedy podkurczoną nogę w kolanie i na takiej podpórce mogła sobie złożyć smartfona, ciężkiego przecież. Podpórka stabilna, odległość dobrego widzenia optymalna, udo amortyzowało wstrząsy i zachowywało się niczym żyroskop. Same plusy.
Zgodzić się z tym nie mogłem i podszedłem do dziewczyny. W połowie mojej "tyrady", zdziwiona, zdjęła słuchawki.  
- Przepraszam, ale wydaje mi się, że to nie jest najwłaściwsze, aby brudzić siedzenia butami...                - zawiesiłem głos. 
Moja interwencja powoli docierała do niej może przez fakt, że usłyszała tylko drugą połowę, a może dodatkowo przez wyrafinowanie wypowiedzi w stylu angielskim, raczej w Polsce niespotykanym.
- Ok... - odparła jednak trochę zaskoczona, tonem bez emocji w żadną stronę, takim anemicznym, co mnie zupełnie nie zaskoczyło. I stopę zdjęła.
Facet obok zwiększył tylko czujność, ale do końca się nie odezwał. Nabił tym u mnie plusów. 
 
Gdy zbliżaliśmy się do Podciąć Sobie Żyły, zadzwonił Brat. Z pewną irytacją oczekiwałem pytania Gdzie jesteś? albo O której będziesz?, a tu nic z tego. 
- Bracie, a ten twój pociąg to jest taki żółto-niebieski?... - Bo akurat stoję przed szlabanem i taki właśnie przejechał.
Uśmialiśmy się. Pociąg przyjechał mega(!) punktualnie. Brat czekał na mnie na dworcu.
- Powiemy wszystkim, że wpadłem do Uzdrowiska i stamtąd cię zabrałem.
Aferzysta niczym ja. A mnie dwa razy nie trzeba było powtarzać.
W domu kupili wszyscy, a za chwilę trzeba było prostować, żeby nie wyszło głupio, bo obecni wzięli to poważnie. 
 
Sumarycznie było z domownikami dziesięć osób. Oprócz nich ja i Brat, Partner Byłej Bratowej, młodsza córka Siatkarza, jego kuzynka z córeczką (matka chrzestna solenizanta) i jego ojciec. Katolicka rodzina, a jaki miły paczwork. Można?!...
Tym razem cateringu nie było, główne danie przygotowali gospodarze. Ale już tort z okazji 7. lat Syna Bratanicy był zamówiony. 
To jest takie towarzystwo, że przez cały czas musi być włączony telewizor. Ale nie na jakichś bzdetach -wiadomościach, programach społecznościowych, czy głupich "kabaretach". Bo film, czy serial, to z oczywistych względów nikomu do głowy nie przychodzi. W tym domu sport traktuje się śmiertelnie poważnie, jak oczywistą oczywistość, więc lecą wszelkie transmisje piłkarskie, siatkarskie, rzadziej inne. I wokół tego toczy się całe życie towarzyskie, gadki, często zupełnie odbiegające od tego, co widać na ekranie. Przy czym w tym wszystkim najlepsza jest tolerancja. Więc nikt w żadnym momencie i żadnym słowem czy gestem nie oburza się, że ktoś zupełnie nie udziela się towarzysko, tylko całkowicie tkwi zatopiony w sportowej transmisji. Co więcej, nikt się nie oburza, gdy od tego "niezatopionego", w towarzystwie, padają niewybredne komentarze albo częste wybuchy. Inni wykazują chwilowe zainteresowanie i "przechodzą" do transmisji, albo, za chwilę, wracają do przerwanych tematów. Zawsze to tam lubię i podziwiam.
 
Najpierw był więc mecz I Ligi, a po sporej przerwie miał być kolejny, w której grała Ukochana Drużyna Brata (ale już od dawna też Bratanicy i całkiem świeżo jej syna). Była więc wystarczająca chwila, aby rozegrać tradycyjny turniej strzelania na bramkę, taką malutką, którą Syn Bratanicy dostał na pierwsze urodziny. Piłeczka zawsze jest taka sama, średnicy około 10. cm. 
Rywalizacja między mną a Bratanicą stała się już taką swoistą tradycją. Jako dwudziestokilkuletnia dziewczyna, już kobieta i matka, nie mogła zrozumieć, że dostaje od stryja (Wujcia) baty, ona młoda i sportsmenka. Rozgrywaliśmy strzelanie na przemian, do dziesięciu, ale trybem rzutów karnych, więc często wynik rozstrzygał się znacznie wcześniej. Mecze rozgrywane były do dwóch zwycięskich turniejów. Wygrywałem 2:0, bardzo rzadko 2:1. Bratanica nigdy. I tak co moją wizytę. Wiedziałem, dlaczego tak się dzieje i to jej nawet tłumaczyłem. Siadała jej psychika.
Tak było do ubiegłego roku, kiedy to rozbiła mnie w pył. Trzy mecze po 2:0. I tak było dzisiaj. Jej psychika wyraźnie się wzmocniła i było to widać po jej zachowaniu, sposobie strzelania i nieprzejmowaniu się chwilowym niepowodzeniem. A u mnie analogicznie odwrotnie. Ale nie z psychiką, tylko z umiejętnościami. Dziad stary!
 
Bratanica gra w... męskiej drużynie siatkarskiej, razem z Siatkarzem, w trzeciej lidze, na pozycji... libero. I wymiata. Ostatnio na poważnych zawodach w innym województwie otrzymała dyplom i puchar dla najlepszego libero zawodów. Pokazała mi kilka filmików z różnych meczów i jej akcji oraz z tego ostatniego turnieju, w którym jej nazwisko było wywołane.
Zaczęła mi od jakiegoś czasu imponować. Zajmuje się dzieckiem i domem. Pracuje i trenuje.                Z Siatkarzem i ich synem cztery razy w tygodniu jeździ na treningi. Nic dziwnego, że łepek umie już piłkę przyjmować i serwować. I gra w nożną. Ciekawe u niego jest to, że jest ewidentnie lewonożny, ale pisze prawą ręką. No i Bratanica jest na czwartym roku studiów.
- Miałam w tamtym semestrze średnią 4,6. - pochwaliła się.
Przy czym, czy się chwali, czy coś istotnego opowiada, czy też przeżywa jakieś wydarzenie sportowe, zawsze to robi w sposób wyważony, bez ochów i achów, wydawałoby się bez emocji, co oczywiście nie jest prawdą. A mniej więcej do18 roku życia była pod każdym względem energetycznym diabłem wcielonym i przy każdym spotkaniu fizycznie potrafiła mnie wykończyć. A przecież byłem o 20 lat młodszy.
Dodatkowo z niczego nie robi problemów i przyjmuje sprawy, czyli życie takimi, jakimi są. Co nie oznacza, że nie walczy. Ale wyłącznie w sprawach naprawdę ważnych. Na drobiazgach, różnych obiektywnych niemożliwościach się nie spala. Zmieniła się niesamowicie. I ku mojemu zaskoczeniu całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że jest rodzinna.
Nic, tylko podziwiać!... 
 
