poniedziałek, 24 listopada 2025

24.11.2025 - pn - dzień publikacji 
Mam 74 lata i 356 dni.
 
WTOREK (18.11) 
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Planowałem o 07.00, ale chyba w głowie siedziała mi ta dzisiejsza wycieczka. 
Od razu rozbawił mnie mail od Po Morzach Pływającego. Wysłał go wczoraj o 17.55 wyraźnie albo zaskoczony, albo zniesmaczony, że nie ma jeszcze publikacji, albo był to jakiś zwykły zbieg okoliczności, albo ja się w tym dopatruję Bóg wie czego. A publikowałem późno, po meczu Malty z Polską.
Napisał: Jaka jest różnica pomiędzy odgruzowaniem na 45% i 60%? 
Pytanie dość surrealistyczne zważywszy na porę dnia oraz na fakt, że o odgruzowywaniu piszę już dłuższy czas. Co go nagle wzięło? Zapewne wyjaśni, ale sam mechanizm mnie zaciekawił. No, chyba że znowu doszukuję się Bóg wie czego.
Jako jemu jedynemu od razu przekazałem pełen opis procentów odgruzowywania się ze stosownym komentarzem, co było dowodem na to, że mam nie po kolei w głowie, mam nierówno pod sufitem, nie mam dobrze poukładane w głowie, nie mam wszystkich klepek, mam kota, żeby zaoszczędzić sobie co brutalniejszych określeń. Ale jak mogłoby być inaczej, skoro w wieku czterech i pół lat spadłem z II piętra. Zdecydowanie na łeb. Czyli tutaj w moim przypadku najwłaściwszym i adekwatnym określeniem jest "upaść na głowę". Gdy ktoś nie wierzy, z ekshibicjonistyczną przyjemnością pokazuję sporą bliznę po lewej stronie czoła. Charakteryzuje się ona też tym, oprócz oczywistej struktury skóry, że w czaszkokości jest pewne wgłębienie i na pewno od dziecka ta czaszkokość musiała naciskać i naciska na mózg, a to by w zasadzie wyjaśniało wszystko. Oczywiście mózg jako twór miękki i galaretowaty musiał w tym miejscu ustąpić, może nastąpiła pewna forma jego przemieszczenia się i być może otorbienia i ostatecznie dał sobie radę, ale przecież przy upadku zdrowo musiało nim telepnąć, więc tak do końca nie wiadomo, co się z nim stało. Raczej dla psychiki nic dobrego. Że też, mimo tego, wyrosłem na jakich takich ludzi?...
Gdy jednak ten ktoś nadal nie wierzy pukając się po głowie, nomen omen, To niemożliwe!, brutalnie podkasowuję(?) (podkaszam?, podkasam?, podwijam, podciągam) lewy rękaw, by na całej lewej ręce pokazać głębokie blizny po czterech skomplikowanych złamaniach (złamane kości przebiły wszystko, co się dało - groziła mi wówczas amputacja lewej ręki). Lewego uda nie pokazuję (też skomplikowane złamanie), bo po pierwsze, o dziwo, nie ma śladu, a po drugie w moim wieku robiłoby się to niesmaczne i może niehigieniczne. Wiem jedno - jeśli nawet po obejrzeniu ręki oglądający nadal jest niedowiarkiem, to po moich natychmiastowych próbach odsłonięcia lewego uda, gwałtownie zaczyna wierzyć. Zwłaszcza panie.
 
O 06.45 znowu napisał Po Morzach Pływający. Zupełnie nie odniósł się do procentów. Może uznał wyjaśnienie za wystarczające, a może go ono przerosło.
Zgadzam się, że pojęcie piękna w zabetonowej posesji jest dziwne, ale niestety tak to wygląda...
Trawnik jak na Wimbledonie, żadnych liści, wszechobecne tuje, parę kwiatków i zapach betonu latem.
Uwielbiam wszystko co skandynawskie / filmy, książki/ rewelacja i ta mroczna oraz dołująca atmosfera 😁
PMP (pis. oryg.)
Zareagował za drugim razem Ciekawe. dzięki. No i napisał, gdzie jest.
Teraz stoimy na kotwicy tzw Wandelaar area czyli po prostu jakieś miejsce podlegające jurysdykcji Belgii.
Wyszło mi, że są na pozycji 51°22'60.0"N 3°03'00.0"E
 
Wszystko dzisiaj było wczesne i przyspieszone. Zaraz po I Posiłku zjedzonym w sporym biegu wyjechaliśmy o 09.30. Przewidując naszą sporą nieobecność, klucze do Tajemniczego Domu zostawiliśmy Sąsiadce z Lewej. W południe miała wypuścić Pieska na siku i dać mu trochę jeść, żeby mu się dobrze kojarzyło.
Dojazd do Uzdrowiska V przebiegał bez problemów do czasu, aż musieliśmy się przebić przez ohydne duże miasto, przy którym to uzdrowisko leżało. Pobłądziliśmy dwa razy mimo prowadzącej nas nawigacji. Zresztą nie mogliśmy mieć do niej pretensji, bo prowadziła dobrze, tylko że w kulminacyjnym, docelowym miejscu się zagapiliśmy, potem omyłkowo wjechaliśmy na czteropasmową obwodnicę, a te mają to do siebie, że owszem można zawrócić, ale na najbliższym węźle. A te nie są konstruowane co kilometr, dwa. Więc wyrzuciło nas sporo poza miejsce docelowe i trzeba było całą polkę zaczynać od nowa. Sporo frustracji.
Potem już jednak wszystko szło jak z płatka. No, może tylko wyraźny ziąb (zero, może nawet już minus) dawał się we znaki. 
 
Uzdrowisko V zrobiło na nas duże wrażenie. Pozytywne. Ja chyba byłem pierwszy raz, Żona ponoć dawno, tak że wszystko było dla nas nowe. Fascynujące było to, że mimo że to uzdrowisko, to jednak zupełnie inne niż Uzdrowisko. Były oczywiście wspólne cechy, które raczej dotyczyły funkcji różnych obiektów i parków, ale poza tym to wszystko. Praktycznie żadnego wzajemnego zewnętrznego podobieństwa. Pora roku, najsłabsza turystycznie, wcale nie spowodowała, że życie się tylko tliło.
Adekwatnie sporo ludzi, mieszkańców i turystów, pootwierane restauracje i kawiarnie, żadnej schyłkowości.
Pobyt był intensywny, w sumie męczący i spalający psychicznie, więc w końcu zatrzymaliśmy się w kawiarni, by się ogrzać wnętrzem i napojami rozgrzewającymi oraz uporządkować myśli. Było o tyle fajnie, że ta kawiarnia należała do całej sieci Stylowych, więc czy mogliśmy pójść gdzie indziej? Fakt, że malutka, ale przecież z różnymi wspólnymi elementami (emelentami) wystroju, no i z takim samym menu, siłą rzeczy jednak ograniczonym względem naszej potężnej Stylowej. 
Ledwo upiliśmy po łyku, gdy zadzwonił do Żony Sąsiad Filozof z tekstem No, i już zostałem sam. Zatkało nas. Nie wiedzieliśmy, jak zareagować, więc poprosiliśmy go o rozmowę  za jakieś trzy godziny Bo teraz za bardzo nie da się swobodnie rozmawiać i my zadzwonimy. Sąsiad Filozof, jak to on, nie robił problemu.
- Chyba umarła Krysia?... - Żona patrzyła na mnie nie wierząc, że wypowiada takie słowa. 
Nie mieściło się nam to w głowach i je odrzucaliśmy zdając sobie sprawę z nieuniknionego, ale ciągle się przed tym broniąc. Chcieliśmy się jeszcze przez kilka godzin łudzić.
 
W Tajemniczym Domu byliśmy o 16.00. Ledwo się ogarnęliśmy, dzwoniliśmy do Sąsiada Filozofa. Nie byliśmy w stanie dłużej czekać.
Sąsiad Filozof wszystko nam zrelacjonował, w swoim stylu, spokojnie, bez żadnych wahań nastroju, z niesamowitym dystansem do tego, co się wydarzyło.
- Gdzieś w okolicach sierpnia tego roku(!) pojawił się na szyi Krysi mały guzek, który się powiększał. - Najstarsza córka lub zięć przyjeżdżali po nią i zabierali ją do siebie, do Innej Metropolii, gdzie w szpitalu była badana. - I nie było żadnej diagnozy. - Tak to trwało, a Krysia była coraz bardziej słaba. - W ostatnich dniach córka przyjechała po nią  kolejny raz. - W szpitalu znowu ją badali, jakieś rezonanse... - Wyniki miały być w poniedziałek. - Jeszcze w niedzielę z nią rozmawiałem.
- W poniedziałek nawet się zdziwiłem, gdy usłyszałem na podwórzu głosy dwóch córek. - Przywiozły mi wiadomość, że mama zmarła. - Nie chciały telefonicznie. - Zmarła na oczach starszej córki. - Siedziała na kanapie i nagle się osunęła. - Córka myślała, że zemdlała. - Lekarz z wezwanego pogotowia stwierdził zgon. - Krysia miała 72 lata. 
- A kiedy będzie pogrzeb? - pytaliśmy nie wierząc, że o to pytamy. 
- Chyba w sobotę, bo z Londynu musi zdążyć przylecieć najmłodsza córka. - Krysia kazała się skremować, bo nie chciała, żeby jadły ją robaki.
Jakbyśmy ją słyszeli. Do bólu rozsądna, jeśli w ogóle jest to odpowiednie słowo. 
- A zostanie pochowana w Powiecie?
- Nie, ten cmentarz jej się nie podobał. - Zostanie pochowana w połowie drogi między Powiatem a Inną Metropolią.
- Bo wszyscy będą mieli w miarę blisko, gdyby chcieli odwiedzić mój grób... - zaznaczyła.
 
