03.11.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 335 dni.
WTOREK (28.10)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Bez problemów, mimo że zasnąłem (23.00) grubo po Żonie, bo odwaliło mi na onan sportowy, a potem jeszcze na czytanie książki. Można by powiedzieć, że z formą nie jest tak źle.
Ranek był piękny i spokojny.
Po drobnym onanie sportowym zabrałem się za cyzelowanie.
Elektryk i Elektrykowa przyszli do nas już o 09.00. Spakowani i po śniadaniu. Znowu nie dali się namówić na moją jajecznicę Ale my już zjedliśmy ani na żadną inną potrawę. Ale na kawę tak. Przy kuchni, przy żywym ogniu, najpierw wspominaliśmy wczorajszy wieczór. Bo w Stylowej przesiedzieliśmy blisko 2 godziny, panie przy lodach i rozgrzewającej herbatce, ja z Elektrykiem przy lodach i przy... Żywcu. Namówił mnie Elektryk, bo dla niego to najlepsze piwo. Żona była oburzona.
Muszę powiedzieć, że nie było złe, ale gdy tylko wyrażałem taką opinię, to Żona robiła się jeszcze bardziej oburzona. Do wieczoru spędzonego w Salonie, już bez Finlandii, tylko przy piwach i winie, specjalnie nie wracaliśmy, bo tematy wtedy poruszane były ciężkie, zwłaszcza traumy z dzieciństwa Elektrykowej i moje.
A potem spory kęs czasu poświęciliśmy omawianiu zwiedzania różnych zakamarków Polski i naszym trzem pieskom i wspomnieniom z nimi związanych.
Goście wyjechali o 11.00. W planach mieli jeszcze sporo zwiedzania.
Zaraz zabrałem się za wstępne sprzątanie.
Po I Posiłku pojechaliśmy w Uzdrowisko w sprawach - zakupy, socjalna (można powiedzieć, że z młodą panią przełamaliśmy lody), zawiezienie prania i odbiór paczki. No i przy okazji, a jakże, powstał kolejny pomysł na życie. Nie możemy inaczej.
Po południu zacząłem konstruować tabelę - zestawienie trzech ofert hoteli z Kazimierza Dolnego. Dopiero po II Posiłku miałem gotową wersję trzecią, która dała jaki taki obraz. Wersja czwarta będzie tą dopicowaną, ale odłożyłem ją na jutro, bo miałem już serdecznie dosyć.
Po dwóch zarwanych nocach dość wcześnie poszliśmy na górę. I daliśmy radę obejrzeć tylko jeden odcinek serialu Nikt tego nie chce. Zwłaszcza ja wymiękałem.
Spaliśmy już o 20.00.
Wczoraj o 22.47 napisał Po Morzach Pływający.
Jaki Kanał La Manche? Przecież to Kanał Angielski i tak jest na mapach morskich. Oczywiście wszystko zależy z której strony się patrzy. Kanał La Manche od południa, a Kanał Angielski od północy.
Co do starych ubrań to mam swój rekord. Spodnie dżinsowe Wildcat kupione w PEWEXIE kiedy byłem w 8 klasie szkoły podstawowej. Wyrzucone ponieważ się podarły kiedy miałem 22 lata. I cały czas były na mnie dobre.
Ostatnio miałem trochę wolnego i wykorzystałem go śpiąc po 11 godzin. Zasypiałem o 21, a budziłem się o 0800. Takie to frykasy mi się trafiły.
Ale poniedziałek zacząłem już poważnie o godzinie 0600 i właśnie położyłem się do koi po 16 godzinach pracy czyli powrót do normalnego życia marynarza.
PMO (pis. oryg.)
Wiedziałem, że tym Kanałem La Manche go podkręcę i że nad sprawą nie przejdzie obojętnie. I zastanowił mnie podpis pod treścią - PMO. Czyżby sugerował zmianę ksywy na Po Morzach Odpoczywający?...
