poniedziałek, 8 czerwca 2026

08.06.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 187 dni.
 
WTOREK (02.06)
No i dzisiaj wstałem o 06.00. 
 
Po 22. dniach Żona wczoraj wieczorem wróciła na górę. Zrobiliśmy sobie taki niekonwencjonalny prezent na Dzień Dziecka. Nie mogła się nadziwić "nowemu" otoczeniu, wąskiemu łóżku I ciekawe, czy się w nocy odnajdę, gdy się obudzę?  
Weszliśmy od razu na nasze wieczorne tory i próbowaliśmy oglądać amerykański miniserial Schody z 2022 roku z Colinem Firthem. W połowie I odcinka Żona stwierdziła Może na dzisiaj wystarczy?, a ja to przyjąłem z prawdziwą ulgą, bo serial prawie od pierwszych scen zaczął mi nie leżeć. Zdecydowanie byłem przeciwny dalszemu oglądaniu, chociaż Żona stała na stanowisku Dajmy mu szansę, może się rozkręci...
 
Dzisiaj rano, w drodze do pracy, zadzwoniła  Córcia. Wczoraj, zaraz po publikacji, jednak się odezwała, więc zdążyłem jej złożyć życzenia z okazji Dnia Dziecka. W ubiegły weekend chorowała, a to fatalnie działało na jej psychikę Bo akurat złośliwie była piękna pogoda, tyle mogłam na dworze zrobić!... Żeby chociaż padało! Moja krew.
Wnuczka nie może się doczekać szkoły. To w zasadzie normalny objaw i ciekawe, czy w którymś momencie, po latach, jej przejdzie. Wszystko po babsku, czyli nadmiarowo, analizuje w przeciwieństwie do brata. Ten po prostu robi, co ma robić i nie widać po im, żeby przy okazji rozważał "za czy przeciw". 
W szkole to, co zwykle o tej porze roku. Nauczyciele udają, że pracują, a uczniowie, że się uczą. Nic dziwnego, skoro funkcjonuje idiotyczny przepis, że oceny muszą być wystawione dwa tygodnie przed końcem roku szkolnego i zaakceptowane na radzie pedagogicznej. Później więc nikt nie ma żadnej motywacji do pracy i nauki. Wszyscy symulują. Takie dodatkowe dwa tygodnie wakacji.
Na zbliżający się długi weekend Córcia ma szerokie plany ogrodowe i towarzyskie. Bo z Metropolii przyjeżdża jej przyszywana rodzina, wszyscy planują, aby w ciągu dnia się zaharowywać, a wieczorami przy ognisku, kiełbaskach i winie się relaksować. Mądre.
- Bylebym była zdrowa!- zaznaczyła coraz bardziej pokasłując w miarę rozmowy. 
 
Po rozmowie długo siedziałem na onanem sportowym. Dawno takiego nie było. Ostatnimi dniami zupełnie obywałem się bez niego i nie cierpiałem. 
Wszystko przez Maję Chwalińską. Po trzech meczach, w których pokonała przeciwniczki jako kwalifikantka, wygrała na Roland Garros cztery kolejne z głównej drabinki pokonując, między innymi utytułowane zawodniczki, stojące znacznie wyżej od niej w rankingu i jutro zagra w ćwierćfinale. 
Skrót ostatniego meczu pokazałem Żonie z komentarzem Tak właśnie bym grał, i często o tym myślę, co nie było mi dane. Technicznie, precyzyjnie, z siłą adekwatną do mojej fizyczności, gdyby trzeba było, z pomyślunkiem, inteligencją, wszystko po to, żeby zajechać fizycznie przeciwnika, zabić go psychicznie i odebrać mu ochotę do walki. A nie tylko walić, byleby z całej siły, w tym poza kort albo w siatkę. I nie myślałem tutaj tylko o Idze.
Fajne jest jeszcze to, że Maja ma 24 lata i... 164 cm wzrostu. Dużo bym dał, żeby w półfinale spotkała się z Sabalenką (ta duża łukaszenkowa baba), a jeszcze więcej, żeby z nią wygrała (drabinka jest tak ustawiona, że jeśli Maja trafi na Arynę, to tylko właśnie w półfinale). A najwięcej, żeby obie zobaczyć obok siebie, gdy będą pozować przed meczem do zdjęć. Taki Goliat z Dawidem.
 
Żona wymyśliła mi wyjście do Uzdrowiska wiedząc, że ja to kocham. Pod pretekstem kupna w Chacie Citizańskiej brzuszków z łososia. Nie omyliła się, bo natychmiast wyszedłem, chociaż jak na klimat, który uwielbiam, było już trochę za późno. Ale i tak "zdążyłem" mieć trzy przygody.
Zaraz za kapliczką ujrzałem czarnego wypasionego Volkswagena, który jechał jednokierunkową pod prąd. Na czołówkę z jadącym prawidłowo autem. Udało się im ominąć, po czym Volkswagen wjechał  na pasaż mimo bijącego w oczy znaku "zakaz ruchu". Gdy doszedłem, właśnie wracał. Machnąłem ręką. Auto się zatrzymało, a pani na mój znak otworzyła drzwi.
- W czym państwu pomóc, bo widziałem, że jechaliście pod prąd, a teraz po pasażu dla pieszych?...
- Bo tu nigdzie nie można dojechać... - tłumaczyli mi jedno przez drugie. Takie stare dziady, w moim wieku, może ze dwa lata starsze. - Wszędzie ulice pozamykane, remonty, a my chcielibyśmy gdzieś zaparkować, bo chcielibyśmy pospacerować po Zdroju.
Wykazałem zrozumienie i współczucie. I wytłumaczyłem dość skomplikowaną w tej remontowej rzeczywistości sytuację parkingową i poleciłem im parking o minutę drogi stąd, z bardzo łatwym dojazdem Przy wyjeździe z pasażu w lewo i za 100 m przy głównej w prawo, parking za 200 m przy stacji Orlenu, gdzie na pewno będą miejsca parkingowe i na pewno tego placu państwo nie przeoczycie. Dodatkowo uzmysłowiłem im, że godzina wszędzie na miejskich parkingach kosztuje 5 zł.
Dziękowali wylewnie i zapewniali, że sobie pospacerują ze dwie, trzy godziny. Okazało się, że zatrzymali się na 11 dni w Uzdrowisku III, a na moje skrzywienie się i sugestię Ale po co, Uzdrowisko przecież ładniejsze?! wyjaśnili, że tutaj byli już poprzednim razem. A potem rozmowa przeszła na ich miejsce zamieszkania (w okolicach Stolicy), również pięknych.
Gdy niedługo potem wracałem do domu, specjalnie obrałem drogę koło polecanego przeze mnie parkingu. Ich auta nie było (pamiętałem również nr rejestracyjny). Albo nie trafili, dziady stare, czego zrobić było nie sposób, albo wiedzieli lepiej, dziady stare! 
 
W drodze powrotnej z Chaty Citizańskiej wpadłem do Biedronki. Po masło i kapsułkową kawę dla gości. Przed regałami z masłem stała jakaś pani, w moim wieku, może trochę starsza, zadbana, nieprzesadnie wyfiokowana (to chyba oksymoron?). Czekałem cierpliwie, ale ile można.
- Przepraszam, czy mógłbym się dostać do masła?...
- Ależ tak, oczywiście... - pani się uśmiechnęła. - Bo wie pan, ja tak tu stoję, bo się zakochałam w maśle? - spojrzała na mnie zalotnie, ale nie dałem się zaskoczyć dziwnym wyznaniem.
- Ja też się zakochałem, ale wiem, czego chcę!... 
Pani mnie przepuściła.
- A, bo wie pan, tu jedna cena jest do góry nogami i trudno było odczytać... 
Popukałem w lustro przy tej cenie i tym maśle. 
- To się odbija w lustrze...
Pani załapała i zaczęła się śmiać.
- Poza tym to nie jest do góry nogami, tylko odbicie zwierciadlane! - nie mogłem sobie darować tego koszmarnego belfrowskiego pouczania.  
Pani się uśmiechnęła wyraźnie nie rozumiejąc o co mi chodzi i z refleksem wróciła do tematu masła. 
- A które by pan polecił?
- Zawsze biorę to, świetnie się po nim czuję, nic mi nie dolega, sylwetkę mam dobrą... -  A poza tym jest w promocji, jeśli się weźmie trzy kostki. 
Wziąłem trzy kostki i wrzuciłem do kosza. Oddalając się kątem oka dostrzegłem, że pani wzięła trzy tego samego.
 
