poniedziałek, 1 czerwca 2026

01.06.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 180 dni.
 
WTOREK (26.05) - Dzień Matki (wczoraj Brat dzwonił, że dzisiaj idzie na grób Mamy)
No i dzisiaj wstałem o 05.50. 
 
Słońce powitało mnie wisząc już wysoko na niebie. Miał być kolejny piękny majowy dzień.
Jeszcze dobrze się nie rozkręciłem, gdy przyszedł sms od Żony Już 😁
Termometr wskazywał porannie +11.5 stopnia. 
Po porannym dolnym rozruchu zacząłem cyzelowanie. 
 
Od rana szczuł mnie szybkością czytania książek Po Morzach Pływający. Jeszcze przedwczoraj napisał: 
- A jednak. Wcześniej skończyłem pracę i dlatego... Było "Wotum" są "Kukły"
- Nie mam z Tobą szans. Ja dopiero obwąchałem Kukły. - odpisałem.
Mam dużo czasu. Codziennie 8 godzin wachty i co najmniej/ czasami/ 10 odpoczynku 😁 - wyjaśnił wczoraj.
A dzisiaj rano napisał już bez szczucia. 
Muszę przyznać, że Siembieda to ciekawy pisarz. Wkłada w swoje opowieści dużo serca i czasu.
Wynaleźć te wątki z historii i potem je rozbudować w pełną historii książki to duża sztuka . Poza tym są napisane " lekko" i przyjemnie się je czyta.
Muszę stwierdzić, że udaje się Tobie znaleźć dobrych i interesujących autorów.
Że swojej strony polecam Brejdyganda.
Zbliżamy się do Gibraltaru.
Dużo statków dryfuje w oczekiwaniu na tankowanie paliwa po drodze do Ameryki. Jako , że nadal nic się nie zmieniło w sprawie Cieśniny Ormuz wszyscy muszą się uzbroić w cierpliwość i oczekiwać swojej kolejki. My na razie mamy paliwo i możemy spokojnie wrócić na północ.
A w załączeniu statki na redzie Gibraltaru. To te zielone trójkaciki 
(wszędzie pis. oryg.)
Wyjaśniłem mu, że książki wybiera mi Żona, która zna mój gust i poczucie humoru i której bardzo rzadko zdarza się nie trafić.
Kolorową mapkę z pozycjami statków (dziesiątki, a może setki) musiałem wypieprzyć w kosmos, bo się otwierała i otwierała. Ważyła 15 MB. 
 
Grubo przed I Posiłkiem podlałem biohumusikiem skrzynie na tarasie, to samo pomidorki, po czym pokłułem trawkę i ją podlałem. Aż było przyjemnie zasiąść przy stole do posiłku i do książki.
Po czym nastał moment drukowań. Żona wydrukowała mi bilety, autobusowy na jutro, i pociągowy na pojutrze. I zlikwidowała braki we wpisach - wydrukowała trzy ostatnie. 
To jeszcze przed wyjściem do Zdroju skosiłem trawkę. Była niewysoka, więc dodatkowo ilość roboty zrobiła się jeszcze śmieszniejsza. 
 
A dlaczego wyszliśmy do Zdroju, chociaż to głupie pytanie? Bo dzisiaj jest Dzień Matki. Z tej okazji Pasierbica przelała Matce 50 zł z sugestią Na drinka!
Długo po drodze wahaliśmy się, gdzie pójść, bo jakoś żadna opcja nie pasowała Żonie. Mnie pasowały dwie, tam, gdzie podawali Pilsnera Urquella, ale byłem skłonny pójść na ustępstwo i sugerowałem dwie inne, gdzie podawali jasnego Kozela. W "ostatniej" chwili Żona wymyśliła Serce Zdroju. Jako zwyczajni goście byliśmy tam jeden jedyny raz z Mańkiem i jego żoną, jeszcze przed ubiegłorocznym wrześniowym zjazdem. Wówczas Saperski Menadżer serwował nam czeskie piwo "na koszt firmy", a my miło spędziliśmy czas na tarasie.
Teraz strzał okazał się być w dziesiątkę. Dyżur miał Saperski Menadżer, a to jest wartość dodana sama w sobie. Lubimy z nim rozmawiać, a poza tym, jako główny menadżer, dysponuje tak zwaną decyzyjnością. To nie dość, że polecił mi Złotego Bażanta (Żona tradycyjnie poprosiła o tmavego Kozela), to jeszcze za dwa piwa policzył 20 zł. Chyba zauważył moje zdziwienie, bo zareagował.
- A to cena dla stałych mieszkańców. - Bo normalnie sprzedajemy po 15 zł. - śmiał się.
- To może ja od razu zapłacę?...
- Eee, nie, proszę siąść sobie na tarasie. - Można później. - Poza tym budżet jest niewyczerpany... - znowu się śmiał, gdy Żona opowiedziała mu o prezencie od córki. 
Stary wyga i szczwany lis. (dawny czasownik szczwać czyli szczuć
Oczywiście zamówiliśmy za jakiś czas dwa kolejne. Żona nadal tmavego Kozela, a ja poleconego Svijanego, bo Złotego Bażanta już nie było Mieliśmy grupę i wszystko wytrzebili!
Muszę powiedzieć, że zostałem podwójnie kompletnie zaskoczony. 
Najpierw gustem Saperskiego Menadżera, chociaż wiedziałem, że ma bardzo dobry i że sprowadza wyłącznie czeskie piwa. Ale polecał mi w punkt, w moim guście, bo świadomie chciałem spróbować czegoś innego niż Pilsnera Urquella, co do mnie niepodobne, a którego też miał w ofercie. 
A potem smakiem piw.
Złotego Bażanta odkrywałem na nowo. Świetny. A Svijanego zupełnie nie znałem. Równie dobry, jak Złoty Bażant, oba może tylko pół punktu za Pilsnerem Urquellem. Gdybym miał pić je stale, nie obraziłbym się.
 
Było w okolicach piętnastej, gdy Saperski Menadżer zamykał dobytek.
- Goście przyjęci, każdy ma swój klucz, recepcja zbędna, będzie otwarta jutro od 08.00 - Jadę do domu... - wyjaśniał. - Szkło proszę postawić na parapecie, jutro sprzątnę. - I proszę siedzieć, ile tylko państwo chcecie.
To siedzieliśmy w niepowtarzalnej atmosferze. Bo to w samym sercu Zdroju, a zupełnie nie było tego  czuć. Dodatkowo reagowaliśmy na aurę wiedząc, że jakieś 100 - 200 m od nas przewija się tłum ludzi.
Nic więc dziwnego, że Żona wpadła na genialny pomysł dotyczący nas, Żony Dyrektora i Męża Dyrektorki, i naszego, potencjalnie wspólnego życia. Nic więc dziwnego, że natychmiast do nich zadzwoniłem ku pewnemu oporowi Żony, takiemu sztucznemu, żeby się nazywało, żeby zaznaczyć, że jak można ich tak napastować, skoro niedawno (20. maja) z nimi rozmawialiśmy.
Rzecz opierała się na tym, że wymyśliliśmy im dalszy ciąg ich życia, naszego w tym kontekście również, dbając o najdrobniejsze szczegóły, co powodowało, że co chwila mogli się uśmiać. Trudno powiedzieć, czy brali to serio, ale, jak obie strony zauważyły, ziarno zostało zasiane i było o czym myśleć
 
II Posiłek zjadłem w ogrodzie, Żona na tarasie. Po czym kontrolnie wpadłem do szklarni, bo mam pomidorową manię. Ku swojej zgrozie ujrzałem, jak jeden wiotki pomidor, wiotki niczym Żona, słaniał się po ziemi. Od razu go podwiązałem i kolejne, prawie połowę, bo wyglądały z tą swoją wiotkością podejrzanie. I wreszcie w szklarni, w dwóch miejscach posadziłem bazylię, a do dwóch mięt dosadziłem trzecią. I bazylia i mięta były kolejnym prezentem od Bibliotekarki.
 
