poniedziałek, 1 grudnia 2025

01.12.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 74 lata i 363dni.
 
WTOREK (25.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Planowo.
Wczoraj poszliśmy późno spać, jak na nas, bo "dopiero" o 21.30. Swoje trzeba było odespać. Bo nie dość, że obejrzeliśmy pierwszy odcinek serialu Absentia, to potem było nas jeszcze stać na czytanie.
- A zauważyłeś, że wszystkie sceny też były mroczne? - To teraz taka moda, czy co? ... - A taki Zwierz..., ani jednej mrocznej sceny... - Żona śmiała się.
Postanowiliśmy oglądać odcinek drugi. 
Katharsis Siembiedy od razu mnie wkręciło (ciekawe, bo w greckim jest "ta katharsis"). Od samego początku był konkret, opisany, jak u niego, dobrym językiem i natychmiast powstały emocje.
 
Rano trochę siedziałem nad onanem sportowym, a potem cyzelowałem.
Po I Posiłku poszliśmy odebrać trzy paczki, a przy okazji z Pieskiem zrobiliśmy spacer. Było przy + 1 niżowo, ale na szczęście nie padało. Wychodząc z domu zobaczyliśmy, jak Sąsiadka z Lewej zamiata z liści chodnik przed swoją posesją. Pomijając jej dobry motywujący przykład zrobiło mi się głupio, bo nasz chodnik przed Tajemniczym Domem był cały w liściach, a w Polsce przeważają wiatry zachodnie. Piękna Uliczna jest idealnie w osi ich działania, więc "nasze" liście są nawiewane do nich. Głupio trochę. To po powrocie sprzątnąłem chodnik, a z rozpędu całą posesję, ścieżki i podjazd. To już ostatni raz w tym roku, bo na gałęziach pustki.
Ciekawe, że zawsze po tej pracy czuję się zmęczony. Czyżby to przez machanie miotłą? Może i tak, skoro na takim terenie, jak nasz, trzeba machnąć chyba z 500 razy. A przy każdym machnięciu jednak pewną siłę należy włożyć.
 
Pchałem się jak zwykle do otwierania paczek, tym razem mocno bezrefleksyjnie, co spotkało się z kategorycznym zakazem Żony. Dopiero za jakiś czas zaskoczyłem, że to przecież okres moich urodzin, a potem Świąt. 
Telepałem więc tylko nimi, żeby dać upust różnym domysłom, co zawsze Żonę bawi. A gdy wróciłem z dworu, czekał na mnie prezent.
- A bo pomyślałam, że nie ma sensu czekać do twoich urodzin, skoro będziesz go potrzebował od razu... - zaczęła się podśmiechiwać wiedząc co będzie.
Zacząłem snuć domysły, co to może być. Zawsze tak robię, nawet gdy otworzę już zewnętrzne opakowanie i pod wewnętrznym widzę kształt i wielkość, czuję twardość, fakturę i inne parametry, które oceniam wzrokiem, dotykiem i... węchem. Ja mam frajdę z przedłużania domysłów, Żona ma ubaw, bo wiedząc co jest w środku siłą rzeczy konfrontuje zawartość z moimi wymysłami i najczęściej ta konfrontacja jest komiczna.
Tym razem nie byłem w stanie zgadnąć nawet w przybliżeniu, a za chwilę, gdy wyciągnąłem jakąś dziwną deseczkę, już zupełnie nie wiedziałem, co to jest. Zwłaszcza, że do jej płaszczyzny wielkości mniej więcej A4, były domontowane jakieś dziwne elementy (emelenty) deseczkowe i dwie sprężynki kształtem przypominające czułki jakiegoś owada. Usiłowałem coś z tym robić, nadać temu jakąś użyteczną formę, ale Żona widząc, że te moje działania zmierzają do destrukcji prezentu, delikatnie wyjęła mi go z rąk, główną płaszczyznę ustawiła pod odpowiednim kątem opierając ją o tylną podpórkę (dokładnie tak, jak ustawia się jakieś zdjęcie w ramce, na przykład, na stole czy biurku), wzięła Katharsis, otworzyła byle gdzie, oparła ją o główną płaszczyznę i o dolną półeczkę (podobnie jak w sztalugach) i obie części książki przyszpiliła tymi sprężynującymi czułkami.
Oczom nie wierzyłem i natychmiast mnie to zachwyciło. Czytanie miałem podane na tacy.
 
Ileż to ja się "męczyłem" już od dziecka i "męczę" przy czytaniu, gdy to robię w trakcie jedzenia posiłków. Pomijam fakt, że najpierw było mi to wybijane z głowy przez rodziców (względy towarzysko-rodzinno-religijne) przy nieartykułowaniu Tak nie wypada!, następnie przez rodzinę i bliskich Tak nie wypada!, by w końcu spotykać się z ciężkimi działami Czytanie przy jedzeniu jest absolutnie niewskazane, bo organizm powinien koncentrować się na posiłku, jego smakowaniu i dobrym trawieniu, a nie być od niego odciąganym, często przy dużych i przecież niewskazanych emocjach.
Dopiero przy Żonie i razem z nią utarł się nasz domowy, książkowo-posiłkowy rytuał. Siadamy razem przy stole, delektujemy się wbrew różnym opiniom posiłkiem, wiemy, co jemy, doceniamy go i każde z nas równolegle zatapia się w świat książek. Żona audiobookowych, ja standardowych. 
 
Żona ma łatwiej, ja trudniej i z tego wynikały moje "męki". 
Klasyczna książka ma to do siebie, że nie trzymana i nieblokowana lubi się sama zamykać. Jest to naturalny proces fizyczny (chyba mechanika ciał). Trzeba więc mieć jedną rękę wyłącznie przeznaczoną do zapobiegania temu procesowi, czyli do trzymania książki. U mnie lewą. Prawa pozostaje do jedzenia. Przy posiłkach wymagających tylko jednego sztućca nie ma problemów. Gorzej zaczyna się, gdy potrzeba dwóch. W takim przypadku, i w dziesiątkach innych, niejako przy okazji powtarzam, że człowiek powinien posiadać trzy ręce i że Pan Bóg trochę odstawił fuszerkę. Wszyscy ludzie, jak jeden mąż, bez względu na wiek, płeć i wszelkie orientacje się ze mną zgodzą. Oczywiście, nie wszyscy z tym, że Pan Bóg odstawił fuszerkę, ale że trzecia ręka by się przydała, to już tak. 
No, ale  jej nie mam. Używam wtedy mózgu (po to mi go Pan Bóg dał) i stosuję przy jedzeniu-czytaniu różne zmyślne sposoby. Pierwszy dotyczy podstawki pod książkę, żeby trochę zmniejszyć jej kąt nachylenia względem oczu, z 90 st. do chociaż 75-80. Łatwiej się czyta początki stron, bo stają się bliższe. W tym celu najczęściej stosuję okularowe etui, bo grube i twarde, a poza tym zawsze jest pod ręką. 
Drugi dotyczy zapobieganiu niekontrolowanemu zamykaniu się książki. Przeważnie jej prawą część wciskam pod krawędź talerza, a lewą najczęściej przyciskam komórką. Przy tak prymitywnej metodzie, i dosyć bezmyślnej, nie ma siły, żeby coś się nie wydarzyło. Pal diabli, gdy książka, zwłaszcza gruba, sama sprężyście się zamyka. Przeważnie jej prawa część gwałtownie wyskakuje spod talerza i staje się ona zamkniętą całością zanim zdążę zareagować. Wtedy tylko lekko złorzeczę pod nosem mając na uwadze spokój i relaks Żony, a robię to tylko dlatego, bo potem muszę szukać miejsca, w którym ostatnio czytałem. Bo przecież zakładki nie zdążyłem wsadzić.
Gorzej, gdy na skutek tej sprężystości, komórka jest mocno wybita i gdzieś leci. Trzeba ją wtedy umiejętnie wyłapać. Ale oczywiście jest najgorzej wtedy, gdy się tego nie zdąży zrobić, a ona spada złośliwie, na przykład, na podłogę. O relaksie nie może być mowy przy sporym i głośnym uderzeniu, złośliwym rozbiciu się komórki na trzy części - tylna pokrywka, bateria i część z ekranem, któremu kolejny raz przybyło pęknięć i ekranowych uszczerbków na narożach, no i przy moim kurwowaniu.      I w takim  momencie czytanie rzeczywiście nie sprzyja dobremu trawieniu. Pomijam w tym momencie Pieska, który w takich przypadkach majestatycznie podnosi się z legowiska, majestatycznie idzie w kierunku schodów, po których majestatycznie zmierza do górnego legowiska. Doświadczenie go nauczyło, że w takich przypadkach lepiej Panu zejść z oczu, co jest o tyle dziwne i klnę się na Boga, czyli Jak mi Bóg miły!, że Pan w tym momencie, ani żadnym innym nie wrzeszczy na Pieska, a tym bardziej mu nie przykłada.
 
