25.05.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 173 dni.
WTOREK (19.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.20.
Wyspany i z wolną głową.
Na dworze majowy dzień wyglądał według przysłowia Na dwoje babka wróżyła. Niby jasno i ładnie, a z drugiej strony podejrzane ciemnawe chmurki.
Trochę posiedziałem nad onanem sportowym i sprawdziłem pocztę.
Wczoraj o 21.52 napisał Po Morzach Pływający.
Posadź Siedmiolatkę to będziesz miał szczypioru w bród co roku.
Wstaję o 0340 i tylko w pracy i tylko kiedy jesteśmy na morzu. W domu nikt by mnie nie zmusił do pobudki wcześniej niż o 0700. Może awaryjnie któryś z Onków lub futrzaków.
Pogoda jest dziwna. Maj, północna Hiszpania, a zimno jak w Finlandii. Zdaje się, że będzie bardzo gorące lato.....
Może to i dobrze skoro mój urlop zaczyna się w połowie lipca/ mam taką nadzieję /
PMP (pis. oryg.)
Nie wiem, czy pocieszył mnie fakt, że w Hiszpanii maj wygląda podobnie, jak u nas. Mogłoby się zrobić trochę cieplej.
Rozbudzony zabrałem się za cyzelowanie ostatniego wpisu. Skończyłem dopiero przed dziewiątą, bo był długi, ale też trwało to tak tyle, bo w cyzelowaniu miałem przerwy.
Najpierw trochę po szóstej usłyszałem na dole charakterystyczne drapanie pazurów Berty o podłogę i jej krzątanie się, a to mogło oznaczać tylko jedno - chciała wyjść. Więc szybko zszedłem, żeby ją wypuścić i żeby Żona nie musiała się zrywać, ale obie były już na dworze. Stąd poranny rytm został trochę zakłócony.
A po siódmej zadzwoniła Córcia w drodze do pracy. Dwadzieścia dwie minuty rozmawialiśmy na temat robota, który kosi trawę na jej posesji. Dopytywałem o wszelkie szczegóły, bo rzecz była ciekawa. Chociażby fakt, że facet z serwisu sześć godzin spędził na jej terenie dokładnie programując, co ta maszyna ma kosić, a co omijać. No i teraz kosi non stop, zjeżdża do bazy, żeby się naładować i wraca do roboty. Może to robić nawet przy mokrej trawie, a Córcia jest w siódmym niebie.
- O widzisz, tak to wygląda z poziomu aplikacji... - pisała. - Siedzę sobie na egzaminie (była przewodniczącą komisji maturalnej) i widzę że kosiarka kosi w wyznaczonym terenie, zrobiła 3% terenu, zostało jej 83% baterii i skończy kosić około 15 :) 21 wiek Panie!!! (pis. oryg.)
Po czym przysłała mi mapę, widok terenu z góry.
- A jak byś chciał być jeszcze bardziej dokładny to wchodzisz na mapę i widzisz precyzyjnie gdzie ona jest :) (pis. oryg.)
Jak mówi Syn, dziewczyna była najarana na temat niczym szczerbaty na suchary. Trudno jej się było dziwić, skoro wyraźnie odżyła i pozostawało mieć nadzieję, że jej psychoza Ale tato, czy ten teren jest zaniedbany? się zmniejszy.
- Teraz podkaszanie różnych miejsc lub kawałka cięższego terenu, którego robot nie obrabia, nawet sprawia mi przyjemność. - dodała ze śmiechem.
W końcu z przyjemnością, ale też w pewnym napięciu, poszedłem do szklarni. Na dworze panował lazur nieba i temperatura +8. Od czasu mojej dzisiejszej pierwszej rejestracji o 06.20 wzrosła aż o 4 stopnie. Po 11. dniach niepodlewania pomidory wyglądały dobrze, nawet jakby okrzepły. Podlewałem obficie i z pietyzmem pilnując, aby w miejscach, w których woda usiłowała uciec bezproduktywnie, podsypywać ziemię. A potem podlałem jeszcze raz, ale całą powierzchnię, mając na względzie ziarenka fasoli, które od wczoraj leżały w ziemi.
Prac ogrodowych było mi za mało, więc jeszcze gdzieniegdzie uprzątnąłem teren.
Przed I Posiłkiem odgruzowałem się na 80%, a po to przed, żeby w jego trakcie móc powoli dopasować temperaturę i wilgotność ciała, zwłaszcza głowy, do wewnętrznych warunków, najpierw pokojowych, a potem zewnętrznych, dworowych. Bo wybieraliśmy się dzisiaj do City. Taki system od dawna powoduje, że się nie przeziębiam. W domu więc, po kąpieli, siedzę dodatkowo ubrany w polar i w ciepłą czapkę (najlepsza ta zrobiona przez Trzeźwo Na Życie Patrzącą). Żona już zdążyła się przyzwyczaić. Robię tak nawet wtedy, gdy termometr wskazuje 21 stopni. A czas siedzenia w takim rynsztunku? Sam się normuje, bo w pewnej chwili czuję, że ani sekundy dłużej z gorąca nie wytrzymam i czapkę oraz polar gwałtownie z siebie zrzucam.
W City najpierw pojechaliśmy do US. Naszej pani dostarczyliśmy kolejne faktury remontowe i powstała nadzieja, że to będzie nasza przedostatnia wizyta. Pani faktury zweryfikuje, na następnym spotkaniu na tej podstawie złożymy korektę PIT-u 39 i pozostanie już tylko sama przyjemność - zapłacenie podatku wraz z restrykcyjnymi, paskarskimi, słonymi, rygorystycznymi, bezdusznymi, bezpardonowymi, bezwzględnymi, drastycznymi, niehumanitarnymi, okrutnymi, kagańcowymi i srogimi odsetkami.
Wychodziliśmy tak, jak w ostatnich razach, zupełnie niezestresowani, niewymęczeni, w dobrych nastrojach. Do czego to doszło?...
W centrum handlowym się rozdzieliliśmy. Żona ugrzęzła w oddziale Orange, a ja starałem się kupić w Leroy Merlin kolejne zioła przez nią zasugerowane - melisę cytrynową, estragon i lubczyk.
- O, proszę pana... - miła pani z działu "ogród" zareagowała na moją prośbę o pomoc i informację, że takie coś zleciła mi żona - ... tych ziół nie dostajemy od dawna. - Jest tylko oregano, szałwia, koper i szczypior. - zaprowadziła mnie do właściwych regałów.
Pofatygowałem się do Żony, by wrócić i kupić szałwię, i oregano.
W Orange była omawiana kwestia podłączenia Tajemniczego Domu do światłowodu. Gdy się wprowadziliśmy, korzystaliśmy z Internetu za pomocą dwóch mobilnych ruterów przeznaczając jeden dla gości, jeden dla nas. W różnych momentach z przesyłem danych, płynnością, był problem. Dla gości powinniśmy we współczesnych realiach taką usługą dysponować, z kolei Żona często przy zakupach internetowych miała problemy, gdy system się mulił i narzucony w sekundach czas zakupu mijał, ja zaś z kolei często cierpiałem przy oglądaniu zasranego sportu. Najgorzej było na przednówku okresu rozliczeniowego, zwłaszcza gdy z rodzicami przyjeżdżali nastolatkowie, którzy przy grach, i Bóg wie czym jeszcze, potrafili cały zapas Internetu wyżreć bardzo szybko. Żona wówczas dokupowywała jakiś dodatkowy pakiet i tak to trwało.
Na początku Żona była za światłowodem, ja nie, potem, gdy dojrzałem do tej decyzji, Żona była przeciwna, bo, po jej dogłębnej analizie, wychodziło, że trzeba będzie związać się z Orange w tej kwestii umową na dwa lata, a, jak pisałem, Żona wiązać się nie lubi. To i tak cud, że związała się ze mną.
W końcu się spotkaliśmy i dojrzeliśmy do tej decyzji. Niewątpliwie pomocna była wiedza, że oto tuż za Piękną Uliczką, w odległości 15 m od Tajemniczego Domu, po jej drugiej stronie, stał słup prądowy z pięknym, zawiniętym kablem światłowodowym, który aż się prosił, żeby go do nas przeciągnąć. Pan w oddziale potwierdził możliwości techniczne, zaprosił nas do siebie na piątek i może tak być, że do 6. czerwca w domu będziemy rozsiewać Internet ze znacznie większą mocą.
- To będę mógł oglądać zasrany sport płynnie?... - rozmarzyłem się.
