poniedziałek, 13 kwietnia 2026

13.04.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 131 dni. 
 
WTOREK (07.04)
No i dzisiaj wstałem o 04.50. 
 
Tak wcześnie, bo musiałem ze wszystkim zdążyć. 
Po porannym rozruchu dosłownie liznąłem onan sportowy i natychmiast ostro wyhamowałem, chociaż mnie korciło, żeby oglądać dalej. 
Dla rozruchu przygotowałem kartkę wyjazdową, a potem, bardziej już przytomny, wypełniłem stosowne oświadczenie do... Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Okazało się, że gdy wracaliśmy od Lekarki i Justusa Wspaniałego, na obwodnicy autostradowej Metropolii, na odcinkowym pomiarze prędkości, o którym oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, urządzenie pomiarowe wykazało mi średnią prędkość przejazdu 133 km/godz., a dopuszczalna była 120. Mandat w wysokości 100 zł i 2 punkty karne.
Po drodze na dworzec kolejowy miałem je wysłać dzisiaj, bo przekroczyłbym termin 7. dni od daty otrzymania tego miłego pisma. 
 
Resztę poranka spędziłem w sporym pośpiechu. Musiałem zdążyć z cyzelowaniem wpisu, pakowaniem się i odgruzowaniem na 45%, no i musiałem przewidzieć swój pobyt na poczcie.
Pobyt ograniczył się do dziesięciosekundowego stania przed zamkniętymi drzwiami, czytania na tabliczce, że poczta czynna jest od 10.00 i do złorzeczenia. Żona, po moim telefonie, znalazła na Google, że tak rzeczywiście jest, ja zaś na oficjalnej stronie uzdrowiskowej poczty znacznie wcześniej znalazłem, że od 08.00.
- Zawsze sprawdzaj na Google, tam znajdziesz najbardziej aktualne dane... - uświadomiła mnie.
A taki chciałem być niezależny. 
Specjalnie się jednak nie zdenerwowałem wiedząc, że polecony wyślę na poczcie w Metropolii. 
 
Oczywiście w tej sytuacji na dworcu byłem sporo przed czasem. Skład do Metropolii stał już od dawna na peronie miło terkocząc i smrodząc swoim dieslem. Przy czym stał jakieś 30 m od wiaty, a ja wiedziałem, co to oznacza. Że tak będzie stał do odjazdu i nie drgnie nawet o metr, a co dopiero o trzydzieści. Tego nie wiedziała grupa około dwudziestu kuracjuszy, która stała stłoczona z walizami pod wiatą wyraźnie czekając, aż im ten pociąg podjedzie, czyli myliła go z taksówką, tramwajem czy autobusem. Stare dziady!...
Ostentacyjnie ją minąłem, nacisnąłem guzik drzwi i wsiadłem. Moszcząc się w kompletnie pustym wagonie czekałem, co będzie. Nie minęło pół minuty, gdy zrobił się straszny rejwach z pospiesznym wsiadaniem, nawoływaniami się i przekrzykiwaniami. Stare dziady!...
Ruszyliśmy mega(!) punktualnie. Młoda i miła pani konduktor zaczęła sprawdzać bilety. Podałem jej swój. Strzeliła doń czerwonym promieniem i na chwilę zamarła lekko skonsternowana.
- Ale dał mi pan bilet powrotny Metropolia - Uzdrowisko...
- O, przepraszam, pomyliłem się.
- Nic się nie stało... - zapewniła z uśmiechem.
Normalnie, kolejny stary dziad. 
W tym czasie Córcia też jechała z dziećmi pociągiem do Metropolii, do matki, aby tam zjeść śniadanie i razem wybrać się na pogrzeb.
 
Do Metropolii pociąg przybył z pięciominutowym opóźnieniem, w sposób nieuzasadniony.
Na pobliskiej poczcie wysłałem do Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego donos na siebie, że to ja byłem sprawcą wykroczenia drogowego. Przy okazji wzruszyłem się przywołując wspomnienia.
To ta poczta (niewiele się zmieniło od 1996 roku - kolejny powód do wzruszeń), na której nie chciano mi wypłacić należnej mi kwoty z tytułu wpłat czesnego za miesiące lipiec i sierpień przez słuchaczy. Wtedy po niesamowitej akcji (pisałem o tym bodajże) pieniądze odzyskałem stając się wrogiem nr 1 dla wszystkich pań pracujących przy okienkach, a zwłaszcza jednej, która należność musiała mi w końcu wypłacić po interwencji jej szefowej, pani dyrektor tegoż oddziału pocztowego, u której w trzecim etapie interwencji się znalazłem. Piękne czasy, kiedy w wakacje listonosz nie mogąc dostarczyć gotówki, bo przecież obowiązywał luźniejszy czas pracy, zostawiał awizo. 
 