Oczywiście mogłoby paść pytanie, zwłaszcza z ust Justusa Wspaniałego, A musisz wiedząc to wszystko używać do tego celu komórki? W domyśle Głupku! To co mam zrobić, skoro ona zawsze jest pod ręką i najbardziej się nadaje. Jej jedyną wagą jest śliskość, która pomaga jej z impetem opuścić książkę. Ale za to jest estetyczna. 
Sam wiem, że po przewróceniu danej strony mógłbym używać takich dwóch grubaśnych spinaczy, ale ile z tym byłoby irytującego zachodu, no i czy na początku czytania grubej książki taki jeden z drugim podołałby jej grubości z prawej strony?...
Sam też wiem, że przy dwuręcznym jedzeniu można byłoby zastosować inny, bezpieczny system. Przed każdym kęsem książkę należałoby odłożyć, miejsce czytania zaznaczyć zakładką, po czym nabrać kęs i wrócić do czytania. Ale jaka to efektywność? Żadna! I przy czytaniu i przy jedzeniu, w obu przypadkach szkodliwa.  
 
A od dzisiaj?
Od razu książkę sobie ustawiłem na pulpicie, dobrałem optymalny kąt jej ustawienia i przyszpiliłem czułkami. Nawet mogłem czytać oparłszy wygodnie dwa łokcie o stół. Natychmiast podkładeczkę polubiłem.
Niestety przy II Posiłku nie mogłem z niej skorzystać, bo dzisiaj go nie jadłem. Coś mi siedziało na żołądku i mnie mdliło. "Mgliło", jak mówiła Mama. Katharsis czytałem więc w innej pozycji trzymając z przyjemnością książkę obiema rękami. Swobodnie mogłem sobie regulować kąt nachylenia, odległość od oczu i ani przez moment nie byłem straszony niespodziewanym jej zamknięciem.

O 16.47 napisał Po Morzach Pływający. 
Co zrobiliście z pomidorami? Możliwe, że pisałeś coś na ten temat u Emeryta...  Przeciery, soki czy marynaty? U nas tylko marynaty ponieważ pomidory nie zdążyły dojrzeć.
Pozycja 51 20.2N 002 35.4E... 
 
Wczoraj pisałem, że Syn mi przysłał zdjęcie całej szóstki z okazji 11.11. Gdy pod wieczór sprawdziłem, okazało się, że przysłał, to znaczy napisał, że przysłał, bo na mailu nadal go nie miałem. 
- Czy dostanę zdjęcie na maila? - upomniałem się.
- Dawno wysłałem. - odpisał o 20.32. 
Budującą wiadomość odczytałem dopiero dzisiaj rano, gdy włączyłem telefon. Zdjęcia nadal nie było, ale czekałem spokojnie, co będzie.
Jeszcze później wczoraj wieczorem dopisał:
- Ten debil - znaczy się mój telefon - nie chce mi wysłać zdjęcia ani mailem, ani na komputer i nie wiem, o co chodzi. Także pamietam ale mam problemy techniczne. Przysyłam substytut - wczorajsza inicjacja goleniowa. (pis. oryg.)
Na zdjęciu widniał Syn i Wnuk-III. Obaj z kremem na twarzach i z maszynkami w rękach. Wnuk-III niby się uśmiechał, ale minę miał nietęgą.
 
Uśmiałem się, ale nie dałem sobie tym zdjęciem zamydlić, przepraszam, zakremować oczu. Więc dzisiaj odpisałem:
- Może udałoby Ci się przysłać to zdjęcie na maila?... Zależałoby mi. Czy dobrze myślę, czy tylko tak mi się wydaje, że i w smartfonie, i w komputerze jest ta sama forma cyfrowa?...
To Syna kopnęło. 
 - Tak Ci się wydaje. - rozpoczął. Po czym przeprowadził długi wyjaśniający wywód, z którego zrozumiałem początek W iPhonie, którego mam..., więc dalej nie będę się wysilał na cytowanie (jakieś HEIC, konwerter jpg/dng) oraz koniec Sprawdź skrzynkę, czy doszło tym razem. I w następnym smsie dalej sadystycznie kontynuował tłumaczenie, nie wiem, po co, bo i tak niczego nie rozumiałem. Miałem za swoje, bo po co go zaczepiałem?
- Jest! - odpisałem. - A już miałem napisać: "A może akurat znalazłeś się na początku etapu związanego z wiekiem, kiedy to człowiek powoli nie radzi sobie z nową technologią?... To może dałbyś problem do rozwiązania Wnukowi-IV?" Ale widzę, że ciągle wymiatasz :) Wielkie dzięki:)
Odpisał:
- Bo to nie jest dla mnie nowa technologia, tylko stara. Jak wejdzie nowa, to pewnie będzie tak jak mówisz.
- To jeśli dla Ciebie to jest stara, to jaka będzie dla mnie? - zauważyłem.
- Liczydło.
Podziękowałem. Fajnie, że Syn wiedział, co to było liczydło. Bo jego dzieci już nie. Co najwyżej będą z konstrukcji słowa domyślać się, że coś wspólnego z liczeniem.
W każdym bądź razie - zdjęcie mam i mam zamiar zrobić z niego użytek - niespodziankę.
 
Wieczorem obejrzeliśmy drugi odcinek serialu Absentia. Na razie będziemy oglądać dalej.
 