Do końca była Sąsiadką Realistką. Przyjmowała wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Była taka "pierwotna" zawsze żyjąc w zgodzie z naturą.
- Cieszcie się z każdego dnia - powtarzała, gdy psioczyliśmy i narzekaliśmy na ciemnicę listopadowo-grudniową - bo to jest coraz bliżej końca. - Grudzień zleci, święta, a potem tylko lepiej. A wieczorami, gdy już wszystko obrobię, czytam, bo latem się nie da. I idę wcześniej spać.
Psem, owczarkiem niemieckim, zajmowała się po swojemu. 
- Ma budę, musi być na łańcuchu, żeby gdzieś nie uciekł, bo mało to już miałam ze zwierzakami nieszczęść?... - Ma dostać jeść i pić, i musi wychodzić ze mną na spacery, bo inaczej na tym łańcuchu to by zgłupiał. - Pies w domu? - W życiu! - odpowiadała, gdy ją podpuszczaliśmy dając za przykład nasze. - Żeby mi się panoszył po kanapach i rozsiewał kłaki?!...
- Jestem wykończona - powtarzała co roku - gdy w wakacje przez dwa, trzy tygodnie musiała czterem wnukom od swych córek codziennie gotować i o nich dbać, bo przecież nie Sąsiad Filozof.  
Tłumaczyliśmy jej, że to przesada, że powinna choć trochę odmówić. Patrzyła na nas, jakbyśmy prawili herezję. Wiadomo, że jest babcią, że wnuki chcą przyjechać na wieś i że tak jest i tak być musi. 
Gdy krowa wlazła jej do foliaka i zżarła wszystkie krzaki pomidorów z dorodnymi już, jeszcze, co prawda, zielonymi owocami, nie narzekała.
- Zerwała się, bo ją musiałam na łące za słabo przypiąć.
Ja tę wiadomość źle zniosłem wyobrażając sobie, że to się stało na moim ogródku, na którym na pomidory chuchałem i dmuchałem, i które były moją chlubą. Mógłbym z wściekłości takiemu bydlęciu zrobić krzywdę. 
Ale gdy Szwed skrycie im wyrwał kilkunastoletnie świerki z rogu ich posesji, nie mogła przez trzy dni dojść do siebie płacząc co chwila. Bo to była krzywda zadana przez człowieka. Ona z mężem byli takimi ludźmi, że nigdy nikomu by nie zrobili krzywdy, więc w głowie się im nie mieściło, że ktoś mógłby zrobić im.
- A wiecie, teraz to już nie to samo... - opowiadała, gdy w końcu zięciowie nie mogli na to patrzeć i zrobili im w domu pełnowymiarową łazienkę. - Pewnie, że wygoda, zwłaszcza zimą. - Ale przedtem, gdy letnią nocą musiałam wyjść do sławojki... - To niebo, gwiazdy, księżyc i świerszcze...
 
Krysię, niestety, dwa razy doprowadziłem do płaczu, z czego wcale nie byłem wówczas dumny, a teraz... szkoda mówić. Była kompletnym antytalentem technicznym, co było bardzo łatwo zauważyć przy lada jakim tłumaczeniu działania najprostszych mechanizmów. Tu newralgiczna sprawa dotyczyła zaworów w prysznicowych kranach. Gdy wyjeżdżaliśmy na dłuższy czas, ona i Sąsiad Filozof sprowadzali się do nas. Przynosili podstawowe manele (manatki, bambetle, klamoty) i u nas spali korzystając z dobrodziejstw cywilizacyjnych, zwłaszcza z łazienki, bo to był okres przedzięciowej mobilizacji, by teściom w końcu... Sąsiad Filozof zawsze podkreślał ze śmiechem, że wtedy też zabiera żonę na wakacje. 
Przed wyjazdem tłumaczyłem Sąsiadce Realistce, jak krowie na rowie, że te zawory w prysznicu, to już nie są te z czasów komuny, które trzeba było dobrze dokręcać, żeby nie ciekło. Nie wchodziłem oczywiście w szczegóły, że na końcu takiego zaworu była okrągła gumowa uszczelka, która z biegiem czasu na skutek dokręcania i ściskania jej się wyrabiała, z kranu zaczynało cieknąć i trzeba było gumkę wymienić.
- Krysiu... - tłumaczyłem oszczędnie - gałkę, jedną i drugą, wystarczy tylko lekko dokręcić i już. 
Kiwała głową ze "zrozumieniem" . Nie wchodziłem przecież w tłumaczenia, że teraz, tam w środku jest delikatna głowica ceramiczna, a nie ten stary typ "uszczelkowy" i łatwo przy dociskaniu "na chama" spowodować, że pęknie i będzie ciekło.
Krysia po wziętym prysznicu musiała jednak dokręcać "na chama". Działały stare przyzwyczajenia. Bo skoro ciekło z prysznicowej słuchawki?... Co z tego, że to były resztki wody z węża?...
Gdy wróciliśmy po wakacjach, z baterii ciekło, więc się zirytowałem (eufemizm) i ponownie Krysi "tłumaczyłem". Przestałem, gdy się rozpłakała. Cholera!...
Głowicę oczywiście wymieniłem (była ewidentnie pęknięta) i było dobrze do następnego wyjazdu, za jakiś dłuższy czas. Polka zaczynała się od nowa - moje tłumaczenie, Krysi kiwanie głową. I co z tego?
Gdy wracaliśmy, z baterii ciekło. Znowu się zirytowałem (eufemizm), "tłumaczyłem" doprowadzając Krysię do płaczu. Cholera! I znowu wymieniałem głowicę.
Dobrze nie pamiętam, ale zdaje się, że w czasie naszej kolejnej nieobecności Krysia od razu zastrzegła, że już z prysznicu korzystać nie będzie. Nie pomogły moje kolejne tłumaczenia. Gdy wróciliśmy, z baterii nie ciekło. A potem zięciowie zrobili swoje i temat odszedł w zapomnienie, aż do teraz... Ciekawe te mechanizmy pamięci. Na skutek mocnych impulsów wydobywają się z niej dziwne wspomnienia.
Czy żałuję, że wtedy się na nią półwydzierałem? Tak. Zresztą żałowałem wtedy od razu, ledwo się rozpłakała. Czy bym zrobił to ponownie? Chyba tak, bo było to ponad moje siły i cierpliwość. 
 
- A jak się czujesz? - zapytaliśmy Sąsiada Filozofa zwyczajowo, czyli w takim przypadku debilnie, bo jak ma się czuć?
- Jakby mnie coś walnęło obuchem! - Całkowicie jestem otępiały. - Łapię się co chwilę na tym, że chcę o coś zapytać Krysię... - Wiecie, byliśmy ze sobą 50 lat. - We wszystkim się zgadzaliśmy, można powiedzieć, że się dobraliśmy. - Jedyne co, to ona chciała spać w zimnym, a ja w ciepłym. - Ona otwierała okno, ja zamykałem... - nawet się uśmiał na to wspomnienie. - Dobrze, że przez kilka dni jest jedna z córek, to mi łatwiej i nie czuję tak pustki. - Ale gdy wyjedzie?... - Mieszkam z synem i jakoś trzeba będzie dać sobie radę. - zakończył nadal w swoim stylu. 
Bo co tu gadać?...  Jest jak jest. Godne pozazdroszczenia. Ale natychmiast zaczęliśmy się o niego martwić, mimo że przecież nas też walnęło obuchem. A może właśnie dlatego... Bo jednak i zawsze jest okrutne, że człowiek był i nagle znika. 

Krysiu, dziękujemy ci za te wspólne lata spędzone w Naszej Wsi, za te niezliczone chwile, z których czerpaliśmy zdroworozsądkową wiedzę, za pomoc, na którą zawsze mogliśmy liczyć (motto Sąsiada Filozofa - Lepszy dobry sąsiad niż brat za granicą), za wsparcie, którego nam udzielałaś w różnych, trudnych dla nas chwilach, za wspólne spacery z pieskami, za rozmowy, różne, w tym ogródkowe, za pyszne mleczko, kefiry, zsiadłe mleko, niepowtarzalne masełko oraz jajka, takie wielkością od Sasa do Lasa, wszystkie smakowe, za grzybki, borówki i jagody. I za pyszny, grudkowaty sernik.
Mieliśmy szczęście, że sprowadzając się do Naszej Wsi i rzucając się wtedy, my, mieszczuchy, na głęboką wodę, spotkaliśmy Ciebie i Twojego męża i że los tak wspaniale nam i Wam dał taką okazję, że staliśmy się Sąsiadami. Zawsze to docenialiśmy i zawsze będziemy pamiętać. 
Krysiu, cześć Twojej pamięci!
 