Zakupy w Carrefour i w Biedronce nie zajęły wiele czasu, więc mogliśmy jeszcze wracać przed korkowym szczytem. Nastawialiśmy się, że w domu może być różnie i że Bertuś z racji swojego stanu zdrowia dołoży nam pracy. I się nie omyliliśmy. Za narożnikiem w Salonie było ileś świeżych placków sraczkowych. W sumie śmieszna ilość w stosunku do sytuacji z Wakacyjnej Wsi, gdzie po akcji Pieska sprzątałem bodajże 2 godziny.
Miejsce to Piesek upatrzył sobie, gdy go przyciśnie, a Państwa nie ma w domu i nikt go nie może wypuścić. Więc licząc się z taką sytuacją i zostawiając go samego, miejsca tego nie blokujemy, bo lepiej, żeby tam rozsiał, co musi, niż na dywanie i/lub chodniczkach i chodnikach. Tam jest po prostu łatwiej sprzątnąć.
O 16.00 się zachmurzyło i zaczęło siąpić. Zaszyłem się na górze i dość długo przygotowywałem się do rozmowy z Szefową Recepcji w hotelu Berberys w Kazimierzu Dolnym. Tą bardzo sympatyczną i kompetentną. Chyba mam szczęście do osób - przedstawicieli danych hoteli czy innych ośrodków, z którymi przy organizacji zjazdów współpracowałem (Rybna Wieś i Uzdrowisko), bo znowu zapowiada się, że praca będzie sympatyczna, bezstresowa i owocna.
Uprzedziłem na początku rozmowy, że ona może potrwać długo, jakieś 20 minut Bo pierwszy raz musimy przedyskutować wszystkie aspekty zjazdu, żeby potem łatwiej się nam współpracowało. Rozmawialiśmy... 52 minuty. Ale przenicowaliśmy każdy aspekt, co oczywiście nie mogło być prawdą, bo wiadomo że w trakcie tego przedzjazdowego okresu powyskakują różne kwiatki. Ale fundament był.
Po II posiłku wybrałem się po paczki. Jakie było prawdopodobieństwo, że zaraz po wyjściu natknę się na Bibliotekarkę? A jakie, żeby za chwilę spotkać się z gośćmi z dołu? Nie mogłem w obu przypadkach przejść ot tak, "dzień dobry" i tyle. Trzeba było pogadać. Długo.
Żona twierdzi, że ja sam prowokuję, więcej, szukam takich sytuacji Żebyś potem miał co pisać na blogu. Ot, niesprawiedliwość.
Po powrocie posadziłem pod nadzorem Żony oregano i szałwię, i wieczór wydawał się być schyłkowym. Ale Córcia i Syn zadbali, żeby takim nie był i żeby mnie trochę ożywić.
Najpierw Córcia przysłała zdjęcie dyplomu w języku angielskim CDC Certified Divorce Coach. Ki diabeł?!...
- A to z kolei drugi temat który robię i który jest już oficjalny (nad tym siedziałam u Was o drugiej w nocy) (pis. oryg.) - "wyjaśniła".
Zaraz potem dosłała linki do strony Linkedln. Ki diabeł? Żona mnie oświeciła, że jest to międzynarodowy serwis społecznościowy, coś a la Facebook Ale służący wymianie informacji na temat pracy zawodowej. A zupełnie mnie zaskoczyła, gdy się na tych stronach zalogowała i znalazła strony Córci.
Córcia rozpoczęła działalność jako coach rozwodowy. Ki diabeł? Natychmiast musiałem sprawdzić.
(Certified Divorce Coach <Certyfikowany Coach Rozwodowy> to specjalista, który wspiera osoby przechodzące przez proces rozstania lub rozwodu. Pomaga klientom przejść przez ten trudny czas od strony emocjonalnej, logistycznej i organizacyjnej, nie wchodząc jednak w kompetencje prawnika czy terapeuty)
Od razu smsowo wymogłem na Córci, żeby jutro jadąc do pracy do mnie zadzwoniła i żeby rzecz mi wyjaśniła po naszemu.
Ale już za chwilę mocno oświecił mnie Syn, który zadzwonił (zmówili się?).
- A bo tato, chciałem z tobą tak zwyczajnie pogadać... - Jestem w takim wieku, że niektórzy moi rówieśnicy nie mają już takiej możliwości. - naszło go miło i nostalgicznie.
Najdłużej rozmawialiśmy oczywiście o Córci. Najpierw o jej psychozie, aby teren nie był zaniedbany.
- Przejdzie jej... - skomentował Syn na końcu.
- Nie przejdzie... - oponowałem. - W tym względzie ona ma inny charakter niż ty.
Syn nabrał powietrza, ale ostatecznie nic nie powiedział.
A potem wyjaśniał mi, kim jest ten coach rozwodowy i jak na tę sprawę patrzy. Było to o tyle ciekawe, że dotyczyło jego siostry, a poza tym sprawa konfrontowała się z jego światopoglądem.
Na początku się mocno naszczurzył, był negatywnie nastawiony, bo kwestia rozwodów jako takich nie mieści się w jego głowie. Nie powinno ich być, a że są, powoduje u niego duży życiowy dyskomfort. Żeby było "śmieszniej", wszyscy z najbliższej rodzinie Syna (nie mówię o tej, ze strony Synowej, chociaż i tam są rozwodowe kwiatki) są po rozwodach - ojciec, a więc i matka, siostra, stryj i dwie ciotki. Na dodatek po rozwodach albo są w nowych związkach nieformalnych, albo pozostali singlami. Tylko ojciec "trochę sporządniał" (to moje słowa) i ponownie się ożenił. "Śmieszne" jeszcze jest to, że z tymi wszystkimi odmieńcami, odszczepieńcami, odstępcami, renegatami, schizmatykami Syn utrzymuje jak najlepsze kontakty, bo co ma robić, skoro lgnie do rodziny?...
Sporo od razu poczytał na ten temat i naszczurzenie mu trochę przeszło, bo przecież coach rozwodowy nie namawia do rozwodu, ani go nie powoduje. Więc etycznie byłoby w miarę w porządku, ale moralnie nadal do dupy. Wyjaśnił mi, że ten zawód (? - pytajnik mój) w Polsce raczkuje, że takie osoby już działające można policzyć na palcach jednej ręki i że są perspektywy. Rozumiałem przez to, że liczba rozwodów nadal będzie rosnąć, ale nie komentowałem w stylu No, i popatrz, jak ten świat schodzi na psy!, co zresztą jest prawdą.
Potem rozmawialiśmy o jego sprawach zawodowych (jest dobrze), a potem o Wnuku-III. Dzisiaj po raz pierwszy, po długiej przerwie, pojechał do szkoły.
- Był wyraźnie stęskniony. - Miało być sześć lekcji, ale cztery odwołano. - To i tak chciał jechać.
- Myślę - Syn się obśmiewał - że gdyby nie było żadnej, też by jechał.
Na dworzec został odwieziony, a ze stacji w Metropolii już pokuśtykał podpierając się kulą. Ponoć był witany z aplauzem.
- A jak stosunek braci do brata? - byłem ciekaw.
- O, powoli empatia i początkowe duże współczucie oraz cierpliwość się kończą. - Na początku to nawet zanosili mu do pokoju obiadki, ale teraz widać coraz bardziej, że skoro już się porusza samodzielnie To niech se sam zejdzie i zje na dole!
Wnuk-III wszedł w okres rehabilitacji. Sprawa dotyczy kolana, bo ręka jest już prawie wygojona i nie będzie z nią problemu. A z kolanem trzeba się obchodzić, jak ze zgniłym jajem, żeby właśnie nie dopuścić do jakiejś zgnilizny. Tudzież do blizny, chociaż to u faceta, uważam, najmniejszy problem.
- Tato, za pierwszym razem, gdy przyjechaliśmy do szpitala na pierwszą zmianę opatrunku, usłyszałem od personelu A ma pan opatrunek hydrożelowy?
- To państwo nie maaacie? - zdziwiłem się fałszywie i złośliwie.
- Nie mamy. - usłyszałem prostą odpowiedź. - Mamy zwykłe, więc jeśli pan chce, to możemy go założyć, tylko że później przy kolejnej wymianie...
- Wiedziałem, co będzie przy kolejnej takiej wymianie. - Wtedy Wnukowi-III zdejmowali opatrunek przez dwie godziny, milimetr po milimetrze. - To co mamy robić? - Przyjeżdżamy z własnymi hydrożelowymi, bo syn wystarczająco cierpi. - Mało tego, gdy przyjeżdżamy i się zarejestrujemy, to potem czekamy zawsze około trzech godzin. - Ale wtedy, przy tym ich pytaniu, już na końcu języka miałem dla nich dowcip, ale się powstrzymałem.