ŚRODA (26.11)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Na dworze było bajkowo. 
Wczoraj wczesną nocą zaczął padać śnieg i dzisiaj z tarasu, jeszcze w ciemnościach, ale w specyficzny sposób rozjaśnionych wszechobecną bielą, ujrzałem wszystko pokryte pięciocentymetrową warstwą śniegu, który miał szansę się utrzymać, bo było -1. Mimo że to tylko 5 cm, gałęzie cisu poddały się ciężarowi tak, że teraz tylko dla Pieska nie będzie różnicy przy schodzeniu po schodach z tarasu do ogrodu. My będziemy musieli porządnie się schylać, no chyba że strząsnę z gałęzi śnieg. Ale byłoby szkoda.
("strząsnąć", więc "strząsnę", bo przecież nie "strząsę", a już na pewno nie "strzonsę"; "strząsnąć", więc dlaczego nie "strząsnam" tylko "strząsam"?)
Gdy zaś o siódmej odsłoniłem okienną kuchenną czeluść, w pełnej krasie ukazał się nasz "uliczny" świerk. Miał dodatkowo "obwisłe" gałęzie, jakby przystrojone, wyglądał majestatycznie i w tym mroku... groźnie. 
Miałem rano problem z rozpaleniem, ale w końcu pokonałem opór materii. Może śnieg zakleił wylot komina, a może "tylko" wychłodził jego wnętrze... Tak czy owak musiałem się imać różnych sposobów, przez lata palenia naturalnie wyuczonych, przy nieuniknionym dymieniu się, bo co tylko otworzyłem drzwiczki paleniska dym cofał się do kuchni i dalej, gdzie tylko mógł, i dłuższego wietrzenia nie sposób było uniknąć. 
Ale, gdy Żona przyszła o siódmej, kuchnia buchała gorącem, a po dymie nie było śladu. Tedy każde z nas mogło "udać się w swoją stronę". 
 
Od rana pisałem, ale kontrolowałem czas, żeby Pieska nie narazić na stres. I w odpowiednim momencie, zanim jeszcze Pieskowi przyszło do głowy, aby zbierać się na poranne siku, wyszedłem do ogrodu. Zgarnąłem śnieg z tarasu i odśnieżyłem schody. Po czym na tarasowy pasek wysypałem popiół.
I, gdy w końcu się zebrał i wyszedł, oboje w drzwiach patrzyliśmy z przyjemnością, jak nie rozjeżdżają mu się łapska.
Na sikaniu nie zabawił długo, za to w okolicach wiszącej słoniny zdecydowanie dłużej. Ale pamiętając chyba zeszłoroczną akcję stwierdził, że jednak jest ona poza jego zasięgiem i pobyt tam zdecydowanie względem ubiegłego roku skrócił. 
Przy okazji odśnieżania ogrodowych ścieżek "odkryłem", że wszystkie gałęzie bez wyjątku, czy grube, czy cienkie, mocno obwisły. Śnieg był ciężki, bo bardzo mokry. Z niczego go nie strzepywałem Bo tak pięknie. To, że trzeba było pod cisem chodzić prawie na czworakach, żeby dostać się na schody, nic nie szkodziło, zwłaszcza Żonie, bo nie zapuszczała się w te rewiry. Piękno podziwiała z daleka, ja zaś z bliska, zwłaszcza gdy jakaś zimna i mokra, "śnieżna" gałąź "smyrała" mnie po twarzy.
Śnieg odciął ptaszkom drogę do różnych nasionek, więc wreszcie dzisiaj ponownie pojawiły się sikorki. I odkryły słoninę. Teraz już nie odpuszczą, dopóki nie zostanie z niej charakterystyczne sito. 
 
I Posiłek zjadłem w obecności książki. Czy muszę przypominać, w jakim komforcie ją czytałem?... 
A potem zabrałem się za odśnieżanie podjazdu, ścieżek z tej strony domu, schodów prowadzących do górnego apartamentu i balkonu. Schody i balkon mógłbym sobie odpuścić, bo goście według rezerwacji na górę przyjadą dopiero na Święta. Ale obwisłych, zaśnieżonych gałęzi już nie. Na dół, po dwutygodniowej nieobecności, ponownie przyjeżdżają ci goście z kotem bengalskim, bibliotekarka i informatyk. Tym razem będą parkować przy Klubowni, na płaskim, a tam teraz zajechać samochodem by się nie dało, a i pieszo dojść też nie. Tak nisko zwisały gałęzie. Pozbyłem się z nich śniegu, trochę się wyprostowały, ale gdyby tak miały zostać, niektóre z nich będę musiał wyciąć.
Po tym odkryłem, że brama otwiera się tylko na jakiś metr, co w kontekście czekającego nas ruchu aut, w tym konieczności wyjazdu z garażu Inteligentnego Auta, nie było najśmieszniejsze. Przyczyna musiała być tylko jedna. Obie prowadnice, zwłaszcza ta istotniejsza, dolna, były zabite mokrym, twardym śniegiem. Wystarczyło odkuć, wyskrobać i zamieść, i pełne funkcje bramy wróciły.
 
Znowu zrobiliśmy sobie taki sam spacer we troje, jak wczoraj. Paczki i naokoło Bystrej Rzeczki.  
Gdy ja poszedłem do paczkomatu, Żona wysforowała się spacerowo z Pieskiem do przodu (to chyba nie pleonazm), więc za chwilę doszlusowywałem. I tu Piesek ewidentnie udowodnił, że potrafi być bezinteresowny. Z daleka obserwował, czy ta postać zbliżająca się to na pewno Pan, a gdy się upewnił po jego durnowatych wrzaskach "Bestia!", że to on, spuszczony ze smyczy rzucił się pędem i przy panu się cieszył z jego obecności. Przy czym, żeby jego zachowanie oddać we właściwej skali względem normalnych piesków, jak to u niego, wszystko było wyważone - i pęd, trochę przyspieszony świński trucht i radość - zatrzymanie się przy Panu i nastawienie do głaskania i wyklepywania oraz delikatne machanie ogonkiem. Ale Pan wiedział, że Piesek bardzo się cieszy i się wzruszył.
 
Po powrocie oddałem się onanowi sportowemu i czytaniu na narożniku w Salonie. Zakładałem, że prędzej czy później zapadnę w drzemkę, albo nawet w poważniejszy sen, a tu nic z tego. To najlepiej świadczyło o Katharsis, którą czytałem.
I gdy szykowaliśmy się do II Posiłku, zadzwonili Nowi w Pięknej Dolinie. Rozmowę i posiłek dało się pogodzić, bo wystarczyło zadać pytanie, żeby ich "naprowadzić" i można było jeść spokojnie. A mieli co przez 54 minuty opowiadać. Mogliby i dłużej, ale ciągle w trakcie rozmowy pojawiały się jakieś jaja z prądem, zaniki, czy coś takiego.
- A my wszystko mamy na prąd! - nawet nie informował Justus Wspaniały, bo wiedział, że my wiemy, ale frustrację musiał z siebie wyrzucić. - To chyba przez te opady ciężkiego i mokrego śniegu! - Pompa ciepła świruje!
Zresztą wczoraj w trakcie jego padania, w sumie przy syfiastej pogodzie, wracali ze stolicy po przylocie. W Pięknym Miasteczku byli dopiero o 22.00. Wykończeni.
- Dziesięciogodzinny lot z Madagaskaru tak nas nie zmęczył, jak ta jazda samochodem. - Korki, fatalne warunki drogowe... - A najlepsze było to, że ciepłe kurtki mieliśmy w bagażu głównym, więc zanim go odebraliśmy, tkwiliśmy w tych ciuchach idealnych na Madagaskar. 
 
Relacja miała trzy bloki. Każdy kompletnie inny, ale każdy ciekawy. Nawet nie wiem, czy ten drugi dla nas nie najciekawszy z racji naszych remontowych zboczeń.
Pierwszy to oczywiście Madagaskar. Opowiadali o pobycie, warunkach hotelowych, atrakcjach oraz o kraju jako takim z taką energią, że się czuło, że to chyba była ich najlepsza zagraniczna wycieczka z dotychczasowych.
- Chyba wybierzemy się tam kiedyś z wielką przyjemnością po raz drugi... - potwierdzili nasze domysły. 
Żona w trakcie opowieści Justusa Wspaniałego co jakiś czas dorzucała O, to całkiem jak w Uzdrowisku!, co oczywiście powodowało u niego wybuchy pustego śmiechu.
 