Wieczorem zdecydowaliśmy się rozpocząć oglądanie amerykańskiego serialu z 2024 roku A man on the inside. Polski tytuł Tajny informator.
Serial (komedia) zapowiada się ciekawie, chociaż narracja jest jakby przyspieszona, a więc uproszczona, a to nas zawsze drażni. Bo pachnie płaskością. Tu jednak może musi tak być i nie ma to nic wspólnego z płaskością. Zobaczymy...
 
ŚRODA (19.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po dwóch kiepskich nocach organizm zachował się przyzwoicie. Czułem się wyspany.
Wczorajsze hasło "Trzeba się z tym wszystkim przespać" pomogło o tyle, że do wrażeń z wycieczki nabrałem dystansu. Nie zdążyły oczywiście zblaknąć, ale przypominałem je sobie spokojnie. Za to do śmierci Krysi tak się nie dało i nie mogło się dać. Smutek i otępienie nadal tkwiły.
Rano trochę pisałem, a potem cyzelowałem ostatni wpis. Bez zwykłej energii.
 
Niespodziewanie wybuchła drobna afera z Sąsiadami z Lewej. Wyjechali na jedną noc w jakichś sprawach do siostry Sąsiadki z Lewej. I zostawili syna, chyba teraz siedemnastolatka. A on, nie dość, że siedemnastolatek, to jeszcze dziwny, żyjący w swoim świecie. Taki Wnuk-II. Nawet włosy tak samo bardzo długie i podobna rozmowność. Zostawienie takiego osobnika samego w domu z miejsca pachnie problemami. Chociażby Fafik... Była 09.00, a on zwyczajowo powinien już od dobrej godziny drzeć mordę wypuszczony po nocce spędzonej w garażu.
Sąsiadka z Lewej prosiła smsem wysłanym do Żony, abym poszedł do nich, długo dzwonił, dopóki syn się nie obudzi, bo na pewno śpi Bo dzwonię do niego, a on nie odbiera. A ma lekcje online. Wyszedłem błyskawicznie, bo co, jak co, ale lekcje!... Dzwoniłem ze trzydzieści razy, darłem się jego imieniem i gwizdałem na palcach. Bezskutecznie, chociaż, jak się za chwilę okazało, spał na I piętrze od ulicy.
Żona smsem zrelacjonowała moje wysiłki. Na to Sąsiadka z Lewej upoważniła mnie do wejścia do ich domu, wytłumaczyła, gdzie jest klucz i Syn śpi na samej górze w pokoju po prawej stronie.
Na posesję wszedłem od strony Bystrej Rzeki. Klucz okazał się kluczem do drzwi od strony ogrodu (a nie do drzwi głównych) prowadzących do przyziemia, do kuchni. W domu Sąsiadów z Lewej byłem pierwszy raz. We wskazanym pokoju w pierwszej chwili wydawało mi się, że nikogo nie ma, tak ciało nastolatka było wtopione w łóżko i w kołdrę. Budziłem brutalnie. Oczywiście nastolatek, jako żyjący w swoim świecie, niczemu się nie dziwił, a na pewno nie mojej obecności. Natychmiast, mając doświadczenie w nastolatkach, kazałem mu dzwonić do matki i przypomniałem mu o lekcji online. I czekałem, dopóki nie stanie na nogach, nomen omen. Dopiero wtedy mogłem spokojnie wyjść informując go, że klucz zostawiam tam, skąd wziąłem.
Za jakiś czas Sąsiadka z Lewej dziękowała, a gdzieś o 10.00 usłyszeliśmy miły dla ucha kretyński szczek Fafika. Biedny pies... Dwie godziny w plecy w obszarze szczekania. O sikaniu i innych sprawach nie wspomnę.
 
Po I Posiłku, żeby jakoś wyciszyć myśli o Krysi, musiałem zastosować antidotum w postaci fizycznej pracy. To prawdziwe zbawienie. Narąbałem sporo szczap z obu frakcji, nanosiłem bierwion, ale tak naprawdę przyjemnie w kość dało mi rozwalanie europalety. "Odzyskane" deski idealnie nadają się na szczapy, drugą frakcję. Trzeba było zastosować brechę do podważania desek, a potem do żmudnego wyciągania licznych gwoździ, o tyle wrednych, że pierścieniowych, ryflowanych. A te tak łatwo nie dają się wyciągnąć. Nie po to są ryflowane pierścieniowe. Spociłem się jak mysz (etymologia powiedzenia „spocić się jak mysz” pochodzi od obserwacji, że wystraszona mysz, zamknięta w dłoni, staje się wilgotna, a jej futerko zlepia się).
I wróciłem do pisania. Gorycz jednak ciągle we mnie tkwiła. U Żony też. Staraliśmy się tylko delikatnie i krótko wspominać Sąsiadkę Realistkę, żeby nie rozjątrzać. 
 
Po II Posiłku uciekłem w onan sportowy licząc na to, że skuteczniej odciągnie myśli. Trochę się udało, ale najbardziej pomogła rozmowa z Synem. 61 minut. Trochę długo jak na to, że obaj nie przepadamy za rozmowami telefonicznymi. Zaskoczył mnie, gdy mu zrelacjonowałem wczorajszą naszą wycieczkę i jej cel. Okazało się, że w tych terenach był z całą rodziną w Święto Niepodległości i bardzo mu się podobało. Ale w samym Uzdrowisku V nie byli.
- Tato, nie wiem, czy wiesz, że w niedzielę przyjeżdża do nas wujek.
Nie wiedziałem. Rozmowa najpierw zeszła na omawianie różnic między pokoleniami w pojmowaniu czasu i obowiązków z uwzględnieniem jednostkowych przypadków, w tym w szczególności Brata.
- Wujek nie mógł zrozumieć, że nie można się umówić na daną niedzielę i że w końcu udało się dopiero na piątą. - Wujek - zapytałem retorycznie - w twoim mieszkaniu, ile żyje osób? - Jedna, prawda? - A u nas sześć. - To komu łatwiej jest cokolwiek ustalić? - Nie robił problemów, bo po pierwsze przyszpilony logicznym kontratakiem, natychmiast się wycofał, a po drugie taki jest, że się wycofuje.
- A mogę przyjechać ze znajomą, sąsiadką z tego samego bloku? - zapytał. - Z chłopakami pękaliśmy, gdy wyjaśniał kto to i skąd ta znajomość.
- Bo to jest pani lat 72, miła, poważna i stateczna, a nie jakaś sześćdziesięciolatka! 
Obaj z Synem stwierdziliśmy, że to super, że Brat poznał tę panią. Syn dodatkowo podziwiał, że tak można w tym wieku (przypomnę - Brat ma 70 lat, w styczniu 71). Wcześniej z opowieści Brata wiedziałem, że poznali się przypadkowo i szybko okazało się, że mieszkają w jednym bloku i że dzieli ich tylko jedna klatka schodowa.
- To może się zapoznamy? - zaproponowała wówczas ta pani. Maria, zdaje się, ale nie jestem pewien.    - Pan jest samotny, ja jestem samotna...
I tak to się zaczęło. Teraz odwiedzają się często, ona zaprasza go do siebie na obiady, a on ją. I znajomość się coraz bardziej zadzierzgnowywuje(?). 
- Tato, wujek mi powiedział, że ostatnio ona i jej syn, major Wojska Polskiego, zaprosili go na obiad do restauracji. - To super, że ludziom w tym wieku chce się nawiązać nowe znajomości i dać odpór samotności!... - nadal podziwiał.
Potem rozmowa zeszła na śmierć Sąsiadki Realistki. Opisałem wszystko, czego dowiedzieliśmy się z Żoną od Sąsiada Filozofa. No i nieuchronnie zaczęliśmy gadać o szczepieniach covidowskich, w których my, Żona i ja, oraz Syn upatrujemy wiele złego, żeby nie powiedzieć samo zło dla zdrowia.
- Oni nie chcieli się szczepić, bo mieli zdrowe i rozsądne podejście do sprawy, zresztą jak do wielu innych, ale dzieci ich namówiły i na nich wymogły. - Teraz się nigdy nie dowiemy, ale to nie mogło przysłużyć się zdrowiu Sąsiadki Realistki. - nakręcałem się.
Syn również się nakręcał opowiadając o koledze z lat dziecinnych i obecnych, czyli o Przyjacielu Syna, który wraz z żoną i pięciorgiem dzieci mieszka w Monachium, a którego znam oczywiście od momentu urodzenia.
- Po co szczepiliście dzieci? - pytałem go oburzony.
- A tak na wszelki wypadek... - usłyszałem. - Tato! - Dzieci, z zerową zachorowalnością na Covida i pełną odpornością!...
 
Zaczęła nas dopadać przedwczesna schyłkowość. Na górę zawitaliśmy wcześniej  niż "normalnie".
Ograniczyliśmy się tylko do obejrzenia jednego odcinka serialu Tajny informator. Stwierdziliśmy, że będziemy jutro oglądać kolejny i po nim zadecydujemy ostatecznie.
 
