17.11.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 349 dni.
WTOREK (11.11) - Narodowe Święto Niepodległości
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Wstawało się ciężko po kiepsko przespanej nocy.
Po porannym rozruchu od razu cyzelowałem wpis. Wyłapałem sporo błędów gramatycznych, jeden faktograficzny i wiele literówek. I z czystym sumieniem mogłem się oddać onanowi sportowemu.
Ale za jakąś chwilę Żona dołożyła swoje. Wyłapała jeszcze dwa błędy gramatyczne i jeden faktograficzny.
- Bo Piesek na twój widok, gdy wychodziłeś po basenie z sanatorium, cieszył się zdecydowanie bardziej, niż to opisałeś.
Tedy fakt poprawiłem zgodnie z podstawowym komentarzem Kolegi Inżyniera(!) Pisz, bylebyś pisał prawdę!
Po czym wróciłem do onanu sportowego.
O 11.00 wyjechali goście z góry. Spieszyli się do Metropolii, aby w miarę bezproblemowo dotrzeć do domu przed marszami z okazji dzisiejszego święta. Z drogi napisali:
- Bardzo dziękujemy za gościnę. Ten dom ma duszę i dobrą energię💗do zobaczenia :).
A za chwilę przyszedł drugi sms:
- I jeszcze jedno: "To gospodarze tworzą klimat domu 💗"
Na dodatek zarezerwowali już termin swojego pobytu w Święta Wielkanocne.
I jak tu nie przestać być małostkowym i czepiać się obłapiania mojej ręki przy powitaniach lub pożegnaniach (dzisiaj było!).
Różni nasi stali goście w Naszej Wsi bardzo się zmartwili, gdy dowiedzieli się, że siedlisko jest wystawione na sprzedaż. Do znudzenia powtarzali przy kolejnych przyjazdach Bez państwa to już nie będzie to...
Nie pomagały nasze tłumaczenia, że nowi gospodarze na pewno zachowają ten klimat. Wiedzieli swoje. Teraz my też wiemy, że coś było na rzeczy.
A kiedyś jedna gościna z tym samym wystartowała do Żony.
- Ale przecież my się z państwem praktycznie nie widujemy, nie mamy żadnego kontaktu... - zareagowała Żona. - Przyjeżdżacie i wyjeżdżacie.
- Tak, ale wystarczy pierwszy kontakt mailowy, a potem dalsze, żeby wyrobić sobie zdanie.
Dla mnie to nie dziwota, skoro całą korespondencję od początku prowadzi Żona. Nawet przez jakiś czas się pchałem, żeby podzielić ją, korespondencję oczywiście, na wersję soft (Żona oczywiście) i hard (ja). Żona tylko pukała się po głowie.
- Chcesz mieć gości?...
Tak więc zwyciężyła wersja soft. Czasami tylko aż mnie świerzbi, ale to są rzadkie jednak przypadki, żeby tak hardowo coś danemu gościowi lub gościnie odpowiedzieć.
(podstawowa różnica między soft a hard to fakt, że soft jest zazwyczaj delikatniejszy lub wstecznie kompatybilny, podczas gdy hard jest bardziej radykalny i może wymagać powszechnej akceptacji)
Nawet mam w zanadrzu, żeby z refleksem natychmiast użyć, taką modelową, sztandarową odzywkę:
- Wygląda mi na to, że pan (pani) to musi być z PiS-u?!...
Pochwaliłem się Żonie tą błyskotliwą propozycją riposty.
- Proszę cię, nie rób tak!... - Jeszcze ktoś da ci w mordę... - przybrała poważny wyraz twarzy. - Proszę cię!... - powtórzyła ze smutkiem.
Po I Posiłku od razu zabrałem się za górę. Na zakładkę mieli przyjechać kolejni goście ze Stolicy.
Byli o 14.30. Akurat krzątałem się czatująco po posesji, gdy zaparkowali na płatnym parkingu vis a vis Tajemniczego Domu. Podszedłem, tak jak stałem, czyli na menela, od strony pasażerki, widząc, że w środku się organizują do wyjścia. Zapukałem w szybę. Ten moment szczególnie zaakcentowałem Żonie w późniejszej relacji. A Żonie nie trzeba było wiele, żeby wejść w teatr i zainscenizować scenę z udziałem tej pani w roli głównej i ze mną, oczywiście.
- Aaa, dobry człowieku, co chcecie? - Macie co jeść?...
Zanim jednak pani zdążyła wejść w żoniną kwestię, dałem radę ją wyprzedzić.
- A państwo do nas?... - specjalnie zawiesiłem głos, żeby delektować się konsternacją. Miałem jednak wyczucie, bo zaraz podałem nazwę naszych apartamentów. Pani musiała oczywiście potwierdzić, chciała nie chciała, skoro przyjechała do nas. Ale zrobiła to rozwlekle, z pewną obawą.
- To proszę wycofać i wjechać przodem - skierowałem się do męża - pomogę zaparkować, a pani będzie musiała wysiąść, bo później nie da rady.
Poddała się komendzie, ale za chwile próbowała coś ugrać(?).
- Bo w zasadzie... - zawiesiła głos, ale po moim natychmiastowym A co w zasadzie?!, wycofała się rakiem i umilkła.
Wyraźnie się uspokoiła, gdy ujrzała Żonę, nie dość że kobietę, to jeszcze schludnie, czyli normalnie ubraną.
Para, między 45 a 50. Właśnie obchodzili którąś rocznicę ślubu, więc przy stole w kuchni, na którym stała przewiązana czerwoną wstążką butelka francuskiego cydru, złożyliśmy okolicznościowe życzenia.
"Tak, tak, bez państwa to już nie będzie to..."
- A w Warszawie, to gdzie państwo mieszkacie? - Na Żoliborzu? - pozwoliłem sobie na prowokację.
- A, w życiu! - na trzy cztery oboje straszliwie się żachnęli, jakbym im wmawiał coś okropnego. - Z tą dzielnicą nie chcemy mieć nic wspólnego.
Czyli nasi.
Osłabiony pracą i ciemnicą, która już zdążyła nadciągnąć, z książką zaległem na narożniku w Salonie. Szybko usnąłem.
Po II Posiłku pisałem, ale schyłkowość była nieunikniona.
- Jakoś ten dzień za szybko zleciał! - odezwałem się wkurzony widząc to i czując. Miałem o to do niego pretensję.
- Co chcesz... - wyjaśniała Żona - najpierw jedni goście wyjeżdżali, drudzy przyjeżdżali i zleciało.
Wieczorem obejrzeliśmy przedostatni odcinek serialu Inwigilacja. Trzymał w napięciu.
- Dobrze, że już się kończy... - skomentowała zdenerwowana Żona. - A nie mogliśmy w spokoju oglądać Zwierza?...