Wygrane z Bratem i z Synem Bratanicy nie dały mi już takiej satysfakcji. Pod koniec meczu Ukochanej Drużyny Brata (na wyjeździe wygrała 2:1) Syn Bratanicy zaskoczył mnie pytaniem A zagramy w szachy? Pomijając fakt, że go o tę umiejętność, a przede wszystkim chęci, nie podejrzewałem, to jeszcze rozbawił mnie swoim założeniem, że przecież wiadomo, że wujek w szachy gra. 
- A ty umiesz?
- Tak - odparł z pewnością siedmiolatka, dodatkowo z pewnością swojego charakteru. - Tato mnie nauczył. 
- To układaj.
- Dobrze, ale ja gram białymi! - zareagował zgodnie ze swoim charakterem.
- Będzie losowanie i zagrasz tymi, które wylosujesz. - zakomunikowałem.
Zgodził się tylko dlatego, co potem wyszło, że nie za bardzo wiedział, co to losowanie i jakie konsekwencje z niego wypływają. 
Wylosował czarne, mimo że wszyscy wokół radzili mu, aby klepnął dokładnie w drugą moją rękę. Wiadomo, zrobił to z czystej przekory.
- To grasz czarnymi... - bezwzględnie poinformowałem.
- Nie, gram białymi!
- Wylosowałeś czarne, więc grasz czarnymi. - Koniec kropka i nie ma żadnej dyskusji!
- To ja nie gram! - poszedł w szantaż.
- To nie graj! 
Rzucił wszystko i uciekł do swojego pokoju. 
- Ja go uczę... - wyjaśniał  Siatkarz - ... a on sam proponuje Może zagramy? i się pcha. - Ale rzeczywiście cały czas gra białymi. 
Przedyskutowaliśmy temat, że od początku powinien być uczony zasad prawidłowo, a poza tym, co najważniejsze, żeby uczyć go też przegrywać, żeby zobaczył, że może być i tak, i tak. Zwłaszcza u chłopaka, zwłaszcza u niego, skoro po rodzicach ma ochotę współzawodnictwa. I to mało powiedziane. 
 
Za jakieś 20 minut wrócił.
- To zagramy?
- Tak, ale grasz czarnymi.
Protestów nie było. A i tak się uśmiałem, że tyle wytrzymał. 
Nie mógł wiedzieć, że z takimi łepkami mam doświadczenie od, powiedzmy 46 lat, od trzyletniego Syna, którego już wtedy zacząłem uczyć gry w szachy. Zawsze w takich przypadkach, ciągnących się latami, aż do teraz, bo pojawiały się kolejne dzieci znajomych w różnym wieku, potem wnuki moje i kolejnych znajomych w różnym wieku, i tak na okrągło, dawałem maluchom fory ucząc ich zwycięstw i przegranych. Granica dawania forów potrafiła sięgać mniej więcej dwunastu lat, bo przecież byłem  zdecydowanie młodszy i jeszcze dawałem radę. Ale z biegiem lat ją obniżałem, najpierw do dziesięciu, a ostatnio do ośmiu, a czasami nawet do siedmiu. I chodziło tutaj tak o wszelkie sprawności intelektualne, jak i fizyczne. Po prostu nie daję już rady z takimi łepkami. A z głębokich moich doświadczeń wiem,  że oni doskonale czuli i czują, że ojciec, dziadek, wujek gra zawsze na poważnie, żadnej lipy nie odstawia, daje z siebie wszystko, więc jeśli w końcu ze mną wygrają, zaznaczam, bez moich forów, to zapada im to w pamięć na długo. I to jest wielka wartość.
 
Do gry, żeby pomagać synowi, włączył się Siatkarz. Cały czas nie podejrzewałem go o takie umiejętności. Nigdy jakoś o tym nie rozmawialiśmy. Przegrałem.  
Ponieważ wszyscy goście już wyszli (został Brat i ja) zaproponowałem kilka partii. Rozegraliśmy trzy i we wszystkich trzech sprawił mi łomot. Szczególnie jedna zapadła mi w pamięci, gdy zagrał bardzo agresywnie skoczkiem, poświęcił go, by za jakiś czas mnie zamatować. Straszne i szokujące! W jakiejś przyszłości będę musiał się zrewanżować, chociaż zbytniej nadziei na zwycięstwo po tym, co widziałem, nie mam.
- A ja bym zagrał w warcaby... - zaskoczył mnie Brat, jakby zaskoczeń tego wieczoru było dla mnie za mało. 
- To ty umiesz? - popatrzyłem na niego zdumiony. - Nigdy nie mówiłeś! 
- Tak, ale takimi to nie, bo to figury szachowe...
- Można nimi też grać, mogę ci pokazać, tylko skończę szachy z Siatkarzem.
Szachy, jak to szachy, trwają. Brat więc w oczekiwaniu zasnął na sąsiedniej kanapie i było tuż przed północą, gdy się obudził i dał się namówić. A już myślałem, że nic z tego nie będzie.
Od razu zastrzegłem, że w warcabach jestem bardzo dobry i że nie ma ze mną szans. Brat na prowokację zupełnie nie zareagował, zaś Bratanica i Siatkarz tylko obserwowali (nie umieją grać), a młody już spał.
Bardzo szybko zorientowałem się, że to nie przelewki. Nawet nie popełniłem błędu, gdy Brat założył na mnie perfidną pułapkę i po biciach miał jednego piona przewagi z mocno odsłoniętym polem umożliwiającym marsz do końcowej linii i uzyskanie damki. Wykorzystał to bezwzględnie, mnie został jeden pionek, jemu dwa oraz damka, którą ustawił na głównej linii i było po ptokach. Przejść już nie mogłem.
 
Doznałem jeszcze większego szoku. "Znamy się" z  Bratem 70 lat i żebym ja nic o tym nie wiedział?!... Pominąłem w moich myślach nawet fakt, że moja buta została przykładnie ukarana. 
- Bracie, ale skąd ty tak umiesz grać?! 
- A kiedyś tam się nauczyłem, a potem, gdy byłem kierowcą sekretarza wojewódzkiego, to grałem z innymi kierowcami różnych prominentów. - Szefowie spotykali się na różnych zebraniach, czy konferencjach, a my przez wiele godzin nie mieliśmy niczego do roboty, to graliśmy. - Wygrywałem ze wszystkimi...
Ogólnie więc na wszystkich frontach na tarczy. Dziad stary jeden! 
Zasypiałem sporo po północy wypełniony nie tak goryczą porażek, jak szokiem.
 
Dzisiaj o 19.50 napisał Po Morzach Pływający:
Co prawda nie mogę być w ogrodzie, ale ogród czasem przybywa do mnie. A to posadzona w tamtym roku Siedmiolatka która wdzięcznie " szczypioruje" po całkiem niezłej zimie. Na razie nie wiem czy przetrwała pietruszka i seler.
Czekam na zdjęcia.
PMP (pis. oryg.)
 
W poniedziałek, 13.04, wstałem o 07.00.
Bratanica już była na nogach i szykowała dla mnie śniadanie. Za chwilę wstał Siatkarz i wyjątkowo wcześnie poszedł do pracy.
- Tak bez śniadania, ani żadnych kanapek? - zdziwiłem się.
- Bratanica za jakiś czas mi przyniesie... - śmiał się.
Slow life i minuta drogi w kapciach. 
Nie wiedziałem, że Bratanica ma takie jaja z rodziną ze strony matki, Byłej Bratowej. I może ta z tego powodu ciągle siedzi w Niemczech i tam pracuje chcąc uniknąć kontaktów ze swoją matką, bratem i wszelkimi komplikacjami z nimi związanymi. Przy stole opowiadała i mocno się ożywiła, jak nie ona. Czy ja widziałem rodzinę, w której "nic się nie działo"?...
 