ŚRODA (29.10)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Po porannym rozruchu zabrałem się za długi onan sportowy. A potem, ponieważ było jeszcze tyle czasu, że głupio byłoby zabrać się za I Posiłek, Żona wydrukowała mi bilety, tam i z powrotem, w związku z moim wyjazdem "na groby". W sobotę mam startować pociągiem z Uzdrowiska z przesiadką w Metropolii, a wracać do Uzdrowiska w poniedziałek, też pociągiem, ale znacznie dłuższą trasą, za to niezwykle urokliwą.
Wysłałem smsa do Syna z dokładną informacją o czasie mojego przyjazdu (14.10), żeby mógł mnie na dworcu odebrać. Odpowiedział Roger that. Musiałem się douczyć, bo z taką reakcją spotkałem się pierwszy raz. Podobało mi się.
Pogoda była piękna, więc trudno było nie iść na spacer. Po I Posiłku poszliśmy we troje do Zdroju.
Jak zwykle dużo przyjemności.
Po powrocie zabrałem się za drewno w wersji rozszerzonej przewidującej mój wyjazd, a więc moją nieobecność. Znowu duża przyjemność.
- I co ja będę robił w bloku?!... - rzuciłem w przestrzeń, ale tak, żeby Żona usłyszała.
Tylko westchnęła.
Postanowiłem już dzisiaj odgruzować się na 90 %. Pod kątem mojego wyjazdu.
Jeszcze przed II Posiłkiem zrobiłem w "exelu" ostateczną tabelkę-zestawienie, a po nim napisałem do trzech hoteli podsumowanie danych, w domyśle Czy dobrze zrozumiałem i czy pani potwierdza?
Pod wieczór Syn smsem zadał pytanie nawiązujące do ostatniej korespondencji z tym Roger that. Brzmiało: A wyjazd kiedy? Nawet się zdziwiłem Po co mu to?! To odpowiedziałem: Z Uzdrowiska o 11.46.
- Ale od nas do Uzdrowiska kiedy wracasz? - zapytał z wyczuwalną irytacją.
Jest to idealny przykład na ułomność porozumiewania się między ludźmi. To szerokie pole do interpretacji, do domysłów "co poeta miał na myśli" oparte na rozbudowanym języku i na zróżnicowanym przecież poziomie inteligencji, taka idealna pożywka dla prawników i polityków. Jakież to jest proste i jednoznaczne u zwierząt, u piesków, co mamy możność obserwować tysiące razy. Prosta mowa ciała, jednoznaczne komunikaty. Żaden piesek nie ma wątpliwości.
Syn sformułował pytanie wiedząc o co pyta i był zapewne na wyższym poziomie inteligencji, ja zaś odpowiedziałem będąc raczej na niższym, bo nie dość, że się nie domyśliłem, o co pyta, takiej przecież oczywistości, to jeszcze jego pytanie w najprostszy sposób odniosłem do wcześniejszej korespondencji i jakby ją bezsensownie kontynuowałem.
Ale moją wiadomość, że wracam w poniedziałek, przyjął jednoznacznie i ze szczerym entuzjazmem. Zabawne było jeszcze to, że po tej mojej jednoznacznej odpowiedzi zapytał, aby było jeszcze bardziej jednoznacznie: To nocujesz u nas dwie noce? Poczuwałem się, żeby odpowiedzieć dalej jednoznacznie.
- Tak. - Chyba że nie można... - jednak musiałem po ludzku, nomen omen, wstawić element (emelent) niepewności, czyli niejednoznaczności.
- :)))) Można można :))))
Więcej w kwestii jednoznaczności chyba się już nie dawało nic zrobić.
Też pod wieczór zadzwoniła Siostra. Rozmowa była o tyle lżejsza, że wspólnie narzekaliśmy na porę roku Ciemno i do dupy! i sporo rozmawialiśmy o... sporcie. Siostra jest kobietą, jedną z nielicznych, które znam, a które zmieściłbym na palcach jednej ręki, która zna się i do sprawy podchodzi emocjonalnie.
Scheda po Ojcu.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Nikt tego nie chce. Końcówkę drugiego na ostatnich nogach.
CZWARTEK (30.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Organizm chciał już o 05.20, ale udało mi się go wyhamować. Ciągle ma zakodowany "stary" czas.