Przychodzi pacjent do szpitala, do izby przyjęć. Towarzyszy mu jakiś gość.
- Piżamę pan ma?
- Tak.
- Środki higieny...?
- Również.
- Opatrunki, plastry, bandaże, itp....?
- Oczywiście.
- Kaczkę, kulę ewentualnie...?
- Naturalnie.
- Naczynia, sztućce?...
- Jak najbardziej.
- Środki przeciwbólowe?...
- Jasne, że tak.
- W porządku, jest pan przyjęty. - A kim jest ten pan obok?
- A to mój lekarz, gdybyście państwo nie mieli.
Syn ciężko się zdziwił, gdy w dalszej części rozmowy wyszło, że ja nie wiedziałem, że mój brat gra w warcaby i to gra bardzo dobrze. Opowiedziałem mu całą historię mojego pobytu u Bratanicy i Siatkarza. I całą aferę szachową z Synem Bratanicy i z Siatkarzem.
Na końcu przedyskutowaliśmy nasze sprawy, Żony i moje, obecną naszą kondycję i zaczęliśmy się umawiać na przyjazd Syna i Synowej na przedostatni lub ostatni weekend czerwca.
Według przysłanego za chwilę przez Syna smsa rozmawialiśmy 64 minuty. Rekord. Odpowiedziałem, że według mnie 1 godzinę i 4 minuty.
I w ten sposób zrobiło się późno. Na górze jeszcze trochę poczytałem i światło zgasiłem o 20.30.
ŚRODA (20.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Powitało mnie słoneczko i piękne niebo.
Na pewnej nieprzytomności zacząłem pisać. Na dole pojawiłem się o 07.00. Żona właśnie się rozbudziła. Na dworze było +8.
Zaraz po porannym rozruchu zadzwoniła Córcia i wszystkie puzzle powskakiwały na swoje miejsce. Przez 5 miesięcy uczestniczyła w intensywnym kursie na coacha rozwodowego prowadzonego przez jakąś amerykańską firmę z Florydy. Nic więc dziwnego, że w trakcie zajęć zarywała noce, w tym u nas, gdy była z dziećmi w trakcie zimowych ferii.
Pomysł się wziął stąd, że jak wyjaśniała, w końcu dodała dwa do dwóch. Bo, po pierwsze, uczenie w szkole to nie jest jej szczyt marzeń i chciałaby coś robić samodzielnie, na własną rękę. Po drugie, jest po rozwodzie, więc temat zna z autopsji. Po trzecie, różne osoby w podobnej do niej sytuacji, zaczęły ją pytać o bardzo rzadką u nas formę zajmowania się dziećmi po rozwodach rodziców, czyli o opiekę naprzemienną, którą z Byłym Zięciem zgodnie przyjęli. Po czwarte biegle zna angielski. Po piąte w Dziurze Marzeń ma takie warunki, że w przyszłości mogłaby organizować warsztaty stacjonarne. A po szóste, to ja już dodałem - jest kobietą, a w psychologii społeczeństwa to ją w tym temacie bardziej uwiarygadnia. Tak to jest.
Rozmawialiśmy też na temat różnych, często humorystycznych reakcji najbliższych dla Córci osób (zwłaszcza brat, matka). Trwało to tylko 19 minut.
Tak rozbudzony pisałem do I Posiłku. A po nim trzy(!) godziny spędziłem na czyszczeniu naszych dwóch ścieżek. Jedna prowadzi od drewutni aż do furtki nad Bystrą Rzekę, a druga do szklarni. Już, gdy się wprowadziliśmy, obie wykazywały, zwłaszcza w miejscach zacienionych, obecność mchu.
A po trzech latach?... Mech jest powolny, ale cierpliwy. W tym czasie zajął całkowicie niektóre powierzchnie płytek, a przede wszystkim przerwy między nimi, gdzie miał szczególne warunki do życia (nagromadzona ziemia i wilgoć). Praca była żmudna, wymagająca cierpliwości i ciągłych powrotów do miejsc już niby wyczyszczonych, które jednak po zmieceniu ujawniały trwałe mchowe pozostałości.
Satysfakcję miałem ogromną, bo ścieżki, jak to określiła Żona, odżyły. Na kanwie tej wspólnej satysfakcji drugi raz w tym roku skosiłem trawnik. Tu satysfakcja była innego rodzaju, bo po raz pierwszy w czasie naszej bytności w Tajemniczym Domu miałem co kosić pod świerkiem. Moje codzienne podwójne (rano i wieczorem) podlewanie żółtych kępek imitujących trawę spowodowało, że ona się odwdzięczyła, zagęściła i nabrała, jak to trawa, zielonego koloru. Mam zamiar nadal ją wspierać, bo cały trawniczek (przypomnę koszenie 10 minut, max 15) zyskał.
Ponieważ, dzisiaj akurat w sesji popołudniowej, przyszedł z emeryturą nasz zaprzyjaźniony listonosz, to fakt ten tradycyjnie należało uczcić. Wybraliśmy się na spacer i do Amfiteatralnej na Pilsnera Urquella i tmavego Kozela. Idąc w tamtą stronę natknęliśmy się na gości z dołu, więc, siłą rzeczy, trochę na Pięknej Uliczce ugrzęźliśmy. Z tego ugrzęźnięcia wyszło, że dobrze byłoby się spotkać na niwie towarzyskiej. W szczegółach wyglądało to tak, że mógłby to być nasz ogródek i jutrzejszy dzień, albo piątek lub sobota, bo goście mieli już coś zaplanowane. My byliśmy do dyspozycji i mieliśmy czekać na ich sygnał.
Po powrocie i po II Posiłku zrobiło się jakoś tak schyłkowo. Na tyle, że na górze znalazłem się już o 19.15. Bo nic mi się już nie chciało robić. Zasnąłem przed 20.00.
Dzisiaj 41 lat kończył Q-Zięć. Z samego rana złożyłem mu smsowo życzenia, a Żona to samo na FB. Razem z Pasierbicą wzięli dzisiaj urlopy, żeby spokojnie uczcić ten dzień. Z Bratem Q-Zięcia i jego partnerką jechali gdzieś, żeby pograć w planszowe gry.
Z kolei Żona Dyrektora dzisiaj kończyła 50 lat. Główne uroczystości, rodzinne, mają się odbyć w najbliższą sobotę. U nich nic nowego, pewien rodzaj stagnacji. Budynek szkoły, który wystawili na sprzedaż, ciągle się nie sprzedaje, bo to jest bardzo trudny i skomplikowany temat. Gdyby się sprzedał, życie Żony Dyrektora i Męża Dyrektorki zmieniłoby się diametralnie, bo zakończyłby się pewien, bardzo poważny i znaczący etap w ich życiu. A skoro się nie sprzedaje, to niejako przymuszeni są do dalszego prowadzenia szkoły ku uciesze właśnie Żony Dyrektora Bo ja ją lubię i chciałabym, żeby działała i działała. A Mąż Dyrektorki chciałby już, zdaje się, mieć święty spokój.
CZWARTEK (21.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
Na alarm. Wstawało się ciężko, bo spałem bardzo dobrze.
Poranek powitał mnie pochmurnością od strony północnej i lazurem nieba z chmurkami od południa. Znowu nie było wiadomo, w którą stronę dzień potoczy się pogodowo.
Na pewnej nieprzytomności pisałem.
Już o 06.30 Żona napisała:
- Możesz schodzić.
- Co się stało? - dopytywałem zszedłszy.
- A bo już nie śpię, a ty tam bez kawki...
Na dworze było +12,5, najwyżej o majowym poranku. A niebo dokazywało. Bo północ nagle opanował lazur nieba, a południe chmury. Dziwo...
Pisałem, ale spokoju nie dawały mi pomidorki. Bo wczoraj trochę za późno się ocknąłem w kwestii wietrzenia i zrobiło się w szklarni prawie +40 stopni. Pomidorki ewidentnie oklapły, ale dzisiaj odżyły i były dziarskie.
Mogłem więc spokojnie pojechać na wymianę opon w Inteligentnym Aucie. Stawiłem się o terminie, 09.30, i od razu mogłem wjechać na kanał. To takie pozytywne skojarzenie z tym słowem, być może jedyne. Podziwiałem organizację pracy. W pakamerze szefa mogłem poczytać sobie książkę, a płaciłem według ubiegłorocznej stawki. Tym razem ceny nie podniósł. Ach, to Uzdrowisko, panie!...