Od razu udałem się do Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii. Blisko półtorej (półtora - dziennikarze i politycy) godziny siedziałem przy kawie, dwóch drożdżówkach i książce. Specjalnie tak długo, bo na cmentarz specjalnie mi się nie spieszyło, nomen omen. Po prostu nie chciałem być na obrządkach w cmentarnej kaplicy. Przy pięknej pogodzie usiadłem sobie na jakiejś ławeczce i czekałem. Za jakiś czas pojawili się spóźnieni na uroczystość znajomi (małżeństwo), których nie widziałem ponad 40 lat. Mieliśmy porozmawiać po pogrzebie. A niedługo potem z kaplicy wyszła Córcia z dziećmi. Wnukowi-V na widok dziadka wiele nie było trzeba. Należało go tylko klepać w tyłek, albo go kopać, żeby była zadyma. Trudno było się opanować, bo umiejętnie prowokował, a ja na prowokacje Gnypka nie jestem odporny.
 
Prochy Eli spoczęły obok grobów jej matki, dziadka i babci, u których się wychowywała oraz przedwcześnie zmarłego brata. Zawsze, gdy jestem na tamtejszym cmentarzu, na ich grobach zapalam świece.
- Dziadku, a dlacego ty cymasz capkę w rękach? - Pzeciez capka jest do wkładania na głowę... - zauważył przytomnie Wnuk-V przy grobie, gdy do niego składana była urna.
Wytłumaczyłem mu, jak dorosłemu. I może dlatego się zatkał.
W trakcie składania kondolencji miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć syna Eli (30 lat), jego żonę (Angielkę) i ich kilkuletniego syna. Wszyscy mieszkają w Anglii. Syn później mi opowiadał:
- Wiesz tato, ciocia Ela często się wypowiadała o synowej - Bo miła i sympatyczna, zawsze  uśmiechnięta, wysoka, zgrabna i ładna, uczynna, rodzinna, niekonfliktowa, z poczuciem humoru, dobrze gotowała, świetnie zajmowała się synkiem, noż, k...a, nie było się czego przyczepić...
Cała Ela... 
 
Po  ceremonii spotkałem się z różnymi ludźmi z dawnych czasów, a przede wszystkim z pierwszym mężem Eli. Z nim mam wiele różnorakich wspomnień. Może kiedyś je opiszę. Stanowił w różnych momentach mojego życia istotną dla mnie osobę, ale potem nasze drogi z różnych powodów się rozeszły. Trochę szkoda. On, jak i niektórzy żałobnicy wybierali się na stypę. Byłem namawiany i zapraszany, ale nie czułem się upoważniony. 
 
Poszedłem na przystanek autobusowy. Teraz dojechać do Sypialni Dzieci to nie jest taka prosta rzecz. Zresztą nigdy nie była. Ale skoro ambitni włodarze Metropolii postanowili przedłużyć linię tramwajową, to musiało się pogorszyć, żeby było lepiej. Na szczęście do godzin szczytu było jeszcze daleko.
Autobus dojechał do granic Metropolii, na pętlę i dalej, do Sypialni Dzieci, trzeba było sobie radzić. Ja obrałem pierwotną metodę, czyli zaufanie swoim nogom i organizmowi w ogóle. Co prawda jakiś podmiejski autobus miałem mieć za 20 minut, ale nie czekałem. Ruszyłem piechotą. Syn mnie kiedyś uprzedzał, że to trwa wtedy 40 minut. Po pierwsze, nigdzie mi się nie spieszyło, po drugie chciałem osobiście sprawdzić, czy to rzeczywiście 40 minut, po trzecie nie chciałem zawracać im głowy i skamleć, jak jakiś stary dziad, o podwózkę, ale przede wszystkim, po czwarte, musiałem wiedzieć, czy podołam, dodatkowo z pewnym bagażem. Takie wyzwanie. 
Podołałem bez trudu. Jaka satysfakcja, którą musiałem natychmiast przekuć na zakup w ich osiedlowym sklepie kilku Pilsnerów Urquelli. 
 
