poniedziałek, 6 kwietnia 2026

06.04.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 124 dni.
 
WTOREK (31.03)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Po porannym rozruchu sporą część poranka poświęciłem na czytanie obszernych informacji o... Winstonie Churchillu. I dopiero potem zabrałem się za cyzelowanie.
Po I Posiłku pojechałem na zakupy. Myślałem, że wybrałem się na tyle wcześnie, żeby uniknąć korka i iluś cykli świetlnych, ale widocznie panował już rytm przedświąteczny, bo wpakowałem się w korek i stałem na czterech zmianach świateł. 
Gdy wróciłem, Żona obśmiewała się, bo właśnie przeczytała poprzedni wpis.
- Ledwo skończyłam poniedziałek z tym tekstem: 
Na Święta do nas nie przyjadą. Planują jechać do Ojca Pasierbicy.
- Nie byliśmy już tam z pół roku...
Do tego planu się nie przywiązuję, bo Ojcu Pasierbicy, jak uczy doświadczenie, w każdej chwili może coś wyskoczyć, o czym sama Pasierbica wspomniała. Trzeba więc być w pogotowiu z sałatką warzywną i z sosem tatarskim,
gdy zadzwoniła Pasierbica.
- Jednak na święta przyjeżdżamy do was...
Okazało się, że Ojciec Pasierbicy z całą rodziną, czyli z trzecią żoną i ich córką na święta idą do córki trzeciej żony Ojca Pasierbicy z jej pierwszego małżeństwa. 
 
Długo nie mogłem się zabrać za przygotowanie dolnego apartamentu. Trzydziestodniowa przerwa wybiła z rytmu, zdemoralizowała, ale w końcu, trochę przyciśnięty czasem (goście mieli przyjechać o 16.00-17.00), zacząłem sprzątanie około 14.00. Po godzinie byłem po robocie. Do picu przystąpiła Żona.
 
W oczekiwaniu na gości siadłem nad onanem sportowym. I hurraoptymistycznie w kalendarz wpisałem czerwcowe terminy meczów Polski z Tunezją, Holandią i Japonią w naszej grupie na mistrzostwach świata. Czyli, że dzisiaj pokonamy Szwedów wieczorem u nich, w Sztokholmie, 2:1 i na mistrzostwa do Stanów pojedziemy. Bo, jak powiedział Winston Churchill Pesymizm jest przywilejem młodych. W starszym wieku nie ma się na to czasu.
 
Goście przyjechali o 15.50. Mimo korków koło Metropolii. Jechali ze Stolicy. Para, w wieku emerytalnym, miła i kontaktowa. Od razu zrobiło się sympatyczniej, gdy pustkę na podjeździe wypełniło ich auto. 
 
Po II Posiłku profilaktycznie godzinę pospałem, żeby być w dobrej kondycji w trakcie meczu. Po czym dość szybko udaliśmy się na górę, żeby spokojnie obejrzeć kolejny odcinek miniserialu Miłość i śmierć tak, żebym już najpóźniej o 20.15 był na dole i stawił czoła reklamom. Było ich 11, skończyły się "planowo", więc cały mecz (wejście piłkarzy i sędziów na boisko, hymny, losowanie oraz mecz "właściwy") widziałem od początku.
Przegraliśmy 3:2. Nie pierwszy raz okazało się, jak inną dyscypliną sportową jest piłka nożna. Tu absolutnie nie wystarczy, jak chyba we wszystkich innych, że jest się lepszym. A Polacy byli lepsi we wszystkich elementach (emelentach) - posiadali miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki (jakieś 69%), w rzutach rożnych (to świadczyło o ich przewadze), w strzałach na bramkę, w tym celnych oraz w taktyce. Ale wystarczyły dwa błędy, żeby w zasadzie bramki Szwedom podarować. A piłka nożna w takich razach jest bezwzględna i okrutna. O dojrzałości naszych świadczył również fakt, że za każdym razem prowadzili Szwedzi, co nas nie zrażało i dalej graliśmy swoje, konsekwentnie, niczym Niemcy.
W ostatnich minutach, gdy przeciwnicy strzelili trzecią bramkę, zabrakło czasu, aby wyrównać i doprowadzić do dogrywki.
Jak mówi stare powiedzenie - piłka nożna jest prostą grą. Wystarczy strzelić o jedną bramkę więcej niż przeciwnicy. Można mieć wszystko, ale liczy się tylko i wyłącznie skuteczność. A w tym elemencie (emelencie) Szwedzi byli lepsi i to oni pojadą na mistrzostwa świata. Perfidią piłki nożnej dodatkowo było to, że w całych kwalifikacjach przegraliśmy mecz najlepiej przez nas rozegrany.
No, cóż... Mistrzostwa będzie się oglądać spokojnie, z pewnymi emocjami, ale co to za emocje, gdy nie grają nasi?!...
 