W trakcie porannego pisania Q-Zięć przysłał mema. Oboje z Żoną wybuchnęliśmy śmiechem ze łzami, co spowodowało zakrztuszenie się i długie dochodzenie do siebie.
Nic nie przebije rozmowy pani z call center z Michałem Rusinkiem.
- Czy rozmawiam z panem Michał Rusinek?
- Tak, ale ja się deklinuję...
- A, to przepraszam najmocniej. - Zadzwonię później...
Wiadomość przesłałem dalej, ale tym razem staranniej dobierając odbiorców i uwzględniając ich różne poczucie humoru lub jego brak. Tej ostrożności nauczyłem się po moim ostatnim memie Usługi pogrzebowe WESOŁOWSCY, po którym z reakcjami było różnie.
Tego przypadku z deklinacją doświadczam bardzo często. Różne panienki (nie wiedziałem, że dzwonią do mnie z call center) na początku pytają tak samo:
- Czy rozmawiam z Emerytem Kosmowicz? (na przykład)
O ile imię "Emeryt" pani ładnie deklinuje, co świadczy, że jestem osobnikiem płci męskiej, to już "Kosmowicz" nie (boi się?, nie potrafi?) i po nim, w mianowniku, nagle zmieniam płeć, co mnie niezmiennie irytuje. Ileś razy z zimną krwią od razu odpowiadałem, tak niby z czapy, Ale proszę pani, ja jeszcze płci nie zmieniłem, ale spotykając się z nagłą ciszą i totalnym niezrozumieniem, na początku tłumaczyłem biednej pani zasadę deklinacji w języku polskim, ale nadal widząc, że jest to bez sensu, przestałem z definicji odbierać nieznane numery telefonów i mam święty spokój. To są te Bociany...
Raz jednak jedna pani się postawiła. Musiała być trochę starsza.
- Ale o co panu (jednak! - wyjaśnienie moje) chodzi? - zapytała zaczepnie wcale się z tym nie kryjąc.
- Chodzi mi o to - wyjaśniałem miło - żeby pani moje nazwisko również odmieniała.
- To jak mam do pana mówić?! - nie rezygnowała z zaczepności.
- Proszę spróbować "Czy rozmawiam z Emerytem Kosmowiczem?"
- Czy rozmawiam z Emerytem Kosmowiczem?! - powtórzyła głośniej i drwiąco.
- Tak. - odpowiedziałem nadal sympatycznie.
Po czym rozmowa potoczyła się dalej. Ale trwała krótko.
Konfliktów Unikający w "odwecie" wysłał mi "swojego" mema. O ile tamten i ten z definicji miał rozśmieszać, co im się udało, to już zawartość merytoryczna ostatniego była przykładem klasycznego uderzenia kulą w płot. Na zdjęciu tkwił Jeffrey Lebowski (Jeff Bridges) z filmu Big Lebowski (1998)
i trzymał w ręce szklankę z czymś białym (mleko?). Opis był taki: Nie przejmuj się starością. Dalej będziesz robił głupoty, tylko wolniej.
- Dobre, ale to chyba nie do mnie? Nie pasują mi "starość" i "wolniej".
- Może się przydać. - brnął dalej.
- Zapewne tak. Za jakieś 10 lat. - odpowiedziałem.
No cóż, w tym względzie specjalnego poczucia humoru to ja nie mam.
Rano pisałem i ledwo dotknąłem onanu sportowego.
Po I Posiłku pojechaliśmy na wycieczkę zakładając, że pogoda utrzyma swoją naprzemienność wchodząc w pewną regularność. Bo rano było pięknie, by potem się skisić. Liczyliśmy, że gdy będziemy wyjeżdżać, znowu się poprawi. I tak było. Konsekwentnie. Bo się poprawiła, by już w Uzdrowisku IV móc nas przepędzić deszczem, gdy ledwo wyszliśmy z kawiarni. Ale zaraz potem, gdy tylko dojechaliśmy do zamku, by dokonać wstępnego rekonesansu, znowu wyjrzało słoneczko i zrobiło się urokliwie.