I Posiłek jedliśmy razem w ogrodzie. To już drugi raz. Żona zaczyna się przekonywać do okoliczności, bo do tej pory preferowała taras. Ale ostatnio ma specyficzną motywację.
- Bo, gdy jest upał, słońce bezpośrednio operuje na tarasie, to się boję, że z moim tatarem, bo to przecież surowe mięso, w tej temperaturze coś się stanie i potem nie wiadomo, co mnie dopadnie.
Jemy więc w cieniu, w przyjemnym ciepło-chłodzie.
Zaraz potem pojechaliśmy autem do Intermarche. To śmieszna odległość, najbliższy sklep, po zmianie właściciela nabrał nowego sznytu i jest dobrze wyposażony. Zawsze robiliśmy tam zakupy "na piechotę", ewentualnie autem, ale po drodze. Ale żeby jechać specjalnie?...
Z racji spotkania z dolnymi gośćmi wiedzieliśmy, że trzeba będzie się trochę doposażyć, w tym w szkło, a szkło jest ciężkie.
- Zobacz, południe, a my już po całej robocie... - nieopatrznie zagadałem do Żony, gdy wróciliśmy i wypakowaliśmy zakupy. - Cały dzień przed nami, a nie ma nic do roboty... - brnąłem i się podkładałem.
- Pomidorki podlane, wietrzone, same rosną, inne roślinki też...
- No, ja miałabym coś dla ciebie... - Żona urwała mój wywód uśmiechając się dziwnie i tajemniczo.
Milczałem na wszelki wypadek czekając.
- Mógłbyś zrobić ten odpływ z małej komory, bo woda zaczęła słabiej ściekać.
Problem zgłosiła już wczoraj, ale czy odpływ to zając, zwłaszcza z małej komory. Przecież jeszcze była duża i nikt Żonie nie kazał korzystać z małej.
Desperacko, bo natychmiast, zabrałem się za układ wodno-kanalizacyjny zdejmując sweter, bo wiedziałem, że się nieźle spocę, bardziej z nerwów, bo hydraulikiem przecież nie jestem, niż z fizycznego wysiłku. Gdy odkręciłem rurkę spod małej komory, która była tak zatkana, że aż dziw brał, że woda w ogóle ściekała, ujrzałem kolejną, równie dobrze zatkaną. Nic dziwnego, skoro przez trzy lata naszego mieszkania do nich nie zaglądałem, zresztą po co, skoro spływało, a nie wiadomo było, ile czasu nie zaglądali doń poprzedni właściciele.
Nie mogłem udawać, że tej kolejnej zatkanej rurki nie widzę, więc ją też zdemontowałem. Oczywiście pokazała się kolejna, zatkana, a potem kolejna, syfon, kolejna i tak doszedłem do wlotu do ściany po drodze demontując jeszcze odpływowy układ ze zmywarki. Starałem się rurek tak pilnować, aby po ich wyczyszczeniu było wiadome, w którym miejscu mają być zamontowane, bo liczba elementów (emelentów) wskazywała, że łatwo będzie można się pogubić.
Sprawę utrudniała szafka, jakby szuflada, przesuwana na prowadnicach, miejsce składowania kubła na śmieci i akcesoriów do mycia i sprzątania. Gdy się ją otwierało, wewnątrz była jeszcze jedna mała szuflada, którą bez problemów wyjąłem. Ale ta duża się nie dawała, a olbrzymia płyta czołowa skutecznie blokowała dostęp do układu wodno-kanalizacyjnego. Po odkręceniu pierwszej rurki stało się jasne, że jeśli nie pozbędę się tej szuflady, albo przynajmniej płyty czołowej, to nie mam szans na demontaż, a potem montaż.
W sukurs przyszła Żona, która przypadkiem, ale jednak, odkryła sprytny mechanizm zwalniający płytę czołową. Szufladę można było bez niej zasunąć, a ja miałem nieograniczony dostęp.
Wysiłek fizyczny jednak był, bo ileś nurkowania pod szafką zrobiło swoje w niewygodnej pozycji, żeby nie powiedzieć maksymalnie nieergonomicznego ułożenia ciała, czytaj powyginanego co rusz na różne sposoby. Wyczyszczony układ zacząłem montować pod strachem bożym, bo z doświadczenia wiedziałem, że to, co ruszone potem na różne sposoby może się znarowić. Nie omyliłem się. Najlepsze było to, że układ nagle nie dawał się zmontować, że jakby jedna rurka była za krótka, czego nie mogłem zrozumieć. Kombinowałem na różne sposoby, rurka oczywiście na dawała się wydłużyć, a układ przeciekał, jak nie w jednym miejscu, to za chwilę "po naciągnięciu", w drugim. Bardzo śmieszne.
Jednak dopiąłem swego mocno odginając kolankowy układ usytuowany tuż przy ścianie. Skończyłem po blisko trzech godzinach. Były momenty, że traciłem nadzieję i wyobrażałem sobie najgorsze scenariusze.
- Bo ty musisz zrobić na 300%, a ja myślałam, że tylko odkręcisz to z wierzchu, co mi pokazałeś, przeczyścisz i temat z głowy. - Ale ty musisz... - Żona skomentowała, dobrze, że po całej pracy.
- Przecież za chwilę byłoby to samo z dużą, więc jeśli już uruchomiłem kombajn... - tłumaczyłem.
Oboje jednak byliśmy bardzo zadowoleni. Spokój na jakiś czas.
Zrobiła się 15.00. Dla relaksu poszedłem na górę i trochę pisałem. A potem, po II Posiłku, wróciłem
i przygotowywałem maila do koleżanek do kolegów, Meldunek-I. Robiłem to w pewnym popłochu, bo okazało się, że Szefowa Recepcji wyjeżdża na urlop, co prawda tylko na kilka dni, ale zacząłem od razu czuć niepokój, który mógł potem przejść w panikę i dalej, w histerię.
Po prostu tak reaguję, gdy coś zaplanowałem, a to coś mi się wymyka z rąk. Często w mojej psychozie. Muszę mieć sytuację opanowaną. Ta świadomość mnie uspokaja. Żona mechanizm tłumaczy trochę inaczej przy wszelakiego rodzaju sprawach, gdy od razu zabieram się i chcę je załatwić lub załatwiam.
- Bo ty byś chciał sprawę od razu odfajkować, a to trzeba przemyśleć, przedyskutować, rozważyć...
Nie na moje nerwy.
Ponieważ Szefowa Recepcji mnie nie zna, więc do sprawy podeszła spokojnie, logicznie i z pewnym uśmiechem w tle tłumacząc mi, jak małemu dziecku lub jakiejś starowinie, co na jedno wychodziło, gdy wyraziłem swój niepokój z powodu jej wyjazdu
- Ale, panie Emerycie, przecież ja wyjeżdżam tylko na kilka dni, zjazd jest we wrześniu 2027(! - zaakcentowała), wszystko wstępnie mamy ustalone, więc...
- Tak, tak, ale pani, za przeproszeniem, nic nie rozumie... - starałem się jak najłagodniej jej przerwać.
- Ja postanowiłem wysłać Meldunek-I do koleżanek i kolegów do końca maja...
- No to pan przecież wyśle... - weszła mi w słowo. - A poza tym, co by się stało, gdyby wysłał pan na początku czerwca?...
Oj, proszę pani, stałoby się, stało... - Miałbym przez te dni stały dyskomfort, brak wolnej głowy, zły sen...
Rozstaliśmy się po 15 minutach rozmowy z pewnymi ustaleniami, a ja nie odniosłem wrażenia, że pani powoli dojrzewa, żeby powiedzieć, że jednak ten termin jest zarezerwowany, a ona tego wcześniej nie zauważyła i przeprasza, poza tym inny termin też jest zarezerwowany, a w ogóle to każdy jest zarezerwowany i Bardzo mi przykro, dziękuję za dotychczasową współpracę i do widzenia.
Wieczorem, gdy już w łóżku kokosiłem się do czytania i za chwilę do spania, odezwał się telefon. Wyświetlony numer zaczynał się od +49. Niemcy. Już miałem zamiar nie odbierać, ale się złamałem, bo to przecież mogła dzwonić Siostra z jakiegoś innego numeru albo Siostrzeniec. Miałbym potem wyrzuty sumienia.
Dzwonił były mąż kuzynki Żony I. Nie widzieliśmy się i nie słyszeliśmy ponad 20 lat. Ale go naszło.
