poniedziałek, 10 listopada 2025

10.11.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 342 dni.
 
WTOREK (04.11) 
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Czyli od razu wszedłem w standardy życia w Tajemniczym Domu. 
Po zwyczajowym porannym rozruchu bardzo długo siedziałem nad onanem sportowym. Zaległości spowodowane moją nieobecnością i brakiem laptopa były olbrzymie. U Wnuków wolałem poczytać książkę, która mnie bardzo szybko wciągnęła i nie za bardzo mogłem się od niej oderwać.  
A było tak: 
 
W sobotę, 01.11, wstałem o 06.05.
Wstawanie było dziwne. Bo miałem zamiar o 6.00. Ale już od 05.00 organizm dokazywał, więc w końcu postanowiłem wstać o 05.45, bo przecież z koniem nie będę się kopał. I tak wstawałem i wstawałem do 06.05. 
Od rana całkowicie oddałem się onanowi sportowemu i tylko trochę pisałem. A potem zabrałem się za wyjazd. Najpierw Żonie naniosłem spory zapas bierwion i wystawiłem na poniedziałek śmieci, a potem zacząłem się pakować, by jeszcze przed I Posiłkiem odgruzować się na 45%. 
Żona odprowadziła mnie na dworzec. Wyszliśmy sporo wcześnie, więc cała droga była takim niespiesznym, relaksującym spacerem. Miłego nastroju z racji pięknej pogody i obecności Żony nie był mi w stanie popsuć pociąg, który "musiał" mieć spóźnienie, tym razem ośmiominutowe. Dobrze, że w ogóle był. Bo kilka dni wcześniej w którymś momencie rzuciłem w przestrzeń A jeśli pociągu nie będzie, tylko komunikacja zastępcza?..., co nie dość, że zostało wyłapane przez Żonę, to na dodatek popsuło jej humor Bo już o tych numerach kolei zapomniałam, a teraz nie mogę się pozbyć tej myśli.
Rozstaliśmy się więc w dobrym nastroju. Żona zaplanowała miłą wycieczkę po uzdrowiskowych osiedlach Bo chcę sobie poprzypominać różne rzeczy i wysyłała mi zdjęcia, ja zaś w pociągu czytałem książkę. 
 
W Metropolii pociąg miał już dziesięciominutowe spóźnienie, ale do następnego było sporo czasu, wiec poszedłem sobie kupić kawę na wynos. Może i mógłbym ją sobie odpuścić, ale gnała mnie ciekawość miejsca, systemu zamawiania i odbierania, całej tej obecnej "nadętej" aury w tego typu fast-kawiarnianych przybytkach, no i konieczność zmierzenia się z myślą Ciekawe, co będzie i czy dam radę?... To znaczy wiedziałem, że dam, ale bardziej mnie intrygowało, jakim kosztem i na ile wyjdę wobec młodziutkich dziewczyn na starego zgreda, który nie rozumie, co się do niego mówi, a ponadto zadaje dziwne pytania z kategorii retorycznych, o których te młode dziewczyny nie mogły zapewne wiedzieć, że takimi są.
Nawet nie wyszedłem! To znaczy wyszedłem, bo zbliżała się godzina odjazdu pociągu.
 
Syn odebrał mnie punktualnie. W drodze do Sypialni Dzieci ucięliśmy sobie ciekawą pogawędkę. 
Rzecz dotyczyła aktualności, czyli 1. listopada, a konkretnie odwiedzania grobów. Syn od lat tego nie robi nie widząc w tym specjalnego sensu. Przy czym sprawę rozważał ze strony wiary, oczywiście ze strony kościoła katolickiego.
- Tato, często zadaję pytanie moim różnym znajomym Co zmieni zmarłemu moja obecność na danym grobie i moje modlitwy, skoro już "dawno" wiadomo, czy dostąpił on łaski wniebowstąpienia, czy nie?
I w tym kontekście Po co mam się modlić po raz dwudziesty o to samo, skoro wystarczyła przecież pierwsza modlitwa?!... - Nikt mi nie jest w stanie na to odpowiedzieć.
Obaj się zgodziliśmy, że w tym jego kontekście, jak również moim, ateistycznym, taka obecność na grobie zmarłemu przyda się, jak... I obaj zgodziliśmy się z oczywistością, że jest to potrzebne żyjącym, na różne sposoby. Ja, na przykład, mam sposobność, taką trochę wymuszoną, ale jednak fajną, przy grobach powspominać zmarłych, a gdy jest większe grono żywych pośmiać się nawet lub podziwiać różne dokonania z ich życia. Humorystyczne, poważne, głupie, zwyczajnie ludzkie.
Całkowicie w temacie się ze sobą zgodziliśmy. A to rzadkość w tych kwestiach. 
 
W zasadzie wszyscy uczestnicy uroczystości czekali już tylko na mnie. Byli domownicy (6 osób), Córcia z dziećmi (trzy), Żona I, przyjaciel Córci i Syna oraz ja. Dwanaście osób. Cały obiad przygotowała Żona I (Synowa ziemniaki), tort również. Były świeczki (jedna "6"), 100 lat, prezenty i teatralne miny i gesty Wnuczki. A potem zbiorowe fotografie.
Gdy się ściemniło, nadszedł czas rozstań. Córcia z mamą i z dziećmi jechały na jeden cmentarz, Synowa zaś z Wnukami I i IV na drugi. Z kolei Wnuk II i III wybrali się na msze do kościoła. 
Zostaliśmy z Synem sami. Miałem luz, bo Syn puścił mi na dużym ekranie pierwszy mecz Igi Świątek z Amerykanką Madison Keys rozgrywany w Rijadzie w ramach WTA Finals 2025. Oglądałem w komforcie, bo w gabinecie przy Pilsnerze Urquellu. Humor dodatkowo poprawiła mi Iga, bo wygrała  2:0.
 
Gdy chłopaki wróciły z kościoła, najpierw musiały mi wyjaśnić zasady nowej gry, trzeba powiedzieć ciekawej, wymagającej wszechstronnej wiedzy, umiejętności kojarzenia i refleksu. To GeoGuessr, gra geograficzna oparta na Street View. Wnuk-III na turnieju w Poznań Game Arena nawet w swojej kategorii zdobył nagrodę - komputerową klawiaturę.
We czterech nie mogliśmy się od gry oderwać. 
Potem zagraliśmy w Dutch'a. Gra wymagająca zwykłych kart, ale jej zasady są takie same jak we Śnie.
Oczywiście byłem ostatni. Kierki lub 3,5,8 odpadały, bo Wnuk-II od dawna nie chce dać się namówić twierdząc, że obie są bardzo nudne.
Gdy obaj zmyli się na górę, Syn sam z siebie zaproponował partię warcabów. Po godzinnej grze wygrał. Nie przypominałem sobie, abym kiedykolwiek jedną partię tak długo rozgrywał, za to obaj doskonale wiedzieliśmy, że Syn wygrał ze mną po raz pierwszy. Ten moment musiał kiedyś nastąpić. Był dumny, jak cholera. Od początku źle wystartowałem i cały czas w trakcie rozgrywania na to narzekałem wiedząc, że nie będzie dobrze, zwłaszcza że Syn był niezwykle skoncentrowany i nie dawał się wpuszczać w różne  warcabowe pułapki. Pod koniec, kiedy miałem jeszcze jaką taką moc pozycyjną i w bierkach, i gdy remis miałem pewny, gdybym na niego chciał grać, postanowiłem zaryzykować i zagrać na zwycięstwo. Jeden mój błąd i było po zawodach. Bo warcaby na takim etapie nie wybaczają już żadnego błędu.
 
Kładłem się spać sam w pokoju Wnuków-I i III. Tego pierwszego nie było, bo po cmentarzach został u babci, Teściowej Syna. Jeden z pozostałej trójki, chyba Wnuk-II, spał w... garażu. Teraz to hit. Zrobił się on pomieszczeniem niezwykle użytkowym, gdy wyłączono jego podstawową funkcję, czyli garażowanie. Jest tam siłownia, magazyn energii elektrycznej, tam chłopaki uciekają, żeby spokojnie grać przed olbrzymim ekranem komputerowym, a ostatnio, żeby spać na materacu położonym na betonowym podłożu, bo przecież nie na deskach albo panelach. Nikt im nie przeszkadza i mogą spać do 13.00 akustycznie idealnie oddzieleni od całego domu.  
W cywilizowanych warunkach mogłem jeszcze sobie poczytać, by o 23.00 zgasić światło. 
Tak oto spędziłem Święto 1. listopada. Co to mogło oznaczać dla zmarłych?...
 
W niedzielę, 02.11, wstałem o 08.00. Siedziałem sam na dole z kawą i z książką. I obserwowałem, jak powoli pogoda się kisi. Po śniadaniu wybrałem się na groby. Nie chciałem zabierać ze sobą Wnuka-IV, który początkowo deklarował swoje towarzystwo, ale obaj w obliczu padającego deszczu stwierdziliśmy, że to nie ma sensu.
Syn zawiózł mnie na autobusową pętlę. W sumie podróż plus jeden cmentarz zajęły mi trzy godziny (nie umiem wyjaśnić, dlaczego nie "zajęli"?). Cały czas łaziłem w deszczu. Jednego grobu nie mogłem znaleźć, za to udało mi się przypomnieć przy pomocy Profesora Belwederskiego, gdzie leżą prochy Tego Trzeciego (kolega z klasy). Mocno się zszokowałem, gdy na nagrobku odczytałem datę śmierci - 2022 rok. To minęły już trzy lata?!
Miałem zamiar pojechać jeszcze na drugi cmentarz, ale musiałem sobie odpuścić. Przy zapalaniu zniczy na dziesięciu grobach musiałem robić coś karkołomnego z parasolem, bo po wszystkim lewy rękaw (podkoszulek, sweter i kurtka) miałem mokry do samego łokcia, a lewą nogawkę spodni mokrą od półdupka aż do buta. A w obu czułem mokre skarpety. Przy czym było na tyle ciepło, że w ogóle nie zmarzłem.
Na pętlę przyjechała po mnie Synowa. Nie wiedziałem, że potrafi tak pruć autem. Ale bardziej zrobiło na mnie wrażenie jej zdecydowanie jako kierowcy, co, uważam, jest podstawą swobodnej jazdy.
 