W domu natychmiast zostałem oblężony przez czterech wnuków. Każdy musiał opowiedzieć o Niemczech i Francji, o Monachium i Taize. Trudno było im się dziwić. Okazało się, że Monachium piękne, ale Lyon to bajka.
- Wiesz tato, gdyby było mnie stać, to mógłbym tam mieszkać. - dorzucił Syn.
Synowa podała obiad, po którym zasiedliśmy do rozmów, a raczej do opowiadań. Wśród dorosłych, bo nagle chłopacy zniknęli. Ciekawe, bo pierwszym tematem były autostrady w Niemczech i we Francji, kultura jazdy i różne dziwności, zwłaszcza we Francji. To zajęło sporo czasu, skoro nawiązywaliśmy do naszych, polskich. Resztę sobie odpuściliśmy na jutro.
 
Okazało się, że Wnuk-IV cały czas czaił się na dziadka, żeby ten, jako  piszący, przeczytał jego książkę i ją zrecenzował.
- To nie jest jeszcze książka... od razu zastrzegł - ... tylko fabuła.
Przezornie nie chciałem wchodzić z nim w dyskusję znaczeniową słów wiedząc, czym to się może skończyć. I tak miało być ciężko. Czekał mnie prolog i 5 rozdziałów. Tekst nie zawierał kropek, ani przecinków, więc często gubiłem sens. Na dodatek rzecz działa się w kosmosie, na dziwnych statkach o dziwnych nazwach i z bohaterami, których imiona też były dziwne. Na każdą moją uwagę, a zwłaszcza na fakt, że jest za dużo powtórzeń i że nie ma znaków przestankowych, spotykałem się ciągle z tą samą ripostą.
- Ale dziadek, ja to pisałem w samochodzie, w czasie jazdy o drugiej w nocy!...
No jeśli tak, pomyślałem. 
Niespodziewanie na dole zapadła cisza. Zostałem sam z Wnukiem-IV. Ja czytałem książkę i na karteczkach notowałem uwagi do bloga, a on obok mnie, niczym niezrażony, tworzył książkę, przepraszam... fabułę. 
 
Wieczorem z Synem długo rozmawialiśmy. Synowej nie było, bo pojechała do rodziców po jakieś poświąteczne rzeczy. Tym razem tematów było sporo, w tym jeden główny dotyczący zdrowia. Syn i Synowa powoli dojrzewają do różnych zmian. Na kanwie tej rozmowy, gdy wróciła, kazałem im natychmiast przyjeżdżać do Uzdrowiska (kuj żelazo póki gorące), jeszcze w kwietniu. Wyśmiali mnie. Ale już czerwiec w obliczu natężenia ich spraw wchodził w rachubę.  
 
W okolicach 22.30 czekała mnie niespodzianka. Miałem spać na dole, bo po Taize wszyscy byli wykończeni i chcieli odespać, a poza tym Wnuk-I miał spory katar.
Spanie na dole jest pewnym koszmarem z wielu względów. Bo, gdy już zasnę, każdy z chłopaków przypomina sobie, że strasznie chce mu się pić i tłucze się w kuchni.  Oczywiście nie chce im się pić naraz, tylko po kolei, a ponieważ jest ich czterech... Z kolei Synowa często na noc musi nastawić zmywarkę. No i dwa pieski też mają wiele do powiedzenia. W nocy lubią się przemieszczać skrobiąc sympatycznie pazurami o parkiet. Ale najgorszy jest narożnik. Jedna jego połowa ma doły i wzniesienia, druga zaś, ta niewyrobiona, jest niemożliwie twarda, zbliżona twardością do twardości dechy. 
Korzystając z moich doświadczeń wszystko dało się załatwić. Przypilnowałem, żeby chłopakom zachciało się pić wcześniej, Synowa obiecała, że zmywarki nie nastawi, a pieski wyekspediowało się  na noc do wiatrołapu, który z racji malutkiej powierzchni uniemożliwiał im przemieszczanie się, żeby nie powiedzieć łażenie jako takie. Pozostawał narożnik. Otrzymałem od Wnuka-II jakiś dziwny materac, który został ułożony na tej twardej części narożnika. Było całkiem nieźle, tylko należało uważać, żeby nie spaść w nocy z wysoka na podłogę, albo z niska na tę część z dołami i wzniesieniami.
Dałem radę.  
 
ŚRODA (08.04)
No i dzisiaj wstałem o 07.30.
 