Byłem w połowie powrotnej drogi, przy aptece, gdy z ławki po drugiej stronie ulicy, wyraźnie na mój widok, zerwała się gościna z dołu i zaczęła iść prosto na mnie. Mąż został.
- Pani do mnie? - zdziwiony się zatrzymałem.
- Nie - uśmiechnęła się. - Do apteki.
- Do apteki?!  skrzywiłem się strasznie. - Ale broń Boże! - I to na urlopie?!...
- Muszę po plaster, bo nowe buty...
- A, to co innego... - Myślałem, że po jakieś głupie tabletki! 
- A, nie, nie, żadnych tabletek nie biorę.
Pochwaliłem i życzyłem miłego dnia. 
- Biedna, teraz będzie musiała się jakoś przebierać, żebyś jej nie poznał, gdy będzie szła do apteki. - zareagowała Żona, gdy jej opowiedziałem o trzech przygodach. - To wiesz, dlaczego wymyślam tobie takie wyjścia do Zdroju. - śmiała się. - Zawsze coś ci się trafi.
O tym, że trafia mi się "specjalnie" Żebyś miał o czym pisać na blogu tym razem nie wspomniała. 
A czego bym doświadczył jadąc samochodem, że zadam retoryczne pytanie?
 
Zjedliśmy I Posiłek i poszliśmy do Ciekawego Sąsiada. Byliśmy umówieni na dwunastą. W niedzielę zadzwoniliśmy do niego i się wprosiliśmy. 
Pomijając, że się uradował, to się jeszcze uradował dodatkowo.
- O, to będzie pretekst, żebym trochę posprzątał. 
Zaczęliśmy się śmiać, gdy mu uzmysłowiłem, że ten rodzaj motywacji doskonale znam Bo najlepiej się sprząta, gdy mają przyjechać znajomi, a jeszcze najlepiej, gdy teściowa
- Ale oczy zasłońcie, gdy będziecie przechodzić przez przedpokój... - uprzedził dzisiaj rano, gdy do niego zadzwoniliśmy, żeby umówić się na konkretną godzinę. - Bo ze wszystkim nie zdążyłem.
- O, matko, jaki tu porządek!... - od razu zacząłem, gdy ledwo weszliśmy.
Faktycznie był, nawet w skali bezwzględnej. A we względnej tym bardziej, bo pamiętaliśmy, co nas zastało poprzednim razem. Ciekawy Sąsiad widział, że drę łacha, ale wyraźnie był zadowolony.
(potoczne „darcie łacha” wywodzi się metaforycznie z dawnego powiedzenia "darcie się w łachy", oznaczającego kpiny tak intensywne, że „aż pękały ze śmiechu ubrania”
Długo staliśmy przy mosiężnym posągu Temidy, efektownym, wielkości metr, metr dwadzieścia, który Ciekawy Sąsiad kupił na dniach na starociach w City za zawrotną cenę. I przy okazji obejrzeliśmy i obgadaliśmy szereg innych rozmaitych figur i figurek, które sprowadził z wojaży po świecie. Bardzo ciekawych, nie jarmarcznych, nie kiczowatych. A potem przeszliśmy do obrazów. 
 
Można było zasiąść do stołu. Gospodarz zaserwował kawę, na stół postawił paterę z orzeszkami ziemnymi (dla mnie śmiertelne, bo się nie mogę od nich odczepić) i zaskoczył nas makowcem. A oboje go lubimy, zwłaszcza w tym wydaniu, bo dominował mak, a nie ciasto. Przy czym znowu wyskoczył u niego brak umiaru. Bo ukroił takie grube kawały, że w normalnej kawiarni lub w innym domu stanowiłyby dwie porcje, na widok których nie można byłoby posądzać gospodarza o skąpstwo. Ja nie podołałem zostawiając 1/4 porcji, żeby jednak lepiej wyglądało wobec planowanej od jakiegoś czasu 1/3, czyli do 1/12 ewidentnie się już przymuszałem. Żona zjadła całość. Szok. Później obserwowałem ją, czy nic się jej nie stało, ale, cwana, w domu wypiła węgiel. I ujemnych skutków nie było.
Oczywiście z Ciekawym Sąsiadem musieliśmy obgadać i oplotkować różności, od nowa obejrzeć jego piękną działkę z drewnianym, urokliwym domem (teraz wynajmuje krótkoterminowo, a jesienią planuje się tam przenieść, w czym go mocno wspieraliśmy) i obejrzeć małe mieszkanie (ja już widziałem wcześniej), żeby mu "podpowiedzieć" sprzedawać, czy nie sprzedawać, bo ma kupca.
Na koniec Żona mnie zaskoczyła prośbą do Ciekawego Sąsiada.
- Co prawda nie ustalałam tego z mężem, ale czy ty w czwartek, gdy wyjedziemy na kilka godzin do Metropolii, nie zająłbyś się Bertą?
- Ależ oczywiście! - odpowiedział w swoim stylu, od razu z pozytywnym nastawieniem Bo przecież trzeba pomóc
To umówiliśmy się na jutro, na 10.00 Bo o 11.00 gra Maja Chwalińska (zastrzegłem), u nas, żeby na miejscu omówić co i jak. Na do widzenia Żona zaskoczyła mnie drugi raz. W podziękowaniu ucałowała Ciekawego Sąsiada w policzek. Facet nie mógł wiedzieć, co to znaczy. Że po pierwsze bardzo rzadko tak się zachowuje w stosunku do znajomych, a po drugie, jak ogromnie była mu wdzięczna, jaką ulgę jej sprawił, bo się niezwykle musiała martwić tym wyjazdem I jak to będzie z Pieskiem?! A zdawała sobie sprawę, że Ciekawy Sąsiad stanie na wysokości zadania w sposób zupełnie naturalny, bo też ma pieska (Luksora, wrednego jamnika) i widziała jego ciepły stosunek do zwierzaka, chociaż wrednego, ale nie dla swojego pana.
Sąsiedzi z Lewej z różnych względów tutaj nie mogli stanowić konkurencji, chociaż przecież w żadnym momencie by nie odmówili. 
 
Po powrocie do domu od razu poszedłem do Intermarche, żeby bardzo skromnie uzupełnić zapasy piwne. Nadal zastałem piwne dziadostwo.
Zadzwoniłem do Syna. Wczoraj, w Dzień Dziecka, rozmawialiśmy króciutko i umówiliśmy się na dzisiaj rano. Gdy szedłem do Zdroju i dzwoniłem, nie odbierał. Zadzwonił, gdy byłem z powrotem w domu.
- A bo telefon zostawiłem na dole!... - był na siebie zły. 
- Synuś, teraz nie mogę już rozmawiać. - Wypadłeś z maszyny losującej. - Umówmy się w okolicy 16.00.
Nie robił problemu, chociaż humor miał wyraźnie zdechły. W ciągu 32-minutowej rozmowy trochę go rozruszałem, ale nie naciskałem specjalnie i nie dopytywałem, co się dzieje. Zwłaszcza, że niby według jego relacji nie działo się nic. W sensie, że wszystko było w porządku. Nawet rehabilitacja Wnuka-III szła do przodu. Z nowości, u Wnuka-III pojawiła się tylko taka myśl, że gdyby nie dostał się do wybranego ogólniaka, to chciałby pójść do służb mundurowych. W dyskusji byłem za, a nawet przeciw. 
 