W domu się suszyłem i przebrałem. Wszystko z góry plus spodnie, skarpety i majtki suszyło się przy kominku, kurtka zaś w przedpokoju. Na zmianę miałem tylko majtki i skarpety, więc do końca dnia paradowałem w dole od piżamy i w polarze, który dał mi Syn. 
Po obiedzie zagraliśmy w kierki w składzie Wnuk-III i IV (nie uważali nigdy, że gra jest nudna), Syn i ja. Wygrał Wnuk-IV, ja byłem drugi, Syn trzeci, a biedny, narzekający Wnuk-III, ostatni.
Zaraz potem zagraliśmy w brydża w składzie Syn, ja, Wnuk-III i I (wrócił od babci). Gra była o tyle nietypowa, że w jej trakcie musieliśmy zrobić godzinną przerwę, bo Wnuk-I i II wybierali się na mszę, niech będzie świętą. Ostatecznie rozegraliśmy jednego robra. Wygrała para ja - Wnuk-I minimalną możliwą ilością punktów, czyli 0,1. Układ par przed grą sam się niejako ukształtował, bo po pierwsze Syn od razu zapowiedział, że on nie będzie grał z ojcem Bo to nie na moje nerwy!, a po drugie będzie uczył Wnuka-III. Ten zaś przez całą rozgrywkę werbalnie i mową ciała udowadniał, że ta gra mu nie leży. 
 
W międzyczasie dostałem smsa od Pasierbicy.
- Q-Wnuk wczoraj na cmentarzu zapytał: "Mama, a gdzie jest twój grób?"  
- Zachowałaś powagę? I co zrobiłaś? A który to był cmentarz, co oczywiście nie ma znaczenia. :) 
- Jak zobaczył moją minę to zaczął się szybko tłumaczyć, że chodziło mu o grób kogoś z mojej rodziny (nie pamiętał czyj), a staliśmy wtedy przy grobie Babci Q-Zięcia. (zmiany moje, pis. oryg.)
Przypomniałem Pasierbicy qui pro quo, jakie popełniła mając już lat piętnaście, gdy zaczęliśmy mieszkać w Biszkopciku. W jakiejś dyskusji podkreślałem, że ja tutaj występuję tylko jako "fizyczny".
Pasierbica skwapliwie podjęła temat:
- Tak, bo ty jesteś fizyczny, a mama psychiczna... 
Ledwo kończyła ostatnie słowo, a już na twarzy czerwieniała... Ja wtedy natychmiast się zgodziłem pękając ze śmiechu.
 
Przed snem w cztery oczy rozmawiałem z Synową. Rozmowa była zaplanowana, w sumie nie należała do trudnych. Skomentuję ją w formie jakże częstych komunikatów dyplomatycznych - była owocna, strony przedstawiły swoje stanowiska i wykazały obopólne zrozumienie. Można byłoby też wynik rozmowy określić dwoma słowami - integram concordiam.
Tym razem czekało mnie spanie w jednym pokoju z Wnukiem-I. 
- Ale wiesz dziadek, że ja jutro wstaję o siódmej, bo rano jadę na zajęcia. - O 09.00 mam wykład z chemii. 
Tym jego wczesnym wstawaniem się nie przejąłem. 
 
W poniedziałek, 03.11, wstałem o 07.30. Wnuk-I... nadal spał, więc od 07.00 kłułem go słowami słysząc kilkukrotnie w odpowiedzi Już wstaję. Gdy wychodziłem z pokoju, usłyszałem:
- Za bardzo to mi się nie chce jechać, bo kawał czasu trzeba poświęcić na dojazd, a jest tylko sam wykład, a potem nie ma nic. 
Żeby nie podkopywać jego i tak zaspanego morale, nie oburzałem się głośno, że to jest idiotyzm, aby plan zajęć tak układać, żeby w poniedziałek rano(!) był tylko jeden wykład.
Ledwo jednak na dole zaparzyłem sobie kawę, Wnuk-I zszedł na dół, w locie coś przekąsił i jednak pojechał. 
Ja w spokoju skończyłem książkę Macieja Siembiedy Gambit. Wynalazła mi ją oczywiście Żona znając moje preferencje. Dawno tak dobrze mi się nie czytało. Książka trzymała cały czas w napięciu poprzez sposób przekazania fabuły (dobry język, krótkie rozdziały i przeplatanie akcji), jak również przez świadomość, że jest oparta na autentycznej historii z wpleceniem koniecznych fikcji. Poza tym doskonale budowała dużą gorycz we mnie, bo, mimo że przecież wiedziałem, jak wojna potrafiła wpłynąć na ludzkie losy, to tutaj autorowi udało się dotknąć moich wrażliwych na ten temat strun. 
Niby nie nowina, ale było mi żal tych głównych, pozytywnych bohaterów i tkwiła we mnie bezsilność, że nikt i nic w tamtych czasach nie mogło tego odmienić. A to chyba duża sztuka pisarska, żeby w czytającym obudzić tak mocny odruch utożsamiana się z ich losami. 
 
Do Metropolii pojechałem z Wnukiem-III. Syn odwiózł nas na kolejowy dworzec. Fajnie czekało się na pociąg i fajnie się jechało, bo Wnuk-III, jako jedyny z braci, ma fazę na interesowanie się różnymi losami dziadka w trakcie jego internowania i w czasie studiów. 
- To dziadek, opowiedz jakieś anegdoty, gdy byłeś internowany.
Nie żałowałem mu, ale musiałem działać wybiórczo. Jeszcze jest za młody. 
- A z początków życia studenckiego też mogą być?...
Mogły, więc też mu nie żałowałem, ale też wybiórczo. Pękał ze śmiechu. 
Trzeba powiedzieć, że ostatnio najlepiej mi się z nim rozmawia, bo kuma, interesuje się, pyta i reaguje. Czyli w żadnym momencie nie trzeba ciągnąć go wołami za język, żeby coś z siebie wydukał. Mówi pełnymi i okrągłymi zdaniami z tą charakterystyczną nutą nastolatka, który już przecież wie. Ale on akurat ma sporo wątpliwości i to mu się chwali. Chociażby w kwestii... Włoch. Bo gdzieś mu tam świta w głowie, że mógłby tam żyć.
- Bo wiesz dziadek, tam jest zawsze ciepło, a ja nie znoszę zimna.
Uważałem, że to dobry argument. Z tego(?) powodu zaczął się uczyć włoskiego. To mu zarysowałem prawdopodobny scenariusz.
- Popatrz, gdybyś znał język, a urodę masz południowca, to mogłoby ci się tam idealnie ułożyć.             - Teraz świat jest otwarty...
Kiwał głową zgadzając się ze mną. 
- Najlepiej byłoby - podsuwałem mu pomysły - gdybyś po szkole średniej studiował italianistykę. - To nie tylko sam język, ale i literatura i kultura Włoch oraz językoznawstwo. - Mógłbyś skończyć na licencjacie i zobaczyć, czy ci się to podoba...
Nie chciałem od razu pchać go w magisterium, bo gdyby jednak mu się nie spodobało, to zostałby z tym włoskim niczym Himilsbach z angielskim. Tego niuansu jednak mu nie podsunąłem. Za młody.
- ... w międzyczasie - kontynuowałem - pojechałbyś do Włoch na praktyki językowe, może dodatkowo prywatnie i zobaczyłbyś, czy rzeczywiście ten kraj ci leży...
- Ale dziadek, trzy lata, a potem magisterium dwa lata, to za długo.
Udało mi się zachować powagę. 
- No tak, ale pamiętaj, że teraz patrzysz na to z perspektywy czternastolatka, a gdy będziesz podejmował tego typu decyzję, będziesz miał lat dziewiętnaście, a to w tym wieku zasadnicza różnica.
Zgodził się. No, proszę... 
Na dworcu w Metropolii się rozstaliśmy. On szedł na rehabilitację(!), ja na inny peron po drodze kupując Angorę. 
 
Pociąg, ten jadący między innymi do Uzdrowiska, ten o trasie o półtorej (półtora - politycy i dziennikarze) godziny dłuższej niż "normalnie", był wypełniony do ostatniego miejsca chyba dlatego, że podstawiono najkrótszy skład z możliwych. Ale jechałem w komforcie dodatkowo wiedząc, że w Małej Metropolii większość pasażerów wysiądzie. Rzeczywiście pociąg opustoszał, by w City wróciło do niego życie. A to za sprawą tabunów młodzieży, chyba licealnej, która wracała po zajęciach do swych domów. Zapanował gwar z padającymi w trakcie rozmów(?) ze wszystkich stron "kurwami".
Trzeba oddać młodzieży, że dziewczyny trzymały się z daleka od tego słowa, a używali go tylko ich koledzy, żeby było tak męsko. Przy czym, zdaje się, z faktu obecności tego słowa żadna ze stron świadomie nie zdawała sobie sprawy, bo to był taki już oczywisty przerywnik, chyba takie słowo, którego użycie, oprócz męskości było potrzebne, aby w tym momencie zaczerpnąć powietrza, by móc dalej mówić. Dziewczynom to zupełnie nie przeszkadzało, żadna nie reagowała, bo jeszcze by wyszła wobec kolegów na starą zgredową. Siedzącym tu i ówdzie dorosłym, w tym z małymi dziećmi, też to nie przeszkadzało. Mógłbym sobie odpuścić interwencję wobec jednak ubogiego słownictwa (inne, tego typu, nie padały), ale jednak nie mogłem. 
- Przepraszam! (naprawdę tak powiedziałem), ale czy mógłbyś się normalnie odzywać i nie używać tego słowa?!... 
Po drugiej stronie przejścia siedziało dwóch łepków i jeden z nich co chwilę kurwował.
- Tak, oczywiście... - usłyszałem bez żadnego szemrania. Ale bez "przepraszam".
Trzeba powiedzieć, że podróż do Uzdrowiska trwała jeszcze dobre 10 minut i przez ten czas gość nie rzucił ani jedną "kurwą". Za to z innych miejsc dobiegały mnie liczne, mimo że byłem zagłębiony w lekturze. Nie mogłem jednak przecież chodzić wzdłuż siedzeń i zwracać uwagę kolejnym manom, bo już i tak wystarczająco wyszedłem na starego zgreda. Zresztą siedzieli tam też dorośli, więc czy ja jeden miałem zbawiać świat, który i tak jest przegrany?...
 