Jak na dziwne warunki nawet się wyspałem.
Syn mnie zaskoczył, bo zaraz po mnie pojawił się na dole. Na dodatek przytomny, energiczny i w dobrym nastroju. Zrobił mi nawet kawę sypankę zapobiegając odpluwaniu fusów, bo zastosował bibułowy filtr. Nawet mnie do tej metody przekonał.
- Tato, a gdybyśmy mieli ekspres do kawy, to jaką byś pił? - zaskoczył mnie.
- Absolutnie z ekspresu.
Ciekawe, co też im chodzi po głowie. 
Syn zawiózł Wnuka-II do pociągu (szkoła), a my we trójkę, jeszcze przed śniadaniem, z Wnukami-III   i IV, zagraliśmy w 3-5-8. Musiałem pokazać leszczom, gdzie ich miejsce. 
 
Po śniadaniu znowu z Synem wszedłem w gadki. A za jakiś czas on sam zaproponował kierki. 
- Będę walczył o trzecie miejsce... - śmiał się.
Faktycznie nikt nie może zrozumieć, dlaczego praktycznie zawsze zajmuje ostatnie miejsce. Może przeszkadzają mu dobre umiejętności brydżowe i "nakaz" z tej gry "brać jak najwięcej". A w kierkach jest zupełnie inaczej. No, cóż - zająłem I miejsce z olbrzymią przewagą, drugie ex aequo Wnuk-III i  IV, a Syn...
 
W domu nastąpił dziwny i dość długi okres ciszy. To sobie sporo poczytałem. A gdy z góry w końcu zszedł Wnuk-I, sam zaproponował warcaby. Pierwszą partię przegrałem, w drugiej go rozniosłem, trzecią znowu wygrał, a w czwartej modliłem się o remis, do czego udało mi się po mękach doprowadzić. Stan rywalizacji 2,5 : 1,5.
- Ale ty wiesz, że ja już z tobą na pieniądze nie gram. - Zbankrutowałbym. 
- Dziadek, ty już to ostatnio powiedziałeś w Uzdrowisku, gdy po raz ostatni po przegranej partii dałeś mi 50 zł. 
 
Wieczorem, już do pójścia spać, zapanowała totalna cisza. Synowa wyjechała z Wnukiem-IV na krav magę, a Syn na spotkanie z kolegami z paczki. Reszta gdzieś zniknęła na górze. Niczym nie niepokojony skończyłem Kamień Kuźmińskich. Jeszcze tylko dopilnowałem pieski, aby zaległy w wiatrołapie i o 22.30 zasnąłem. Nawet specjalnie nie przeszkadzały mi powroty domowników.
 
CZWARTEK (09.04)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Najpierw planowałem wstać o 07.30 mając na uwadze pierwotny zamysł wyjechania od Wnuków o 09.30 (pociąg do Metropolii o 09.50; taki miałem bilet), czyli spokojny rozruch, kawę i śniadanie. 
- Tato, a nie chciałbyś jutro wyjechać o 09.09 razem z Wnukiem-II, bo będę go odwoziła na dworzec?... - usłyszałem wczoraj propozycję Synowej. 
Oczywiście, że "chciałem", żeby ułatwić im życie. Bo na ósmą Synowa na ten sam dworzec odwoziła Wnuków-III i IV, godzinę później miała odwozić Wnuka-II, a trochę później, na inny dworzec Syn miał z kolei odwozić mnie. Więc po co to wszystko, skoro i tak nie spałem od szóstej przewalając się z boku na bok i czekając alarmu o 07.15. Nie doczekałem i zwlokłem się o 07.00. Miałem za to poranny spokój, bo ze wszystkim się wyrobiłem.
Ostatecznie na dworzec zawiózł nas Syn.
 
Tą trasą do Metropolii jechałem pierwszy raz. Stąd ciekawie oglądałem nowe miejsca i stacje nie podejrzewając nawet, że takie są. Pociąg jechał na dworzec główny objeżdżając wokoło całą Metropolię, co dodatkowo stanowiło atrakcję. Zabawne jeszcze było to, że nowy bilet kupowałem w pociągu u młodego konduktora, który z moją ulgą "osoby represjonowanej" miał problem, dwa razy przypatrywał się legitymacji, szukał w tym swoim urządzeniu, pytał A pan może już kupował taki bilet na tej trasie?, by w końcu sprzedać mi go za trzy złote. Uśmiałem się w duchu, mimo że tamten, stracony, kosztował mnie 5 zł (prawie jeden Pilsner Urquell w plecy).
 