Drugi to oczywiście stan remontów. W kwestii wszechobecnego kurzu oczywiście nic nie mogło się zmienić, skoro remont trwa nadal. 
Ale postępy są. Dolna łazienka będąca od początku "pod zarządem" Lekarki jest praktycznie gotowa. Pozostały jakieś drobiazgi - montaż uchwytu na papier toaletowy, itp. Na przysłanych zdjęciach trudno było odnaleźć ślady poprzedniej. Bo w zasadzie zostało tylko to samo okno. Obaj z Justusem Wspaniałym "tęskniliśmy" za poprzednią deską klozetową, taką cholernie ciężką, przy opuszczaniu której trzeba było uważać, żeby się nie wyśliznęła z rąk, bo groziło to uszkodzeniem sedesu, za jej pięknym, modernym designem z zatopionymi w deskowej żywicznej(?) masie jakimiś wściekle kolorowymi, surrealistycznymi kształtami roślin czy zwierzątek, cholera wiedziała co oraz za spłuczką, która wymagała dwukrotnego naciskania dinksu. Raz żeby spłukać, drugi raz, żeby zatrzymać dalszy, stały i zbędny, oczywiście, wypływ z niej wody. 
(uwaga! - nie szukać wyjaśnienia w Internecie słowa dinks! AI powstała grubo po okresie używania tego słowa, które określa w sposób uniwersalny wszelkie przyciski, włączniki i inne mechaniczne elementy <emelenty> różnych urządzeń. Słowem, AI podaje głupoty.)
Górna, będąca "pod zarządem" Justusa Wspaniałego (chyba, skoro wymógł tam wannę i nic tutaj nie mają do rzeczy skośne ściany uniemożliwiające ustawienie kabiny brodzikowej), według fachowców ma być gotowa w przyszłym tygodniu, co przy opowieści tego tematycznego bloku znowu w Justusie Wspaniałym budziło pusty śmiech. Okazało się, że tamtejsza deska klozetowa, analogiczna w sznycie do tej dolnej, też zniknie bezpowrotnie.
- Ale możemy je tobie przekazać! - Justus Wspaniały od razu zareagował, gdy wyraziłem kolejny już raz swój "żal". 
Pozostaje jeszcze trzecia łazienka, ta w budynku gospodarczym. Ponoć remont jej też jest mocno zaawansowany. 
 
Trzeci to zwierzaki. Lekarka, oczywiście według relacji Justusa Wspaniałego, już po pięciu dniach pobytu na Madagaskarze, chciała wracać Bo biedne te zwierzątka! Pieski w obcym miejscu, a koty, co prawda w domu, ale nie wiadomo, czy fachowcy pod naszą nieobecność w ogóle dają im jeść i pić?!... Na szczęście termin odlotu czarteru był sztywny.
Wszystko dobrze się skończyło, bo Lekarka nie mogła wymóc wcześniejszego wylotu, Pieski w psim hotelu miały bardzo dobrze, a na widok Państwa, zwłaszcza Ziutek, tak się cieszyły, że wynagrodziły Lekarce to "długie" rozstanie. Koty zaś też miały przy fachowcach dobrze.
- Oni w soboty i niedziele nie pracują... - wyjaśniała. - Ale jeden z nich specjalnie przyjechał w sobotę, żeby koty nakarmić. - Też ma kota...
Nie chciałem się zatrzymywać nad dwuznacznością sformułowania. 
Czy coś mogło lepiej uspokoić Lekarkę? 
 
Ale i tak gwóźdź wszystkich opowieści leżał gdzie indziej. Krótki, ale mocny, jak to gwóźdź.
- Wyobraźcie sobie - zaczęła Lekarka - że dostałam smsa, który zaczynał się tak:
- Kochana M(!)amo...
- W pierwszej chwili zgłupiałam i zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. - Syn tak nigdy do mnie nie pisze, a córka tym bardziej. - Nawet pomyślałam, że to nie do mnie. - Dalej było tak:
- Pragnę C(!)ię z przyjemnością poinformować, że dostałam się na studia... i tu była nazwa uczelni.
Głupiałam coraz bardziej, dopóki nie ujrzałam na końcu podpisu tej Chinki z Tajwanu, a przed nim Kocham C(!)ię i serduszko. 
- A Lekarka rozmawiała ze swoją "córką"-"synową" dwa razy i to krótko. - Justus Wspaniały pękał ze śmiechu.
My też. Ale równolegle powiało grozą.
- A może to są jakieś uwarunkowania kulturowe, których my nie znamy i nie rozumiemy?... - starałem się znaleźć wyważone wytłumaczenie.
- A tam kulturowe! - Justus Wspaniały wszedł na wyższe obroty. - Ciekawe, co by było, gdyby Syn Lekarki napisał do ojca tej Chinki Kochany T(!)ato i Kocham C(!)ię?! - nie mógł powstrzymać pękania ze śmiechu.
(wykrzykniki-podkreślniki moje wyjaśniające szacunek piszącej/piszącego) 
Pomyślałem, że w razie czego lepiej by było, gdyby Syna Lekarki naszło na takie pisanie, żeby napisał raczej do matki Kochana M(!)amo i Kocham C(!)ię. Chinka, bo Chinka, ale jednak kobieta. A Chińczyk bo Chińczyk, ale jednak mężczyzna. 
Wydawało mi się, że jednak Lekarce jakoś tak było przyjemnie. 
Będzie więc ciekawie, gdy młoda Chinka w styczniu, czyli tuż, tuż, zląduje na polskiej ziemi. Wiele bym dał, żeby zobaczyć powitanie "matki" i "synowej", i ich dalsze relacje. W tym względzie muszę liczyć na Justusa Wspaniałego, któremu na pewno nie umkną te różne smaczki i którymi chętnie się podzieli.
Spointowaliśmy całą rozmowę, gdy się rozłączyliśmy.
- Najważniejsze, że wrócili i że są już w domu. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Absentia. I na tym, trzecim, postanowiliśmy poprzestać. Żona mi z wielką ulgą dziękowała, bo inicjatywa wyszła ode mnie.
- Bo ja myślałam, że ci się podoba i nie chciałam nic mówić... - A widziałeś, że też był tak mroczny i ciemny, jak te skandynawskie, mimo że to amerykański?... 
Powoli "skandynawski" staje się poważną obelgą. 
- Nie chcę oglądać, bo w ogóle nie trzyma mnie w napięciu... - uzupełniłem.
- A są, zdaje się, trzy sezony... - dopowiedziała Żona.
Powiało grozą. 
 
CZWARTEK (27.11)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Na dworze nadal było bajkowo przy -1 stopniu. Martwił mnie tylko cis. Był dwa razy bardziej rozłożysty niż normalnie i o połowę niższy. Poza tym nie było go wcale widać spod ciężkiej czapy śniegu.
Żona dość szybko rano przekazała mi istotną wieść. Wczoraj Pasierbica napisała, że może być tak, że w przyszłym tygodniu będą się przeprowadzać, chyba z określeniem "gwałtem".  Ponoć natychmiast przyspieszyli proces pakowania się. 
Od rana pisałem, przed i po I Posiłku. A potem znowu we troje poszliśmy na spacer. Zewsząd, z drzew i z dachów, lotem ślizgowym spadały spore grudy mokrego śniegu. Topniał w oczach. 
Przed Galaretkową się rozdzieliliśmy.  Żona poszła bezpośrednio do niej z Pieskiem, a ja zahaczyłem o Biedronkę, po czym dołączyłem. A w niej, jak w niej - aura i relaks. Sama przyjemność. Na końcu, przy płaceniu, pani udzieliła nam rabatu, nawet nie wiem, czy nie dwudziestoprocentowego Bo państwo to nasi stali klienci.
 