Kładłem się spać nawet niezgorzkniały. Lata nauczyły mnie dystansu... 
 
ŚRODA (01.04)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
 
Po porannym rozruchu starałem się wkręcić, najpierw Pasierbicę, potem Konfliktów Unikającego, Czarną Palącą i Bratanicę w primaaprilisowe żarty. Udało się z Bratanicą i z Czarną Palącą. Do innych nie pisałem z różnych względów.
Po I posiłku pojechaliśmy do City na świąteczne zakupy. Obskoczyliśmy Leroy Merlin (nasiona pietruszki, cukinii, silikon bezbarwny i diament do cięcia  szyb) oraz Carrefour i Biedronkę. W domu byliśmy już o 13.00. Chciałbym zawsze w tak krótkim czasie, bez kolejek, korków, bez frustracji i  stresu robić świąteczne zakupy. A grubo przed 14.00 śladu po nich nie było widać. Wszystko rozpakowane i pochowane i można było wrócić do codziennych czynności. Ja pisałem i oddałem się onanowi sportowemu unikając, jak tylko mogłem komentarzy dotyczących wczorajszego meczu, bo cóż one mogły wnieść, a Żona zaczęła gotować II Posiłek na dwa dni.
 
Zaraz po odsapce rozkręciłem kombajn malowania (malujący, malowniczy - inne znaczenia). Ciemnym palisandrem pomalowałem ławkę, na tarasie dwie skrzynie do upraw pietruszki i tymianku, na górce podpórki płotu, żeby swoją niepomalowaną drewnianą fakturą nie rzucały się w oczy, wszystkie listwy antyosowe i jeden szczebel z furtki, przy chodniku, który wymieniłem dwa lata temu i tak niepomalowany odróżniał się od reszty ogrodzenia (w piwnicy Prominent zostawił górę zapasu). Tu zadziałał klasyczny mechanizm - szczebla nie pomalowałem od razu, więc oczywiście kłuł w oczy i kłuł, bo się odróżniał od reszty, aż w końcu przestał, bo się przyzwyczaiłem i już go nie dostrzegałem. Ale dostrzegała Żona i pamiętała, więc gdy tylko zobaczyła w moich rękach puszkę z farbą i pędzel...
Wszystko to przy pięknym i ciepłym słoneczku.
 
Po II Posiłku z przyjemnością popracowałem w szklarni. Na całej powierzchni ziemi, bez wyjątku, rozsypałem koński nawóz w granulkach i podlałem deszczówką. Teraz jeszcze tylko ziemię przekopię, zgrabię i będzie można sadzić pomidory. To wszystko zapewne wbrew ogrodniczej sztuce!...
Na koniec dnia podlałem biohumusem malutkie pomidorki.
 
Po wieczór zadzwoniła Trzeźwo Na Życie Patrząca. Zgodnie z umową. I  dokładnie nam opowiedziała, jak wyglądał jej pierwszy dzień pracy w nowym miejscu. Każdy aspekt dogłębnie roznicowaliśmy.
Od jej stanu wczoraj wieczorem i w nocy (była nad podziw spokojna i dobrze spała), ubioru (dżinsy i biała bluzka), podróży do pracy (stanie w korkach nawet przy jeździe tramwajem), budynku (olbrzymi labirynt, przynajmniej dla niej, bo nie ma orientacji w terenie), raźniejszego startu, bo była w gronie siedmiu osób, które dzisiaj, tak jak ona, rozpoczynały pracę, po różne szkolenia i pierwsze kontakty z szefostwem i okrutną korpomowę, której tyle nie doświadczyła przez 19 lat pracy w poprzedniej korporacji, a której w sporej części nie rozumiała i będzie musiała się jej nauczyć. Straszne. Ale ogólnie cały dzień wypadł pozytywnie i teraz powinno być już tylko lepiej, zwłaszcza że jutro i pojutrze będzie pracować zdalnie w domu (szkolenia?), a to zawsze miękkie lądowanie.
 
Jej Partner, Konfliktów Unikający, był akurat na kręglach, więc nie mogliśmy mu z marszu złożyć urodzinowych życzeń. Dzisiaj kończył 59 lat. O fakcie, że jest już w domu smsem dała nam cynk Trzeźwo Na Życie Patrząca, więc zadzwoniliśmy. Oczywiście 59 lat temu jego ojciec na informację Ma pan syna (Konfliktów Unikający jest najstarszy spośród rodzeństwa, pierworodny, co, zdaje się, dotarło do mnie dopiero dzisiaj), opierał się przed tą informacją sądząc, że prima aprilisowo wpuszczają go w maliny. 
We dwoje wieczorem mieli iść do jakiejś knajpki na drina, żeby uczcić ten fakt. 
 