CZWARTEK (20.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Nic dziwnego, skoro wczoraj spaliśmy już o... 19.20.
Żona miała powód, bo w pewnym momencie, w trakcie łażenia po Uzdrowisku V przemarzła, więc postanowiła wcześniej w łóżku się wygrzewać, ale ja?... Jedynym wytłumaczeniem była konieczność "przespania się" się z goryczą i smutkiem. 
Po porannym rozruchu od razu pisałem. Czułem, jak czas powolutku pracuje w kierunku osłabiania goryczy. Wystarczyło jednak, abym wspomniał jakieś sceny związane z Sąsiadką Realistką, aby natychmiast budził się gwałtowny bunt. I trzeba było siły woli, żeby myśli odciągnąć gdzie indziej. 
 
Normalny poranny rytm sam zakłóciłem wracając do naszej wycieczki i do oglądania zdjęć. Żona nie mogła pozostać obojętna na tak jawną prowokację i natychmiast porzuciła swoje 2K+2M. Więc dzieliliśmy włos na 16, jak na mnie na bardzo dużo, oglądając zdjęcia i dyskutując, czyli w sumie bijąc pianę. Ale to nam poprawiało nastrój.
 
Po I Posiłku sam pojechałem w Uzdrowisko w sprawach i na zakupy do City. Żona wolała nie ryzykować wychodzenia na dwór po wtorkowym przemarznięciu. Zakupy stały trochę pod kątem przyjazdu za tydzień Gołąbeczków i Kolegi Inżyniera(!). Najpierw kupiłem dwie skrzynki Socjalnej - niegaz, a potem odebrałem pranie. W "naszym" sklepie, w którym Pan zawsze bierze tyle boczku słoniny nie było. A po co nam słonina? Dzisiaj, gdy wypuszczałem Pieska na poranne siusianie i czekałem na niego na tarasie, zobaczyłem po raz pierwszy w tym roku z 10 słodkich, bardzo ruchliwych sikorek. Gdy mnie ujrzały, wszystkie pierzchły, ale, ponieważ stałem nieruchomo, szybko wróciły w to samo miejsce. A jakie to było miejsce? Ano to, w którym dokładnie rok temu wisiały piękne i pyszne dwa połcie słoniny
(słowo "połeć" pochodzi od prasłowiańskiego rdzenia oznaczającego "rozcięcie na dwoje" i jest blisko spokrewnione z "połową" oraz "połtą". Pierwotnie mogło oznaczać duży kawał, plaster, na przykład mięsa, co można wywieść ze słów takich jak połtina (połowa) w języku ruskim).
No, niestety, wzruszyłem się. Nie znam się na sikorkach, ale czyżby to były te same co sprzed roku? I czyżby, szelmy, zapamiętały to miejsce. Musiałem natychmiast zaopatrzyć się w słoninę, żeby nie zraziły się do miejsca i żeby "nie pomyślały", że robi się je w bambuko. Raz tak, raz inaczej. Takie ptaszki debilnych ludzkich "finezji", niekonsekwencji, nie są w stanie zrozumieć. Jak zresztą i inne zwierzęta.
- No chyba, że sikorki lubią wędzoną słoninę?... - odparła pani, bo nie omieszkałem wyjaśnić, do czego jest mi potrzebna przewidując jednocześnie, że mogą mi wcisnąć jakiś syf. 
Pani uczciwie syfu mi nie wciskała.
- A nie, nie! - zaprotestowałem w imieniu sikorek. - Nie będę ich truł! - Wystarczy, że truję sam siebie. 
 
Słoninę dostałem w City w Carrefourze. Pani mocno się przejęła słysząc, że to dla sikorek.
- Ale wie pan, ja mam tylko takie cienkie plastry...
- Zapewniam panią, że one na tym się nie poznają i będą zachwycone... - Ten kawał proszę mi przekroić na pół, żebym mógł zwiększyć dostępność, bo sikorki sikorkami, ale jednak brutalna konkurencja. 
Dwie stojące za mną klientki się podśmiechiwały. 
Reszta zakupów była banalna, taka bez emocji, powtarzalna, dla nas. No może z wyjątkiem francuskich wytrawnych cydrów bio, które Żona bardzo lubi i które mogą mieć znaczenie za tydzień, gdy przyjadą goście.
 
Może jeszcze jakieś znaczenie miały zakupy w Leroy Merlin. Płyn do czyszczenia szyb kominkowych był banalną formą zakupów, ale już CuSO4 tchnęło chemiczną finezją. Ponoć katalizuje spalanie sadzy w ciągach kominowych. Może i tak, ale nie o to chodzi. Każdy zwykły chemik wie, że przy jakościowej chemicznej analizie wystarczy w badaną ciecz zanurzyć platynowy drucik i za chwilę wsadzić go w płomień palnika Bunsena. I jeśli ogień zabarwi się na efektowny niebiesko-zielony, turkusowy kolor, to nawet dziecko będzie wiedziało, że muszą tam być związki miedzi. A jeśli nawet nie będzie, to i tak efekt jest niepowtarzalny. Bo przecież atawistycznie jesteśmy przyzwyczajeni do "normalnego" koloru ogniowych płomieni. A tu takie czary. 
Robaczki, gdy były u nas w Wakacyjnej Wsi, codziennie rano, ze swoimi mleczkami, we dwoje siadały na jednym fotelu przed kozą i patrzyły się na czary, jak urzeczone. Na zawsze zostanie mi w pamięci widok dwóch małych, słodkich, nieruchomych, ludzikowych plecyków.
Nawet na dorosłych robi to wrażenie, jeśli oczywiście nie zagubili elementów (emelentów) cech dziecka i jego wrażliwości.
 
Po powrocie i rozpakowaniu zakupów, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, pisałem. Nawet odważyłem się pisać o Krysi.
Po II Posiłku nadal pisałem nie zaglądając dzisiaj wcale do onanu sportowego. 
Wieczorem obejrzeliśmy trzeci odcinek serialu Tajny informator. I stwierdziliśmy, że dalej nie będziemy oglądać.
- On mi jest zupełnie obojętny... - podsumowała Żona.
Zgodziłem się, bo we mnie też nie budził żadnych emocji, ani wte ani wewte. Co więcej, przyłapałem się na tym, że, z wyjątkiem pierwszego odcinka, kiedy kierowała mną naturalna ciekawość, drugi i dzisiejszy oglądałem w takim nieprzyjemnym stanie półzasypiania, a przecież nie o to chodzi przy oglądaniu.
Tedy czekają nas kolejne poszukiwania.
 
PIĄTEK (21.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Oczywiście 20 minut przed czasem, ale nie chciało mi się  już spać. Żona była na dole już o 06.40. Zaraz po tym, jak się wyrobiłem.
- A bo wczoraj wcześniej usnęłam... 
Po pisaniu "wróciłem" do onanu sportowego. 
 
Po I Posiłku zadzwonił Syn. Chciał się podzielić standardową i sztandarową wieścią, jaką uzyskał od Brata, a którą reprezentowała (Mama) i reprezentują pewne rodzinne kręgi. Na zasadzie Nie w Moskwie, a w Leningradzie...
Otóż twój brat, a mój wujek, czyli stryj - zaczął ubawiony podkreślając "stryj" - ciężko się przed chwilą zdziwił, gdy z nim telefonicznie rozmawiałem. - Bo twierdził, że wcale w najbliższą niedzielę nie miał przyjeżdżać, a już na pewno nie z tą swoją znajomą, sąsiadką...
Wybuchnąłem śmiechem, a tego wyraźnie Syn oczekiwał zawiesiwszy głos. A potem się wkurzyłem przywołując z pamięci kilka z setek takich sytuacji ze strony mojej rodziny.
- Co to jest za cecha?! - pieniłem się. 
Syn był zadowolony z mojej reakcji i dodał.
- Ale wiesz, tato, potem coś mu zaczęło świtać, przyznał się, że pomylił niedziele i nawet przeprosił.
Uznałem z Synem, że w tej sytuacji zachował się normalnie, a nie szedł w zaparte.
- Najlepsze było to, że twierdził, że jeśli nawet, to z sąsiadką nie miał przyjeżdżać, bo ta miała jechać do syna, do Niemiec, gdzie stacjonuje jego garnizon. - No, po prostu, niczego wcześniej nie wiedząc o tej pani, wszystko sobie sam wymyśliłem.
Tu uzmysłowię jedną rzecz. Ta cecha nie ma nic wspólnego ani u Brata, ani u Siostry ze sklerozą i jej podobnymi. Nie potrafię jej wytłumaczyć.
- Potem zaczęło się najlepsze... - kontynuował Syn. - Ustalanie kolejnej niedzieli, w której stryj mógłby do nas, na pewno(!) sam(!), przyjechać. - I wyszło, że to już będzie po Nowym Roku, bo wszystkie niedziele są zajęte, czego on nie był w stanie zrozumieć i co go oburzało. - Wymieniałem po kolei każdą tłumacząc, dlaczego dana odpada. - I oczywiście opisałem tę, w czasie której ty będziesz i kiedy będziemy przy pizzach obchodzić twoje 75. urodziny.
- A co przeszkadza, żebym wtedy właśnie przyjechał? - zapytał stryj. - Odpowiedziałem, że nic, Ale muszę, wujek, zapytać twojego brata...
Co ja mógłbym mieć przeciwko? Ucieszyłem się.
- Tato, to super, ale czy ty nie zgodziłbyś się przesunąć pizzową imprezę z planowanej wcześniej soboty na niedzielę właśnie. - W niedzielę będzie mogła przyjechać twoja córka z dziećmi, bo z sobotą w związku z Mikołajem miałaby problem... 
- No, oczywiście, że się zgadzam, pod warunkiem, że w niedzielę są czynne pizzerie... - musiałem sprowokować Syna.
- Taaatooo!... - na końcu się jednak załamał, na co liczyłem.
Zdaję sobie sprawę, że do tej kulminacyjnej niedzieli jest jeszcze daleko i że wiele może się wydarzyć, obiektywnie, ale też dlatego, że to moja rodzina...
 
Po I Posiłku z przyjemnością narąbałem szczap i zrobiłem zapas bierwion. I po krótkim pisaniu wybrałem się na basen zaliczając jeszcze po drodze pocztę. Miałem do wysłania dwa drobiazgi.
Do Mańka jedno zbiorowe zdjęcie z naszego ostatniego zjazdu z podpisami wszystkich obecnych, na którym nie mógł być z racji operacji. Chwilę przed długo sobie z nim porozmawiałem o wszystkim (jego stan) i o niczym. Dał mi adres domowy Ale wyślij na adres firmy, bo tam zawsze ktoś jest.
- A co to jest? - dopytywał.
- Nic takiego, zobaczysz! - spławiałem go, skoro to miała być niespodzianka. 
Maniek czuje się dobrze, pracuje(!), ale w styczniu czeka go kolejna operacja, taka już bardziej "kosmetyczna". Po tej "głównej" schudł 15 kg, a ponieważ jest wysoki i nigdy nie był grubawy, to może i dobrze, że następny zjazd jest za dwa lata, bo można byłoby na jego widok nieźle się wystraszyć.
- Byłem słabiutki, jak niemowlę, wszystko na mnie wisiało, ale teraz jest już dobrze i nawet przytyłem 5 kg. 
 
Drugą przesyłkę stanowił roczny kalendarz "365 dni z Maryją". Dla mnie osobiście o 365 dni za dużo, mimo że nie był przecież adresowany do mnie. Ale już sam tytuł na kopercie... Poza tym widniało na niej zdjęcie - w tle jakieś góry, rozmyte, a na pierwszym planie infantylny posążek Maryi, właśnie. To już trzeci taki kalendarz, jaki dostajemy mieszkając w Uzdrowisku w Tajemniczym Domu. Oczywiście jest on wysyłany do poprzednich właścicieli. Do tej pory za każdym razem dzwoniłem po takim incydencie i jemu podobnym do Prominenta. Za każdym razem dziękował bardzo, prosił o przekazanie znajomej, która przesyłkę przekaże im poprzez syna, i obiecywał, że nadawcy niezwłocznie poda ich aktualny metropolialny adres. Dawałem się tak zwodzić przez dwa lata, ale po trzecim kalendarzu "365 dni z Maryją" coś we mnie pękło. Napisałem na kopercie, że ta odbiorczyni "już tutaj nie mieszka", podałem jej aktualny adres i wysłałem. Nie wiem z jakim skutkiem, bo przesyłka była wysłana na podaną przez tajemniczą fundację (rączka w rączkę z Kościołem Katolickim?) skrytkę pocztową w UP w Stolicy. Jeśli za rok przyjdzie kolejny "365 dni z Maryją", to nie wyrzucę do kubła, ale przekażę złośliwie komuś obcemu, a nie wskazanemu odbiorcy. 
Bo ile można? Już w tamtym roku udałem się specjalnie do Urzędu Miasta i Gminy, żeby poinformować, że świąteczne i noworoczne życzenia do Prominenta muszą już wysyłać do Metropolii. I podałem aktualny adres. To są w sumie jednak drobiazgi, chociaż zdaję sobie sprawę, że dla kogoś 365 dni z Maryją, tu bez złośliwego cudzysłowu, może być istotne. Ale jeśli permanentnie (już trzeci raz) przychodzi odnowienie polisy na życie dla Żony Prominenta, to nie jestem w stanie przejść mimo. Skoro nawet wobec kalendarza nie przechodzę.
Ostatnio, jak w przypadku UMiG, nie dałem się już nabrać na gadki Prominenta i jego "niezwłocznie", i zadzwoniłem do firmy ubezpieczającej. Młoda pani najpierw była zdezorientowana, a potem wystraszona, bo dzwonił jakiś obcy facet w sprawie nie jego polisy, którego nijak nie można było zweryfikować. No i najgorsze było to, że wyraźnie trzymał w rękach przesyłkę, nie swoją polisę.
Zacząłem pani podsuwać rozwiązanie.
- Ja tę korespondencję przekażę odbiorczyni, ale teraz podałbym pani jej aktualny adres. 
Była bardzo niechętna, żeby go przyjąć, bo to wiadomo, czy to ten prawdziwy?... A poza tym RODO,
A ona chciałaby do emerytury 
Korzystać z tej synekury.
(to dobrze płatna posada, która nie wymaga większego wysiłku ani zaangażowania. Jest to określenie na wygodne stanowisko, często nazywane "ciepłą posadką", które jest związane z wysokim wynagrodzeniem, ale niskimi wymaganiami pracy. Synonimy tego słowa to m.in. "ciepła posadka", "koryto", "żłób" czy "stołek" )
Ugięła się dopiero wtedy, gdy zagroziłem, że tę przesyłkę, jak i każdą kolejną będę wyrzucał do kubła. 
Żeby ją chociaż trochę uspokoić, zaproponowałem, że podam również numer telefonu do męża odbiorczyni, bo do niej samej nie mam.
- Ale ja ją będę musiała zweryfikować... - usłyszałem i dobrze odczytałem jej Ale jak to zrobić?...
- To może pani zatelefonować do męża, poprosić żonę i ją zweryfikować. - Jak pani myśli?...
- Aha... - odparła z ulgą. 
Oczywiście Żona patrzy pobłażliwie na te moje poczynania, a jeśli któreś ją akurat bardziej wkurzy, to puka się po głowie Że też ci się chce?...
 
Na basenie było łącznie ze mną czterech facetów. Może to i dobrze, bo w przypadku obecności płci żeńskiej człowieka dobiegają różne myśli, co jedna to głupsza, a to przeszkadza w pławieniu się i w relaksie. Poza tym panie mają to do siebie, że pływają w poprzek, nomen omen, i naprawdę trzeba uważać. A dzisiaj czterech facetów, przecież zupełnie się do siebie nie odzywając, czyli niczego nie ustalając i nie umawiając się, pływało bezkolizyjnie wzdłuż, za przeproszeniem.
Po raz pierwszy skorzystałem z jacuzzi i chyba po raz ostatni. Nic ciekawego. Siedziałem w tym bulgotaniu nie czując specjalnie, żeby mi cokolwiek masowało. Nawet jaj nie musiałem osłaniać. Może jedyny plus był taki, że woda była wyraźnie cieplejsza niż w basenie, nawet gorąca. Może to dla stawów i dobre, ale dla jaj już niekoniecznie. Tym bardziej jacuzzi nie powtórzę.
 
Porządnie ogacony (na dworze -2) wróciłem do domu. Przy byle jakiej krzątaninie czas szybko zleciał do II Posiłku, a po nim, do pójścia na górę, jeszcze szybciej, zwłaszcza że "po drodze" zadzwoniła Siostra. A z nią nie da się rozmawiać krótko, mimo że dziesiąty raz rozmawia się o tym samym, żeby nie powiedzieć tymi samymi słowy. Ale to zawsze, z trudem, bo z trudem, rozumiem. Jest to Siostrze potrzebne. Mnie też, ale gdyby chociaż...
Przed pójściem na górę, Żona mnie zaskoczyła proponując, żeby rozpocząć oglądanie... polskiego serialu, czego z definicji nie robimy, chociażby z tego względu, że nie słychać dialogów. Próby jednoczesnego wyświetlania napisów w języku polskim biegnących równolegle do dialogu, tylko pogarszają odbiór, bo oczy latają po całym ekranie (czasami zmyślnie napisy są na dole, a czasami na górze tak, że nie "zdanżam" ich zarejestrować). Najgorsze jest jednak to, że słyszy się wtedy co innego, a czyta co innego. Robi się śmiesznie.
Tym szczęściarzem był miniserial Heweliusz
- Bo ma dobre opinie, wśród nich słyszałam je bezpośrednio od oglądających, no i Tomek Raczek bardzo dobrze go ocenił.
Żona często powołuje się na niego, bo go ceni jako człowieka oraz jego wiedzę, a poza tym, mówiąc kolokwialnie, nigdy nie "przejechała" się na jego opinii. No, a skoro ja też go cenię i lubię... 
Przez I odcinek musieliśmy przebrnąć, zwłaszcza Żona, bo serial zaczął się od tej morskiej katastrofy. Musiało więc być strasznie, mroczno, ponuro i nieszczęśliwie. Było oczywiste, że obejrzymy odcinek drugi.
 
SOBOTA (22.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.30.
 
Planowo. 
Od rana zająłem się onanem sportowym. Było tego niedużo, więc potem zabrałem się za pisanie.
Po I Posiłku zadzwoniłem do Synowej i do Córci w sprawie moich urodzin. Jak nauczyło mnie życie, lepiej na taką imprezę spojrzeć oczami kobiet, bo to wiele upraszcza.
Synowej zakomunikowałem, że ponieważ to ja się wprosiłem, to żadną miarą nie będę jej czymkolwiek obciążał.
- Żadnych tortów, żadnych świeczek!...
Przy torcie się uśmiała, przy świeczkach wyczułem w niej zawahanie.
- To nie chcesz żadnych ciast? - zdziwiła się.
- Nie, dziękuję.
I powtórzyłem śpiewkę, że niczym nie chcę jej obciążać 
- Ale ja mam zamiar piec sernik keto...
No, w takiej sytuacji musiałem się poddać. 
 
Z kolei Córcia potwierdziła swój przyjazd w niedzielę, tam i z powrotem Bo, tato, w poniedziałek szkoła. Przy okazji Wnuk-V zapytał wypuszczony przez matkę A, dziadku, czy możemy przyjechać na ferie?
Ustaliliśmy, że grafik feriowo-wnuczkowy zaczniemy układać od Krajowego Grona Szyderców, bo ono w tym czasie nie ma urlopu, a Córci ze swoimi feriami będzie łatwiej się dopasować. Czyli będzie powtórka z rozrywki.
- Tato, mam nadzieję, że w tym roku będą chcieli zjeżdżać na sankach. - Ale gdyby nie, to i tak na śniegu będą mieli radochę. - A, wiesz, co ostatnio do mnie powiedział Wnuk-V ? - Mamusiu, tak sobie pomyślałem, że zjem jeszcze jednego cukierka a potem finito.
Trzy i pół roku...
Dziwne, bo tym razem to Wnuk-V kontaktował się z dziadkiem jako pierwszy. Wnuczka nawet cierpliwie odczekała, ale przecież musiała zaistnieć.
- A wiesz, dziadku, że zapowiadają, że będzie padał deszcz ze śniegiem. - A ja bardzo lubię śnieg. 
Skoro dzieci Córci są wychowywane od początku w "sposób dorosły", to i ja postanowiłem niczego nie owijać w bawełnę. 
(zwrot "owijać w bawełnę" wywodzi się z dawnych praktyk związanych z handlem i transportem bawełny. Ponieważ bawełna była delikatnym surowcem, który łatwo ulegał uszkodzeniu, dosłownie owijano ją w dodatkowe warstwy ochronne, aby ją zabezpieczyć, co stało się przenośnią dla łagodzenia i ukrywania prawdy w wypowiedziach)
- Ale jeśli będzie padał deszcz ze śniegiem, to śniegu nie będzie, bo się będzie topił...
- A nieprawda, bo śnieg powstaje z deszczu! - wymądrzyła się.
Matka musiała interweniować.
- To prawda, ale musi być, na przykład, minus dwa stopnie, a nie, jak teraz, plus dwa. 
Te "surrealistyczne" określenia "minus", "plus", "stopnie" przerosły Wnuczkę, więc się zatkała. Ale tylko patrzeć, jak się odetka i tych określeń będzie używać adekwatnie wymądrzając się oczywiście.
 
Pierwszą połowę drugiej części dnia spędziłem na dworze. Na zapas narąbałem szczapek z drugiej frakcji i powiesiłem dwa połcie słoniny. Według poprzedniego systemu. Najpierw w każdym zrobiłem otwory, żeby móc nanizać sznurek. To niby proste, ale słonina twarda, więc bez młotka i szpikulca obyć się nie mogło. Na umocowanym na gałęziach sznurze zaplotłem stosowne węzły, żeby połcie się nie przesuwały pod wpływem siadania na nich sikorek i uderzania dzióbkami. Bo to niby tylko 14 - 22 g, ale impet uderzenia wynikający z prędkości plus częstotliwość siadania mogłyby połcie połączyć ze sobą i utrudnić sikorkom życie.
Podejrzewam, że sikorki dałyby radę i bez tego, ale człowiek jest tak durny, że w stosunku do zwierząt stara się stosować te same metody co do ludzi, czyli ułatwiać, czyli odmóżdżać. Na szczęście sikorki są mądrzejsze i bez względu na zastosowany przeze mnie system nie dadzą się ogłupić. 
Dodatkowo na pochyłości usunąłem wszystkie suszki. Zaczęło się od nawłoci kanadyjskiej. Przy wieszaniu słoniny stwierdziłem, że ich wybujałe i wysuszone kwiatostany będą sikorkom przeszkadzać, więc w tym miejscu wszystkie wyciąłem w pień.
(wyrażenie "wyciąć w pień" pochodzi od dosłownego znaczenia słowa "pień", czyli zdrewniałej części drzewa, i jest metaforą całkowitej eliminacji).
A skoro już uruchomiłem kombajn i miałem sekator w rękach, żadna suszka w zasięgu wzroku nie miała racji bytu. 
 
Drugi raz kombajn uruchomiłem w drugiej połowie drugiej części dnia. Zabrałem się za wykładziny w holu i na górze, w naszej części domu, przed wejściem do górnego apartamentu. Zwłaszcza ta na dole wołała o pomstę do nieba (kolejne kulturowe wpływy i powiązania biblijno-religijne). Nie dość, że roboczymi buciorami naniosłem nie wiedzieć skąd jakąś smołę, czy coś podobnego o niezbadanym pochodzeniu, a co skutecznie i trwale zostawiło czarne plamy, to jeszcze przez wiele miesięcy nic z tym nie robiłem, chociaż stosowne środki (różne rozpuszczalniki) posiadałem. Żona znielubiła tę wykładzinę, do czego się przyznała dzisiaj właśnie. Cierpiała w milczeniu, a gdy mieli przyjść oglądacze, kładła na tym felernym miejscu jakiś dywanik.
Może i bym się zabrał za czyszczenie wcześniej, ale gdy plamy "powstały" i gdy zadeklarowałem, że je wyczyszczę rozpuszczalnikiem, Żona się obawiała, że będzie jeszcze gorzej.
- W tych miejscach w sposób już nieodwracalny powstaną białe plamy, wykładzina się odbarwi i nic się z tym już nie da zrobić, oprócz wymiany. - Trzeba będzie wezwać fachowca od czyszczenia dywanów.
To mnie zdemoralizowało i zdemotywowało. Wtedy nic nie mówiłem, ale fachowca w życiu do takiego skrawka bym nie zamówił, żeby mu jeszcze płacić kilkaset złotych. 
I taki stan demoralizacji i demotywacji trwał aż do przedwczoraj. Bo nadeszła ciemna pora roku i co tu robić?... Cichcem, przed Żoną, benzyną ekstrakcyjną wyczyściłem plamy. Prawie całkowicie zniknęły. Robota była cicha, ta akurat benzyna najmniej śmierdzi (nawet nie bolała mnie głowa), więc Żona zatopiona w swoim świecie, niczego nie zarejestrowała. 
Ale dłużej nie mogłem działać w konspiracji, więc dzisiaj Żonę zaprosiłem na dół i zadałem pytanie No i co widzisz? Żona wreszcie po dwóch dniach, mimo że chodziła po holu dziesiątki razy, dostrzegła różnicę.
- To wszystko przez ten melanż wykładziny. - Nic nie rzucało się w oczy. - tłumaczyła się.
Była zachwycona Bo myślałam, że już nigdy! 
- Dla mnie mogłoby tak zostać, bo już nic nie widać.
Ale dla mnie nie mogło, bo widziałem niedoróbki. 
- Jeszcze raz przelecę benzyną, a potem całość wyszoruję szmatą nasączoną wodą z detergentem...
- A to może... - nieśmiało zaczęła Żona - ... wyszorowałbyś przy okazji ten kawałek na górze, żeby choć trochę odzyskał świeżość...
Obiecałem, że zrobię, ale z myślą, że za jakiś czas. Skoro jednak uruchomiłem kombajn?...
Praca była żmudna i ... ciężka. Na kolanach szorowałem szmatą niczym nasze matki, babcie i prababcie sprzed stu, dwustu czy pięciuset lat. Bo przecież nie ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Wystarczy się o tym przekonać czytając książki i oglądając filmy o tamtych czasach. A teraz, współcześnie, no proszę...
Uharowałem się nieźle z korzyścią dla zdrowia. No i dla oszczędności kilkuset złotych.
Obie wykładziny przejrzały. A co, kurwa, miały nie przejrzeć?!, że zacytuję klasyka. 
 
Po II posiłku było sporo onanu sportowego i trochę pisania. 
Przed pójściem na górę dyskutowaliśmy o Heweliuszu. Okazało się, że żadnemu z nas nie zależy, żeby go dalej oglądać. Analizowaliśmy dlaczego. Zdania były zbieżne, więc nawet Tomasz Raczek nie  pomógł, a wczorajsza "oczywistość" okazała się taką nie być.
Zaczęliśmy szukać jakiegoś filmu. Stanęło na amerykańskim Babcie z 2025 roku. Dotrwaliśmy gdzieś do jednej trzeciej i zgodnie ustaliliśmy, że wystarczy. Przy czym zdawaliśmy sobie sprawę, że ciekawsza część filmu właśnie może się rozpocząć, ale jednak nic nie wróżyło, że pewna jego płaskość zniknie.
To rozpoczęliśmy francuski z 2025 roku Francuski kochanek. Pewnym magnesem był Omar Sy, którego chyba wszyscy zapamiętali z Nietykalnych, my dodatkowo z Arsena Lupin'a. Obejrzeliśmy może jedną czwartą, resztę odłożyliśmy na jutro, bo zrobiło się, jak na nas, późno. Chyba sam film to nic wielkiego, ale ta francuska lekkość, która jest obecna nawet przy bardzo poważnych sprawach, bardzo nam odpowiada. Nie ma skandynawskiej mroczności i przygnębienia, polskiego patetyzmu, amerykańskiej ckliwości i naiwności, ale nie ma też czeskiego poczucia humoru, w którym nie istnieje żadna świętość. No i poza tym te jasne plany...
 