Po powrocie do domu uzupełniłem zapasy drewna i z prawdziwą przyjemnością położyłem się na narożniku w Salonie. Z książką oczywiście. Żona już drugi dzień mnie chwaliła, że taki jestem mądry. 
Długo tym razem nie poleżałem. Zadzwoniła Pasierbica, żeby przekazać aktualne wieści o ich przeprowadzce. No i żeby przy okazji pozbyć się trochę frustracji i stresu. 
- Nie rozumiem, na przykład, jak to możliwe, że 6 lat temu przeprowadziliśmy się do Polski z Emden, a to przecież blisko 9 godzin samej jazdy non stop. - I to w jedną stronę!... - Nie było żadnych problemów, nawet za bardzo tej przeprowadzki nie poczuliśmy. - A teraz? - Z obecnego, jeszcze naszego mieszkania, mamy do nowego pół godziny jazdy, jesteśmy na miejscu, w sensie w Metropolii, a ja tego nie widzę. - Na dodatek klucze do nowego dostaniemy już w ten weekend, a nasze oddamy za tydzień, więc mamy cały ten tydzień, żeby spokojnie się przeprowadzać. - A ja tego nie widzę... - powtórzyła.
O takim klasycznym syndromie przeprowadzkowym Pakujemy i pakujemy, a jak się popatrzy po mieszkaniu, to nic nie ubyło! ledwo wspomniała.
 
Staraliśmy się rozładować sytuację. Żona z wyczuciem, poważnie, ze zrozumieniem i z empatią, ja zaś dolewając zdaje się oliwy do ognia, bo żonglowałem wiekiem Pasierbicy, jak mi było wygodnie. A więc uzmysławiałem jej, że gdy wracali z Emden na stałe, to była bardzo młoda, więc wszystko było proste. A teraz jest stara i stąd to wyolbrzymianie trudności. Z drugiej strony tłumaczyłem jej, że co to teraz taka przeprowadzka, w jej wieku, skoro jest młoda.
Chyba robiłem jej wodę z mózgu, ale zdaje się niczego nie rejestrowała, albo puszczała mimo uszu, bo tak chciała z siebie wyrzucić różne fakty i opowieści. 
Wśród nich była również sprawa Robaczków. Bo jako dzieci nie czują wagi przeprowadzki, że należy już teraz i systematycznie pakować swoje rzeczy. Dodatkowo jest problem z Q-Wnukiem, który ewidentnie jest przemęczony, bo szkoła i różne treningi, a z niczego nie chce zrezygnować, mimo że rodzice podsuwają mu różne rozwiązania. A na pewno nie z piłki nożnej Bo ja chcę zostać piłkarzem!
To "w niczym nie przeszkadza", więc z koszykówki też nie chce zrezygnować. A gdyby nawet chciał, to nie może, bo wybrał klasę o takim sportowym profilu. A jest jeszcze basen. Te dwa zajęcie co prawda są "tylko" w szkole, zdaje się, bo się pogubiłem, ale obciążenia zostają.
A emocje z tym związane? W ostatnim meczu piłkarskim jego klub był faworytem. Wystarczył im remis, żeby zdobyć mistrzostwo rozgrywek. Ale piłka nożna jest perfidna i co z tego, że nawet już takie łepki o tym wiedzą. Przegrali 1:2 i zostali "tylko" wicemistrzami. Na parkiecie, a może na boisku, nie wyłapałem, rozegrała się "tragedia". Wszyscy leżeli i szlochali. "Normalne", skoro robią tak dorosłe chłopy, zawodowi, najlepsi piłkarze po jakimś istotnym meczu, zwłaszcza gdy otarli się o milimetry od jakiegoś ważnego tytułu. Emocje i ambicje...
Q-Wnuk później trzaskał drzwiami, nie można było z nim porozmawiać, chodził, jak struty, wszystko było do dupy, a na pewno życie. Co powtarza Żona? Zasrany sport!!! 
 
Utwierdzaliśmy się nawzajem w słuszności decyzji i przypominaliśmy sobie, żeby dodać ducha Pasierbicy, po co ta cała przeprowadzka. Ano po to, żeby mieć trochę więcej przestrzeni w mieszkaniu w kontekście dorastających Robaczków, ale przede wszystkim po to, żeby wszystko było po jednej stronie Metropolii, żeby ułatwić sobie życie przy skomplikowanej logistyce dnia codziennego - dom, szkoła, praca, wszystkie dodatkowe zajęcia Robaczków, bliskość dziadków i teściów (tu z plusami i minusami), to tak w największym uproszczeniu.
- Gdy wracamy z Q-Wnukiem do domu po jakimś treningu o 21.00, to kiedy ma on jeszcze odrabiać lekcje?! - Pasierbica wyrzucała z siebie oczywistości. - A dzisiaj jechałam godzinę do domu... - Ja tego nie rozumiem...
Wiadomo, że gdy już będzie po kulminacji przeprowadzki, zostanie tylko sama przyjemność. Urządzanie się w nowym miejscu i odkrywanie jego wszelkich uroków. Nawet głupie szukanie w kartonach sztućców czy ciuchów stanie się w przyszłości miłym wspomnieniem. 
Tylko co z tym Q-Wnukiem, sportowym oszołomem?... 
 
Wieczorem krótko rozmawialiśmy z Trzeźwo Na Życie Patrzącą i z Konfliktów Unikającym. Ustalaliśmy parametry ich jutrzejszego przyjazdu razem z Kolegą Inżynierem(!). Konfliktów Unikający na początku robił sobie jaja i odpowiadał na moje pytania właściwie, czyli jednoznacznie, bardzo skrótowo, żeby nie powiedzieć lakonicznie, pojedynczymi słowami prowokując mnie, co mu się udało. Stosował specyficzną formę strajku włoskiego, czyli odpowiadał, ale tyle, ile trzeba i nic więcej. Wymuszał więc na mnie konieczność zadawania kolejnych pytań, żeby dowiedzieć się cokolwiek więcej. Opamiętał się dopiero wtedy, gdy mu zagroziłem, że z nim rozmawiać nie będę, bo jest niepoważny, tylko z Trzeźwo Na Życie Patrzącą, która wszystkiego słuchała, ale się nie wtrącała do popisów partnera(!).
 
Zrobiło się, jak na nas, późno, więc nawet nie podjęliśmy próby, żeby cokolwiek oglądać. Dzień zamknęliśmy czytaniem.
 