Do Uzdrowiska IV wybraliśmy się na tort Sachera. Już poprzednio Żona zapowiedziała, że jeśli tutaj wróci, to tylko z jego powodu, bo był pyszny. Wcześniej zapobiegawczo zadzwoniłem do kawiarni i rozmawiałem z panią menadżer.
- Mamy zamiar przyjechać do państwa z Uzdrowiska na tort Sachera, ale musimy wiedzieć, czy jest.
- Jest u nas zawsze.
- To może z tej racji (w domyśle, że jedziemy taki kawałek drogi specjalnie dla tortu Sachera) otrzymamy trochę większą porcję? - od razu negocjowałem i starałem się więcej dla nas uszczknąć.
- Niestety, porcje są od razu dzielone na kuchni...
Ten zwrot nieprzyjemnie mi się kojarzy od czasu, gdy w którejś Biedronce, gdy pytałem o panią kierownik, otrzymałem od jakiegoś dziewczęcia informację, że pani kierownik siedzi na kasie. Jakoś tak moja wyobraźnia podsuwająca ten widok niezbyt dobrze mi robiła, zwłaszcza w kontekście sprzedaży artykułów spożywczych, w większości.
Ale pojechaliśmy. Pani menadżer nie było, ale u wszystkich czterech młodych, sympatycznych i przejętych pań kelnerek zostawiliśmy naszą opinię o torcie z prośbą, żeby przekazać pani menadżer i do kuchni, przepraszam, na kuchnię oczywiście. Brylowała Żona. Przecież nie ja, pochodzenia robotniczo-chłopskiego.
- Ten dzisiejszy był za suchy. - Jakby zabrakło marmolady morelowej. - Nie było jej czuć. - Poprzedni był nią nasycony, przez co był wilgotny i rozpływał się w ustach. - Miałam zamiar wziąć kawałek do domu, ale poczekam do następnego razu.
Panie obiecały, że uwagę przekażą.
Zamek zrobił na nas wrażenie. Najlepsze z dotychczasowych trzech oglądanych w Kotlinie Citizańskiej. Nie było mu trudno, skoro był w każdym calu zadbany, budynki i olbrzymi park, i emanował życiem, a to przecież po sezonie. Wnętrza zrobiły na nas wrażenie i stwierdziliśmy, że będziemy polecać naszym gościom oraz że wybierzemy się tam z naszymi znajomymi i przyjaciółmi.
Cała wycieczka, w sumie niby nic takiego, zostawiła w pamięci pozytywne ślady i pozwoliła podładować akumulatory, co przecież w tych ciemnościach ma znaczenie.
Wieczór mimo wszechobecnego mroku wcale nie był schyłkowy. Może przez te akumulatory?... Mieliśmy fajny czas dla siebie, II Posiłek i mogłem sporo czasu spędzić nad onanem sportowym.
Na górze obejrzeliśmy ostatni odcinek sezonu drugiego serialu Nikt tego nie chce. Zakończył się tak, że mógł być ostatecznie zakończony, ale też tak, że równie dobrze realizatorzy mogli kontynuować fabułę w sezonie trzecim. Ale na razie o tych zamiarach nic nie wiadomo. Tedy od razu znaleźliśmy jakiś miniserial skandynawski.
PIĄTEK (31.10)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Organizm kombinował, jakby tu wcześniej, ale go pokonałem.
Aż do I posiłku siedziałem nad onanem sportowym.
Było zimno, ale pięknie, więc we troje poszliśmy na spacer do Zdroju. Podziwialiśmy nowe uzdrowiskowe inwestycje. Jedne trafione, o innych trudno cokolwiek sądzić, skoro, na przykład, na jednej z głównych ulic została zerwana dobra nawierzchnia kostkowa tylko chyba po to, żeby kłaść ją od nowa. Bo innych prac, rycia w ziemi i dobierania się do starej infrastruktury kanalizacyjnej, na przykład, widać nie było. Więc po co? Za dużo pieniędzy i koniec roku?