Po raz pierwszy od wielu dni kładąc się do łóżka zupełnie nie czułem zmęczenia. Czyżbym całkowicie wrócił do pełni sił?...
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek miniserialu Miłość i śmierć. Działo się. Już wcześniej Żona trafnie oceniła jego aurę Bo niby kompletnie nic się nie dzieje, a panuje jakieś dziwne napięcie... 
Twórcom, trzeba przyznać, udało się.  
 
O 19.55 napisał Po Morzach Pływający.
Niedługo będzie cieplej. Lecimy do Portugalii.
PMP
PS.
Wczoraj było tak.... Spotkałem się z dawno niewidzianym znajomym Irlandczykiem. Było pysznie  
(pis. oryg.)
Na jednym dołączonym zdjęciu było pokazane piękne wejście z witryną THE FERRYPORT BAR GUINNESS, a na drugim pokal z tym trunkiem. Ulubionym przez Po Morzach Pływającego. 
 
CZWARTEK (02.04)
No i dzisiaj wstałem o  06.30. 
 
Po porannym rozruchu pisałem.
I już przed 09.00 byłem po kurczaka zagrodowego. Bo Krajowe Grono Szyderców pamiętało poprzedniego, pysznego, upieczonego w kuchennym piekarniku i ustami Pasierbicy, sporo poniewczasie, zadało niewinne pytanie A będzie pieczony kurczak?... (głowę bym dał, że się pisze po niewczasie). 
Dostawy nie było. Zaprzyjaźniona pani nie wiedziała, czy w ogóle będzie, a jeśli tak, to nie wiadomo co.... To zostawiłem jej karteczkę z nr telefonu. Jeśli kurczak się pojawi, zadzwoni. Bo w Uzdrowisku w tych kwestiach panuje Powiatowstwo.
Oczywiście przy okazji dokupiłem drobiazgi. Końca nie widać.

W międzyczasie Syn wysłał zdjęcie czterech budrysów na tle jakiejś świątyni z pytaniem Gdzie to? :)
W pierwszym odruchu stawiałem na Lyon, ale wydawało mi się, że z Taize to za daleko, więc postawiłem na Macon. I w dalszym ciągu dopraszałem się o zdjęcia z Taize.
(...) Z Taize trudno o zdjęcia. Tu wszystko jest proste, w zasadzie nie ma czego fotografować. Kościół niski,  drewniany, jak barak. Domek barak, bez prądu nawet żeby telefon naładować. Minimalizm i prostota, ale postaram się coś wysłać. (pis. oryg.)
 
Ledwo zjadłem I Posiłek, a już zabrałem się za różne frakcje drewna. I na to zadzwoniła pani.
- Kurczak czeka i jest bezpieczny...
To w te pędy pojechałem.
 
Do 14.00 siedziałem na dworze (słoneczko i gorąco). Przesiałem z kompostownika jedną taczkę ziemi, żeby uzupełnić w szklarni ubytki (oprócz pomidorów chcę posadzić, jak zwykle dymkę, i posiać po raz pierwszy cukinię), domalowałem płot przy tarasie, bo Żona dostrzegła pewne konieczności, no i wreszcie taras sprzątnąłem po wszystkich pracach. Nabrał jakiegoś takiego świeżego sznytu.
 
Troszeczkę odsapnąłem przy pisaniu i zabrałem się za górny apartament. Jutro mają przyjechać nasi stali goście. Którzy? Nie pamiętałem. Żona sugerowała, że to może być ta para z "niemą" nastolatką, której to ojciec przy powitaniach i pożegnaniach obłapia moją rękę swoimi dwiema. Trudno świetnie.
Po II Posiłku odgruzowałem się na 90 %. Wykorzystałem górną łazienkę gości, skoro była nagrzana. 

Wieczorem zadzwoniła Pasierbica. Ma być jeszcze inaczej niż w pierwotnych, wstępnych planach. Otóż jutro przyjedzie Intercity z dziećmi Bo przynajmniej będę wiedziała, że będziemy mieć miejsca siedzące. Przesiadka w City, godzina czekania i pociąg do Uzdrowiska. A z tym ostatnim to nie wiadomo i wszędzie, na różnych forach, na oficjalnych stronach kolei i naszego burmistrza informacje nie są jednoznaczne. Bo od 16. marca jest remont torowiska, aż do planowanego października i ma funkcjonować zastępcza komunikacja autobusowa. Ale ponoć pociągi do Uzdrowiska mają jeździć, a dopiero od niego do Uzdrowiska III ma być autobus. Ale diabli wiedzą... Przekonamy się jutro.
Do City po Pasierbicę i Q-Wnuki jechać nie mogę, bo nie mam fotelików. 
Z całej tej podróży Pasierbica nie robiła żadnych problemów, mimo że w Uzdrowisku będzie dopiero przed 20.00.
- Bo z bagażu mam tylko małą walizeczkę. - Jutro przyjedzie autem Q-Zięć i wszystko dowiezie.
Q-Zięcia urządziła jego firma. Jeszcze w sobotę rano będzie musiał pracować, być może tylko dwie godziny, ale to wystarczyło, żeby wprowadzić pewien chaos 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek mini serialu Miłość i śmierć. I trochę poczytaliśmy.
 