Pożegnałem się o 08.05. Szedłem na dworzec patrząc kolejny raz i obserwując Podciąć Sobie Żyły i utwierdzałem się, że nic tylko podciąć sobie żyły. Ale pociąg przyjechał i odjechał mega(!) punktualnie. Chyba ten sam skład, bo trzeszczało, piszczało, zgrzytało i telepało tak samo. Przez jedną dobę nic nie mogło się zmienić. Ale, znowu, w Metropolii był mega(!) punktualnie.
Do odjazdu kolejnego, już do Uzdrowiska, miałem ponad godzinę. Czas ten relaksacyjnie spędziłem w Sowa Caffe przy czarnej, drożdżówce z serem i książce. Na wszelki wypadek do Inmedio nie zaglądałem, chociaż mogłem po nową Angorę. Ale skoro miałem książkę... 
Sporo wcześnie ulokowałem się na peronie 4. zgodnie z zapisami żółtego rozkładu jazdy, mocno zdziwiony, że po pierwsze, praktycznie nie ma żywego ducha, a o tej porze (8 minut do odjazdu) powinien być, a po drugie, że nie ma też pociągu, a o tej porze (8 minut do odjazdu) powinien być podstawiony. Po minucie megafony oznajmiły, że mój pociąg stoi właśnie na peronie 5. Od razu go ujrzałem, a przy nim dziki tłum. Stary wróbel, a dał się kolejny raz nabrać na kolejowe plewy. 
Kolej musiała informować o zmianie peronu, ale w interwałach 15-20 minutowych, więc ostatni komunikat musiał paść, gdy jeszcze niefrasobliwie siedziałem sobie w Sowie. Bo inne, żeby nie zapomnieć bagażu, żeby nie palić papierosów, nie śmiecić, to padają z częstotliwością co 4-5 minut. 
 
Nawet niespiesznie zacząłem się przemieszczać, bo do dyspozycji miałem jeszcze 7 minut, a w samym pociągu udało mi się znaleźć jedno wolne miejsce naprzeciw dwóch dziewczyn, które z podobnymi sobie licznymi koleżankami i kolegami jechały, jak się okazało, do City (stąd ta nieprzewidziana ciasnota). Cała młodzież (17-19 lat) musiała udawać się na jakieś oazowe spotkania albo rekolekcje (nie znam się, chociaż przecież mam Wnuków), bo sporo dyskutowała o Biblii, Bogu, Jezusie, chociaż to chyba to samo, ale jak wspomniałem nie znam się, niebie, wierze i zbawieniu. Słuchałem z przyjemnością, bez złośliwości, bo takie to wszystko było szczere, czyste, poważne i... naiwne. 
Ale i taka młodzież potrafiła mnie przyjemnie zaskoczyć. Bo tuż przed City usłyszałem głos jakiegoś młodzieńca:
- Następna stacja 
Wspaniała masturbacja!
I wszyscy wybuchnęli śmiechem. Więc jednak nie było aż tak źle. 
 
Pociąg z Metropolii wyjechał mega(!) punktualnie, a do Uzdrowiska przybył z dwunastominutowym opóźnieniem. Dlaczego, nie wiadomo...
W domu zdałem pełną relację Żonie, a ponieważ oboje, niezależnie, czuliśmy, że to niedziela,  to zaproponowałem wyjście do Zdroju. Spacer przekształcił się za jakąś chwilę w pobyt w Lokalu z Pilsnerem I, w którym nie byliśmy z kilka miesięcy. Zasiedliśmy przy małych przekąskach i przy małym tmavym Kozelu - Żona i  ja przy dużym Pilsnerze Urquellu. I w rozmowie, tak od słowa do słowa, zaczęliśmy się czuć, jakbyśmy się żegnali z Uzdrowiskiem. Bardzo dziwne uczucie.
 
Od początku wiedziałem, że dzisiaj z pełnej publikacji nic nie może wyjść. To tylko co nieco wygładziłem, żeby się nazywało i opublikowałem taki niepełny, ułomny wpis. 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Nadal się dobrze oglądało.
 
Dzisiaj, we wtorek, 14.04, po I Posiłku utknęliśmy na długo w papierach.  Najpierw w tych związanych z Inteligentnym Autem (odnowienie polisy), a potem w kolejnych dla Prawnika Gitarzysty i Po Puszczy Chodzącej. Dopiero, gdy miałem zupełnie wolną głowę, zabrałem się za pisanie. Praktycznie niczego poza tym nie robiłem nie licząc codziennych drobnych prac.
Pod wieczór wygospodarowałem sporo czasu na onan sportowy.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
 
ŚRODA (15.04) 
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
Przed I Posiłkiem przeprowadziłem dość szeroką akcję z biohumusem, żeby starczyło go dla pomidorków i dla żoninych piwonii. Bo wyraźnie zaczęły wyłazić z ziemi. Inne roślinki też rzuciły się do rośnięcia, bo prawie przez całą noc padał wiosenny deszcz.
Zaraz po I Posiłku pojechaliśmy w Uzdrowisko. Zaliczyliśmy trzy sklepy, pocztę i odebraliśmy pranie.
Z ekscesów można było odnotować zwrot puszek po Pilsnerze Urquellu (mało) i po Zateckym. Nie obyło się bez pomocy pani. Bo niby skąd miałem wiedzieć, że następną puszkę mogę wkładać po zgnieceniu przez automat poprzedniej, jeśli na ten temat nie było żadnej informacji? A poza tym, gdybym był głuchy, to skąd miałbym niby wiedzieć, że ten nieprzyjemny zgrzyt oznacza właśnie zgniecenie puszki. Dyskryminacja, normalnie!
Żona nad moją głową, chyba rozumowo, a może intuicyjnie, cały czas powtarzała, że puszki wkładam za szybko. Potwierdziła to pani, która przyszła na pomoc, gdy automat odmówił współpracy a to mamiąc mnie komunikatem, że transakcja jest zakończona (a nie była), a to informując, że bezczelnie włożyłem puszkę bezkaucjową (a to nie mogła być prawda) lub że kod jest nie do odczytania, albo wreszcie, i to był szczyt, że nie włożyłem żadnej puszki (a były w tym moim pospiechu włożone dwie), czyli krótko mówiąc plótł, co mu tylko automatyczna ślina przynosiła na automatyczny język.
Ostatecznie udało się odzyskać 12 zł, czyli zdałem 24 puszki. Nie liczyłem, a to niedobrze, bo chyba było więcej, i pośród tych kłamliwych komunikatów automat musiał coś zachachmęcić i kilka sztuk mi ukradł. Następnym razem, nie dość że będę wrzucał powoli, to na dodatek wcześniej puszki przeliczę. 
 
Gdy wróciliśmy do domu, zdecydowałem się na desperacki krok i postawiłem siebie pod ścianą, pod murem i przystawiłem sobie, z własnej woli, nóż do gardła. Poprosiłem Żonę, żeby zadzwoniła do tej sympatycznej pani z US i umówiła się z nią na jutro, na 12.00, na dostarczenie dokumentów zgodnie z poprzednią rozmową. I to Żona bez problemów zrobiła. Tedy nie miałem wyjścia i musiałem na jutro przygotować wszystkie dokumenty dotyczące rozliczenia Pół-Kamieniczki, Wakacyjnej Wsi oraz Uzdrowiska. Gdybym tak nie postąpił, z wielką przyjemnością zabrałbym się za rozłupywanie pierwszej partii kłód (9 kubików) odwlekając w nieskończoność to, co nieuniknione. Poza tym musiałem mieć na względzie zbliżający się wielkimi krokami koniec kwietnia i konieczność złożenia PIT-28, który już mam w nowej, tegorocznej wersji, od dawna gotowy.
- To kiedy zabierzesz się za skarbówkę? - w miłej ciszy Żona rzuciła znad laptopa, gdy czas przeciekał między moimi palcami, i to wcale nie powoli. 
- Zobaczę...
- Niezbyt optymistycznie to zabrzmiało... - zareagowała, ale spokojnie. Bo wiadomo, że nawet jeśli mierzić mnie będzie ta skarbówka przez całe popołudnie, to i tak wstanę o czwartej nad ranem i ją przygotuję. 
Ciekawe skąd takie mechanizmy, klasycznie pieskowe, się biorą. Na pieskach się znamy i wiemy, że w swojej naturze będą z czymś dla siebie niewygodnym zwlekać do upadłego. Zawsze twierdziłem, że mam naturę psa, z dodatkiem jednej cechy, której on nie posiada, a mianowicie honoru. W przypadku piesków ostatecznie wychodzą na tym całkiem nieźle, ale już u ludzi jest to co najmniej żałosne.
 