Jeszcze dawniej, wraz ze swoją pierwszą żoną, utrzymywał intensywne kontakty rodzinne, ale po rozwodzie łączność się poprzerywała. Ale nie na tyle, żeby już z drugą żoną nas nie odwiedzić w Metropolii, gdy z kolei ja już byłem w drugim związku, wtedy jeszcze nieformalnym. Oboje więc poznali Żonę, a ona ich. Potem kontakty urwały się całkowicie, aż do tej pory.
Wspominaliśmy stare dzieje i uzupełnialiśmy naszą wiedzę o nas samych. Pamiętał takie szczegóły, które tak mocno wyleciały mi z głowy, że żadną siłą nie byłem w stanie sobie ich przywołać. I sporo wiedział, co się u nas dzieje na bieżąco, w moim starym towarzystwie i w rodzinie, bo ma kontakt z córką z pierwszego małżeństwa.
On z kolei z drugą żoną ma dwoje dzieci, rozwiódł się po10 latach, wszedł po raz trzeci w związek małżeński (jedno dziecko), by po 14. latach znowu się rozwieść. Oczywiście nie dociekałem przyczyn, chociaż on co nieco wyjaśniał. Ale aparat niezły. Teraz od roku siedzi w Niemczech, pracuje i jest w nieformalnym związku z bardzo "sympatyczną i dojrzałą kobietą".
Wiek Syna(49) i Córci (42) normalnie go zabił. Zaniemówił, zwłaszcza że sam ma niewiele więcej (58).
PIĄTEK (22.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Widok nieba, mimo że z chmurkami, rokował piękną pogodę. Dzień powitał mnie krwistym wschodem słońca. Co z tego, że widziałem to setki razy?... Zamurowało mnie przy łazienkowych drzwiach.
Półprzytomny zacząłem pisać. Energii dodał mi sms od Żony. Była 06.20.
- Możesz przyjść już :)
Chwilę wcześniej słyszałem ruch na dole (Żona wypuszczała Pieska), ale bez smsa nie śmiałem czynić tak odważnych ruchów.
Z wielką przyjemnością rozruszałem poranek. Na dworze było +8, zwizytowałem szklarnię i mogłem przy Blogowych pisać.
Gdy Żona była już usatysfakcjonowana swoim 2K+2M, dałem jej do recenzji maila do koleżanek i kolegów. A potem wysłałem go do Szefowej Recepcji po tylko piętnastominutowej rozmowie. Chodziło o to, żeby wyłapać jakieś ewentualne przekłamania czy niedomówienia.
I Posiłek jadłem z Żoną w ogrodzie (ostatnia porcja tatara). Żona słuchała audiobooka, a ja czytałem Wotum Siembiedy czując na plecach oddech Po Morzach Pływającego. Co jakiś czas wysyła krótkie meldunki i terroryzuje mnie swoją prędkością czytania. Skończył 444, za "chwilę" napisał, że jest już po drugim tomie Miejsce i imię i Czas na "Wotum". Po moim zdziwieniu wyjaśnił 8 godzin wachty, środek morza, żadnych statków wokół...
Podziwiałem, bo ja nie potrafiłbym czytać żadnej książki non stop, tak od dechy do dechy. Nawet trylogia Millennium Stiega Larssona, od której nie mogłem się oderwać i wykorzystywałem każde 5 minut, żeby czytać, nie potrafiła mnie przykuć, i nie pomogłoby przykuciu i 10 godzin wachty. Fizycznie i psychicznie bym nie podołał nawet w sytuacji braku innych obowiązków.
Za jakiś czas Po Morzach Pływający mnie pocieszył, gdy mu odpisałem, że ja właśnie Wotum kończę Masz szansę wygrać bo jutro mam trochę zajęć :) (pis. oryg.)
Do City pojechaliśmy w dwóch ważnych sprawach - ważnej i ważniejszej.
Ważniejsza to ta z Urzędem Skarbowym. To był już szósty czy siódmy pobyt, ale ten miał sagę kończyć. I tak się stało. Po sprawnych piętnastu minutach i wyjaśnieniach pani (wszystko akceptowaliśmy) złożyliśmy korektę PIT-39 za 2022 rok. Teraz tylko należało zapłacić fiskusowi należny mu haracz i ten etap kontaktów z urzędem zamykaliśmy. Czekał nas kolejny, ale to za rok.
- Ponieważ jutro jest nasza XVIII rocznica ślubu... - specjalnie zawiesiłem głos obserwując Żonę i dając jej szansę na reakcję.
Oczywiście nie pamiętała.
- To znaczy zawsze pamiętam, że to jakoś teraz, ale ocykam się poniewczasie. - śmiała się.
... - to zapraszam cię na lody.
Oczy jej zabłysły, bo te w City niczym nie ustępują tym ze Stylowej, poza tym są dwa razy tańsze biorąc pod uwagę, że panie nakładają gałki od serca, no i są porzeczkowe, a w Stylowej nie ma, ale zaraz mina jej zrzedła.
- Eee, nie, lodami możemy uczcić dzisiejsze domknięcie sprawy w US, a rocznicę trzeba byłoby jakoś poważniej...
- To może Lokal z Pilsnerem II?...
Oczy jej się ponownie zaświeciły. Ustaliliśmy, że na lody pójdziemy po załatwieniu sprawy ważnej, a do Lokalu z Pilsnerem II w dniach sobota - wtorek, jak czas pozwoli.
Ważna dotyczyła światłowodu. Żona w końcu postanowiła się sprzedać i z Orange związać się umową na dwa lata.
W oddziale zajęła kolejkę (obsługiwał tylko jeden pan, ten sam, z którym poprzednio Żona wszystko omówiła - siłę strumienia, możliwości techniczne i termin montażu), a ja poszedłem na śmieszne zakupy. W Leroy Merlin kupiłem WD40 i szczotkę do czyszczenia szczelin między kostkami brukowymi z chwastów i mchu. Do tej pory używałem tej w spadku po Prominencie, mocno już zużytej. Nigdy wcześniej takiego sprytnego narzędzia nie widziałem i myślałem, że to samoróbka. Od razu mi się spodobało, bo wykluczało stosowanie środków chemicznych, tak zalecanych w ramach ochrony środowiska Chcesz mieć czystą kostkę brukową? Wystarczy, jak (! - wykrzyknik mój) kupisz XYZ i wylejesz to świństwo w szczeliny, a o chwastach zapomnisz na lata.
Światłowód mamy mieć zamontowany do 10. czerwca.
W Rynku, w City, załapaliśmy się na paradę orkiestry dętej i przemarsz mieszkańców, od przedszkolaków po starszych, a wszystko z okazji Dni City. Stąd wszędzie były tłumy i po raz pierwszy zobaczyliśmy, że miasto żyje. A powinno tak żyć przynajmniej przez pół roku, bo potencjał ma ogromny. Tylko co z tego, skoro od lat brak gospodarza.
W domu nie mogłem się oprzeć, żeby nie wypróbować nowej szczoteczki i nie wszedłszy nawet do środka od razu maniakalnie zacząłem czyścić przerwy miedzy kostkami. Robota szła idealnie i lekko, bo przy starej, z racji jej zużycia, musiałem wkładać sporo siły. Zapamiętałem się w robocie tak, że aż Żona musiała przywołać mnie do porządku.
- Ale Berta czeka na żwaczka!...
A Piesek + żwaczek to jest jeszcze inna świętość.
II Posiłek był skromny ilościowo z racji czekającego nas grilla.
Goście przyszli punktualnie, o 17.00, przynosząc zestaw piw i, ku naszej zgrozie, paczkę orzeszków ziemnych (nie potrafię się oprzeć, Żona bardziej daje radę) oraz winogrona.
Siedzieliśmy do 20.30. W chaotycznych, bo spontanicznych gadkach, było kilka nurtów, w tym dwa główne - pieski i...Nasza Wieś. Pieskami nie mogli nas zaskoczyć, ale Naszą Wsią bardzo. Bo przybliżali ją nam, wspominali z innej perspektywy. Z perspektywy gości i to takich łażących, w tym po miejscach, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Takich, których Nasza Wieś i Piękna Dolina fascynowała.
- To było miejsce dla nas stworzone... - podkreślali wielokrotnie i kłócili się między sobą, czy w latach
2015-2018 byli u nas 5 czy 6 razy. Wówczas jeszcze z ich ukochanym beaglem, Szafirem.
- I poznaliśmy każdy apartament... - śmiali się.