PIĄTEK (03.04)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Tak wcześnie chyba przez pełnię.
I chyba przez nią jest wyżowo, bo codziennie rano są lekko ujemne temperatury. Dzisiaj -2. Ale za to później jest pięknie - słonecznie i ciepło.
Rano pisałem. I jeszcze przed I Posiłkiem skopałem i zgrabiłem ziemię w szklarni, jakieś 2/3 jej zasobów. A po nim zabrałem się za sprzątanie naszego dołu - dywaniki, odkurzanie i na mokro. 
To zawsze nieźle daje w kość, zwłaszcza odkurzanie, ze względu na zróżnicowane podłoże, różnorakie meble do odsuwania i  zasuwania i oczywiście ze względu na powierzchnię. 
 
O 13.00, jak zapowiadali, przyjechali goście. Ci, których trafnie zdefiniowała Żona. Moja dłoń została dwa razy objęta jego dłońmi, najpierw, gdy jeszcze nie wysiadł z samochodu, ale już należało się przywitać przy otwartej szybie, a potem, gdy pan wysiadł To przywitajmy się jeszcze raz!  
Ale czy było niesympatycznie? Nie! Są u nas już trzeci raz I nie mogliśmy się doczekać, tak się stęskniliśmy za tym miejscem. Doskonale to rozumieliśmy wspominając Pucuś. Oczywiście, że ich polubiliśmy i wszystko wskazuje, że z wzajemnością, skoro... Córka nie wysiadała z auta.
 
Zaraz potem pojechałem na zakupy... Pretekstem była Socjalna, gaz, bo wyszedł, nomen omen, a może się w święta przydać. To oczywiście od razu ruszyła drobna lawinka zakupowa.
Ledwo z Socjalną wyjechałem na jedną z głównych ulic City, a już zatrzymałem się w korku. Omijając go niezgodnie z przepisami udało mi się dostać na stację paliw, zatankować i jadąc pod prąd z niej wyjechać, by wrócić do domu.
- Co tak szybko! - Żona była ciężko zdziwiona.
Zaproponowałem jej wspólny spacer zakupowo-kawiarniany. Po drodze wizytowaliśmy różne miejsca, na których toczyły się od wielu miesięcy remonty. Po raz pierwszy przeszliśmy obok kapliczki po dziewiczej ścieżce ułożonej z większej i mniejszej kostki kamiennej. Pełen wypas. Wreszcie inwestycja została domknięta i zamknięta. 
Za Parkiem Zdrojowym obejrzeliśmy ulicę, w której wymieniano nawierzchnię. Też na kostkowo-kamienną. Spora jej część została zrobiona i nabrała innego sznytu, ale długo jeszcze potrwa, zanim zaplanowana inwestycja dobiegnie końca. 
Potem, wiedzeni ciekawością lokalsów, poszliśmy na nowo otwarty plac zabaw wraz z tężnią. Zrobił na nas wrażenie i zaskoczyło nas, jak dużo było już na nim dzieciaków, z rodzicami oczywiście.
W drodze powrotnej kupiliśmy syrop klonowy i masło orzechowe, wszystko pod kątem Q-Wnuków, a ponieważ na tej samej drodze był Lokal z Pilsnerem II, to się z prawdziwą przyjemnością zatrzymaliśmy. Ja przy Pilsnerze Urquellu, Żona przy małym tmavym Kozelu.
Cała wycieczka, cały spacer był w ten sposób taki kompletny. 
 
W domu skończyłem sprzątanie dołu - holu, przedpokoju i łazienki. I mogłem odpocząć przy długiej  telefonicznej rozmowie z Synem.
Pierwsza jej połowa dotyczyła Taize, wszystkich jego ciekawostek, a przede wszystkim zachowania chłopaków w różnych taizowskich okolicznościach. Druga zaś dość skomplikowanego przyjazdu do Sypialni Dzieci w sytuacji, gdy ich nie będzie. Klucze miałem pobrać od ich znajomej, sąsiadki (matka Alicji, tej kumpeli Wnuka-IV), po czym powłączać wszelkie elektryczne grzejniki, żeby, gdy przyjadą nie wcześniej niż o 19.00, mieli jako tako ciepło. No i miałem włączyć piec olejowy, żeby w kranach była ciepła woda. Pozostawała kwestia posiłku, obiadu, a gotować to mi się akurat za bardzo nie chciało. Więc profilaktycznie wcześniej zadzwoniłem do mamy Alicji i długo i sympatycznie porozmawialiśmy, zwłaszcza o ostatnim Prima Aprilisie, w którym to ona, zupełnie poza podejrzeniami o takie wygłupy,  za pomocą AI wpuściła w maliny wiele osób, w tym Syna. A przedstawione przez nią sytuacje były na tyle poważne, że później wszystkie chciały ją zamordować! 
Na końcu zadałem niewinne pytanie A czy mógłbym liczyć u ciebie na jakiś posiłek? Przy czym podbudowywałem tę kwestię swoim wiekiem, zimnem w domu Syna I zanim zrobię zakupy i coś sobie ugotuję oraz ogólnym popodróżowym i popogrzebowym zmęczeniem. Ze śmiechem zostałem zaproszony na obiad i na kawę.
Przez Syna zostałem wyzwany od cwaniaków.
 