Po II Posiłku zaczęła mnie dopadać schyłkowość. Poszedłem na górę z zamiarem czytania i zamiarem czekania na Żonę, żeby wieczorem coś obejrzeć. Czyli z trzecim zamiarem. Dwa pierwsze udało się zrealizować, ale, gdy Żona przyszła o 20.30, z trzecim ją wyśmiałem. Bo zanim cokolwiek byśmy wybrali, zanim zaczęlibyśmy oglądać, zrobiłaby się dla mnie w mojej codzienności pora nie do zaakceptowania.
- A bo na dole to się kładłam spać ewidentnie później... - tłumaczyła, gdy jej pytanie To co, oglądamy? brutalnie wyśmiewałem. I tłumaczyłem, że jest wybita z naszego rytmu i że musi wrócić na tory.
Spałem już o 21.00.
 
ŚRODA (03.06)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po lekkim rozruchu zacząłem cyzelować wpis z jednodniowym opóźnieniem. A gdy Żona czytała, poszedłem do szklarni, obciąłem zbędne dolne liście pomidorów, poprawiłem u niektórych podwiązania i wszystko podlałem. A potem jeszcze podlałem kawałek trawki pod świerkiem. Jest piękna. 
Gdy wróciłem, Żona właśnie kończyła czytać wpis, a wcześniej wykupiła mi dzisiejszą transmisję z ćwierćfinału Rolanda Garrosa, który miał się rozpocząć o 11.00. Byłem bardzo ciekaw kolejnego wystąpienia Mai Chwalińskiej, która miała tym razem zmierzyć się z Rosjanką, Anną Kalinską. Złotko, nie kobieta! Żona oczywiście, chociaż ta Kalinska też niczego sobie.
 
O 10.00 przyszedł Ciekawy Sąsiad. Niczego nie chciał, nie chciał się zatrzymać na chwilę, usiąść, napić się kawy... Widocznie miał w głowie moją wczorajszą uwagę, że dzisiaj o 11.00 oglądam mecz.
Sam się tym nie interesował i przyznał wczoraj z uśmiechem, że on to za bardzo nie wie, o co chodzi, żeby nie powiedzieć, że nie wie nic. 
Krok po kroku Żona udzielała mu pieskowej instrukcji - jak i gdzie Pieska wypuścić (ogród, a gdyby nie chciał, to na smyczy), ile razy dać wody i gdzie będzie leżeć przygotowana na popołudnie porcja jedzenia. Ja zaś ograniczałem się do instrukcji technicznych - zamykanie i otwieranie domu oraz bramy. Kazałem mu to na naszych oczach przećwiczyć i robił to bez szemrania. Ale przy "zwykłych" drzwiach tarasowych się żachnął protestując Bo to przecież oczywiste. Wymogłem jednak na nim, aby ten element (emelent) również przećwiczył. Oczywiste, nieoczywiste, nie mogłem pominąć niczego, bo potem Ja myślałem... Nie wiedziałem... Zrobił to dla świętego spokoju. Nawet Żona zaprotestowała.
- Nie zna cię jeszcze z tej strony... - skomentowała, gdy Ciekawy Sąsiad poszedł. 
 
Mecz oglądałem w emocjach na górze, w sypialni. Tak naprawdę Mai dopiero się uczyłem, oglądałem po raz pierwszy jej wystąpienie w pełnym wymiarze, bo dotychczasowe, oglądane przez mnie skróty nie mogły oddać tego, co prezentowała. Musiałem więc doznać wielokrotnego szoku na wielu płaszczyznach.
W tych szokowych stanach ducha, które tylko w trakcie meczu się powiększały, nie dowierzałem, w głowie mi się nie mieściło, że tak genialnie można grać. Podziwiałem niezwykłą technikę, inteligencję gry, jej czytanie i dopasowywanie się do sytuacji, grę defensywną i odporność psychiczną. To musiało deprymować przeciwniczkę. Maja wygrała 2:0 i weszła do półfinału. Niebywałe osiągnięcie. Na koniec mogłem podziwiać w trakcie wywiadów jej naturalność i osobisty wdzięk.
Oczywiście rozbolała mnie z emocji głowa, ale niechby ten stan powtarzał się w półfinale i... w finale.
 
Zacząłem pisać, tak trochę rozkojarzony, i jednocześnie podglądałem Sabalenkę, nomen omen, która w kolejnym ćwierćfinale grała z Rosjanką Dianą Sznajder. Aryna pierwszego seta wygrała 6:3, więc dalej "nie było co oglądać". Wiadomo, w jutrzejszym półfinale Maja z nią zagra. Wymarzona przeze mnie sytuacja, gdy ujrzę je stojące obok siebie i pozujące do zdjęcia, stanie się faktem.
Ból głowy był na tyle mocny, że na godzinę musiałem się położyć. A gdy wstałem, długo nie mogłem dojść do siebie, dobudzić się.
Nie pomógł II Posiłek, trochę ożywił mnie spacer po paczkę i cięcie chabazi przy płocie, ale natychmiast otrzeźwiałem (strzał adrenaliny), gdy wszedłem na strony Rolanda Garrosa, żeby zobaczyć, o której godzinie Maja będzie grała z Aryną. Było to istotne w kontekście naszego jutrzejszego wyjazdu do Metropolii i powrotu.
Nazwiska Sabalenki przy Chwalińskiej nigdzie nie było, za to było Sznajder. Szok! Natychmiast rzuciłem się do onanu sportowego. Drugiego seta wygrała Sznajder, a w trzecim rozniosła Sabalenkę 6:0. Ponoć Aryna nie wytrzymała fizycznie.
No i dupa blada. Zdjęcia Goliata z Dawidem nie będzie.
Jednocześnie dowiedziałem się, że półfinałowy mecz Mai z Dianą Sznajder odbędzie się w okolicach 16.30, więc będzie szansa go obejrzeć w domu z lekkiej retransmisji. Ta godzina gwarantowała również, że nikt z obecnych na rodzinnym spotkaniu w trakcie meczu, gdyby był rozegrany we wcześniejszej porze, nie będzie mi mógł usłużnie i/lub "niechcący" podawać wyniku. 
 
Wieczorem dałem radę na górze jeszcze trochę pisać, a potem z książką ulokowałem się w łóżku. 
Żona przyszła na tyle wcześnie, że obejrzeliśmy połowę amerykańskiego filmu z 2026 roku z Sally Field Niezwykle szlachetne stworzenia.
 
CZWARTEK (04.06)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem.
Ciszę i 2K + 2M przerwał Ciekawy Sąsiad. Wczoraj umawialiśmy się, że to my dzisiaj do niego zadzwonimy i podamy godziny, w których miałby przyjść i wypuścić Pieska.
- Sąsiedzie (tak na "dzień dobry" się do mnie odzywa) jestem wypluty i wykończony. -  Byłem na Węgrzech... - To może ja przyjdę teraz?... - zaproponował "słysząc" moje oniemienie i zatkanie.
- Ale na tych Węgrzech, w tym kraju? - zdążyłem jeszcze z siebie wyrzucić.
- Tak, na tych. 
Rzeczywiście zaraz się pojawił, z wyglądu wyżęty. Chciał nam opowiedzieć całą historię przy kawie, tete-a-tete, a nie przez telefon.
 
Wczoraj wieczorem zadzwonił do niego siostrzeniec aż z Innej Metropolii III z pytaniem Wujek, pomożesz?...
- Co miałem nie pomóc? - wyjaśnił nam w swoim stylu. 
Siostrzeniec miał zaraz wyruszyć do wujka swoim autem z przyczepką, a to było około sześć godzin jazdy non stop. Okazało się, że syn siostrzeńca, trzydziestolatek, razem ze swoim kolegą wybrali się na południe Europy dwoma motocyklami.
- I na Węgrzech, w czasie deszczu, tak opowiadał siostrzeniec, w tylne koło motocykla jego syna jakby coś z boku uderzyło. - Niby nie było powodu, bo z racji pogody jechali rozsądnie. - Motocykl zaczął koziołkować i w takim stylu siłą rozpędu jechał dalej, by wpaść do rowu, a motocyklista na szczęście wypadł z niego i też jechał dalej na plecach, po asfalcie, jakieś 50 m. - Motocykl może być do kasacji, a, wyobraźcie sobie, synowi siostrzeńca zupełnie nic się nie stało. - W specjalnej kurtce, którą miał na sobie, powstała tylko jedna dziurka wielkości pięciozłotówki. - No i, na całe szczęście, nic nie jechało w tym czasie w żadną stronę. - Motocykl ukryli w rowie, żeby nie alarmować policji, drugim pojechali do jakiejś restauracji, żeby zadzwonić do ojca i czekać na pomoc.
 