W odwlekaniu wziąłem się na sposób. Przez godzinę spałem na narożniku w Salonie Bo do tych papierów muszę mieć wypoczętą głowę. Żona nie protestowała wiedząc, że tak mam. No, a potem był  II Posiłek i znów się odwlekało. W końcu zabrałem się za skarbówkę w okolicach 18.00.
- O?! - zdziwiła się Żona. - A już myślałam, że wstaniesz jutro raniutko tak, jak lubisz, i dopiero zaczniesz.
Wyjaśniłem jej, że jeśli dzisiaj nie zacznę i nie zorientuję się, co mnie czeka, jaki jest zakres prac, żeby względem niego oszacować potrzebny czas, to noc mam z głowy. 
Zrobiłem wstępne, grube porządki wyrzucając mnóstwo zbędnego śmiecia, który na etapie remontów,  czyli wtedy na bieżąco, miał znaczenie, a który teraz tylko by zamulał obraz i utrudniał życie sympatycznej pani z US. Byłem pewny, że z całą resztą jutro rano bez problemów zdążę.
Skończyłem zaraz po 20.00, więc spokojnie obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader.
 
CZWARTEK (16.04)
No i dzisiaj wstałem o 04.40.
 
Budzenie miałem nastawione na 05.30, ale skoro obudziłem się wcześniej, to już nie opłacało się dalej spać.
Po standardowym porannym rozruchu zabrałem się za skarbówkę. Na tym etapie cyzelowałem porządki i doprowadzałem do pełnej przejrzystości i do łatwości w poruszaniu się po meandrach naszych, było nie było, skomplikowanych spraw mając nadzieję, że sympatyczna pani z US to doceni i spojrzy na nas łaskawszym okiem.
Ze wszystkim byłem gotów zaraz po 08.00. Zrobiło się sporo czasu, to trochę pisałem, a trochę siedziałem nad onanem sportowym.
 
Po I Posiłku pojechaliśmy do City. Szybko opędziliśmy zakupy w Leroy Merlin, Carrefourze i w Biedronce. Na tyle, że w US byliśmy kwadrans przed umówioną godziną. To mieliśmy sporo czasu, żeby spokojnie złożyć PIT-28. Spokój się przydał, bo znikąd w PIT-ie nie wynikało, że US ma nam zwrócić nadpłacony podatek w kwocie 370 zł. Swoją drogą, nie wiem, jak to się dzieje, że płacimy co miesiąc należne kwoty podatku, a potem jest zwrot.
Miła pani w okienku pozwoliła skreślić niewłaściwą kwotę w jednej z rubryk, zaparafować, wpisać właściwą i uzupełnić jeszcze jedną rubrykę. Temat był wreszcie zamknięty.
Najważniejsze nas czekało. Za chwilę zeszła nasza pani i zasiedliśmy za biurkiem w specjalnym pokoju Żeby było kameralnie i żeby można było swobodnie przedyskutować wszystkie problemy, w końcu prywatne, bez obecności osób trzecich. Gdzie to kiedyś było do pomyślenia...
Pani była pod wrażeniem trzech segregatorów (każdy na jedną nieruchomość), zbiorczego zestawu przygotowanego na komputerze (ja!- nie chwaląc się) oraz zeszytu, w którym były w sposób łopatologiczny wypisane kwoty faktur oraz podsumowania. Gotowiec, wprost...
- O, to już w zasadzie czynności kontrolne są zamknięte! - śmiała się. 
Wspólnie rozważaliśmy różne warianty zamknięcia tematu (tematów), pani liczyła na swój sposób, czyli na kartce, chaotycznie,  ale, o dziwo, albo do jej stylu się już przyzwyczailiśmy, albo co nieco na przestrzeni miesięcy się nauczyliśmy, bo nadążaliśmy.
Ale gdy weszliśmy w omawianie potencjalnie kolejnego etapu, pani zadzwoniła do swojej koleżanki z pytaniem, czy może zejść Bo mam tutaj podatników, a ja na tych sprawach się nie znam. Koleżanka przyszła bez problemów. Gdzie to kiedyś było do pomyślenia...
Ta "nasza" wzięła tylko segregator dotyczący Pół-Kamieniczki, bo ustaliliśmy, że zaczniemy temat nadgryzać od najwcześniej sprawy, która wydawała się być najłatwiejszą.
Zostaliśmy z "nową" panią. Sympatyczną, kontaktową, ale... Ale będącą zupełnym zaprzeczeniem "naszej". Konkretną, logiczną do bólu, kompetentną, ale nafaszerowaną tym specyficznym językiem, który rozumieliśmy, a który kłuł w uszy. 
Bardzo szybko dobiła nas nadmiarem informacji, szczegółami, dla nas zbędnymi, co po wyjściu interpretowaliśmy jednak na jej korzyść Ona tak musi, bo na pewno ma do czynienia nie tylko ze starymi dziadami, ale ze sporą populacją podatników-analfabetów, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi.
W wyglądzie, wzroście, sylwetce, sposobie zachowania i mówienia też była inna niż "nasza". Przypominała mocno Trzeźwo Na Życie Patrzącą. Byliśmy ciekawi, a raczej pewni, że przecież Trzeźwo Na Życie Patrzącą znamy tylko z jednej strony, prywatnej, a zawodowo może być zupełnie inna, być może podobna do "nowej".  
W każdym razie ta nas wykończyła. Od jakiegoś czasu widziałem, jak Żona blednie coraz bardziej i zmienia jej się twarz, co w końcu nawet pani zauważyła A może przynieść pani szklankę wody? Po odmowie zaproponowała To może otworzyć okno?, co Żona przyjęła z wdzięcznością. Nic dziwnego, skoro u mnie od jakiegoś czasu nasilał się ból głowy, a przecież w tych kwestiach, nadmiaru informacji urzędniczych, tego języka i szczegółów, jestem bardziej odporny.
Trudno było się nam dziwić, skoro w jednym miejscu, do niego przy biurku przykuci, siedzieliśmy ponad dwie godziny. 
 
Rozstaliśmy się bardzo sympatycznie. Z urzędu wyszliśmy dosłownie wyżęci.
- Na dodatek to światło od jarzeniówek... - Wpływa na mnie otępiająco... - Nie cierpię go! 
O tym doskonale wiem, bo przez lata, gdy chciałem w danym miejscu zamontować więcej źródeł światła lub w danym momencie zapalić więcej lamp, żeby nie było ponuro, jak w jakiejś ciemnicy, no i żeby w ogóle było cokolwiek widać, natychmiast słyszałem O Boże, co tutaj tak jasno! Jak w jakiejś świetlicy! Żonie to zostało z PRL-u i z dzieciństwa, kiedy właśnie wszystkie świetlice, szkolne, stołówkowe, kolonijne tak właśnie były oświetlone.
- A najgorzej było wtedy, gdy któraś z jarzeniówek w stanie agonalnym non stop zapalała się i gasła, albo lampa cały czas brzęczała. - Natychmiast bolała mnie głowa. - Poza tym to światło... zimne, nienaturalne...
Zupełnie Żonę rozumiałem, bo miałem podobnie. Ale żeby teraz nie można było mieć trochę więcej światła w danym miejscu, przecież miłego i ciepłego?... 
Gdy tylko się wprowadziliśmy do Tajemniczego Domu, natychmiast wszędzie wymieniłem bezlik żarówek emitujących zimne światło, w którym wyraźnie byli rozmiłowani poprzedni właściciele. Wszystkie, jak jeden mąż, raczej tu "jak jedna żona", emitowały światło o temperaturze barwowej 6500 st. K (To barwa, która pobudza człowieka do działania i napędza go do ruchu. - takie pieprzenie w bambus) i wszystkie wymieniłem na emitujące światło o temperaturze barwowej 2700 st. K (To barwa spokojniejsza, uspokajająca, idealna do sypialni czy pokojów wypoczynkowych - takie pół pieprzenia w bambus). I na kategoryczne żądanie Żony zdemontowałem w ówczesnej pralni taką chamską dwujarzeniówkową lampę, skoro pomieszczenie ze stricte roboczego miało też stać się łazienką. Ale już w kuchni, przy oknie, nad blatem ostatni jarzeniówkowy, zimny bastion, pozostał. Miałem plany, aby go zastąpić fajnymi lampami, których mamy sporo (pozostałość po Naszej Wsi, Dzikości Serca i Wakacyjnej Wsi), ale jakoś tak rozeszło się przez lata po kościach. Żona nawet specjalnie nie naciskała, ale lampę owinęła jakimś pomarańczowo-czerwonym tiulem (jarzeniówka nie emituje ciepła, więc groźba sfajczenia tegoż nie istnieje), co w efekcie dało specyficzne światło hybrydowe. Żona używa go w ostateczności, wiem, że zawsze z ciężkim sercem. Każdy coś ma...
Może jednak coś z tym zrobię... 
 