Dzień chylił się ku końcowi, gdy zabrałem się za szklarnię. Skopałem pozostałą 1/3 ziemi i ją zgrabiłem oraz sprzątnąłem ścieżki. Szklarnia musiała wyglądać na przyjazd Krajowego Grona Szyderców. Żeby w trakcie ich obecności mieć spokój, zrobiłem też spory zapas bierwion.
Przed wyjściem po Pasierbicę i Q-Wnuki miałem aż 10 minut na regenerację, więc szybko zaległem na narożniku w Salonie. 
Umówiliśmy się z nimi w połowie drogi między Tajemniczym Domem a dworcem kolejowym, gdzieś w okolicach Straszkowa (nazwa wymyślona przez Ofelię). Byliśmy sporo przed czasem, ale Żona wolała czuć się komfortowo. A gdy Żona czuje się komfortowo, to i mąż czuje się komfortowo. Pozdrawiam!  Stąd przed planowanym czasem spotkania dreptaliśmy tam i z powrotem z jakieś 15 minut, ale było sympatycznie, no i sprzyjała pogoda.
Pociąg musiał przyjechać do Uzdrowiska (zresztą Pasierbica o tym Żonę informowała) punktualnie, bo pierwsi podróżni pojawili się z turkoczącymi walizkami o czasie, potem kolejni, potem maruderzy, a naszych jak nie było tak nie było.
- Idą!... - Żona poinformowała mnie, co mnie nie mogło zdziwić ani zaskoczyć, bo powinni byli iść już od dawna.
- A zagadaliśmy się i pomyliliśmy drogę. - poinformowała Pasierbica przy powitaniu.
Pozwoliłem sobie się zachwycić fenomenem ciągu genów - od Teściowej, poprzez Żonę, Pasierbicę i ewidentnie już Ofelię. Fascynujące przekazywanie cech.  
W sumie podreptaliśmy sobie w umówionym miejscu z jakieś pół godziny. Ale szkodziło nic...
 
W domu dzieci były oczywiście głodne, a przez nie i dorośli. Jedynie Żona nie brała udziału w tym późnym procederze. 
Posileni od razu zagraliśmy w Tajniaków, w grę, którą ze sobą przywieźli, a w którą swego czasu w parze grałem z Wnukiem-III przeciwko Alicji i Wnukowi-IV. Zespół w składzie przyjezdni kontra domownicy dał łupnia dwa razy tym ostatnim. Gra świetna. Przy okazji dusiłem się ze śmiechu widząc, jak Ofelia wszystko rozumie i jak kombinuje. Heca.
 
Spać wszyscy poszli przed 23.00. 
  
SOBOTA (04.04)
No i dzisiaj wstałem o 07.40.
 
Dom spał do pierwszego, zresztą specjalnie opóźnionego wizgu blendera. A potem wszystko toczyło  się niespiesznie w sposób totalnie rozregulowany z różnymi śniadaniami i o różnych porach. Ale nikomu to nie przeszkadzało.
Stąd też późno poszliśmy na nowy plac zabaw. Robaczkom nawet się spodobał. Piszę "nawet", bo to raczej miejsce dla dzieciaków do 7-8. roku życia. Ale ponieważ Robaczki od "zawsze" są inteligentne, to wymyśliły zawody na pokonywanie różnych tras z przeszkodami na czas mierzony oczywiście przez dziadka z jednoczesnym jego sędziowaniem, do czego od "zawsze" są przyzwyczajone i werdyktom poddają się bez sprzeciwu i bez kłótni. 
 