Ciekawy Sąsiad opowiadał to kilka razy będąc pod wrażeniem sytuacji, a dodatkowo dlatego, że od 1964 roku (do tej pory!) jeździ motocyklem. Ma wypasiony, ważący 300 kg Którym niedawno byłem w Innej Metropolii III, i taką małą pierdziawkę Ma 120 cm3 pojemności, którą jeździ "wokół komina", ale też do City A raz nawet zrobiłem sobie nią sporą wycieczkę, prawie 300 km.
- Na Węgry, przez Czechy, Słowację, omijając Wiedeń, ruszyliśmy o drugiej w nocy. - Prowadziłem ja, bo siostrzenic był wykończony i spał. - Dobrze, że wcześniej wykupił winiety autostradowe. - 400 km w jedną stronę. - Oba motocykle zapakowaliśmy na przyczepkę i od razu wracaliśmy. - Oczywiście ja już nie prowadziłem, tylko kolega syna siostrzeńca.
- A co z pieskiem? - byliśmy ciekawi.
- Jechał ze mną. - Nie mogłem go zostawić w domu bez niczyjej opieki. - Środek nocy... - W ten sposób był na Węgrzech... - śmiał się.
- A co teraz robi cała trójka? 
- Śpią w domu siostrzeńca w Uzdrowisku, a ja przyszedłem prosto do was. - A syn siostrzeńca stwierdził, że z motocykla się wyleczył.
Nie komentowaliśmy, ale oboje z Żoną ten środek lokomocji oraz quady natychmiast byśmy zlikwidowali. Jednak tego Ciekawemu Sąsiadowi nie mówiliśmy.
Żeby mógł z siebie wyrzucić cały stres, obgadaliśmy dość niespiesznie różne nasze dziwne przypadki w życiu. A potem ustaliliśmy, że pod naszą nieobecność ma przyjść wypuścić Pieska o 13.00 i 16.00, i w drugiej turze dać mu jeść (przygotowana przez Żonę miska miała czekać w spiżarni).
- Ale czy ty w tej sytuacji dasz radę? - zatroskała się Żona.
- Ależ! - żachnął się Ciekawy Sąsiad. - Teraz się prześpię i nie ma problemu. 
Z kolei ja musiałem chyba odreagować nasz wyjazd, bo przygotowałem w związku z nim szklarnię (zapowiadał się upał) oraz wzięło mnie jeszcze na ścinanie chabazi w ogrodzie oraz na sprzątanie ścieżek.
 
Po I Posiłku (razem z Żoną w ogrodzie) o 10.50 ruszyliśmy do Metropolii. Cała Polska jechała w przeciwną stronę, do Kotliny Citizańskiej. Jadący, złaknieni długiego weekendu, posuwali się w sznurze samochodów, czasami stojąc w korkach, z prędkością 40-50 km/godz. Makabra. I tak przez cały odcinek City - Metropolia.
U Krajowego Grona Szyderców mieliśmy pojawić się o 12.30. 
Podróż przebiegła standardowo (średnia 60 km/godz.), bez żadnych ekscesów. W samej Metropolii jechałem trasą sprytnie wymyśloną przeze mnie, najkrótszą, aby nie pchać się przez szeroko pojęte centrum. W jej połowie zamysł szlag trafił. Z oddali ujrzałem stojące samochody, coś jakby korek, cofające się auta, a za chwilę policjanta, który ruchem dłoni nakazywał mi jechać w prawo, w sumie cholera wie dokąd.
- A mogę zawrócić? - zapytałem  przez otwarte okno.
- Aaa, zawrócić pan może...
- A co się stało?
- Procesja...
Dźgnęło mnie.
- Ja wiem, że to nie pana problem i że ten zablokowany przejazd też nie z pańskiej winy ... - zacząłem, bo nagle przestało mi się spieszyć - ... ale nie uważa pan, że to jest skandal, żeby jakaś grupa ludzi zawłaszczała sobie daną przestrzeń  i utrudniała życie innym?!
- Taaak?! - spojrzał na mnie zaczepnie. - A jak tydzień temu była parada równości i też zajmowali przestrzeń, to było dobrze?!
Gość wyraźnie musiał być z PiS-u, może z Konfederacji albo z tym podobnych, bo tendencyjnie odczytał moją reakcję na zasadzie Oto atakują przedmurze chrześcijaństwa, katolicyzm, kościół, jacyś lewacy pieprzeni! A może nawet gej, chociaż obok siedziała kobieta?!
- Oczywiście, że nie! - Jeśli jedni, drudzy lub trzeci chcą demonstrować swoje przekonania i poglądy, to niech sobie wyjadą za miasto, albo zbiorą się w takim miejscu, które nie będzie przeszkadzało  innym i tam do woli niech manifestują! - Nikt im nie broni! - Jest wolność! - A co to za wolność, jeśli  daje się tym, a zabiera innym?!...
I ruszyłem zostawiając pana policjanta, nie wiem, czy z otwartą buzią. 
Jechałem przez miasto, szeroko pojęte centrum, na szczęście niezatłoczone i bez kolejnej procesji. Przynajmniej na naszej trasie. 
Nawet niewiele się spóźniliśmy. Gdy za jakiś czas opowiadałem o zdarzeniu z procesją, Były Mąż Żony zareagował w swoim stylu.
- A co, ty masz trzy latka?! - Skoro dostali zezwolenie na zajęcie pasa jezdni i/lub chodnika, to byli w prawie.
No i właśnie o to chodzi. Żeby takiego zezwolenia nie dostali. Ale wiadomo, kto się odważy nie dać. 
Ale z nim na ten temat nie dyskutowałem. 
 
Kto był z paczworkowej rodziny? Domownicy - 4, rodzice Q-Zięcia -2, Byli Teściowie Żony - 2, Były Mąż Żony z żoną - 2 oraz ich córka z chłopakiem, którego widzieliśmy po raz pierwszy (nie tylko my), a ponoć chodzą ze sobą już 3 lata, - 2, no i my - 2. Razem 14 osób. Jak widać paczwork się powiększył o tego młodego chłopaka przyrodniej siostry Pasierbicy. Było bardzo sympatycznie w dużej mierze dzięki najmłodszej parze, która bez skrępowania udzielała się we wszelkiego rodzaju dyskusjach nadając im świeżości i innych punktów widzenia.
A my, Żona i ja, być może też inni, mogliśmy się uczyć i dowiedzieć sporo o drukarce 3D. Bo Ofelia dostała, a w zasadzie również Q-Wnuk, taki składkowy prezent. Na bieżąco oboje drukowali różne zwierzaki i inne formy, w tym użytkowe. I tłumaczyli nam różne rzeczy, rozwiązania, bo oczywiście temat łyknęli w lot.
Przyjęcie było na słodko, bo trudno było oczekiwać, że Krajowe Grono Szyderców wykarmi 14 gąb. 
Stąd też taka pora spotkania, która zresztą mi niezwykle pasowała ze względu na dzisiejszy  półfinałowy mecz Mai Chwalińskiej z Rosjanką, Dianą Sznajder. 
Kulminacyjnym momentem spotkania było wniesienie tortu, specyficznego, bo lodowego, z wetkniętą świeczką "9". Ofelia ją zgasiła przy brawach, ale STO LAT nie było. Rośnie taka dziwaczka, po swojej Babci. Od dawna, gdy wszyscy jej śpiewali, stała speszona i skrępowana nie wiedząc, jak zareagować. No i teraz dorosła właśnie do tego, żeby poprosić rodziców, aby przekazali wszystkim, że ona nie chciałaby, aby jej śpiewać STO LAT. Trzeba było uszanować.
 