Ale największe wrażenie wywarły na nas wspomnienia o Sąsiadce Realistce (przejęli się, gdy im powiedzieliśmy, że niecały rok temu zmarła) i Sąsiedzie Filozofie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z faktu, że zadzierzgnęła się między nimi aż taka więź. Nie wiedzieliśmy też, że weszli w niezłą komitywę z Szamanką i Tym Który Dba o Auto. Pokazywali nam zdjęcia i filmiki z zabawy piesków, ich i ówczesnych gospodarzy.
Była też okazja, żeby opowiedzieć im nasze dzieje pomiędzy Naszą Wsią a Uzdrowiskiem ze wszelkimi zawirowaniami i o dalszym ciągu Naszej Wsi, czyli o Szwedzie i co wyprawiał.
Z kolei wiele dowiedzieliśmy się o nich. Oboje pracują w telekomunikacji i w tym miejscu pracy się poznali. Ciekawe, bo ona ma lat 69 i ciągle pracuje, on 62. I oczywiście, jak to w każdej pracy, bywa różnie. Przekazali nam wiele smaczków. Ona o kompetencjach jej szefów, takich z nadania, czyli o ich braku, "Przeżyłam" już sześciu!, a on, że ciągle się stamtąd zwalnia po trzydziestu iluś latach pracy, bo tego wszystkiego ma serdecznie dosyć i kolejnym momentem zwalniania się będzie przyszły rok.
- Zwalniał się już w tym - wyjaśniała ona - ale go przekabacili i wymogli na nim, żeby jeszcze został ...
Goście się znaleźli, czyli idealnie wyczuli, nomen omen, moment, kiedy mogli się zaśmierdnąć i o 20.30 się pożegnaliśmy. Sprzątanie, porządki, wieczorne zamykanie spraw i czytanie skutkowało tym, że światło gasiłem o 22.00.
W trakcie grillowania zadzwoniła moja uczennica z dawnych czasów, ze szkoły państwowej, a potem ze Szkoły. Była tak nakręcona, że praktycznie nie dopuszczała mnie do głosu. Bo okazało się, że pod koniec czerwca chyba dojdzie do spotkania ich klasy, której byłem wychowawcą. Nie dziwiłem się jej, skoro mieli się spotkać po dwudziestu kilku latach. Musiałem jej brutalnie przerwać, wytłumaczyć się i obiecać, że jutro zadzwonię.
SOBOTA (23.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.40.
Z dużym trudem.
Alarm miałem nastawiony na 06.00. O wpół do szóstej przestawiłem go na 06.40. Chwilę wcześniej Żona smsem zaprosiła mnie na dół. Nadal nie mogłem się zwlec. Ale potem wszystko poszło porannym trybem.
Na dworze było +10, niebo z chmurkami wyraźnie sugerowało, że za chwilę pokryje się lazurem, co nastąpiło w okolicach dziesiątej. Temperatura skoczyła do +15. Zapowiadał się piękny dzień. Dodatkowo dlatego, że 18 lat temu braliśmy ślub w Powiecie, o czym pisałem bodajże nie raz. Wspomnienia wróciły też dzięki naszym gościom z dołu. Napadła mnie nostalgia.
Musiałem się z niej otrząsnąć, bo życie wzywało, bezwzględnie, bez skrupułów.
Po porannych drobnych czynnościach gospodarskich i po I Posiłku zadzwoniłem do mojej byłej uczennicy. Tej, która wczoraj do mnie dzwoniła. Od razu uprzedziłem, że ja będę pytał Bo wczoraj byłaś tak nakręcona, że w ogóle nie dopuszczałaś mnie do głosu, nie mogłem zadać żadnego pytania!
Okazało się, że sprawa była świeżutka, dosłownie sprzed kilku godzin, stąd jej spontan.
Potwierdziłem swoją obecność na spotkaniu. Chciała mnie od razu dopisać do grupy na Facebooku, ale jej wyjaśniłem, że ten serwis społecznościowy dla mnie nie istnieje. To próbowała z WhatsAppem, ale znowu jej wyjaśniłem, że ja tego komunikatora nie mam, jak żadnego innego i mieć nie będę. Zdziwiła się, ale zaakceptowała. Ustaliliśmy, że gdy będzie znała konkrety (czas i miejsce), to da mi znać telefonicznie, smsem lub mailem. Mało możliwości?...
Byłem bardzo ciekaw tego spotkania. Bo moi wychowankowie mają w tej chwili po 54 lata. Powiedzieć, że to dorośli ludzie, to mało powiedzieć.
A poznaliśmy się, gdy mieli lat 15 i zaczęli naukę w szkole zawodowej. Część z nich, znaczna, bo 14 osób (siedem dziewczyn i siedmiu chłopaków) kontynuowała naukę w czteroletnim technikum wieczorowym, w którym przez ten cały okres byłem ich wychowawcą. I przypisuję sobie drobną zasługę, że cała czternastka zdała maturę. To był rok 1994, gdy kończyłem przygodę ze szkołą państwową, a zaczynałem ze Szkołą. Ale kontaktu z nimi nie zerwałem. Przeciwnie. Co roku, na Dzień Dziecka, zapraszałem ich do siebie, do domu (Żona I się wyprowadzała) i była całonocna impreza z tańcami. Tak to trwało chyba do 2004, albo 2005. Potem się rozlazło. Kontakt miałem, ale już sporadyczny i okolicznościowy, chociażby w momencie, gdy jeden z moich uczniów przedwcześnie zmarł. Z nim to była oddzielna historia, może kiedyś do opisania, bo ciekawa, chociażby dlatego, że dotyczyła tamtych realiów, już niby z czasów kapitalizmu, ale jeszcze ciągle mocno tkwiąca w PRL-u.
Skoro więc mam swoje spotkania z koleżankami i kolegami z ogólniaka i ze studiów, to jak miałbym nie zrozumieć emocji mojej uczennicy?
Ciekawe, że te lata szkolne i studiów tak łączą...
Jeszcze przed I Posiłkiem Żona pokazała mi filmik przysłany przez Krajowe Grono Szyderców. Zrobił na nas wrażenie, a zwłaszcza na Żonie. Dokumentował zawody dziewcząt w gimnastyce artystycznej, konkretnie w akrobatyce powietrznej (aerial), tu występ Ofelii. Szczęka nam opadła, bo czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Takiej aranżacji, figur i jej sprawności fizycznej. Małpa jedna! W ogóle się nie chwaliła. Oczywiście, "swoim zwyczajem", wiele dni wcześniej zdecydowanie deklarowała, że ona na te zawody nie pójdzie, by jednak pójść i zająć... II miejsce. Małpa jedna! Jedna jej figura, jeden moment, zrobił na nas szczególne wrażenie, gdy trzymając się oburącz dwóch szmat (nie wiem, jak się nazywają), wiszących od sufitu, zrobiła przewrót i wisiała głową w dół bez żadnej asekuracji. Wszystko do wybranego przez nią utworu. Małpa jedna!
Goście z góry, Bibliotekarka i jej mąż, wyjechali o 14.00. Po trzech tygodniach. Długo rozmawialiśmy przed domem. Znowu otrzymaliśmy prezenty - książkę Jak wychować zająca, autorki Chloe Dalton, kawę w kapsułkach i magnes Dom bez zwierzaka to tylko zwykłe mieszkanie z rysunkami tychże.
Co tu dużo mówić - zrobiło nam się smutno. Byli tyle czasu, spotkania można było policzyć na palcach jednej ręki, ale jednak przyzwyczailiśmy się. Poza tym wielkie znaczenie miała ich kultura osobista i miłe usposobienie.
Zabraliśmy się od razu za górę, bo dzisiaj mieli przyjechać kolejni goście. Para, która podróżowała motocyklem. Trudno świetnie. Przyjechała o 17.15, jak zapowiadała. Lat 40+, bardzo sympatyczna i kontaktowa.
Późne popołudnie spędziłem na pracy w drewnie i na skrobaniu szczelin między kostką brukową. Nowa szczotka, inna praca. Aż miło.
Wieczór zamykałem (tak wówczas mi się wydawało) rozmową z Szefową Recepcji, żeby przed jej wyjazdem na urlop dopiąć ostatnie szczególiki.
Trochę poczytałem i o 20.30 zgasiłem światło.
O 21.10 ze snu wybudził mnie brutalnie telefon. Od kiedy Żona śpi na dole, go nie wyłączam. Dzwoniło radośnie Krajowe Grono Szyderców za nic mając fakt, że jestem emerytem, że idę spać z kurami i że... Chciało się podzielić takim oto prostym faktem, że siedzą sobie na balkonie Bo co prawda tarasu już nie mamy, ale Q-Zięć zrobił porządek i balkon urządził, przy szampanie, razem z dziećmi. No, i że dzisiaj w Rynku w Metropolii spotkali się z prababcią, czyli z Teściową. Do głowy by mi nie przyszło, że to może mieć reperkusje dotyczące mojej osoby.
W trakcie opowieści o tym, co się wydarzyło u każdej ze stron, dzieci się "pochwaliły" babci, że zdechła jedna z ich świnek morskich, Chrumek. Teściowa, w dobrej wierze, bo chyba chciała jakoś dzieci pocieszyć, powiedziała, żeby się nie martwiły, bo Chrumek poszedł do nieba, czy jakoś tak. Nie wnikałem.
I gdy kończyłem rozmowę z Krajowym Gronem Szyderców, zareagował Q-Wnuk.
- Dziadek, ale nie odpowiedziałeś mi na pytanie...
- Jakie? - autentycznie w tym rejwachu nie zarejestrowałem.
- Co się dzieje z człowiekiem po jego śmierci?
Masz babo placek! Dlaczego to akurat padło na mnie? Nie ma rodziców?! Czyżby coś mu zostało w głowie po rozmowie z Teściową?...
- To nie jest rozmowa na telefon. - Gdy przyjadę w środę, to postaram się ci odpowiedzieć.
Przyjął to normalnie.
No i jest dylemat. Żona, gdy to usłyszała (przyszła na górę słysząc, że rozmawiam) od razu stwierdziła, że ona chce brać udział w tej rozmowie na zasadzie telekonferencji. Nie wiem, czy się uda, bo może nie starczyć czasu.
Dylemat nie bierze się stąd, że wbrew własnym przekonaniom, będę Q-Wnuka okłamywał mówiąc mu, że istnieje Pan Bóg, Szatan, niebo, piekło, czyściec, że dusza to, czy tamto, jeśli istnieje, że człowiek po śmierci będzie żył wiecznie, albo że dotrze aż do siódmego nieba, a w raju będą na niego czekać 72 dziewice.
Bierze się stąd, na ile, jak mocno, mu mówić, że to wszystko bzdury i ludzki wytwór, wymysł.
Bo może zacząć mnie zaginać zwykłym kolejnym pytaniem, typowym dla dziecka, A dlaczego?:
- A dlaczego ludzie tak wymyślili?
- A dlaczego będzie żył wiecznie, skoro umarł?
- A dlaczego jest tyle nieb, skoro jest jedno?
- A jak kobieta pójdzie do raju, to też otrzyma 72 dziewice?
- A kto to, co to jest dziewica? (tego pytania boję się najbardziej i, gdy padnie, skieruję go do matki albo do którejś z babć; mogę się ostatecznie nie znać)
- A dlaczego jest tyle bogów, skoro jest jeden?
I cholera wie, co jeszcze może wymyślić, bo ma już 12 lat i jest inteligentny. No, ale ciągle dzieciak. Może go zagadam faktem, że drużyna metropolialna wróciła do ekstraklasy i że zapowiadają się ciekawe baraże o wejście do niej.
Że też człowiek nie może spokojnie pojechać na mecz. Zasypiałem tłukąc się z myślami. Bo co się dzieje z człowiekiem po jego śmierci? Nic. Tylko jak z tym przekazem dotrzeć do takiego łebka, skoro nie daje się do milionów?
NIEDZIELA (24.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
Spałem dobrze.
Na dworze panował wzorcowy maj - słońce, lazur nieba, ptaszki i zielono.
W miarę szybko zabrałem się za pisanie. Nie trwało to długo, bo o 06.30 "wezwała" mnie na dół Żona.
To rączo zszedłem, żeby zrobić poranny rozruch. Na dworze było już +11.
Zapanowała cisza.
Dość wcześnie zabrałem się za podlewanie pomidorów. Nie wiem, czy zbytnio ich nie gimnastykuję, bo ostatni raz były podlewane 5 dni temu. Chyba z racji temperatur zwiększę częstotliwość. Przy okazji wodę dostały fasolka, cukinia i dymka. Nowa już tak produkuje szczypior, że za dzień, dwa będzie można go zrywać. A stary dzisiaj zacząłem zużywać w ten sposób, że wyrywałem całe główki i odcinałem krótkie, wcześniej popodcinane, zielone pędy. W wolne miejsca wsadziłem ostatnie 10 dymek.
Z I Posiłkiem czekaliśmy na wyjazd gości z dołu. Planowali wyjść o 10.00, żeby spokojnie dotrzeć do dworca i zająć miejsca. Ale przezornie, znając siebie i nas, u drzwi stali już o 09.50. Bo trzeba było pogadać i się pożegnać. Z racji godziny odjazdu pociągu trwało to tylko 15 minut.
- Znamy, co prawda, tylko Naszą Wieś, w Wakacyjnej nie byliśmy, a teraz Uzdrowisko, i podziwiamy, że potraficie wybrać tak piękne, a przecież różne miejsca. - padło z ust gościny.
Zapowiadali się na przyszły rok. Znowu zrobiło się nam smutno, gdy za chwilę zniknęli.
Było mnóstwo czasu, więc z pełną świadomością, wręcz premedytacją rozkoszowałem się aurą ogrodu, siedzenia przy stole, jedzenia i czytania. Nawet na początku to wszystko, co widziałem i odczuwałem, głośno komentowałem, bo nie mogłem się oprzeć.
Zaraz po tym zabraliśmy się za robotę. Ja nastawiłem dwa prania i po raz pierwszy w tym roku rozwiesiłem je na naszym balkonie, a Żona zabrała się za dół. Potem ona zostawiła mi pole, a gdy skończyłem, wróciła.
Ponieważ dzisiejsi nowi "dolni" goście zaktualizowali godzinę przyjazdu (17.00 - 18.00), to postanowiliśmy uczcić XVIII rocznicę ślubu już dzisiaj i wybrać się do Lokalu z Pilsnerem II. Pierwotnie z racji obowiązków i obciążeń (poniedziałek - publikacja i kolejna wymiana gości) planowaliśmy wypad we wtorek.
Na tę okoliczność odgruzowałem się na 55%.
We wszelkich parkach, na deptakach i alejach były nadspodziewane tłumy. Baliśmy się o wolne miejsca, ale było bardzo przyzwoicie, tak dla Żony (dość kameralnie) i dla mnie (turystycznie). Zresztą cały czas w drodze, chyba przez pogodę i te tłumy, czuliśmy się, jakbyśmy byli na wakacjach.
Sam pobyt, no cóż, nie mógł być inny, jak wspaniały. Na pewno do aury Lokalu z Pilsnerem II jesteśmy przyzwyczajeni, ale jednak żadne z naszych zmysłów przez te lata się nie stępiło i każdy pobyt sprawia nam wiele radości.
Para z pieskiem przyjechała o 16.40. Zdążyliśmy już być na miejscu. Oboje lekkie 70+, inżynierowie ochrony środowiska, więc było o czym rozmawiać. Stonowani, niewylewni, ale mimo tego kontaktowi, reagujący na różne smaczki i nawet pod koniec oprowadzania na swój sposób wyluzowani. Zwłaszcza on. Nawet nie spieszyło mu się do środka apartamentu, tylko musiał mi opowiedzieć dykteryjkę, która mnie autentycznie ubawiła, gdy zakomunikowałem mu, że resztę opowie żona, bo ona jest tutaj szefową.
- Bo wie, pan, z biegiem lat, gdy małżeństwo już długo trwa, nieuchronnie obiera jeden z dwóch systemów funkcjonowania. Albo żona staje się szefem, albo starszą siostrą Uważaj, żebyś się nie przewrócił!, Wziąłeś okulary?!, Nie zapomnij kupić!..., A zęby umyłeś?!..., Nie pij tyle!, Za późno kładziesz się spać! albo Za wcześnie wstajesz!... Jak do niedołężnego... - uśmiał się, a ja wraz z nim.
A piesek? Świetny! Coś w stylu Berty, czyli ze sporą dozą autyzmu, żyjący we własnym świecie, ale przyjazny i kontaktowy. Ubawił nas, gdy po zapoznaniu się z terenem siadł pod naszymi drzwiami, bo wiadomo, drzwi, więc tędy będzie się wchodzić. I tak cierpliwie czekał. Płochacz niemiecki o pięknym ubarwieniu, mocno ciemnym, prawie czarnej, czekolady.
Po wszystkim przeniosłem się z całym laptopowym majdanem na górę. Trochę podejrzałem onan sportowy, a trochę pisałem.
Po niedużym czytaniu gasiłem światło o 20.30.
PONIEDZIAŁEK (25.05)
No i dzisiaj wstałem o 04.40.
Wstawało się dziwnie, bo ciężkawo, a jednocześnie nie chciało mi się dalej spać.
Dzień zapowiadał się pięknie. Zasłony odsunąłem jeszcze przed wschodem słońca (04.49). Czekał mnie spektakl natury. Za chwilę ognista kula świeciła tak mocno, że nie sposób było patrzeć.
Rano, na górze, sprawdziłem możliwości dojazdu w środę do Metropolii i powrotu w czwartek. A wszystko przez prezent, który otrzymałem pod choinkę od Krajowego Grona Szyderców - bilet na mecz Polska - Reszta Świata. Miała go też dostać Żona, która chętnie by pojechała, ale od początku było wiadomo, że ze względu na Pieska nie będzie to możliwe.
Po meczu, w środę, miałbym u nich nocować, by w czwartek rano wracać.
Potem pisałem. Rozpędzić się za bardzo nie mogłem, bo o... 06.06 przyszedł sms od Żony Chodź😀
- Jezu! Idę świrusko! - odpisałem.
- A bo o szóstej wstałam wypuścić Pieska na siku, to stwierdziłam, że co tak tam będziesz siedział bez Blogowej. - usłyszałem na "dzień dobry".
Wszystko więc ruszyło wcześniej.
Pisałem, a gdy już miałem dosyć, z przyjemnością poszedłem do ogrodu. Sprawdziłem stan pomidorów i po raz pierwszy w tym roku obciąłem im dolne liście. Potem napowietrzałem trawę. Zacząłem już to robić wczoraj. W spadku po Prominencie zostały takie specyficzne buty, a la madejowe łoże
(z polskiej legendy o zbóju Madeju - okrutnym złoczyńcy, który za swoje grzechy miał po śmierci leżeć w piekle na łożu najeżonym kolcami, nożami i hakami. Dopiero po odbyciu ogromnej pokuty dostąpił rozgrzeszenia, a łoże obróciło się w proch), które zakłada się na buty robocze, mocuje się je pasami i w ten sposób chodzi po trawie kłując ją. Trzeba to robić powoli i dość ostrożnie, bo za każdym stąpnięciem czuć zapadanie się w ziemi i trzeba trochę siły i stabilności, żeby nogę z tej pułapki wyciągnąć i się nie przewrócić. Trawka aż piszczała, nomen omen, z radości i od wielu dni odwdzięcza się, że o nią dbam. Ten pas pod świerkiem pięknie się zazielenił i zagęścił. Postanowiłem podlewać już tylko raz dziennie, rano.
W domu konsultowałem z Pasierbicą kwestię mojego przyjazdu. Rzecz była prosta. Umówiliśmy się, że w środę z dworca przyjdę do niej, do pracy, a potem poddam się ogólnemu przedmeczowemu nurtowi organizacyjnemu.
Goście z góry, motocykliści, się znaleźli i wyjechali zaraz po dziesiątej. Sympatycznie sobie porozmawialiśmy. Oboje, ona 49, on 52, odchowali dzieci (córka 27, już ma swoje, syn 19 i drugi 17), więc korzystają z dużej swobody i miotają się motocyklem po Polsce i Europie. On kierowca TIR-a (pracuje w Niemczech w firmie niemieckiej), ona fryzjerka. Oboje korzystają z tak prostego faktu, że jest rozbieżność świąt w Polsce i w Niemczech. Stąd, gdy tam jest wolne, on od razu przyjeżdża (mieszkają na ścianie zachodniej) i jadą na krótki urlop. Wtedy w Polsce jest dzień pracy, więc nigdzie nie ma tłoku. Ona z kolei, jako fryzjerka, może dowolnie dysponować własnym czasem. Bo nie ma zakładu fryzjerskiego, stałe klientki przyjmuje w domu, a najczęściej jeździ do nich, zwłaszcza do starszych pań, które mają już problemy z poruszaniem się.
- Ona, jako osoba i jako fryzjerka, budziła we mnie tak duże zaufanie, że ja mogłabym do niej chodzić. - skomentowała Żona, gdy się rozstaliśmy. A to był bardzo duży komplement dla tej pani.
Mogliśmy spokojnie zjeść I Posiłek. W ogrodzie. Żona, mimo że nie było tatara, chętnie razem ze mną zasiadła przy stole, w pięknej aurze. Jednak aż takiego czasowego komfortu nie mieliśmy, bo nowi goście zapowiedzieli się na górę na godzinę 13.00. Co prawda, zdając sobie sprawę z doby hotelowej, i tak byliby szczęśliwi mogąc zostawić auto, ale my postanowiliśmy się sprężyć. Żona zaczęła pracę na górze, a ja pojechałem w Uzdrowisko. Socjalna (schodzi w te gorące dni), Biedra, biblioteka (zdałem jednego Siembiedę, w zamian dostałem dwa kolejne) i pranie. Dłużej zabawiłem w Chacie Citizańskiej. To taki sklep, w którym robimy zakupy, a na stałe odkryliśmy go stosunkowo niedawno z tej racji, że posiada pewien asortyment niedostępny gdzie indziej. No i jest na miejscu. Poza tym posiada wewnątrz ten automat do zdawania puszek i plastikowych butelek. A to jest istotne, bo, na przykład, Biedronka ma taki automat na zewnątrz i gdy, coś się z nim stanie, robi się problem. A że stać się może, byłem dzisiaj świadkiem.
Zostały mi jeszcze trzy plastikowe butelki (goście zostawiają), gdy automat odmówił współpracy. Wydrukował paragon i wyświetlił komunikat, że pojemnik jest pełny i że należy go wymienić. Byłem ciekaw, jak to się robi i chciałem zobaczyć bebechy maszyny. A sprawa była prosta. Miało się okazać, że pozornie. Pani otworzyła drzwiczki, wysunęła pojemnik na kółkach, wyciągnęła worek ze sprasowanymi odpadami, wstawiła nowy, pusty, i zamknęła drzwiczki. Automat jednak domagał się zeskanowania kodu tkwiącego na czymś takim, jak trytytka, żeby za chwilę zaplombować nią pełen wór. No, niezła paranoja. Ale prawdziwa miała się za chwilę zacząć. Bo automat kodu nie odczytywał, a miał do dyspozycji aż dwa czytniki. W sukurs przyszła koleżanka, ale jej też kodu nie odczytywał. To ta pierwsza poszła na zaplecze Bo może drugi da się odczytać... Nie dał się.
W końcu zareagowałem.
- Ale proszę spróbować kod mocno odsunąć, bo panie trzymają (nie dodałem, że z uporem maniaka) go tuż przy czytniku. - A on wtedy odczytuje tylko jego część, czyli nie odczytuje... - wszedłem w finezję.
Pani machinalnie odsunęła i w ułamku sekundy głupia maszyna zareagowała. Pani spojrzała na mnie z zaskoczeniem i zdumieniem.
- Ponieważ mam zamiar kupić kilka piw, to uważam, że jedno mi się należy gratis, bo rozwiązałem paniom problem i na przyszłość...
Wyśmiały mnie sympatycznie. Nie chciałem się głośno zastanawiać To jak, w takim razie, wcześniej panie plombowałyście ten wór, skoro maszyna stoi tu już spory czas? Po co, skoro są miłe i uczynne?...
Gdy wróciłem, natychmiast zabrałem się za górę, a po mnie Żona kończyła pic.
Byliśmy gotowi 5 minut przed czasem, gdy goście napisali, że będą za pół godziny. Standard. To postanowiłem przez ten czas na nich się czaić i wyczyścić ścieżkę prowadzącą od ich furtki do poszczególnych apartamentów. Udało się. Gdy właśnie skończyłem, przyjechali. Para, w wieku 55+, sympatyczna i kontaktowa. Wszystko im się podobało, a do Uzdrowiska przyjechali drugi raz (byli rok wcześniej) Bo strasznie nam się spodobało!
Przeniosłem się na górę i pisałem. Przerywnikami były dwa prania, które rozwiesiłem na naszym balkonie. Strasznie lubię rozwieszać pranie na dworze. I nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Bo to raczej nie atawizm, ale jednak jakaś pierwotność.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy i wysłał jednego miłego smsa w ramach nowej taktyki z pierwszymi słowami Co powiesz na...
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 19.39.
I cytat tygodnia:
Dobry polityk musi umieć przepowiedzieć, co będzie się działo jutro, za tydzień, czy za rok i musi umieć wytłumaczyć, dlaczego nie zaszło to, co przepowiedział. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg,
poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa,
laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów
Zjednoczonych).