W drodze powrotnej chcieliśmy gdzieś kupić farbki do kolorowania jaj i wszędzie, w tych przybytkach, a było ich już malutko, które jeszcze były otwarte, sprzedawcy patrzyli na nas dziwnym wzrokiem No, rzeczywiście, ocknęli się! Ale na szczęście Q-Zięć, który wreszcie po pracy wybierał się w drogę do Uzdrowiska, w domu znalazł jeszcze dwa kolory.
Oczywiście od rana była akcja z szukaniem wolnego miejsca dla jego auta. I kiedy cudem zwolniło się jedno, które natychmiast Inteligentnym Autem zablokowałem, gość z góry tak podjechał blisko pod drzwi Klubowni, że prawie było pewne, że nawet przydługi Volkswagen Q-Zięcia zmieści się na trzeciego nie blokując wyjazdu Stolicy. A wszystko dlatego, że ci państwo z góry deklarowali, że oni auta nie będą ruszać do samego wyjazdu. 
 
Q-Zięć, bodajże pierwszy raz, został zaskoczony kilkoma gotowymi potrawami, które natychmiast zostały postawione do jego dyspozycji. Niepotrzebnie więc najadł się na wszelki wypadek w domu, przed wyjazdem, nauczony wieloletnim doświadczeniem, że gdy się przyjeżdża do teściowej, to owszem ona i serce da na dłoni, w tym posiłek, ale zanim się ocknie, to ten może będzie najwcześniej za dwie godziny, a raczej później. Taki sznyt.
Z gotowych potraw, w tym głównej (pyszny kurczak z kuchennego piekarnika) skorzystali wszyscy, więc najedzeni mogliśmy pójść znowu do Zdroju, bo dzieci koniecznie chciały pokazać tacie nowy plac zabaw.
Nie wiem, skąd one brały tyle sił, bo znowu były zawody na czas. Do upadłego. Oczywiście, po wszystkim,  strasznie chciało im się pić, a tu niespodzianka, wszystko pozamykane z wyjątkiem kilku restauracji, które też, zdaje się, delikatnie dawały znak, że czas się wynosić odmawiając przyjęcia nowym gościom.
 
W domu oczywiście musiała być kolacja. A potem do upadłego graliśmy w Tajniaków. W różnych konfiguracjach. Naprawdę fajna i inteligentna gra. Q-Zięć poinformował, że stworzył ją jakiś Czech.
Doczytałem. To Vlaada Chvatil - projektant gier. 
Spać, bez niczyich protestów, poszliśmy o 23.30. 

NIEDZIELA (05.04)
No i dzisiaj wstałem o 08.00. 
 
Znowu dom spał do pierwszego, opóźnionego zresztą, wizgu blendera. 
 
Q-Zięć wstał podejrzanie szybko. Przywiózł ze sobą trzy potężne pistolety na wodę z oczywistym zamiarem i judził nimi od rana dzieci. Wiedziałem, że to dobrze nie może się skończyć, więc niepostrzeżenie (tak mi się przynajmniej wydawało) czmychnąłem do piwnicy i sobie tylko wiadomymi ścieżkami dotarłem do zewnętrznego kranu i zacząłem montować letni wąż do podlewania, trochę za późno, bo zaraz z góry, z tarasu, zostałem zaatakowany przez hałastrę. Na szczęście wąż z pistoletem udało mi się zmontować i się zaczęło. Na chama, bezpardonowo i do ostatniej kropli krwi, to znaczy wody.
Oczywiście miałem okrutną przewagę i strategicznie blokowałem cały taras, tak że nikt z domu nie mógł tą drogą wyjść. Ale Żona zdradziecko podsunęła im drogę przez spiżarnię, Bufor i Warsztat i nagle zostałem otoczony przez trójkę - Q-Zięcia, Kubsona i Ofelię. Nadal jednak miałem przewagę, ale w tej swojej pewności siebie wypuściłem się z pistoletem za daleko w ogród i otoczony (Żona i Pasierbica zabarykadowały się w domu) za późno zauważyłem, że Kubson minął newralgiczną linię wytrzymując mój bezlitosny atak wodny, dopadł do kranu i go zakręcił. Byłem bezbronny, więc rzuciłem się do ucieczki, ale trzy mobilne pistolety musiały siać na moich ciuchach spustoszenie. 
A skąd śmigus-dyngus w niedzielę? 
- Bo my nie mamy już ogrodu ... - dość spokojnie "wyjaśnił" Q-Zięć.
A dzieci, każde na swój sposób i oddzielnie dodały:
- Bo, dziadek, ja tęsknię za ogrodem - Ofelia się przyznała,
- Bo, dziadek, tam było fajnie, miałem bramkę... - dodał Kubson.
I tak oto dzieci uczą się, że nie można w życiu mieć wszystkiego i że coś za coś.
 
Nastąpiło wielkie przebieranie i suszenie oraz czas na przeorganizowanie się. W końcu to pierwszy Dzień Świąt Wielkanocnych. Zaczęliśmy przygotowania do śniadania. Chłopy przestawiły stół o 90 st.,
żeby cała szóstka mogła za nim wygodnie zająć miejsca, a baby ustawiły na nim moc potraw, w tym  pokolorowane jaja, czyli pisanki. Nawet nie wiedziałem, kto i kiedy to zrobił.
Najpierw był konkurs tłuczenia się jajami. Wygrała Pasierbica, której jajo było niezniszczalne. Drugie miejsce zajął Kubson (jedna strona jaja niestłuczona), a trzecie Ofelia. Tylko dzięki swojemu starszemu bratu, który poczuwał się do interwencji.
- Ale Ofelia ma stłuczoną jedną stronę, ale drugą bardzo malutko, więc trzecie miejsce.
Fajnie mieć takiego brata. 
 
Zanim wyszliśmy do Zdroju, zadzwoniłem do Córci. Było nieciekawie. Furia, którą Córcia się opiekowała, i której codziennie dwa razy aplikowała insulinowe zastrzyki, właśnie straciła czucie w tylnych łapach i przestała się poruszać.Wyraźnie cierpiała, nie chciała nic jeść. A do psa, który nie chce jeść, "nie potrzeba" do diagnozy weterynarza. Po prostu nie jest dobrze. Wnuczka i Wnuk-V byli z ojcem u dziadków, więc może to i dobrze, i źle. Bo takie se, te święta. O wszystkim Córcia poinformowała brata.
- A we wtorek miałam jechać pociągiem z dziećmi do Metropolii na pogrzeb ciotki Eli... - I zaraz potem wrócić do domu...
Zdaje się, że Syn z Synową skrócą pobyt w Taize o jeden dzień. 
Wszystko miało się okazać. 
 
Po śniadaniu znowu planowaliśmy wyjść do Zdroju.
- Idziemy na plac zabaw - zakomenderowały dzieci.
Ale dostały fazę... To poszliśmy. Tłum był jeszcze większy niż wczoraj. A co będzie w głębokim sezonie? Trzeba będzie tego miejsca unikać. Z Q-Wnukami zostałem na placu boju sam, bo reszta cwanych dorosłych misiów uwaliła się na słoneczku, na leżakach (projektant mądrze wymyślił takie miejsca dla dorosłych).  Znowu było ileś tras do pokonania, ileś mierzenia czasu i tak do upadłego. A stanie 76-letniemu mężczyźnie zbytnio jego kręgosłupowi nie służy. Robaczki, tak się przynajmniej wydawało, mogły tak w nieskończoność. Jedyne, co je mogło odciągnąć, to...lody.
Poszliśmy w takie miejsce, na świeżym powietrzu, które Kubsonowi polecił jego kolega. Lody smaczne, gałki większe niż w Stylowej, ale jednak nie tak smaczne, nie tak esencjonalne.
 
Po powrocie myślałem, że będzie spokojnie. Ale dzieci przy wsparciu ojca chciały jeszcze raz śmigus-dyngus. Zaprotestowałem i oznajmiłem Jeśli chcecie się oblewać, to proszę bardzo, ale już beze mnie!  I wyszedłem niefrasobliwie na teren koło szklarni. I, chyba, Q-Zięć nie zważając, że mam na sobie strój wyjściowy, dorobek życia, z którego nie zdążyłem się po powrocie przebrać, chamsko z góry, z tarasu, strzelił we mnie kilka razy z pistoletu. Tego nie mogłem mu darować i puścić płazem. Natychmiast uruchomiłem kran i wąż, no i się zaczęło. Ofelia przejęła ode mnie wąż, dumna i blada, i panowanie nad tarasem i ogrodem, a ja przejąłem jej pistolet, który mi uzupełniała co jakiś czas wodą, bo trzymaliśmy sztamę. I z pistoletem wparowałem przed drzwi tarasowe.
Za nimi stała  Pasierbica i Q-Zięć, oboje śmiejący się i naigrywający ze mnie, bo drzwi zamknięte  i dostać się do środka nie sposób. Ale, jak to w polityce (patrz pan Ryszard Czarnecki zmieniający poglądy niczym rękawiczki), mimiką i gestami przekonałem Q-Zięcia, żeby drzwi otworzył i że jego oszczędzę, ale jego żonę już nie. Dopadłem Pasierbicę i żywa, czyli sucha z tego wyjść nie mogła. Uciekała, ale wszędzie dopadały ją wodne miecze. W amoku napatoczyłem się na Żonę i  już, już byłem gotów puścić na nią serię, ale ostatkiem rozsądku rzuciłem Poddajesz się? Tak! usłyszałem, chyba pierwszy raz w życiu.
Ponowie wypadłem do ogrodu, żeby Ofelia zasiliła mi pistolet. W międzyczasie ona skutecznie terroryzowała brata.
Gdy ponownie pojawiłem się przed drzwiami tarasowymi, ich otwarcia broniła mokra Pasierbica (ładne mokre włosy), a obok stał Q-Zięć, któremu dawałem znaki, żeby otworzył. Pasierbica waliła go jakąś szmatą po głowie, a na końcu usłyszałem Jeśli otworzysz, to kopnę cię w jaja! Pewnie, że może by nie było wielkiej straty, bo trzeciego dziecka nie planują, ale to nigdy nie wiadomo. Lepiej być gotowym, do dyspozycji,  bo cholera wie...
To do mnie przemówiło i do Q-Zięcia też, bo nie znam żadnego chłopa, który chciałby być kopnięty w to miejsce, zwłaszcza  przez babę. Więc i Q-Zięć, i ja, mimo że nie miałem być kopnięty, wzięliśmy tę przestrogę bardzo poważnie. Widząc desperację Pasierbicy, wiedzieliśmy, że to nie żarty i że game over. Może i dobrze. 
Znowu nastąpiło wielkie suszenie. 
 