Wyjechaliśmy trochę po 16.00. Ciekawe zjawisko, bo teraz cała Polska jechała w sznurze samochodów z City do Metropolii. Niczego z tego nie rozumieliśmy, ale cieszyliśmy się, że w tych podróżach "całej Polski" nie braliśmy udziału.
W domu byliśmy trochę po 17.30. Żona poszła do Ciekawego Sąsiada po klucze i po relacje, a ja od razu popędziłem z laptopem na górę. Przy czym mecz odpaliła mi Żona, gdy wróciła, żeby go trochę cofnąć, czyli żebym mógł go oglądać z opóźnieniem około 50. minut. A dlatego Żona, bo bałem się, że nie podołam, wpieprzę się w transmisję na żywo, zobaczę aktualny wynik i emocje szlag jasny trafi.
A były bezcenne. Pierwszy set skończył się zwycięstwem Mai w tie-breaku (7:4). Dziewczyny grały rewelacyjnie, a Maja pokazywała tenis, którego chyba w życiu nie oglądałem. Kunszt. Drugiego wygrała 6:4 i w ten niesamowity sposób weszła do sobotniego finału Rolanda Garrosa. Jakiś kosmos.
Bez wieczornego czytania książki i wyciszenia nie dałbym rady usnąć. 
 
PIĄTEK (05.06)
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
 
Wstawało się ciężko, chyba przez sen, który mnie dopadł w drugiej połowie nocy, a który jednym swoim elementem (emelentem) ciągle nawracał i mnie męczył. Śniło mi się, że jestem tenisowym sędzią w jakimś ważnym turnieju, gdzieś tam w świecie, a w meczu ma grać Iga Świątek (we śnie stała koło mnie i rozmawialiśmy) i jeszcze druga polska zawodniczka, ale we śnie, a później na jawie, nie byłem w stanie rozpoznać, kto to jest. Ale na pewno nie była nią Maja Chwalińska. Cieszyłem się, jako sędzia, że w tej sytuacji będę mógł sędziować po polsku, bo z angielskim to u mnie słabawo. Ale co rusz docierało do mnie po wielokroć, że przecież tak poważny mecz będzie rozgrywany nie w Polsce i że obowiązkowo będę musiał go prowadzić po angielsku. Więc co rusz przeżywałem duży stres Jak ja sobie w tej sytuacji poradzę? czyli Przecież sobie nie poradzę!  
Zasrany sport!... 
 
Po porannym rozruchu oddałem się całkowicie onanowi sportowemu. Na dwie bite godziny! Dotyczył on wyłącznie Mai Chwalińskiej. Nawet nie ruszałem żadnych innych dziedzin, w tym piłki nożnej czy siatkówki. Bo ciągle nie potrafiłem przyjąć do wiadomości tego, co się stało, rozgryźć tak rzadkiego fenomenu. Ale co tam ja, skoro wszyscy fachowcy tenisowi, byli i obecni tenisiści, dziennikarze i kibice tego nie potrafili zrobić. Dwa króciutkie komentarze najbardziej do mnie przemawiały - Perła w świecie cyborgów i nawiązania do bajki o Kopciuszku.
W jutrzejszym finale z Mirrą Andriejewą (Rosjanka - trzecia na tapecie Mai począwszy od ćwierćfinału) nie upatruję(!) szansy na zwycięstwo Polki, tylko stawiam na nią, ale ostrożnie - 51% do  49%. Bo Mirra to świetna tenisistka, nieszablonowa. Ale ma jedną poważną wadę. Jeśli jej nie idzie gra, nie może sobie z tym poradzić, nie wytrzymuje psychicznie, wścieka się, żeby nie powiedzieć wkurwia. A Maja, jak mało kto, a może tylko jako jedyna, właśnie do takiego stanu, często frustrujących bezradności i bezsilności, potrafi przeciwniczki doprowadzić. W całym rolandgarrosowym turnieju zajmuje pierwsze miejsce w sile swojej gry defensywnej i umiejętności przechodzenia z niej do ofensywy. Dodatkowo niczego po sobie nie pokazuje, nie macha rękami, nie krzyczy, nie oburza się, nie robi min, gdy coś jej akurat nie wyjdzie lub gdy przeciwniczka zagra fenomenalnie. Jakby się tym nie przejmuje. Ale również przy swoich sukcesach nie wykazuje radości, może czasami lekko zaciśnie pięść i to wszystko. A przeciwniczki przecież siłę jej psychiki widzą. I odbijają się od niej.
Nie wiem, co stanie się ze mną, co stanie się z całym światem tenisowym, jeśli jutro Maja wygra. Ale wiem jedno, że woda sodowa jej do głowy nie uderzy. Już teraz dokonała takiej rzeczy, która całkowicie zmieni jej życie i zmieni jej tenisowe życie.  
W końcu po przesadnych (sam to wiedziałem) fanaberiach onanowych zacząłem pisać. 
 
Goście z dołu wyjechali szybko, bo zaraz po dziewiątej Bo po drodze chcemy jeszcze trochę pozwiedzać. Gadek specjalnych nie było, bo dość mocno padało, a poza tym nie ta chemia.
Po wstępnym sprzątaniu znowu po 5. dniach od tamtych sensacji żołądkowych dopadły mnie podobne. 
Makowiec u Ciekawego Sąsiada i orzeszki ziemne oraz kolejne kawy, a u Ofelii dziwne lody (tort lodowy), orzeszki solone, różnego rodzaju owoce oraz kolejna kawa - analiza Żony. Zaordynowała mi bulion, który na wycieńczony żołądek działał jak balsam. Dopiero w południe jadłem I Posiłek, chociaż Żona uważała, że nie powinienem był wcale.
Po sprzątnięciu dołu czułem się na tyle wyczerpany, że na górze usnąłem natychmiast i przez godzinę spałem kamiennym snem. Wstałem zregenerowany, przytomny i o całkiem dobrym samopoczuciu.
Stać mnie było na dalsze pisanie. 
 
Dla miłego rozruchu wyszedłem sobie na podjazd, ciąłem chabazie na podjeździe i wzdłuż chodnika, bo po wczorajszych deszczach i dzisiejszym (do 14.00 padało) ruszyły nieokrzesanie oraz szczoteczką czyściłem przerwy między kostkami na chodniku, by w ten sposób czekać na nowych gości. Rozruch był o tyle efektywny, że co chwilę z ciętych chabazi na głowę, albo za kołnierz padała miła, zimna wiosenna kropla wody.
Przyjechali przed 17.00. Para lat około sześćdziesięciu. Wypasionym, dużym, czarnym Audi, automatikiem. Kulturalni, ale nie nasi, tym bardziej, że z pewnych drobiazgów wyłapanych niezależnie przeze mnie i przez Żonę (doświadczenie) wynikało, że jest to znajomość krótka lub bardzo krótka, swoisty zlot gwiaździsty. Swoisty, bo jednym środkiem lokomocji i start ze wspólnego miejsca, tu z Metropolii.
 
Zaraz potem zjedliśmy II Posiłek, ja bardzo skromnie i ostrożnie. Bez żadnych sensacji mogłem udać się na górę i kontynuować pisanie.
W sypialni spotkaliśmy się o 19.30, czyli w normie. Skończyliśmy oglądać Niezwykle szlachetne stworzenia. Taka sympatyczna bajeczka.
 
SOBOTA (06.06)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Od razu po porannym rozruchu zająłem się onanem sportowym. A potem pisałem. 
Jeszcze przed dziewiątą wybrałem się do Intermarche i do Biedronki na drobne zakupy. Na tyle wcześnie, że nie było żadnych turystów, więc mogłem chłonąć zwyczajną aurę Uzdrowiska, za którą przepadam. Do tego dołożyła się piękna pogoda.
Tym razem żadnych przygód nie było. "Nie będzie o czym pisać na blogu".
 