Mimo, że wiedziałem, że jeszcze będę pracował, wziąłem odświeżający prysznic. Zaczyna się, to ta pora roku. A potem, w takiej dziwnej kolejności, narąbałem dwie frakcje drewna. 
Na górę wyniosłem się o 20.00, a o 20.30 gasiłem światło.
 
Dzisiaj zadzwonił do mnie Meloman. Na początku czerwca przyjedzie do Górniczego Miasta, skąd pochodzi. Okazją jest coroczne spotkanie klasowe. Umówiliśmy się u nas na kawę. 
 
ŚRODA (27.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Powitał mnie lazur nieba, słoneczko wiszące już wysoko i pitolące ptaszki. 
Żona tym razem wezwała mnie o 07.00 z pewnymi wyrzutami sumienia, że tak późno.
Na dworze było +13 i zapowiadał się kolejny piękny majowy dzień.
Przy Blogowych pisałem. 
 
Przed I Posiłkiem obficie podlałem pomidory, licznie przebijającą się hecnie przez ziemię fasolkę, cukinię i dymkę. Co prawda wyjeżdżałem tylko na jedną dobę, ale głowę chciałem mieć spokojną.
A po nim, zjedzonym niespiesznie w ogrodzie, szykowałem się do wyjazdu. Spakowałem się i odgruzowałem na 80%. 
Myślałem, że jeszcze obejrzę na Canal+  drugą część meczu Igi Świątek, ale transmisji z Rolanda Garrosa nie było. Chamy niemyte. Zawsze był, a teraz ta stacja zrobiła woltę i, żeby móc oglądać, należałoby się przerzucić na inną, oczywiście za opłatą. Może tak zrobię, czyli poproszę Żonę o wykupienie, gdy Iga znajdzie się w ćwierćfinale.
Gdy nie miałem niczym zajętej głowy, dopadła mnie reisefieber, a raczej Reisefieber. Taki stan tkwi we mnie zawsze, dopóki nie wsiądę do auta, autobusu lub pociągu i dopóki to coś nie ruszy. Wtedy natychmiast znika.
Żeby się nie męczyć wyszedłem poobcinać gałęzie koło Klubowni, tak bardziej dla picu, żeby gościom było łatwiej parkować oraz poczyścić kostkę brukową, też dla picu. Obie rzeczy mnie odprężały. 
 
Żona odprowadziła mnie na dworzec autobusowy. Po drodze zajrzeliśmy do Intermarche po Angorę.
Podróży autobusem, a raczej liniowym busem, miałem żałować. Uparłem się wiedząc o wszelkich niedogodnościach Bo mi się nie chce przesiadać, chociaż Żona namawiała, abym tym środkiem lokomocji pojechał tylko do City i tam się przesiadł do pociągu (o tej porze nie było z Uzdrowiska) Będziesz miał wygodniej!
Bus odjechał punktualnie i do City było znośnie, ale to tylko 15 minut podróży na całe planowane dwie godziny i 10 minut. W City usiedli za mną trzej faceci, tacy, którym nie należało zwracać uwagi, że rozmawiają zbyt głośno, albo że przez pół godziny na nagłośnieniu prowadzą telekonferencję z jakąś panią (żona, siostra - nie szło się domyślić) i ich dwiema córkami, które przez większą część telekonferencji kłóciły się między sobą, nie dlatego, że mogliby dać po  mordzie, ale dlatego, że nie zrozumieliby, o co chodzi, więc miałbym dodatkową stratę energii, którą traciłem z minuty na minutę dodatkowo dlatego, że od strony kierowcy głośno dobiegało mnie radosne Radio Eska (koszmar!), i dodatkowo przez fakt, że w busie panował zaduch. Poza tym, to nie pociąg sunący gładko, więc za bardzo czytać się nie dało, bo co rusz Angorą miotało mi przed oczami.
 
Na końcu podróży oczywiście wpadliśmy w metropolialne korki (o czym wiedziałem i przy tym upierałem się na podróż busem), więc bardzo szybko dobiła mnie frustracja i beznadzieja.
Ale pojawił się niespodziewanie plus i to duży. Już wcześniej planowałem wysiąść wcześniej (upewniłem się u kierowcy, czy się tam zatrzymuje) i nie dojeżdżać do dworców autobusowego i kolejowego, żeby potem nie wracać w tę samą część Metropolii, w której mógłbym zawczasu wysiąść.
Akurat pan kierowca zatrzymał się na światłach, w miejscu jeszcze wcześniejszym i lepszym dla mnie logistycznie.
- A mógłbym tutaj wysiąść? - zapytałem bez wiary, bo kierowcom tak zezwalać nie wolno.
- Jeśli pan chce... - uśmiechnął się odpychająco, jak do natręta, co to wydziwia.
Byłem na swoich starych śmieciach, bo w trzech miejscach tego dużego terenu przez cztery i pół roku mieszkałem lub pomieszkiwałem. Czułem się więc jak u siebie. Zadzwoniłem do Pasierbicy z informacją, gdzie jestem, że dotrę do nich piechotą i że nie musimy się umawiać, żeby mnie odebrała autem.
- O, to będziesz przede mną, bo ja dopiero wychodzę z pracy. - Q-Zięć i Q Wnuk powinni już być w domu...
Szedłem na pewniaka zahaczając o Biedronkę i doposażając się w czteropak Pilsnera Urquella. Drogę znałem, ale skróty i myki już nie. Dopytałem tubylców.
 
Pasierbica była jednak przede mną. A to gwarantowało pewny i spokojny obiad. Q-Zięć mnie zaskoczył stawiając dwie chłodne butelki Pilsnera Urquella Bo jedziemy autobusem i tramwajami. Dodatkowo mnie przyjemnie zaskoczył, bo to jednak Pilsner Urquell, a on ostatnio żadnego piwa nie pije. 
Auto odpadało z tego względu, że po drodze mieliśmy odebrać z umówionego przystanku dwóch kolegów Q-Wnuka, w tym jednego z synów Słowian. razem 6 osób.
A co z Ofelią. Nic. Nie widziałem jej, bo dzisiaj nocowała u koleżanki. 
Pasierbica wyszukała, że gdy będziemy wracać z meczu w okolicach 23.00, to może być chłodno, jakieś 13 stopni. W te pędy przebrałem się w długie spodnie i wziąłem ze sobą sweter. Q-Wnuk o niczym takim nie chciał słyszeć, chociaż rodzice kategorycznie kazali mu wziąć bluzę. Po raz pierwszy chyba widziałem go w akcji nastolatka Bluuuzęęę?! Będę musiał nieeeeść! i sprawa wydawała się nie do przebrnięcia przez niego. Dla podkreślenia olbrzymiego wysiłku, jaki miał go czekać, charakterystycznie obwisł przytłoczony straszną myślą. Wyraźnie zaczął wchodzić w okres, gdy wszystko bezwzględnie staje się trudne.
- No, tak, masz rację, bluza jest tak tragicznie ciężka, że zgadzam się z tobą, że nie dasz rady jej nieść! - darłem z niego łacha. 
Odczytywał to prawidłowo śmiejąc się pod nosem. W końcu zarzucił ją sobie na biodra i chyba natychmiast zapomniał, że ją ma.
 