Ofelia zajęła się sobą, Kubson zaś nagle źle się poczuł (jakby katar i ogólne gorsze samopoczucie; wszystko przez to, że zwlekał ze zdjęciem mokrej piżamy), więc zaległ na kanapie przed kuchnią okryty pledem przez babcię, która dodatkowo zaordynowała mu inhalację z cebuli i toż warzywo pokrojone drobno wsadziła mu do skarpet.
Więc sami dorośli grali w Tajniaków. Najpierw byłem w parze z Q-Zięciem, ale po pierwszej rozgrywce stwierdził, że on w takich(?) warunkach ze mną grać nie będzie i wymienił mnie na swoją teściową. Wyniki były różne, a gra nadal wciągała. 
Przyszła pora pożegnań. Krajowe Grono Szyderców wyjechało zaraz po 18.00. W domu Kubsonowi się poprawiło, zwłaszcza że czekał na dzieci kolejny Zajączek (pierwszy był u nas). 
I w ten sposób Święta wyszły, nie powiem, całkiem świątecznie. Było wszystko. A mieliśmy być sami, bez tych wszystkich atrakcji.
 
Było wiadome, że na górę udamy się wcześniej. Ale jakoś tak wyszło, że po obejrzeniu kolejnego odcinka miniserialu Miłość i śmierć, zasnęliśmy o standardowej dla nas godzinie, czyli o 21.00. 
 
PONIEDZIAŁEK (06.04)
No i dzisiaj wstałem o 06.00. 
 
W kuchni panował poświąteczny bajzel, wszystkie blaty były zastawione, a zmywarka nad ranem skończyła mycie i czekała mnie wymiana. 
Po porannym rozruchu, ciągle w wersji "niskich temperatur", chociaż na dworze było +7, zabrałem się za onan sportowy, bo rozgrywki wznowiła ekstraklasa i I liga. 
Jeszcze przed I Posiłkiem zabrałem się za roboty na dworze. Bo piękna pogoda, no i każda sposobność była dobra, żeby tylko odwlec pisanie. Sakramencko mi się nie chciało.
Zacząłem od drewna i wszelkich frakcji, bo to było najważniejsze w kontekście mojego jutrzejszego wyjazdu na pogrzeb Eli. Potem sprzątnąłem z szyszek i milionów igieł ścieżki oraz trawę pod świerkiem, która z racji swojego usytuowania z góry jest skazana na rachityczność. Na tarasie zaś zlikwidowałem pobojowisko po wczorajszym "śmigusie-dyngusie".
Po I Posiłku szukałem jeszcze jakichś  drobnych zajęć, Żona wydrukowała mi bilety na jutro i na czwartkowy powrót, a ja nadal do upadłego kombinowałem, co by tu jeszcze, ale w końcu już nic nie mogło mnie uratować przed pisaniem. To ileś godzin pisałem. Aż do późnego II Posiłku.
 
W międzyczasie zadzwoniła Siostra. U niej nic nowego i też nic nowego nie mówiła. Dopytywała o święta, jak spędzaliśmy i to było normalne, ale żadnych życzeń nie składała, bo jednak bliżej jest jej ciągle do Świadków Jehowy, mimo że już do żadnego zboru nie należy. 
 
Syn z Synową i z chłopakami wyruszyli z Monachium o 13.00. Jednak skrócili o jeden dzień pobyt w Taize w związku ze stanem Furii. W domu mieli być około 22.00. Tak więc jutro przyjadę do nich, gdy, mam nadzieję, sytuacja będzie opanowana. W związku z tym dwa razy dzwoniłem do Mamy Alicji, a potem wysłałem smsa, bo nie reagowała, dziękując za zaproszenie na obiad i na kawę i wszystko z przeprosinami odwołując. Taki lajf.
 
Na górę udaliśmy się dość standardowo. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. W poniedziałek domagając się wpuszczenia do domu. Zrobiła to jakoś tak rachitycznie, ale Żona prosiła, żebym jej zaliczył. To zaliczam, ale jako półjednoszczek.
Godzina publikacji 19.10.
 
I cytat tygodnia: 
Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).