A jedna taka, niedaleko Pięknej Uliczki, niedorobiona. Wszystko wycackane, oświetlenie zrobione, nasadzenia i ścieżki z kostki. Ale jedna ścieżka, długości około 20. m, po której akurat porusza się gros turystów nietknięta. Gorzej, bo na skutek prac ze ścieżki, wcześniej w miarę przechodniej, zrobiło się grzęzawisko zamieniające się przy byle deszczyku w drogę nie do przejścia. Trzeba wtedy chodzić naokoło, jak niektórzy mówią, naobkoło. Niby nic.
Za każdym razem, gdy tamtędy idziemy, złorzeczę. I za każdym razem Żona mi tłumaczy.
- Ty tego nie rozumiesz. - To będzie robione, kiedyś, ale z "innych" pieniędzy.
Nikt mi nie powie, że to "kiedyś" będzie tyle samo kosztować. Pomijam inflację. Przecież wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa. Zorganizować, przywieźć sprzęt i materiały. Musi być drożej. A przecież wszystko było na miejscu. Dwóch gości zrobiłoby tę ścieżkę w dwa dni. Wiem, bo uzyskałem sprawność kamieniarza-brukarza.
Chyba że jednak jest nadmiar pieniędzy i trzeba dać zarobić temu i owemu. Bo ruch w gospodarce musi być. Co by było, gdyby nagle drastycznie ograniczono, świadomie, czy nie, przepływ pieniądza?... Zastój i zapaść. Więc chyba się czepiam.
Ten oczywisty współczesno-unijny absurd przypomniał nam nasz, naszowsiowy. Być może o tym pisałem. Do naszego siedliska pod lasem prowadziła droga gminna, piękna, polna, zimą dziesiątej albo i dalszej kolejności odśnieżania, skoro prowadziła tylko do nas. A na jej początku był asfalt, wcale nie przedmiot naszych marzeń i zazdrości. Ale ten asfalt pokrywał drogę powiatową, przy której stało wówczas gimnazjum, więc po każdym posypaniu śniegiem, po każdej zawierusze natychmiast pojawiała się pługopiaskarka, bo gimbusy musiały dojechać. A ona była już przedmiotem naszych westchnień, zwłaszcza gdy trzeba było się wydostać do Metropolii, do Szkoły na jakieś zaplanowane zajęcia. Bo nasza piękna droga prowadziła wśród pól niczym nieosłoniętych, a zachodnie wiatry potrafiły utworzyć metrowe lub większe zaspy. Było to urokliwe i pionierskie i byłoby cały czas, gdyby nie...
Dziwiło nas mocno, dlaczego ta pługopiaskarka oglądana przez nas z daleka tęsknym wzrokiem nie dojeżdża do nas, skoro tu jest, więc zadzwoniłem do gminy.
- A bo to, proszę pana, jest piaskarka opłacana ze środków powiatu i ona nie wjedzie na drogę naszą, czyli gminną. - poinformowała mnie pani, jako jedna z całej rzeszy gminnych urzędników, co do profesjonalizmu których, kultury, chęci pomocy i zwykłej życzliwości nigdy nie mieliśmy cienia zastrzeżeń.
- A ta gminna to kiedy do nas przyjedzie?
- No, wie pan... - pani się trochę skonfundowała. - Musielibyśmy do państwa specjalnie pchać pługopiaskarkę. - A to 23 km, koszty.
- Przyznam, że nawet to rozumiem... - zagadałem przyjaźnie, bo to nasza miła urzędniczka. - A czy nie moglibyście państwo dogadać się z powiatem i na przykład płacić im za odśnieżanie państwa i naszej drogi, raptem 600 m, skoro pługopiaskarka byłaby tuż przy niej? - Zużycie paliwa całkowicie produktywne, bez jazdy na pusto, no i czas potrzebny na jazdę do nas i z powrotem to raptem byłoby 5 minut. - A to co zapłacilibyście powiatowi, czyli wasze koszty, na pewno byłyby o wiele, wiele mniejsze, niż gdybyście pchali specjalnie do nas sprzęt. - Nie wspomnę nawet o tym, że wówczas drogę mielibyśmy odśnieżoną rano, praktycznie w czasie rzeczywistym, a nie nie wiadomo kiedy. - A chyba nie muszę pani tłumaczyć, jak to dla nas jest istotne z punktu zawodowego i codziennego.