Wypompowani, wymęczeni, z bólem głów (z bólami głów?), wracaliśmy prosto do domu. Dobrze, że tak, bo w życiu nie bylibyśmy w stanie teraz jechać na zakupy. Połowę drogi milczeliśmy, ale już w drugiej zaczęliśmy dyskutować Póki pamiętamy!, i zaczęło się nam klarować nasze stanowisko w skarbowej sprawie.
W domu stwierdziliśmy, że w tym naszym samopoczuciu koniecznie musimy pójść na spacer i się dotlenić, bo ból głów nadal trzymał. We troje poszliśmy do końca Pięknej Uliczki, po czym Żona z Pieskiem zawróciła, a ja poszedłem niespiesznie do Intermarche. Po jednego Pilsnera Urquella w szkle, jednego ciemnego Kozela w szkle i po Metaxę. Zgodnie bowiem stwierdziliśmy, że, żeby wrócić do równowagi, samo dotlenienie nie wystarczy. A dlaczego Metaxę, której nie mieliśmy zamiaru dzisiaj tknąć? Bo na niedzielę, na 12.00, zaprosiliśmy naszego sąsiada, świeżo poznanego, tego Pół Francuza Pół Polaka Bis. 
 
Na popołudnie plany miałem szerokie. Zamierzałem posadzić dymkę w szklarni, tamżesz posiać cukinię, a w skrzyni na tarasie pietruszkę. To są czynności z obszaru magii, wiedzy tajemnej i zagadki życia i nie można do takich procesów podchodzić byle jak. Tak bez energii, entuzjazmu, z przymusem.
Zły przepływ energii może całkowicie zniweczyć wysiłek, ziemia nie wyda plonu, a jeśli nawet, to rachitycznie. Nie odwdzięczy się. Rzecz mądrze odłożyłem na jutro, bo ja też chciałem mieć z tego przyjemność i satysfakcję. 
 
Po pobycie w City, a zwłaszcza w US, w domu dopadała nas brutalnie schyłkowość. Na dodatek ciśnienie zaczęło spadać. Żona musiała się niezwykle zmobilizować, żeby Pieskowi i nam przygotować II Posiłek. Żeby wykrzesać resztki energii i podbudować psychikę, postanowiliśmy, że jeśli będzie tak trzeba, po nim natychmiast udamy się na górę. Ale ostatecznie nie było aż tak źle. Nawet na dole dotrwaliśmy do 19.00. Ale tylko dzięki mojej lampie stojącej w sypialni, tuż obok mojej strony łóżka.
Kilka dni temu zepsuł się włącznik, taki na sznurze, więc go zdemontowałem, ale w zamian niczego nie miałem. Przerwę na jednym kablu zlikwidowałem łącząc na żywca dwie końcówki i gołe, odkryte kable zaizolowałem, bo było wiadomo, że w którymś momencie odruchowo ręka mi "poleci" w to miejsce i prąd mnie popieści. Lampy nadal potrzebowałem, ale nienawidziłem momentu jej zapalania za pomocą wkładania wtyczki do gniazdka przedłużacza i gaszenia za pomocą procesu analogicznie odwrotnego. Było to upierdliwe, niewygodne, a czasami wkurzające, gdy wtyczką nie można było trafić w gniazdko, albo gorzej, gdy, zaspany, nie mogłem jej wyjąć, bo się zakleszczała, a ja się rozbudzałem. 
 
Dzisiaj w Leroy Merlin (w Uzdrowisku nigdzie takiego nie mieli) kupiłem piękny włączniczek, nawet kolorystycznie dopasowany do koloru sznura. I to była jedyna zgodność ze starą lampą, antykiem. Sznur był za gruby, system podłączenia był inny, no i zerowy kabel przeszkadzał. Z włączniczkiem pieprzyłem się z godzinę. Wszystko musiałem przerabiać, a w międzyczasie wypadły z niego dwie istotne dla działania blaszeczki, których o to nie podejrzewałem, to znaczy o "wypadywanie",  a których długo nie mogłem znaleźć na podłodze i z kolei przy wkręcaniu na chama dwóch wkrętów łączących dwie części włączniczka po to, żeby zamknąć w nich elektryczne bebechy, spowodowałem, że jedno gniazdo wkrętu pękło. Ale nie po to kończyłem politechnikę, żeby z problemem sobie nie poradzić. Ostatecznie z sypialni wyszedłem z tarczą.
Nawet nie złorzeczyłem. Do tego stopnia, że Żona zauważyła:
- Było tak cicho, że aż się zaczęłam niepokoić i właśnie miałam iść na górę... - Mam nadzieję, że montowałeś przy wyciągniętej z gniazdka wtyczce?... - patrzyła na mnie  badawczo. 
Nawet się nie obruszyłem, a co dopiero obraziłem.
Na górze Żona podziwiała robotę oraz dopasowanie kolorystyczne.
- Gdy wybierałeś ten włącznik, byłam pewna, że nie będzie pasował. - Skąd mi się wzięła świadomość, że kabel jest czarny?...
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. A po nim nawet trochę poczytaliśmy. Światło jednak zgasło  już o 20.30. 
 
Dzisiaj zostałem zaskoczony, jak rzadko kiedy. Kolega ze studiów przysłał mi dwie książki swojego autorstwa z niezwykle ujmującym listem i dedykacjami na każdej. Pierwsza nosiła tytuł  "Wielki koneser" (2006 rok), a druga "Egipska kuracja" (2009). 
Pozwolę sobie zacytować jego list: 
Cześć Emerycie,
Przesyłam Ci moje dwie książeczki, które powstały kiedy kilka lat temu, wcześniej iż myślałem przestałem pracować.
To taki chemiczny żart, może trochę Cię zaciekawi i zabawi.
Wspominając dobry czas wspólnego mieszkania ściskam Cię serdecznie
Kolega
(zmiany moje, pis. oryg.)
Skąd moje zaskoczenie? 
- nigdy bym go nie podejrzewał o takie zdolności i chęci. Ale to akurat najmniejsze, bo wiadomo jest, że wszyscy, my sami, nie zdajemy sobie sprawy z różnych naszych zdolności i umiejętności i często tylko przypadek może sprawić, że się ujawnią. Chociaż może być też i tak, że drzemie w nas ciągle niewypowiedziane, coś dręczące, by w jakimś momencie się zdefiniować. I wtedy potrzebna jest tylko odwaga. Ale najczęściej jest tak, że nigdy nie zostają odkryte. 
- z Kolegą mieszkałem przez ostatnie dwa lata studiów w jednym pokoju w akademiku (było nas czterech). Siłą rzeczy mieliśmy kontakt i wspólne sprawy, ale ja wtedy jeszcze nie dorosłem do jego poczucia humoru, cyniczno-sarkastyczno-czarnego, w którym teraz się lubuję. Stąd naszych relacji nie nazwałbym przyjacielskimi. Były jednak bliskie.
Kolega na zjeździe pojawił się tylko raz, a przedtem i potem już nigdy. Bolałem nad tym, zwłaszcza od momentu, gdy zacząłem organizować zjazdy i gdy nasz kontakt, wyłącznie w formie smsowej i mailowej wrócił. Bo, gdy telefonowałem, nigdy nie chciał rozmawiać, chociaż wiedziałem z różnych przesłanek, że  jest w domu. Zawsze kontaktowałem się z jego żoną, która stosowała lepsze lub gorsze wytłumaczenia i uniki.  
Więc czym mogłem zasłużyć na taki jego gest?
Postanowiłem odpowiedzieć mu listownie, tradycyjnie, słowem pisanym ręcznie tak, jak zrobił to on. 
 