Pierwszy środek transportu publicznego, autobus, się spóźnił, więc było wiadomo, że na kolejny konkretny, już tramwaj, nie zdążymy. Całą logistykę diabli wzięli i Q-Zięć pędem musiał ponownie umawiać się ze Słowianką, na którym przystanku i kiedy dwóch chłopaków odbierzemy. Operacja była wojskowa. Łebki do naszego tramwaju wskoczyły, a za nimi Słowianka A bo się przejadę ten jeden przystanek. Zaskoczyła mnie, bo się ze mną przywitała na niedźwiedzia. 
Dalsza podróż kolejnym tramwajem wśród grona podobnych do nas kibiców, ze stosownymi koszulkami i szalikami, przebiegła bez problemów.
 
Na metropolialnym stadionie byłem dawno, ale całą atmosferę doskonale znałem i pamiętałem. Te tłumy ludzi, bramki, kontrola i obmacywanie, a potem mnóstwo stoisk sprzedających meczowe gadżety oraz piwo, napoje, kiełbasę i mięsiwo z grilla. Aura specyficznej zabawy. Z Q-Zięciem kupowaliśmy (bo trzy razy) po piwie, ale unikaliśmy tych stoisk, w których za jakiś bzdetny plastikowy kubek żądano kaucji w wysokości 15 zł. Paranoja jakaś! Zadowoliliśmy się zwykłymi, takimi przeźroczystymi, darmowymi (tu smaczek z AI: Zarówno przezroczysty, jak i przeźroczysty są w języku polskim w pełni poprawne i równorzędne. Możesz stosować obie te formy zamiennie w mowie i piśmie, choć wariant z „rz” jest nieco częstszy).
Do rozpoczęcia meczu czas uprzyjemniali nam jacyś "artyści" i mogłem się "wreszcie" dowiedzieć, kto to jest Skolim (<właściwie Konrad Skolimowski> to polski wokalista muzyki tanecznej <tzw. król latino> i aktor, urodzony w 1996 roku. Ogromną popularność w całym kraju zdobył dzięki hitom takim jak „Wyglądasz idealnie”, „Kiss Me Baby”, „Temperatura” czy „Daj mi jedno słowo”). Ta wiedza mną wstrząsnęła. 
 
Siedzieliśmy na samej górze trybuny, na dodatek tej przy narożniku boiska, więc oczywiście nie sposób było rozpoznać gwiazd polskiej czy zagranicznej piłki. Pozostawało zawierzyć spikerowi i/lub patrzeć na telebim. Za chwilę znowu mną wstrząsnęło, ale inaczej niż przy Skolimie, bo chyba po raz pierwszy w życiu mogłem na stadionie odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.
Sam mecz..., no cóż, trzeba było przyłożyć stosowną konwencję, bo w końcu grali panowie o średniej  wieku około 50 lat. Drużyna Reszty Świata mnie rozczarowała, bo tak grała, jakby nie chciała zrobić Polakom krzywdy. Może tak było wcześniej ustalone. "Za to" nasi strzelili trzy bramki i mecz wygrali.
Nieważne, fajny piknik rodzinny się odbył.
 
Wracaliśmy tylko jednym tramwajem i w miarę zbliżania się do końcowej pętli wagon pustoszał. Na końcu została nasza czwórka oraz jakaś młoda dziewczyna, która chwilę wcześniej wsiadła objuczona dwiema torbami. Była ładna, ale wzrok mój przykuła jej sylwetka, bo miała wyraźny feler postawy, coś a la garb, czy coś takiego. Na naszym przystanku Pasierbica, Q-Zięć i Q-Wnuk szybko wysiedli i gdy ja za nimi chciałem zrobić to samo, dziewczyna zaczęła się odklejać od smartfona z zamiarem wysiadania. To ją puściłem przodem. Podniosła torby i udało się jej wysiąść, ale mnie już nie. Drzwi dosłownie się zatrzasnęły przed nosem. Bardzo śmieszne. Widocznie panu motorniczemu siedzącemu w pierwszym wagonie spieszyło się do domu. 
Szkodziło nic. Wysiadłem na następnym przystanku (dobrze, że pan motorniczy otworzył drzwi), Pasierbica zadzwoniła do mnie dusząc się ze śmiechu i ustaliliśmy, że idziemy naprzeciwko siebie, by spotkać się w połowie drogi i dalej iść już wspólnie. Okazało się, że wcale nie nadłożyłem drogi.
Q-Wnuk pękał ze śmiechu, bo to taka niepowtarzalna gratka - dziadek zamknięty w tramwaju. Będzie co opowiadać kolegom w szkole. Ponoć nie mógł się z tą opowieścią doczekać i chciał dzwonić do Babci, znaczy się Żony, ale rodzice wybili mu pomysł z głowy. Było przed północą.
Aferzysta i oszołom jeden.
 
Spałem w pokoju Ofelii. 
 
CZWARTEK (28.05)
No i dzisiaj wstałem o 07.40.
 
Po sympatycznej nocy ze świnkami morskimi. 
Klatka była usytuowana jakiś metr od mojej głowy, ale przecież gdyby stała znacznie dalej, to i tak bym wszystko słyszał. Noc wyglądała tak, że po blokach ciszy następowało chrumkanie i ciamkanie przy jedzeniu lub piciu. Świnki musiały to robić naprzemiennie, a odgłosy, w dzień praktycznie niezauważalne, w nocy przybierały siłę strzałów przynajmniej z pistoletu. Budziły mnie też stosując metodę straszenia,  bo nagle w ciszy rozlegał się łomot, tu już bardziej jak z armaty, gdy nagle któraś z nich musiała robić gwałtowny skok w ucieczce przed tą drugą, której musiało się coś nie spodobać. Innego wytłumaczenia przy gwałtownie bijącym sercu nie znajdowałem. 
Rano, gdy przy kawie zdałem Pasierbicy relację z nocy, usłyszałem:
- Ale przecież tam spaliście z mamą?
Wyjaśniłem, że co innego spać po pijaku (grudzień tamtego roku), a co innego na trzeźwo. 
 