ŚRODA (12.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
W nocy miałem dręczący sen, którego nie mogłem się pozbyć. Wróciłem w nim do czasów ogólniaka, do jego pierwszych (chyba?) dwóch lat, kiedy to w realu opuściłem się w nauce i o mały włos nie zostałbym wyrzucony ze szkoły. We śnie wyglądało to tak, że byłem ówczesnym uczniem, ale z obecną, rzeczywistą świadomością. To jednak nic nie dawało, bo poddawałem się bez szemrania, tak charakterystycznemu dla ówczesnych czasów, sadystycznemu znęcaniu się nade mną naszej wychowawczyni (rusycystka). Bo skoro byłem podpadnięty, wystarczał byle jaki pretekst. We śnie, gdy weszła do klasy, były w niej tylko dwa rzędy ławek (trzeci zniknął ?), więc szukałem dla siebie miejsca. A gdy znalazłem, nagle z powrotem pojawił się trzeci, ten, w którym zawsze siedziałem. Pod jedną z ławek tego rzędu została(?) moja torba, więc ruszyłem, żeby ją spod ławki wydobyć. A to wystarczyło, żeby wychowawczyni się wydarła. Posadziła mnie w oddzielnej ławce, sama siadła naprzeciwko pastwiąc się sadystycznie nade mną. Ze snu pamiętam jej wzrok wwiercający się we mnie. Najlepsze, że widziałem ją z tamtych czasów, taką, jaką wówczas była, czyli młodą. A przecież minęło blisko 60 lat i jeśli mogłem ją pamiętać, to tylko z naszych, w trakcie dorosłych już czasów, spotkań klasowych, kiedy była starsza lub stara.
Dodatkowo kazała mi wypełnić jakiś druk, taki zupełnie współczesny, formę deklaracji, zobowiązania, że jeśli to, to to, a jeśli tak, to tak, słowem, że wypieprzą mnie ze szkoły pod byle pretekstem. We śnie nawet się jej przy wypełnianiu stawiałem, bo posiadając współczesną świadomość, wiedzę i doświadczenie, byłem w wypełnianiu takich "współczesnych" druków lepszy od niej. Kazała mi się podpisać. Zrobiłem to używając podpisu, który zacząłem stosować dopiero w zawodowym życiu, oczywiście na jawie.
- I masz mi się meldować!
- Co roku? - zapytałem we śnie.
- Nie, codziennie!...
Co ten mózg wyprawia?!...
Już o 01.17 napisał Po Morzach Pływający.
Ciekawe, że mieszkając w lesie nasze samochody nie są oblepione żywicą, a Wy mieszkając w mieście walczycie z tą żywicą. Z drugiej strony może to jest tak , że jeżeli świerk nie ma konkurencji to produkuje żywicę w nadmiarze....
Ruszamy w morze, pilot o 0100lt, 0200 st....
PMP (zmiana moja)
Pozwoliłem sobie na domysły, że może to dlatego, że oni nie parkują pod świerkami, no i mają nowiutki garaż i poprosiłem o rozszyfrowanie tajemniczych cyfr (liczb?).
Lakonicznie odpowiedział, bo i w istocie nie było się nad czym rozwodzić:
0100 local time, 02.00 ships time.
Jednak, jako dociekliwy belfer, miałem dwie wątpliwości:
1) wydaje mi się, że ships time dla danego statku musi być jednocześnie local time,
2) dlaczego ships time, a nie ship time?
Liczę, że Po Morzach Pływający rozwieje moje wątpliwości po przeczytaniu tego wpisu.
Swoją drogą, to dobrze świadczy o Uzdrowisku i Pięknej Uliczce, że są świerki, które roztaczają wokół siebie zdrowe żywiczne zapachy. Wystarczy tylko nauczyć się z nimi koegzystować. Czyli działać przeciwnie niż niektórzy rolnicy (śmiem twierdzić, że większość), którym przyroda w zasadzie przeszkadza. Mamy podstawy tak twierdzić mieszkając tyle lat na wsi. Na przykład, gdy kupowaliśmy Naszą Wieś, przy "naszej" drodze gminnej, przy domu Sąsiadki Realistki i Sąsiada Filozofa rosły trzy czy cztery piękne, dorodne dęby (szczęśliwie rosną dalej), które ewidentnie przeszkadzały naszemu sprzedającemu.
- Wyciąłbym je, bo mi przeszkadzają! - Nie mogę swobodnie jeździć sprzętem... - nie krył się wcale ze swoim "ekologicznym" podejściem.
A czy mam wspominać i przypominać, że takiemu rolnikowi przyroda przyjmuje wszystko, jest ona takim olbrzymim kubłem na śmieci. Te ich tony w lasach i w rowach...
To nas, wówczas mieszczuchów, mocno zszokowało, bo jak to?! Później już nie, bo szok został zastąpiony oburzeniem i bezradnością.
Jak tak się dobrze zastanowić lub wnikliwiej poobserwować, ten stosunek do przyrody nie jest wyłączną domeną rolników. Jeszcze może jakieś zrozumienie miałbym dla budujących domy w mieście, ale dla tych, którzy to robią wyjeżdżając na wieś?... Betonują i brukują całą posesję, na jej granicach sadzą w równiutnich rzędach tuje, całość grodzą betonowym płotami tworząc szare, szpetne twierdze i pasą oczy i inne zmysły tym "pięknem". Sadzenie drzew, zwłaszcza liściastych, odpada, bo tylko z nimi jest zachód. Trzeba grabić liście, je utylizować, kompostować, na przykład, a ta zgnilizna przecież śmierdzi, a ewentualne krzaki też muszą być wyłącznie iglaste.
Nikt z tą samowolą upiększania krajobrazu, umiastowiania wsi, nie ma zamiaru nic robić. Smutne.
Po porannym rozruchu oddałem się pisaniu, a potem onanowi sportowemu. I natchnęło mnie. Zaproponowałem Żonie wyjazd na zakupy do City i dalej, do Uzdrowiska IV, na tort Sachera. Jej poranną twarz rozjaśnił uśmiech.
Przed wyjazdem z Uzdrowiska zatankowaliśmy paliwo i zajrzałem do krawcowej. Polar nie był gotowy do odbioru. Pani machnęła gdzieś w kierunku kupy różnych ciuchów, spod których nie było widać mojego ukochanego pomarańczowego koloru z tekstem Oczywiście zrobię.
- Wydaje mi się, że pani mogła o nim zapomnieć lub zgubić numer mojego telefonu.
- Całkiem możliwe - odparła zupełnie na luzie. - Może też być, że i jedno, i drugie.
Wzruszyło mnie takie Powiatowstwo.
Nie kłułem jej uszu takim bezowocnym stwierdzeniem, że polar oddałem miesiąc temu i że miał być gotowy za dwa tygodnie. "Imnąłem" się innego sposobu, takiego działającego na kobiece zmysły i wyobraźnię.
- Wie pani, mam takie dwa robocze polary i noszę je na zmianę. - Ten obecny zaczyna już śmierdzieć i chętnie wrzuciłbym go do pralki, ale nie mogę, bo ten pomarańczowy leży u pani.
Chyba zadziałało, bo natychmiast ucięła mój wywód Będzie w tym tygodniu! i jeszcze się upewniła:
- A ten, co pan przyniósł, jest wyprany?...
- Oczywiście! - święcie się oburzyłem. - Już poprzednio o tym panią zapewniałem i informowałem, że zastosowałem się do pani wytycznych wypisanych na kartce, która wisi na drzwiach.
- Będzie w tym tygodniu. - Wyślę smsa.
Wycieczkę zaczęliśmy od Uzdrowiska IV, żeby spory interwał czasowy pozwolił na pełną przyjemność zjedzenia II Posiłku. Tort Sachera miał zdecydowanie więcej marmolady niż poprzednio, co było widać gołym okiem, bo ładnie wyciekała spomiędzy warstw, a poza tym pani zapewniała Zmieniliśmy recepturę i marmolady jest więcej. Nie było siły, zamówiliśmy dodatkowy kawałek na wynos. Ja zamówiłem tort królewski, niezły, ale gorszy od tortu Sachera. Przy wyciskanym soku oraz kawie siedzieliśmy i... snuliśmy plany. Dosyć konkretne, z tym wyjątkiem, że nie wiadomo, kiedy będą mogły być realizowane. Bo dotyczą naszego powrotu do dawnego jeżdżenia po Polsce. Ale z poważną różnicą, bo odwiedzane miejsca opisywalibyśmy na dwóch niezależnych blogach. Chciałem, żeby to był jeden, a te same miejsca i sytuacje żeby były opisywane niezależnie przez Żonę i przeze mnie. Uważałem, że byłoby to dla czytającego ciekawe móc porównać różne punkty patrzenia na to samo przez kobietę i mężczyznę, dodatkowo przez Żonę i przeze mnie. Ale Żona uważała, że chce być niezależna (ale mnie to "zaskoczyło"), że nie chce być poddawana żadnym naciskom (mężowskie są szczególnie nie do przyjęcia) I nic, tylko byśmy się kłócili! Od razu się wycofałem, bo przecież to wszystko miałoby służyć naszej przyjemności.
W miłej kawiarnianej atmosferze wymyślaliśmy nazwy i ustalaliśmy inne szczegóły. A z tego przypomniała się nam Kawiarnia w Której Rodzą Się Pomysły i z pewnym wzruszeniem tę obecną nazwaliśmy Kawiarnią w Której Rodzą Się Pomysły II. A to mogło wiele znaczyć.
Zakupy w City mogłyby przejść bez echa, gdyby nie dwie rzeczy.
Przed wejściem do Carrefoura "jak zwykle" kupiłem dwa kupony lotto. Przeważnie natykam się wtedy na starszą panią, bardzo sympatyczną, która także ma wnuki, więc rozumie mnie doskonale, gdy płacąc jej gotówką proszę o resztę w pięcio- i/lub w dwuzłotówkach Bo zbieram do świni na wakacje dla wnuków. Dzisiaj w ten sposób dostałem aż 26 zł reszty.
Oczywiście przed wejściem do galerii stał olbrzymi bałwan przyozdobiony świątecznymi akcesoriami, a w środku, na każdym miejscu można się było o nie zabić. Nie szło swobodnie poruszać się wózkiem. Ledwo przebrzmiała zaduma nad tymi, którzy odeszli na zawsze, a już żywe skurwysyny rzuciły się na mamonę, że użyję tego określenia jako niereligijny. Wszędzie reklamy, żeby nikomu nie dało się przed nimi uciec. I tak dwa miesiące maltretowania. Nie dość, że o 16.00 już ciemno... Takie hucpy, dwa miesiące świąt i zmiana czasu, powinny być bezwzględnie karalne! Bez zawieszenia.
- To mam pani już teraz złożyć życzenia świąteczne, skoro wszędzie panują święta, mimo że na pewno pojawię się tutaj przed nimi jeszcze wiele razy? - rzuciłem z przekąsem do Bogu ducha winnej pani, raczej aby choć trochę znaleźć porozumienie.
- Nie, ja jestem codziennie... - usłyszałem i zamilkłem.
To sobie pogadaliśmy.
Druga rzecz, to zakup specjalnej podkładki na komputerową mysz i na prawą dłoń. Nasada nadgarstka spoczywa na takim dwucentymetrowym zgrubieniu, podwyższeniu i pierwsze wrażenie mógłbym opisać Jest jakby lepiej. Sam opis urządzenia (?) wlał we mnie wiele spokoju i nadziei:
- (...) zapewnia doskonałą pracę i wygodę użytkowania,
- (...) wysoka jakość materiałów, w tym elastyczna pianka poliuretanowa z efektem pamięci (memory foam),
- (...) chroni przed bólem nadgarstka,
- (...) specjalna struktura pianki przesuwa punkty nacisku, aby złagodzić podparcie i dzięki temu usprawnić krążenie,
- miła w dotyku.
Ci Chińczycy...
Ze starą, wysłużoną podkładką, z tamtej epoki (służyła mi 9 lat) pożegnałem się bezpowrotnie.
W domu przed i po II Posiłku pisałem. I miałem nawet jeszcze czas na onan sportowy.
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek serialu Inwigilacja. Zakończył się pewną niespodzianką, która dawałaby możliwość kontynuacji. Naszym zdaniem, gdyby powstał jednak sezon drugi, mógłby być ciekawszy od pierwszego. Temat zamknęliśmy krótką dyskusją o wpływie warunków geograficznych na cechy poszczególnych populacji, tu skandynawskich, widoczne między innymi w ich produkcjach filmowych. Musi być ciemno i mroczno... Nic tylko sobie żyły otworzyć.
Chciałem od razu przejrzeć kolejne pozycje Bo jesteśmy na sensownym chodzie i wybrać coś do oglądania na następne dni, co zawsze wymaga wysiłku, ale Żona gwałtownie zaprotestowała mimo mojego argumentu Mielibyśmy już z głowy i jutro wieczorem nie musielibyśmy żmudnie poszukiwać.
- Coś ty! - O tej porze?! - Poza tym ja muszę najpierw sama zrobić sito!...
CZWARTEK (13.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Od rana siedziałem nad onanem sportowym. A po nim nie miałem co robić, więc z przyjemnością popracowałem w drewnie i w śmieciach, tych zostawionych przez gości. I dalej mnie brało, więc poszedłem do szklarni skopać jedno poletko.
- A miałeś skopać tylko jedno? - czujna Żona wyjrzała przez okno/drzwi z salonu i czujnie mnie zdybała, że przekopuję już drugie.
- A jakoś tak mnie wzięło...
Oba podlałem deszczówką, a ponieważ dalej mnie brało, to sprzątnąłem całą ścieżkę z ziemi, mchu i chwastów. Temat szklarni w tym roku został zamknięty z wyjątkiem podlewania od czasu do czasu.
Była 09.40, a ja już tyle miałem zrobione. Do 16.00 że ho, ho czasu, bo później to już paskudna schyłkowość.
I Posiłek zjedliśmy zanim wyjechali goście z dołu. Pożegnaliśmy się z nimi w południe. Przy otwartej bramie rozmowa i pożegnanie trwały i trwały. Ona okazała się być bibliotekarką, taką z krwi i kości, nawiedzoną (często wozi książki czytelnikom do ich domów), w szybkości mówienia, błyskawicznym przechodzeniu z tematu na temat, niedopuszczaniu drugiej strony do jednego słowa choćby i w nieobrażaniu się, gdy się jej słowotok brutalnie przerywało, identyczna z Kolegą Współpracownikiem.
Mąż informatyk, w pewnym sensie zaprzeczenie kasty informatyków, bo rozmowny, ale wyważony, strzelający słowami jakieś trzy razy rzadziej niż żona, czyli wysławiający się normalnie. Tacy, z którymi, gdyby był czas i okoliczności, chętnie by się zasiadło przy butelce wina.
Zaraz po wyjeździe bezzwłocznie we troje poszliśmy na spacer do Zdroju. Trzeba było wykorzystać piękną pogodę. Tak się złożyło, że głównym tematem rozmów była jutrzejsza wizyta oglądaczy. Kolejnych. Od razu runęła lawina spraw nowych i starych. Gdy wróciliśmy do domu, przyszła wiadomość, że będą o 14.00. Nadarzy się więc okazja, aby się zmyć do Amfiteatralnej i posiedzieć tam przy książce i Pilsnerze Urquellu.
Dom ogarnąłem jakiś czas temu i nie było źle na przyjazd oglądaczy, ale co nieco trzeba było zrobić.
Wytrzepałem dywaniki i chodniki jako newralgiczne i zmiotłem wszelkie wióry i wiórki, bo sezon zimowy i przy noszeniu bierwion i przy paleniu nie ma siły, żeby ich nie było. Na dworze zaś zmiotłem dość porządnie taras i wyczyściłem z liści, szyszek i gałązek wszystkie ścieżki. Żona stwierdziła, że ładnie.
W obszarze wieczornej schyłkowości zeskanowaliśmy, czytaj Żona, dwa artykuły z Angory (nr 45 z 9 XI 2025) , które sobie zostawiłem przed wyrzuceniem całego czasopisma. Jeden to był wywiad z prof. Grażyną Cichosz, drugi reakcją tzw. ekspertów. Dotyczyły spraw żywieniowych. Gdyby ktoś się zainteresował i chciał się dowiedzieć, jak z Żoną się odżywiamy, to może przeczytać ten wywiad z panią profesor. Samo przesłanie wywiadu jest zgodne w dziewięćdziesięciu pięciu procentach z naszymi poglądami i sposobem życia oraz odżywiania się. A drugi artykuł budził we mnie tylko pusty śmiech. Przede wszystkim dlatego, że wypowiadali się eksperci, czyli tzw. eksperci. W książce Czarny łabędź Nassima Nicholasa Taleba autor regularnie ich wyśmiewa przytaczając mnóstwo przykładów ich wpadek, sytuacji, które były na drugim biegunie względem głoszonych przez nich z niezachwianą pewnością siebie poglądów, w tym bardzo poważnych mających wpływ światowy.
Najlepsze, że za swoje poglądy i wpływy na durne narody, jeden z drugim, nigdy nie ponosił i nie ponosi odpowiedzialności. Są ze swoimi dyrdymałami bezkarni. Autor Czarnego łabędzia radził omijać ich szerokim łukiem, czyli robić mniej więcej tak, jak on. Działać ostrożnie, nie ufać bezgranicznie, a najlepiej postępować odwrotnie niż zalecają. A przynajmniej dywersyfikować swoje postępowanie. Czyli wyłamywać się z ogólnego owczego mainstreamowego nurtu.
A po co były mi akurat potrzebne te skany? Ano po to, żeby wysłać je Synowi, bo zależy mi na jego zdrowiu. Co też uczyniłem.
I w obszarze wieczornej schyłkowości upomniałem się o odpowiedź/reakcję na mojego maila. Wysłałem je o podobnej treści 29. października do trzech wytypowanych hoteli w Kazimierzu. Dwa elegancko odpowiedziały, jeden nie. Mhm...
Przed pójściem na górę Kolega Kapitan podniósł mi ciśnienie. Przysłał maila, a w temacie wstawił słowo "Kanadyjczyk I". Bardzo nie lubię takich sposobów komunikowania się! Ale wieści były sympatyczne. Kolega Kapitan rozmawiał z nim i się okazało, że
Wylatuje 9 grudnia, 10 jest w Stolicy i leci o 15.00 do Metropolii. Z Metropolii zabiera go brat i jest u niego w Uzdrowisku IV. Po nowym roku przybywa do Rodzinnego Miasta i chce się z nami spotkać. Pozdrowienia i Wesołych Świąt nam przesyła!!! Amen!!! (zmiany moje, pis. oryg.)
Zacząłem kombinować, jak się z nim zobaczyć u jego brata w Uzdrowisku IV. Przyjazd do nas, do Tajemniczego Domu, odpada. Rodziłoby to mnóstwo komplikacji z tej racji, że Kanadyjczyk I zupełnie pozbawiony jest jakiegokolwiek wyczucia, słowa "savoir vivre, empatia, musimy coś zrobić, pospiesz się" są mu zupełnie obce. Jakby to było dziecko, do którego nic nie dociera. Taka specyficzna forma aspołecznej ułomności. Gospodarze zderzają się z niesamowitą ścianą i wtedy trzeba egzekwować swoje prawa w swoim domu w krótkich żołnierskich słowach, które doskonale rozumie, a to przecież sytuacja wysoce niekomfortowa.
Podam tylko jeden przykład. Być może już o tym pisałem.
W Naszej Wsi, gdy przebywał u nas kilka dni i gdy wywracał nasze życie do góry nogami, jednego dnia wieczorem zaparł się, że następnego dnia będzie jechał ze mną do Powiatu do Szefa Warsztatu. Miałem stawić się o 08.00 na coroczną wymianę oleju, filtrów, itp. Starałem się koledze wyperswadować wspólny wyjazd Bo cię, kurwa, znam!!! Rano będziesz zwlekał ze wstawaniem, potem długo nie będziesz wychodził z łazienki i wszystko się rozpierdoli! Nawet przy takim konkretnym słownictwie to do niego nie docierało i się zapierał. Uległem, ale:
- Słuchaj, jeśli nie będziesz o 07.30 gotowy do wyjazdu, to na ciebie nie czekam!
To był jednak normalny komunikat, dla niego za łagodny, więc go wzmocniłem.
- Mówię, kurwa, wyraźnie! - Jeśli nie będziesz stał przy bramie, gdy odpalę auto, to nie czekam na ciebie ani sekundy! - Jadę i pierdolę, żebyś nie wiem, jak mnie błagał Już wychodzę! Żadne, kurwa, "już", bo cię doskonale znam i nie dam się wpuścić w kanał!
Rano doznałem szoku, bo gdy wyszedłem do auta, przy bramie stał Kanadyjczyk gotowiutki do wyjazdu. Dosłownie jak nie on - ruki pa szwam. Z tego faktu byłem zadowolony, bo zostawiwszy auto w warsztacie mogliśmy spacerować i gadać, siedzieć w Kawiarnio-Cukierni i gadać. A facet ma niesamowitą wiedzę, zwłaszcza historyczną, mówi ciekawie, no i poza tym przybliża Kanadę. Ma jeszcze jedną świetną cechę. Można się z nim nie widzieć 5 lat, na przykład, i zupełnie tego nie odczuwać. To taki typ, który przechodzi od razu do rzeczy i się z nim rozmawia, jakbyśmy się widzieli wczoraj. Odległość i czas nie odgrywają żadnej roli.
Wszyscy nasi doskonale go znają z tych stron. Ja od dawna, od ogólniaka, Żona zaś doskonale go poznała, gdy właśnie na kilka dni przyjechał do nas, do Naszej Wsi. Ja mu zawdzięczam wiele z czasów ogólniaka (jeden z trójki kolegów, którzy pomogli mi wyjść z młodzieńczej głupoty), a Żona... oddzielną kołdrę. Wtedy skarżyła się na mój upór Ma być jedna wspólna kołdra!, na co kolega zareagował Ta daj jej, kurwa, oddzielną kołdrę! Wobec takiej argumentacji...
Wieczorem obejrzeliśmy pierwszy odcinek amerykańskiego miniserialu historycznego (4 odcinki) z 2025 roku Śmierć od pioruna. Zanim do niego dotarliśmy, zaczęliśmy oglądać jakiś szwedzki kryminalny serial. Nie potrafiliśmy sobie wytłumaczyć, dlaczego.
Nawet nie zdążyłem zapamiętać tytułu, bo dosłownie po pięciu minutach Żona gwałtownie zaprotestowała.
- Ale ja nie mogę tego oglądać! - Czy ja muszę znowu patrzeć na tę przytłaczającą skandynawską mroczność. - Jest wieczór, chciałabym się zrelaksować...
Pierwszy odcinek Śmierci od pioruna dał nam wiele satysfakcji.
- A wybrałam go ze względu na ciebie, bo ty lubisz takie historyczne, a ja za nimi nie przepadam.
Po czym Żona wyraźnie podkreśliła, że oglądało się jej bardzo dobrze.
PIĄTEK (14.11) - Ogólnopolski Dzień Seniora
No i dzisiaj wstałem o 06.15.
Już drugą noc śpię kiepsko. Staram się dojść dlaczego, ale nie za bardzo mogę znaleźć wytłumaczenie.
W nocy tkwię w takim jakby półśnie zdając sobie w trakcie jego trwania, że mózg się nie wycisza, pracuje zadając chyba jakieś pytania, których jednak na jawie nie pamiętam, a więc tym bardziej nie znam odpowiedzi. Taka perfidna forma dyskomfortu.
Notkę obok "piątku" umieściłem dosyć wstydliwie. Nie akcentowałbym tego Dnia Seniora, bo mi jeszcze do niego daleko i unikam wszelkich imprez dla tzw. seniorów, wszelkich zaproszeń, medycznych akcji, itp. zupełnie się nie utożsamiając z tą całą hucpą. Ale uczciwie muszę przyznać, że jednak jest mi bliżej niż dalej. Może za jakieś 10 lat będę się czuł seniorem w moim rozumieniu, a na razie ode mnie spierdalać!...
Rano zadzwoniłem do Córci z życzeniami, bo to dzisiaj jej święto. Dopadłem ją w aucie, gdy jechała do szkoły. Była w kiepskim nastroju, bo właśnie przed chwilą, gdy odstawiała dzieci do przedszkola, Wnuczka pół godziny ryczała i matka musiała jej pewne rzeczy tłumaczyć i ją przekonywać, ale to niewiele dawało. Z Wnukiem-V sprawa była prostsza, bo to od początku chłop. Musi minąć trochę czasu, żeby sytuacja się ułożyła.
Rano pisałem, ale w trakcie Żona wynalazła ciekawą rzecz i mi ją perfidnie podrzuciła. Mnie wiele nie trzeba, więc pisanie natychmiast porzuciłem i przed ekranem jej laptopa urządziliśmy sobie spory onan nieruchomościowy.
W przerwach wysłałem mail do Kolegi Kapitana z podziękowaniami za wieści i z prośbą, żeby na przyszłość w temacie dowolnego maila nie pisał tak, jak teraz, "Kanadyjczyk I", tylko "Kanadyjczyk I przylatuje". Różnica w treści niby niewielka, a i dodatkowy wysiłek również, a jaka różnica i ile zdrowia do przodu.
Z kolei do mnie przyszedł mail z trzeciego kazimierskiego hotelu, po mojej miłej interwencji. Lakonicznie wszystko potwierdził, ale jakoś tak... I tradycyjnie bez podpisu. Trochę mnie to odstręcza od tej noclegowej bazy.
Goście z góry wyjechali o 11.00. Tradycyjnie przy pożegnaniu to byli już "inni" ludzie, więc też i gadki inne. W drodze powrotnej zamierzali jeszcze co nieco pozwiedzać, więc podsunęliśmy im Orańskie Miasteczko, o którym nie mieli zielonego pojęcia. Przy wsiadaniu do auta pani nawet zdobyła się na miłą uwagę:
- To jednak tak fajnie porozmawiać z gospodarzami.
Odwzajemniłem się tym samym, tylko analogicznie odwrotnie. Bawi nas z Żoną taka sytuacja, gdy nagle bookingowi goście (zero osobistego kontaktu z kimkolwiek, kluczyki w skrzyneczce lub kod na smartfonie) odkrywają uroki kontaktu i rozmów z gospodarzami, nawet z takim, jak ja.
Po II Posiłku zabrałem się za sprzątanie góry. Trzeba powiedzieć, że się sprężałem, żeby zdążyć uciec przed oglądaczami.
Z domu wyszedłem o 13.45 z zapasem czasowym gwarantującym, że akurat przy bramie w ostatniej chwili raczej nie powinienem był się na nich naciąć. Na wszelki wypadek Żona podała mi tryb postępowania "na wypadek, gdyby jednak", co przyjąłem z dużą ulgą.
Z oglądaczami rozminąłem się dosłownie jakieś 15 sekund. Uszedłem może z 20 m, gdy minęło mnie ich auto. Od razu wiedziałem, że to oni po charakterystycznym powolnym poruszaniu się i śledzeniu przez pasażerkę numerów domu. A już zupełnie byłem pewny, gdy z oddali zobaczyłem, że parkują na wprost Tajemniczego Domu, a potem wjeżdżają na posesję. Odetchnąłem z ulgą.
Przy Pilsnerze Urquellu i przy książce w Amfiteatralnej relaksowałem się dobrą godzinę.
Zgodnie z umową z Żoną w domu byłem o 15.05. Ta ponad godzina gwarantowała, że najgorsze już przeszło, czyli oprowadzanie po domu z nieuniknionym zadawaniem pytań, w tym często idiotycznych, z powodu których robi mi się niedobrze, nie wiem, co odpowiadać, żeby nie wyjść na niekulturalnego. To mnie mocno stresuje. A tak wracam i można już rozmawiać swobodnie, często ciekawie, bo Żona zdążyła już wszystko wziąć na klatę i sprostać wyzwaniu.
Para lat około 45-48 z Metropolii, a w zasadzie ze Lwowa, gdzie oboje pracują. Chcą jednak zdecydowanie wrócić na stałe do Polski po wielu latach podróżowania po świecie i to ta długa nieobecność jest bezpośrednią przyczyną ich decyzji, a nie wojna na Ukrainie, jak by się zdawało.
Dodatkowo jej rodzinne strony to Kotlina Citizańska, a w City ma rodzinę.
To tacy ludzie, z takimi wewnętrznymi układami, że idealnie mogliby mieszkać w Tajemniczym Domu, który ewidentnie im się spodobał. Ale co z tego, skoro prawie na pewno odbijemy się od różnych niemożliwości, a na pewno w chwili obecnej. Bo oni raczej optowali za układem barterowym - posiadają mieszkanie w stanie deweloperskim w... Uzdrowisku i mieszkanie w Metropolii. A to nas by kompletnie nie urządzało. Mostów jednak natychmiast i jednoznacznie nie zamierzaliśmy palić, bo zbyt wiele mamy doświadczeń w tym względzie, żeby nie wiedzieć, że opatrzność może przyszykować niejedną niespodziankę, która w danym momencie nie przyszłaby nam żadną miarą do głów.
Dobre było to, że w trakcie ich pobytu smsa przysłał kolejny oglądacz i wprosił się na oglądanie na jutro na 11.30. Zrobiła się z tego pewna licytacyjna forma.
- Ale ty jutro, gdy znowu wyjdziesz, to już nie będziesz pił Pilsnera Urquella?... - przytomnie zareagowała Żona widząc, że ten system zmierza w niewłaściwą stronę.
Uspokoiłem ją, że nie.
- Znajdę ci na ten czas jakieś zajęcie... - wolała temat domknąć, żeby móc spokojnie przejść do reszty dnia.
Żona nie byłaby sobą, żeby zaraz potem nie oglądać zdjęć tego mieszkania w Metropolii. Więc czy ja mogłem się oprzeć?...
Spokojnie zjedliśmy II Posiłek i byliśmy gotowi na przyjęcie kolejnych gości. To zdaje się, że ostatni z serii "listopadowo-grudniowych", którzy swój pobyt skumulowali w jednym okresie. Opłacało się grzać oba apartamenty. W tym okresie zamykanie działalności to normalne zachowanie pewnych pensjonatów, zwłaszcza tych, który mają centralny system grzewczy. Ostatnio rozmawialiśmy z gospodarzem sąsiedniego, dużego, który regularnie na ten okres wyłącza przyjmowanie gości.
- Żeby się nam zwróciły koszty ogrzewania, to musielibyśmy mieć jednocześnie przynajmniej dwudziestu gości... - A o tej porze roku... - zawiesił głos. - Zwyczajnie się nie opłaca.
My, jako mały podmiocik, jesteśmy oczywiście zdecydowanie bardziej mobilni od tego typu kolosa, więc gdyby jednak złożyło się, że ktoś zadeklaruje przynajmniej tygodniowy pobyt, to rezerwację przyjmiemy. Taką informację Żona umieściła na stronach i, zdaje się, że zadziałało. Ale równie dobrze może być pusto i smutno aż do świąt. Bo w tym okresie apartamenty już zostały zarezerwowane.
Goście przyjechali o 18.00. Młoda para z Metropolii, lat około 25-27. Bardzo sympatyczna ze sposobu bycia, naturalna, ale również z twarzy (zaznaczam, że jest to liczba mnoga; czy nie lepiej w tej sytuacji byłoby odmieniać "ale również z twarz?"). Kontaktowa i taka na wyrost grzeczna, co nas, a zwłaszcza mnie, zawsze rozśmiesza. Ale niczego po sobie nie dawałem poznać.
Ledwo Żona wróciła z górnego apartamentu, zadzwonił Q-Zięć, a w zasadzie Q-Wnuk.
- Zobaczcie, jaki wasz wnuk jest "mądry" i co przynosi ze szkoły. - Q-Zięć nakreślił tło.
A było nim Rodzinne Miasto, które idealnie pasowało do rymowanki, którą za chwilę usłyszeliśmy.
Oboje pękaliśmy ze śmiechu, takie to było durne. Plus był taki, że Żona mogła porównać moje dowcipy z tymi z podstawówki i je sobie zusłyszowić (bo przecież nie unaocznić, czy też zwizualizować) i jednak dostrzec finezję moich.
Całe Krajowe Grono Szyderców, no może z wyjątkiem Ofelii, szykowało się do obejrzenia meczu.
Przed meczem Polska - Holandia obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Śmierć od pioruna. A potem zgodnie się rozstaliśmy. Zszedłem na dół (a można na górę?) i pokorespondowałem przedmeczowo z Konfliktów Unikającym oraz z Synem.
- Tak jak mówiłem wcześniej, ale teraz konkretniej: 2:0 z Holandią, ostatni mecz wygrywamy, Holandia u siebie remisuje i...
Konfliktów Unikający podszedł do mnie z wielką wyrozumiałością, jak do osoby, która nie wie, co mówi, bo się nie zna, albo jest niespełna rozumu.
- Już dobrze, Emeryt, napij się herbatki, potem pilsnerka i powinno się poprawić :) (zmiana moja)
Syn nie dał się wpuścić w takie rozważania rodem z kosmosu, tylko obstawiał 1:1. Mecz oglądał w domu ze wszystkimi chłopakami z wyjątkiem Wnuka-II oraz ze swoim przyjacielem i z jego synem. (przysłał selfie)
Siostra, która wcześniej zadzwoniła, też stawiała na remis.
Wyszło na to, że tylko ja jestem oszołomem i niepoprawnym optymistą. Ale mało brakowało, a spokojnie mógł być mój wynik, bo graliśmy po prostu dobrze i mieliśmy więcej okazji do strzelenia kolejnej bramki.
Tak więc nadal ostatnie zwycięstwo nad Holendrami odnieśliśmy 49 lat temu. Sam nie wierzyłem.
Przy okazji tej kolejki okazało się, że bez względu na wyniki ostatniej w marcu przyszłego roku na pewno zagramy w barażach, aby próbować zakwalifikować się do mistrzostw świata. Finlandia, która potencjalnie mogła jeszcze nam zagrozić, sensacyjnie 0:1 przegrała u siebie z Maltą.
SOBOTA (15.11)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
Planowo, skoro wczoraj po meczu poszedłem spać pół godziny przed północą. Oczywiście cały poranny rytm został zakłócony. Żona, zanim wstałem, od jakiegoś czasu słuchała audiobooka, a potem przyszła na dół, gdy ja byłem w ogniu, nomen omen, porannego rozruchu.
- Bo ile mam leżeć?... - Już dłużej nie wytrzymałam.
Ale jakiś kwadrans po ósmej zapanowała cisza i wszystko wróciło do normy.
Przerwała ją wczorajsza Oglądaczka. Długo i sympatycznie rozmawiała z Żoną i nawet z ciekawością się przysłuchiwałem. Nie pierwszy raz byłem niezwykle wdzięczny połowicy, że to ona jest tą osobą, która tak sympatycznie i z pełnym zaangażowaniem (rozmówca po tamtej stronie to dostrzega) potrafi z drugą stroną dzielić włos na 32, w porywach na 64. Gdybym to ja był na jej miejscu, w trakcie takiej rozmowy umarłbym z kilka razy, czyli de facto rozmowa by się skończyła zaraz po moim pierwszym zgonie.
Telefon ten dał jednak kolejny asumpt do naszych rozważań. A sprawa z jednej strony jest niezwykle prosta, z drugiej skomplikowana, czyli powstało coś takiego, w czym Żona czuje się jak ryba w wodzie. Tyle możliwości do rozważań, analizy, porównań, no i przede wszystkim do dyskusji z mężem, przed którą się nie uchylałem, ale bez przesady. "Na szczęście" czas rączo umykał, trzeba było zjeść I Posiłek i o 11.15 znowu uciec z domu przed kolejnym oglądaczem (oglądaczami?), którzy mieli pojawić się o 11.30.
Tym razem ucieczka nie była aż tak miła, ale nie narzekałem, zwłaszcza, że mogłem w sprawach pochodzić sobie po Uzdrowisku. Odebrałem dwie paczki, byłem w Biedrze i jeszcze w innym naszym sklepie.
- Jest boczek surowy wędzony? - zapytałem panią przy stoisku mięsnym.
- Nie ma.
- A parzony?
- Nie ma, bo dzisiaj sobota, ale jest nasz.
- No właśnie o ten wasz mi chodzi... - trochę się zdziwiłem. To taki ich własny wyrób, jeden z wielu, z Kotliny Citizańskiej, który jest sprawdzony i który preferujemy.
- Ten zawsze pan bierze...
- A skąd pani wie? - tu już się zdziwiłem mocniej.
- Bo pana pamiętam... - I Żonę też. - Zawsze bierzecie ten boczek.
Ubawiłem się. Wzięła kawał do ręki i przyłożyła nóż. Kiwnąłem głową, że tak.
- Zawsze pan bierze tyle...
Nie wiedziałem, że zawsze tyle, ale ubawiłem się już mocno czując pewien surrealizm sytuacji, a nawet jej absurd. To piękne Powiatowstwo.
Doświadczyłem go również u Krawcowej. Postanowiłem ją docisnąć, za przeproszeniem. Oczywiście polar nie był gotowy. Kolejny raz zadawała mi te same pytania "a kiedy pan go przyniósł?", " a jaki ma kolor?", "a co tam trzeba było zrobić?". Cierpliwie odpowiadałem wiedząc, że inną metodą, a na pewno nie pretensją, lub, nie daj Bóg groźbą, niczego nie wskóram. Zaparłem się jednak, żeby go przynajmniej znalazła, a głupio było jej mnie zbyć, bo przy nas stała jakaś klientka, jej znajoma co prawda, ale zawsze.
Przy chaotycznych poszukiwaniach na licznych półkach niemiłosiernie zapełnionych różnymi upchanymi torbami, w których zapewne czekała jakaś odzież do przeróbki Chyba będę musiała powiększyć lokal! padło kolejne istotne pytanie.
- A pan go oddawał w jakiejś torbie?
- Nie.
Cudem go odnalazła dzięki kolorowi. Pamiętała, że nawet nie taki pomarańczowy, tylko ceglasty.
Wyciągnęła z szuflady zamek, zgodziłem się na kolor i usłyszałem kolejną obietnicę.
- Niech pan przyjdzie w poniedziałek. - Będzie gotowy.
W ogóle się nie denerwowałem. A po co żyłem 17 lat w Pięknej Dolinie, w tamtejszym Powiatowstwie?
Wracałem niespiesznie "zwiedzając" i pławiąc się w sobotniej, porannej, listopadowej aurze Uzdrowiska.
Pięćdziesiąt pięć minut mojej nieobecności wystarczyło, żeby Żona mogła już obowiązek oprowadzenia zdjąć z klaty. Mnie już pozostała sympatyczna i ciekawa rozmowa.
Znowu para, ale żeby było równie ciekawie, jak wczoraj, mieszkająca w Uzdrowisku. Na dodatek chciałaby z Metropolii sprowadzić tutaj jego rodziców. Ona nauczycielka polskiego w podstawówce, lat 44 (sama się przyznała, a tyle bym jej nie dał), on chyba troszeczkę młodszy, programista. Szczupli wysportowani, sympatyczni, ona z zerowym makijażem. Uprawiają triathlon. "Z marszu", nomen omen, wiedziałem, że to bieg, rower i pływanie. Później, gdy się już rozstaliśmy, z samego czytania robiło się słabo - olimpijski standard - 1,5 km pływania, 40 km jazdy rowerem, 10 km biegu.
Wersja International Triathlon Union (ITU) - długi dystans: 4 km pływania / 130 km jazdy rowerem / 30 km biegu.
Tajemniczy Dom im się podobał, od razu czuli klimat, ale droga do potencjalnego finału długa.
Było oczywiście z Żoną o czym rozmawiać.
Pod wieczór pisałem, a potem uprawiałem onan, bo Żona podesłała mi pewien artykuł (blog ze zdjęciami). Nie mogłem się oderwać. Żeby jednak do końca dzisiejszego dnia nie zgłupieć, narąbałem cały kosz dużych szczap. A taka praca zawsze działa ozdrowieńczo i pozwala wrócić mi do równowagi.
Po II Posiłku musiała nastąpić schyłkowość. Ale się jej nie daliśmy. Żona "wymyśliła" spacer z Pieskiem. Piękna Uliczka nas zaskoczyła. Cała we mgle, taka oniryczna, z palącymi się lampami, z których specyficzne "kule światła" tylko dodawały uroku. I nie było zimno.
Ale od jakiegoś czasu nim straszą, więc dzisiaj Inteligentne Auto po raz pierwszy od "nie wiedzieć kiedy" wprowadziłem do garażu.
- A pamiętasz, jak to robić? - Żona była przejęta tym faktem i chyba wiekiem męża, bo jej wątpliwości i obawy nie potrafiłem sobie inaczej wytłumaczyć. Ale co się pośmiałem pod nosem, to moje.
Wieczorem obejrzeliśmy trzeci odcinek serialu Śmierć od pioruna.
NIEDZIELA (16.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
Spałem dobrze. Po trzech kiepskich nocach organizm poszedł po rozum do głowy. Taki cud anatomiczny. Coś, jak członek z ramienia partii wysuwa się na czoło (to a propos pochodów pierwszomajowych za PRL-u - podniecony, nomen omen, spiker relacjonujący ten pochód, no i ten ewenement).
Po porannym rozruchu pisałem.
Zaraz po II Posiłku wyjechali goście. Ci młodzi. Nawet się rozgadali.
Od razu skorzystałem z ich łazienki, żeby się odgruzować na 80%. Wykorzystałem panującą w niej temperaturę, taką ludzką, znacznie wyższą w porównaniu do tej w naszej górnej łazience, poza tym tam jest świetne oświetlenie, co ma duże znaczenie przy strzyżeniu się i goleniu, a poza tym są te lustra składane, co ma znaczenie przy samodzielnym strzyżeniu się, gdy się operuje maszynką z tyłu głowy.
Gdy ogacony w wersji antyprzeziębieniowej zszedłem na dół, od razu zaproponowałem Żonie spacer z Pieskiem po Uzdrowisku z finiszem w Stylowej. Było pięknie, tłumy ludzi, co dodatkowo powodowało, że czuliśmy się jak turyści. Pięknie, niedzielnie wprost zaakcentowaliśmy fakt, że dzisiaj była niedziela.
II posiłek nieuchronnie przybliżał nas do schyłkowości. Ale nawet specjalnie się nie poddawaliśmy. Nawet nie było tej przygnębiającej ciemnej, a raczej ciemnicowej aury. Czyżbyśmy się powoli przyzwyczajali?...
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek serialu Śmierć od pioruna. To znaczy nie do końca, bo Żona zaczęła zasypiać, mimo że ją pilnowałem. Wszystko zwaliła na fakt, że ten odcinek był znacznie dłuższy od poprzednich. Szkodzi nic, jak powiedział pewien Żyd w cukierni. Doobejrzy się jutro.
Wcześniej poczytałem trochę o dwudziestym prezydencie Stanów Zjednoczonych i o jego, chorym psychicznie, zabójcy. Scenarzyści i realizatorzy trzymali się faktów historycznych, które nas ostatecznie zaskoczyły, bo nie mieliśmy o nich pojęcia. Jeśli można uznać, że w ogóle mamy pojęcie o historii Stanów Zjednoczonych. Ale, jeśli już, to my na pewno mamy, a oni o naszej żadnego.
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Noc była kiepskawa. Ale specjalnie nad tym nie bolałem.
Poranek, oprócz standardowych czynności, poświęciłem na drobne pisanie, by potem oddać się onanowi sportowemu. Jednocześnie ciągle myślałem o Nowych w Pięknej Dolinie. Dzisiaj o 11.00 mieli wyruszyć w drogę do Stolicy, by stamtąd lecieć na Madagaskar. Niedoszłą polską kolonię. Ciekawe, jak by się potoczyły losy Polski i Polaków, gdybyśmy ją posiadali. Niemniej ciekawe byłoby, czy też bylibyśmy takimi ciemiężcami, wyzyskiwaczami, jak wszyscy kolonizatorzy, czy też byłby to układ partnerski, "oświecony", biorąc pod uwagę fakt, że musieliśmy mieć przecież w pamięci świeżo odzyskaną wolność po zaborach i świadomość pełnej tożsamości narodowej.
Chyba rzecz rozważam w sferze utopii. Bo ta natura ludzka...
Po I Posiłku pojechałem w Uzdrowisko w sprawach. Pogoda była iście listopadowa. Pochmurnie, ciemno i padało. Wśród kropel deszczu spadały pierwsze w tym roku mokre, ciężkie płatki śniegu, które natychmiast się topiły, bo było jednak +2.
Odbiór paczki, zawiezienie prania oraz zakupy w Biedrze nie zasługują na specjalną uwagę. Ale odbiór polaru od Krawcowej już tak. "Dotrzymała" słowa. Tedy odzyskałem mój święty polar po czterech, pięciu tygodniach?... Wreszcie będę mógł dać ten drugi do prania. Nice...
Po południu trwoniliśmy czas, a nawet go zabijaliśmy, jak przystało na współczesnego białego człowieka. Ale tylko pozornie. Tak mogłoby się wydawać postronnemu, nieznającemu nas obserwatorowi. Bo z tego trwonienia i zabijania powstawały pomysły i może urodzą się wspaniałe rzeczy. Czas pokaże. Jutro czeka nas intrygująca wycieczka.
Wieczorem skończyliśmy miniserial Śmierć od pioruna. Wszystko było oczywiste i zgodne z historią.
I jeszcze przed meczem rozpoczęliśmy oglądać kolejny amerykański serial. Z początku wydawało się, że może nas zainteresować, ale w połowie stwierdziliśmy, że jednak konwencja na dłuższą metę jest męcząca.
Mecz Malta - Polska zakończył się wynikiem 2:3. Nasza wygrana niczego nie zmieniała i może dlatego graliśmy tak słabo i popełnialiśmy tyle błędów. Ale ostatecznie kompromitacji uniknęliśmy.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił raz.
W tym tygodniu Berta zaszczekała w specyficzny sposób i to po raz pierwszy w naszej wspólnej historii. Trzeba powiedzieć, że zachowała się, jak każdy pies, gdyby był na jej miejscu. W czwartek żegnaliśmy się z gośćmi z dołu (bibliotekarka i informatyk). Staliśmy koło otwartej bramy i gadaliśmy, gadaliśmy. A drzwi do domu były otwarte. Za to te szklane, między przedpokojem a holem, zamknięte. Piesek za nimi stał, o co go w ogóle nie podejrzewaliśmy. No, a ile można wytrzymać słysząc głosy państwa, ożywioną dyskusję świadczącą, że coś fajnego się dzieje?... I to bez Pieska. Więc nagle wypuścił z siebie serię dwuszczeków. Na pewno to były trzy, może i cztery, bo zanim w zdumieniu się zorientowaliśmy, czyli świadomie zarejestrowaliśmy, ileś tych serii minęło. Byliśmy osłupiali i szczęśliwi, zwłaszcza Pani.
- Słyszałeś?! - zapytała "takim rozanielonym cielęcym wzrokiem". Musiała się upewnić, że się jej nie przesłyszało.
Godzina publikacji 23.05.
I cytat tygodnia:
Wiem, że połowa mojej reklamy to wyrzucone pieniądze. Nie wiem tylko, która to połowa. - Henry Ford (amerykański przemysłowiec, inżynier oraz założyciel Ford Motor Company).