Na kolejnym siedzeniu graniczącym z "moimi" młodzieńcami siedziała ich koleżanka. Też w zasięgu mojego wzroku i słuchu. Bokiem do kierunku jazdy, żeby przez szparę w siedzeniach mieć kontakt z kolegami. A wiadomo, że takie nieergonomiczne siedzenie nie służy zdrowiu, nawet młodemu. Aby osiągnąć tę tajemną wiedzę nie trzeba studiów. Organizm sam podpowie. Więc organizm młodej dziewczyny mówił jej, że nie jest dobrze, gdy oś kręgosłupa z osią miednicy i dalej kończyn dolnych nie tworzą jednej, naturalnej płaszczyzny. Stąd miednicę i dolne kończyny ulokowała na siedzeniach (była sama na dwóch) podciągając je w naturalny sposób do tułowia. I, ażeby zwiększyć komfort, prawą nogę założyła na lewą, więc siłą rzeczy prawy bucior spoczywał na siedzeniu. 
Uśmiechnąłem się do niej chyba aż tak sympatycznie, że szczerze odwzajemniła mój uśmiech. Po czym palcem wskazującym prawej dłoni, bez żadnego słowa, ale ciągle się uśmiechając, pokazałem na jej buciora. Nogę zdjęła natychmiast. Lekko tylko skinąłem głową w podzięce i z aprobatą, i znowu oddałem się lekturze.
 
Do Uzdrowiska pociąg przybył z dziesięciominutowym opóźnieniem. To miłe ze strony kolei, że dba o swoich pasażerów i nie szokuje ich swoimi punktualnymi odjazdami lub przyjazdami. Ja w takich rzadkich przypadkach od razu źle się czuję, bo natychmiast podejrzewam, że coś dodatkowo musi być nie tak. A to nie sprzyja komfortowi podróży.
W drodze z dworca do Tajemniczego Domu myślałem i myślałem, i w końcu mnie "oświeciło". Postawiłem sam sobie tezę (to twierdzenie, które wymaga udowodnienia poprzez argumentację lub uzasadnienie). Brzmiała ona - dzieci i młodzież wychowują dorośli. Wyraźnie zaznaczam "dorośli", a nie "rodzice". I nijak nie mogłem po moich pociągowych doświadczeniach jej udowodnić poprzez argumentację lub uzasadnienie. Jedyna myśl, która mi się nasuwała to taka, że należałoby zdrowo kopnąć w dupę dorosłych idiotów. I to nie tylko w pociągach, ale w restauracjach, na plażach, ulicach i innych ogólnodostępnych miejscach.
 
W domu od razu zacząłem oglądać mecz Igi Świątek z Jeleną Rybakiną ku pełnej wyrozumiałości Żony, która przecież mogła mieć uzasadnione powody i oczekiwania na wieści z wielkiego świata. 
Poinformowałem ją jednak, że w obliczu dzisiejszej publikacji po meczu będę pisał, a wszystko jej opowiem jutro. Nie wiem, czy fakt, że Iga przegrała w "swoim" stylu 1:2, wpłynął na zmianę mojej decyzji. Raczej nie. Przyczyny były inne. Najpierw Żona podała mi II Posiłek, a to zawsze skruszy serce prawdziwego mężczyzny. Potem ogarnęła mnie głęboka niechęć do pisania, którą przywiozłem ze sobą z podróży. A za chwilę postawiłem sobie pytanie: To co, mam być takim niewdzięcznym żłobem i nie poświęcić Żonie czasu, skoro ona chętnie dowiedziałaby się, jak było?
Tedy wpis szybko opędziłem stosując świadomą i brutalną redukcję i mogłem z Żoną zasiąść do opowieści i do różnych dyskusji. Bo do dyskusji Żona jest pierwsza. 
 
Dzisiaj, we wtorek, 04.11, po długim onanie sportowym cyzelowałem wpis. Roboty nie było zbyt wiele, bo wpis był z kategorii mamucich wypierdków. Ja nie znalazłem żadnego błędu, Żona jeden gramatyczny i jeden merytoryczny.
 
Po I Posiłku poszliśmy z Pieskiem na spacer. Tym razem miał on różne oblicza. Spacer, nie Piesek, bo ten ma jedno i jednoznaczne. Od wczoraj zaczął wydzwaniać jakiś oszołom z banku, AI lub oszust, co na jedno wychodzi. Z informacją, że karta jest zablokowana, co było podejrzane, bo jeszcze w Metropolii płaciłem nią tuż przed powrotem do Uzdrowiska. "Cała trójka"miała rację. Po spędzeniu przez Żonę ponad pół godziny w oddziale banku karta została odblokowana. Okazało się, że Facebook rozłożył płatność za reklamę naszej działalności na wiele drobnych kwot, a to okazało się być bardzo podejrzane dla systemu bankowego. Bo ponoć zwraca on szczególną uwagę na tak drobne transakcje, ale pod warunkiem, że są liczne. I dla dobra klienta wszystko blokuje.
Ja ten czas przyjemnie spędziłem z Pieskiem w... Galaretkowej. A, gdy Żona doszlusowała, było nadal przyjemnie, bo i karta odblokowana, i w Galaretkowej jak zwykle niepowtarzalna atmosfera, między innymi dzięki przychodzącym innym gościom, a zwłaszcza tym, którzy przyjechali do Uzdrowiska, a swoje pieski zostawili pod różnymi opiekami i za nimi tęsknią. Więc tutaj Bertuś musiała im wystarczyć.
W drodze powrotnej zrobiliśmy drobne zakupy.
 
Pod wieczór, po II Posiłku, zadzwoniliśmy do Zaprzyjaźnionej Szkoły z życzeniami. Dzisiaj Mąż Dyrektorki miał swoje święto. Życzenia zajęły może z 2% całego czasu rozmowy (wszystko w samochodzie,  bo akurat wracali "z grobów" i do domu mieli 20 minut jazdy), reszta zaś była poświęcona ich poważnemu krokowi związanemu ze szkołą i ich przyszłym życiem. Sprawa jest poważna, a jeszcze bardziej skomplikowana. Z ich strony jest to wreszcie krok w kierunku rozcięcia węzła gordyjskiego, takiego zatruwającego im życie, ale z tym nawet nie mogą być, ale będą poważne trudności. Może być też tak, czego im życzyliśmy, że wszystko cudownym zbiegiem okoliczności pójdzie jak z płatka. Tylko że kluczowe jest tutaj słowo "cudowne".
(„pójść jak z płatka” pochodzi od dawnego znaczenia słowa płatek, które oznaczało mały kawałek materiału <zdrobnienie od płat>. Dawniej kobiety targu zawijały towary w takie „płatki”, aby je szybko wyjąć i ułożyć. Dlatego „poszło jak z płatka” znaczyło tak sprawnie i łatwo, jak szybkie wyjęcie czegoś z takiej chusty).
Później trochę podglądałem mecze z Rijadu. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki (każdy po około 30 minut) hiszpańskiego serialu Zwierz z 2025 roku. Nie żebym się czepiał, ale nie rozumiałem, dlaczego oryginalny tytuł brzmi Animal. Sprawdziłem - animal po hiszpańsku, a nawet po galicyjsku oznacza to samo co w angielskim. Czyli jeden pies, nomen omen.
Z wyliczeniem produkcji hiszpańskich, które mógłbym w swoim życiu dotychczas obejrzeć, miałbym o tyle problem, że pozycje te zmieściłbym na palcach jednej ręki. A nawet mógłbym sobie dać radę bez pomocy palców, bo coś mi świta w głowie, że nie obejrzałem żadnej. Nawet Almodovara. Nie wiem, czy to wstyd, ale jakoś ani do jego produkcji, ani do innych hiszpańskich nie mogłem się przekonać i jakby z definicji ich unikałem. Może to przez ten język?...
No, ale Żona wynalazła, a na bezrybiu i rak ryba. Historyjka jest dosyć płaska, ale o tyle ciekawa, że główny bohater, lekarz weterynarii, ma normalny, fajny i zdrowy stosunek do swoich pacjentów, nie uczłowiecza ich, a właściciele różnych zwierząt, którzy przychodzą do niego, do lecznicy prowadzonej przez siostrzenicę, bogaci, robią ze swoimi podopiecznymi straszne rzeczy, z czym pan doktor się nie zgadza i to jest kanwa serialu i humoru. A to już jest nam bliskie, bo sami na podstawie  wielu doświadczeń wiemy, jakimi debilami potrafią być właściciele zwierząt im szkodząc. Przy czym Żonę drażni określenie "właściciel". Zdecydowanie optuje za słowem "opiekun". Nawet się z nią zgadzam, ale nie w przypadku tego serialu. Tam są sami właściciele.
Stwierdziliśmy, że będziemy dalej oglądać, bo nawet już po dwóch odcinkach zdążyliśmy się przyzwyczaić do hiszpańskiego (galicyjskiego?).
 
Dzisiaj o 20.38  napisał Po Morzach Pływający. 
Ciekawa ta historia z tortem. (przypomnę - tort Sachera, Uzdrowisko IV)
Mój przyszywamy wujek, z zawodu strażak, a z potrzeby krawiec / zresztą doskonały,/ z zamiłowania cukiernik.
Strażakiem był takim sobie, spodnie szył lepiej niż zawodowcy,a kanty w spodniach były ostra jak żyletki, natomiast był mistrzem w robieniu tortów. Takich nie jadłam wcześniej i raczej nigdy więcej nie zjem. Nie ma słów które mogłyby opisać smak, delikatność i miękkość ciasta oraz wyborne dodatki.
Nauczył się robić torty podczas II wojny światowej przebywając na zesłaniu w (...) 😁 moim rodzinnym mieście.
Ale nie o tym właściwie chciałem napisać. Chciałem napisać o daktylach Jumbo. Tak jak Wy ruszyliście w daleką drogę, żeby spróbować tortu, tak ja kiedyś chciałbym zjeść świeżego daktyla.
Trochę to będzie utrudnione ponieważ najlepsze Jumbo pochodzą z Izraela i jeżeli się nie mylę to tylko tam rosną. Oczywiście można je kupić w internetach, ale to nie to samo co świeży owoc zerwany z palmy, o czym mogłem się przekonać kiedy pewnego razu odwiedziłem Tunezję i miasto Zarzis na pograniczu z Libią. To dopiero była uczta.
I tym smacznym akcentem mówię " Dobranoc". Kolejna szansa na 11 godzin snu i to w środku tygodnia.
PMP (zmiany moje, pis. oryg.)
 
ŚRODA (05.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Od rana pisałem. Z pewną niechęcią tkwiącą we mnie już od przedwczoraj, bo moje serce do Bloga, mój stosunek do niego zostały nadkruszone. Żeby sprecyzować moje odczucia podam jedną z definicji słowa "nadkruszyć", czyli sprawić, że coś postrzeganego jako niezmienne, zaczyna się zmieniać lub zaczyna być widziane w inny sposób. I żeby sprecyzować moje odczucia w najprostszy z możliwych sposobów, jednoznaczny, ułożyłem wierszyk:
O, ja nieboga
Pierdolę Bloga! 
Zacytowałem go wczoraj Żonie, co dało tylko taki efekt, że zaczęła się ze mnie naigrywać Żeby chłop w takim wieku był tak podatny...! I się obrażał, jak dziecko?!
Nie chciałem wnikać w śliski temat, że człowiek z biegiem lat dziecinnieje w układzie wprost proporcjonalnym. Ostatecznie więc zagryzłem zęby i piszę. 
Oczywiście przy okazji tego wierszyka wpadłem w pułapkę językową, jako rodzaj męski, jedną z tysięcy w języku polskim.
("Nieboga" to dawne określenie oznaczające nieszczęśliwą, biedną kobietę. Słowo ma etymologiczne powiązania z "niebogi" (niemający majątku, niemający bogactwa) i jest synonimem takich wyrazów jak bidulka, biedaczka czy nieszczęśnica).
Powinno więc być:
O, ja niebóg
Pierdolę Blóg! 
No, ale to jeszcze gorzej. Jak się nie obrócisz z tym naszym językiem, dupa zawsze z tyłu. Kolejna dwuznaczność! No, i masz babo placek!
(Etymologia powiedzenia „masz babo placek” jest związana z ludową przypowieścią o tym, jak kobieta <baba> próbowała odebrać nagrodę w postaci placka powieszonego na drzewie, ale wpadła do wody i utonęła, przez co otrzymała „zasłużoną karę”).
I tak można z tym naszym językiem W koło Macieju lub Dookoła Wojtek. Muszę przestać.
 
Mimo mojej blogowej psychicznej zapaści pisałem nawet po I Posiłku. Niejako wbrew sobie. I, gdy już naprawdę dalej nie mogłem, poszliśmy we troje na spacer do Zdroju. Bo ciągle było pięknie, mimo nagle ogołoconych z liści drzew. Wystarczyło słoneczko i... lazur nieba.
Po powrocie odwiedziły nas Polki-Niemki, te, które mieszkają w Bawarii, chcą wrócić do Polski, konkretnie do Uzdrowiska, a niedawno mieszkały u nas na górze. Dlaczego przyszły? Bo po ich wyjeździe okazało się, że wszystkie przewodniki po Kotlinie Citizańskiej, zwłaszcza jeden, którego już nie wydają, a który jest bardzo dobry, wszelkie mapy i ulotki informujące o atrakcjach zniknęły z górnego apartamentu. Żona wyraziła smsem zdziwienie. Od początku było wiadomo, że matka ma problemy z pamięcią, a poza tym chyba jest kleptomanką. Tłumaczyła się córce Bo ja myślałam, że to jest dla gości do wzięcia.
Główny przewodnik odnalazł się na szczęście, reszta zniknęła. Dzisiaj przyszły go oddać.
Zaczęliśmy rozmawiać, przy czym córka patrzyła dziwnie na matkę. 
- No, weź oddaj ten przewodnik.
- Ale ja go nie mam.
- Masz! - W torebce!
Matka się zdziwiła i przewodnik "znalazła". Nie powiem, powiało grozą. A dlaczego? Otóż właśnie panie znalazły przyjemne dwupokojowe lokum w pobliżu Lokalu z Pilsnerem I, które wynajęły.          W samym centrum, wszędzie blisko. I się doń właśnie przeprowadziły. Na razie matka ma mieszkać sama, a córka przyjeżdżać do niej z Niemiec w ramach wolnego, czy urlopu. Jest to nasza często uczęszczana trasa, więc się boję, że kiedyś natkniemy się na matkę. I nie będzie wiadomo, co wtedy począć. Może udawać, że się nie znamy licząc na jej demencję, ale może wyjść głupio, gdy nas pozna. Bo ma jednak taką specyficzną, wybiórczą i perfidną pamięć. Krótka rozmowa, taka zdawkowa i niezobowiązująca mogłaby załatwić sprawę, ale co będzie, gdy pani zapyta lub stwierdzi, że nie wie, gdzie mieszka? Trudno będzie rżnąć głupa, że my też nie wiemy, skoro wiemy, a pani przecież wymaga opieki. Córka daleko, w Bawarii, może więc być ciekawie.
 
Po powrocie z książką zaległem na narożniku w Salonie. Szykowałem siły do decydującego meczu Igi Świątek z Amerykanką Amandą Anisimovą. Wygrywająca miała zająć drugie miejsce w swojej grupie (pierwsze, trzy zwycięstwa, bezapelacyjnie zajęła Jelenia Rybakina) i grać dalej w półfinale turnieju w Rijadzie. Pierwszy set był na żyletki i Iga wygrała go w tie-breaku. Dwa następne przegrała i odpadła.
Chyba ostatni raz analizuję powtarzając się:
1) Nie będzie pierwszego serwisu, nie będzie zwycięstw, zwłaszcza z zawodniczkami z pierwszej dziesiątki,
2) Chyba należy zmienić trenera. Między nimi może być za dużo sprzeczności i niczego w tym względzie nie zmienia fakt, że pod jego opieką Iga po raz pierwszy wygrała Wimbledon (6:0, 6:0 właśnie z Anisimovą). Nie deprecjonując w żadnym wypadku osiągnięć Igi śmiem twierdzić, że wówczas pomógł Idze pewien zbieg okoliczności, bo w drodze do finału i w nim samym nie natknęła się na żadną zawodniczkę z pierwszej dziesiątki. A obecnie, po pierwsze Anisimova już nie ta (wcześniej wygrała z Igą w ćwierćfinale US Open), a po drugie Idze w meczach z czołowymi zawodniczkami nagle (nawet po I wygranym secie) siada psychika, mówiąc kolokwialnie. Jakby jej odcięło prąd w głowie, bo przecież nie w umiejętnościach.
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejne dwa odcinki serialu Zwierz
  
CZWARTEK (06.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Miałem zamiar o 06.15, ale Piesek na dole zaczął piszczeć, więc Żona natychmiast się zerwała. 
Piesek wcale nie chciał wyjść na dwór, tylko ewidentnie nastawiał się do czochrania. Według diagnozy Żony musiała go swędzić skóra, bo zmienia sierść.
- A może ma uczulenie na kurze żołądki? - Żona po powrocie dalej diagnozowała. - Nawet po takich małych ilościach?... 
Wczoraj je jedliśmy i coś tam przy okazji Pieskowi skapnęło. 
Piesek został przez Żonę wyczochrany i wyczesany, i zadowolony... przywędrował na górę. Zawinął się na legowisku i spał. Odwrotnie niż Pan, a i Pani chyba też. 
 
Rano po porannym rozruchu pisałem. I zaraz po I Posiłku pojechaliśmy w sprawach i na zakupy. Najpierw Socjalna, potem "nowe" Intermarche. Robiło wrażenie. Poprzednie było takie lekko zapuszczone, schyłkowe, przypominające dyskont z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To obecne w pełni europejskie co do wystroju, oferty i całej organizacji. I nagle na parkingu pojawiło się sporo samochodów ewidentnie należących do klientów sklepu. Kupiłem całą skrzynkę Zatecky'ego.
Potem oddałem książkę autorstwa Macieja Siembiedy i odebraliśmy pranie. 
W City zakupy były proste, nawet te dotyczące rękawiczek. Bez problemu znaleźliśmy bawełniane, takie normalne (dwie pary), jak również tego samego sznytu, ale z "obciętymi palcami". Wszystko dla mnie. 
 
Od jakiegoś czasu dokuczają mi obie ręce, a raczej stawy w nadgarstkach, a ostatnio w palcach. Reumatyzm, czy jakaś inna cholera? Może krążenie już nie takie? Zawsze było świetne. Palce dość łatwo marzną i mam cały czas w ciągu dnia stały dyskomfort. Zacząłem się imać różnych sposobów. Wszystkie zmierzały do ogrzania paluchów.
Najpierw wyciąłem z ciepłych skarpet dwa fragmenty, te ze ściągaczami, i je nosiłem w ciągu dnia oraz w nich spałem. Niewiele pomagało. W końcu Żona dała mi swoje mitenki (od starofranc. mite - rękawiczka). Było o tyle lepiej, że nie ściskały tak mocno nadgarstka, tak "do krwi", co powodowało uprzykrzające życie swędzenie i konieczność drapania się w tych miejscach, swoją długością bardziej obejmowały pierwsze stawy paluchów, no i miały dziurkę na kciuk, co zwiększało komfort noszenia. Ale w sumie to tyle. Równolegle, gdy zgrabienie palców było już naprawdę dyskomfortowe, grzałem dłonie nad płytą kuchenną, a ostatnio nastawiałem na niej gar z wodą i w takim "wrzątku" je trzymałem. To ewidentnie dawało ulgę. Komfort dodatkowo polegał na tym, że gorącą wodę miałem cały czas do dyspozycji.
Ponadto codziennie rano nadgarstki i paluchowe stawy smarowałem olejem żywokostowym z gojnikiem kładąc na to Płyn Wojskowy. I tak to trwało. 
Dodatkowy ból, ale tylko prawego nadgarstka musiał się brać od Bloga, czyli od pisania, a konkretnie od operowania myszką. Nie wiedziałem, że ból nadgarstka od myszki komputerowej jest najczęściej wynikiem zespołu cieśni nadgarstka, spowodowanego powtarzalnymi ruchami i nieprawidłową pozycją dłoni, która uciska nerw pośrodkowy. Od czasu, gdy zacząłem skarżyć się na myszkę komputerową, Żona zaordynowała mi ćwiczenia nadgarstków I pamiętaj, aby je stosować robiąc przerwy w pisaniu!
Ale kluczowym chyba okaże się prosty zabieg. Otóż kilka dni temu w końcu dałem się przekonać Żonie i teraz, zimą, rano i później, siedzę przy tym samym kuchennym stole, ale po jego drugiej stronie, zdecydowanie bliżej kuchni, czyli zdecydowanie bliżej ciepła. Palce przestały mi marznąć. Żona namawiała mnie do tego kroku już rok temu o tej porze roku, a nie wiem, czy i nie dwa lata temu. Zaparłem się jednak, że jest mi dobrze, że jestem przyzwyczajony do tego "świętego" miejsca, a poza tym jak to? - miałbym siedzieć odwrócony do Żony plecami? Jednak, jak zwykle, priorytety zrobiły swoje.
Ciekawe w tym wszystkim jest jeszcze to, że w międzyczasie prawie całkowicie zniknął ból mięśnia gruszkowatego.  Wypadałoby się więc cieszyć.
(Mięsień gruszkowaty <łac. musculus piriformis> to głęboki mięsień pośladka, który zaczyna się na kości krzyżowej i kończy na krętarzu większym kości udowej. Pełni kluczową rolę w rotacji zewnętrznej i odwodzeniu uda oraz stabilizacji miednicy. Ze względu na bliskość nerwu kulszowego, jego nadmierne napięcie może prowadzić do zespołu mięśnia gruszkowatego, wywołującego ból przypominający rwę kulszową)
Matko jedyna! To fascynujące, że człowiek ma w sobie tyle rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia, a jednocześnie przerażające, bo tyle do bólu (do bolenia?). 
 
Przy okazji szeroko omawianych stawów przypomniał mi się dowcip. Nic nie poradzę, że tak mam na zasadzie Bo mnie, panie kapralu, to wszystko kojarzy się z... Żona wyśmieje ten rodzaj humoru, ale będzie musiała przyznać, że już nie jest z podstawówki, ale przynajmniej ze szkoły średniej, bo jednak bardziej wyrafinowany:
Przychodzi żaba do lekarza.
- Panie doktorze, nie wiem, co mi jest, ale co noc coś mnie jebie w stawie. 
 
Po powrocie od razu zabrałem się za górę. Po Niemkach było czysto, ale co z tego?
Potem, w trakcie II Posiłku, podglądałem sobie Rijad. I na spokojnie zadzwoniłem do Syna oraz do Trzeźwo Na Życie Patrzącej, Konfliktów Unikającego i do Kolegi Inżyniera(!). Temat był jeden - 3. grudnia, czyli moje 75. urodziny. A to nie w kij dmuchał, chociażby dlatego, że to 3/4 wieku, no i w żadnym momencie mojego życia, a zwłaszcza do mniej więcej trzydziestego jego roku, nie wyobrażałem sobie, że tak może się stać. Ale do 3. grudnia jest jeszcze trochę czasu, więc nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. 
Chciałem spędzić ten moment z wyżej wymienionymi, z Synową i Córcią oraz z Wnukami, ale nie za bardzo wiedziałem, jak poukładać sensownie te klocki, które mogłyby uwzględnić różne uwarunkowania. No i w trakcie wyjazdu do City, w trakcie omawiania sprawy z Żoną wykluł się fajny pomysł. Żona partycypowała w nim, powiedzmy, w 60%, ja w 40%. A może proporcje były inne, bo  weszła w szczegóły, mnie dalekie, i wszystko ładnie zaczęło się układać. Teraz tylko "wystarczyło" porozmawiać z "gośćmi" i z gośćmi. Wyjaśniam.
Syn się ucieszył z pomysłu, w czasie rzeczywistym werbalnie, a później smsami. Otóż miałbym przyjechać do nich w weekend po dacie urodzin (weekend przed nie wchodził w rachubę, bo chłopaki w niedzielę mają późno wrócić z obozu i na pewno będą wykończone), na dwie noce. Synowa, wyraźnie zaznaczam, że to ona, dałaby do dyspozycji lokal, ja zaś zafundowałbym wszystkim pizzę, czerwone wino lub inne i soki. I tak byśmy ucztowali. Synowa nie mogła w tym momencie ze mną rozmawiać i obiecała, że porozmawiamy jutro.
 
Rozmowa z Trzeźwo Na Życie Patrzącą, Konfliktów Unikającym, a nawet z Kolegą Inżynierem(!) była również prosta i łatwa. Gołąbeczki weekend przed datą moich urodzin miały wolny, potwierdziły swój przyjazd do Uzdrowiska A jedynym problem do załatwienia, to opieka nad Sisi  (kotka - chyba o niej nie wspominałem). Umówiłem się z nimi, że zaraz zadzwonię do Kolegi Inżyniera(!) i niezwłocznie do nich oddzwonię, jeśli jego odpowiedź będzie jednoznaczna, wte czy wewte (forma potoczna; poprawna w tę czy we w tę). No chyba, że Kolega Inżynier(!) będzie potrzebował czasu do namysłu (podjęcia decyzji?), to wtedy oddzwonię adekwatnie.
Od razu, ledwo usłyszałem głos Kolegi Inżyniera(!), przystąpiłem do zbyt długiego wstępu, do przygotowania nadbudowy przed meritum, a on cierpliwie wysłuchiwał. I zaraz po wyłuszczonym przeze mnie sednie sprawy, i gdy od razu chciałem kontynuować w trybie wyjaśniająco-złośliwym, brutalnie mi przerwał chyba z tej racji, że mnie zna.
- Będę, z przyjemnością przyjadę i bardzo dziękuję za zaproszenie.
To od razu odcięło mi tlen i nie było o czym dalej ciekawie rozmawiać, na przykład na temat różnych wyimaginowanych priorytetów, uwarunkowań i niemożności.
Tedy od razu zadzwoniłem do Gołąbeczków.
- Uuu, tak szybko?!... - zareagował Konfliktów Unikający. I oboje ucieszyli się z wieści.
 
Klocki wstępnie i bezboleśnie prawie się ułożyły. Pozostały jeszcze telefony do Synowej i do Córci, ale myślę, że to będzie formalność. No i pozostała kwestia, aby do tego momentu dożyć. A tu już nie wiem, czy to formalność Bo jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Co prawda założyłem, że osiągnę wiek 94. (słownie: dziewięćdziesięciu czterech) lat, ale skromnie i z pokorą dodam A bo to wiadomo?...    
 
Wieczorem obejrzeliśmy połowę kolejnego odcinka serialu Zwierz
- Śpisz! - nagle usłyszałem głos Żony. Role się odwróciły. 
Nie szedłem w zaparte, tylko skwapliwie potwierdziłem. Już wcześniej traciłem wątek. Byłem na tyle nieprzytomny, że po wyłączeniu Internetu i telewizora kilka razy wstawałem z łóżka i kładłem się z powrotem, bo ciągle czegoś istotnego dla przygotowań spalnych zapominałem. Żona miała ubaw.  
  
PIĄTEK (07.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Nawet chętnie, skoro wczoraj zasnąłem o 20.00. 
Spałem w rękawiczkach z obciętymi palcami i po raz pierwszy od wielu tygodni poranny ból, zawsze wtedy maksymalny, wyraźnie zelżał, ale nie ustąpił. Dobre i to.
Od rana pisałem, bo ciągle mam zaległości. 
Jeszcze przed I Posiłkiem zabrałem się za dół. I tu, i na górę dzisiaj przyjadą na tydzień goście. Listopad mieliśmy wyłączyć z ich przyjmowania, 
Ale opłaca się w takiej sytuacji grzać oba mieszkania. 
W międzyczasie zadzwoniła Synowa. Wszystko zaakceptowała, więc nie dość, że duża ulga, to jeszcze zapowiada się fajne spotkanie. A wczoraj nie mogła rozmawiać, bo była akurat w ogniu robienia 7. (siedmiu!) pizz.
- Wymusili na mnie! - śmiała się. 
 
Po I Posiłku zamiatałem liście z gościnnych balkonów, ścieżek, chodnika, podjazdu, a nawet wyczyściłem kratkę burzową, czyli wyręczyłem gminę. Podważyłem ją breszką, kratkę oczywiście, i usunąłem z dwóch końców studzienki bagnisty syf. Byłem całkowicie spełniony jako gospodarz.
Prace te, między domem a ulicą, miały dodatkowo ten plus, że mogłem zaczaić się na gości i ich przyjąć. 
Pierwsi przyjechali o 13.00. Para z Metropolii, lat około 40, 40 z delikatnym plusem, z córką, może dwunastoletnią. Oczywiście poznałem ich po wielu elemencikach (emelencikach), bo byli u nas, tak samo na górze, w tym roku w Święta Wielkanocne. Ją poznałem po twarzy, jego tak samo, ale dodatkowo po charakterystycznym ściskaniu mojej ręki, a raczej jej delikatnym i ciepłym ujmowaniu, swoimi obiema przy powitaniu, co i przedtem, i teraz tworzyło u mnie dyskomfort, bo czułem, że została przekroczona pewna bariera, na dodatek z tej sfery, której nie cierpię. Ale trudno, świetnie, bo jednak w żadnym momencie nie można im było cokolwiek ująć. Poznałem ich również po piesku, fajnym, energicznym, imieniem Łatka, no i po córce, takiej bladolicej nimfie błotnej. Z trudem wysiadła z samochodu, była jakby zaspana, taka bez sił, taka na pograniczu życia i śmierci. Ale żyła, skoro nawet w prawej dłoni trzymała smartfona. 
- A przywitasz się? - zapytałem z pewną trwogą, bo może w pytanie wsadziłem za dużo energii, i podałem jej rękę. Odwzajemniła się lewą.
- A z tą prawą coś się stało? - nie odpuszczałem i ostentacyjnie się przyjrzałem.
- W prawej trzyma smartfona... - natychmiast z pomocą pospieszył tata, co mnie jeszcze bardziej dobiło.
Ale podobało mi się, że dziewczyna konsekwentnie utrzymuje swój bladolicy image. Brak siły, aby przy powitaniu przełożyć smartfona z prawej ręki do lewej pasował jej, jak ulał.
(Etymologia frazeologizmu "pasuje jak ulał" jest niepewna, ale najczęściej wiąże się go z procesem krawiectwa i idealnym dopasowaniem ubrania do ciała, gdzie słowo "ulał" oznaczało, że coś zostało "ulane" na miarę, czyli perfekcyjnie uszyte).
Jak również brak chociażby jednego słowa. Nawet "dzień dobry" okazało się dla niej zbyt wielkim wysiłkiem. Oczywiście czepiam się nieładnie, bo przecież nic o niej nie wiem.
Ciekawostką tych gości było to, że prosili, aby zarezerwować im miejsce parkingowe "na płaskim" Bo poprzednio ta stromość, ten wjazd do garażu... Udało się bez problemu, bo przyjechali pierwsi, więc kolejnym nie musiałem niczego tłumaczyć.
 
O 14.00 przyjechała para, spod Stolicy. Przy czym ona rodowita metropolianka (od 1. stycznia 2026 już "Metropolianka"), on z tamtych stron. Lat około 50, oboje bardzo sympatyczni. Ona zwłaszcza dała się poznać z tej strony kilka dni wcześniej, kiedy zadzwoniła do Żony dopytując się, co może przywieźć Pieskowi. Bo na stronach go dojrzała. Była tak nawiedzona, że nie dopuszczała naszych odmów i podziękowań i w końcu wydusiła z nas słowo "żwacze". Po czym dosłownie za 5 minut zadzwoniła ponownie, już ze sklepu zoologicznego, oddała sprzedającej słuchawkę (dziwne to określenie; jaką słuchawkę?!) i Żona mogła dać żwaczowe wskazówki. Stanęło na wołowych.
A gdy się rozpakowali, Żona przyszła z torbą prezentów dla Pieska (żwacze i różne smaczki) oraz z gościną. Żona jej zasugerowała, żeby poznała naszego Pieska, no i żeby dała jej żwaczka osobiście. Piesek zachował się, jak należy, zgodnie z hierarchią potrzeb. Najpierw na poczekaniu wpieprzył żwaczka, a dopiero potem poddał się czochraniu. Pani robiła to sumiennie i ze znawstwem, mimo że ma kota, dosłownie ( jedenastoletni bengalski) i w przenośni. To mi dało do myślenia.
Była aż tak nawiedzona,
Jak czasami moja Żona. 
Przy czym, przy niej moja Żona 
Być potrafi wywa... żona.
 
W trakcie II Posiłku podglądałem Rijad, a później pisałem naprzemiennie z podglądaniem. 
Niespodziewanie zadzwoniła Lekarka i Justus Wspaniały. Niespodziewanie, bo mieliśmy do nich zadzwonić jutro w kontekście zbliżającego się ich wylotu do Kolumbii i naszego do nich przyjazdu w listopadzie. Rozmowa trwała skromne 54 minuty, bo też tematów się nazbierało.
W tak zwanym międzyczasie wszystko okazało się być czymś innym niż planowano.
Po pierwsze remont trzech łazienek - dwóch w domu i jednej w części gospodarczej.
- Słuchajcie, wszędzie jest taki syf i wszechobecny kurz, że nie ma szans, abyście do nas przyjechali.    - Gdy wracam z pracy, to tylko ścieram stół i kawałek siedzeń, żeby było gdzie usiąść i zjeść, i blat w kuchni, żeby było na czym przygotować. - Inne sprzątanie nie ma sensu, skoro za chwilę jest tak samo... - wyjaśniała Lekarka.
 
Co to jest kurz w domu, doskonale wiemy i byłbym pierwszy, żeby doń się nie pchać. W czasie remontów mieszkaliśmy z nim w czterech miejscach - w Biszkopciku, w Naszej Wsi, w Wakacyjnej Wsi i ostatnio w Uzdrowisku.
Największy hard był w Biszkopciku. Potem chyba wszędzie taki sam, ale prawdopodobnie zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić, jeśli do kurzu i całego syfu z nim związanego w ogóle da się to zrobić. 
W Biszkopciku tworzyły go dwie ekipy. 
Pierwsza stawiała od podstaw nowy komin do kominka. Wylanie fundamentów w piwnicy było pestką, ale potem zrobiło się śmiesznie, gdy panowie zaczęli przebijać się przez trzy stropy (Biszkopcik był domkiem typu wiatrak), a na końcu przez dach. Panowała atmosfera Znikąd pyłowej litości, więc natychmiast uciekliśmy na poddasze. To niewiele dawało, a nasze próby unikania pyłu, który był wszędzie, były śmieszne. Na poddaszu, późniejszej oazie Pasierbicy, zgromadziliśmy ciuchy rozwieszone na przenośnych ikeowskich stelażach i obuwie. Wszystko to przykryliśmy folią. Tacy naiwni. Już samo operowanie nią, odsłanianie i zasłanianie, budziło w nas odruchy wymiotne, tak była pokryta obrzydliwą warstwą. A ciuchy i buty?... Rano, gdy szliśmy do Szkoły, materac z podłogi przesuwaliśmy pod ścianę, ustawialiśmy go w pionie, żeby fachowcom zrobić miejsce do pracy i ... osłanialiśmy go folią. Po powrocie, przed snem, staraliśmy się kawałeczek podłogi odkurzyć, jako tako również materac i kładliśmy go na podłogę, żeby w zakurzonej pościeli z obrzydzeniem zasypiać. 
I tak to trwało. Pasierbica na czas remontów uciekła do babci, do Teściowej.
 
Drugą ekipę pyłotworzącą stanowił jeden fachowiec, niezwykle osobliwy, jak zresztą ci goście z pierwszej, ale w innym sznycie. To jest temat na długie opowieści. Tylko zatrzymam się nad dwiema. 
Otóż on któregoś dnia, po naszym powrocie, doniósł na tamtych, którzy, jak się za chwilę miało okazać, mieli wszelkie podstawy, aby być tego dnia nieobecnymi.
- Przyszli we dwóch o ósmej, weszli na dach, żeby niby dalej stawiać komin. - Wypili flaszkę, a może i dwie, i o jedenastej ledwo zeszli, by zniknąć na dobre. - Nawet jednej cegły nie dodali!...
Trzeba powiedzieć, że kiedy wkurw już nam minął, kiedy na chłodno wracaliśmy do tego momentu, to jednak ostatecznie podziwialiśmy fantazję tych dwóch gości. 
Ten pojedynczy tworzył pył robiąc na parterze w kuchni nową instalację hydrauliczną, tworząc nową (piękną i zgrabną - to nasze wspomnienia) łazienkę na dole oraz dużą (piękną i niezwykle komfortową -to nasze wspomnienia) na I piętrze. Facet charakteryzował się tym, że miał gadane, z niczym się nie spieszył, a ponieważ pracował sam, to wszystko trwało. Trzeba mu oddać, że jednak potrafił codziennie w dziwnych miejscach ustawić Żonie zlew z doprowadzeniem i odprowadzeniem wody, takie prowizoria, bo przecież jakoś musieliśmy żyć. Ale w którymś momencie kompletnie nas zaskoczył. I to jest ta druga opowieść. Zakomunikował nam Jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie na urlop, bo od pięciu lat nie miałem urlopu. I zostawił nas z tym prowizorium. Żona wtedy bodajże miała zlew gdzieś na środku przyszłego salonu.
 
W Naszej Wsi, gdy zjechaliśmy pod koniec grudnia 2006 roku, w naszym domu raczej panował przyjemny porządek. Fachowcy w zasadzie się wynieśli, więc były podstawy do ostatecznego sprzątania i urządzania się. Było to miłe poletko, zwłaszcza dla Żony. Ale szef fachowców, zwany przez swoich pracowników Pulpetem, zresztą naprawdę bardzo dobry, namówił ją, mimo jej zdroworozsądkowych oporów, na granitowe blaty według często powtarzającej się reguły, jeszcze częściej traumatycznej Będzie pani zadowolona. Żona nigdy nie była zadowolona, bo chciała drewniane, a o te granitowe wszystko łatwo się tłukło. Blaty siłą rzeczy były instalowane w kuchni, więc trzeba było w nich wyciąć otwory pod zlew nie wspominając o głupim otworku na kuchenną baterię. 
Granit ma to do siebie, że jest twardy i nie da się go przewiercić w "normalnym" czasie. Trzeba wiercić długo i specjalnymi wiertłami. A przy takim powolnym wierceniu tworzy się wredny pył, bo tworzący z powietrzem roztwór koloidalny. I co z tego, że Pulpet odgrodził potężną folią kuchnię od reszty domu?... Roztwór koloidalny miał to w dupie i przenikał wszędzie, nawet do naszej "prywatnej" części, w której spaliśmy, a którą odgradzaliśmy normalnymi drzwiami.
Żal mi było załamanej Żony, która ciągle powtarzała A tak wszystko pięknie wysprzątałam
 
Pył w Wakacyjnej Wsi opisałem, bo był to już okres bloga. Przypomnę tylko, że najlepsza była najbardziej pyłotwórcza bruzdownica Prądu Nie Wody. Rył w ścianach kilometry bruzd pod kable nowej instalacji elektrycznej. Ale przecież nie można było nie docenić w obszarze pyłotwórczym działalności Dziwnego Hydraulika, nie wspominając już Basa i Barytona, którzy w tym względzie mieli bardzo dużo do powiedzenia, żeby nie powiedzieć stale.
 
Pył w Uzdrowisku jest tematem już całkowicie świeżym. W górnym gościnnym mieszkaniu jeszcze po roku od zakończenia tam prac remontowych regularnie przy sprzątaniu go "odkrywałem" na różnych płaskich powierzchniach i na pewno nie myliłem go ze zwykłym kurzem roboczym. Ale ostatecznie zniknął. Więc pył w domu Nowych w Pięknej Dolinie mi nie zaimponuje, ale pchać się nie będę. A bo to mało miałem pyłu w swoim życiu?... 
 
Z powodu pyłu było łatwo obu stronom ustalić, że nasz przyjazd w listopadzie odpada. Najbliższym sensownym okazał się styczeń. Bo zanim zakończy się remont, zanim opadnie kurz remontowy, że sparafrazuję, nadejdą Święta Bożego Narodzenia (a co mówiłem na początku roku?!) z całą swoją rodzinną specyfiką. Więc to druga zmiana wspólnych planów.
Trzecia to taka, że Nowi w Pięknej Dolinie lecą na tygodniowy urlop i owszem, ale nie do Kolumbii, tylko na Madagaskar. Czas lotu podobny, czyli koszmarny, ale jakoś tak odetchnęliśmy z ulgą. Bo ta Kolumbia... Nie kryliśmy się z nią, znaczy się z ulgą, w czasie rozmowy. I może dlatego Justus Wspaniały zareagował, co prawda z drugiego planu, bo rozmowę cały czas prowadziła Lekarka, ale głośno, wyraźnie i jednoznacznie.
- Do Kolumbii też polecimy!... 
 
Z innych wieści - czas około pierwszolistopadowy udało im się rozwiązać bezkonfliktowo. Najpierw na groby wyruszył w Polskę Justus Wspaniały, a gdy wrócił, w rodzinne strony pojechała Lekarka jednocześnie spotykając się towarzysko z rodziną brata i ze swoimi koleżankami.
Zaś syn Lekarki w tym roku akademickim będzie robił licencjat, po czym na dwa lata zniknie na Tajwanie, aby tam robić magisterium. To może skutecznie utrwalić jego związek, teraz trwający na odległość, z Chinką poznaną tam w czasie tegorocznych praktyk. Zapowiada się ciekawie, bo tażesz Chinka w styczniu przylatuje do Polski i będzie, między innymi, gościć w Pięknej Dolinie. Pora roku co prawda nieciekawa, ale Piękna Dolina jest zawsze piękna.
 
Wieczorem rozmawiałem z Córcią na temat jej ewentualnego przyjazdu 6. grudnia do Sypialni Dzieci na moje 75. urodziny. Deklaracji nie otrzymałem żadnej, bo Córcia musi poukładać sobie plany, a to jest zbyt duża przestrzeń czasowa, żeby już teraz wszystko wiedzieć. Umówiliśmy się, że może mi dać znać w ostatniej chwili.
 
Wieczorem rozpoczęliśmy oglądanie nowego skandynawskiego (duńskiego?) miniserialu (6 odcinków) z 2025 roku Inwigilacja. To najlepiej świadczy o naszym stosunku do poprzedniego. Jednak nie, mimo najszczerszych chęci. Stwierdziliśmy, że ten skandynawski będziemy oglądać dalej.
 
SOBOTA (08.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu od razu podglądałem Rijad. Wczorajszy mecz półfinałowy Amandy Anisimovej z Aryną Sabalenką. Dzisiejszy finał Rybakina - Sabalenka zapowiada się niezwykle ciekawie. 
A potem siedziałem nad onanem sportowym i sporo pisałem.
 
Po I Posiłku i po stosownym interwale czasowym poszedłem na basen. Zaraz może się okazać, że ileś wejść mi przepadnie, bo karnet jest ważny pół roku od momentu zakupienia. Nie żebym nie lubił pójść, ale wiadomo, jak to jest. Codzienność plus lenistwo. Do pewnych rzeczy trzeba się przymusić. Nawet do tych z definicji przyjemnych albo do tych, które na końcu okazują się być przyjemnymi. I co z tego, że po tylu latach o tym się wie, skoro i tak...?
Tak celowałem i celowałem z pójściem, żeby nie trafić na pełną godzinę, czytaj na starych, czytaj głuchych idiotów. I wycelowałem idealnie na 13.00. A to chyba pełna godzina?... Szedłem więc pod strachem bożym, a tam w recepcjo-poczekalni żywego ducha, nomen omen. Dodatkowo w trakcie dzisiejszego, już(?!) czwartego wejścia dowiedziałem się, że... Ale o tym za chwilę. Bo co pani chciała mnie poinformować o czymś, to ją z wredną miną stopowałem Tak wiem, przecież widzi pani, że nie jestem pierwszy raz. Nie mogłem strawić faktu, że szablonowo traktuje wizualnie starszych klientów na jedno kopyto.
(Fraza "na jedno kopyto" pochodzi od szewskiego narzędzia - kopyta, na którym formowano buty. Jest to zatem przenośnia oznaczająca robienie czegoś według jednego wzorca, w ten sam sposób. Wyrażenie ma często negatywny charakter, sugerując brak oryginalności i powtarzalność).  
Pani jednak konsekwentnie wiedziała swoje, czyli że ma do czynienia ze starym, zdziecinniałym idiotą i niezrażona moim Tak wiem,... z godną podziwu cierpliwością informowała mnie o kolejnych basenowych niuansach. I musiałem jej przestać mieć za złe, gdy dowiedziałem się, że Dla Państwa wygody grubą wierzchnią odzież oraz buty można zostawić w szatni na dole. Nawet się nie zająknąłem A dlaczego nie zostałem o tym poinformowany przy pierwszym wejściu?! godząc się z pokorą, że jednak wszystkiego nie wiem. Nawet spodobał mi się ten system i go doceniłem, bo rzeczywiście okazał się Dla Państwa wygody.
 
Gdy wchodziłem do basenu, w wodzie taplała się jakaś para, która za chwilę przeszła do niewymagającego żadnego wysiłku jakuzzi, żeby tam się wzajemnie miziać, więc cały basen miałem dla siebie. Przez jakieś 10 minut. Mogłem swobodnie na różnych hydromasażach obrywać sobie jaja nie będąc narażonym na szok innych mężczyzn, histerię pań oraz na oburzenia przedstawicieli różnych środowisk religijnych, bez względu na płeć Jak tak można?!
W szczycie pływały i się hydromasowały maksymalnie cztery osoby. Licząc ze mną. Pełen komfort. Aha, istotna uwaga - z basenu wychodziłem z jajami, bez nomen omen. Ulokowanymi, jak trzeba.
 
Na zewnątrz sanatorium czekała już na mnie Żona z Pieskiem, który zaprzeczył swojej pierdołowatości i namierzył Pana natychmiast. Co więcej, spuszczony ze smyczy, "leciał" do niego ewidentnie się ciesząc. A trzeba naprawdę znać Pieska, żeby widzieć szaloną różnicę między jego standardowym cieszeniem się, jego niepozornymi ruchami i delikatnym machaniem ogonkiem, a "wybuchem" radości w związku z odkryciem Pana na schodach. Ten przyspieszony świński trucht i ze dwa kółka natychmiast zmiękczyły twarde i niewdzięczne serce Pana.
Zrobiliśmy sobie sympatyczny spacer oczywiście natykając się na ciekawych ludzi. Bo w Uzdrowisku jest tak zawsze. Często do tego potrzeby jest Piesek, ale niekoniecznie. Bo, na przykład, dzisiaj spotkaliśmy trójkę ludzi.
- Przepraszam, ale skąd ja panią znam? - musiałem się zatrzymać, żeby później nie cierpieć.
- A ja pana też skądś znam...
Moja słuchaczka ze Szkoły rozszyfrowała mnie pierwsza. Chodziła do niej 15 lat temu. 
 
Uzdrowisko ma to do siebie, że ciągle odsłania nowe oblicza. Dzisiaj ukazało się w pełnej bezlistnej krasie. Niespodziewanie mogliśmy ujrzeć z pewnej wysokości, jakby z drugiej strony doliny, znajome domy, ulice, pasaże, przejścia, restauracje i przeciwległe zbocza, które dotychczas znaliśmy z innej, listnej strony, albo nie mogliśmy podziwiać takich panoram, bo gęstwina liści to uniemożliwiała. Było widać jak na dłoni, jak Uzdrowisko jest kompatybilne, małe, przyjazne. Takie Uzdrowiczko.
 
Po powrocie zająłem się onanem sportowym i pisałem równolegle podglądając kluczowe momenty finału w Rijadzie. Rybakina wygrała z Sabalenką 2:0. Tak stawiałem.
Pod wieczór, gdy przecież w sposób naturalny zamykaliśmy dzień i się wyciszaliśmy, "wybuchła" afera z grzaniem. Gościna z góry sympatycznie zadzwoniła do Żony z informacją Bo wie pani, coś te kaloryfery są zimne. Mnie takie "coś" od razu psuje humor i w zależności od sytuacji potrafię nawet wpaść w panikę wiedząc, że za tym wszystkim stoi elektronika, jakieś nastawienia, czyli coś czego nie ogarniam i organicznie nienawidzę I co my teraz zrobimy?! Żona zaś podeszła do sprawy spokojnie, racjonalnie i profesjonalnie. Po telefonicznym uprzedzeniu wybrała się do dolnego mieszkania, w którym stoi sterownik do kotła. Mnie zaś przypadła rola stania przy nim w piwnicy, obserwowania jego pracy i telefonicznego informowania o wszystkim Żonę. Wcale się nie uspokajałem, zwłaszcza że słyszałem (telefony były na głośności) swobodną i bezstresową rozmowę Żony z gościną, która miała taki sam sterownik w domu, a więc się znała. Dodatkowo podkręcały mnie w kierunku histerii ich śmichy i chichy, co wobec powagi sytuacji było wysoce nie na miejscu.
Żona wspólnie z panią zmieniła ustawienia na sterowniku i kocioł zaczął grzać. Wcale mnie to nie uspokoiło Bo co może być później, w nocy?
- A mógłbyś zachować swoją histerię dla siebie i się z nią nie obnosić?! - Żona musiała kategorycznie ukrócić moje zachowanie, zwłaszcza że kładliśmy się do łóżka, aby oglądać. 
Zachowałem, ale w trakcie oglądania kolejnego odcinka serialu Inwigilacja kocioł nie mógł wyjść mi z głowy. A i w nocy, gdy się nadbudzałem, myśl o tym bydlaku upierdliwie wracała. 
 
NIEDZIELA (09.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
 
Wstawało się ciężko, ale mobilizacja pozwoliła tylko na dziesięciominutowe "opóźnienie". Ledwo zszedłem na dół, a już dotykałem rur w salonie (pozostałość po wyciętych dwóch żeberkowych kaloryferach). Były ciepłe, więc odetchnąłem z ulgą. Dopiero po jakimś czasie pojawiłem się w piwnicy, by przyjrzeć się kotłowi. Zachowywał się normalnie, a przynajmniej ja nie dostrzegłem żadnych dziwnych objawów. O tym wszystkim rano słowem nie wspomniałem Żonie, żeby nie narazić się na wyśmianie i na wyzywanie od histeryków. 
Po porannym rozruchu mogłem wreszcie trochę posiedzieć nad onanem sportowym i sporo pisać. Aż do I Posiłku. 
 
Po nim w końcu zabrałem się za Inteligentne Auto. Żonie bardzo zależało i od jakiegoś czasu dopytywała A kiedy zaczniesz? albo (zależało od nastroju) Mógłbyś już zacząć, bo bardzo mi zależy... Ze swoimi żywicznymi zaciekami auto czekało cierpliwie grubo ponad rok, aż je zacznę usuwać. Od razu uzmysłowię różnym mądrym, w miarę kulturalnym, żeby głupio się nie dziwili i nie zadawali pytania A dlaczego tych zacieków nie usunąłeś od razu, kiedy były jeszcze świeże? i tym mniej kulturalnym Trzeba było usunąć od razu!
Odpowiedź tym pierwszym brzmi Bo nie!, a tym drugim Trzeba było! I nie przejmę się prawie pewną ripostą Robota kocha głupiego!, ulubioną Żony zresztą, zwłaszcza gdy dotyczy jej męża.
Pracowałem sporo ponad godzinę. Niektóre zacieki były na tyle grube i duże, że wymagały psikania śmierdzącym aerozolem nawet i po 15 razy i tyleż samo żmudnego ścierania szmatką oraz obserwowania, jak za każdym razem znika jakiś procencik zacieku. Szybki ruch tą szmatką, tam i z powrotem oraz okrężny, nad podziw wymagał wysiłku na tyle, że po wszystkim  byłem sporo zgrzany.
Na dodatek trzeba było się  schylać i przez jakiś czas tkwić w dziwnych pozycjach wymagających pracy różnych mięśni, żeby utrzymywać organizm w stabilnej pozycji. Nie po to jednak codziennie rano wykonuję dwie tury ćwiczeń plus trzecią na świeżym, nawet mroźnym powietrzu, żeby nie podołać (podoływać?) takim wyzwaniom.
Oprócz tego wysiłku trzeba było podołać smrodowi, jaki wydzielał aerozol. Wytrzymałem przy wsparciu świeżego powietrza do pierwszych bólów głowy. Ale czasowo tak się zgrało, że obleciałem cały pionowy lakier Inteligentnego Auta oraz maskę silnika, w sumie jakieś 80% całego lakieru. Resztę dopadnę, gdy jutro pojadę na myjnię, żeby odkryć te zacieki zasłonięte przez brud. Po każdym szorowaniu aerozolem zmywałem go według zaleceń lekko ciepłą wodą z detergentem, żeby jednak coś się nie stało. Oprócz odkrywanych na lakierze pozostałych zacieków pozostaną mi szyby, a zwłaszcza szklany dach, który z racji swojego poziomego usytuowania był szczególnie narażony na kapanie żywicy ze świerka. W tym roku Inteligentne Auto ustawiałem tak, żeby pod nim nie stać uważając, żeby pod drugim też nie, ale oczywiście złośliwie nic z nich nie kapało. Dlaczego? Bo lato było zimne.
 
Przed i po II Posiłku pisałem przeplatając pisanie onanem sportowym.
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Inwigilacja. Fabuła trzyma w napięciu. Ale nie tylko ona. Żonie przede wszystkim, ale mnie przecież też, te twarze arabskie okolone czarnymi włosami i czarnymi brodami kojarzą się jednoznacznie.
 
Cały dzień mieliśmy wrażenie niedzieli. Tym razem całkiem słuszne. 
 
PONIEDZIAŁEK (10.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu czas poświęciłem onanowi sportowemu, a potem pisaniu. Jeszcze przed I Posiłkiem sporo popracowałem w drewnie dając odpocząć organizmowi od laptopa.
Po nim pojechałem na myjnię, żeby z Inteligentnego Auta zmyć brud i żeby odsłonić żywiczne zacieki. Pojawiły się, jak również jeden nieprzyjemny matowy zaciek po wczorajszym użyciu śmierdzącego płynu. Miejsce przeoczyłem i nie przetarłem płynem z detergentem. Ale specjalnie tym się nie przejąłem.
Po drobnych zakupach w Biedronce natychmiast wróciłem do domu. Mój stan dobrze odczytała Żona.
- Wydaje mi się, jakbyś się spieszył?... 
Wyjaśniłem, że się nie spieszę, ale chcę jak najszybciej znaleźć się w szklarni i w ogrodzie. Bo pogoda była idealna, nie padało i miało się takie optymalne poczucie temperatury.
 
W szklarni wyrwałem wszystkie pozostałe krzaki pomidorów. Zrobiło się łyso. Pociąłem je i wrzuciłem do wora na bio. Po czym skopałem jedno z trzech poletek i podlałem deszczówką. Niech mikroorganizmy żyją. Dwa pozostałe skopię przy okazji. Najwięcej czasu zajęło mi żmudne zdejmowanie sznurków. Co z tego, że w trakcie podwiązywania pomidorów starałem się nie robić supłów. Z biegiem czasu same się porobiły. Sznurki z prawej strony szklarni jednak zostawiłem, bo są mocowane wysoko, trzeba korzystać z drabiny i wszystko robi się wtedy upierdliwe. 
Na to przyszła Żona.
- O, jak łyso! 
Poskarżyłem się na te sznurki, które zostawiłem Bo w trakcie kopania plączą się wszędzie i przeszkadzają w pracy.
(Gdyby ktoś nie wiedział: poprawna forma to "plączą się", bo to przecież od czasownika "plątać się". Więc każde dziecko wie, że forma "plątają się" jest niepoprawna.) 
Żona na moich oczach, ot tak zwyczajnie i natychmiast, ich końcówki owinęła na rurkach przy ścianie i sznurki przestały się plączać, przepraszam plątać się.
Przy czym pękała ze śmiechu.
- Gdybyś jeszcze miał podobne problemy do rozwiązania, to zgłoś się do mnie. 
 
Zabrałem się do drugiego etapu prac na dworze. Zgarniania wszystkich możliwych liści i gromadzenia ich na zboczu tarasu w miejscu, w którym poprzedniego roku jeż zrobił sobie zimowisko. W liściach, w stanie hibernacji było mu dobrze. Tak, jak poprzednio, teren zagrodziłem przed Pieskiem, który ma świetny węch, ale jeż równie dobry i mogłaby mu na pewno nie spodobać się wizja takiego potwora wiszącego nad miejscem, które miało stać się jego zimowym azylem. 
Znowu przyszła Żona. 
- A mógłbyś tę kupkę z liści zrobić tutaj bliżej, na płaskim, bo tam jeże mogą się stoczyć?...
Naprawdę, starałem się utrzymać powagę, ale się nie dało. Pękając ze śmiechu przy okazji nabijałem się.
- Bo zaraz zadzwonię do Sąsiadki Realistki... - groziłem.
Żona tę moją powtarzającą się co jakiś czas kwestię świetnie zna i też ją bawi. 
- Wystarczyłaby informacja, że szykujemy dla jeży na zimę stosy liści, aby Sąsiadka Realistka nieźle się ubawiła. - A gdyby nawet nie, to jej milczenie w tym momencie byłoby wielce wymowne. - Żona weszła w konwencję.
Skądś ksywa " Sąsiadka Realistka" musiała się wziąć.
Gdy skończyłem układać górę liści,
W domu podjęła temat Żona
Zupełnie niczym niezra...żona.
- Bo wiesz, ja się boję, że one nie zdążą zawinąć się w kulkę i się stoczą.
Nie mogłem nawet wybuchnąć śmiechem, tak mnie zakrztusił. A z oczu ciekły łzy. Więc nie byłem w stanie wytłumaczyć Żonie, że właśnie, gdy zawiną się w kulkę, to wtedy istnieje "niebezpieczeństwo" stoczenia się. Bo przecież, gdyby się nie zawijały, to mogłyby przytrzymać się łapkami, zahaczyć się o coś, czy co tam jeże potrafią. 
 
Po II Posiłku nieźle zmęczony, ale i usatysfakcjonowany pisałem. I zaniosłem gościom z góry polską flagę do zawieszenia na balkonie.
- Będę zaszczycony mogąc ją powiesić! - usłyszałem od gościa.
Przy okazji wyjaśniłem mu w jakimś sensie zabawną sytuację. Bo oboje z żoną wczoraj dopytywali, czy nie można byłoby przedłużyć pobytu o jeden dzień. Nie można było, bo jutro na górę przyjeżdżają kolejni. Ci z kolei dzwonili przedwczoraj, czy nie można byłoby przyjechać jeden dzień wcześniej.
Żona musiała odmówić. Potęga Uzdrowiska i potęga naszej oferty. 
 
Dzisiaj relaksacyjnie pokorespondowałem sobie z Pasierbicą. (zmiany moje, pis. oryg.)
- Czy pakowanie przebiega zgodnie z założeniami i czy bezstresowo? - rozpocząłem niewinnie. 
- Zgodnie z założeniami, pomału, na razie bez stresu :) już trochę rzeczy jest wywiezione do teściów
- Super. Rzeczywiście nie jest źle, skoro chodzi się do ZOO... - kontynuowałem niewinnie.
O ZOO, do którego poszła Pasierbica z Ofelią, dowiedziałem się od Żony, która zareagowała O Boże, i po co ci ja o tym powiedziałam!...
Niezrażona Pasierbica podkręcała atmosferę.
- Dzisiaj spałyśmy z Ofelią u Przyjaciółki Pasierbicy. (ta od Nie Naszego Mieszkania - wyjaśnienie moje)
Zszokowałem się. 
- (...) No i biedny Q-Zięć! Wszystko ma na swojej głowie i musi zapierdalać! 
- (...) Q-Zięć ma się bardzo dobrze - Z Q-Wnukiem sami w domu :)
- O, to się już lepiej poczułem. (...)
W dalszej części korespondencji Pasierbica przysłała zdjęcia dziewczynek - Ofelii i córki Przyjaciółki Pasierbicy. Ale laski! I ponoć się świetnie ze sobą dogadują. 
W sumie fajnie jest się tak przeprowadzać... 
 
Jak widać po wpisie, jednak zewnętrzne okoliczności ostatecznie nie dały rady mnie nadkruszyć i do pisania wróciłem. Jeśli w ogóle kiedykolwiek od niego, w ciągu ośmiu lat, odszedłem... 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy i poskarżył się jednym smsem, że nie mógł się do mnie dodzwonić.
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 18.39.
 
I cytat tygodnia:
Potrzeba mi wielu ludzi, którzy dysponują nieograniczonymi zasobami niewiedzy na temat rzeczy niemożliwych. - Henry Ford (amerykański przemysłowiec, inżynier oraz założyciel Ford Motor Company).