NIEDZIELA (23.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.20. 
 
Dwadzieścia minut po czasie. Wstawało  się ciężko. 
Od razu po porannym rozruchu (na dworze -5) zabrałem się za onan sportowy, a potem pisałem. 
Po czym w taki ziąb wybrałem się po paczkę (kawa), bo grozili, że za chwile odeślą ją do nadawcy. 
Po I Posiłku zająłem się dziesiątkami drobnych spraw codziennych, a potem uzupełniłem zapas bierwion. Wyraźnie schodzą szybciej.
Mimo ziąbu Żona namówiła mnie na spacer z Pieskiem do Uzdrowiska Wsi. Było nadspodziewanie przyjemnie. Bo świeciło słoneczko i nie wiało.
Po powrocie zaległem na narożniku w salonie. Czytanie nie trwało długo, za to spanie godzinę.
Po II Posiłku skończyłem pierwszą książkę z trylogii autorstwa Roberto Costantiniego Jesteś złem.
Już mniej więcej w połowie dosyć dobrze przewidziałem dwa rozwiązania. Ale nie to zaczęło mnie zrażać do czytania dwóch kolejnych tomów. Uważałem, że historia jest mocno rozdmuchana, zbyt wydumana i, mimo że to przecież fikcja, zaczęła mi doskwierać niewiarygodność. Poza tym autor gmatwał i gmatwał coś, co znacznie wcześniej należało, według mnie, etapami wyjaśniać dla przejrzystości fabuły. Po prostu zapędził się w tym swoim tajemniczeniu wszystkiego. 
Tak więc dalej czytać go nie będę i jutro oddam trzy tomy i zobaczymy co w następnej kolejności. Żona wykryła, że w magazynach biblioteki pojawił się Siembieda, którego oddał jakiś czytelnik/-niczka. 
 
O tej porze roku, teraz, w listopadzie, spostrzegłem, że najtrudniej jest mi przetrwać porę dnia między 17.00 a 18.00. W tym okresie wpadam w nie najlepszy nastrój, taki bardziej depresyjny. Bo jest jeszcze za wcześnie, żeby iść na górę, przeciw czemu zresztą się wewnętrznie buntuję, ciemna czeluść okien odbiera energię i nie pomaga mistyfikacja w postaci ich zasłaniania i za nic nie chce mi się zabierać, chociaż mógłbym jeszcze wiele zrobić. A samo pisanie, czytanie i onan sportowy nie wystarczają. Do tego dokłada się oczywiście stan fizyczny po zjedzeniu II Posiłku, chociaż przecież od wielu, wielu lat się nie przejadam.
Za to już po 18.00 zaczynają się prace zamykające dzień i czasami udaje się nimi zapełnić czas do 19.00 - 19.30. Wtedy z prawdziwą ulgą udaję się na górę.
Ogólnie jest jednak kiepsko.
 
Postanowiłem odważnie tymi moimi stanami podzielić się z Żoną, prawie idealnie przewidując jej reakcję, zwłaszcza że użyłem jakiejś odmiany, przypadku czy formy przymiotnikowej słowa "depresja", a na nie Żona jest niezwykle uczulona.
- To teraz o tej porze będzie tak zawsze? - zapytała zirytowana. - Że będziesz marudził, narzekał?... - Zamiast się cieszyć, że to taka pora wyciszenia, wiele nie musisz robić, możesz poczytać...
- Ale ile ja mam czytać i się wyciszać?... - gwałtownie zaprotestowałem.
- To już będzie teraz tak zawsze?... 
Powtórzyła Żona
Teraz przygnębiona. 
- O matko! - Nic ci nie można powiedzieć! - zareagowałem. - A czy ja powiedziałem, że tak będzie zawsze?! - Tylko tak dzisiaj mnie napadło i po prostu chciałem się podzielić moim stanem i wyżalić, bo niby komu?!...
- A to jednak inna sprawa...
Żona się udobruchała. 
- A może byś wrócił do robienia porządków w piwnicach?...
Chwyciłem się tej myśli, jak tonący brzytwy. 
- To jest świetny pomysł! - Trzeba powiedzieć, że za tą robotą nie przepadam i może dlatego o niej zapomniałem, wyparłem ją, ale przecież nawet tylko godzina pracy dziennie i efekt będzie widoczny gołym okiem. ("widoczny gołym okiem" jest fundamentalny dla mojej psychiki).
- Poza tym - kontynuowałem z entuzjazmem - w piwnicach jest ciemno, czy latem, czy zimą, więc to dla mojego stanu byłoby bez różnicy. - A nawet więcej, bo latem żadna siła nie zapędziłaby mnie do takiej pracy, żeby w tej ciemnicy tkwić, skoro na dworze... - A tak ciemnica na dworze zmyślnie byłaby wykorzystana na ciemnicę w piwnicy!
- Wiesz, że na tych porządkach w piwnicach bardzo mi zależy... - niepotrzebnie dodała.
- Wiem, ale tam pracowałbym, na przykład, co drugi dzień... - wolałem się zaasekurować. 
Poprawiła mi na tyle humor, że na górę zmierzałem z dodatkową niż zwykle energią. Bo fajnie jest mieć jakieś sensowne zajęcie, po wykonaniu którego gołym okiem, dosłownie, widać efekty. A nie jakieś fiu-bździu - rozmowy, pisanie, onan sportowy. Bo co z nich wynika?!...  
 
Wieczorem obejrzeliśmy do końca Francuskiego kochanka. Taka bajeczka.
- Powinieneś być zadowolony, bo od dawna suszyłeś mi głowę, że chcesz taką lekką komedię francuską... - Poza tym ty lubisz takie bajeczki - ona biedna, on bogaty i wszystko dobrze się kończy... - Żona się lekko nabijała przed snem.
Przyznałem, że tak jest. 
Nawet mieliśmy jeszcze siły, żeby wstępnie przyjrzeć się amerykańskiemu serialowi Absentia z 2017-2020. Jutro spróbujemy go napocząć.
 
PONIEDZIAŁEK (24.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu siadłem przed onanem sportowym a potem pisałem. 
Żona mnie zaskoczyła, bo we wczesnym etapie swojego 2K+2M, odezwała się odnosząc się do wczorajszej wieczornej dyskusji. Jedno "M" - milczenie legło w gruzach, ale przynajmniej drugie - myślenie, zawsze tajemnicze, bo nigdy nie wiadomo, co tam Żonie chodzi po głowie, zwłaszcza rano, przynajmniej dzisiaj się wyjaśniło.
- Musimy za dnia jeździć na krótkie wycieczki, kiedy jest jeszcze jasno... - nagle się odezwała całkiem trzeźwym głosem. - Nawet niedaleko... - Pamiętasz, gdy tak robiliśmy w Naszej Wsi?... - Później to była forma ucieczki od Q-Gospodyni... - zaśmiała się.
Zaczęliśmy wspominać i rozmawiać, a raczej monologować. Skończyliśmy na kondycji społeczeństwa i na naszym ulubionym temacie, że rządzić się powinny małe ludzkie jednostki organizacyjne, w obecnym cywilizowanym świecie maksymalnie wielkości gminy (kiedyś plemienia), bo wtedy one najlepiej wiedzą, co danej społeczności jest potrzebne i znacznie trudniej byłoby już zachachmęcić na szczeblu zarządzania różne przekręty i nepotyzm. 
(patrz właśnie aktualnie - pan Zbigniew Ziobro, który uciekł na Węgry przed naszym wymiarem sprawiedliwości, któremu odebrano immunitet poselski, który zdefraudował i/lub ukradł miliony, który został przez kiboli wyróżniony stosownymi transparentami wywieszanymi na stadionach w czasie meczów, i który przy całej swojej początkowej paskudnej oślizłości i przylizaniu był uważany przez panie, chyba z kręgów kółek różańcowych, za najprzystojniejszego mężczyznę w Polsce).
Nawet udało mi się zarejestrować drogę naszych myśli i dyskusji, a o to często trudno. Bo wiadomo wątek do wątku, a potem znowu kolejny i zastanawianie się Ale zaraz, co było na początku, od czego to się zaczęło?...
 
A zaczęło się tak: 
Przez pierwsze pół roku wspólnego mieszkania w Naszej Wsi z Q-Gospodynią panowała sielskość i anielskość. Wspólne posiłki, wycieczki, omawianie różnych spraw, w tym prywatnych, decyzje... Była członkiem rodziny. Jej różne zachowania składaliśmy na karb dopasowywania się do nowych dla niej realiów, konieczności uczenia się, no i wieku. Później te zachowania zaczęły nas najpierw dziwić, by przejść w etap doskwierania nam, naszej irytacji, na końcu już skisłej atmosfery. I po dwóch latach "eksperyment" musiał się zakończyć w nieprzyjemnych, oczywiście, okolicznościach.
W międzyczasie przy różnych prywatnych towarzyskich spotkaniach opowiadaliśmy o częstych, dziwnych zachowaniach Q-Gospodyni, najpierw w formie humorystycznej, później coraz częściej w formie naszego niezrozumienia Jak tak można? traktując te nasze wypowiedzi jako pewną formę anegdot, a potem już formę wentyla, bo powoli zaczęliśmy mieć dosyć.
I na jakimś spotkaniu u Trzy Siostry Mającej, kiedy to w okresie roku przyjeżdżając do Metropolii do Szkoły u niej nocowaliśmy (była już wtedy po rozstaniu się z Konfliktów Unikającym), opowiadaliśmy o kolejnych "wyczynach" Q-Gospodyni, jedna z sióstr, która akurat Trzy Siostry Mającą odwiedziła, wysłuchawszy naszej historii zareagowała:
- No tak, to mieliście darmową siłę roboczą... 
To nas mocno ubodło. Na tyle, że dzisiaj rano, już kolejny raz przez te lata ją wspominaliśmy, jako przykład przedstawicielki tej większości naszego społeczeństwa, najczęściej sfrustrowanego, tej "myślącej" Jeśli ja nie mam tyle krów, co sąsiad, to niech mu powyzdychają, tej hejtującej.
Wtedy staraliśmy się "siostrzyczce" wytłumaczyć bardziej szczegółowo zasady, na jakich Q-Gospodyni mieszkała z nami, że, między innymi, sama chciała Bo marzyłam o życiu na wsi, że nic nie musiała płacić za wyżywienie, że nie musiała dokładać się do mediów, że w sezonie, zwłaszcza, gratyfikowaliśmy ją pewnymi kwotami, że chciała pracować przy przygotowywaniu apartamentów dla gości i nawet pchała się do ciężkiej roboty, jaką było układanie drewna Bo po każdym taki wysiłku spada mi poziom cukru, który z racji cukrzycy codziennie mierzyła.
"Siostrzyczka" jednak wiedziała swoje.
 
Przeszło więc na hejt i na Internet. 
- Tacy ludzie zakładają fałszywe konta, żeby móc bezkarnie pluć jadem. - Większość "odbiorców" nauczyła się nie reagować, ale nie wszyscy. Ci reagujący dają tylko pożywkę.... - Żona się rozwijała.
Stąd już była bliska droga do omawiania kondycji dzisiejszego społeczeństwa i do chorych molochów, na które jednostka ma mały wpływ nawet w demokracji. I jak zwykle podkreślaliśmy siłę małych społeczeństw.
Podziwiałem, że w tak krótkim porannym czasie Żona mogła aż tyle przemyśleć. Przypomnę Henry'ego Forda - Myślenie to najcięższa praca z możliwych i pewnie dlatego tak niewielu ją podejmuje
Współczułem jej, że ma tak codziennie rano, podczas gdy ja równolegle tak bezrefleksyjnie i nieodpowiedzialnie siedzę nad miałkim onanem sportowym.
- Myślę, że musimy pilnować spacerów, które zawsze dobrze nam robią. - zaczęła ponownie przed powrotem do 2K + 2M. - Wieczorem, o tej newralgicznej porze, powinniśmy iść z Pieskiem do Zdroju, bo tam jest "jasno", są lampy.
 
Przed dziewiątą zaczął sypać śnieg. Dość niemrawo, ale przy -3 stopniach dosyć szybko zaczął przeobrażać szary krajobraz w bajkowy. Gdy Piesek zaczął się kręcić, wypuściłem go na ogród. Ponoć ostatnio tak robię według Żony Bo się w tym wyspecjalizowałeś... brała mnie pod włos.
("brać <kogoś> pod włos" to idiom oznaczający manipulowanie kimś poprzez pochlebstwa, wykorzystywanie jego słabych stron lub ambicji, aby osiągnąć swój cel. Dosłownie fraza ta odnosi się do kierunku golenia <przeciwnie do wzrostu włosa>, co może skutkować podrażnieniem skóry, a w przenośnym znaczeniu sugeruje działanie "przeciwko" komuś, ale w sposób podstępny)
Oczywiście na śniegu, na kaflach, Pieskowi rozjeżdżały się łapy, zwłaszcza tylne, a to Pieska zawsze konfunduje. Więc, podczas gdy Piesek robił siku, ja całe przejście odśnieżyłem. Pierwszy raz w nowym zimowym sezonie. 
 
Jeszcze dzień się dobrze nie rozkręcił, jeszcze przed I Posiłkiem, Syn przysłał obiecane zdjęcie. Miałem się nawet o nie wczoraj upomnieć, ale uleciało. Cała szóstka stoi w szeregu z polską flagą, a przed nimi siedzą wpatrzone w nich dwa corgi. Wszystko razem jest poważne i budujące, a zarazem komiczne przez te zmultiplikowane pieski. Zdjęcie jest pokłosiem wycieczki całej rodziny w okolice Uzdrowiska V w listopadzie w Dniu Święta Narodowego.
Wszyscy porządnie ogaceni, z czapkami na głowach, bo wtedy panowała wredna pogoda. Jedynie Wnuk-II, co mnie specjalnie nie zdziwiło, odbiegał od reszty rodziny. Ubrany dość luźno, bez czapki na głowie. Na moją uwagę Syn zareagował:
- Wnuk-II jak wychodzi do szkoły, to ma na sobie koszulkę i na to bluzę. Rozpięta dodam. (...) nie przegadasz, żeby kurtkę założył, czy choćby się zapiął. Takie coś jak czapka w ogóle nie istnieje w jego uniwersum czasowym. Jak sam mawia, pory roku dzielą się na: - lato: i to jest powyżej 0 st.C; - zima: poniżej 0 st. C; Innych nie rozróżnia. Twardy, skautowy, leśny wychów. :) (pis. oryg., zmiany moje) 
 
Po I Posiłku znowu uprawiałem onan sportowy, by w końcu zebrać się i wyruszyć na wycieczkę. Najpierw w jej pierwszym etapie zrobiliśmy drobne zakupy i w bibliotece oddaliśmy trzy książki. I od razu wypożyczyłem kolejne trzy. Wszystkie Maćka Siembiedy. Żona w Internecie trzymała rękę na internetowym pulsie i wyczaiła, że te Siembiedy aktualnie są dostępne. Po Gambicie jestem pełen dobrych myśli.
W drugim etapie pojechaliśmy do Uzdrowiska II, żeby w końcu odwiedzić panią (panie?), która na początku naszego zainteresowania Uzdrowiskiem i Tajemniczym Domem w swojej Kafejce serwowała nam smaczne śniadania i kawę. Dzisiaj w rozmowie wzajemnie się sobie przypominaliśmy. Okazało się, że covid, a potem remont nawierzchni pasażu przy Kafejce, spowodował brak klientów, więc w końcu rodzinnie podjęli decyzję, że całą działalność, tą z Uzdrowiska, i tą, którą równolegle prowadzili w Uzdrowisku II przeniosą całkowicie do tego ostatniego. 
No i cóż my tam dzisiaj ujrzeliśmy? Siedem takich samych domków cztero-pięcioosobowych (po jednym osobiście oprowadziła nas szefowa), każdy z dwiema sypialniami, salonem z aneksem kuchennym, z łazienką i z tarasem, restaurację na 32 osoby z dwoma tarasami, obszerny parking i całą infrastrukturę taką, że w zasadzie w czasie urlopu można się zupełnie nie ruszać z "ośrodka". Dodatkowo banię i saunę oraz spory plac zabaw, bo właściciele są nastawieni na rodziny, przede wszystkim czteroosobowe. 
Zamówione potrawy bez zastrzeżeń. Tak napoje rozgrzewające, smaczne i rzeczywiście rozgrzewające, dania główne w optymalnych ilościach i smaczne oraz deser na spółę bez uwag. I wszystko to tańsze o mniej więcej 40% względem Uzdrowiska.
Wyjeżdżaliśmy w dobrych nastrojach. 
Do domu wróciliśmy po ciemnicy, a ja w żadnym stanie depresyjnym nie byłem. Piesek tym bardziej. Cieszył się mocno na nasz widok, bezinteresownie. Woleliśmy tak myśleć i odsuwaliśmy od siebie tak podłe podejrzenia, że jemu przede wszystkim chodzi o żwaczka i o należny popołudniowy posiłek. 
Przed pójściem na górę pisałem. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił raz.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz jednoszczekiem. W niedzielę po posiłku Pani chciała wypuścić ją na ogród, ale na tarasie wygrzewał się kot Sąsiadów z Lewej. Piesek natychmiast by się rzucił na niego, a to nie byłoby wskazane dla kiszek tak dużej rasy, zwłaszcza po posiłku. Pani musiała kota przepędzić i z odpowiednią zwłoką Pieska wypuścić. Musiał on jednak kota wypatrzeć gdzieś nad Bystrą Rzeką, bo stamtąd dobiegł Żonę charakterystyczny jednoszczek, ku jej zadowoleniu.
Godzina publikacji 18.28.
 
I cytat tygodnia:
Gdybym na początku swojej kariery jako przedsiębiorcy zapytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni. Więc ich nie pytałem. - Henry Ford (amerykański przemysłowiec, inżynier oraz założyciel Ford Motor Company).