Po I Posiłku zjedzonym w ogrodzie zabrałem się za comiesięczne papiery, przygotowałem płatności i na biurku zrobiłem porządek. Od południa starałem się pisać, ale powoli zaczęło się wkradać zdenerwowanie, myśli ulatywały ku zbliżającemu się finałowi, więc komfortu nie było.
Wytrzymałem do 13.30. Żona sama wypędzała mnie do jakichś prac fizycznych, które stanowiłyby  antidotum na mój narastający stres. Skosiłem trawkę, dopieściłem  pomidory pozbywając się niektórych zbędnych dolnych liści i szturchając pędzelkiem kwiatki, które pojawiły się już w sporej ilości oraz wyciąłem zbędne gałązki białej winorośli w szklarni.
Ale dłużej wytrzymać nie mogłem. O 14.40 siedziałem już w sypialni przed laptopem.
Maja przegrała 0:2. Było widać, że popełniała więcej błędów niż dotychczas, nie grała z taką finezją i w momentach, za które dałbym sobie uciąć dłoń będąc pewnym zdobytego punktu, go traciła.
Była po prostu zmęczona dziesięcioma pojedynkami (3 w kwalifikacjach i 7 w turnieju głównym) i szesnastoma godzinami grania przy mirrowych siedmiu pojedynkach i ośmiu godzinach grania. Do tego na pewno doszedł stres i brak doświadczenia w graniu na tak wysokim szczeblu. 
Ale Mirze Andriejewnej niczego nie umniejszam. Grała świetnie i do meczu z Mają bardzo dobrze się przygotowała. Odrobiła lekcje. Grała w stylu Mai, nie napalała się, popełniała mało błędów, co w połączeniu z jej przewagą wzrostu, a przede wszystkim siłą, przy pełnej technice, jaką dysponowała, musiało dać efekt. I się nie irytowała, nie wkurzała, na co liczyłem. Wydoroślała. Już dawno zachwycałem się jej stylem gry. Może wkrótce stać się światową liderką, a ma dopiero 19 lat.
A Maja? Jest już na innej drodze. Teraz powinna odnosić wiele sukcesów. Bo wszystko zaczęło jej sprzyjać. Gwałtowny skok w rankingu dający możliwość grania we wszelkich turniejach WTA z rozstawieniem i płynność finansowa z racji otrzymania nagrody za finał Rolanda Garrosa oraz z wszelkich umów sponsorskich, bo teraz firmy się na nią "rzucą".
 
Co z tego, że przez całe życie naoglądałem się tyle zasranego sportu i wiedziałem, że taki jest. Cały wieczór zdominował smutek. Byłem bardzo smutny na tyle, że po kończącej piłce przestałem oglądać. Całe zakończenie turnieju, wręczenie pucharów, mowy, obejrzę jutro z retransmisji, żeby móc się cieszyć w pełni niezwykłym sukcesem Mai. Bez tej nieprzyjemnej aury, która mnie dopadła.
Nic nie było w stanie mnie z niej wyprowadzić. A na pewno nie rachityczny II Posiłek, taki, że  musiałem dojeść twarogiem z dżemem, co było przypadkiem raz na tysiąc i na pewno nie króciutki spacer z Pieskiem, który po zrobieniu siku natychmiast chciał wracać do domu.
Musiałem przeżyć smutek. Nic mi się już nie chciało. Totalnie poddałem się schyłkowości. 
 
Poszedłem na górę z książką i trochę czytając czekałem na Żonę. W swojej serialowej ofercie miała kilka propozycji. Wybrałem tę (serial amerykański), która za bardzo jej intuicyjnie nie odpowiadała, ale się zgodziła. 
- Ja bym mogła już na tym poprzestać... - oświadczyła po 10-15 minutach oglądania. - Zajeżdża mi tu klasą B, no i ten główny aktor jakoś tak mi się nie podoba.
Ale uległa, gdy dalej chciałem oglądać.
- Możemy na tym poprzestać... - oświadczyłem po kolejnych 10-15 minutach. - Bo zajeżdża mi tu klasą B, no i ten główny aktor jakoś tak mi się nie podoba.
Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że jeśli przez tyle sezonów akcja ma być taka płaska, zero rozbudowania warstwy psychologicznej bohaterów, to przecież szkoda czasu.
Rozpoczęliśmy kolejny serial, tym razem brytyjski. Po około 20. minutach oboje byliśmy zgodni, że wystarczy. Żona nawet pokusiła się o drobną analizę.
- Bo jest taki jakby za mgłą, jakby celowo niedoświetlony, a to mi nie odpowiada.
A jeśli Żonie nie odpowiada, to i mnie również nie odpowiada. Pozdrawiam! 
Z tego smutku nie chciało mi się już czytać. Było jasne, że stan ten muszę przespać. Spałem już o 20.40. 
 
NIEDZIELA (07.06)
No i dzisiaj wstałem o 05.20.
 
Chyba nie najlepiej spałem. Może przez ten smutek?...
Po porannym rozruchu pisałem.
Zanim wyjechali goście, naszło mnie na drobne czynności w ogrodzie i w szklarni. Tak wczesny kontakt ma jeszcze inną aurę.
Wyjechali o 10.00, chociaż proponowaliśmy im pobyt do 15.00. Mimo że byli tylko dwie doby, to jednak interakcje zrobiły się wyraźnie takie bardziej swojskie. Gdy otworzyłem dolny apartament, żeby wstępnie posprzątać, w nozdrza nie walnął mnie, w zasadzie standardowo w takich przypadkach, mocny zapach perfum, dezodorantów, itp., którymi trzeba się przed podróżą mocno pochlapać, żeby w aucie pachniało. Zapisaliśmy to gościom na duży plus, zwłaszcza pani.
 
Ranek miałem telefoniczny. 
Najpierw zadzwoniłem do byłego męża kuzynki Żony I. Dobijał się do mnie wczoraj po dwudziestej nie wiedząc z racji bardzo rzadkich kontaktów, że telefon wyłączam już w okolicach 19.00.
Zdał mi relację ze swojego urlopu, który spędził na Malcie z "sympatyczną i dojrzałą kobietą". A poczuwał się, bo po pierwszej naszej rozmowie po latach zaangażowałem się na jego prośbę w temat Gdzie by tu na okres wyjazdu zaparkować w Metropolii bezpiecznie auto na niemieckich blachach, najlepiej za darmo. Wówczas parę pomysłów mu podsunąłem, ale skończyło się na tym, że bezpiecznie auto zostawił na lotniskowym parkingu za 250 zł. Drugim urlopowym smaczkiem był fakt, że w drodze spod francuskiej granicy do Stolicy (badania lekarskie, a potem Metropolia), po przejechaniu 500. km, ocknął się, że nie zabrał ze sobą plecaczka, podręcznego bagażu. Bardzo śmieszne. Na szczęście paszport, pieniądze i dokumenty miał przy sobie. Mniej istotne rzeczy, kosmetyczkę i inne pierdoły, można było przeboleć.
- Zastanawiałem się tylko, czy plecaczek zostawiłem przed drzwiami mieszkania, czy na chodniku przy aucie, ale na szczęście leżał sobie spokojnie na fotelu w pokoju. 
Porozmawialiśmy o Malcie. W temacie byłem "mocny" po relacjach z pobytu na niej Krajowego Grona Szyderców i Syna. Uwiarygadniałem się w rozmowie takimi pytaniami.
- A trzęsienia ziemi nie mieliście? 
Nie mieli, za to w odległości jakichś 5 km od ich hotelu było kilka potężnych wybuchów w fabryce fajerwerków.
- Siedzieliśmy akurat na balkonie przy kawach, gdy rąbnęło kilka razy tak, że nawet poczułem falę uderzeniową.
Gdzie w Polsce turyści są narażeni na takie "atrakcje" ?...
- A nie obsypało was drobniutkim piaseczkiem z Sahary, który obsypuje całą wyspę i jest wszędzie?...
Okazało się, że nie, bo to nie ten okres.  
Gdzie w Polsce turyści są narażeni na takie "atrakcje" ?... 
- A w hotelu nie mieliście wysypu karaluchów, monstrualnych, większych kilka razy od naszych?
Nie mieli. 
Gdzie w Polsce turyści są narażeni na takie "atrakcje" ?... 
W ciekawy sposób temat robactwa się rozwinął. 
- Byłem tuż po rozwodzie z pierwszą żoną, gdy z Nowej Zelandii przyszła oferta pracy dla drukarzy, którzy byli tam mocno poszukiwani. - Ostatecznie się nie zdecydowałem nie chcąc się rozstawać z małą wówczas córką. - Ale trzech kolegów z rodzinami wyjechało. - Dwie rodziny zostały, a jedna dosyć szybko wróciła. - Żona kolegi nie była w stanie znieść panoszącego się wszędzie robactwa. - Powoli, na skutek histerii, zaczęła wpadać w niebezpieczne stany chorobowe i nie było wyjścia. - Przez cały rok panuje klimat umiarkowany,  21 stopni, nie ma mrozów, ani upałów. - Prawdziwy raj na ziemi, czyli idealne warunki do życia nie tylko dla ludzi. 
Gdzie w Polsce?...
 