Do odjazdu pociągu do Uzdrowiska miałem ponad półtorej (półtora - dziennikarze i politycy) godziny. Standardowo czas spędziłem w Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii. Najpierw w Inmedio kupiłem Angorę, żeby było co czytać, potem polazłem do toalet, by wrócić do Sowa Caffe.
Zamówiłem sobie najmniejszą czarną i drożdżówkę z serem. I gdy zacząłem się ulokowywać akurat przy tym samym stoliku, co we wtorek, pozbywszy się torby i wieszając kurtkę na wieszaku, zorientowałem się, że zniknęła czapka. Niedobrze z wielu względów. Bo koszt nowej, na dworze zimny wiatr, no i Żona...
Poszedłem do bufetu, do pań, żeby wstrzymały realizację mojego zamówienia Bo zgubiłem czapkę i idę jej szukać! Do toalet szedłem precyzyjnie tą samą drogą rozglądając się dokładnie dookoła i zaglądając do wszystkich koszów na śmieci uważnie je lustrując niczym klasyczny menel. Musiałem założyć, że znalazca lub sprzątaczka mogły tak postąpić i starą i wyświechtaną czapkę tam wyrzucić.
Czapki nigdzie nie było. W drodze powrotnej tak samo. Można by powiedzieć, że im bardziej zaglądałem do środka wszystkich kubłów, tym bardziej czapki tam nie było
Zachowując spokój poszedłem do takiej specyficznej recepcji-informacji ulokowanej w stylu open space.
- Proszę mi powiedzieć, czy u państwa jest biuro rzeczy znalezionych i jeśli tak, to gdzie?
- Jest! - U mnie! - młoda dziewczyna się wzbudziła mając wreszcie jakieś zajęcie. - A co pan zgubił?
- Czapkę...
- A kiedy?
- Jakieś 10 minut temu...
- A to jeszcze u mnie nie może być. - Za wcześnie... - Zanim dotrze któraś ze sprzątaczek, albo ktoś z ochrony, a nawet klient... 
- A to ja będę w kawiarni jeszcze z godzinę, to potem zajrzę do pani...
- Zapraszam, mam nadzieję, że się znajdzie... - dodawała mi ducha. 
Dość zrezygnowany i w zasadzie pogodzony ze stratą zacząłem wchodzić do kawiarni, gdy coś mnie tknęło - Inmedio! 
- Nie znalazła się może tutaj męska czapka?! - nie zważając na dwie klientki, w bliskim mi wieku, wydarłem się do sprzedającej pani. Kiwnęła tylko głową, bez uśmiechu, w jakimś kierunku. Natychmiast podążyłem za jej wzrokiem. Na słupku wisiał dorobek mojego życia.
- Boże! - w euforii nadal się wydzierałem. - Gdybym wrócił do domu bez niej, to byłaby już trzecia taka sama zgubiona przeze mnie i żona by mnie zabiła!
Sprzedawczyni, na oko z 35 lat, jeszcze bardziej się zacięła. Tłumaczyłem sobie, że właśnie musi być w poważnym, pierwszym kryzysie małżeńskim, albo może wcale nie była żoną, a chciała, nawet taką, która "zabija"męża. Za to obie klientki, które już niejedno przeszły i miały dystans, w tym do "zabijania" mężów, wyraźnie się uśmiały. 
 
Wróciłem do "biura rzeczy znalezionych" machając z daleka czapką. Pani od razu zwróciła na mnie uwagę, bo nadal nie miała niczego do roboty.
- Znalazłem! - informowałem entuzjastycznie. - Była w Inmedio, gdzie kupowałem Angorę. 
- O, to super! - pani autentycznie się ucieszyła.
- Bo wie pani, gdybym wrócił do domu bez niej, to byłaby już trzecia taka sama zgubiona przeze mnie i żona by mnie zabiła!
Pani szczerze się roześmiała. Tłumaczyłem sobie, że jako dwudziestopięciolatka albo nie jest jeszcze w związku małżeńskim, albo już w nim jest, ale od bardzo niedawna i do głowy nie przychodzi jej myśl, że męża można "zabijać", więc z tego punktu widzenia takie dowcipy ją bawią.
- Przepraszam, że zawracałem głowę...
- Ależ nic się nie stało, najważniejsze, że czapka się znalazła.
- Chyba jednak mężatka - pomyślałem - bo skąd taka reakcja i dojrzałość?...
Dalszy pobyt w Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii przebiegł gładziutko i milutko. Wróciłem do Sowa Caffe i odblokowałem swoje zlecenie informując tylko panią dość lakonicznie, że czapkę znalazłem. O "zabijaniu" już nie śmiałem nic mówić chcąc spędzić w kawiarni relaksującą godzinę i nie być pod obstrzałem innych klientów.
 
Pociąg wystartował mega(!) punktualnie i przyjechał do Uzdrowiska mega(!) punktualnie. Po drodze kompletnie "nic się nie działo", można powiedzieć "same nudy". 
W domu byłem o 13.20. Najpierw musiałem się przywitać z Pieskiem, który na tę okoliczność dość rączo zszedł z góry opuszczając legowisko, co należało docenić. Pani oczywiście nie miała nic przeciwko, że jej mąż najpierw się wita z Pieskiem. Co więcej, była z tego faktu bardzo zadowolona.
Po natychmiastowym żwaczku od Pana mogliśmy spokojnie zasiąść w Salonie przy rozmowach i relacjach. Żonie wszystko opowiedziałem, w tym o różnych smaczkach z mojego wyjazdu (o czapce nie), Żona zaś szczegółowo opisała wczorajszą wizytę oglądaczy.
 
Była o tyle nietypowa, że przyjechało aż sześc osób, w dwa auta. Wszyscy wracali z Tyrolskiej Wsi do Innej Metropolii, więc ten ich pobyt w zasadzie nie był zaplanowany. Poza tym, co ciekawe, nie znali Uzdrowiska. Według "dociekliwości" Żony był dziadek, jego córka (zdaje się, że główny sponsor) oraz jej dwóch synów (około trzydziestki) z żonami lub partnerkami. Jeden z nich był ewidentnie zainteresowany, wszystko oglądał ze szczegółami, dopytywał i komentował, drugi się nudził i całą sprawę miał wyraźnie w dupie (to moje słowa) na tyle, że dość szybko zniknął gdzieś na spacerze ze swoją połowicą. Dziadek i córka też się interesowali, natomiast partnerka młodego chyba. Praktycznie się nie odzywała. Była z jakiegoś innego kraju, rozumiała o czym się mówi, ale, gdy się odzywała, to z jakimś dziwnym akcentem 
- Ty, gdybyś był, to od razu byś wiedział... - Żona kilka razy podkreślała, nawet bez przekąsu, fakt, że bym od razu wiedział (jakie pokrewieństwo między nimi, kto bezpośrednio jest zainteresowany, czym się zajmują, gdzie mieszkają, jakiej narodowości była ta młoda dziewczyna). 
- Mamy się nad czym zastanawiać... - podsumowali swój pobyt.
Zapewne tak, zapewne nie, bo droga długa i kręta, często prowadząca donikąd. 
 
Było wiadomo, że raczej prędzej niż później dopadnie nas schyłkowość. Pierwszej nocy i Żona, i ja spaliśmy w miarę, w miarę, natomiast drugiej oboje źle. No i ten dobijający w tej sytuacji II Posiłek.
Stać nas było na oglądanie amerykańskiej komedii romantycznej z 2013 roku Ani słowa więcej, ale tylko do połowy. Drugą postanowiliśmy obejrzeć jutro.  
Film pojawił się tylko na zasadzie zapchajdziury, bo w poniedziałek skończyliśmy oglądanie miniserialu Miłość i śmierć i planujemy wejść w jakiś kolejny. Ten nasz skończył się  zgodnie z oczekiwaniami. Na końcu ciekawe były zdjęcia pierwotnych bohaterów, na historii których serial nakręcono, z opisem ich dalszych losów.
 
PIĄTEK (10.04)
No i dzisiaj wstałem o 04.50.
 
Nie mogłem dalej spać, mimo dwóch takich sobie nocek u Wnuków. Patrząc z kolei z drugiej strony to wczoraj usnąłem natychmiast, ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, już o 20.00. Więc chyba organizmowi wystarczyło.
Nie minęło 20 minut, gdy usłyszałem żonine kroki. Myślałem, że się zaniepokoiła, dlaczego tak wcześnie wstałem, ale przyczyna była inna. Nad ranem odkryła kleszcza. Gnój wbił się w kark, na granicy z włosami. Wyrwałem go, wrzuciłem do ognia, a miejsce zakropiłem płynem Lugola. Za jakiś czas Żona wróciła do łóżka. Musiała go przedwczoraj złapać w ogrodzie, gdy oprowadzała oglądaczy. 
Dalej wszystko potoczyło się porannym domowym trybem.
 
Pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem pojechaliśmy w Uzdrowisko na zakupy (Socjalna i Biedra) i w sprawach. Odwieźliśmy pranie, w bibliotece udało mi się wypożyczyć czwarty, ostatni tom etnokryminału Małgorzaty i Michała Kuźmińskich Mara, ale najważniejszy był Urząd Gminy. 
- Pozwolisz, że tylko ja będę rozmawiała z panią... - Żona od razu zastrzegła chcąc sprawę załatwić po swojemu, czyli ją załatwić. 
- Jak najbardziej... - zapewniłem ją. 
A co to, ja nie chcę, żeby sprawa była załatwiona? Fakt, że poprzednim razem, gdy byłem u pani sam, atmosfera z minuty na minutę gęstniała, zwłaszcza gdy ją przyłapywałem na niekonsekwencjach i przyszpilałem pytaniami, na które ona nie chciała odpowiedzieć lub nie mogła. 
Dzisiaj pani była nie ta, to znaczy ta, ale inna, jeśli się dobrze rozumiemy. Z Żoną się strasznie rozgadała, na tyle, że informowała ją nawet o swoich prywatnych sprawach (poprzednio ze mną nie chciała i zbyła mnie wtedy okrutnym milczeniem) i opowiedziała nam o wielu miejscach, nowo stworzonych przez gminę, a godnych zobaczenia. Meritum, z którym przyszliśmy, na całe 20 minut pobytu, zajęło może z pięć, w tym z napisaniem krótkiego pisemka do Burmistrza, aby ten wyraził zgodę na dzierżawienie śmiesznej połaci ziemi (pasek 81m2) mieszczącej się między naszą działką a chodnikiem (w ogóle to jednak dziwna sprawa, ale przecież się nie odzywałem) na cele ogródka przydomowego. Według pani rzecz tę należało sformalizować, chociaż ta połać od ponad 40. lat taką funkcję pełniła.
- Ona na ekranie pokazała tobie nawet całą Piękną Uliczkę ze wszystkimi naniesionymi działkami?... - podziwiałem nasz pobyt w urzędzie. - Nawet, żebyś lepiej widziała, obróciła w twoją stronę monitor... 
- Bo ty masz taką manierę, że ustawiałbyś od razu ludzi do pionu!... Żona w analizach jest dobra pomijając fakt, że żyjemy razem 26 lat. - A tego nikt nie lubi.
- Ale zaraz... - nie odpuszczałem - ... kto jest dla kogo?!  - Pani urzędnik dla mnie, czy ja dla pani urzędnik?!...
- Boże, na jakim ty świecie żyjesz? - Żona przewróciła oczami. 
Nie kontynuowałem, bo przecież sprawa została załatwiona i dodatkowo wyszedłszy z urzędu byliśmy w dobrych nastrojach, a przecież bywało różnie i mogło być różnie. Z drugiej strony nie mogło być inaczej, skoro się nie odzywałem.
- Jeszcze tylko (bez cudzysłowu - uwaga moja) muszą kilka miesięcy potrwać wszystkie urzędnicze procedury... - pani je nam po kolei wyjaśniała i dlaczego muszą być, tak że włos się na głowie jeżył z racji marnowania czasu i bicia piany, czyli dawania "pracy" całej rzeszy podobnych jej osób.                 - Wszystkie muszą być spełnione, pomiędzy nimi musi przebiec pewna ilość czasu określona ustawą, bo w razie kontroli... - pani dramatycznie zawiesiła głos. - Bo samo przygotowanie umowy i podpis Burmistrza to 15 minut. 
Nadal nie odzywałem się w stylu fałszywego i jątrzącego zdziwienia O, to jeszcze jest cała rzesza urzędników, która kontroluje urzędników?!... Ale gdybym tak zrobił, czy byłoby to stawianie pani do pionu?...
Po powrocie do domu, po ogarnięciu się z rozpakowaniem zakupów i po drobnych pracach, pisałem. 
 
Dzisiaj Wnuk-V kończył ctery(!) latka. Umówiłem się z Córcią, że gdy "odzyska" dzieci, to zadzwoni, żebym mógł złożyć życzenia. Rozmowy nie było żadnej mimo namów matki, żeby chociaż powiedział "dziękuję". Co nie powiedziałem, w odpowiedzi słyszałem cały czas i konsekwentnie "papryka!". Szajbus jeden. Coś za bardzo wchodzi w surrealistyczny humor.
- Tato, ma cztery lata i na razie nie można od niego wiele oczekiwać.
Z Córcią też za bardzo nie porozmawiałem, bo miała umówioną wizytę u okulisty. Wnuczkę od jakiegoś czasu boli głowa i są podejrzenia, że to może od oczu. 
 