PIĄTEK (17.04)
No i  dzisiaj wstałem o 06.00.
 
W nocy z przerwami mocno padało. 
Rano Żona mnie demoralizowała namawiając, żebym sobie jeszcze trochę pospał.
- Zobacz jaka pogoda... - Skarbówkę zrobiłeś... 
Nie dałem się. Po porannym rozruchu pisałem. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem w skrzyni na tarasie posiałem z pietyzmem pietruszkę, z takim samym pietyzmem cukinię w szklarni i na dwóch poletkach posadziłem dymkę. Jeszcze tak dorodnej, dużej i twardej nie miałem. Stąd od razu, nauczony doświadczeniem z poprzednich lat, kupiłem dwie siateczki. Bo zawsze w czerwcu, lipcu ocykałem się, że dymkę mógłbym przecież posadzić jeszcze raz, ale w sklepach sprzedawcy patrzyli się na mnie dziwnie i najłagodniejszą odpowiedzią było Panie, trzeba było kupować w marcu, bo sezon się już skończył!
 
Po I Posiłku w pewnym komforcie i nawet dość relaksacyjnie, bez specjalnego stresu, który zawsze nam towarzyszy w takich momentach, znowu obgadaliśmy rozliczenia ze skarbówką. Doszliśmy do ciekawych wniosków, dla mnie nawet w jakimś stopniu uspokajających, po czym Żona siadła do... papierów anektując cały stół w kuchni i zajęła się obliczeniami. Czyli zamieniliśmy się rolami. Ja się do tej pracy nie pchałem, bo ileż można ślęczeć nad obliczeniami, a poza tym było jasne, że Żonie lepiej zrobi, jeśli ona sama dojdzie do pewnych liczb i wniosków.
 
Z przyjemnością zabrałem się za szklarnię. Do jej widoku przez trzy lata zdążyłem się przyzwyczaić.
I nie chodziło tu o ogólny widok wnętrza, o popękane szyby i kilka dziur, ale o wszechobecny na szybach, zielonkawy glonowy nalot. W zdecydowanej większości i swojej gęstości od wewnątrz. Nic dziwnego, skoro w środku zawsze było cieplej niż na zewnątrz, a nadmiar wilgoci skraplającej się na szybach, mimo wietrzenia, dawał glonom wspaniałe warunki do życia i rozmnażania się. Kłuły mnie 
w oczy, a jeszcze bardziej uwierała mnie świadomość, że moim ukochanym pomidorkom zabierają sporo światła.
No i dzisiaj przyszła kryska na Matyska (pochodzenie frazy jest niejednoznaczne: wiąże się ją z literacką postacią <historia o Matysku spopularyzowana przez Władysława Syrokomlę> lub z bajkowym kotem <matyskiem>). Uruchomiłem cały kombajn sprzętowy i czasowy, bo praca zajęła mi 
5 godzin, od 11.00 do 16.00. Każdą szybę musiałem umyć od zewnątrz i od wewnątrz. Dla nabrania wprawy i złapania systemu zacząłem od pionowej ściany, na której ulokowane są wejściowe drzwi. Najpierw z węża polewałem szyby wodą, żeby glony nawilgły, potem narośl mechanicznie usuwałem mokrą szmatą, a potem do czystego spłukiwałem wodą. Bardzo szybko ściana ta stała w olbrzymim i szokującym kontraście do reszty. 
To zabrałem się za tę pionową z dziurami. A skoro już tam byłem, to zacząłem również czyścić dach. Żeby zrobić jak najwięcej i sięgnąć jak najdalej, szmatę zakładałem na miotłę, a reszta procesu i kolejność czynności wyglądała bez zmian, z tą różnicą, że dach traktowałem ostrym strumieniem wody, żeby z czyszczeniem dojść jak najdalej. Dodatkowy efekt był więc taki, że czterdziestoletni kit pod mocnym strumieniem odpadał kawałkami, przez chwilę fruwał w powietrzu, by spłynąć po pochyłości.
Ciekawie będzie w czasie deszczu, bo o szczelności nie ma co marzyć, a Żona na dach mnie nie puści do prostej w końcu roboty, jaką byłoby silikonowanie łączeń szyby z metalowym konstrukcyjnym kątownikiem. 
I tak szyba po szybie.
 
Większa polka była wewnątrz, nawet przy pionowych ścianach, bo trzeba było się gimnastykować i wszędzie dotrzeć, co przy pewnym "umeblowaniu" szklarni było uciążliwe. Za to obszerny dach gwarantował mycie pod górę, niższych partii bez pomocy drabiny, wyższych już z nią, tu szmatą na miotle. A kto malował sufit, ten wie, jaka to uciążliwa pozycja dla mięśni ramion i barków. Dodatkową atrakcję stanowiła woda lejąca się na łeb i na polar, który zaraz z powodu gorąca zdjąłem. Po wszystkim odkryłem, że całą prawą odzieżową część, od rękawa swetra począwszy, przez jego prawą stronę, a kończąc na nogawce dresu, miałem kompletnie mokrą. Nawet nie wiedziałem, jak to się stało, bo kiedy, owszem tak - w trakcie używania węża.
Efekt był obłędny i szokujący. Teraz czekać mnie będą drobne poprawki, no i pozostanie usuwanie ubytków szkła w pionowych ścianach. Za dachem będę tylko tęsknił.
Ciekawe, co na to powiedzą pomidorki.
 
W trakcie meczu Igi Świątek z Mirrą Andriejewą (Rosja) w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Stuttgarcie wyrzucałem z segregatorów zbędne papiery z czasów Pół-Kamieniczki i Wakacyjnej Wsi.
Robiłem to równolegle z oglądaniem z pełną świadomością, bo od dawna meczami Igi się nie emocjonuję. Zacząłbym od jakiegoś półfinału, o finale nie wspominając, ale ten etap danego turnieju Iga ma dawno za sobą. Taka pieśń przeszłości. Teraz najwyżej dociera do ćwierćfinałów, w których przegrywa. Nie inaczej było dzisiaj. Pierwszego seta wygrała po dobrzej grze przy wysokim procencie pierwszego serwisu, by dwa następne przegrać i cały mecz przy spadającym procencie, aż do żenującego w ostatnim secie.
Tak jest od dawna i nie wiem, co naprawdę się dzieje.
Czas ten  jednak mocno wykorzystałem na porządki. Niektóre segregatory odetchnęły pozbywając się śmiecia.
 
W trakcie meczu zadzwonił Syn. Główną wiadomością był fakt, że pod koniec okresu próbnego została z nim przeprowadzona rozmowa podsumowująca i oceniono jego dokonania. Szef był zadowolony i umowa została przedłużona. Nic dodać, nic ująć. 
Za to Córcia nie zareagowała na mój telefon i nie oddzwoniła. A chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o Wnuczce. 

Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Ostatni sezonu pierwszego. Światło zgasiliśmy o 21.30. 
 
SOBOTA (18.04)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Wstawało się bardzo ciężko. Ale ze stanem ciężkości walczyłem tylko 10 minut.
Na dworze już panował lazur nieba, słońce świeciło obłędnie i chyba pierwszy raz w tym roku było tak jasno o tej porze. A to inna energia.
Wszystko działo się więc z opóźnieniem, ale to w niczym nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, nie wiedzieć czemu, że dzisiaj jest poniedziałek, skoro wczorajszy piątek odbierałem jako niedzielę. A w ogóle dawno nie miałem wrażenia, jeśli w ogóle, że ten tydzień ciągnie się niesamowicie i codziennie rano miałem wrażenie, że dzisiaj jest, na przykład środa, a był wtorek, w środę, że czwartek, itd., by pod koniec jeszcze bardziej zwolnić, skoro dzisiaj "był już' poniedziałek. Dziwne rzeczy dzieją się w głowie. Z drugiej strony fajnie, że czas tak zwolnił.
 
Z tego spowolnienia bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia rano oddałem się onanowi sportowemu. Skoro miałem aż dwa dni do przodu...
A potem z przyjemnością i ciekawością zrobiłem sobie wycieczkę do... szklarni. Podziwiałem. Oczywiście na wewnętrznej stronie szyb tkwiła rosa, więc natychmiast uruchomiłem wietrzenie. Gdy Żona zrobiła sobie taką samą wycieczkę, po wilgoci nie było śladu.
Przed I Posiłkiem pisałem i trochę po nim.
 
Po I Posiłku rozwaliłem 6 kłód. Postanowiłem zabrać się za te pierwsze 3 kubiki, żeby w drewutni zwalniać powoli miejsce zajmowane przez kłody i żeby robić tam przestrzeń dla następnej partii, która powinna pojawić się gdzieś latem. 
Wczesnym popołudniem zasiadłem przed meczem metropolialnej drużyny. W świetle porządkowania segregatorów i wyrzucania z nich śmieci wpadłem na pomysł, aby robić to w trakcie meczu piłkarskiego albo tenisowego. Bo w obu przypadkach są charakterystyczne dla tych dyscyplin przestoje i wtedy co nieco można opróżnić z segregatorowych koszulek. Korzyść jest podwójna, bo nie mam  wyrzutów sumienia, że cenny czas "tracę" na zasrany sport, a nudna, żmudna i pylista (kurzogenna) praca tymi nieprzyjemnymi swoimi cechami w ogóle nie zwraca uwagi na charakterystykę tej pracy.
Zauważyłem, że ostatnio dostałem fazę na segregatory i ich porządkowanie. Ale jest to praca na miesiące.
 
Rano Żona przypomniała mi, że mieliśmy zrobić wycieczkę w tę część Uzdrowiska, w której powstała mocno rozbudowana trasa rowerowa, taka wyczynowa, która spełnia warunki do organizowania poważnych europejskich, czy nawet światowych zawodów.
Jak informowano wcześniej {…} został przekazany teren pod budowę nowego miejsca rekreacyjnego w Uzdrowisku pn. „Budowa ścieżki terenowo - rowerowej typu „Cross Country” wraz z zagospodarowaniem terenu, niezbędną infrastrukturą techniczną, niezbędnymi obiektami budowlanymi i obiektami małej architektury (...) (zmiany moje).
Powstały, m.in. ścieżka terenowo-rowerowa typu cross country wraz z przeszkodami w postaci ziemnych i drewnianych band i budową ziemnych i drewnianych przeszkód i z montażem przepustu betonowego i kładek pieszo-rowerowych. Rowerowy Park Umiejętności (RPU) wraz z budową ścieżki rowerowej typu „singletrack” o długości 425m wraz z przeszkodami, dwie wiaty, obiekt utrzymania porządku publicznego, obiekty małej architektury - tablice informacyjne, ławki, stojaki rowerowe, kosze na śmieci, elementy przeszkód budowlanych na trasie związanej z budowlą ziemną ścieżki terenowej.
budowę trzech parkingów utwardzonych kruszywem o nawierzchni z geokraty, zieleń istniejąca i projektowana - nie planuje się wycinek istniejącego zadrzewienia, a istniejący drzewostan zostanie wykorzystany i wkomponowany w ścieżkę rowerowo-terenową. 
(pis. oryg.)
Pojechaliśmy. Wszędzie oznaczenia MTB (Mountain Terrain Bike). Czyli wszystko dla rowerzystów, ale specyficznych, czyli takich, którzy szczególnie chcą się zabić. Piesi i spacerowicze nie mają tam czego szukać, bo mogą w każdej chwili zginąć od rowerzystów oszołomów, a zwłaszcza od nastolatków. Uzdrowisko wpisało się w program, który ludzkość kultywuje i udoskonala od tysięcy lat pt. "1000 sposobów na zabicie się" i wymyśla ciągle nowe. Jako jej nieodrodny syn w wielu sam biorę udział.
Z Żoną postanowiliśmy już tam więcej nie zaglądać i chyba nawet nie pokazywać i nie wspominać o tym miejscu naszym wnukom wszelkiej proweniencji. Poza tym Żona nie umieści o nim informacji na naszych stronach, bo i po co? Do nas nie przyjeżdżają goście, którzy muszą być stadni, którzy odpoczywają w miłym gwarze, żeby nie powiedzieć w hałasie, którzy muszą mieszkać w takich samych z wyglądu i wyposażenia pokojach (szaro-białe, przecierane meble, telewizor, mikrowela, żadnej książki).
 
Po II Posiłku zabrałem się za sprawy zjazdowe. Kilka dni wcześniej Rubieżanie wysłali informację sugerując spotkanie, że w dniach 26-29 kwietnia będą w Kazimierzu Dolnym. A my z wielu względów przyjechać nie mogliśmy. Stąd musiała na nich spaść kwestia wizytacji trzech ośrodków, które jeszcze w tamtym roku wybrałem na zjazd w 2027. Umówiliśmy się, że wszelkie dane dotyczące tych miejsc oraz kontakty telefoniczne i mailowe prześlę im jutro. Po ich pobycie zdecydujemy, w którym ośrodku zjazd się odbędzie. Pierwotnie wizytować Kazimierz Dolny mieli również Petrochemicy, ale akurat w tym okresie, przez dwa tygodnie, będą przebywać w Hiszpanii. 
- Gdybyśmy byli na miejscu, na pewno do Kazimierza byśmy pojechali. - zaznaczyła wczoraj Petrochemiczka. 
Może to i lepiej, bo łatwiej podjąć decyzję.
Za to nie było żadnych problemów z ustaleniem terminu i miejsca naszego "nieoficjalnego" spotkania. Odbędzie się ono we wrześniu tego roku w Browarze Prost w Metropolii, czyli, można już rzec, tradycyjnie. Koleżanka ze studiów, z którą dzisiaj rozmawiałem (trzecia rozmowa z kolei) zakomunikowała Zaraz zabieram się do roboty! I jak tu nie kochać naszego rocznika?!
 
Pod wieczór w górnej gościnnej łazience (dobre lustra, światło i łatwiej nagrzać) odgruzowałem się na 90%. Trzeba było jutro godnie przyjąć naszego sąsiada, Pół Polaka Pół Francuza Bis, którego zaprosiliśmy na godzinę 17.00 (przesunęliśmy termin). 
Miałem jeszcze trochę czasu na krótki onan sportowy, ale specjalnie nie było z czym się rozpędzać. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu The Newsreader. Pierwszy sezonu drugiego. Zaraz po nim spaliśmy.
 