PIĄTEK (28.11) 
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Na dworze było -5 stopni. 
Od rana pisałem, a potem siedziałem nad onanem sportowym. Wczoraj zupełnie go pominąłem.
Jeszcze przed I Posiłkiem zrobiłem dolny apartament. A po nim kontynuowałem serię prac fizycznych - rąbanie szczap II i III frakcji, przygotowanie zapasu bierwion i trzepanie dywaników. Wszystko w związku z dzisiejszym przyjazdem gości.
A po powrocie z drobnych zakupów i odbioru paczki też w związku z nimi odgruzowałem się na... 100%. Taka kumulacja na sto, to rzadkość. Dobrze się złożyło, bo ile razy w życiu człowiek obchodzi trójćwierćwiecze? Jeśli w ogóle obchodzi.
Idąc przez Zdrój tam i z powrotem podziwiałem prężne uzdrowiskowe służby. Panowie wieszali na latarniach świąteczne gwiazdy. 
Odgruzowanie nastąpiło w górnej gościnnej łazience, bo ta została włączona w tryb ogrzewania ze względu na przyjazd gości do dolnego apartamentu i ze względu na Trzeźwo Na Życie Patrzącą. Nie żebym jej, broń Boże, wymawiał, bo przecież, jeśli zaprasza się gości, godzi się im zapewnić w miarę komfortowe warunki. A Trzeźwo Na Życie Patrząca co, jak co, ale w łazience musi mieć ciepło. Więc skorzystałem i ja. No i Konfliktów Unikający. Bo Kolega Inżynier(!) to trochę inna para kaloszy.
 
Gołąbeczki i Kolega Inżynier(!) przyjechali o 17.40.
 
NIEDZIELA (30.11)
No i dzisiaj w stałem o 07.00.
 
Gołąbeczki i Kolega Inżynier(!) wyjechali o 12.40, bo ten ostatni chciał dojechać do domu za jasnego. Bardzo dobrze go rozumiałem. 
Trochę ogarnęliśmy dom i poza tym nie było nas stać na nic więcej. Żona zanurzyła się w laptopie, a ja oddałem się onanowi sportowemu.
Ledwo skończyliśmy II Posiłek, zadzwoniła Pasierbica. Właśnie jechali w dwa auta do nowego mieszkania. Z paczkami i z dziećmi. Dzisiaj mieli obrócić jeszcze raz, ale postanowili już nocować w nowym miejscu, zwłaszcza że dzieci były absolutnie za. Świnki jednak jeszcze zostawały w starym.  
Emocje do kwadratu, ale zdaje się, że przeprowadzka przebiegnie sprawnie wbrew słowom Pasierbicy "A ja tego nie widzę!". 

O 19.00 poszliśmy na górę.
Przymierzyliśmy się do amerykańskiego filmu Obdarowani (Gifted) z 2017 roku. Stosunkowo niedawno go oglądaliśmy, ale minęło wystarczająco sporo czasu, żebym się za nim stęsknił. Żona nie protestowała, bo za pierwszym razem film się jej również bardzo podobał.
Obejrzeliśmy połowę. Żadne z nas nie zasypiało, ale Żona po dwóch nietypowych, czyli zarwanych nocach wolała dmuchać na zimne i uczciwie uprzedziła, że za chwilę może być różnie. 
 
Zanim zaczęliśmy, rozmawiałem z Synem. A tylko dlatego, że ponownie włączyłem swój telefon. Ostatnio jest tak, że Internet z orange'owskich  ruterów jest słabiutki, bo musieli go zużyć nasi goście, i na "świeżą" porcję musimy poczekać do nowego miesięcznego okresu rozliczeniowego. W związku z tym " nie ciągnie" żadnego obrazu ruchomego, a jeśli nawet, to przez chwilkę, po czym się muli obrazując to kręcącym się, irytującym kółeczkiem. Przy oglądaniu filmu lub onanu sportowego trzeba się posługiwać moim telefonem pracującym w sieci Plusa.
Więc, gdy włączyłem telefon, przyszedł sms od Syna Tato, odbierz maila i drugi z informacją, że usiłował się do mnie dodzwonić. Wszystko kulą w płot, bo przecież Syn wie, że w okolicach 19.00 telefon wyłączam. Było to na tyle nietypowe, że wolałem od razu do niego zadzwonić.
Na Facebooka dostał taką wiadomość:
(...) Chciałem Ciebie i Twojego Tatę poinformować, że wczoraj zmarła nasza Ciocia Olga, pogrzeb jest we wtorek 2.12.25. w Jej Rodzinnej Wsi o godz.13:00. Oddzwoń, albo przekaż tą przykrą informację Twojemu Tacie. Ciocia chciała się z Twoim Tatą zobaczyć przed śmiercią, ale nie zdążyła. (...)
(zmiana moja, pis. oryg.) 
Syn był kompletnie zdezorientowany, pogubiony w rodzinnych koligacjach, nawet myślał, że to jakaś pomyłka. Ale skoro taką informację dostał od faceta o tym samym nazwisku i z którym utrzymywał, rzadki, bo rzadki kontakt facebookowy, to się mocno przejął Bo pomyślałem, tato, że to jest dla ciebie ważna informacja.
Oczywiście była. 
 
Musiałem mu wszystko wytłumaczyć i przypomnieć od Chaosu. 
Ciotka Olga była najmłodszą z sześciorga dzieci (dwóch synów i cztery córki), wśród których Ojciec był drugi w kolejności. Cała piątka począwszy od Ojca "w dół" była przesiąknięta kompleksami, nieuzasadnioną kompletnie manią wyższości, przy czym poziom intelektualny nie pozwalał im tego definiować i uświadamiać sobie, że takie cechy posiadają. A jeśli nawet, to nie przyjmowali tego do wiadomości, wyśmiewali, wypierali, obrażali się, kłócili się lub awanturowali (Ojciec i Stryj). Smutne w tym wszystkim było to, że nie szanowali Mamy, ustawiali ją, nie wiadomo dlaczego, przynajmniej o poziom niżej względem siebie, pozwalali sobie na jej ośmieszanie przy Ojcu lub poza jej plecami, buntowali Ojca przeciw swojej żonie, z czego on chętnie korzystał podpierając się przy kolejnych aferach opinią rodzeństwa. A wszystko to dotyczyło drobiazgów - gotowania, ubierania się, sposobu wysławiania się, itd. Okropne i nigdy nie było końca.
Najstarsza, ciotka Mańka, była ich zaprzeczeniem. Niekonfliktowa, ciepła, serdeczna, naturalna, niesiląca się być kimś innym niż była. Może dlatego odeszła pierwsza i to bardzo dawno, gdy mogłem mieć 16-17 lat. Znam osobiście wiele takich przypadków, które w dziwny sposób potwierdzają tę zależność.
 
Ciotka Mańka nie miała dzieci, reszta tak. Żadne z nich nie mogło być normalne i nie było. Cechy rodziców, genetyczne, jak i pobrane na drodze obserwacji zachowań, czyli wychowania w rodzinie, idealnie przeszły na kolejne pokolenie. Bez wyjątku. Ja jedyny spośród nich zacząłem zdawać sobie sprawę ze swoich ułomności (eufemizm) i to dopiero sporo po pięćdziesiątce, gdy już byłem z Żoną. Poza tym jako jedyny skończyłem studia, a to tworzyło w moich kontaktach z rodzeństwem (dwoje) poważne trudności ciągnące się do dzisiaj. Jeszcze najłatwiej jest z Bratem, bo nie jest jednak konfliktowy i wspólne zainteresowanie piłką nożną wiele załatwia. Ale te moje studia ciągle wyłażą. Więc musi mi po raz setny przypominać o różnych swoich dokonaniach, a ja w ostatnich latach po prostu już słucham, a nie wściekam się Mówiłeś to już dziesiątki razy! A bo mi to przeszkadza? Co jakiś czas rzucam tylko pomocnicze pytanie lub jakiś krótki pozytywny komentarz, często pod naciskiem Brata, i jest dobrze.
Z Siostrą jest o tyle trudno, że przy moim odmiennym zdaniu na jakikolwiek temat albo zwróceniu uwagi, nawet najdelikatniejszym, że rozmija się z prawdą, faktami, bo przecież nie mówię, że plecie androny lub bezrefleksyjnie powtarza mainstreamowa papkę, od razu o kilka stopni podnosi głos Nie wywyższaj się!  A gdy jednak uprę się i "wywyższam" nie mogąc pogodzić się z głupotami, to kłótnia pewna.
Z kuzynostwem (ośmioro - trzech kuzynów i pięć kuzynek) było o tyle łatwiej, że jednak łączyło mnie z nimi zdecydowanie mniej, a to powodowało, że kontaktowaliśmy się przy okazji rodzinnych uroczystości, świąt, później przy różnych, coraz rzadszych okazjach, by jeszcze później sporadycznie lub wcale. Ale, gdy w wieku, powiedzmy do moich 30 lat, dochodziło do spotkań, były one trudne i ciężkie. Bo albo druga strona nie odzywała się wcale, albo odpowiadała półsłówkami coraz bardziej onieśmielona moją swobodą w rozmowie i słownictwem. Stanowiło to dla mnie katorgę.
Wolałem już, gdy jeden z kuzynów i kuzynka jawnie wyśmiewali moje poglądy, opinie, podważali oczywiste fakty, którymi się podpierałem, czyli ogólnie deprecjonowali Bo nie będzie nam tu się kuzyn, z Metropolii, wymądrzał! 
 