Do szukania naszego... aktu ślubu zabierałem się, jak pies do jeża. Ale po II Posiłku nic już nie mogło od poszukiwań mnie odciągnąć. Żona w trakcie mojego pobytu u Wnuków przetrzepała sześć segregatorów telefonicznie przeze mnie wskazanych i nie znalazła. To mnie trochę zaniepokoiło.
Już miałem iść do piwnicy i szukać w "wymyślonych" miejscach, ale Opatrzność w postaci Żony  nade mną czuwała. Bo jej powiedziałem o tym pomyśle, na co ona przypomniała mi, że na stryszku Chyba kiedyś jakieś segregatory odłożyłeś
Były trzy, a w jednym na samym wierzchu piękny akt ślubu. Aż się podwójnie wzruszyłem, bo dawno go nie widziałem. W żadnym momencie go nie potrzebowaliśmy. Aż do teraz. Prawnik Gitarzysta i Po Puszczy Chodząca poprosili o skan, który będzie potrzebny do prowadzonej przez nich naszej sprawy.
- Wiesz, gdybym go nie znalazł w piwnicy - zareagowałem z wielka ulgą - to wpadłbym w lekką panikę...
- Niepotrzebnie... - Pamiętałam, że jakieś segregatory na stryszek targałeś. 
 
Wieczorem dokończyliśmy film Ani słowa więcej. Zostawił bardzo miłe wrażenie i to jest chyba najwłaściwsza jego ocena. A najważniejsze, że zakończył się inteligentnie, lekko, bez łopatologii.
 
SOBOTA (11.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Nareszcie poranek przebiegł według naszych standardowych rytuałów. Po porannym rozruchu ja miałem onan sportowy, a Żona 2K+2M. 
Dzisiaj Czarna Paląca kończyła 65 lat. Z samego rana wysłaliśmy do niej smsa z życzeniami. O tak wczesnej porze (08.30) nie odważyliśmy się do niej dzwonić, bo moglibyśmy być na odległość zagryzieni. Nawet jeśli już wstała, to po pierwszej kawie nadal była nieprzytomna i sztuczne, telefonem, przywoływanie jej do natychmiastowej przytomności nie byłoby mile widziane, eufemistycznie mówiąc. Wieloletnie doświadczenie mówiło nam, że należy w takich razach odczekać przynajmniej do trzeciej kawy i wtedy się odważać.
Już o 08.55 odpisała:
Dobra... Obudziłam się, wypiłam trochę kawy i... Dziękuję :) Na tyle mnie aktualnie stać intelektualnie. Pewnie później będzie lepiej (pis. oryg.) 
Wysłałem też smsa do Bratanicy i Siatkarza informując ich, kiedy przyjadę do nich jutro i kiedy w poniedziałek od nich wyjadę. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem pisałem i popracowałem w drewnie. 
A po nim na dobre ugrzęźliśmy w planach finansowych sięgających maja włącznie oraz w dokumentach. Średnio przyjemne, ale konieczne. Po czym wróciłem do pisania. Nadrobiłem zaległości.
 
Wieczorem zaczęliśmy oglądać serial The Newsreader, australijski z 2021 roku. Natychmiast stwierdziliśmy, że będziemy oglądać.
 
PONIEDZIAŁEK (13.04)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Totalnie niewyspany i po powrocie do domu zmęczony. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy i wysłał dwa życzliwe smsy. Zmiana taktyki?...
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz, w piątek. U podnóża schodów wydała z siebie porządny, lampucerowaty jednoszczek. Tylko dlatego, że Państwo w swojej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności akurat przypadkiem udali się razem na górę, a według Pieska była pora żwaczka (13.00). Według Państwa nie, ale to przecież niczego nie zmieniło. Oboje od razu zeszli na dół i Piesek otrzymał to, czego się bezczelnie domagał. Najlepsze, że Państwo byli bardzo zadowoleni patrząc jak Piesek dogłębnie i systematycznie rozprawia się z potężnym żwaczem. Taki dzielny Piesek!...
Godzina publikacji 17.46.
 
I cytat tygodnia:
Czasami ludziom zdarza się potknąć o prawdę, ale większość prostuje się i idzie dalej, jakby nic się nie stało. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).