- A wie pan, że to jest bardzo dobry pomysł. - usłyszałem. - Porozmawiam i dam panu znać.
Od tej pory pługopiaskarka była zawsze. Ktoś tam w urzędach nawet przesadził, bo po paru godzinach po niej pojawiała się olbrzymia modliszka z dwoma lemieszami i z naszej słodkiej i romantycznej drogi robiła autostradę. Już zupełnie niepotrzebnie, bo przecież takich oczekiwań nie mieliśmy.
Interakcje pomiędzy mną a panami od pługów to inne historie. Też bodajże opisywałem.
Muszę wspomnieć o poważnym uzdrowiskowym absurdzie, a raczej o, nie wiem, jak to nazwać, nieodpowiedzialności, niefrasobliwości, braku profesjonalizmu i wyobraźni włodarzy miasteczka. Uzdrowiskowy dworzec autobusowy woła o pomstę do nieba. Wybudowany chyba w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku z tamtejszym "pięknym" designem i sznytem, nigdy nieremontowany, stanowi fatalną wizytówkę Uzdrowiska. Konstrukcja dworca pokryta graffiti z odłażącym tynkiem i farbą, perony pozarastane trawą, plac manewrowy dziurawy i łatany, tablice informacyjne, takie od Sasa do Lasa, na skorodowanych słupach i oświetlenie zimne, nieprzyjemne i niewiele rozświetlające. Strach usiąść na ławkach i ta wszechobecna falista blacha, szarobura.
A przecież dworzec ten obsługuje liczbę pasażerów-gości kilkukrotnie większą niż dworzec kolejowy.
Zapytam głupio - jakie pierwsze wrażenie mają przyjeżdżający?!
Jeśli jest tu jednak jakikolwiek absurd, to bardzo przewrotny i... absurdalny. Goście chyba praktycznie natychmiast zapominają o tym, co zobaczyli wysiadając z autobusu, bo bardzo szybko dopada ich piękno Uzdrowiska, takie, że trudno mu się oprzeć i wszystko inne schodzi na plan dalszy.
My nie podlegamy innym prawom i mimo tego dworca, mimo wielu naszych niezrozumień inwestycyjnych i tak kochamy Uzdrowisko. Najpiękniejsze w Polsce.
Po powrocie pisałem, a po II Posiłku również. Powoli jednak zaczęła mnie uwierać myśl o jutrzejszym wyjeździe. Klasyczna Reisefieber. Myśl, że będę wyjeżdżał z dworca kolejowego, nie była w stanie mi jej w żadnym stopniu zmniejszyć.
Wieczorem zaczęliśmy oglądać film z 2025 roku o tytule Ballada o drobnym karciarzu. Opis i Colin Farrell zachęcały do oglądania. Dotrwaliśmy mniej więcej do jednej trzeciej. Może dlatego, że była to koprodukcja niemiecko-wielkobrytyjska?...
PONIEDZIAŁEK (03.11)
No i dzisiaj wstałem o 07.30.
Miałem szczery zamiar po powrocie z Metropolii do domu pisać, ale po meczu Igi, przegranym, i po II Posiłku wszelki zapał mi przeszedł. W zasadzie trudno było mówić o zapale, bo go od początku nie miałem, tylko była obowiązkowość. A ta topniała w oczach w trakcie oglądania meczu, potem w trakcie II Posiłku, by zostać dobitą moim oburzeniem To jak to?! Przez głupiego bloga po mojej nieobecności nawet nie porozmawiam z Żoną?!
W tym tygodniu Bocian zadzwonił cztery razy.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 18.31.
I cytat tygodnia:
Myślenie to najcięższa praca z możliwych i pewnie dlatego tak niewielu ją podejmuje. - Henry Ford (amerykański przemysłowiec, inżynier oraz założyciel Ford Motor Company).