Dwoje z tych kuzynów dawało się "przeżyć", a zwłaszcza najmłodszą z naszej jedenastki (14 lat młodsza ode mnie), która została na wsi, na gospodarstwie ojca (mój stryj) i matki. Ta była i jest naturalna, niekłótliwa, niegłupia i z poczuciem humoru, zwłaszcza jeśli chodzi o własną osobę, a takich w naszej rodzinie to ze świecą szukać. 
Kuzyn zaś, syn ciotki Olgi i wujka Olka, w zasadzie od samego początku "nie istniał". Był pod przemożnym (znowu eufemizm) wpływem matki, nieodrodnej siostry Ojca, i temu wpływowi się poddał. Zdążył skończyć technikum, trochę popracować i na tym jego życie się "skończyło". Ciotka każdą jego dziewczynę, potencjalną narzeczoną, mówiąc delikatnie, płoszyła (znając ją i Ojca straszyła i wyzywała od kurew), bo żadna jej się nie podobała. Znam to z autopsji - za niska, za wysoka, za gruba, za chuda, za długie włosy, za krótkie, za jasne, za ciemne, zbyt zadarty nos, za duży nos, nie ma piersi, ma za duże piersi, krzywe nogi, źle się ubiera, dziwnie się ubiera, ma za cienki głos, za gruby, itd., itd.), w końcu za mądra lub za głupia. Metodologii oceny dwóch ostatnich cech zacząłem się dziwić, też delikatnie mówiąc, gdy zaczynałem mieć swój rozum. 
W końcu kuzyn jeszcze przed trzydziestką popadł w depresję, nie wychodził z wiejskiej chaty, a matka dbała o niego oczywiście piorąc mu, karmiąc i pilnując totalnego zaciemnienia okien w izbie, w której non stop przesiadywał, bo mu światło szkodziło. To wszystko przy dziesiątkach obrazów i obrazków Maryj Boskich, Jezusów Chrystusów, papieży, krzyży i krzyżyków, itp. oraz Radia Maryja.
Obecności z nim w takim stanie w życiu dorosłym (wcześniej tylko na wakacjach) doświadczyłem dwa razy i to było mocne przeżycie.
Wujek Olek nic tu nie miał do gadania, jak wszystkie żony i mężowie "przyszyte" do " naszej krwi". 
 
Jednak z ciotką Olgą mam miłe wspomnienia.
Gdy mogłem mieć 7-10 lat (może tak było wcześniej, ale tego nie pamiętam) ciotka, jeszcze jako panna, przyjeżdżała na dłuższy okres do Rodzinnego Miasta do brata i bratowej przynajmniej raz w roku i się nami opiekowała i zajmowała, gdy rodzice byli w pracy, na przykład. A to zapadło mi w pamięci przez pryzmat kąpieli. W sobotę, a jakże, ciotka w małej kuchence ustawiała balię, grzała wodę i nas kąpała. Jako najstarszy miałem prawo być pierwszy, po mnie z tej samej wody korzystała Siostra, a na końcu Brat. Kąpiele zapamiętałem dlatego, że po niej wcale nie wycierała mnie ręcznikiem, tylko czekała aż trochę ocieknę i od razu zawijała mnie w kołdrę, po czym niosła taki pakunek do łóżka. Było to fascynujące i magiczne. Wcale mi nie było mokro ani zimno. Nigdy przed ani po nie miałem takich doświadczeń.
Z kolei wakacje u niej były nudne do bólu. Ciotka z wujkiem mieszkali w wiosce odległej od wioski Stryja o jakąś godzinę piechotą. Wolałem być u Stryja, bo tam czas leciał szybciej. Przede wszystkim codziennie zapieprzałem ze Stryjem na polu, a jak nie tam, to w gospodarstwie. Praca z jednej strony była monotonna i powtarzalna, z drugiej jednak dla mieszczucha wcale nie nudna. No i miałem towarzystwo. A u ciotki nie działo się nic. Wieś była wsią spółdzielczą, takim sztucznym tworem. Wujek pracował w spółdzielni jako traktorzysta, a takim nie wolno było mieć własnego gospodarstwa.
Za to dostali do mieszkania mały murowany domek (cała wieś wyglądała sztucznie, bo dziesiątki takich samych domków stało po jednej i drugiej stronie nawet nie brukowanej drogi), przy nim był mały ogródek i chlewik, w którym spółdzielca mógł hodować tylko jedną świnkę na własny użytek oraz kurnik. Ciotka nigdy nie pracowała w obecnym rozumieniu.
Rówieśniczego towarzystwa ani żadnej poważnej pracy nie miałem. Nie było nawet radia. Czas zabijałem czytaniem, karmieniem świnki, włóczeniem się. Atrakcjami stawało się wspólne z Ciotką wypędzanie brzozowymi gałązkami setek much z kuchni, by od nich odetchnąć przez dzień, dwa, by proces rozpoczynać od nowa oraz hodowla kurczaków, które z fascynacją mieszczucha obserwowałem. W klatce, nad którą świeciła się żarówka ogrzewająca, było z trzydzieści żółciutkich popiskujących kuleczek, takich jeszcze puchatych, żółciutkich, bez śladu pierza, które zachowywały się jak żółtodzioby, bez nomen omen. Najbardziej lubiłem "podziwiać", jak jeden z drugim, idiota, próbował dzióbkiem celować w czarniutkie oczko kolegi, koleżanki (braciszka, siostrzyczki?), żeby je chyba wydłubać.
Ale największym hitem był ogródek warzywny. Tak wypicowany i plenny, że w życiu nigdy takich nie widziałem, a wszelkie moje mogą do ciocinego (ciotkowego?) się schować. Było tam wszystko, bo spółdzielca przy śmiesznej pensji musiał jakoś żyć. Potrafiłem zaszywać się godzinami przy braku protestu Ciotki. I zażerałem się kalarepą, ogórkami, które na poczekaniu obierałem, pomidorami, porzeczkami, groszkiem cudownie słodkim, rzodkiewką, truskawkami, malinami, a nawet sałatą. Nigdy nie jadłem pyszniejszych warzyw i owoców.
Nuda jednak przeważała i po tygodniu takiego pobytu z ulgą wracałem do wsi Stryja. 
Teraz na tę nudę patrzę oczywiście inaczej i chętnie tak bym się trochę ponudził.
Tak więc Ciociu, z tej racji, że do Ciebie nie mam żadnych rodzinnych pretensji, niczego złego nie zrobiłaś mi ani mojemu rodzeństwu oraz mamie, za wszystko Ci dziękuję. a przede wszystkim za kąpiele i za ogród. Cześć Twojej pamięci!
 
- Teraz, Synuś, - kończyłem wieczorną rozmowę - musisz wiedzieć, że jestem najstarszym z rodu twojego dziadka. - Biorąc pod uwagę całe jego rodzeństwo oraz jego kuzynów tego pokolenia już nie ma w całej Polsce. - Najstarszym jest teraz moje, a ja w nim jestem najstarszy. 
Nie chciałem dodawać "seniorem rodu", bo tak się nie czuję, chociaż może i na to kiedyś przyjdzie taki czas. Ale na Synu zrobiło to wrażenie. 
 
PONIEDZIAŁEK (01.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Od razu wszedłem w standardowy tryb. Po porannym rozruchu siadłem przed onanem sportowym.
Dopiero po I Posiłku zabrałem się za górę. Dzisiaj na tydzień mieli przyjechać goście.
W trakcie sprzątania zadzwoniłem do tej najmłodszej kuzynki. Bardzo sympatycznie sobie porozmawialiśmy wcale nie czując tego długiego czasu, w którym się nie widzieliśmy. Ostatni raz z 8-9 lat temu, kiedy z Żoną zajechaliśmy do nich nowiutkim Inteligentnym Autem tylko na kilka godzin, bez zapowiedzi, żeby było to lekkie i nikogo nieobciążające.
Od kuzynki dowiedziałem się szczegółów o śmierci Ciotki i o pogrzebie. Od czterech miesięcy przebywała w Domu Opieki Społecznej we wsi Stryja. Zmarła mając 88 lat.
- Do końca miała z nami pełen kontakt, rozum funkcjonował cały czas...
Zapytałem o syna Ciotki, co z nim, bo wuj zmarł wiele lat temu. 
- A jest w tym samym domu opieki.
- A jak sobie radzi? 
- Słuchaj, on od wielu lat jest niewidomy! - Najpierw sama leczyła go Ciotka, a potem dołożyli się lekarze. - Umysł ma jednak sprawny. - A warunki są bardzo dobre. 
- A pogrzeb?
- Wszystkim zajmuje się wnuczka twojej Chrzestnej, która przyjechała z Rodzinnego Miasta. - Ciotka zostanie pochowana w grobie, w którym leży wujek i jego ojciec. - No i ma być tam pochowany w przyszłości nasz kuzyn.
- A jak się czuje mama? - Ile ma lat?
- 88. - Jest po wielu pobytach w szpitalach, a teraz opiekujemy się nią w domu. - Ale jest w pełnym kontakcie.
Z grubsza nakreśliłem naszą sytuację. Podobało mi się, że nie dociekała, nie drążyła, nie doradzała. Po prostu wszystko rozumiała i przyjmowała na zasadzie Tak jest i już! Tak samo opowiadała o śmierci Ciotki, o kuzynie i o swojej mamie. Tak jest i już! Zazdrościłem jej takiego pierwotnego podejścia do tych spraw. Bo co można z tym zrobić, skoro taka kolej rzeczy?
 
Do przyjazdu gości pisałem. Para, lat około 55, przyjechała o 15.40. Nie nasi goście. Dziwili się różnym rzeczom, nawet w sposób nienegatywny i zadawali pytania, mimo że Żona wcześniej o wszystkim pisała. Wyglądało to tak, jakby ktoś zarezerwował im ten pobyt, a oni przyjechali tacy zrzuceni z kosmosu nie wiedząc gdzie się znajdują. Potem pani zabrała się za sterowanie parkowaniem auta (duży, długi, czarny mercedes), więc zaprotestowałem, zwłaszcza że, nie wiedzieć czemu, wskazywała gorsze miejsce do parkowania.
- Ale proszę nie pokazywać mężowi, gdzie ma parkować, bo robi pani to źle. - Powiedziałem mężowi, że go popilotuję.
- Robię źle?... - zapytała w sposób raczej potwierdzający ten fakt, niż z pretensją w głosie.
Zresztą później też jej nie miała, gdy chociażby dosyć upierdliwie Bo skoro macie państwo balkon, to dlaczego na nim nie można palić?, i gdy ja kategorycznie zabraniałem.
Z tym paleniem od razu mi podpadli, bo ledwo się przywitaliśmy, było widać, że oboje palą. Charakterystyczne ostre rysy, wysuszona i zażółcona skora, a u pani charakterystyczny głos podobny do bertowego, gdy wydaje z siebie jednoszczeki. Wskazałem miejsce do palenia za ogrodzeniem, na chodniku.
- Macie tam państwo kubeł na śmieci z popielniczką.
Pani się strasznie skrzywiła. 
- A zresztą my bardzo mało palimy... - pan starał się w niewłaściwy sposób załagodzić sytuację. Miałem go pytać A co to u pana znaczy w tym przypadku mało?...
- Proszę państwa, mało, czy dużo, nieważne! - Proszę palić za ogrodzeniem, mimo że w państwa apartamencie są nawet dwa balkony.
- A my już się przymierzamy do rzucenia palenia... - teraz pani starała się niewłaściwie załagodzić.
- Byleby nie było za późno! - rzuciłem jednym tchem razem z To miłego pobytu i uciekłem.
Nie mogłem zostać dłużej, nie na moje siły.
Żona, gdy wróciła, potwierdziła, że to nie nasi goście I nic na to nie poradzisz.
- Poza tym pozwoliłam im palić na tym balkonie przy sypialni, żeby nie palili nad bibliotekarką z dołu. - Wiesz, to tacy ludzie, że robiliby to po kryjomu, więc lepiej... - A pani się oczywiście zdziwiła, że nie ma telewizora i wpierała mi, że była informacja o telewizorze z takim płaskim ekranem.
Musiałem Żonie przyznać rację. Nie nasi goście. Nie mieliśmy już na wstępie żadnej przyjemności z przyjmowania ich. 
 
Po II Posiłku pisałem zdając sobie sprawę, że się nie wyrobię. Postanowiłem się nie przejmować i braki uzupełnić w następnym wpisie, na luzie i z przyjemnością. Żona mnie wsparła.
- O to będzie nawet fajnie później powspominać pobyt Trzeźwo Na Życie Patrzącej, Konfliktów Unikającego i Kolegi Inżyniera (!). 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił cztery razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. Jednoszczekiem. W niedzielę rano Pani wypuściła ją na ogród i o Piesku zapomniała, więc Piesek się upomniał. Akurat byłem na górze, więc niczego nie słyszałem, ale gdy zszedłem, Żona z rozanieloną miną mnie o tym poinformowała. Oczywiście nie zapomniała o Piesku specjalnie, bo by ją natychmiast zżarły wyrzuty sumienia, no ale skoro przypadkowo się zdarzyło...
Godzina publikacji 19.48.
 
I cytat tygodnia:
Każdy, kto przestaje się uczyć jest stary, bez względu na to, czy ma 20 czy 80 lat. Kto kontynuuje naukę pozostaje młody (…). - Henry Ford (amerykański przemysłowiec, inżynier oraz założyciel Ford Motor Company). (ostatni cytat z serii fordowskich)