Kawa oraz poranny rozruch domowników, który obserwowałem z ciekawością, bo każdy dom ma swoje rytuały i uwarunkowania, postawiły mnie na nogi. Ciekawiły mnie zwłaszcza poranne ustalenia kto, co, gdzie i kiedy dzisiaj i dlaczego, a z tego powstawała ciekawa liczba możliwości, uwarunkowań, niemożności, iskrzenia będąca wynikiem matematycznego działania, czyli silni. Oczywiście nie mogli  mi zaimponować (Pasierbica nie mogła tego sobie wyobrazić, gdy za chwilę w samochodzie opowiadałem) przy Synu, Synowej, czterech chłopakach i dwóch psach, ale i tak było ciekawie.
Pierwszy do pracy wyjechał Q-Zięć Bo już jestem spóźniony!, a my we troje zbieraliśmy się spokojnie. 
- A jak wstaje Q-Wnuk? - zapytałem Pasierbicę. 
Co innego wstawanie u nas, na luzie i ze świadomością wakacji, a co innego w dniu codziennym przy obowiązkach. A takie coś mogłem obserwować pierwszy raz, no może drugi.
- Ciężko... - Trzeba chodzić kilka razy, może za piątym wstanie.
To poszedłem do niego wziąwszy się na sposób. 
- A gdy wczoraj po meczu wracaliśmy tramwajem, to siedzieliście we trzech koło siebie i pękaliście ze śmiechu. - Słyszałem, że rozmawialiście o jakiejś pani ze szkoły i o kolegach...
Q-Wnuk zaczął mi tłumaczyć, że o pani to nie, ale o kolegach tak. Wszedłszy aż w takie szczegóły musiał wysilić intelekt i się rozbudzić. Wstał po naszych dwóch próbach budzenia - Pasierbicy, nieskutecznej i mojej, przebiegłej. 
 
W drodze do szkoły i do pracy doświadczałem czegoś, czego już dawno nie miałem. Porannego rozruchu Metropolii z jej tysiącami aut jadącymi wte i wewte, miotającymi się w pozornym bezładzie, gdyby patrzeć z wysoka, ze sporej odległości, niczym mrówki wokół mrowiska, jakby bez celu, z dziesiątkami korków i świateł oraz zamkniętych ulic z powodu remontów. Nawet mi się to podobało, ale zdawałem sobie sprawę, że tylko dlatego, że to ten jeden raz, od dawna, że byłem na wakacjach, nigdzie się nie spieszyłem, niczego nie musiałem i nic ode mnie nie zależało. Byłem biernym, zrelaksowanym uczestnikiem tego całego porannego kotła i mogłem tylko obserwować i słuchać, co sprawiało mi przyjemność.
Dodatkowo w czasie jazdy zadzwoniła Żona. A to była wartość dodana, bo mogliśmy sobie urządzić telekonferencję i ona z daleka, stęskniona przecież, mogła w malutkim stopniu w tym całym cyrku uczestniczyć, chwilę porozmawiać z Q-Wnukiem i Pasierbicą. Taki erzac, ale zawsze.
 
Dzwoniła jednak z konkretem. 
- Bo przed chwilą telefonowała pani z Orange, że monterzy do światłowodu zamiast 1. czerwca (pierwotny termin był szóstego, potem nawet dziesiątego) mogliby przyjechać dzisiaj. - I mam jej dać znać. - To co robimy?...
- Brać!
Żona doskonale znała to hasło z czasów naszowsiowych, gdy do naszego domu po remoncie należało doprowadzić splotem zasilanie energią elektryczną. Oficjalnie na ten moment trzeba było czekać trzy miesiące po przejściu gehenny biurokratyczno-formalnej. A fachowcy, monterzy, deklarowali, że w zasadzie mogą to zrobić z dnia na dzień Jeśli się dogadamy. Więc oczywiście się dogadaliśmy, bo bez prądu przez trzy miesiące wszelkie dalsze roboty remontowe by stanęły, ale w ostatniej chwili głupim pytaniem wystraszyłem fachowca i usłyszałem A, nie, to ja się wycofuję! Cudem go ubłagałem i następnego dnia prąd był.
Budowlaniec, który nadzorował prace, gdy usłyszał mój numer, mnie wyśmiał.
- Facet, jeśli fachowiec chce ci coś zrobić, na dodatek przed terminem i za pół ceny, to się chwili nie zastanawiaj, tylko od razu Brać!
Później wielokrotnie z Budowlańcem wspominaliśmy tę historię, a jego wieloletnie doświadczenie w tej branży, całkowicie mnie przekonało Jeśli... to Brać! i nie robić głupich numerów. 
 
Q-Wnuk, objuczony szkolnym plecakiem i drugim, na trening, wypadł przed szkołą gwałtem, bo oczywiście był spóźniony. A skoro on był spóźniony, to i Pasierbica była spóźniona, stąd pierwotny zamysł, że pójdzie ze mną na śniadanie, spalił na panewce.
Żłobek i przedszkole Pasierbicy mieści się w jednym z kilkudziesięciu budynków, które powstały na sporym terenie, od wojny kompletnie pustym. A to prawie ścisłe centrum Metropolii. Wszystko jest nowe, nowoczesne i współczesne. Rodzaj architektury, elewacje, mała architektura, zieleń, parkingi podziemne i naziemne (ciekawe, dlaczego nie nadziemne?), szlabany. W sumie estetyczne, ciekawe, ładne i zimne. Na całym tym obszarze mieści się mnóstwo firemek, firm, biur prawniczych, adwokackich, notariuszy, korporacji i jedna jadłodajnia, która to nazwa, chociaż przecież funkcja jak najbardziej, zupełnie nie przystaje do lokalu. Duża przestrzeń, tak samo estetyczna, ciekawa, ładna i zimna, nastawiona na obrót i duży przemiał, skoro wszyscy okoliczni pracownicy przychodzą na śniadania, lunche i obiady (chyba dinnery). Nic więc dziwnego, że bardzo przyzwoite śniadanie można było zjeść za 14 zł. Mocno szokujące, jak na Metropolię. 
 
Wiedząc, że to niemożliwe, abym się najadł śniadaniem za 14 zł, zamówiłem takowe (jajecznica + dwa dodatki - papryka i bekon, każdy po 1 zł, razem 16) i domówiłem drugie, czyli dwa naleśniki, też 16. Za 32 zł się najadłem.
Czułem się dość swobodnie wśród wszystkich, licznych trzydziestolatków i pojedynczych czterdziestolatków, o charakterystycznym sposobie bycia (smartfony) i wyglądzie (dziewczyny ładne, nie wiedzieć czemu z dominującym czarnym kolorem ubiorów). Jako jedyny czytałem (Angorę) czekając na posiłek (każdy miał swój brzęczyk) i w jego trakcie.
A obsługa? Panie młode, ładne, oficjalne, zimne, bez odrobiny uśmiechu, zwłaszcza wobec starego dziada, na dodatek ubranego w jakiś znoszony t-shirt, krótkie spodnie i sandały(! - skąd się  taki tutaj wziął?!) i któremu, na kolejny dodatek, trzeba było odpowiedzieć na pytanie, gdy złożył zamówienie A co dalej, bo jestem tu pierwszy raz? Pani zimnokrwiście pokazała mi brzęczyk, okazało się, że mój, i wydobyła z siebie z dużym trudem Jak(!) będzie brzęczeć, proszę przyjść po swoje zamówienie.
 
Pierwotnie planowałem, wiedząc, że będę miał sporo czasu, po śniadaniu pojechać do metropolialnego Rynku, żeby zobaczyć, czy zaszły jakieś zmiany po długim okresie nieobecności, i co nieco sobie poprzypominać i się oswoić. Ale zimny wiatr, ciężka torba (wziąłem ze sobą czteropaka Pilsnera Urquella) i niepokojący zwiastun czynności fizjologicznych skutecznie mnie zniechęciły. Poszedłem prosto do Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii. Świadomość, że wiem, gdzie są w niej ogólnodostępne toalety, że na kabinę czeka się maksymalnie dwie minuty, bardzo dobrze działała na moją psychikę na tyle, że nagle przestało mi się spieszyć z wejściem do środka i usiadłem sobie na ławeczce przed, będąc w samym centrum tego wizgu samochodowo-autobusowo-tramwajowego i obserwowałem spieszących się ludzi, by za chwilę napisać do Żony Ja chcę do Uzdrowiska!
Na to zadzwoniła Pasierbica dopytując, gdzie jestem, co jadłem i informując, że ona właśnie wybiera się do jadalni, żeby zamówić sobie śniadanie na wynos. I obśmiała się, znając moje różne toaletowe przygody, ze zmiany moich planów.
Z ławeczki zadzwoniłem do Najlepszej Sekretarki w UE. Wczoraj miała imieniny i wczoraj cały czas sobie w różnych momentach przypominałem, ale co z tego.
- Najważniejsze, że pan pamiętał... - śmiała się, gdy się jej wytłumaczyłem. 
U niej kompletnie nic nowego. Pracuje już w "nowej" szkole" trzeci rok i z tego faktu jest coraz bardziej zadowolona. Ponowiłem zaproszenie do Uzdrowiska. 
 
Pociąg odjechał z minutowym opóźnieniem, a przyjechał z dwuminutowym. W żadnym momencie nie było żadnych ekscesów - zmiany peronów, tłoku, śmierdzących współpasażerów i pomyłki przy okazywaniu biletów. Ani żadnych innych.
Gdy dotarłem do domu dwaj panowie instalatorzy właśnie zakończyli montaż światłowodu. Zdążyłem ich jeszcze przepytać na różne okoliczności, bo doprowadzenie zrobili bardzo sprytnie, bez żadnej demolki w domu, tylko z jednym przewierceniem się w ścianie budynku w miejscu najmniej istotnym, bo na samym stryszku. Szef ekipy stwierdził, że ruter jest tak usytuowany (na górze, przy schodach i korytarzu prowadzącym do sypialni i łazienki), że nie powinniśmy potrzebować dodatkowo wzmacniacza sygnału. A na pożegnanie, już na zewnątrz, gdy obaj mogli zapalić papierosa, porozmawialiśmy sobie o ich pracy, bo to ciekawe. Auto mieli zaparkowane na naszym podjeździe, bo górni goście wyjechali tuż przed przyjazdem ekipy monterskiej.
Według relacji Żony gościom się wszystko podobało, a pani podkreślała fakt, jak gospodarze ich przyjęli, oprowadzili i wprowadzili w Uzdrowisko Bardzo to było miłe i się nam podobało!
No, proszę... Są jednak tacy, którzy doceniają kontakt z gospodarzami, a nie tylko klucz w skrzynce albo wejście na kod.
 
Przed moim wyjazdem do Metropolii zastanawialiśmy się z Żoną, jak dzisiejszy dzień da się rozegrać, skoro ja pojawię się w domu w okolicach 13.30, a będzie nawał różnorodnych spraw. A udało się idealnie. Bo ledwo monterzy wyjechali, przyszedł sms o nadejściu paczki. A ona Żonę martwiła najbardziej, bo paczka zawierała zamówione mięso i była ciężka. Poza tym należało ją odebrać z oczywistych względów do 4. godzin. Co by było, gdyby dotarła, na przykład o 09.00? Producent i firma kurierska nie brałaby odpowiedzialności za jakość towaru.
Pojechałem natychmiast, wszystko z mięsem było w porządku, więc ulga.
 
Przy Pilsnerze Urquellu, przywiezionym z Metropolii, zdałem Żonie relację z mojego pobytu. Chłonęła mocniej niż zwykle, bo bardzo chciała też być, a większość relacji dotyczyła przecież Krajowego Grona Szyderców, wspólnego wyjazdu na stadion ze wszelkimi zawirowaniami, a przede wszystkim  Q-Wnuka.
Bez pospiechu sprzątnęliśmy górę, bo goście deklarowali przyjazd 17.00-19.00. I znowu wybrałem się po kolejną paczkę, tym razem piechotą.
Po drodze podniosłem z chodnika chusteczkę higieniczną z zamiarem wyrzucenia jej do kubła na początku Pięknej Uliczki. Siłą rzeczy zajrzałem do środka, a tam spokojnie leżały sobie trzy puste i niezgniecione puszki po piwie. 
- Jakby nie było 1,50 - pomyślałem. 
Wyciągnąłem jednego Harnasia i zacząłem go studiować. Znikąd informacji, że jest okaucjowany.
- A nie, ten nie! - usłyszałem za plecami. Przy mnie stał mój kolega. - To jest jeszcze inna partia.           - Właśnie przy powrocie ze sklepu miałem się za nie zabrać. - wyjaśnił.
Nie chciałem koledze mówić, że też miałem taki zamiar przy powrocie. 
- A, jasne!... - nie wciskałem się w jego interes. 
Wyciągnął drugiego Harnasia.
- Ale to przecież też Harnaś... - zwróciłem uwagę.
- Ten ma kaucję. - pokazał mi puszkę, a tam stało jak byk "kaucja 0,50 zł".
Poczułem się jak żółtodziób. Gdy wyciągał Piasta, byłem pewien, że jest okaucjowany.
- To brać!... - Zawsze to złotówka... - wymądrzyłem się.
- Jak by nie było... - spojrzał na mnie porozumiewawczo. Czytał mi w myślach, czy co?...
Kurcze, jaka wiedza i doświadczenie!... Ile to człowiek jeszcze musi się nauczyć... 
Wracałem z paczką i się zastanawiałem. Czyżbym miał w sobie coś z menela? A jeśli nie, to może menelarstwo w swojej istocie, w swojej prostej filozofii zwyczajnie mi się podoba?... 
No, i proszę. Przy jeździe autem ani niczego nie można byłoby porządnie zobaczyć, ani doświadczyć. A tu, krótki spacerek, a ile wrażeń.
 
II posiłek zjedliśmy spokojnie, bo goście przyjechali o 18.30. Para rodziców w wieku Żony i córka (30+). Cała trójka o bardzo miłej powierzchowności i sposobie bycia. Stąd przy aucie ponadwymiarowo rozmawialiśmy dotykając różnych tematów i wywołując ich śmiech. Czyli mieli poczucie humoru, ale starali się z nim obchodzić ostrożnie, bo tematów było sporo, a oni jednak nie wiedzieli, czego się spodziewać. Gdy Żona przejęła pałeczkę i szła z nimi na górę, pospieszyłem wyjaśnić, że to tylko tak przy powitaniu Bo potem państwo już na gospodarzy nie będziecie się natykać.
Nadal się śmiali, może z ulgą, nie wiem. 
Jedną  z ciekawostek w rozmowie był fakt, że córka kończyła arabistykę, ale w życiu zawodowym nic z nią nie ma wspólnego. 
 
Dzień można było zamykać. Zwłaszcza po mojej ostatniej nocce. W sypialni nawet jeszcze trochę poczytałem, ale już o dwudziestej spałem. Żona nadal została z Pieskiem na dole.
 
PIĄTEK (29.05)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Dzień powitał mnie lazurem nieba, ognistą słoneczną kulą i zimnem. Gdy Żona o 06.40 zaprosiła mnie  na dół, termometr pokazywał +7.
Po porannym rozruchu, po Blogowych i po niedużym pisaniu nawet na sporo ugrzązłem w szklarni. Podcinałem dolne liście, obrywałem wilki i podwiązywałem kolejne krzaki. Robotę przedłużałem ponad miarę, bo nie chciało mi się z niej wyjść.
 
Po I Posiłku pojechaliśmy do City w sprawach, ale tak bardziej relaksacyjnie. W Orange zrobiliśmy jakiś mały kroczek formalno-proceduralny po montażu światłowodu, zaliczyliśmy Carrefour i  Biedronkę oraz, w drodze powrotnej, odebraliśmy pranie. Nie mogło się obyć bez lodów w Rynku.
Po powrocie pisałem na górze, żeby Żona na dole miała luz. 
Sumarycznie rzecz biorąc przez cały dzień kwękałem, wzdychałem, ziewałem i marudziłem. Zacząłem jeszcze przed I Posiłkiem, zaraz po powrocie ze szklarni, a po nim zrobiło się tylko gorzej. Chciało mi się spać. Przy lodach w City nieciekawy stan zniknął, by po powrocie do domu wrócić w dwójnasób.
Po II Posiłku Żona wyciągnęła mnie na krótki spacer z Pieskiem, ale to niewiele pomogło. 
- Co prawda, myślałam, że dzisiaj już wrócę na górę, bo Piesek w nocy nie wstaje, rozpoczniemy oglądanie kolejnego serialu, ale w tym stanie to może ty zaraz idź na górę i śpij, a ja jeszcze dzisiaj zostanę na dole.
Złotko, nie kobieta!
O 18.00 byłem już w sypialni, a sporo przed 19.00 gasiłem światło. 
 
Dzisiaj Żona pokazała mi dwa "wczorajsze" zdjęcia. Na jednym tkwiła Lekarka, na drugim Justus Wspaniały. Oboje w anturażu wakacyjno-słoneczno-roślinnym, w strojach adekwatnych do pogody i do miejsca, w którym przebywali. A była to Minorka, na którą polecieli bodajże na tydzień. O wszystkim opowiedzą, gdy do nas przyjadą.
I dzisiaj o 23.00 napisał Po Morzach Pływający.
Jakub Kania tom 8 , wydanie 2026 skończony i seria skończona.
Trzeba teraz czekać na tom 9, chyba, że to już koniec.....
Przerzucam się na Roberta Małeckiego. Podobno pisze niezłe kryminały.
PMP
(zmiana moja)
Zupełnie mnie ten fakt nie zaskoczył. Od początku wiedziałem, że w tej "rywalizacji" nie mam szans. 
 
SOBOTA (30.05)
No i dzisiaj wstałem o 04.30. 
 
Pierwotnie miałem zamiar o 04.00, ale chwilę po trzeciej, gdy się obudziłem, wymiękłem i alarm przesunąłem. A i tak wstawało się ciężko.
Dzień powitał mnie szarością nieba. Gdy zacząłem pisać, usłyszałem charakterystyczny szum. Wyszedłem na balkon, żeby sprawdzić. Padało. Chyba dobrze, bo susza. Ale gdy, już zaproszony przez Żonę, o 06.40 pojawiłem się na dole, po deszczu nie było śladu, a termometr pokazywał +10. Nadal było przykro-szaro. Czyżby Maj miał się w ten sposób żegnać?...
W ciszy i w mroczności pisałem. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem obficie podlałem po trzech dniach "suszy" wszystkie roślinki w szklarni. Wyglądały pięknie. Wręcz czułem, jak ta woda kapilarnie podchodzi do liści usytuowanych na samej górze.
I Posiłek zjadłem w ogrodzie, chociaż siąpiło, padało, siąpiło i padało. Ze stołem, krzesłem, książką i potrawą umknąłem pod świerk. Żadna kropla mnie nie drasnęła.
Ledwo skończyłem, a Żona również, w kuchni, goście z dołu zgłosili chęć wyjazdu. Poszliśmy oboje się pożegnać. Oczywiście to nie byli ci sami ludzie, jak wtedy, gdy przyjechali. Jasne, że ich charaktery pozostały bez zmian, ale się tak ożywili, że ktoś, kto ich wcześniej nie widział, mógłby sądzić, że są gadułami. Przez cały pobyt nie ruszyli auta na milimetr Tylko cały czas chodziliśmy szlakami! opowiadała zaaferowana pani relacjonując w szczegółach, którędy wiodły I są piękne!
Deklarowali "do zobaczenia" (Żona sugerowała jesień Bo jest pięknie!), a płochacz niemiecki kumplował się ze mną, a ja z nim pozwalając mu przybliżyć hecną paszczę do moich ust, coraz bliżej i bliżej (nie mógł się oprzeć), bo czuł na mych wargach smalec, boczek i pyszne jajeczka. Był tak blisko, że musiałem się przygotować na fakt, że może mi po nich chlasnąć jęzorem. Ale nie chlasnął.
 
Zaraz po wyjeździe gości zaczęło się rozpogadzać. Maj wyraźnie się spieszył, żeby przed południem mogło być już pięknie. Udało mu się. Od razu chciało się żyć i... sprzątać dół dla kolejnych gości, którzy mieli przyjechać pociągiem. 
W oczekiwaniu na nich wyniosłem się na górę, żeby na dole Żona miała przestrzeń i luz. Pisałem. 
Goście przyjechali o 14.00. Para,  45+, z pieskiem i z jednym rowerem. Drugi zarezerwowała sobie wcześniej w uzdrowiskowej wypożyczalni. Mili, sympatyczni, kulturalni i kumaci, czyli inteligentni.  W sumie nietypowo zareagowali na naszą informację, że na początku, gdy witamy gości, mamy podział ról.
- Bo jesteśmy gadułami, był czas, że się przekrzykiwaliśmy, dochodziło do drobnych scysji, goście musieli się zastanawiać, czy dobrze zrobili przyjeżdżając, ale od pewnego czasu... - wyjaśniałem.
- A to nawet ciekawe... - skomentował z uśmiechem pan. 
 
Zaraz potem wybrałem się z Żoną niby na spacer, ale w obowiązkach. Taszczyliśmy trzy torby pustych butelek, 19 sztuk, do zdania w Intermarche, bo okaucjowane. Żona protestowała wobec mojej propozycji, żeby niosła jedną z toreb, którą jej wręczyłem, nie dlatego, że była ciężka, ale dlatego Bo to miał być spacer! W końcu wzięła, ale marudziła, wzdychała, jęczała, niczym ja wczoraj. Więc torbę jej natychmiast wyrwałem i niosłem trzy. Ciężkie nie były. Wszystko jednak było już do dupy Bo teraz to  mam wyrzuty sumienia, źle się z tym czuję... i w tym tonie. W końcu wybrałem mniejsze zło i jedną torbę jej "oddałem". Uspokoiła się. 
W Intermarche pani dwóch butelek nie przyjęła Bo system ich nie widzi, ale i tak było dobrze. Za to z ofertą piwną tragicznie. Jakby powiedział Saperski Menadżer Klienci przed weekendem wytrzebili! Cudem, bo nikt tego chyba nie dał rady dostrzec, na jednej z dolnych półek, i to w głębi pod ścianą, stał jedyny czteropak Zatecky'ego. Reszta była takim piwnym barachłem (rusycyzm) z przewagą wszelakich "piw" bezalkoholowych, których mądry naród unika. Zwłaszcza przed weekendem.
 
Po powrocie ewakuowałem się na górę, żeby Żona mogła spokojnie i w komforcie przygotowywać II Posiłek. Pisałem. A po nim już ostatecznie zaszyłem się w sypialni, bo o 18.00 miał rozpocząć się finał Ligi Mistrzów. Żona przyszła na górę wykazując pełne zrozumienie i żeby powiedzieć mi "dobranoc".
Media wszędzie trąbiły i zwracały uwagę, że po raz pierwszy finał nie zostanie rozegrany o 20.45, czy też o 21.00, tylko właśnie o 18.00. I cytowały argumentację UEFA. Ubawiłem się. Bo nie mogłem jej odebrać inaczej, jak odkrycie Ameryki. A wszystko było w trosce o...
Wynika (decyzja - uzupełnienie moje) ona z dążenia UEFA do poprawy doświadczeń kibiców, zarówno tych obecnych na stadionie, jak i oglądających transmisję telewizyjną. Jak podano w oficjalnym komunikacie, wcześniejszy start spotkania ma być bardziej przyjazny dla rodzin z dziećmi, które dzięki temu będą mogły obejrzeć cały mecz bez konieczności zarywania nocy. Dodatkowo wcześniejszy koniec meczu ułatwi kibicom na stadionie powrót do domów komunikacją miejską.(...)
UEFA podkreśla, że decyzja ta jest elementem szerszej strategii optymalizacji organizacji dnia meczowego. "Ta decyzja ma na celu zapewnienie lepszych doświadczeń kibicom, drużynom i miastom-gospodarzom poprzez zoptymalizowanie logistyki i organizacji dnia meczowego" - poinformowano w oficjalnym oświadczeniu. Wcześniejsza godzina rozpoczęcia finału to także korzyść dla miast-gospodarzy, takich jak Budapeszt, które mogą lepiej zarządzać ruchem i wydarzeniami towarzyszącymi. 
Dziwne, że w końcu włodarze UEFA na to wpadli.
 
Finał został  rozegrany w Budapeszcie pomiędzy Paris Saint-Germain a Arsenalem Londyn. Kibicowałem Arsenalowi, a Q-Wnuk, jego kolega, ojciec kolegi oraz Q-Zięć PSG. Cała czwórka wybrała się oglądać mecz w kinie.
Spotkanie było nudne, nieciekawe, bez choćby jednej efektownej akcji. Strzały na bramkę, niecelne, tak u jednej, jak i u drugiej drużyny można było policzyć na palcach jednej ręki. W sumie piłkarskie szachy. Ale dotrwałem do końca. 
W regulaminowym czasie był remis, 1:1, dogrywka niczego nie zmieniła i o wyniku miały zdecydować rzuty karne. A w nich dwaj zawodnicy Arsenalu nie trafili do bramki i PSG obroniło tytuł zdobyty przed rokiem.
 
Trochę jeszcze poczytałem, nie dla uspokojenia emocji, których przecież nie było, ale bardziej, żeby mi było łatwiej o tym meczu zapomnieć.
Światło gasiłem o 21.40. 
 
NIEDZIELA (31.05)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
 
Ostatni dzień Maja witał mnie słońcem i chmurkami, trochę podejrzanymi.
Żona ściągnęła mnie na dół pół godziny później. Na dworze było +14 stopni. Za chwilę oboje  wyszliśmy na taras, żeby zobaczyć jak to ten Maj dzisiaj wygląda. Wyglądał pięknie.
- No i ostatni dzień maja... - westchnąłem. 
- Ale czerwiec też jest piękny... - Żona dobrze wyczuła moje lekkie ubolewanie. - Bo maj jest taki wiosenny, a czerwiec już wyraźnie letni.
I tak pokrzepieni wróciliśmy do środka, by oddać się 2K+2M i pisaniu. 
 
Przed I Posiłkiem poszedłem do szklarni, aby uruchomić wietrzenie, a przy okazji podwiązałem kolejne krzaczki na to zasługujące. Zostało jeszcze kilka mikrych, tych co rosną w parze, we troje (w trzech, we trzy?) lub we czworo (w..., w...), a które zostały zdominowane i stłamszone przez jednego samca (samicę?) alfa. I ogólnie krzaczki dopieszczałem.
 
Goście (ci z córką arabistką) wyjeżdżali w okolicach 10.00, sami z siebie, bo jeszcze planowali pobyt w City (poleciliśmy lody w Rynku), a potem w Metropolii odwiedzić kuzyna. Stamtąd już do domu. Trochę na sympatycznych rozmowach na podjeździe zeszło.
 
I Posiłek zjadłem w ogrodzie i nawet raz musiałem uciekać ze stołem i krzesłem w zdecydowany cień. Miło... A potem zabrałem się za wstępne sprzątanie górnego apartamentu.
Goście mieli przyjechać jutro, więc nic mnie nie goniło. To znaczy goniło mnie, ale nie tak, jak chociażby ostatnio w Metropolii, tylko do ogrodu. Uzbrojony w długie spodnie, koszulkę z długim rękawem oraz grube rękawice wyrywałem pokrzywę, odcinałem korzenie i ciąłem na mniejsze kawałki wrzucając je do wiadra.
- Ważyłeś? - Żona jeszcze dobrze nie zadała pytania, a już się śmiała. Ja też.
- Oczywiście! - Jest powiedziane 2 kg pokrzyw na 20 l wody, to 2kg na 20 l!
- Ja to bym zrobiła na oko... - nadal się śmiała. Ja też. Ciekawe, jak wyglądałaby ta chemia, gdyby tak wszystko "na oko".
Mamiłem Żonę mglistą odpowiedzią, gdy pytała z tarasu, kiedy skończę sprzątać górę, bo chciała po mnie wkroczyć.
- Niedługo, gdy skończę z pokrzywą. 
Z pokrzywą skończyłem. Teraz codziennie będę w niej bełtał, i po 2-3 tygodniach, przy odpowiednim rozcieńczaniu (1:10, ewentualnie 1:20, czyli nie "na oko") będzie pięknie dokarmiać pomidorki. 
- Aż mi ślina leci na samą myśl! - rzuciłem stojąc nad beczką z pokrzywą zalaną wodą.
- Nie chcę tego słuchać! - Żona od razu uciekła do domu. Z poprzedniego roku pamiętała, że ta ciecz po tym okresie fermentacji, to taki czarnobrunatny śmierdzący zajzajer (pochodzi z języka niemieckiego od słowa Salzsäure, co oznacza kwas solny).
 
Dalej jechałem na "świadomości" Żony, że ciągle robię przy pokrzywie, chociaż przecież wiedziała, że skończyłem. Więc korzystając z jej roztargnienia zabrałem się za wycinanie części krzaku nad piwonią, nad którą bolała Ona nigdy nie zakwitnie, bo ten krzak ją tłamsi, a potem wyciąłem przy ścieżce prowadzącej z drewutni do Bystrej Rzeki, po jej lewej i prawej stronie, podagrycznik, bo tak się rozrósł i pchał, że za chwilę nie można byłoby swobodnie chodzić. Wyjątkowo nie ciąłem go żyłką. Z dwóch powodów. Bo ekologia, hałas, co prawda nieduży, bo podkaszarka na akumulator, ale jednak, a poza tym Żona mogłaby usłyszeć, że on nie ma z pokrzywami nic wspólnego i mogłaby się ocknąć, a do sprzątania mi się nie spieszyło. Ciąłem więc po cichu dużymi nożycami. Ale ścin już nie sprzątałem do wora, bo trzeba było wracać do górnego mieszkania, chociaż goście mieli przyjechać dopiero jutro. I ja, i Żona postanowiliśmy pracy nie kumulować, bo jutro z kolei trzeba będzie sprzątać też dolne mieszkanie.
 
Towarzyski mecz Polska - Ukraina miałem obejrzeć w spokoju, zaraz po II Posiłku. Byłem w kontakcie z Krajowym Gronem Szyderców, które z Q-Wnukiem, jego kolegami i z ojcem dwóch z nich wybierali się na stadion. Ale nie było mi dane. Dopadły mnie takie sensacje żołądkowe, że II Posiłku nie zjadłem wcale, a i mecz oglądałem wyrywkowo. Za to ze stadionu (prawie 38 tys. kibiców) otrzymywałem na bieżąco zdjęcia i komentarze. 
 
Wieczorem poczułem się lepiej na tyle, że zjadłem bardzo delikatnie, trzy jajka na miękko, i zabrałem się za... brodzik w górnej gościnnej łazience. Żonie nie podobało się silikonowe obramowanie brodzika, więc stary silikon żmudnie wyciąłem, sprzątnąłem cały bajzel (mieszkanie, a więc i łazienka była już wysprzątana, wiec jutro trzeba będzie delikatnie powtórzyć) i wszystko zostawiłem do jutra, żeby schło z zamiarem porannego nałożenia nowego silikonu.
I czułem się już na tyle dobrze, żeby obejrzeć finał baraży o wejście do ekstraklasy rozgrywany pomiędzy Wieczystą Kraków a Chrobrym Głogów. Kibicowałem tym ostatnim. 
 
Można powiedzieć, że dzisiejszy dzień spędziłem z zasranym sportem na tarczy. 
Najpierw wczesnym popołudniem Iga Świątek przegrała 0:2 (w drugim secie pogrom) w IV rundzie (1/8) z Ukrainką Martą Kostiuk na Roland Garros. Więc problem dalszego oglądania Igi od ćwierćfinałów odpadł i nie trzeba będzie płacić chamom niemytym za możliwość oglądania, co przeliczyłem na 5 Pilsnerów Urquelli.
Z kolei wczesnym wieczorem Polska przegrała z Ukrainą 0:2. Też nie rozpaczałem z tego powodu.
A wieczorem Chrobry przegrał 1:2. Wieczysta mi zaimponowała swoją historią powstania klubu i rozgrywek na różnych szczeblach, a Kraków w sezonie 2026/27 będzie miał w ekstraklasie trzy drużyny - Cracovię, Wisłę Kraków i Wieczystą Kraków. Imponujące.  
Taka jest więc dola kibica i taka fortuna.
 
Spać się kładłem o 23.00 żegnając się z tegorocznym Majem. 
  
PONIEDZIAŁEK (01.06) - Dzień Dziecka.
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
 
Czerwiec powitał mnie pochmurnością i szarością. 
Gdy zszedłem na dół o 06.40 (Żona zaprosiła), siąpiło, ale było ciepło - +14,5 stopnia. 
Przy Blogowych pisałem. 
O ósmej zabrałem się za silikonowanie, bo Żona zaczęła być w nerwach. Wyszło całkiem profesjonalnie, więc się uspokoiła. A potem z rozpędu dałem odpór zieleninie na trzech balkonach.
Ciąłem winobluszcze i bluszcz, jednak z opamiętaniem, czując za każdym ruchem sekatora i jego charakterystycznym odgłosem ducha Żony.
 
Goście z dołu zniknęli w dziwny sposób. O 11.00 kończyła się doba hotelowa, a oni nie dawali znaku życia. O 11.30, sporo po I Posiłku, Żona poszła do apartamentu, a tam klucz w drzwiach i żywego ducha. Dopiero za jakiś kwadrans od tej chwili przysłali pożegnalnego smsa. Mogli się obawiać gospodarza i liczyć się z tym, że tak jak na powitaniu czepi się ich nazwiska. Bo było, jak na język polski, rzadkie i oryginalne, składające się z przysłówka i przymiotnika. Niech to będzie, na przykład, Miłosubtelny. W rozmowie wszyscy mieli świadomość, że żona po przejęciu tegoż od męża, powinna nazywać się, na przykład, Anna Miłosubtelny. Ale nie, bo świeżo upieczona mężatka w urzędzie stanu cywilnego zmieniła sobie na Miłosubtelna. Nie wiedziałem, że tak można. 
Czaiłem się więc na pożegnanie, żeby się dowiedzieć, czy nie ma, kogo?czego?, Miłosubtelny czy Miłosubtelnego, a u pani Miłosubtelna czy Miłosubtelnej. Niestety nie dowiedziałem się. Goście byli sprytniejsi... Byli M-a-łosubtelni.
 
Od razu pojechałem po Socjalną (w tę pogodę mocno schodzi gaz), do Biedry i oddać pranie, by natychmiast po powrocie dosubtelnić :) sprzątanie górnej łazienki i zabrać się za dół. W międzyczasie przyjechała para (do dolnego), 50+, która tylko zostawiła na płaskim podjeździe auto i zniknęła w Uzdrowisku. Tak się umówili z Żoną. A gdy wszystko skończyliśmy, od razu się pojawiła. Sympatyczna, rozgadana, ale specyficzna. Tacy na pół nasi goście.
Za to kolejna, która przyjechała o 15.15 (górny apartament, na 10 dni), była godna mojej uwagi. Też małżeństwo, ale takie śmieszne dzieciuchy, niezwykle wręcz grzeczne i poukładane. Mogli mieć maks 25 lat, ale z wyglądu wydawało się, że mają po 20, zwłaszcza on. Kontaktowi, inteligentni, całą postawą dokumentujący My nie chcemy stwarzać sobą żadnych problemów. On magazynier w jakiejś motoryzacyjnej hurtowni, ona w jakiejś korporacji przyjmowała po hiszpańsku i po angielsku reklamacje klientów. Skrupulatnie tłumaczyła nam hierarchię firm podając ich nazwy, które nic nam nie mówiły, a, sądząc z jej miny, powinny, i ich współzależność. Sama wierchuszka znajdowała się oczywiście w Chinach.
 
Żebym mógł pisać, musiałem się po II Posiłku na 45 minut położyć i zregenerować. A i tak wpis kończyłem na ostatnich oparach. 
 
W związku z Dniem Dziecka zadzwoniłem dzisiaj do Pasierbicy i Syna. Do Córci przed publikacją się nie udało.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy i wysłał jednego uprzejmego smsa w ramach nowej taktyki.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 19.40.
 
I cytat tygodnia:
Lubię świnie. Psy patrzą na nas z podziwem, koty patrzą na nas z góry, a świnie traktują nas jak równych sobie. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).