NIEDZIELA (19.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
 
Po porannym rozruchu zająłem się onanem sportowym. A  potem pisałem.
Po I Posiłku ogarnęła mnie senność, ciśnienie spadało na łeb, na szyję, padało, więc na godzinę położyłem się w naszej sypialni. Zregenerowany od razu zabrałem się za trzepanie salonowych dywaników i za odkurzanie.
- Od razu widać różnicę... - to stały tekst Żony, gdy sprzątnę chociaż tyle. 
 
Dla dywersyfikacji wysiłku przygotowałem materiał dla Rubieżan, żeby można go było przedyskutować (pytania, wątpliwości) i żeby tak przygotowani mogli w Kazimierzu zwizytować trzy ośrodki. I go wysłałem, żeby jutro wspólnie rzecz omówić.
 
Przed i po II Posiłku, żeby mieć spokój na najbliższe godziny, przygotowałem różne frakcje drewna i na cześć gościa rozpaliłem w kominku.
Pół Polak Pół Francuz Bis przybył punktualnie, o 17.00, z biciem uzdrowiskowych dzwonów. Stara szkoła. Siedzieliśmy w salonie przy nalewkach trzy godziny. Gość nie mógł już nas zaskoczyć swoim podobieństwem do Pół Polaka Pół Francuza, ale i tak ten fenomen podziwialiśmy w skrytości ducha. Nie mógł także nas zaskoczyć swoją uprzejmością i sposobem bycia, ciepłym, serdecznym i kulturalnym. Ale różnymi opowieściami już tak. O różnych ludziach, których zna i z którymi na różne sposoby jest związany, a których losy nadawały się na scenariusze filmów lub seriali. A opowiadając o sobie zapewne przedstawiał kroplę w morzu tego, co przeżył i doświadczył w swoim życiu. Dzięki jego opowieściom inaczej też spoglądaliśmy na różne rzeczy dziejące się w Uzdrowisku. 
Pół Polak Pół Francuz Bis potrafił też słuchać i było wiadomo, że nie robi tego z czystej uprzejmości. Zwyczajnie ciekawiły go nasze losy w Naszej Wsi, w Szkole i okres w Nie Naszym Mieszkaniu. A to też była kropla w morzu naszych historii. 
Wszystkiego naraz nie dało się opowiedzieć, bo proces poznawania się, zwłaszcza na takim etapie życia obu stron, wymaga czasu. Tedy do następnego spotkania.
 
W opóźnionym trybie usiłowaliśmy oglądać kolejny odcinek serialu Newsreader, ale dotrwaliśmy do jakichś 2/3. Pogodzeni, resztę odłożyliśmy na jutro. 
 
PONIEDZIAŁEK (20.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.15.
 
Jakoś dłużej nie mogłem spać. 
Mając do dyspozycji tyle czasu mogłem swobodnie poświęcić się onanowi sportowemu. 
W trakcie siedzenia nad nim zadzwoniła Córcia. Jechała do szkoły. I zdała relację z wczorajszej podróży pociągiem do Metropolii. Tam i z powrotem. Pretekstem były urodziny jej koleżanki i wszystko miłe, co z tym związane, impreza i towarzystwo. Relacja była o tyle ciekawa, że Córcia jechała z... Rhodesianem. 
- Tato, był tłum, ale jakoś nikt nie kwapił się, żeby usiąść koło mnie, a były przecież trzy wolne miejsca. - Zasmucony okolicznościami i pogodzony z losem Rhodesian miał założony kaganiec.      
- Dopiero w połowie drogi jakiś desperat, albo znawca psów zdecydował się usiąść naprzeciwko.          - pękaliśmy ze śmiechu. - A jakie były komentarze!... - Oczywiście Rhodesian miał na wszystko wywalone i albo spokojnie siedział, albo leżał.
- A mijałaś się z tym facetem na rowerze?
- Jeszcze nie, ale..., o, właśnie jedzie!... - Co za gościu, właśnie leje, a on świątek, piątek na rowerze. 
- A miałaś, gdy zrobi się na wiosnę ładnie, go zatrzymać?... - zauważyłem niewinnie.
- Nooo... 
 
Po I Posiłku pojechałem Inteligentnym Autem na coroczny przegląd rejestracyjny. Gdy wsiadłem i się umościłem, zauważyłem za prawą wycieraczką karteczkę w koszulce przeciwdeszczowej.
Od razu wiedziałem, o co chodzi, co, o dziwo, poprawiło mi humor. 
- Że też te nasze uzdrowiskowe służby tak prężnie działają na każdym polu. - Imponujące! - myślałem.
Wzywano mnie do wniesienia opłaty parkingowej, podejrzewam, że powiększonej o mandat. A dlatego, że ani biletu parkingowego, ani opłaty rocznej przy szybie auta nie było.
Natychmiast pojechałem do biur. Wezwanie miłe panie anulowały po okazaniu rocznej opłaty i po moich przeprosinach, że się zagapiłem i karty abonamentowej nie umieściłem wewnątrz auta.
- Ale że też to jest sprawdzane nawet w niedzielę? - zauważyłem z pewnym podziwem.
- Zwłaszcza w niedzielę... - pani spojrzała na mnie znacząco. 
Inteligentne Auto przeszło przegląd bez problemu.
- Wszystko w porządku! - zakomunikował pan oddając kluczyki. 
 
Po powrocie postanowiliśmy skromnie uczcić dzisiaj otrzymaną trzynastkę. Wybraliśmy się piechotą do Lokalu z Pilsnerem II. W lokalu pustki. Zajęliśmy nasz ulubiony stolik, a znajomy kelner zaserwował dużego Pilsnera Urquella i dużego ciemnego Kozela. Spory czas prowadziliśmy ciekawą rozmowę na temat... naszej przyszłości. Bo jakby pojawiły się sygnały, że koło historii zrobiło pełny obrót, a więc...
W drodze powrotnej zrobiliśmy drobne uzupełniające zakupy. 
 
Popołudnie obfitowało w różne drobiazgi, a było ich tyle, że zajęły czas do 19.00. 
- rozrąbałem kolejnych 6 kłód i narąbałem dwie frakcje drewna, 
- podkleiłem klejem stolarskim części bujanego fotela, bo różne jego elementy nawzajem z siebie wyłaziły,
- rozpuszczalnikiem usunąłem etykietę z małego słoiczka, na tyle zgrabnego, że stał się istotny dla Żony i bardzo go potrzebowała. Słoiczek na ten moment czekał kilka tygodni i stał w widocznym miejscu, żebym o nim nie zapomniał,
- w holu wyczyściłem plamę, bo znowu coś na buciorach musiałem przynieść, 
- odpocząłem przy II Posiłku, 
- rozmawiałem z Synem, który służbowo jechał do Stolicy, był w nie najlepszym nastroju i musiał pogadać. Po 25. minutach rozmowy nastrój mu się ewidentnie poprawił, a ja, nie powiem, odetchnąłem,
- omówiłem z Rubieżanami mojego wczorajszego maila i wszystko wydawało się jasne,
- kończyłem pisanie i publikowałem. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił cztery razy i wysłał jednego smsa w ramach nowej taktyki.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. Zaskoczyła nas kompletnie, bo zrobiła myk analogicznie odwrotny. W sobotę rano była standardowo wypuszczona na ogród, po czym, po jej powrocie, Państwo zdecydowali się zrobić sobie wycieczkę do "nowej" szklarni, żeby jej świeżością napaść wzrok. W drodze powrotnej dobiegł nas lampucerowaty jednoszczek. Musiał być potężny, skoro przy zamkniętych drzwiach tarasowych, usłyszeliśmy go w głębi ogrodu. Wyraźnie Piesek się rozBestwia.
Godzina publikacji 18.54.
 
I cytat tygodnia: 
Jestem zamknięty w wychodku i mogę zajmować się tylko jednym gównem na raz. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).