Ledwo skończyłem rozmawiać, zadzwonili Nowi w Pięknej Dolinie. W domu byli już od tygodnia.
- Nie mogliśmy się wyrobić z robotą, tak wszystko zarosło. - Plewiliśmy i plewiliśmy! - zameldowali w  pierwszych słowach.
Dodatkowo na kilka dni przyjechał Syn Lekarki z dziewczyną, więc tym bardziej nie mieli czasu, aby po powrocie się zameldować. Ale ostatecznie się ogarnęli i mogliśmy omawiać kwestie ich przyjazdu do nas w najbliższy weekend. Sprawa była prosta.
Chłopaki podczas nieobecności państwa nie cierpiały, bo hotel, w którym byli już drugi raz, traktowali na luzie, jak swój dom. Taka natura piesków.
 
I Posiłek zjadłem w ogrodzie. A potem w końcu zabrałem  się za porządkowanie spraw zjazdowych, aby móc wysłać do koleżanek i kolegów Meldunek I. Bez Żony obyć się nie mogło, a i tak sytuacja mnie... stresowała i pod koniec, gdy już wszystko stało się jasne i było uporządkowane, pojawił się wyraźny ból głowy. Standardowo. Żona się podśmiechiwała, ale nie złośliwie. Tłumaczyłem jej, że co z tego, że jest tuż obok, że tematy załatwi, bo się zna, skoro ja zupełnie nie i sprawy leżą poza moimi możliwościami i umiejętnościami. Nie czuję ich, więc się stresuję.
 
Gdy temat załatwiliśmy, Żona wymyśliła sposób na moje odreagowanie. Poszliśmy do kawiarni, w sumie nowo otwartej, chociaż ponad rok temu. Przez ten czas lokal był skazany na niebyt. Co z tego, że nowy, ładny, w miarę z dobrą ofertą, skoro poza wszelkimi szlakami, po których stadnie poruszają się kuracjusze i turyści.  Raz tam nawet byliśmy z Q-Wnukami, ale cierpiałem. Oferta była jednak dość skromna, jak na warunki uzdrowiskowe, ale przede wszystkim tchnęło pustką, nie było życia. Stąd przechodząc tamtędy po wielokroć przez ten czas uprawiałem przy Żonie czarnowidztwo prorokując, że kawiarnia padnie (a szkoda!) i że jest to tylko kwestia czasu. Mogłem podśpiewując przypominać sobie Krzysztofa Klenczona Nie daję knajpie żadnych szans! Jeden w skali Kurortu!
Przez paskudny okres pluch i zimy lokal zamknięto całkowicie. I słusznie. Zapraszano na majówkę. 
Przez cały maj nic się nie działo, kawiarnia była otwarta, ale było to samo, czyli nihil novi. Kawiarnia sobie, goście sobie.
Aż ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i obok niej otworzył ogródek. Niezwykle klimatyczny, ze standardowymi stolikami i krzesłami, ale również z leżakami, wszystko nad Bystrą Rzeką. Ogródek serwował z kija dwa gatunki czeskiego piwa (jak mądrze!), różne inne butelkowe oraz wodę mineralną.
A jeśli ktoś chciał zamówić sobie kawę, herbatę, desery, albo pójść do toalety, to szedł do kawiarni, oswajał ją i dostrzegał jej walory. 
Żona to wszystko odkryła wczoraj, czy przedwczoraj i mój ból głowy był idealnym pretekstem, aby się tam niezwłocznie udać.
Oczywiście od razu zrobił się ruch w interesie, a nas to budowało. Siedzieliśmy więc przy dwóch czeskich z kija i jednym deserze(!) i pławiliśmy się w nowej sytuacji. Było pięknie.
Oczywiście o bólu głowy prawie natychmiast zapomniałem.
- A jak tam głowa?... - Żona "troskliwie" dopytywała z lekkim ironicznym uśmieszkiem.
 
W domu od razu uciekłem na górę, żeby robić tabelkę, wykaz pokoi na nasz zjazd (załącznik nr 2 do Meldunku I). Kierowany ambicją postanowiłem ją zrobić sam, w Wordzie, trochę "na piechotę",  ale z tyłu głowy miałem zapewnienie Żony Jakby coś, to mnie wołaj. Nie zawołałem ani razu i z tego faktu byłem dumny, zwłaszcza że później Żona pochwaliła i stwierdziła, że jest ok.
Po II Posiłku (ogród) zrobiłem załącznik nr 1 i całość wysłałem do Kierowniczki Recepcji, do weryfikacji, uprzedzając, że jutro zadzwonię, zanim to wszystko wyślę do koleżanek i kolegów. 
 
Ponieważ Syn wysłał zbyt długiego smsa oczekując odpowiedzi w tym trybie, dość skomplikowanych, to doszedłem do wniosku, że łatwiej będzie porozmawiać. Dotknęliśmy trzech tematów:
- zbliżającego się Mundialu w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku. Syn ze swoją wiedzą na temat ojca i jego znawstwa piłki nożnej i wszelkich bieżących wydarzeń z nią związanych zatrzymał się gdzieś na latach 2013-2015. Do tego okresu rzeczywiście potrafiłem oglądać w pierwszej, grupowej fazie mistrzostw, cztery mecze dziennie i wszystkie kolejne rozgrywane już w systemie pucharowym.
Znałem siłę drużyn, zawodników i potrafiłem bardzo często przewidywać wyniki budząc w Synu lekki podziw. Ale potem powoli mi przechodziło i teraz mecze piłki nożnej oglądam dość rzadko i nawet 4 dni przed otwarciem mistrzostw nie wiedziałem, kto z kim gra w meczu otwarcia. Syn na to zareagował spokojnie.
- Dlatego to samo wysłałem wujkowi, bo muszę trochę pouprawiać bukmacherkę, i liczę na to, że wujek coś mi podpowie.
 
- wyjazdu we wrześniu pt. Dziadkowie i wnuki. Teść Syna ostatecznie termin zaakceptował - 17-20.09.
 
- przyjazdu Synowej i Syna do nas w trzeci weekend tego miesiąca. Syn miał nadzieję, że obejrzymy jakieś mecze, ale Żona zastrzegła, że gdyby ten akcent towarzyski miał dominować To ja wychodzę, bez obrazy. Bo myślałam, że porozmawiamy... 
Myślę, że wszystko da się mądrze pogodzić, zwłaszcza, że ja gdzieś od lat 2013-2015...
Tylko 28 minut rozmowy. 
 
Wieczorem rozpoczęliśmy oglądanie amerykańskiego obyczajowego, może nawet familijnego, serialu Everwood z lat 2002-2006.
Może być tak, że będziemy kontynuować. 
 
PONIEDZIAŁEK (08.06)
No i dzisiaj wstałem o 04.50.
 
Od rana pisałem. 
Gdy przyszła Żona, plan poranka został mocno zmodyfikowany i życie ruszyło z kopyta.
-  A może ty byś już teraz pojechał do Biedronki i ewentualnie do DINO, bo lodówka przetrzebiona, w Internecie nie zdążyłam zamówić, a do City pojedziemy chyba jutro. - Nie za bardzo mamy coś dla nas i dla Pieska.
To zaraz po ósmej ruszyłem w Uzdrowisko. W zasadzie wróciłem z tarczą. 
Od razu zasiadłem przy laptopie i zatelefonowałem na infolinię CANARD-u (Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym) pełen najgorszych przeczuć, co do możliwości połączenia się. Jednocześnie wiedziałem, a Żona to potwierdzała, że nie ma innej drogi, jak cierpliwość. Po wszystkich powitalnych gniotach wreszcie usłyszałem automat, że jestem w kolejce trzydziesty drugi.
- Trudno świetnie - mówiliśmy - byleby połączyć się z żywym człowiekiem. 
Automat co 7-8 sekund powtarzał Jesteś w kolejce 32, i tak przez kilka cykli, jakby nie mógł się zamknąć i odezwać się dopiero, optymistycznie, Jesteś 31.
Ten system powtarzania skutecznie uniemożliwiał pisanie, czy czytanie, ale coś tam próbowałem robić.
A musiałem dzwonić, bo przysłano mi powtórnie, przynajmniej ja nie dostrzegałem różnicy, te same dokumenty do wypełnienia, co poprzednio, które wypełnione odesłałem 7. kwietnia i w których się przyznałem do popełnienia wykroczenia drogowego i żebrałem o mandat 100 zł i dwa punkty karne.
Oczekiwanego mandatu nie dostałem, za to nowe papiery do wypełnienia i owszem, więc rzecz musiałem wyjaśnić. 
 
Kwadrans przed dziewiątą, gdy usłyszałem Jesteś w kolejce 19, poddałem się i się rozłączyłem. Mniej więcej na 09.00 mieliśmy być na śniadaniu w Sercu Zdroju, bo tak kilka dni temu umówiliśmy się z Menadżerką Serca Zdroju. Wszystko w ramach penetracji śniadaniowych, żeby wiedzieć, co mówić  naszym gościom w razie ich pytań. Ot, taki mały, miły pretekścik.
Śniadanie nie powaliło nas na kolana, było po prostu w obowiązujących standardach. Ale cena nas zaskoczyła. Bo kosztowało 30 zł od osoby.
-  A dla stałych mieszkańców dzisiaj zniżka, po 25 zł... - śmiała się Menadżerka Serca Zdroju.
Razem 50 zł, a to już było bardzo przyzwoicie i adekwatnie do oferty. Przy okazji porozmawialiśmy sobie we troje na tarasie i dowiedzieliśmy się co nieco o historii budynku.  
- Szefowa, mieszkająca w Metropolii, kupiła dwa od gminy w 2002 roku, pozmieniała różne rzeczy w porozumieniu z konserwatorem zabytków i zrobiła cacko, wstawiając między nie łącznik w tym samym stylu architektonicznym. - A niedawno w miejsce szopy stojącej na podwórku wybudowała nowy obiekt rozszerzając ofertę.
Wychodząc, jak zwykle twierdziliśmy, że taka osoba/osoby powinny być zwolnione z podatków, przynajmniej w jakimś zakresie i to bez względu na ich wysoki stan majątkowy. A, niestety, są traktowane jak dojne krowy. 
 
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Rossmanna. Ja bardzo niechętnie, bo nie znoszę tamtejszej sumy zapachów. Ale wolałem taką formę zakupu wody po goleniu, niż przez Internet, proponowaną przez Żonę. Nieprzyjemnie kojarzyło mi się to z kupowaniem kota w worku. 
Poprzednią, adidas, DYNAMIC Pulse, która właśnie się kończy, otrzymałem od Córci. Jakieś 10 lat temu, jeśli nie więcej. Córcia odważyła się wręczyć mi taki konkretny, osobisty prezent (nie pamiętam na jaką okoliczność) tylko dlatego, że używałem... adidas, DYNAMIC Pulse. Sumarycznie przy tym zapachu tkwiłem jakieś 20 lat. Tak długo, bo od dawna, od czasu zapuszczenia brody, golę tylko policzki i szyję, i to co 3-4 dni, a jeśli się dobrze zapuszczę, to zdecydowanie rzadziej. Dopiero,  zwłaszcza latem, przy upałach, gdy wszystko zaczyna mnie swędzić, przystępuję do dzieła szybciej. Bywa też tak, że bez względu na porę roku robię to bez oczekiwanego swędzenia, gdy już nie mogę patrzeć dłużej na tak zaniedbanego i zapuszczonego dziada.
Wodę po goleniu zawsze traktowałem jako środek dezynfekujący o początkowo miłym zapachu (sam go przecież wybierałem), by zaraz, po minucie, dwóch mnie odrzucało. Zwłaszcza bywał nie do zniesienia w trakcie jakichkolwiek posiłków. Poza tym zawsze, ale to zawsze miałem na względzie, że komuś ten zapach może nie odpowiadać. Więc byłem daleki, żeby świeżo naszprycowany wsiadać do windy, wybierać się do kina, restauracji, itp. i rozsiewać... Po tych dwóch minutach twarz myłem i myję, i wtedy mogę siebie znieść.
W Rossmannie kupiłem NIVEA MEN HYDROCARE AFTER SHAVE LOTION. Wyraźnie nastąpił czas zmian. Ale nie łudzę się, żebym natychmiast postępował inaczej. Po dwóch minutach będę go usuwał z twarzy. Zakup trwał stosunkowo krótko, bo nie dałem się Żonie, mimo jej namów, abym jeszcze powąchał to czy tamto. Mnie wystarczyło, że wybrałem spomiędzy trzech flakoników. I tak było o jeden za dużo.
 
W domu od razu zadzwoniłem do Kierowniczki Recepcji. Miała grupę, więc umówiliśmy się na rozmowę na 13.00.
To zadzwoniłem do CANARD-u. Tym razem byłem 42. Wziąłem się na sposób. Wyciszyłem maksymalnie dźwięk, a dodatkowo telefon położyłem na miękkiej kanapie, mikrofonem do dołu, więc skutecznie zagłuszałem pieprzenie automatu co 7-8 sekund. Tylko co jakiś czas sprawdzałem pozycję - 38,32, 25,17, itd. Przy 9. wymiękłem, mikrofon oddusiłem i nastawiłem na głośność. Przy 3. puls przyspieszył, a przy 1. Jesteś w kolejce pierwszy zwykle niskie ciśnienie musiało mi skoczyć z 90 na 120.
Pani (człowiek z krwi i kości) wszystko mi wytłumaczyła. Skoro poprzednio przyznałem się do wykroczenia, to automatycznie stałem się posiadaczem Inteligentnego Auta. A skoro tak, to mój status się zmienił i musiałem od nowa wypełnić ten sam druk z tą  różnicą, że miałem zakreślić właściwy kwadrat - "zgadzam się" lub "nie zgadzam się" na mandat. To takie sprytne działanie urzędników powodujące, że sprawca zamiast złorzeczyć na nich i na system, wprost nie może się doczekać, aby mu ten mandat wreszcie przysłali. Nie wiem, czy w Stanach nie dałoby się wygrać procesu z poważnym odszkodowaniem za nękanie obywatela.
Po zakończonej, miłej w sumie, rozmowie wystarczyło pobieżnie obliczyć, że żadną miarą te 100 zł, za chwilę przeze mnie przesyłane, nie pokryje kosztów korespondencji i czasu pracy urzędników. Ale przecież nie o to chodzi. Bo dura lex sed lex! Zresztą urząd nadrobi to z nawiązką przy wyższych mandatach.
 
W oczekiwaniu na telefon pisałem. 
Z Kierowniczką Recepcji przedyskutowałem mojego maila (wszystko było w porządku) i ustaliliśmy dalsze, już za chwilę, całkowicie robocze kroki. A potem jeszcze przez chwilę poplotkowaliśmy o jej urlopie i o urlopach w ogóle.
 
Po II Posiłku (ogród) pisałem. I pod koniec dnia w końcu wysłałem Meldunek I do koleżanek i kolegów. Maszyneria ruszyła. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 20.08. 
 
I cytat tygodnia:
Polityka jest niemal tak samo ekscytująca jak wojna, tyle że bardziej niebezpieczna. Na wojnie bowiem można być zabitym tylko raz, a w polityce po wielokroć. - Winston Churchill (brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, poeta i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych).