poniedziałek, 29 grudnia 2025

29.12.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 26 dni.
 
WTOREK (23.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.10.
 
Wstawało się ciężko.
Po porannym rozruchu od razu zabrałem się za cyzelowanie. A potem długo siedziałem nad onanem sportowym. Uzależnienie...
Rano wyjątkowo nie zabrałem się za pisanie. To znaczy pisałem wysyłając dziesiątki życzeń świątecznych. 
Zaraz po I Posiłku, gdy mieliśmy wybierać się do City, odebrałem podejrzany telefon, który, sądząc po zestawie cyfr, nie mógł być Bocianem. Z nieznanego numeru odezwał się kolega z dawnych czasów. Doznałem szoku, bo nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy się 26 lat, chociaż on cały czas mieszkał i mieszka w Metropolii. Może dlatego, że był znajomym z drugiego planu, bez pejoratywnych skojarzeń. Ale uczciwie muszę przyznać, że w 1999 roku prowadząc już wówczas biuro nieruchomości zdecydowanie przyłożył się do faktu, że moja Najlepsza Sekretarka w Polsce odeszła ze Szkoły.
Stosunki więc się rozluźniły, przy czym nie mogłem żywić do niego urazy, bo jednak była to jej decyzja. 
Zachodziłem w głowę, jak mnie odnalazł i dlaczego? Też bez pejoratywnych skojarzeń, bo bardzo się ucieszyłem, gdy go usłyszałem. Przez 33 minuty pospiesznie zasypywaliśmy ogrom niewiedzy powstały przez te lata i obaj dziwowaliśmy się zmianom, jakie zaszły w naszym życiu. A zwłaszcza w kontekście naszych dzieci. Bo wiadomo, my się nie starzejemy, tylko te nasze dzieci...
Okazało się, że być może impulsem do zadzwonienia był fakt, że mieszkam w Uzdrowisku, a on się skądś o tym dowiedział. A czasu nie było, żeby dociekać. Z rozmowy wynikło, że kolega dzieciństwo spędził w Uzdrowisku, czyli można powiedzieć, że się w nim wychował, tutaj są pochowani jego pradziadkowie, o ile dobrze zrozumiałem, i dziadkowie (to na pewno). Więc o samym Uzdrowisku, co gdzie jest, rozmawialiśmy swobodnie. Było więc oczywiste, że musi do niego przyjechać i nas odwiedzić. Chyba nastąpi to w nowym roku i zapowiada się ciekawie.
 
Do City jechaliśmy w lekkim napięciu. Żona wczoraj umówiła się z panią na odbiór dokumentów, które zostawiła u niej blisko tydzień temu celem konsultacji z panią naczelnik. Oczywiście do niej nie doszło, bo przecież pępkiem świata nie jesteśmy, żeby tak natychmiast pani leciała do swojej szefowej.
Oczywiście pani nadal pieprzyła w swoim stylu, miło i uprzejmie, ale Żona przed Świętami nie wchodziła z nią w żadną dyskusję. Dla dobra swojego.
- Że też ktoś taki pracuje w takim urzędzie, który powinien przecież... - nie mogłem sobie odmówić komentarza, gdy ruszyliśmy sprzed budynku US.
- No, właśnie! - Też tego nie rozumiem... - No chyba, że to jest szwagierka, bratowa kogoś tam...            - Żona zamknęła kwestię.
Smutne.
 
W pewnych nerwach zrobiliśmy zakupy aż w dwóch Biedronkach i w Carrefour. Nerwy powstały na skutek dwóch korków. Na pierwszy natknęliśmy się przy wjeździe do City i 
Ten zaskoczył nas niemiło, 
Bo tam nigdy go nie było. 
Drugi nas zaskoczył, już mniej, gdy dojeżdżaliśmy do centrum handlowego. Ale później wszędzie szło gładko. Nerwy jednak zostały.
Kupiliśmy wszystko, czego  potrzebowaliśmy włącznie ze zgrabnym świerczkiem za 70 zł. Bo jodły tej samej wielkości kosztowały 100-130 zł.
W Uzdrowisku nerwy zniknęły natychmiast, bo nie dość że byliśmy u siebie, to zakup Socjalnej, odbiór paczki i pobyt w kolejnej Biedronce trwał już śmiesznie krótko. 
Sumarycznie więc ciężko nie było, ale trudno tak. Chyba do wszystkiego dołożyła się nieprzyjemna pogoda. Taka zimna mżawka. Zmęczenie dotarło do nas oczywiście już w domu, gdy poziom adrenaliny zaczął spadać. Ale daliśmy radę.
- Jakoś tak to Uzdrowisko jest przyjazne... - Żona musiała zareagować przed "naszą" Biedronką. Na twarzy miała wyraźną ulgę. Bo było mało aut, ludzi, żadnego pośpiechu i napięcia. Czułem absolutnie to samo. Ulgę i swojskość. Już nawet City jawiło się nam dzisiaj jako miejskie, przedświąteczne monstrum.
 
Wszędzie jednak można było natknąć się na przejawy bezmyślności, głupoty i złośliwości, bo to Polska właśnie. Pominę dziesiątki samochodowych, koszykowych w sklepach, kolejkowych, bo na ich opisanie nie starczyłoby miejsca i czasu. Zresztą od momentu wytłumaczenia ułomności ludzkiej przez Żonę i  Ale dlaczego ty oczekujesz?... staram się, naprawdę, ich nie dostrzegać. Ale są granice.
Gdy Żona odstawiała koszyk pod koszykową wiatę, zrobiła to cudem.
- Ledwo udało mi się go wcisnąć, ale następny już... - Musiałam się szarpać!...
Nie wierzyliśmy własnym oczom. Jakiś gnój "zaparkował" sobie motorynkę tak, że nie można było ani kosza wziąć, ani odstawić. Bo przecież siąpiło. Gdyby pod ręką był podobny w charakterze gość do mojego (warunek wystarczający) i nie było Żony (warunek konieczny), to kto wie, czy wespół w zespół nie przerzucilibyśmy tego pojazdu przez barierkę (parking jest na pewnej wysokości), żeby spadając i uderzając o bruk, tak świątecznie, nie zaoferowała swojemu właścicielowi siebie w kilku częściach.
- To może chociaż pójdę, odblokuję nóżkę, żeby motorynka pizgnęła o glebę i niech ten kutas się męczy i wkurwia. - głośno musiałem z siebie wyrzucić wściekłość i frustrację wiedząc, że przecież tego nie zrobię (patrz dwa powyższe warunki).
Ledwo wróciliśmy do domu i się rozpakowaliśmy, przyszedł sms z informacją o kolejnej paczce. To musiały być oczekiwane i spóźniające się żwacze dla Pieska. A jeśli tak, to nawet zmęczony Pan pofatygował się w tę zimną mżawkę.
 
Wieczór upłynął pod znakiem rozmów telefonicznych. Dzwoniliśmy po kolei:
- Brat:
- Wigilię spędzi w pracy, nie pojedzie do Bratanicy, Siatkarza i Wnuka, bo jeden z pracowników zachorował i innego zastępstwa nie ma.
- Codziennie rozmawiam z Marysią, która jest u córki w Niemczech (informacja podana dwudziesty raz). - Mówi, że za mną tęskni... 
 
- Córcia:
- Problemy nie minęły, ale nastrój ma lepszy. Może dlatego, że przyjechała matka i rodzina ze Stolicy i trwają przygotowania do Świąt. A poza tym bóbr dał sobie spokój. Może się ewakuował.
 
- Syn:
Opowiadał straszne rzeczy o bolącym zębie. Leciał już na wszystkich lekach i antybiotykach, jakie się tylko dało. 
- Ten główny miał działać z opóźnieniem, o czym było wiadomo. - Więc przez dwa dni myślałem, że oszaleję. - Nocami chodziłem w kuchni wokół wyspy wyjąc i brakowało tylko impulsiku, żebym wybiegł prawie nagi w zimną noc i pędził... - Dokąd? - Trzeciego dnia zadziałał, ból całkowicie nie ustąpił, w skali 0-10 bolał na poziomie 3, ale ja na wspomnienie poprzedniego płakałem ze szczęścia. -  A kolejnego dnia znowu, gdy sobie przypomniałem w jakim byłem stanie, znowu z ulgi się poryczałem, chociaż ząb nadal mnie przecież bolał. - Musi zejść ropień i dolna lewa szóstka będzie usuwana.
Syn opowiedział ciekawą historię. Otóż, gdy był w Innej Metropolii II odwiedzając znajomego, przypadkowo spotkał pierwszego poważnego chłopaka Córci. On pierwszy poznał Syna, a nie widzieli się jakieś 15 lat.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak mi się z nim super rozmawiało i jak się ucieszyłem, że go spotkałem. - Szkoda, że nie jest mi dane mieć takiego fajnego szwagra. 
Niedoszłego Szwagra poznaliśmy wszyscy. Nawet my z Żoną się załapaliśmy. Byliśmy w Innej Metropolii II, a on z Córcią nawet odwiedził nas w Naszej Wsi. Miły i sympatyczny, elokwentny i inteligentny. Miał jedną wadę, a mianowicie był w jakimś sensie niedojrzały życiowo. Jakby do niczego nie dążył - nie zdał matury, mimo że upłynęły od pierwszego terminu dwa lata, nie wiadomo z czego się utrzymywał (matka?), więc się nawet dziwiłem temu związkowi ze względu na Córcię, która swoje postawy życiowe miała akurat odwrotne, czyli konkretne. Przyciąganie się przeciwieństw?...
To był taki wolny ptak. 
Gdy Córcia skończyła licencjat z anglistyki, zaczęła pierwszy rok studiów na nowo otwartym kierunku na metropolialnym uniwersytecie, ale chyba pod wpływem swojego chłopa, zaliczywszy ten rok, studia przerwała i oboje wyjechali (wylecieli) do Szkocji. Nawet byłem na lotnisku z Żoną I, poznałem jego matkę i ze sporym niepokojem patrzyłem, gdy samolot z moją Córcią ulatywał w nieznane.
W Aberdeen na tamtejszym uniwersytecie pierwszy polski rok studiów jej zaliczyli, więc zaczęła od drugiego. Związek ich trwał, ale jego dni były policzone. 
- A powiedz mi... - zapytałem go - ... jak to się stało, że w tej Szkocji się rozstaliście? - Syn dalej opowiadał.
- To Siostra kopnęła mnie w dupę! - I muszę ci powiedzieć, że jestem jej za to wdzięczny, bo od tamtego momentu ogarnąłem się życiowo, zabrałem się za siebie, wróciłem do Polski, dwa lata temu zrobiłem papiery instruktorskie, mam zawód i pracę, a przede wszystkim partnerkę, a z nią dwie córki - 9 i 2 lata.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak mi się z nim fajnie rozmawiało. - Syn jeszcze raz podkreślił ten fakt. - Szkoda, że nie mam takiego szwagra. - Ale się wymieniliśmy telefonami, on przyjedzie do nas z wizytą i kontakt utrzymam. - Ale szkoda... - westchnął. 
Z Synem gadałem 56 minut. To jakiś bezwzględny rekord. 
 
- Sąsiad Filozof:
- Jak żyjesz? - zaczęliśmy rozmowę.
- A jak mam żyć? - Normalnie. 
- A jak pogrzeb?
- Pogrzeb, jak pogrzeb. - Normalnie. 
- A nie było problemu, żeby w zupełnie innym mieście pochować Sąsiadkę Realistkę?
- A dlaczego miałby być problem? - Jak się zapłaciło jednemu i drugiemu księdzu... - tu się uśmiał.        - Ten drugi musiał tylko wystawić zaświadczenie, że Sąsiadka Realistka była naszą parafianką. - nawet dodał sam z siebie.
- A jak Święta?
- W porządku. - Przyjechała młodsza córka z rodziną i przygotowują, a jutro przyjedzie starsza też z całą rodziną. - rozgadał się.
Ale na końcu, w sumie jak nie on, podziękował za telefon i że pamiętamy o nim. Nawet mnie to wzruszyło. 
 
- Zaprzyjaźniona Szkoła:
Tu do gadania nie trzeba było ich przymuszać i wyciskać z nich informacje. Od ostatniej naszej rozmowy wiele nie mogło się zmienić zważywszy na specyficzny grudniowy czas. Święta spędzają z rodziną w Bardzo Dużym Mieście II, czyli na swoich śmieciach i nigdzie nie wyjeżdżają.
- Podział jest taki... - wyjaśniała Żona Dyrektora - że do rodziny Męża Dyrektorki jeździmy w Święta Wielkanocne.
 
- Lekarka i Justus Wspaniały:
Przygotowania do Świąt szły pełną parą. Wigilia zapowiadała się super, bo już od kilku dni był Syn Lekarki, a miał dojechać Brat Lekarki z całą rodziną.
 
- Geograf:
- Planowałem jutro do was zadzwonić. - usłyszeliśmy na "dzień dobry". 
I złożyliśmy sobie miłe życzenia. 
 
- Pasierbica:
- Dzwonisz, żeby złożyć nam życzenia? - śmiała się. 
U nich od dawna było już ustalone - Wigilia u Policjantki i Przewodnika, po drodze cała czwórka zajrzy do Byłej Teściowej Żony. W I Dzień Świąt ma przyjechać Ojciec Pasierbicy z Macochą, a o drugim nie rozmawialiśmy. Do nas zajrzą na początku nowego roku. 
 
O 21.00 przyszły wieści z Teksasu: 
Dziękuję za Życzenia Świąteczne. Życzę.. Wam; Emerycie i Żono samych radosnych spotkań rodzinnych i Szczęśliwego Nowego Roku.                       
P. S. Tu jakoś nie mogę poczuć świątecznej atmosfery bo jest plus 25 stopni C, chyba jesiennie bo zasypało igłami i liśćmi. Będę zamiatać dmuchawą . Jutro tradycyjnie jednak usiądziemy do Wigilii. Pozdrawiam  i ściskam Was oboje, również Pieska!!!!        
Texanka (zmiany moje, pis. oryg.)
 
A o 22.12  z Głuszy Leśnej:  
90% odnotowane.
US mam pod kontrolą od kiedy firma z Gdyni rozlicza moje podatki. Śpię spokojnie, a jeżeli się coś dzieje to oni to za mnie załatwiają i są na pierwszej linii ataku i obrony 😁
WydajeSięŻePisowniaJęzykaPolskiegoBedzieTakWyglądalaPoNowymRokuAleJaBędęNadalUżywałStaropolskiejWersjiSprzed2026.
To tak na marginesie ostatnich wiadomości o naszym pięknym języku
 
A teraz coś teraźniejszego 
" Nie zmieniamy naszych charakterów każdego roku, zazwyczaj nie zmieniamy naszych przyzwyczajeń, czasem zmieniamy nasze miejsce na Ziemi, czasem rewidujemy nasze poglądy, czasem budujemy nowy dom,a najczęściej jednak zmieniamy samochody 😁
Każdy z nas inaczej obchodzi grudniowe Święta Bożego Narodzenia lub grudniowe Szczodre Gody lub Saturnalia lub Kronie lub Jul lub cokolwiek innego,ale u każdego z nas choinka zawsze stoi gdzieś w domu.
Każdy z nas spędza ten czas inaczej. Z rodziną, z przyjaciółmi, Sąsiadami,gdzieś daleko od domu, ucztując lub siedząc przed choinką i wdychając leśne .
Niezależnie od tego co robimy, z kim i gdzie, niezależnie od tradycji które obchodzimy życzę Wam zdrowego ciała, zdrowego ducha i zdrowych relacji!!!
Wesołych świąt 
Głusza Leśna 
24.12.2025
(zmiana moja, pis. oryg.)
 
ŚRODA (24.12) - Wigilia
No i dzisiaj wstałem o 5.40. 
 
Wstawało się ciężko, bo spałem świetnie i nie mogłem zrozumieć, co mnie pchało do wcześniejszego wstawania. To stało się dobrą poranną pożywką dla Żony.
- Poranny sen jest niezwykle ważny ze względu na fazę REM... 
Usłyszałem, jak jest ona ważna dla mózgu, jak może mi zwiększyć intelekt, wesprzeć regenerację i coś tam jeszcze. Słuchałem nawet z ciekawością, ale ponieważ zauważyłem, że Żona nieprzyjemnie porannie się rozkręca, natychmiast zadeklarowałem chęć, że już jutro alarmu nie będzie.  
- Tak od razu? - zdziwiła się.
- Tak.
I uciekłem do łazienki. 
 
Mimo, że to Wigilia, czyli "powinno" być nerwowo, od rana zachowaliśmy spokój. Wszystko szło zwyczajnym, codziennym trybem. Żona tkwiła w swoim 2K+2M, a ja po porannym rozruchu pisałem. Dopiero za jakiś czas zabraliśmy się za przygotowania. 
Zacząłem od nastawienia na kuchni jaj, ziemniaków i marchwi. Wszystko do sałatki. Żona zaś roztapiała galaretkę, żeby ją ponownie zagotować, a potem dalej robić nóżki. Był więc czas na telefonowanie.
 
- Trzeźwo Na Życie Patrząca i Konfliktów Unikający:
Wigilię mieli spędzić u siebie we czworo wraz z Matką Trzeźwo Na Życie Patrzącej, jej starszą siostrą oraz jej partnerem i ich dzidziusiem, który, zdaje się, ma już rok. Wynikało z rozmowy, że ten partner siostry to musi być fajny gość, ateista. Chętnie bym go poznał.
W pierwszy dzień Świąt Konfliktów Unikający jechał do matki wraz z Trzy Siostry Mającą oraz z ich dziećmi, Teatralną i Miśkiem. Trzeźwo Na Życie Patrząca chyba miała zostać sama albo iść do siostry lub mamy (wszystko mi się pokiełbasiło), bo córy jechały do ojca. Przy czym O Swoim Pokoju Marząca miała wrócić na Sylwestra, a Nieszablonowo Myśląca deklarowała, że zostanie tam aż do Trzech Króli.
 
- Kolega Inżynier(!):
Na Wigilię jechał do mamy i do siostry ze swoją młodszą córką, Krawacikiem.pl.
- A starsza? - dopytaliśmy.
- Idzie do najstarszej siostry Trzy Siostry Mającej.
Wydawało mi się, że słyszałem w jego głosie delikatny przekąs. 
(Wyrażenie "mówić z przekąsem" pochodzi od rzeczownika przekąs, który pierwotnie oznaczał dosłownie "przegryzkę" lub "przegryzanie", ale rozwijał też znaczenie przenośne: "dogryzanie, przyganianie, przymawianie komuś". Z czasem utrwaliła się forma z przekąsem <a nie o przekąsie)>   w znaczeniu ironicznym, złośliwym lub sarkastycznym, co odzwierciedla sens „dogryzania” komuś słowami, niczym fizyczne „przegryzanie” lub „kąsanie”)
W trakcie rozmowy Żona wpadła na ciekawy pomysł. 
- A może ty byś przyjechał z dziewczynami na jakiś weekend feriowy? - Tak dawno ich nie widzieliśmy...
- Kto wie, nawet chętnie, tylko nie wiem, jak one...
- Gdy im zaproponujesz... - odezwałem się trzeźwo i z refleksem - ... broń Boże, nie napomykaj o jakichś spacerach, a już na pewno nie szlakami górskimi! - Bo z przyjazdu z dziewczynami wyjdą nici! - Wspomnij, że będziemy chodzić do kawiarń, na lody i inne desery, może nawet do restauracji... - Zwiększysz szanse!
 
Po I Posiłku zabraliśmy się za dalsze przygotowania do Świąt. Żeby mieć z głowy w tym okresie temat drewna, sporo popracowałem w obszarze II, III i IV frakcji. A potem ustawialiśmy i przyozdabialiśmy choinkę. Poszło, jak zwykle gładko, bo temat mamy obcykany. Tegoroczną trochę u nasady pnia skróciłem, wywierciłem otwór na konstrukcyjny szpic w donicy nośnej i jednym ruchem choinkę do niej wstawiłem. Pestka. Pozostało wypionować, wspólnie założyć świecidełka i do donicy wlać wodę. W tym roku Żonę dodatkowo naszło na picowanie, więc jeszcze dołożyła bombki i szpic oraz anielskie włosy. Zapach i wygląd przywoływał wspomnienia z dzieciństwa. Cholera, jakie to mocne!
 
Wczesne popołudnie znowu upłynęło pod znakiem rozmów telefonicznych. Dzwonili koledzy ze studiów, Elektryk i Siostra. Z kolei my zadzwoniliśmy do Byłej Teściowej Żony. Rozmawialiśmy sobie długo. W zasadzie ciągle o tym samym, ale ona potrzebowała tego, a i my też. I zadzwoniliśmy do Byłego Teścia Żony. Znękanym głosem przepraszał nas, że on teraz nie może rozmawiać. W 10 sekund złożyliśmy mu tylko życzenia i się rozłączyliśmy. Bo co tu dociekać i go męczyć.
 
Popołudnie zajął nam drugi etap przygotowań - kulinarny. Spokojnie, bez pośpiechu, przy Pilsnerze Urquellu, kroiłem sobie sałatkowe i sosowe składniki, mieszałem, doprawiałem i smakowałem. Taki rytuał, jak co roku, z tą różnicą, że pilnowałem się z ilością. Sałatki wyszło z trzy razy mniej niż dotychczas, a sosu tatarskiego pełen słoik, tu jak zwykle, ale jego nigdy nie było za dużo.
- A pamiętasz - Żonę wzięło na wspomnienia - gdy w czasie pierwszych naszych Świąt narobiłeś dwie olbrzymie michy sałatki?! - nawet teraz po 25 latach miała grozę na twarzy. - I potem latałeś za rodziną lub znajomymi, żeby każdemu wcisnąć po słoiku?!...
Nawet mnie samego ogarnęła zgroza na wspomnienie tamtych gór sałatki. 
 
Żona kończyła nóżki, zupę grzybową i zabrała się za... sernik. Normalnie Święto Lasu! Ale geneza pomysłu była prosta. Świątecznie przy porannych kawach nie mogliśmy liczyć na sernik Pasierbicy oraz na struclę makową Q-Zięcia. Więc jeśli już miało być cokolwiek, to tylko sernik Bo to z samego sera, bez ciasta tłumaczyła Żona. Ostatnio taki chyba piekła w Wakacyjnej Wsi. Miałem spróbować dopiero jutro.
 
Do kolacji przebraliśmy się, a jakże! Było sympatycznie i ... skromnie. Przy stole w kuchni siedzieliśmy przy zupie grzybowej, pysznej, esencjonalnej, oraz przy sałatce śledziowej z ziemniakami.
Przy ogólnym rozleniwieniu przyszedł czas na prezenty. Żona otrzymała voucher do swojego ukochanego Lokalu z Pilsnerem II, a ja długo oczekiwaną książkę Naznaczony Roberta Galbraitha. Taka cegła - 938 stron.
Wydaje mi się, że każda kolejna jej książka o Cormoranie Strike'u i Robin Ellacott jest coraz grubsza. Ta przerażała swoją kolubrynowatością. Na pewno nie pomieści jej moja podkładka pod książki. Jednocześnie budziła podziw nad geniuszem pisarki. Bo jak można założyć, być wręcz pewnym, że za rok lub dwa powstanie następny tom z tego cyklu lub z każdego cyklu w ogóle? Jak to się robi i jak się wymyśla kolejną fabułę?
Oczywiście będę czytał i jestem ciekaw, ile mi to zajmie czasu przy moim systemie czytania i innych uwarunkowaniach. No i mam nadzieję, że wreszcie autorka zlituje się nade mną, i że para nietuzinkowych, obarczonych różnymi traumami, głównych bohaterów jednoznacznie i klarownie wyzna sobie miłość. Bo ile można maltretować czytelnika?... Wystarczająco długo czekam, aż to nastąpi, poddany sadystycznym metodom pisarki, która wprowadza czytelnika w maliny sugerując daną sceną, w każdej książce i po wielokroć, że to nastąpi tuż, tuż, właśnie w tym momencie, by za kilka zdań zrobić pisarską woltę i zostawić czytelnika zawiedzionym, zirytowanym, a nawet wkurwionym Bo przecież jedno kocha drugie i ile tak jeszcze można?!...
No, ale J.K.Rowling to Brytyjka, taka, sądząc z wyglądu i z jej życiorysu, twarda sztuka, co to niejedno przeszła. Trudno więc spodziewać się ckliwego, hollywoodskiego zakończenia, jeśli w ogóle ta książka ma być zakończeniem serii. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R. Tak świątecznie. 
- To nie nastawiasz budzika? - Żona wolała się upewnić.
- Nie, jak już zacząć, to od razu! 
 
CZWARTEK (25.12) - I Dzień Świąt
No i dzisiaj wstałem o... 07.00.
 
Skoro tak istotna jest faza REM!... 
Oczywiście w trakcie wstawania nic mi się nie zgadzało z wczorajszym twierdzeniem Żony o tej fazie snu, że wzmaga intelekt i buduje energię na cały dzień. Byłem pewny, że intelektu mi nie przybyło, a i o energii na dzisiejszy dzień miałem nie najlepsze wyobrażenia, bo ciągle byłem niemrawy i śpiący.
Najpierw obudziłem się sam z siebie o swojej porze, czyli o 05.30. Wstałem siku i... wróciłem do łóżka.
Skoro demoralizacja i demobilizacja, to na całego. Ale w okolicach siódmej zacząłem się wiercić oczywiście nie zdając sobie sprawy, że to siódma dopóki nie spojrzałem na smartfona.
- Wstajesz? - zapytała wybudzona Żona, bo nie dość, że wybudziłem ją wierceniem się, to jeszcze jej zegar biologiczny był tak nastawiony.
- Wstaję!. - Bo ile można gnić w łóżku?!... 
To Żonę ubawiło.
- Ale pamiętaj... - Żona zaczęła powtarzać - ... że ta faza jest istotna dla twojego intelektu i...
- A ile mi tego intelektu w moim wieku może przybyć! - przerwałem jej. - I czy w ogóle?!...
- To trzeba było o 05.30 już nie wracać do łóżka!... - natychmiast się zirytowała. - Kazałam ci?!
- No nie, ale wczoraj zasiałaś demoralizację i demobilizację, więc machnąłem na wszystko ręką i wróciłem.
- To ty teraz codziennie rano będziesz tak marudził i złorzeczył?! - To ci od razu mówię, wstawaj sobie kiedy chcesz, nastawiaj sobie budzik, ile i jak chcesz, bo ja tego nie wytrzymam.
W taki przypadku najlepiej jest, gdy zamilknę (zamilczę?). Ogólnie, a zwłaszcza w I Dzień Świąt. Zadziałało natychmiast.
- To ja sobie jeszcze trochę poleżę, żebyś ty tam na dole mógł spokojnie wszystko przygotować... - odezwała się pokojowo. 
Wiedziała, że najlepiej się czuję, gdy sytuację, jakąkolwiek, mam opanowaną. Przyszła idealnie, gdy wszystko było gotowe - ja po gimnastyce, w kuchni rozpalone, kubki z Blogowymi podgrzewały się na blasze i wszystkie urządzenia elektryczne miałem powłączane (powłanczane - politycy i dziennikarze) - choinkę, ruter, globus i świecidełka w bawialnym. Z niczym nie zalegałem. 
 
Po "spóźnionym" porannym rozruchu pisałem. Przy Blogowych i przy serniku. Wyszedł bardzo dobrze, sernikowo, grudkowo. Z przyjemnością zjadłem, mimo że wczoraj Żona kilka razy akcentowała fakt, że nie ma mąki ziemniaczanej Więc dam kasztanową. To wydało mi się podejrzane, więc optowałem za kokosową, ale Żona wytłumaczyła mi dzisiaj rano, dlaczego to mógłby być zły pomysł.
- Bo mąka ziemniaczana czy kasztanowa daje pewną kleistość. - Przy kasztanowej sprawdziłam to już na naleśnikach. - Gdyby była kokosowa, to sernik by się "rozsypywał".
Przekonała mnie od razu, bo rozsypującego się sernika nie ścierpiałbym.  
- Ale muszę jeszcze wprowadzić pewne modyfikacje... - rozległo się groźnie w ciszy świątecznego poranka.
Zgodziliśmy się, że można by dodać wanilii i skórki pomarańczy, ale przecież wiedziałem, że akurat teraz ich nie mamy. Na czym więc miałaby polegać modyfikacja? Żonie została jeszcze druga część ciasta, na której miała eksperymentować. Więc sernikowo jeszcze wszystko przede mną. Coś tam usiłowałem bąknąć, że lepsze jest wrogiem dobrego, ale to sztandarowe moje sformułowanie sczezło wobec natychmiastowego i stanowczego Ale ja muszę!
- To chociaż poczekaj, aż ten zejdzie... - odważyłem się.
- Nie mogę, bo ciasto się tak dobrze nie przechowa, jak gotowy sernik.
No i masz babo placek, nomen omen. Jak nie było sernika w tym domu, to nie było. A teraz będą dwa!...
 
Później poczytałem sobie o J.K.Rowling i jeszcze bardziej ją polubiłem. I zdecydowałem się postudiować i dowiedzieć się czegoś więcej o tej fazie snu REM. Niczego takiego nie znalazłem, o czym mówiła Żona. Żadnych wzmianek o intelekcie, ani o energii.
- Ale tu niczego takiego nie piszą... - odważyłem się.
- Bo ty nie czytasz, tam gdzie trzeba. - Żona zareagowała.
Dalej nie dopytywałem i nie odważałem się (😁). Taki piękny poranek I Dnia Świąt. Wyżowo, -6 stopni i ponoć ma być słoneczko...
Żona jednak nie z tych, żeby mi odpuścić chociażby ze względu na Święta. Przysłała maila o tytule Budzik. (wszędzie pisownia oryg.)
Dlaczego budzik jest najbardziej szkodliwym narzędziem mózgu
Budzik prawie zawsze przerywa poranny REM, bo to najdłuższa i najbardziej intensywna faza.
Nagłe przebudzenie powoduje:
- przypływ kortyzolu i adrenaliny; (i bardzo dobrze oraz sensownie)
- skok ciśnienia; (nigdy takiego nie miałem)
- ostra aktywacja migdałków - uczucie niepokoju; (nigdy takiego nie miałem)
- wydolność pamięci krótkotrwałej ("mgła") ; (od razu jestem trzeźwy, bez "mgły", no chyba że jestem na kacu)
- zerwanie połączenia myśli. (nie wiem, o co chodzi)

Skutki budzenia budzikiem:
• podrażnienie,
• uczucie niewyspania,
• słabość,
• niezdolność do skoncentrowania się. (w czterech przypadkach niczego takiego, statystycznie rzecz biorąc, u siebie nie zauważyłem)

Budzik nie tylko budzi.
Przerywa fazę odpowiedzialną za stabilność emocjonalną i inteligencję.
Twój mózg wie, kiedy się obudzić. Budzi się, gdy praca jest wykonana przez:
• integrację doświadczeń,
• stabilizację emocji,
• oczyszczenie mózgu,
• ukształtowanie pamięci,
• tworzenie nowych pomysłów. (wszystko to taki medyczny bełkot, według mnie, takie pieprzenie w bambus)

Budzik to interwencja w neurobiologię.
A jeśli chcesz jasności, spokoju, stabilności i kreatywności - pozwól swojemu mózgowi się wyspać. (przecież pozwalam - 9 godzin to mało?!)
(uwagi w nawiasach, nie kursywą - moje)
Oczywiście o moich nie kursywach Żonie nie wspomniałem. Po co? Takie piękne Święta, aura, czas relaksu. Dowie się o nich we wtorek po przeczytaniu wpisu, a wtedy to już 
Niech się dzieje wola nieba, 
Z nią się zawsze zgadzać trzeba!
 
Przed jedenastą zaczęliśmy spożywać dary Boże. W sumie bardzo skromnie i zdrowo. Na talerzach, oczywiście w różnych proporcjach u Żony i u mnie, pojawiły się: plastry szynki, galareta z nóżek, sałatka warzywna i sos tatarski. Do tego Baczewski. Było mi bardzo miło, że mogłem stuknąć się kieliszkami z Żoną, tak symbolicznie. Ona miała ledwo, ledwo na dnie, a ja poprzestałem na dwóch. Ale liczył się symbol. Wspominałem już wielokrotnie przy okazji obu Świąt, że nie mam z kim się napić w pierwszy dzień Świąt. Właśnie w ten konkretny, pierwszy. Tak nie nadarzył mi los. Potencjalni pijący wykręcają się porą dnia Tak od rana wódka?... Nie rozumieją, że właśnie o to chodzi, że po południu lub wieczorem to każdy głupi może ją pić. Tylko po co? Żeby zaraz potem kłaść się spać?...
 
W trakcie śniadania wyjeżdżał dół. Oczywiście, jak to przy wyjazdach, aura była już inna. Okazało się, że to Białorusini, którzy mieszkają w Polsce od 10 lat, a on, informatyk, ma polskie obywatelstwo. Wiedział, że starsi Polacy znają rosyjski. Złożyłem im w tym języku i po polsku życzenia... noworoczne, a oni nam... świąteczne. Po polsku... Tak to się czasami toczy.
Uroczyste skończyliśmy śniadanie
I wnet zabraliśmy się za sprzątanie. 
(słowo "wnet" <oznaczające "zaraz", "wkrótce"> ma pochodzenie czeskie, jest zapożyczeniem z języka czeskiego <inhed, ihned, hned>. Wzięło się z prasłowiańskiego "inŭgdŭ", dosłownie "jeden raz", z "in-" o znaczeniu "jeden" <jak w "inochod", "w ino">. Jest to archaizm w języku polskim, oznaczający "zaraz", "wkrótce" lub "prawie) 
Porządek zostawili taki, że mógłbym nie odkurzać i nie wycierać na mokro. Glanc! I to przy dwóch pieskach. Przypomnę, że w skali 0 -10 porządek po sobie zostawili: 2 - para polsko-holenderska (0 i 1 zostawiłem na wszelki wypadek dla większych syfiarzy niż oni, bo los potrafi zaskoczyć), 9 - wielu, wielu gości, w tym dzisiejsi. Dziesiątki przy mnie nikt nie otrzyma, bo nie ma siły, żebym czegoś nie dostrzegł lub nie wynalazł. I dlatego sprzątam zawsze, chociaż często Żona mówi Ale po co? Bo to, że ona musi dopicować, to rozumie, ale że ja muszę sprzątać, gdy jest czyściutko...
Nowi goście mieli przyjechać o 13.00. Wcześniej dopytywali, czy tak mogą, bo jeśli nie, to przyjadą o 17.00-18.00. Żona zapewniła, że mogą. O 13.00 przyszedł sms, że będą za godzinę. Czy to nas zdziwiło? Raczej rozbawiło. Taka praca. 
A przyjechali przed... 14.00. Taka praca. Młodzi, sporo przed trzydziestką. Sympatyczni, zorganizowani i kumaci. Narciarze.
 
Mogliśmy oddać się Świętom. Napadło nas na oglądanie animacji Zbigniewa Rybczyńskiego, na slow time, a nawet na słuchanie Bolera Ravela w wykonaniu galicyjskiej orkiestry. Dodatkowo wkomponował się w aurę telefon Lekarki i Justusa Wspaniałego. Zapraszali nas na pierwszy weekend w nowym roku. Wstępnie umówiliśmy się na drugi, bo w tym pierwszym ma się pojawić u nas Krajowe Grono Szyderców. Lekarka wspominała wczorajszą Wigilię jako czas, który spędzili w niezwykle sympatycznej atmosferze. Po oficjalnej kolacji wszyscy zasiedli przy kominku i było ciepło, serdecznie, świątecznie. Brat z rodziną (razem 5 osób) jednak nie nocował i gdzieś około 23.00 wyruszył w drogę powrotną do domu. Syn Lekarki został.
 
W ramach slow time odbiło mi świątecznie i oglądałem onan sportowy w stylu 30 najpiękniejszych bramek w 2025 roku. A to można robić w nieskończoność, bo po obejrzeniu system od razu podrzucał 20 najlepszych parad bramkarzy w 2025 roku albo Najdziwniejsze bramki w 2025 roku, itd. Musiałem temu położyć kres. Zwłaszcza że nadeszła pora II Posiłku. Pysznego i skromnego - pieczeń z karkówki w postaci mięciutkich plastrów i kapustka na gorąco. Do tego malutka lampka wina - Żona i dwa skromne pepysy Baczewskiego - ja.
 
Wieczorem obejrzeliśmy dwa odcinki serialu Słowo na R.
 
PIĄTEK (26.12) - II Dzień Świąt
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
 
Bez alarmu. 
Ranek przebiegł swoim trybem. Po porannym rozruchu pisałem. Aż do świątecznego I Posiłku. Był dokładnie taki sam, jak wczoraj. Co do ilości, jak i jakości. 
Żona zaraz potem korzystając z wysokiej temperatury w piekarniku nastawiła drugą partię sernika, tego zmodyfikowanego. Dowiedziałem się tylko tyle, że modyfikacja polegała na dodaniu jeszcze trochę twarogu i odrobiny miodu. O efektach miałem się dowiedzieć dopiero jutro Gdy wystygnie!, ale te kawałeczki ciepłego smakowały bosko!
Potem odgruzowałem się na 45% i nawet z przyjemnością dalej pisałem. Był spory zapas czasu, a to na pewno zapobiegało skłonnościom organizmu do powstawania zniechęcenia i obrzydzenia z powodu tak długiego klepania w klawiaturę. 
 
Dzisiaj przyszedł czas na realizację prezentu pod choinkę, czyli vouchera z Lokalu z Pilsnerem II. Bardzo dobrze nas to nastrajało, a zwłaszcza Żonę. Wiadomo.
W drodze mnie zaskoczyła.
- Jutro przyjeżdża Krajowe Grono Szyderców... - patrzyła na mnie hamując śmiech, bo wiedziała, co będzie.
Dźgnęło mnie nieźle.
- Noż, kurde!...
Nie to, że miałem coś przeciwko, wręcz odwrotnie. Ale te gadki, że teraz nie możemy przyjechać, bo..., a potem też nie, bo... i dopiero będziemy mogli przyjechać w weekend Trzech Króli... Takie sranie w banie! Chociażby sałatka i sos tatarski! Mogłem przecież zrobić więcej!
Okazało się, że Żona w sprawie niespodziewanego przyjazdu Krajowego Grona Szyderców knuła z Pasierbicą chyba już od wczoraj w tajemnicy przede mną, a na pewno od dzisiejszego poranka. A w tajemnicy, bo rzecz jeszcze nie była pewna, a obie wiedzą, że Jemu nic nie można powiedzieć, bo od razu się przywiązuje, a potem są z tego same problemy, gdy jednak rzecz nie dojdzie do skutku.
Właśnie przed chwilą zapytałam Pasierbicę Czy już mu można powiedzieć? 
- Tak! - odpisała. 
Obie miały ubaw.
Żona wyjaśniała, jak było. Ojciec Pasierbicy miał być u nich dłużej, ale ostatecznie swój pobyt z jakichś powodów skrócił i zrobił się świąteczny wakat.
- Będą u nas do 30. grudnia. 
Szybko obliczyłem, że to trzy noclegi.
- O, to super, sensownie. - To jutro muszę im zająć miejsce parkingowe, a na śniadanie zjem coś codziennego, żeby mogli chociaż trochę spróbować mojej sałatki i sosu tatarskiego. - od razu zacząłem działać. 
 
W Lokalu z Pilsnerem II było tak, jak ja lubię. Mocno turystycznie - gwar, wszystkie stoliki zajęte, że trzeba było czekać i zabiegani kelnerzy.
- Zmęczenie fizyczne?... - zagadałem współczująco do naszej pani, która później zresztą nas obsługiwała.
- Psychiczne! - odpowiedziała po krótkim zastanowieniu się. 
Żona po raz pierwszy zamówiła stek, z czego była bardzo zadowolona, bo był idealny, ja zaś nóżkę z kaczki. Do tego ona ciemnego Kozela, a ja...
Kozela musieliśmy reklamować. Znowu, jak jakiś czas temu w Lokalu Bez Pilsnera, trafiła się nam beczka z kwachem. Musiał już zacząć fermentować. Jak przystało w lokalu, o którym mamy jak najlepsze zdanie, pani beczkę wymieniła i podała nowy kufel. Kozelek był aksamitny, piernikowo-czekoladowo-kawowy, czyli taki, jak trzeba. Ciekawe, że nigdy mi się nie zdarzyło, abym reklamował Pilsnera Urquella.
 
Wracaliśmy w dobrych nastrojach. W domu stać mnie jeszcze było na przejrzenie chłamowatego onanu sportowego, ale nie trwało to długo. 
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R. Najsmutniejszy z dotychczasowych.
 
SOBOTA (27.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
 
Po porannym rozruchu pisałem. Z dużą przyjemnością, bo przy Blogowych i przy zmodyfikowanym serniku. Był doskonały - grudkowaty, lekko słodki, lepki. Przy użyciu dużej siły woli zostawiłem spory kawałek, bo świnią nie mogłem być, skoro Krajowe Grono Szyderców miało przywieźć struclę makową. Nie wspominam ryby po grecku i pierogów, bo to inna bajka, ale równie mile widziana.
 
I ledwo nastał dzień, czatowałem na tych gości z dołu, kiedy wyjadą na narty, bo musiałem wyprowadzić z garażu Inteligentne Auto, żeby Krajowemu Gronu Szyderców zająć parkingowe miejsce. Wyjechali na narty przed 11.00. Nice. Natychmiast pojechałem na darmowy parking. Było jedno miejsce, na którym zaparkowałem w miarę swobodnie, ale wiedziałem, że Q-Zięć będzie kręcił nosem. Tak czy owak mogłem ze spokojnym sumieniem zjeść I Posiłek, taki normalny, codzienny, bo jajecznicę na kiełbasie i cebuli. I pójść na zakupy do Biedronki i do Intermarche. Bo w związku z przyjazdem Krajowego Grona Szyderców nagle okazało się, że w lodówce i w spiżarni wieje pustką.
Idąc w tamtą stronę przeparkowałem, bo auto przede mną zniknęło. Teraz już Q-Zięć miał komfort. A gdy wracałem, kolejne przede mną zniknęło. to znowu przeparkowałem. Teraz Q-Zięć będzie miał miejsce, które preferuje. Ufff!
 
Krajowe Grono Szyderców przyjechało o 14.50.
 
PONIEDZIAŁEK (29.12)
No i dzisiaj... położyłem się spać o... 02.00. 
 
A wstałem o 09.00.
 
 
 
W tym tygodniu Bocian nie zadzwonił ani razu.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz jednoszczekiem. Było to w II Dzień Świąt, w piątek, gdy wróciliśmy z Lokalu z Pilsnerem II. Pani przyniosła Pieskowi różne smakołyki i od razu go nimi poczęstowała. A potem nieopatrznie zmusiła Pieska, żeby w ogrodzie zrobił siku. Piesek uwinął się błyskawicznie i w te pędy chciał wrócić do środka, bo to wiadomo, co tam bez niego mogło się dziać?... Przecież nikt nie powiedział, że to już koniec smaczków. I w tym pędzie natknął się na zamknięte tarasowe drzwi.
Godzina publikacji 18.45.
 
I cytat tygodnia:
Gdy mędrzec stara się przekazać jakąś mądrość, brzmi to zawsze jak głupstwo. - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.)

poniedziałek, 22 grudnia 2025

22.12.2025 -pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 19 dni.
 
WTOREK (16.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
 
Dwadzieścia minut po czasie. Znowu wstawało się ciężko.
Od rana cyzelowałem wpis. A było co robić. I gdy skończyłem, natychmiast zabrałem się za układanie drewna. Jeszcze przed I Posiłkiem. Wyszło ostatnie 10 taczek, sumarycznie 30. W drewutni było jakby więcej drewna niż zwykle. A to wrażenie jeszcze bardziej uspokajało w świetle nadchodzącej zimy.
Oczywiście później sporo czasu zajęło sprzątanie na podjeździe przed Klubownią i przy drewutni. Pomocnik by się przydał. 
Pracę odreagowałem na dwa sposoby. Najpierw godzinę spałem, a potem poszliśmy we troje na spacer do Uzdrowiska Wsi. 
 
Można powiedzieć, że popołudnie upłynęło na rozmowach telefonicznych.
Po moich bezskutecznych próbach dodzwonienia się do Syna w końcu on sam się odezwał. "Szpitalne" wieści były takie, że on czuł się lepiej, Wnuk-II podobnie, a najlepiej Wnuk-III.
- Ale był tak osłabiony, że dzisiaj zemdlał. - To daję ci go do telefonu, twojego najukochańszego wnuka, żeby powiedział ci kilka ciepłych słów. - Syn na koniec rozmowy pozwolił sobie na prowokację.
Oczywiście Wnuk-III nie zamierzał z dziadkiem rozmawiać, nie miał w tym żadnego celu, dwóch dych na odległość dostać nie mógł, ale tak jawnie odmówić rozmowy nie wypadało, więc był trochę zirytowany będąc wpuszczonym w maliny.
- Nie wiem, co ten tato odwala! - usłyszałem i natychmiast się ubawiłem. - Jakieś ciepłe słowo... - westchnął zbierając się w sobie. - Kaloryfer! 
- No może być jeszcze "kuchnia", "żarówka", "słońce" - podpowiadałem mu.
- No... 
- Słyszałem, że dzisiaj zemdlałeś.... 
- Wcale nie zemdlałem! - No, może trochę... 
Z Synem pogadaliśmy o zbliżających się Świętach. Wszyscy zjadą do Córci. 
- Będzie razem 15 osób, trzy psy i dwa koty. - Będzie ciekawie. - podsumował.
Policzyłem - domownicy trzy osoby, Rhodesian i dwa koty, Syn, Synowa i Wnuki - sześć osób plus dwa psy, I Żona, jej przyjaciółka i przyjaciel Córci - trzy osoby, oraz trzy osoby - rodzina ze Stolicy.
- Przy czym my po Wigilii i noclegu wracamy do Metropolii, bo resztę Świąt spędzimy z Teściami.
Syn był ciekawy "naszych" Świąt, a przy okazji po raz pierwszy szeroko dopytywał o Krajowe Grono Szyderców.
- Wiesz, tato, chętnie bym się kiedyś napił z Q-Zięciem kawy i porozmawiał.
 
Gadaliśmy 26 minut. Jak na nas długo. Ale czymżesz to było wobec czasu rozmowy z Kolegą Współpracownikiem. Bita godzina i 20 minut. Jako permanentny ostatnio słomiany wdowiec zadzwonił, żeby pogadać. Pomijając skromny fakt opisany po rozmowie krótkim żoninym Jednak jemu nikt nie dorówna, i tu podsuwaliśmy rozważając różne znane nam osoby, wydawałoby się równie wygadane, jak Kolega Współpracownik, to trzeba przyznać, że miał o czym opowiadać, skoro dawno nie rozmawialiśmy, a rodzina jest tak paczworkowa, czyli skomplikowana, że nasza się do niej nie umywa. Główne fakty jednak dało się wyłuskać.
Otóż Kolega Współpracownik jest nadal permanentnym wdowcem, dlatego że Farmaceutka większość tygodnia, oprócz 15 godzin pracy tygodniowo w aptece, spędza u córki i dwojga wnuków. A dlatego, że córka po rozwodzie nie może całkowicie dojść do siebie i ogólnie ma problemy z życiem. A teraz one z dziećmi wylatują na urlop do... Anglii i wracają 7. stycznia. Święta spędzą więc oddzielnie, co chyba nawet ułatwiło sprawę, bo przy takiej paczworkowości ich ułożenie nastręczało zawsze mnóstwa kłopotów - gdzie i czy będzie tyle miejsca, dlaczego dana/dane osoby muszą być obecne, skoro...?
Kolega Współpracownik mógłby je spędzić u jedynej córki, ale tam z kolei na pewno będzie jej matka, a do kontaktów z nią po rozwodzie Koledze Współpracownikowi jest niespieszno.
- Poza tym, wiecie, jestem zatwardziałym ateistą i tych świąt mogłoby dla mnie nie być. - Wymyśliłem więc, że na cztery dni wyjadę do... Łeby. - Ośrodek zapewnia całą świąteczną oprawę, więc nic mnie nie obchodzi.
Żeby życie nie było ani na jotę mniej skomplikowane, to 10 dni temu zmarł ojciec Farmaceutki. Miał 85 lat. Nic dodać, nic ująć.
Były też zwykłe, codzienne sprawy. Kolega Współpracownik nadal pracuje, nie nudzi się i przyjmuje zlecenia na umowę o dzieło, a pracy ma ciągle w bród. A jego 11-letni wnuk zapowiada się nieźle. Gdy tylko się urodził, z racji swojego imienia i nazwiska od razu przydzieliłem mu przyszłe, znakomite stanowisko, prezydenta Polski, o czym Kolega Współpracownik pamięta i zawsze go to bawi.
Ale jak może być inaczej, skoro oprócz imienia i nazwiska, chłopak ma takie cechy, jak upór, konsekwentność, zaciętość i nieustępliwość. Działa w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy i nie ma zmiłuj się, mimo częstych próśb czy błagań rodziców. Bez względu na pogodę twardo zbiera pieniądze od 10.00 do 20.00 i wcześniej za chińskiego mandaryna nie chce zejść z placu boju. W tamtym roku do jego skarbonki wpłynęło około 7. tysięcy złotych, a do eSkarbonki 1500, a już w tym, mimo że finał WOŚP odbędzie się dopiero 25. stycznia, ma w niej 700.
Biorąc pod uwagę fakt, że chodzi do międzynarodowej szkoły z wyłącznym angielskim, który już zna i na dodatek łapie koreański (gros kolegów i koleżanek to dzieci koreańskich pracowników różnych firm i korporacji), to moje prognozy nie są tak całkiem wyssane z palca. 
Trzeba oddać Koledze Współpracownikowi, że interesował się naszymi sprawami. Uporządkował sobie wiedzę o naszej paczworkowości i z wielu rzeczy się uśmiał, chociażby z mojej wizyty u Siostry, bo różne klimaty czuje, no i ma do nich dystans. 
 
Na koniec rozmawialiśmy z Nowym Dyrektorem. Dzisiaj jego córeczka kończyła 2 latka.
Tu dopadła mnie językowa wątpliwość, może rozdmuchana - czy "dwa latka" to nie jest specyficzny pleonazm? Dlaczego raczej nie mówimy o takim wieku dziecka "dwa lata, trzy lata, cztery lata" ale już pięć lat tak? 
Otwarta Na Wyzwania, żona Nowego Dyrektora, po porodzie już dawno wróciła do pracy, ale małej córeczki rodzice nie oddali do żłobka. Opiekują się nią naprzemiennie jedni i drudzy teściowie, matka i sam Nowy Dyrektor. Sporo bym dał, żeby go zobaczyć w tej roli. Tak więc mała opuści po raz pierwszy rodzinny dom idąc do przedszkola. Na przysłanym zdjęciu było widać, jak przejęta i uważna siedzi obok Berneńczyka, suni, i ją obejmuje. A to zawsze jest hecne zwłaszcza przy takich dysproporcjach wielkości.
Syn, najstarszy z potomstwa (urodził się w Stanach), w tym roku robi maturę, a córka chodzi do podstawówki i chyba po ojcu ma zdolności plastyczne. Niezły rozrzut...
Rozmowa w końcu musiała zejść na sprawy Szkoły. A lekko nie jest, bo, pomijając "pomoc" państwa i "przyjazne" działania urzędników, to rynek psują różni oszuści, oszołomy i hochsztaplerzy otwierając szkoły "bez pokrycia". Pozytywne jest to, że Nowy Dyrektor uzyskał zgodę ministerstwa na otwarcie od roku szkolnego 2026/27 dwóch nowych kierunków bliskich prowadzonemu, co powinno poprawić sytuację Szkoły. Bo baza lokalowa, sprzętowa i kadrowa jest i efektywniej się ją wykorzysta.
Jak zwykle na koniec wzajemnie się do siebie zapraszaliśmy, przy czym bardziej prawdopodobne jest, że to my pierwsi zawitamy do nich ciekawi zmian. Bo byliśmy, gdy ledwo do nowego domu się wprowadzili, kiedy to jeszcze trwały różne prace wykończeniowe, a na posesji był plac budowy. Jakieś 4-5 lat temu. Pisząc te słowa przypomniało mi się, że raz Nowy Dyrektor i Otwarta Na Wyzwania byli u nas w Wakacyjnej Wsi. I przypomniało mi się tiramisu przez nią zrobione. Rewelacja.
 
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek pierwszego sezonu serialu Słowo na R. Najlepszy z dotychczasowych, mógłbym powiedzieć perfekcyjny pod każdym względem.
 
Jeszcze wczoraj, o 22.02, napisał Po Morzach Pływający i zapewne W Swoim Świecie Żyjąca.
Muszę sprostować pewną informację
Cytuję
"Wszystko oczywiście przez W Swoim Świecie Żyjącą, która będąc swego czasu u nas, w Wakacyjnej Wsi, kilka dni żmudnie nade mną pracowała, jako studentka polonistyki. "
Poniżej właściwe nazewnictwo oraz kierunki studiów:
Uniwersytet Wrocławski: kultura i praktyka tekstu: twórcze pisanie i edytorstwo
Uniwersytet Adama Mickiewicza: sztuka pisania
PMP oraz W Swoim Świecie Żyjąca
 
ŚRODA (17.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem poszedłem w prostych sprawach do Uzdrowiska - drobne zakupy w Biedronce i odbiór dwóch paczek. A to zawsze jest miłe. 
Gdy wracałem, natknąłem się na dwie panie w wieku około osiemdziesiątki, które sobą i charakterystycznymi zakupowymi torbami na kółkach zablokowały cały chodnik. Spotkały się i trzeba było porozmawiać. O co ten cały raban?! Tak były zajęte sobą, że w ogóle na mnie nie reagowały.
- A gdyby tak panie stanęły z tymi torbami obok, żeby nie blokować przejścia, i wtedy tak sobie miło rozmawiać?!... 
- Ja nie muszę słuchać pańskich kazań! - od razu, trzeba przyznać z refleksem i na wysokich tonach, zareagowała jedna z nich, wyraźnie krewka mimo wieku. - Kazań to ja słucham w kościele!
Ta druga od razu zrobiła miejsce, a ta krewka dalej złorzeczyła, ale nie słyszałem już co (zapewne bym zacytował), bo natychmiast się oddaliłem. Jeszcze bym oberwał!... 
Ot, i Polska cała!
W domu głośno kontynuowałem swoje przemyślenia w kierunku niezrozumienia takich postaw i pewnego związanego z tym zgorzknienia.
- Żadnego "przepraszam", "nie pomyślałam", "nie zauważyłam", tylko od razu charakterystyczny polski atak! - Bo miałem czelność zwrócić uwagę! - Ja tego nie rozumiem, skąd się biorą takie postawy? - Brak wyczucia, empatii, sobiepaństwo... - Nawet przez moment, przyznaję złośliwie, miałem dodać I, ani chybi, głosuje pani na PiS!, żeby odreagować...
- No, rzeczywiście! - Na pewno byś oberwał!... - zareagowała Żona. - Ja się tobie ciągle dziwię, że ty  w różnych sytuacjach oczekujesz od ludzi tego, czego oni nie mają? - Rozumu, kultury... - Nie mają i już. - Musisz nad tym przechodzić do porządku dziennego, dla swojego zdrowia...
No, niestety, nie potrafię. 
Aha, gdyby ktoś chciał takie zachowanie tłumaczyć wiekiem... Nie ma on znaczenia, bo bez względu na niego takie zachowanie jest nagminne i wszędzie. Wystarczy wyostrzyć zmysły, przede wszystkim wzroku. 
 
Po I Posiłku uciekłem do drewutni. Nie chciałem być w domu, gdy Żona dzwoniła do Urzędu Skarbowego w City, do tej pani bierno-agresywnej, która swego czasu doprowadziła mnie prawie do szału, a za drugim razem, gdy Żona zabroniła mi do niej ze sobą przychodzić, pani ta wyżęła z Żony wszystkie siły witalne zostawiając jej jakieś resztki, żeby blada i zgarbiona miała siły dotrzeć do bramy, skąd ją odebrałem. 
Gdy nosiłem do domu porąbaną frakcję III, akurat natknąłem się na środek rozmowy. Pani była "na głośności", więc słyszałem jej niezwykle miły, ciepły, serdeczny i przyjazny głos, ale nabrać się już nie dałem. Przyszedł czas na rozliczenie sprzedaży Pół-Kamieniczki i Żona umówiła się z nią na jutro, na 12.00. Ja na pewno tam nie będę, bo i po co? Po co dwie osoby mają tracić zdrowie? Chyba lepiej będzie, jeśli straci je Żona, bo ona przy okazji tej straty o wiele lepiej załatwi sprawę, albo załatwi ją całkowicie, a ja zostawiwszy je sobie, będę miał siły, żeby Żonę ratować i przywracać ją do zdrowia. Chyba nikt mi nie może zarzucić egoizmu...
Wolałem Żonie przygotować wszystkie papiery, uporządkować je i opisać. Żeby jutro mogła możliwie jak najlepiej stawić pani czoła. 
Gdy to żmudnie robiłem, Żona wyszła sama do Zdroju. Nawet bez Pieska, a może zwłaszcza bez Pieska. Bo chciała poprzebywać sama ze sobą. To zdarzyło się w Uzdrowisku bodajże pierwszy raz. Cieszyłem się wiedząc, jak to zregeneruje jej siły i odciągnie od codzienności.
Gdy wróciła, okazało się się, że była w tej kawiarni świeżo otwartej, tej przy Stylowej, którą od początku skazałem na przegraną. Bo poza szlakami turystycznymi, tak z boku, "zawsze" z minimalną klientelą. Piszę "zawsze", bo co tylko tamtędy przechodzimy, wieje przykrą pustką.
Dzisiaj ta pustka Żonie idealnie  pasowała. Była w kawiarni sama i mogła oddać się myślom niczym niezakłóconym.
- Kelnerka była bardzo sympatyczna, fajna muzyka, siedziałam przy rozgrzewającej herbatce, bez alkoholu, myślałam i zaczęłam się martwić... - śmiała się. - Bo kawiarnia zaczęła mi się podobać i dopadły mnie myśli, że może paść. - Z drugiej strony może tak się nie stanie i przetrwa na unijnych dotacjach do czasu, aż okrzepnie. - Nawet zaczęłam w niej wprowadzać drobne zmiany... - Jakieś poduszki na kanapach, ciepłe oświetlenie zamiast tego zimnego...
Życzę jej, Żonie i kawiarni jak najlepiej, ale na razie to nie moje klimaty, bo u mnie musi być chociaż trochę różnych gości, bardziej tak gwarnie, turystycznie. 
 
Po II Posiłku pisałem, ale niedługo. Po wielu dniach oddałem się onanowi sportowemu. Byłem mocno zniesmaczony, bo odniosłem nieodparte wrażenie, że onan sportowy zdziadział, zapanowało w nim większe niechlujstwo informacyjno-językowe, powtarzanie informacji, pewien bełkot i chłam. A może tylko tak mi się zdawało z tej racji, że ostatnio zdecydowanie rzadziej do niego zaglądałem, a długie przerwy między sesjami spowodowały wyostrzenie zmysłów, tu, o dziwo, węchu. Bo poczułem wyraźny smród. Poprzednio siedząc w tym gównie regularnie, mogłem, przyzwyczajony, nie reagować. Więc co będzie?...
 
Wieczorem obejrzeliśmy pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Słowo na R
 
CZWARTEK (18.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
Żona w trakcie swojego 2K+2M niespodziewanie mnie z tej czynności wyrwała. Wyraźnie jedno z "M" - myślenie, zaowocowało.
- Bo tak mi się przypomniała Wakacyjna Wieś...
Od razu się zainteresowałem, bo mam sentyment.
- ... wydaje mi się, że o tej porze roku, ciężkiej dla wszystkich, to - ty - tam - tak (4xt 😀) nie marudziłeś, jak tutaj...
Natychmiast przestało mi się podobać i sentyment mi przeszedł. 
- Zastanawiałeś się może nad tym? - Bo przecież zimą też miałeś mniej do roboty?... 
- Nie zastanawiałem się i nie zamierzam! - chciałem Żonę spławić. - Od zastanawiania się jesteś ty. - Ten mechanizm u nas od samego początku się sprawdza i po co go psuć?... - Przecież wiesz, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Nawet to ją trochę rozbawiło, ale nie dała się spławić i kontynuowała. 
- Bo widzisz, ja o tej porze, to nawet jestem zadowolona. - Wielu rzeczy nie muszę, mogę oddać się rozmyślaniom, mam pewną swobodę i szara aura specjalnie mi nie przeszkadza. - Mam czas i komfort "studiowania" wiedzy w głębszych poziomach Internetu - A ty tę aurę źle znosisz... - Zastanawiam się, jaka jest różnica...
- Wiek? - podsunąłem licząc, że w ten oczywisty sposób temat zostanie zamknięty.
- No tak... - Żona chwyciła się nośnego słowa - ... ale w związku z tym ciągle myślę, co dalej z tobą. - Co ty byś chciał w przyszłości?
Przyparty do muru grałem na zwłokę czekając, aż Żona coś podsunie.
- Bo gdybym cię zapytała, co byś wolał w przyszłości, to co byś powiedział? - i podsunęła kilka przykładów, rozwiązań, które w różnych okresach wałkowaliśmy.
Zacząłem kluczyć, bo sprawa nie była taka oczywista. A nawet skomplikowana, skoro dotyczyła naszego przyszłego życia.
- Wolałbym zdecydowanie... - i tu przedstawiłem jedną opcję i nawet ją trochę uzasadniłem.
- Ale przecież wcześniej mówiłeś... - Żona wyłapała niekonsekwencję.
- Tak, ale skoro przystawiłaś mi pistolet do głowy, czyli mam odpowiedzieć zero-jedynkowo, to ci odpowiadam. - I teraz temat uważam za zamknięty, bo śmiem twierdzić, że jednak odniosłem się do niego konstruktywnie, a co będzie, to zobaczymy...   
- Że też twój problem ostatecznie staje się moim i muszę sobie z nim dać radę! - Bo ty... - No tak, muszę zostać z tym sama... - westchnęła.
 
Syn dość wcześnie, jak na niego, porannie przysłał mema a propos Świąt, więc zareagowałem.
- Synuś, Ty na nogach o tej porze?...
- Od 30 h - przepraszam za słowo ale nie da się inaczej - napierdala mnie tak ząb, że tak, jestem na nogach od 3 rano... (wszędzie pis. oryg.)
Musiał rzeczywiście go napierdalać, skoro użył słowa "napierdalać".
- O, to naprawdę współczuję! I co dalej, zwłaszcza w kontekście Świąt?...
- Do świąt to ja bym umarł. Dziś lub jutro dentysta. Jestem na czterech różnych lekach, w tym jednym antybiotyku.
 - To trzymam kciuki. I naprawdę współczuję!
- Dzięki. Boli mnie ząb pierwszy raz od prawie 10 lat.
- To i tak nieźle, jakkolwiek to zabrzmi...
- Wczoraj miałem pół dnia rozkmine co robili w takich sytuacjach jaskiniowcy, albo nawet w średniowieczu, albo nawet taki Chopin. Bo chyba bolał go kiedyś ząb?
- Kamień, bo desperacja była wielka, później kowal, na żywca, a z Chopinem mogło być już trochę lepiej, ale trzeba byłoby poczytać 😀 
No i tak miło sobie pokorespondowaliśmy.
 
Przed I Posiłkiem przygotowywałem dodatkowe papiery do US, tak na wszelki wypadek. I potem wszystkie z Żoną omówiliśmy, żeby była lepiej przygotowana do spotkania, co później miało się okazać być psu na budę.
Jechaliśmy do City, gdy zadzwoniła Pasierbica. Wracała akurat ze szpitala. Wczoraj wieczorem pogotowie zabrało Byłego Teścia Żony, który wieczorem dziwnie się zachowywał, majaczył i nie było z nim kontaktu. To, przy jego wieku (85 lat) postawiło wszystkich na nogi. Dzisiaj przyjechał              (3 godziny jazdy w jedną stronę, czyli stania w korku na autostradzie) Ojciec Pasierbicy z Macochą, Q-Zięć dowoził do szpitala kogo mógł, Pasierbica z Byłą Teściową Żony były już na miejscu i wszyscy oni dowiedzieli się, że dziadek jest totalnie odwodniony. 
- Według relacji babci - mówiła Pasierbica - dziadek nic nie pił i nawet "chwalił się", że nie chce mu się wcale siku. - Ostro go teraz nawadniają i uzupełniają elektrolity, żeby nerki zaczęły normalnie pracować. - No i jest z nim kontakt.
Stary a głupi, chciałoby się rzec. 
 
Żona po takiej informacji w "dodatkowym" nastroju poszła na spotkanie z panią w US, a ja uciekłem na zakupy. Uwinąłem się dość zgrabnie, by potem ponad pół godziny krążyć po osiedlu i na nią czekać. Jej długa obecność w US (godzina dwadzieścia minut) dawała nadzieję, że sprawy zostały popchnięte. Poprosiłem Żonę, że gdy tylko mnie ujrzy po wyjściu z budynku, da mi z daleka znak kciukiem niczym cesarz na arenie gladiatorów, jak mają się sprawy, bo dłużej nie byłbym w stanie wyczekać na wieści ani sekundy, albo płynnie pomacha dłonią na oznakę, że jest dobrze, ale nie beznadziejnie. No i Żona zastosowała te ostatnią wersję.
- Może wsiądźmy do auta, to ci opowiem po drodze?... - musiała dać odpór mojej natarczywości. 
- Ale taka wyżęta, jak poprzednio nie jesteś?... - zauważyłem.
- A bo wiedziałam, czego mogę się spodziewać i w pewnym stopniu do pani się przyzwyczaiłam.
Z opowieści Żony wynikał jeden konkret, bardzo pozytywny dla... fiskusa, ale za chwilę okazało się, że wcale tak nie musi być. Mimo że z końcem tego roku upływał termin rozliczenia sprzedaży Pół-Kamieniczki, to wcale nie oznaczało, że do jego końca mamy zapłacić podatek z należnymi drakońskimi odsetkami. 
("drakońskie" wywodzi się od imienia ateńskiego prawodawcy Drakona <VII w. p.n.e.>, który spisał pierwszy kodeks praw w Atenach, znany z niezwykłej surowości i bezwzględnych kar, stąd wyrażenie „drakońskie prawa” oznacza przepisy bardzo surowe, okrutne i niewspółmierne. Choć historycy sugerują, że Drakon mógł próbować złagodzić zwyczajowe prawo, jego imię pozostało synonimem bezkompromisowego prawa.) 
"Chyba" moglibyśmy go nie płacić, odsetki by ciągle rosły i tu zaczyna się pierwsza niewiadoma, stąd cudzysłów przy "chyba". Bo czy to miałoby oznaczać niepłacenie należności i odsetek aż do śmierci podatnika?... Czyżby fiskus swoją pazernością sam na siebie ukręcił bicz?...  
O to Żona nie dopytywała, bo i po co, skoro i na inne pytania już nie otrzymywała konkretnych odpowiedzi. Chociażby na tak proste A jaka jest wysokość odsetek? Okazywało się, że w niewyjaśniony sposób może być różna, a co najlepsze zmienna i pani nie potrafiła tego wyjaśnić, co, jako żywo, kojarzyło się z chachmęceniem urzędu przy powadze prawa. Albo lepiej - z pozycji silniejszego. Trudno, naprawdę, szanować takie państwo. 
Pani zatrzymała faktury, które przygotowałem, żeby się "nad nimi pochylić" I sprawę skonsultuję z panią naczelnik. 
Co z tej relacji przebija najbardziej, żeby nie powiedzieć wyłącznie? Chaos! Otóż to!
 
W domu ledwo się ogarnęliśmy, a już siedliśmy nad papierami i notatkami Żony, żeby liczyć na gorąco.
Podchodziliśmy do różnych wariantów sugerowanych przez panią, w tym dla nas miłego, mówiącego, że sumarycznie i ostatecznie rozliczylibyśmy temat kwotą 300. zł , ale za nic nie mogliśmy trafić na metodologię, która w wyniku obliczeń i podstawiania różnych kwot, dawałaby tak przyjemną sumę. Kręciliśmy się wokół własnego ogona, powoli się zapętlaliśmy, stawaliśmy się coraz głupsi i marnieliśmy w oczach.
Trzeba było przeciąć ten gordyjski węzeł. Pierwszy zaproponowałem, że jeśli nie zatrudnimy jakiegoś sensownego biura podatkowego, to zwariujemy. Żona się zgodziła. Najpierw zadzwoniliśmy do Laparoskopowego z pytaniem, czy nie zna kogoś takiego, ale ten nie znał. Za to Lokals pomógł. Dał nam za jakiś czas namiary sugerując, że jego kolega z tego biura korzysta i jest bardzo zadowolony.
 
Żeby choć trochę zregenerować siły po II Posiłku dość pobieżnie oddałem się onanowi sportowemu. Chyba na zasadzie uzależnienia od smrodu, bo nadal był. To nie zdało się na wiele, więc Żona rzuciła proste rozwiązanie Z tematem trzeba się przespać. Na górze, wypompowani, byliśmy grubo przed 19.00.
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
Spaliśmy już o 19.30. Nie było innego wytłumaczenia, jak tylko to, że US nas wykończył. Kolejny raz.
- Marzę o tym, że gdy się w końcu rozliczymy, nigdy już nie będziemy mieli z nimi do czynienia. - Żona musiała na dobranoc wyrzucić z siebie.
- Damy radę... - jej i sobie dodałem ducha. 
 
PIĄTEK (19.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.35.
 
Czułem się wyspany. Nic dziwnego, skoro wczoraj poszedłem spać z kurami. 
Od rana pisałem. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem ściągnąłem firany. Ledwo z drabiną wyszedłem ze spiżarni, Piesek majestatycznie udał się na górę. Lepiej dmuchać na zimne. W Salonie zdjąłem dwie - nasze po wprowadzeniu się, w kuchni i w przedpokoju po jednej, spadek po poprzednich właścicielach. Obie, a zwłaszcza kuchenna zazdrostka wołały swoją szarością o pomstę do nieba, bo cholera wie, kiedy ostatnio były prane.
Gdy Żona wsadziła je do pralki, ja natychmiast trzepałem wszystkie dolne dywaniki i chodniki, a potem dół odkurzałem. 
Po I Posiłku świeżutkie, pachnące, w tym te dwie, już białe(!), można  było rozwiesić. Po czym dokończyłem dół wycierając podłogi mopem. Spracowałem się trochę.
 
Od rana czailiśmy się na biuro podatkowe polecone przez Lokalsa. Po kilku próbach kontaktu udało się. Sympatycznej pani z City, jak się okazało rodowitej uzdrowiczance (od 1 stycznia Uzdrowiczance),
przedstawiliśmy problem i umówiliśmy się na telefoniczny kontakt między 1. a 7. stycznia, żeby się spotkać i dostarczyć dokumenty. Pani twierdziła, że sprawy się podejmie. Tedy będziemy musieli zabrać od miłej pani z US wszystkie dokumenty, które Żona tam zostawiła. Nie wiem, jak to będzie widziane, ale już węszę, że nie najlepiej.
 
W południe Pan Listonosz przyniósł wraz z emeryturą (- To ty nie chcesz na konto? - pytanie dziwiącego/-ej się; - Nie, bo lubię porozmawiać sobie z listonoszem i odpalić mu przy okazji jakiś grosz... - moja odpowiedź) pierwszą Pielęgnację. Wcale nie mieliśmy zamiaru czcić tego faktu w jakikolwiek sposób. Miałem najpierw sam wybrać się do Uzdrowiska w drobnych sprawach, ale gdy Żona to usłyszała, stwierdziła, że ona chętnie się ze mną przejdzie i to bez Pieska Bo to jednak inaczej.
- To może jednak zaakcentujemy pielęgnacyjny fakt i pójdziemy do Galaretkowej? - zaproponowałem. - Ja bym skromnie posiedział przy jasnym Kozelu, ty byś sobie coś wybrała... - Są tam herbatki rozgrzewające... - podsuwałem Żonie, jakby nie wiedziała.
Gdy zbliżaliśmy się do Galaretkowej, Żona mnie zaskoczyła.
- A nie chciałbyś posiedzieć w Lokalu z Pilsnerem I przy Pilsnerze Urquellu.
Chorego pytała, czy co?!
Dawno tam nie byliśmy z tej racji, że ostatnio nowa obsługa była średnio sympatyczna, a i ze smakiem potraw było nieciekawie, więc, nie to, że się obraziliśmy, ale Lokalu tego zaczęliśmy unikać. Pilsnera Urquella z beczki raczej jednak nie mogli spieprzyć. No, niestety, mimo że jak na nas pora posiłkowa była zbyt wczesna, widok jedzących gości i zapachy zrobiły swoje. Nie mogliśmy się oprzeć. Żona zamówiła tatara ze śledzia, bez pieczywa, i małego ciemnego Kozela, ja zaś wątróbkę (zawsze pyszną) z puree ziemniaczanym i z delikatnie kiszonymi ogórkami i dużego PU. Wszystko było pyszne, a i do nowego pana kelnera nie mogliśmy mieć żadnych uwag, co najwyżej pozytywne.
Tak więc jednak pierwszą Pielęgnację uczciliśmy, a Lokal z Pilsnerem I odczarowaliśmy. Zwłaszcza, że posiedzieliśmy dość długo wspominając z czym on się nam sympatycznie kojarzy, a przy okazji wykorzystaliśmy fakt naszej w nim obecności i kolejny raz planowaliśmy i planowaliśmy... I dość szeroko omówiliśmy kwestię pokolenia wszelakich wnuków, ich relacji z dziadkami jako takimi, i konkretnie naszych z ich dziadkami, w tym oczywiście z nami. Ciekawe.
 
W domu, dzięki Żonie, ocknąłem się, że przecież na Święta ja zawsze robię sałatkę warzywną i sos tatarski. Natychmiast rzuciłem się do kartki i pisaka, żeby spisać wszystkie składniki, bo co roku mam problem z ich zapamiętaniem i od razu sporządziłem listę zakupów. Święta bez sałatki i sosu tatarskiego?!... Na wszelki wypadek, przy okazji, sprawdziłem, czy w spiżarni jest wódka. Była.
- Ale  proszę cię, zrób tylko jedną miskę i to niedużą, a nie jak zwykle dwie michy! - Żona od razu przyoblekła udręczoną minę przywołując zapewne przed oczy obraz tego, co ja co roku wyprawiam.
Sam wiedziałem, że jedną niedużą, skoro Krajowe Grono Szyderców do nas przyjedzie raczej już po Świętach, a truć ich nie miałem zamiaru.
 
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R
 
SOBOTA (20.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Niby nic się nie działo, ale jakoś tak nie mogłem dalej spać. 
Po porannym rozruchu pisałem. Nie zdążyłem się jeszcze dobrze rozkręcić, a już przyszła Żona. A była dopiero 06.30. Oczywiście zrzuciła wszystko na mnie.
- Bo włącza mi się program wstawania, gdy ty tak wcześnie wstajesz... - Ciekawe, gdybyś wstawał na przykład o piątej, to czy ja bym wstawała odpowiednio wcześnie?...
Żona lubi sobie stawiać różne problemy, żeby tylko miała nad czym myśleć. Chętnie by też na ten temat podyskutowała... Ale ja przezornie milczałem.
 
Gdy jako tako się rozjaśniło, pojechaliśmy w te pędy na zakupy. Posunięcie było bardzo dobre, bo aut mało i ludzi w sklepach również. Wróciliśmy idealnie na porę posiłków, naszego i Pieska. A za chwilę złapała mnie schyłkowość. Musiałem pójść na górę i się położyć. Sam z siebie obudziłem się po godzinie i natychmiast skonstatowałem, że tak, jak padłem na lewym boku, tak się obudziłem. Dobrze, że słuchałem organizmu, bo wstałem zregenerowany i natychmiast zabrałem się za trzepanie dywaników na górze i za odkurzanie. 
Potem powiesiłem świecidełka na zewnątrz Tajemniczego Domu, można powiedzieć, jak co roku, a gdy już dopadłem kubła ze świecidełkami różnego autoramentu, to po raz pierwszy chyba od czasów naszowsiowych zacząłem robić remanent i porządek nieźle się  przy tym wzruszając. Każdy sznur sprawdzałem czy świeci i jak, a wzruszenie brało się z tekstów karteczek do nich dołączonych opisujących system wieszania na bramach, drzwiach, tarasach i pergolach, żeby co roku nie zastanawiać się od nowa "jak to było". A działo się raptem 5 lat temu, szokująco krótko i szokująco długo.
Oczywiście sznurów ci u nas w bród, bo Uzdrowisko to nie ten sznurowo-świecidełkowy rozmach co w Naszej Wsi. Nadmiar więc uporządkowałem, posegregowałem według typów (wewnętrzne, zewnętrzne kolory świecenia) i od nowa opisałem, żeby w następnym roku nie musieć robić tego bajzlu, czyli wyważać otwartych drzwi. 
Jeden sznur zostawiłem na choinkę, drugi Żona miała zamiar jakoś powiesić u gości w górnym apartamencie (w dolnym według niej się nie daje), a trzeci zawiesiliśmy w naszej górnej łazience, w puste miejsce, w którym za starych właścicieli tkwiła ohydna, fabryczna lampa jarzeniowa, starego typu, dająca to nieludzkie oświetlenie (świetlicowe! - a to jest najgorsza obelga ze strony Żony jaka może być dla oświetlenia), a która była pierwszym elementem (emelentem), który Żona kazała mi w Tajemniczym Domu zdemontować. Został tylko kinkiet nad umywalką, co oczywiście nie wystarczało. W pierwszym rzucie podłączyliśmy stojącą lampę, ale po kilku miesiącach okazało się, po remoncie apartamentów, że jest ona niezbędna w górnym, więc Żona jakimś swoim dziwnym systemem w miejsce podłączenia tej fabrycznej lampy, potem stojącej, podłączyła jakąś lampkę biurową, ekwilibrystycznie przymocowała ją do firankowego karnisza i taki mamuci wypierdek świecił, gdy się go uruchomiało włącznikiem przy drzwiach, ale dawał równie ohydne zimne światło, jak jej kolubryniasta poprzedniczka. Stąd, żeby to zimno nie dawało tak po oczach, Żona finezyjnie okryła lampę jakąś chustą, bodajże.
Nie wtrącałem się. 
Dzisiaj ten oświetleniowy wymysł z wielką przyjemnością wypieprzyliśmy i powiesiliśmy sznur pięknych jasnych kuleczek emitujących ciepłe światło. Ustaliliśmy, że zostawimy go na stałe Bo tak ładnie się zrobiło... 
Czwarty został w Bawialnym, bo Żona chce go jakoś tam umocować. Lubi te świecidełka i zdaje się, że dla niej mogłyby świecić przez cały rok. 
 
Spełnieni oświetleniowo postanowiliśmy zadzwonić do Byłej Teściowej Żony. Według relacji Pasierbicy już można było, bo Była Teściowa Żony jako tako doszła do siebie po incydencie z odwiezieniem Byłego Teścia Żony do szpitala, zwłaszcza że jego stan się poprawił. Badania trwają, lekarze nie potrafią postawić jeszcze żadnej diagnozy, ale wszystko zmierza w kierunku stwierdzenia, czy to nie był mikrowylew. Oczywiście oddzielną sprawą był fakt odwodnienia organizmu. A może właśnie nieoddzielną.
- Pierwszej nocy musiałam zażyć tabletkę nasenną, bo po przyjeździe pogotowia i odwiezieniu Byłego Teścia Żony do szpitala nie mogłam zasnąć... - odpowiedziała na nasze pytanie Jak się czujesz? - A teraz jestem tak zmęczona, że zasypiam natychmiast bez niczego. - Mam 86 lat, wystarczy zrobienie zakupów, przygotowanie sobie coś do jedzenia, wyjazd do szpitala i z powrotem, bo jestem tam codziennie, i padam...
Przy okazji uporządkowałem sobie wiedzę dotyczącą Byłych Teściów Żony. Oboje mają 86 lat, on jest starszy od niej o 12 dni, a na dodatek mają takie same imiona, o czym oczywiście wiedziałem. Ot, taka ciekawostka. 
- A co w Święta?
- A dzisiaj kupiłam kawałek karpia, jutro może jeszcze coś dokupię, a poza tym mam całą zamrażarkę jedzenia... - śmiała się.
- Z nim jest już kontakt telefoniczny... - "wróciła" do męża -... bo nie dość, że ma kontakt z rzeczywistością, to jeszcze Pasierbica, która do niego jeździ, "naprawiła" mu telefon, bo coś poprzyciskał. - O, między nimi to jest wielka miłość... - podsumowała bez cienia zazdrości, raczej z podziwem.
- Gdybyście chcieli, to można do niego zadzwonić... - Na pewno będzie mu bardzo miło.
 
Od razu zadzwoniliśmy i usłyszeliśmy jego charakterystyczny, nawet dziarski głos. Wszystko w szczegółach opowiedział w swoim stylu mając do spraw dystans, czasami jednak trochę dłużej niż normalnie zastanawiając się nad doborem słów. 
- A jak Święta? - zapytaliśmy rozlegle. 
- W ogóle się nad tym nie zastanawiałem... - Nawet nie wiem, jaki dzisiaj jest dzień. - Gdy mnie zabierali, to praktycznie wcale nie kontaktowałem - Na pytanie ratownika o mój wiek odpowiedziałem ponoć, że mam 45 lat... - nawet trochę się uśmiał. 
Zgadzał się z nami, że pomysł, aby na Święta wypisać się ze szpitala, nie jest najlepszy.
- Bo lekarka prowadząca taki scenariusz absolutnie odrzuca, a poza tym wystarczająco jest wykończona Była Teściowa  Żony. - Ciągle jej marudzę... - A to przywieź bluzę, a to spodnie od dresu...
- A jak z jedzeniem? 
- A jest bardzo dobre i smacznie przyrządzone. - I oczywiście wszystkiego nie jestem w stanie zjeść. 
- A bo gdy byłem w tym samym szpitalu 24 lata temu w związku z moim okiem, to myślałem, że umrę z głodu... - zagadałem.
- A nie, to był wtedy obóz koncentracyjny! - Teraz jest zupełnie inaczej. - żartował w swoim stylu. 
To był "dawny" Były Teść Żony. 
Na koniec wzruszył mnie może w nietypowy sposób, gdy usłyszeliśmy:
- A teraz oglądam sobie sport na smartfonie... - Ale przez lupę, bo przecież praktycznie jestem ślepy. 
Zawsze ze sportem,  wszelakim, był na bieżąco. 
Z obojgiem umówiliśmy się na kontakt w środę. 
 
Po rozmowach skończyłem naszą górę (kurze i podłoga na mokro), żeby nie dopuścić do demoralizacji, demobilizacji, czyli żeby przedświąteczny plan prac się nie rozlazł. I dopiero wtedy, zaraz po bardzo delikatnym II Posiłku, siadłem do laptopa, żeby wysłać świąteczne życzenia do koleżanek i kolegów z klasy i ze studiów.

Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.

NIEDZIELA (21.12) - Początek astronomicznej zimy. Najkrótszy dzień w roku.
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem.
Jeszcze przed I Posiłkiem sporo popracowałem w drewnie i zabrałem się za dolne mieszkanie.
Górnego nie ruszałem planowo. Najpierw zaplanowałem w jego ogrzanej łazience odgruzowanie się na 90%, Kolego Po Morzach Pływający!
Ponieważ ostatnio źle sypiam i wyraźnie brakuje mi takiego zdrowego, nieprzerywanego niczym snu, zaraz potem położyłem się spać. Na godzinę. I dopiero wtedy, wyraźnie zregenerowany, zamknąłem temat górnego mieszkania. Jutro do jednego i drugiego przyjeżdżają goście.
 
Dzisiaj 52. urodziny obchodziła Najlepsza Sekretarka w UE. Dopadłem ją u jej rodziców, więc choćby z tego powodu rozmowa była stosunkowo krótka. Ale też u niej przez 7 miesięcy (od jej imienin) nic zupełnie się nie zmieniło, więc tylko podsumowaliśmy dane. A ponieważ u nas też nic, więc raczej rozmawialiśmy o naszych sprawach rodzinnych, błahostkach i o... Bercie. Bo najlepsza Sekretarka w UE pamięta ją jeszcze z czasów szkolnych.
I dzisiaj 70.(!) urodziny obchodziła Kobieta Pracująca. Tu rozmowa trwała długo, bo zapuściliśmy się w rodzinne meandry. A było w co, zwłaszcza w przypadku jej młodszej córki, no i mojej. 
Trzeba przyznać, że gdybym nie znał kobity, to "przez telefon" dałbym jej maksimum 50 lat. A "bez telefonu" max 60. Świetnie się trzyma... Dalej nie będę wchodził w znany dowcip, według mnie z ogólniaka, a według Żony to nie wiem, bo mogłaby się zniesmaczyć przy takiej okazji. Sama zaś Kobieta Pracująca raczej by się uśmiała, a już na pewno jej mąż, Janko Walski, znany z dowcipowych (dowcipnych?) inklinacji w tym kierunku.
 
Wieczorem obejrzeliśmy jeden odcinek serialu Słowo na R.
 
PONIEDZIAŁEK (22.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
Jeszcze przed I Posiłkiem wybrałem się Inteligentnym Autem w Uzdrowisko na zakupy i w sprawach. Odebrałem pranie i paczkę, a w Biedronce kupiłem drobiazgi dla Pieska. 
Auto po dłuższym czasie zostawiłem na ogólnym parkingu. Podjazd, chyba teraz już na dłuższy czas, zostanie zablokowany przez gości.
Po I Posiłku świątecznie cyzelowaliśmy apartamenty - świecidełka, pic und Glanz. Potem wyglancowałem podjazd ze ścieżkami oraz chodnik.
 
Pierwsi goście przyjechali zaraz po południu. Para z pieskiem, która była u nas w maju, w dolnym mieszkaniu, a która zapowiadała wówczas, że następnym razem przyjadą do górnego. I słowo ciałem się stało i mieszkało między nami (nomen omen). Od razu byli w dobrym nastroju.
- Cały czas jechaliśmy w trudnych warunkach, we mgle. - A nagle w City ukazało się słońce i niebieskie niebo... 
Skoro wrócili, to chyba o czymś świadczy.
Drudzy przyjechali o 15.30. Para lat około 50, z dwoma pieskami. Jedna sunia stara, kundelek, drugi młodziak, akita, imieniem... Szogun. Goście uprzedzili nas, wypuszczając z auta pieski na naszą sugestię, żeby na niego nie zwracać uwagi, a broń Boże do niego nie zagadywać miło, albo go chwalić, bo od razu zacznie strasznie się cieszyć, skakać do twarzy, żeby liznąć i brutalnie się zaprzyjaźniać.
Wzięliśmy to pod uwagę, ale za jakiś czas musiałem go wyklepać i zagadywać. Skakał, ale przecież pieski znam i dałem radę.
Para Ukraińców, może Rosjan, trudno było dociec, bo oboje mówili po polsku, ona lepiej. Wyraźnie od dawna mieszkali w Polsce. Gdy Żona wróciła, po wprowadzeniu ich do apartamentu, naszło nas na świeżo na dyskusję o nacjach i o ludziach w ogóle. Ciekawe, niejednoznaczne spostrzeżenia.
 
Jeszcze przed I Posiłkiem zadzwoniła Pasierbica. Byłem przekonany z racji ciemności, które ciągle wpuszczają w maliny, że jest już dosyć późno, a okazało się, że jest to pora, gdy ona akurat wychodziła z pracy. No i musiała porozmawiać, bo oczywiście sprawa dziadka mocno ją obciąża i dotyczy. 
Byłego Teścia Żony na Święta nie wypuszczą do domu, co było więcej niż prawdopodobne. Zresztą on sam chyba by nie chciał. Od lekarzy rodzina niczego nie może się dowiedzieć, nie informują bliskich o potencjalnej diagnozie, tylko jakąś dziwną drogą, zakamuflowaną, informują U nas, po udarze, pacjent przebywa w szpitalu 8 dni. Czyli trzeba się domyślać. 
Rezonansu magnetycznego nie będzie, ku uldze Byłego Teścia Żony, bo ma klaustrofobię. A nie będzie, bo w klatce piersiowej tkwią druty po wstawieniu ponad 20 lat temu bajpasów, które chyba tę klatkę trzymają w ryzach. A co dalej, nie wiadomo. 
Były Teść Żony ma trudny charakter, co z wiekiem może trochę mu się zmieniło w kierunku złagodzenia, ale niewiele. Poza tym jest mężczyzną, więc nie znosi w sobie niesprawności fizycznej, a przede wszystkim tego, żeby ją oglądali inni. Więc swoją ukochaną wnuczkę po10 minutach wizyty kategorycznie wypędza do domu Bo co tu będziesz siedzieć?! Z żoną jest podobnie. Z pewnym trudem zgodził się, żeby w Święta odwiedził go syn. 
Można tego nie rozumieć nie mając 86. lat, kiedy nie jest się jeszcze schorowanym i jeszcze nie chce się mieć świętego spokoju. 
 
Po II Posiłku nastąpił czas wysyłania świątecznych życzeń. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała raz. Według relacji Pani, bo ja akurat nie słyszałem. Mogło jej co nieco odbić, Bercie, nie Pani (chociaż...), bo jednoszczek nigdy nie miał miejsca w takich okolicznościach.
- Byłam na górze... - Żona relacjonowała, jak zwykle rozemocjonowana - gdy usłyszałam jednoszczek.
- Piesek stał na dole przy schodach i, mimo moich zachęt, żeby wszedł na górę, bo myślałam, że o to mu chodzi, wcale się nie kwapił. - Chyba domagał się jedzenia.
Według mnie bezczelnie, bo pora była zbyt wczesna. Do mnie w podobnej sytuacji by nie wystartował...
Godzina publikacji 18.56.
 
I cytat tygodnia:
Otóż wszelki humor wyższego  rzędu zaczyna się od tego, że nie bierze się już poważnie własnej osoby.  - Hermann Hesse (ps. Emil Sinclair - niemiecki prozaik, poeta i eseista o poglądach pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r.)

poniedziałek, 15 grudnia 2025

15.12.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 12 dni.
 
WTOREK (09.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Wydawało się, że jestem wyspany, ale bardzo szybko okazało się, że tylko mi się wydawało. Mimo dwóch Blogowych już o 08.30 byłem... mocno śpiący. Paranoja! Organizm odreagowywał kumulację zarwanych nocy - najpierw tych z obecności Gołąbeczków i Kolegi Inżyniera(!), a potem tych z pobytu u Wnuków.
Mimo tego rano trochę poświeciłem się onanowi sportowemu, a przede wszystkim wycyzelowałem ostatni wpis. Dużo mnie to kosztowało przy mojej schyłkowości. 
Ruch jako tako niwelował senność, więc trochę popracowałem. Wstępnie ogarnąłem dwa apartamenty i trochę naniosłem drewna oraz nastawiłem pranie. Po pobycie u Wnuków wymieniłem cały zestaw ciuchowy. I to było wszystko. 
Po I Posiłku wymiękłem i poszedłem na górę spać. Nawet wziąłem ze sobą kolejną książkę Macieja Siembiedy Nemesis, ale dałem radę przeczytać może 3-4 strony. Poprzednią, Katharsis, skończyłem wczoraj po powrocie od Wnuków. Losy bohaterów zrobiły na mnie wrażenie, a niektóre mocno mnie wzruszyły. Bo gdyby, to..., a gdyby, to tamto... Kierował nimi przypadek, czasami nawet jakiś drobiazg. W pewnym sensie przewidziałem zakończenie książki mówiąc sobie, że przecież jeden z bohaterów nie może pewnej sprawy tak o, po prostu, zostawić. No i nie zostawił.
 
Wstałem po 13.00. Czując się wypoczętym zmobilizowałem się do pewnych spraw. Odwiozłem pranie, zrobiłem drobne zakupy w Biedrze i poszedłem na basen. Żadnych rewelacji nie było, ot basenowy dzień jak co dzień. Było tylko trochę więcej niż "zwykle" taplających się, bo w szczycie nawet jedenaście osób.
Po powrocie czekała mnie niespodzianka. Przyszło pismo z ZUS-u, a takich pism jeszcze przed otwarciem koperty nie lubię. A tu:
Szanowny Panie,
od 1 grudnia 2025 roku przyznajemy panu dodatek pielęgnacyjny w kwocie 348,22 zł miesięcznie. Dodatek ten przysługuje osobie uprawnionej do emerytury, która ukończyła 75 rok życia.
Z pisma wynikał oczywisty wniosek - opłaca się żyć! 
Wesołe jest życie staruszka!...
Z Żoną uśmialiśmy się wielokrotnie. Po pierwsze z oczywistej oczywistości, bo mieć 350 zł, a nie mieć, to robi się już 700.
- To na lekarstwa! - Żona wyjaśniła z teatralnym przekąsem. Uśmialiśmy się po raz drugi.
- A poza tym to ja powinnam dostać ten dodatek, bo to ja przecież ciebie pielęgnuję!... - uśmialiśmy się po raz trzeci. 
Ja dodatkowo po raz trzeci bis, bo rozśmieszało mnie sformułowanie "dodatek pielęgnacyjny", a jeszcze bardziej "pielęgnacyjny", bo jakoś nie mogłem się sobie wyobrazić w roli obiektu, który się pielęgnuje. Jakieś karmienie, ubieranie śliniaczka, ubieranie jako takie, w tym majtek, prowadzenie do toalety, podcieranie, kąpanie, prowadzenie na spacery do końca Pięknej Uliczki i z powrotem?... Jakaś zgroza dla człowieka w moim wieku.
- Prawie 360 zł, a to oznacza 60 Pilsnerów Urquelli miesięcznie. - uśmiałem się po raz czwarty.
Żona akurat nie. Zresztą zaraz mi przeszło, gdy ponownie błyskawicznie sobie obliczyłem (75!), że średnio "musiałbym" wypić dwa dziennie w ramach pielęgnacji, i tak miesiąc w miesiąc, latami. A gdzie detoks, gdzie inne alkohole?...
Trzeba być poważnym - noblesse oblige! 
W styczniu czy w lutym tego roku skądś dotarła do nas ta wiadomość o dodatku po 75. roku życia i staraliśmy sobie wówczas wyobrazić, jak to będzie w grudniu... No i proszę. 
Ile to, panie, taki ZUS potrafi dostarczyć radości. 
 
Po II Posiłku się zmobilizowałem i trochę pisałem. 
Wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R.
 
Dla porządku umieśćmy zaległości w dzisiejszym wtorku. 
W sobotę, 06.12, przypomnę, wyjeżdżałem z Uzdrowiska pociągiem do Wnuków. Akurat, gdy się przymierzaliśmy w pewnym pośpiechu z Żoną do wyjścia na dworzec, górnym gościom precyzyjnie zebrało się na wyjeżdżanie, czyli dzień wcześniej Bo się już nudzimy
W Uzdrowisku i w Kotlinie Citizańskiej! 
O próbie zwrotu kosztów pobytu za jeden niewykorzystany dzień mowy być nie mogło, bo temat pięknie i nieodwracalnie załatwiał Booking. Przy innej formie rezerwacji spotykaliśmy się z takimi nieprzyjemnymi momentami. Nie mówię, że ci goście tak by postąpili, ale przynajmniej sytuacja była jasna. 
Goście w lot złapali, że po wyjeździe auta i po zamknięciu bramy, należy klucze do apartamentu wrzucić do listowej skrzynki. Trzeba powiedzieć, że według późniejszej relacji Żony, zostawienie kluczy przebiegło bez zarzutu.
 
Pociąg, jak pisałem, był spóźniony 18 minut.
- Może nadrobi? - Żona rzuciła tak bardziej z kilkudziesięcioletniego doświadczenia, czyli z przyzwyczajenia.
- Może na(d)robi w gacie!... - nie mogłem sobie darować rozśmieszając ją. - I uzmysłowię ci, co pani zapowiada przez megafony - przyspieszony(!) pociąg relacji...
Wyraźnie takie kolejowe wyrafinowane żarty kierowane są do podróżnych wybrańców, takich o ponadprzeciętnym poziomie inteligencji, takich, którzy te smaczki wyłapią i się... wkurwią.  
W każdym bądź razie tak na(d)robił, że w Metropolii był po czasie 23 minuty. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, bo do odjazdu następnego było i tak jeszcze ponad 30 minut. To się nazywa ułożyć rozkład jazdy! Na peronie byłem z kawą nawet zanim go podstawili.
Syn czekał na mnie siedząc na ławeczce i uśmiechał się, bo wiedział co będzie.
- Fajnie, że reagowałeś na moje trzy smsy o etapach podróży... - zacząłem na "dzień dobry". - Od razu założyłem, że albo, gdyby ciebie nie było, będę szedł godzinę piechotą, albo złapię okazję spod dworca, która będzie jechać do Sypialni Dzieci. 
- Specjalnie nie reagowałem, żeby ci zwiększyć napięcie podróżne. - odparł zadowolony z siebie.
Trochę mu się udało, ale niewiele, bo od dawna przestałem się tym przejmować. Poza tym była ładna pogoda, więc w czym problem?... 
 
Gdy podjechaliśmy pod dom Wnuków, akurat na posesji naprzeciw krzątała się jakaś pani. Nie mogło się skończyć na zwyczajowym "dzień dobry". Przedstawiłem się i zagadałem.
- Bo wie pani, gdy przyjeżdżam do Syna, - tu wskazałem na niego ręką; akurat coś robił przy drewnie, bo przecież natychmiast po moim przyjeździe mieliśmy je układać - to śpię w tym pokoju, o tam na górze ... - wskazałem okno. - O, to po prawej. - I zawsze stamtąd spoglądam na pani dom. - Bo tak ładnego, nowego, nie widziałem. - A trochę z Żoną się na tym znamy. - Nawet Żonie o pani domu zdążyłem opowiedzieć.
- O, dziękuję! - pani przerwała ogrodowe prace. - Jest mi bardzo miło.
- Chodzi o to - kontynuowałem z drugiej strony ulicy - że on jest bardzo prosty w formie, nie ma żadnych udziwnień, na pewno funkcjonalny, chociażby ten garaż przylegający do niego stanowi z nim taką całość, nie "gryzie się" i widać, że każdy szczegół jest przemyślany. - Nawet kolory, struktura tynku, usytuowanie wejścia i garażowego wjazdu... - wszedłem w szczegóły.
- A, muszę panu powiedzieć, że jest mi bardzo miło, że to wszystko pan zauważył. I dodam, że to wszystko to mój projekt i pomysły.
- Naprawdę gratuluję! - zacząłem spozierać na Syna, który dawał mi wymowne znaki "drewno!". 
- A może chciałby pan obejrzeć? - Zapraszam... - śmiała się. 
- Naprawdę? - Mógłbym? - Nie będę przeszkadzać? - tu już ewidentnie się krygowałem.
- Ależ skądże!
Natychmiast pieprznąłem podróżną torbę na ziemię oraz tę z zakupami, które z Synem zrobiłem po drodze (zestaw Pilsnera Urquella i czerwone wytrawne do pizz) i już byłem po drugiej stronie.
- A może i pan, Sąsiedzie, chciałby też zobaczyć? - zwróciła się do Syna. 
- Chętnie! - śmiał się i od razu pieprznął drewno. 
Nie wiedzieć skąd, nagle pojawił się mąż i jedno przez drugie najpierw zaczęli opowiadać nam o posesji, której różne zakamarki schodziliśmy. Obaj z Synem sroce spod ogona nie wyskoczyliśmy, więc mogliśmy ze znawstwem zadawać sensowne pytania, stosownie się dziwić i podziwiać, jeśli jakiegoś rozwiązania rzeczywiście nie znaliśmy. A potem weszliśmy do środka. Po gruntownym obejrzeniu, bo bez szczegółów i szczególików się nie dało oraz po obustronnym opowiadaniu dziesiątków anegdot związanych z urzędami i budowlańcami przede wszystkim, Syn przepraszał, że się tak "zasiedzieliśmy" i sugerował wyjście Bo, tato, drewno!
Ale gospodarzy tak łatwo nie dało się zbyć. 
- Zapraszamy jeszcze na górę! 
I zeszło kolejne pół godziny. Do końca gratulowaliśmy i podziwialiśmy.
 
O układaniu drewna dzisiaj oczywiście mowy być nie mogło, bo ciemno i już bez sensu. 
- Bo wiesz - Syn tłumaczył żonie - sąsiedzi z naprzeciwka po wybudowaniu domu, którego budowa przecież trwała, mieszkają w nim już dwa lata. - A przyjechał tato, raz na ruski rok i ich poznał, i od razu załapał się na oglądanie.
("Raz na ruski rok" to polski idiom oznaczający bardzo rzadko, coś co zdarza się sporadycznie, prawie nigdy, z nawiązaniem do różnicy między kalendarzem juliańskim <rosyjskim> a gregoriańskim, co sprawiało, że "ruski rok" wydawał się dłuższy lub inaczej rozłożony w czasie).
Z Synem omówiliśmy to, co przed chwilą widzieliśmy. Obaj byliśmy zgodni co do jednego - w życiu nie chcielibyśmy takiej laboratoryjnej czystości i sterylności, jaka tam panowała. Takiej, do tego stopnia, że przy wejściu zdjęliśmy buty, mimo protestów gospodarzy, czego normalnie bym nie zrobił, bo gość swoje prawa ma, a poza tym takie zdejmowanie tchnie straszną wiochą. No, ale tutaj byliśmy takimi przypadkowymi oglądaczami z ulicy, to raz, a poza tym wszędzie ten oślepiający błysk dzięki wszechobecnym kaflom i nowoczesnym systemom sprzątania (centralny odkurzacz z 9-metrowym wężem, w trzech miejscach domu przy podłodze takie podłużne szpary, w których tkwił włącznik włączany stopą, bez schylania się, żeby szpara mogła zassać jakieś paprochy podmiecione miotłą<!> w to miejsce  i wreszcie jeżdżące, chyba często, takie bydle wielkości sporej nocnej szafki i odkurzające podłogę i, nie zapamiętałem dobrze, zmywające ją na mokro) automatycznie zmuszał nas do takiego zachowania. Było za chłodno i za laboratoryjnie.
Za to układ pomieszczeń, ich wielkość oraz funkcjonalność obu nam bardzo odpowiadały. Synowi nawet bardziej.      
- Bo my cierpimy na deficyt pomieszczeń... - wyjaśniał w czasie oglądania.
Doskonale rozumiałem sytuację przy tylu dzieciach. Przydałyby się jeszcze dwa pokoje plus jedna łazienka. Tylko, co rodzice mieliby robić z tak dużym domem, gdy chłopacy z niego wyfruną? A to już niedługo może się zacząć.
O ogrodzie z Synem nie rozmawiałem. Ale wiedziałem, że tak wymuskanego z Żoną na pewno byśmy nie mieli. Czyli, jak zwykle - kwestia gustu, oczywiście, ale też filozofii życia w domu i w ogrodzie. 
 
Po obiedzie grałem z Wnukiem-IV w szachy. Przegrałem wszystkie trzy partie grając jak "geniusz". Popełniałem takie błędy, że doprowadzałem Wnuka-IV do łez. Nie wiedziałem, co mi się stało. 
W trakcie zadzwoniła Córcia. Takiego jej głosu bodajże nigdy nie słyszałem - cichy, przygaszony, pozbyty energii. Odwołała swój jutrzejszy przyjazd z dziećmi do Sypialni Dzieci, żeby razem obchodzić moje 75. urodziny.
- Tato, ja ciebie bardzo przepraszam, ale ja nie dam rady... - Nie mam sił. - Jestem załamana, bo mam poważne problemy z Wnuczką, a ten gnój, bóbr, ściął mi piękną, starą wierzbę... - Niszczy mi wszystko...
Przedyskutowaliśmy każdy fakt i jego aspekty. Radziłem Córci długo, jak mogłem, a przede wszystkim, żeby się nie zasklepiała w pewnych rozwiązaniach, tylko żeby była gotowa na inne, nawet takie, które wywrócą jej życie do góry nogami, bo po wszystkim prawie na pewno się okaże, że tak można I dlaczego ja tyle czasu tkwiłam w... I oczywiście tłumaczyłem, żeby się mną, brakiem przyjazdu, zupełnie nie przejmowała, bo przecież jest hierarchia spraw i problemów.
W trakcie rozmowy Córcia ani razu się nie roześmiała. A to do niej niepodobne. 
Po rozmowie musiałem Synowej i Synowi wszystko przekazać, bo przecież sprawy Córci przeżywają. Z pewnymi moimi poradami zgadzali się w 100%, a z pewnymi zupełnie nie. 
 
Ponieważ działa prawo serii, za jakiś czas zadzwonił do Syna Brat i też odwołał swój niedzielny przyjazd. Zachorował jeden z pracowników i musiał w niedzielę za niego wziąć nockę. 
Ostatecznie z Synem się nieźle ubawiliśmy wspominając, jak wcześniej to wszystko szczegółowo planowaliśmy na sobotę, a potem żmudnie przekładaliśmy na niedzielę burząc inne wcześniejsze plany Bo w niedzielę wszystkim będzie wygodniej, a przede wszystkim Córci i Bratu! 
Natychmiast po tych zawirowaniach logistycznych dotyczących niedzieli zrobiliśmy wojenną naradę. Na moje życzenie trzech Wnuków z wyjątkiem najstarszego, który z racji wieku wyszedł już ze skautów, opuścili swoje górne żeremia i/lub gawry i zeszli na dół.
- Co byście powiedzieli, gdybyśmy pizzowe spotkanie zrobili jutro nie o 14.00-15.00, jak wcześniej było planowane, a o 18.30, po waszej uroczystości.
Co mieli, kurwa, powiedzieć?, że w tajemnicy zacytuję klasyka. Byli zachwyceni.
Skautowska uroczystość miała się rozpocząć w niedzielę o 15.00 mszą św. gdzieś w Metropolii, po czym był zaplanowany pokaz czterdziestominutowego filmu z ich skautowego życia na przestrzeni ostatnich czterech lat zmontowanego z materiałów kręconych przez ten czas. A po wszystkim miała się odbyć jakaś część oficjalna, przemówienia, nagrody, dyplomy... 
Początkowo chłopaki miały obejść się smakiem.
- Wasz dziadek chyba raz obchodzi urodziny 75. lat? - Specjalnie przyjeżdża, funduje pizzę, przyjeżdża ciocia z waszą siostrą i bratem ciotecznym. - Dodatkowo przyjeżdża brat dziadka... - Syn nie pozostawiał wątpliwości, jak ma być. 
Byli więc pogodzeni z losem, a tu taki od niego dar, żeby nie powiedzieć z niebios... 
 
W tej sytuacji stwierdziłem, że zaproszę na pizzę Teściów Syna, oczywiście za zgodą gospodarzy. Nic z tego jednak nie wyszło. Teściowa Syna była przeziębiona, a  dolegliwości Teścia Syna, pogłębiające się, też uniemożliwiały przyjazd.
To postanowiłem zaprosić na niedzielę przyjaciółkę Wnuka-IV, lat 10. Strzał miał się okazać w niedzielę tym w dziesiątkę. Syn i Synowa nie mieli nic przeciwko i mieli ubaw patrząc, jak się do tego zabieram. Dali mi numer telefonu do jej matki, którą miałem okazję poznać, gdy raz spotkaliśmy się przy jakiejś okazji u Wnuków. Podejrzewam, że mijając się na ulicy bym jej nie rozpoznał. Tym bardziej jej córkę, której nigdy nie widziałem, a znałem tylko z opowiadań Syna. 
- Tato, oni się bawią razem od chyba 5. lat. - opowiadał Syn. - I nigdy nie było między nimi najmniejszej sprzeczki. - Nigdy! - Wnuk-IV potrafi u niej siedzieć 5 godzin, więc raz go zapytałem, gdy wrócił A w co się bawiliście? - W rodzinę... - odpowiedział. - I kim ty byłeś w tej zabawie? - zapytałem. - Psem... - odparł zrezygnowany i pogodzony z losem. - A innym razem był bratem lub... siostrą, bo tak wymyśliła Przyjaciółka Wnuka-IV. - Czy muszę ci mówić, co by się działo w domu, gdybyśmy my lub któryś z braci podsunął mu pomysł na tak "idiotyczną zabawę"?! - Przy czym, gdy ona przychodzi do nas, to bawią się w to, co wymyśli i zaproponuje Wnuk-IV. - Żadnych zgrzytów.
 
Najpierw bezskutecznie kilka razy dzwoniłem do matki Przyjaciółki Wnuka-IV, by w końcu wysłać do niej smsa. A w nim przedstawiając się tylko z imienia i bezczelnie ją tykając prosiłem o kontakt zupełnie nie wyłuszczając powodu i kamuflując oraz utajemniczając swoją osobę ku ubawowi Synowej. Po jakimś czasie oddzwoniła.
- Nie wiem, czy pani wie, z kim rozmawia... - zacząłem cwaniacko chcąc trochę pociągnąć temat, gdy od razu usłyszałem jej niezrażony ani oburzony głos Z dziadkiem Wnuka-IV...
Cholera, a tak mogło być fajnie i tak mogłem rozwinąć skrzydła wygłupu. 
Fajnie i dość długo sobie porozmawialiśmy. Wyjaśniłem jej przyczynę całego zamieszania, otrzymałem życzenia urodzinowe i zapewnienie, że córka jutro przyjdzie wieczorem sama (mamę zapraszałem również) Bo to przecież tylko dwa domy dalej, a potem, nie wiedzieć skąd, zeszło na filozofię życia w kontekście miejsca zamieszkania i naszych częstych z Żoną przeprowadzek.
 
Wieczór spędziliśmy przy kierkach w gronie - ja, Syn, Wnuk-I i IV. Wnuk-I był pierwszy, ja drugi, a Wnuk-IV trzeci. Syn w trakcie gry popisał się dwoma "genialnymi" zagrywkami. Jest bardzo dobrym brydżystą, więc wszystko, w każdym kolorze liczy. Stąd w pewnym momencie na pewniaka zawistował w oczywisty sposób dla pozostałych graczy bardzo niebezpiecznie, bo w króla pik, czyli w wysoką kartę, która prawie na pewno mogła zebrać co nieco ujemnych punktów.
- Obliczyłem - komentował dość pewnie - że wyszły już wszystkie piki za wyjątkiem asa, więc król jest niebiorący.
Za chwilę okazało się, że nie dość, że as pik zszedł w pierwszej lewie, to jeszcze Wnuk-IV na ręce miał dwie blotki pikowe, Wnuk-I i ja nie mogliśmy już dać do koloru, więc ja z przyjemnością pozbyłem się króla kier, który mógł u mnie "ważyć" -150 pkt (największa świnia w tej grze), a ważył tyle samo, ale już u Syna. 
Druga wpadka też skutkowała zebraniem sporej liczby ujemnych punktów, ale nie była tak spektakularna, jak pierwsza. Cały stół za każdym razem miał ubaw przy rechocie pozostałej trójki. 
 
Spać poszedłem do pokoju Wnuka-I i III o 22.00. Wnuk-III wtedy, gdy przyjeżdżam, korzysta i się zmywa kamuflując się w innych pokojach, a ja ostatnio spałem z Wnukiem-I. Tym razem było inaczej, bo nagle pojawił się Wnuk-III.
- A ty co? - zapytałem moszcząc się w łóżku.
- A bo wyszło, że ja dzisiaj śpię z dziadkiem... - szczerze odpowiedział tonem całkowicie załamanym i zrezygnowanym...
- A co ja ci przeszkadzam?! - zapytałem według mnie retorycznie. - Chcesz siedzieć przed komputerem, to sobie siedź, ile chcesz! - Ja i tak będę spał.
- Tak, tak... - odpowiedział jeszcze bardziej zrezygnowany. 
Zaraz potem położył się do łóżka i zasnął, nie wiem, czy nie przede mną. Miałem mu jutro kłuć w oczy dydaktyczną informacją A widzisz, dzięki dziadkowi poprawiłeś higienę życia, snu, a to tylko dobrze dla twojego organizmu...?
 
W niedzielę, 07.12, wstałem o 08.00. Wnuk-III pojawił się na dole dopiero po moich dwóch sypankach, o 09.00, na wspólnym śniadaniu. Słowem nie nawiązałem do wczorajszego spalnego incydenciku. A bo niedziela i tak przyjemnie.
Przy śniadaniu udało się ustalić rodzaj i liczbę pizz nawet dość sprawnie, bez specjalnych kłótni. Wnuk-II zastrzegł tylko, że jego nie może być z pomidorami (pod każdą postacią traktuje je jako truciznę), Wnuk-III stosunkowo krótko marudził, że to skandal, że w ofercie nie ma takich dodatków, jak oliwki i ser feta. Z pozostałymi przyszłymi konsumentami poszło gładko i nawet uwzględniono jedną margheritę Bo przyjaciółka Wnuka-IV innej nie zje, a i tej co najwyżej dwa kawałki, bo jest niejadkiem. Wyszło 6 sztuk dużych pizz, z różnymi sosami, razem  250 zł. 
 
Śniadaniowy pośpiech wynikał z tego, że dziadek już przed dwunastą wyjeżdżał w sprawach i trzeba było ułożyć drewno. Sprawa ta od dwóch dni mnie bawiła. Chociażby dlatego, że w domu jest pięciu chłopa, a do ułożenia były 4 kubiki. Sam taką ilość układam "co rusz", przeważnie w trzech godzinnych, półtoragodzinnych (półtorejgodzinnych - dziennikarze i politycy) transzach, żeby nie zajechać starczego organizmu, a samo układanie mam bardziej skomplikowane, bo sprzed Klubowni muszę taczką wieźć bierwiona na drugą stronę domu, przejeżdżać z ciężarem przez całą Klubownię, Bufor i Warsztat pokonując różne progi oraz wąskie i węższe przejścia, by drewno układać w drewutni.
A u Syna? Drewno jest zrzucane na podjeździe, a stamtąd do wiaty jest może z 12 m, praktycznie bez żadnych przeszkód.
Syn w przeddzień przyjazdu napisał:
- Tato, Ty masz na tyle sił żeby pomóc trochę drewno układać jutro w drewutni? (...) (wszędzie pis. oryg.)
Potem napomknął o ciuchach roboczych, żebym w razie czego wziął ze sobą, ale niekoniecznie, bo przy układaniu nie da się specjalnie ubrudzić i dodał:
- Jak nie, to rozumiem. 
Tu wtręt a propos polskiego języka. Ponieważ ostatnio Syn wysyłał do mnie sporo smsów, więc w końcu poświęciłem mu mój bardzo długi, w którym zwracałem uwagę na stosowany często przez niego rusycyzm i podawałem przykłady, między innymi go cytując. Wszystko oczywiście przez W Swoim Świecie Żyjącą, która będąc swego czasu u nas, w Wakacyjnej Wsi, kilka dni żmudnie nade mną pracowała, jako studentka polonistyki. Bo ja tak samo, jak 90% polskiej populacji, czyli nagminnie, używałem w zdaniach złożonych podrzędnych rusycyzmu "jak" zamiast pięknych polskich słów "jeśli", "kiedy" i "gdy" pełniących, ogólnie rzecz biorąc, rolę spójników.
Syn na tę moją uwagę wtedy odpisał: 
Uwagi słuszne ale obawiam się, że jest to poza moja percepcją, więc wątpię,  żebym o  tym pamiętał. Gdy(!) będzie na głowie mniej problemów, może coś się zmieni. :) (pis. oryg.)
W tej samej korespondencji prosiłem go, żeby mi również zwracał uwagę na moje błędy.
Jak na razie, jego odpowiedź ma pokrycie, skoro napisał Jak(!) nie, to rozumiem. (wykrzyknik mój)
Odpisałem z przydługim wstępem (...) Czyli chętnie pomogę :)))
 
Na dwór, przy pięknej pogodzie, wylegliśmy w pięciu. "Na szczęście" Wnuk-II musiał zostać w domu, bo się podziębił. Piszę "na szczęście", bo kilka razy w trakcie śniadania podkreślałem problem, że przy pewnych pracach większa liczba osób jest zupełnie niewskazana, bo spowoduje przekroczenie  optimum dla danej pracy, i tylko wszyscy będą sobie przeszkadzać. A wiadomo, jak to wpłynie na morale, jakość zarządzania i na efektywność. 
Byłem bardzo ciekaw, jak to wszystko wypadnie w gronie pięciu chłopa, dodatkowo o bardzo bliskich, żeby nie powiedzieć najbliższych, bardzo specyficznych genach. Jednocześnie zaczynałem rozumieć Syna, dlaczego prosił mnie o pomoc. Stałem się wygodnym środkiem dydaktycznym, taką pomocą naukową, która miała błyszczeć przykładem, która z racji wieku i świadomości słowa "dziadek" miała oddziaływać na psychikę leszczy i wzbudzać w nich wstyd. To taki dziadek może układać, a wy nie?!... 
Droga do mobilizacji synów dobra, jak każda inna. Nawet mi się spodobała. 
 
Byłem ciekaw, a jednocześnie doskonale wiedziałem, co będzie i ani na jotę się nie omyliłem. 
(Frazeologizm "ani na jotę" <znaczy: wcale, ani odrobiny> pochodzi od greckiej litery jota (ἰῶτα, iōta), która jest najmniejszą literą alfabetu greckiego i w hebrajskim (jud, י) odpowiada drobnej kresce, podkreślając absolutną drobność, niemożliwą do zredukowania, co zostało wzmocnione przez wypowiedź Jezusa w Ewangelii Mateusza <Mt 5,18>: "dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska"). 
Najpierw ze wszystkich ust, z wyłączeniem moich jako obserwatora, padały pomysły, jak należy układać, oczywiście niektóre nawzajem się znoszące. Raz tylko mądrze się odezwałem A może zaczęlibyśmy po prostu układać?!, ale to nie przeszło. Różnice w pomysłach natychmiast stawały się świetną pożywką do kłótni. Gdy (jak?!) w końcu ojciec spacyfikował synów, robota ruszyła, ale od razu koślawo. Bo każdy układał według własnego, najlepszego pomysłu, więc tylko należało patrzeć, kiedy (jak"?!) wybuchnie bomba.
- Ale ty tą swoją taczką przeszkadzasz innym w układaniu!... - odezwał się najstarszy brat do najmłodszego. A temu nie trzeba wiele.
- A ty nie rozumiesz i nie widzisz - najmłodszy się odciął, bo nie mógł nie zareagować na taką zniewagę i prowokację - że ja wożę taczką od razu sporo drewna, a więc zwiększam efektywność pracy?! 
Już się dusiłem ze śmiechu.
- A ty nie rozumiesz i nie widzisz, że przeszkadzasz innym i co z tego, że twoja efektywność jest spora, skoro ona wpływa na ogólną i ta ogólna jest przez to mała?! 
Logika starszego była oczywista, więc go nieopatrznie poparłem, zwłaszcza że rzeczywiście kilka razy o mały włos nie zabiłbym się o tę taczkę podstawianą przez Wnuka-IV w takich miejscach, za każdym razem innych, że nie sposób było przewidzieć przy obracaniu się, gdzie aktualnie może się znaleźć. A decydowały centymetry. 
Wnuk-IV natychmiast zaczął wrzeszczeć, obraził się na wszystkich, trzasnął domowymi drzwiami i tyle go widzieli. Gdyby ojciec nie wkroczył, robota szłaby dalej w podobnym tempie, ale wkroczył. I zwrócił uwagę Wnukowi-I Tyle razy ci mówiłem, żebyś mu nie zwracał uwagi, a przede wszystkim, żebyś nie szefował. Sprzeczka trwała krótko, Wnuk-I się obraził, trzasnął domowymi drzwiami i tyle go widzieli.
- A ty musiałeś się odezwać?! - za chwilę dostałem rykoszetem od Syna.
Nie obraziłem się na wszystkich, nie trzasnąłem domowymi drzwiami i tyle mnie nie widzieli. Spokojnie układałem dalej. 
 
Na placu boju zostało nas trzech. Po 10 minutach nieobecności obaj obrażeni jednocześnie pojawili się na polu walki. Może zadziała kłująca dydaktyka w oczy, że oto dziadek... A może sobie co nieco wyjaśnili i się dogadali?... A może zadziałała matka?...
Ciekawe, że po tym wszystkim robota szła jak w zegarku. Nagle kulminacja przeszła, padały tylko pojedyncze słowa nie prowokujące do obrażania się, wszystko stało się płynne i nikt nikomu nie przeszkadzał. Nagle został załapany system, jak należy układać w takim pięcioosobowym zespole, w którym pojedyncze jednostki charakterologicznie niewiele się od siebie różniły, żeby nie powiedzieć wcale. A jeśli nawet, to wynikało to wyraźnie z różnic wieku. Kupa drewna niknęła w oczach, żeby po drugiej stronie radować ułożeniem i uporządkowaniem, czyli wymiernym efektem. A takie coś jest budujące, dające bezmiar pierwotnej satysfakcji - jest praca, jest natychmiastowy efekt.
Było widać, że temu wrażeniu poddała się cała piątka bez względu na... 
Pracowaliśmy godzinę, a może nawet mniej. Brutto, bo trzeba odliczyć tarę - ustalanie, kłótnie i obrażanie się. 
 
Mogłem spokojnie wybierać się do Teściowej na coroczne rozliczanie wynajmu mieszkania.
Jeszcze w Uzdrowisku ustaliłem z właścicielem, że ponieważ mieszka w sąsiedniej wiosce względem Sypialni Dzieci, to mnie do Teściowej zabierze, a po wszystkim odwiezie z powrotem. Niesamowita oszczędność czasu. 
Od rana chciałem Teściową uprzedzić, że o umówionej godzinie pojawimy się od razu we dwójkę, żeby się tego faktu spodziewała, bo jakoś tak głupio mi było zaskakiwać ją sytuacją, która miała się zdarzyć w historii corocznych rozliczeń po raz pierwszy. Na telefony i smsy nie reagowała, a to mnie najpierw irytowało, a potem zaczęło niepokoić. Teściowa 2. maja przyszłego roku kończy 85 lat, więc czy można było mi się dziwić? 
- A bo w nocy telefon wyłączyłam i zapomniałem włączyć... - wyjaśniła na "dzień dobry". 
Zachowałem się dojrzale, czyli nie na zasadzie przyganiał kocioł garnkowi, i nie komentowałem. A bo to mało razy mnie się zdarzało, chociaż raptem mam 75 lat? Do dziś pamiętam stan Żony, gdy Inteligentnym Autem wybrałem się do Rodzinnego Miasta na klasowe spotkanie i gdy nie odbierałem od niej telefonu, bo zapomniałem, że jest wyłączony. A po przyjeździe, gdy o tym fakcie miałem natychmiast Żonę poinformować, był taki powitalny rejwach, że na śmierć zapomniałem.
 
Teściowa zaserwowała mi kawę, właścicielowi herbatę i podała nam trzy kawałki sernika. Trochę niedyplomatycznie. 
- To pan dostanie jeden, a ja dwa!... -  rozciąłem węzeł gordyjski.
Nie protestował.
Nie po to na ten temat korespondowałem wcześniej z Teściową namawiając ją, żeby na mój przyjazd sernik upiekła i nie po to z trudem uzyskałem od niej "zapewnienie" Zobaczymy. Poza tym na tym grudkowym, jako pokolenie niżej, przyzwyczajone do różnych udogodnień, w tym do homogenizacji sera, właściciel nie mógł się poznać. Byłoby szkoda, takie perły przed wieprze.
Z obliczeniami i z ustaleniami na nowy rok uwinęliśmy się w godzinę. 
 
U Wnuków byłem z powrotem przed 14.00. 
Syn zrobił mi sporą frajdę. W gabinecie przygotował mi telewizyjne stanowisko i kazał mi tylko kliknąć, abym mógł obejrzeć wywiad z nim i z jego trzema kolegami, jakiego udzielili w lokalnej telewizji internetowej. A rzecz dotyczyła wielu aspektów sportu strzeleckiego i podchodów stowarzyszenia, które założyli, aby z władzami gminy zbudować na jej terenie strzelnicę. Muszę powiedzieć, że Syn z całej czwórki wypadł najlepiej. Obiektywnie😉. Mimo widocznego przeze mnie zdenerwowania opowiadał najciekawiej, ze swadą, poczuciem humoru i inteligentnie.
Dodatkowo Syn pouczył mnie, jak później skorzystać z onanu sportowego. Miałem więc przy Pilsnerze Urquellu niesamowitą radochę. 
Sam zaś wyjechał z wnukami, żeby odwieźć ich na 15.00 na skautową uroczystość.
Gdy wrócił, zagraliśmy w kierki - ja, on, Wnuk-I i... Synowa! Po raz pierwszy dała się namówić. Rzutem na taśmę wygrałem z Wnukiem-I, Synowa była trzecia, a Syn... Ciąży na nim jakaś klątwa.
 
Gdy Syn ponownie wyjechał, tym razem odebrać chłopaków, wróciłem do onanu sportowego, bo w sprzęcie, za przeproszeniem, byłem już obcykany. Nie trwało to jednak długo, bo o 18.25 przyjechały pizze. Synowa włożyła je do piekarnika, żeby nie wystygły. 
Niedługo potem wróciła cała czwórka i można powiedzieć, że główna uroczystość urodzinowa się zaczęła. Przy "100 lat" i życzeniach na stół wjechała ciężka paczka, taki zgrabny zielony sześcian. Moje sprawne i czułe palce z góry, przez papier wyczuły swojskie kształty szyjek butelek. Nie mogło to być nic innego, jak tylko Pilsner Urquell. Zachęcony, żeby nie bawić się z opakowaniem, tylko brutalnie je zerwać, gwałtem to zrobiłem i oczom moim ukazało się 20 pięknych butelek. Ale to nie był koniec niespodzianki. Spodziewałem się, że mieszczą się one w skrzynce, ale takiej kartonowej, wzmocnionej, w takim opakowaniu ostatnio przez producentów preferowanym. A tu zobaczyłem po raz pierwszy w życiu, naprawdę, oryginalną, piękną pilsnerowską skrzynkę. Taką eksportową.
Młodszym wyjaśniam znaczenie w tym opisie słowa "eksportowa". Za PRL-u słowo to lub "na eksport" było synonimem najwyższej jakości towaru, który nigdy nie oglądał rynku wewnętrznego. Czasami zdarzały się jednak wyjątki w postaci "odrzutu z eksportu". Wtedy o taki towar zabijali się wszyscy, bo było wiadomo, że Zachód przegina i czepia się drobiazgów. Żeby lepiej zrozumieć reakcję Zachodu posłużę się przykładem chociażby takiej skrzynki. Odrzut mógł nastąpić, bo była na niej jakaś rysa albo, na przykład, wyszczerbiony jakiś narożnik. Wiadomo, że była to gruba przesada, skrzynka przecież nadal była sprawna i użyteczna i na wewnętrznym rynku miała natychmiastowe wzięcie. Bo to logo chociażby, nigdy niedostępne...
Ale i teraz, w głębokim kapitalizmie, są problemy z dostępnością do różnych towarów.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak trudno było ją dostać... - Syn w emocjach mi relacjonował. - W jednym z Carrefourów dopadłem jedną, bo więcej nie mieli. - Ale była mocno sfatygowana. - Przekopałem Internet i nic. - Dopiero jakimś cudem znalazłem faceta, który na składzie miał takie trzy i jedną mi odsprzedał.
W tej sytuacji musiałem zrobić show. Złapałem skrzynkę oburącz i stanąłem naprzeciw Wnuków.
- Przyjrzyjcie się uważnie! - Chciałbym, żebyście dziadka zapamiętali takim, jak w tej chwili i tak go wspominali kiedyś, gdy już go nie będzie!
Miny mieli takie sobie, a na twarzach najmłodszych dostrzegłem chyba niezrozumienie. 
Za chwilę Wnuk-I, ten, który jako jedyny nie złożył mi życzeń w dniu urodzin, czego mu nie wymawiam i dawno wybaczyłem, wręczył mi z życzeniami prezent - ciepłe, porządne kapcie, takie na stare lata. Uśmialiśmy się wszyscy.
 
Na koniec ustaliliśmy, że skrzynka z zawartością będzie czekać w Sypialni Dzieci do czasu, aż nie przyjadę autem. Co prawda Syn wklepał od razu w komputerze stosowne pytanie i AI poinformowała nas, że owszem, siedemdziesięciopięcioletni mężczyzna może taki pakunek zabrać do pociągu pod warunkiem dobrej kondycji. Tu przez chwilę się rozwodziła, co by to miało znaczyć, po czym przeszła do konkretów. Skrzynka taka wagowo nie mogłaby przekraczać 30 kg, bodajże, i byłaby traktowana jako bagaż podręczny. Bardzo mi się to określenie spodobało. AI stawiała jednak warunki. Otóż żadna z butelek nie mogła być otwarta nie mówiąc o spożywaniu piwa w podróży pociągiem. Według niej, gdybym złamał ten przepis, groził mi mandat w wysokości 500. zł.
Oczywiście w trakcie przesiadki w Metropolii z peronu na peron podołałbym wyzwaniu, ale już w Uzdrowisku nie. Dojście z dworca do domu normalnie zajmuje mi 20 minut, a z takim ciężarem?...
Mógłbym oczywiście za odpowiednim kieszonkowym poprosić o pomoc dwóch młodych szkolnych byczków z całej grupy, która jak zwykle o tej porze w City miała wsiąść po zajęciach do pociągu, ale byłoby to mocno niewychowawcze. 
 
Na to całe zamieszanie przyszła Przyjaciółka Wnuka-IV. Jeszcze nie zdążyła się odezwać, a już mnie kupiła, a potem było tylko "gorzej", bo mnie zauroczyła. Cholera! Włosy, dość długie, miała związane gładko i spięte z tyłu w koński ogon, na nosie spore okulary, dziób był przyozdobiony takimi dwoma górnymi siekaczami, bez zbytniej przesady, ale jednak, co, o dziwo, dodawało jej uroku, no i w oczach ten błysk.
Bez żadnego skrępowania złożyła mi życzenia Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!, czyli punktowała dalej. 
- A wiesz, kim jestem?
- No, tak! - Dziadkiem Wnuka-IV... - odpowiedziała z uśmiechem wcale nie przewracając oczami w reakcji na tak głupie pytanie.
- Żeby tak jej zostało przez kolejnych kilka lat... - pomyślałem.
- No, ale przecież jestem dziadkiem nie tylko Wnuka-IV, ale również Wnuka-I, II i III. - zareagowałem.
- No, tak... - 
Wszyscy się uśmiali. 
 
Mogliśmy zasiąść do stołu. Było tak, jak sobie wymyśliłem. Ogólne sympatyczne zamieszanie, gwar, śmiechy, przekrzykiwanie się i smakowanie. Przyjaciółka Wnuka-IV rzeczywiście zjadła tylko dwa kawałki margherity. Na zupełnym luzie brała udział w towarzyskim życiu, co było zrozumiałe biorąc pod uwagę jej charakter, jak i fakt, że przecież w Sypialni Dzieci czuła się, jak u siebie w domu. 
Bez stresu zareagowała na moje pytanie A jaka jesteś z matematyki? Chwilę się zastanowiła nad odpowiedzią. Zresztą robiła to za każdym razem, w taki przemyślany sposób, co bardzo mi się podobało.
- No, taka średnia...
- A to nie będę męczył cię pytaniami...
- Nie, proszę spróbować... - była ciekawa.
- To ile to jest 2+2x2?
Wszystkie chłopaki, bez wyjątku załamani, albo pospuszczali głowy, albo przewracali oczami, albo wzdychali.
- Sześć. - odpowiedziała po chwili.
- Brawo! - ucieszyłem się, jak głupi, jakby mi kto w kieszeń napluł. 
- Bo trzeba pamiętać, że najpierw jest mnożenie i dzielenie... - uważała za stosowne wyjaśnić.
- To znaczy - uzupełniłem - ważna jest kolejność działań, a gdy są równorzędne, to trzeba liczyć po kolei.
- No tak... - potwierdziła po krótkim namyśle. 
 
Gdy bractwo się najadło, dałem się namówić na nową grę, ale uczciwie sam przed sobą się przyznając, tylko dlatego, że miała grać Przyjaciółka Wnuka-IV. Bo na słowa "nowa gra" mam alergię, a jeszcze większą na Ale, dziadek, to jest proste i fajne!
Chciałem ją jeszcze trochę poobserwować i z nią poprzebywać. Poza tym Wnuk-IV miał grać z nią w parze, więc okazji do obserwacji i do duszenia się powinno było być co niemiara. I się nie zawiodłem. 
Graliśmy w Tajniaków, ja w parze z Wnukiem-III. Grę, o dziwo, złapałem w lot, a jeśli czegoś nie łapałem, to cała trójka tłumaczyła mi bez przewracania oczami. Oczywiście najbardziej wolałem momenty, gdy tłumaczyła mi Przyjaciółka Wnuka-IV. Dość często wtrącałem się do ich systemu rozgrywania z pytaniami, byleby tylko słuchać jej tłumaczeń. Ale najlepiej było obserwować relacje między Wnukiem-IV a jego Przyjaciółką. Pełne empatii i zrozumienia, gdy któreś z nich popełniło błąd, wyjaśniania sobie nawzajem, bez cienia irytacji, serdecznej ciekawości Ciekawe, jak teraz zagrasz? albo Ciekawe, jak na to odpowiesz? I niekłamanego podziwu, artykułowanego, gdy druga strona spisała się na medal.
Przegraliśmy. Wnuk-III w którymś momencie popełnił  błąd, do którego się przyznał, i to, być może, zadecydowało. 
 
Wnuk-IV miał odprowadzić Przyjaciółkę do domu.
- A mogę ja też ciebie odprowadzić? - wtrąciłem się. Na szczęście to nie był ten wiek, kiedy to taki krok byłby oznaką kompletnego niewyczucia sytuacji, takim dużym faux pas, takim wtrącaniem się między wódkę a zakąskę.
- Oczywiście... - odparła naturalnie, w sposób dorosły. 
W przedpokoju miałem krótką scysję w Wnukiem-IV.
- Jak myślisz, że wyjdziesz taki "goły" na dwór, to się grubo mylisz.
- Ale dziadek, jest ciepło!
- Jest zimno i ubierz kurtkę.
- Ale dziadek, to tylko dwa domy dalej!...
- Nie ma mowy! - Nie chcę cię mieć na sumieniu, gdybyś się przeziębił!
- Ale...
- Spójrz na nią!... - przerwałem mu brutalnie wytaczając ciężkie działa. - Jaką ma puchową kurtkę na sobie. - Tak nigdzie nie pójdziesz, nie ma mowy. 
I zabarykadowałem sobą drzwi, bo Wnuk-IV pchał się do wyjścia. 
- Może dlatego... - Przyjaciółka starała się wyjaśnić postępowanie Wnuka-IV - ...że ja jestem dziewczyną... 
To mogło wiele znaczyć. I chyba znaczyło.
W końcu wyszliśmy. Wnuk-IV w kurtce. 
 
- A mama jest w domu? -  zapytałem w drodze.
- Nie, poszła do kościoła, ale jest tato i brat.  
Zadzwoniliśmy. W drzwiach domu pojawił się ojciec. Sam był dobrze oświetlony, my zaś staliśmy przy furtce, w cieniu, więc nie mógł dokładnie zobaczyć postaci. Nie zamierzał podchodzić, skoro był ewidentnie przekonany, że ja to jego sąsiad, czyli Syn. 
- Odstawiamy córkę do domu! - krzyknąłem. 
- Ale ja nie mam córki! - To jakaś pomyłka! - nie poznał mnie po głosie.
Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem go w sklepie, gdy po drodze z Synem kupowałem Pilsnery Urquelle i czerwone wytrawne do pizz. Prawnik i jajcarz. Syn się bardzo zdziwił przy przedstawianiu, że go widzę pierwszy raz, skoro tyle i wiele razy o nim i o jego rodzinie rozmawialiśmy.
Wypuszczony pies oczywiście cieszył się, popiskiwał i skakał nie mogąc się doczekać najmłodszej domowniczki.
- To przerzućcie ją przez mur! - usłyszeliśmy. 
Dziewczyna nic sobie nie robiła z tekstu ojca. Wyraźnie przyzwyczajona. Nie czekając sama w tej puchatej kurtce wdrapała się na metrowy mur, nogi przerzuciła na drugą stronę i zgrabnie zeskoczyła. Po czym pożegnała się i poszła do domu. Normalnie bułka z masłem. Zaimponowała mi, bo dodatkowo okazało się, że nie jest taką lalunią i wymuskaną dziumdzią. Świetna dziewczyna...

Spać położyłem się o 23.00. Wnuk-III już nie kwękał, tylko bez szemrania położył się spać zaraz po mnie.
 
W poniedziałek, 08.12, wstałem o 08.00. Chwilę przed tym do pokoju wszedł po różne rzeczy Wnuk-I, bo przecież jechał na zajęcia. Ale dobrze wypadło, bo mogliśmy się pożegnać.
Na dole spokojnie spędziłem czas przy dwóch sypankach. 
Niedługo potem przyszedł Wnuk-IV i Syn. Grałem z leszczem w różne odmiany szachów (antyszachy, atomowe, wyścig króli). I we wszystkich sromotnie przegrałem. Tak nas to wciągnęło, że ledwo zdążyłem byle jak zjeść śniadanie i zaraz po tym Syn odwoził mnie z Wnukiem-III na dworzec.
- A masz bilet? - zapytałem go nie bez kozery, bo do ostatniej chwili, zupełnie niespakowany, siedział na górze przed komputerem, chociaż znał godzinę odjazdu sprzed domu.
Jak gwałtownie wpadł do auta, rozwichrzony, niedopięty i niezasznurowany, tak gwałtownie po moim pytaniu z niego wypadł i pognał z powrotem do domu.
- Ty! - zagadałem do Syna. - On chyba pognał do matki, żeby ta szybko wydrukowała mu bilet.
Syn się nie odezwał. 
Wnuk-III jak wypadł, tak szybko z powrotem wpadł do auta. Nadal rozwichrzony, niedopięty i niezasznurowany. Wyraźnie matka powiedziała mu, żeby spadał. 
Jechaliśmy w wielce znaczącej ciszy. Przerwał ją Wnuk-III, jakieś 100 m przed dworcem, czyli po siedmiu minutach jazdy. 
- Tata, a masz może jakąś gotówkę? 
- Nie mam... - Syn odpowiedział spokojnie, a potem zdecydowanie mniej spokojnie wyłuszczył Wnukowi-III, co o nim myśli.
- Ja mam i ci dam! - uciąłem niepedagogicznie, ale od czego są dziadkowie? 
- A dlaczego, gdy jeszcze byliśmy przed domem, nie zapytałeś tatę o pieniądze? - dociekałem już na peronie, gdy sami czekaliśmy na pociąg.
- A bo to była moja taktyka... - Nie wiedziałem, czy tata ma przy sobie gotówkę, czy nie, ale gdyby miał, to i tak by mi nie dał. - Zapytałem w ostatniej chwili, żeby wysłuchiwać tylko kilka sekund, a nie przez całą drogę. -  A spróbować musiałem...
- Masz tu dwie dychy, a resztę zostaw sobie. 
Podziękował wyraźnie zadowolony, bo wyszedł więcej, niż na swoje.
- Ten leszcz nie ma biletu - wskazałem Wnuka-III pani konduktorce, gdy otworzyły się drzwi wagonu, i zgłaszam ten fakt za niego, bo chce go kupić. 
Wnuk-III tylko przewrócił oczami, W tej obciachowej sytuacji nie mógł jednak powiedzieć No, dziaaadeeek! 
Krótka podróż do Metropolii przebiegła bardzo sympatycznie. Wnuk-III się rozgadał, a o to u niego nietrudno, i zrelacjonował mi całą wczorajszą skautową uroczystość.
W Metropolii się rozstaliśmy. On poszedł na rehabilitację, a ja na mój peron. 
 
Podróż przebiegła bez żadnych zakłóceń oprócz spóźnienia, które już opisałem. 
Z Żoną i z Pieskiem spotkaliśmy się w połowie drogi. Piesek na widok Pana zgłupiał, co mu się zdarza zawsze, gdy pan znika na dłuższy czas, i nagle w dziwny sposób się pojawia.  Ale taki stan konsternacji u Pieska trwa krótko. Bo nad czym tu się pochylać skoro Aha, pan jest, więc przejdźmy do innych spraw. Ale ogonkiem chwilę pomachał i z paszczy dało się wyczytać, że się ucieszył.
W domu Żonie zdałem szczegółową relację z pobytu, a potem pisałem. 
 
ŚRODA (10.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
 
Ostatnio jakoś nie mogę dobić do tej zaplanowanej 06.00.
Chyba przez to byłem rano trochę bardziej nieprzytomny niż zwykle. Ale ze wszystkim dałem radę. Nawet odważyłem się pisać.
Żeby się jednak rozruszać, zorganizowałem sobie zestaw fizycznych prac. Opróżniłem zmywarkę i zacząłem ją na nowo napełniać, nastawiłem pranie ręczników i je rozwiesiłem, a przede wszystkim popracowałem nad wszystkimi frakcjami drewna. W pewnym sensie zdało się to psu na budę w kontekście senności, bo zaraz po I Posiłku dopadła mnie ze zdwojoną mocą. Musiałem na godzinę zniknąć na górze.
 
Trochę się zregenerowałem, więc korzystając z pięknej pogody poszliśmy we troje na spacer do Zdroju. Tym razem ze względu na Pieska zrobiliśmy zdecydowanie krótszą trasę, bo wyraźnie bolały go łapy. Stąd nie przeszliśmy obok, co bardzo często robimy, najpiękniejszego domu w Uzdrowisku. Nie dość, że jest on położony w samym jego sercu, nie dość, że w samym sercu Zdroju (nawiasem mówiąc tuż obok Serca Zdroju, w którym odbywał się zjazd), to jeszcze w centrum zdrojowego parku. Chodzimy tamtędy i podziwiamy. Wyraźnie stary, zabytkowy, ale tak zmieniony pod nadzorem konserwatora, że jeśli wiek budynku czuć, to tylko po jego kształcie, prostocie i po okiennych otworach, bo same okna, drzwi, elewacja, dwuspadowy dach, garaż są oczywiście nowe. Do obu ścian szczytowych przylegają, jakby doklejone, szklane oranżerie, które chyba nie pełnią tej funkcji, tylko poszerzają wewnętrzną część mieszkalną. Zestaw ten jest niezwykle oryginalny, a jego elementy (emelenty), wydawałoby się takie od Sasa do Lasa, świetnie ze sobą konweniują.
Wszystko w kolorystyce wyważonej, nic krzykliwego, żadnych ozdóbek, kolumienek, wieżyczek. Można byłoby nawet użyć określenia "surowość". Posesja i ogrodzenie w podobnym dopasowanym stylu. Taka rezydencja wysokich lotów. I nic swojskiego. Przy czym wcale nie mam tutaj na myśli swojskiej siermiężności.
- Wiesz, że ten elegancki dom został wystawiony na sprzedaż? - Żona przekazała mi tę wieść chwilę przed wyjściem na spacer wiedząc, jak mocno mnie to zainteresuje. - Zgadnij, za ile?
- Sześć baniek! - strzeliłem według mnie wcale nie tak głupio.
- Chcesz od razu wiedzieć, czy zgadywać?
Zawsze wolę zgadywać lub się domyślać. Strzelałem co dwa miliony do góry słysząc "więcej". Gdy doszedłem do dwunastu, Żona się zlitowała.
- Trzynaście... 
Na spacerze cały czas o tym dyskutowaliśmy odbijając się ciągle od pytań "Kim musi być ten ktoś, kto to kupi i po co, bo przecież nie na wynajem?" Powstawały i inne, ale wszystkie stwarzały mur, którego nie była w stanie przebić nasza wyobraźnia. Jakbyśmy próbowali dotknąć innego świata, dla nas kompletnie surrealistycznego.
Dom został wystawiony na sprzedaż przez biuro nieruchomości, którego szefem jest Laparoskopowy. Ostatnio spotkaliśmy się z nim i z jego żoną w City.
- Może mamy jedyną okazję, aby takie coś obejrzeć od wewnątrz. - zacząłem. - Laparoskopowy mógłby przy okazji pobytu w Uzdrowisku nam je, ot tak, po znajomości pokazać, jako ciekawostkę.
- Mógłbym zadzwonić do niego i zapytać, jak jakiś oszołom, ale od razu wyjaśniłbym, o co chodzi i oczywiście natychmiast dodałbym, że zrozumiemy, jeśli odmówi.
Ale po powrocie do domu zupełnie mi przeszło. Żona pokazała zdjęcia z ogłoszenia i to mi wystarczyło. Wnętrza były takie projektancko zaaranżowane, jak z katalogu, jakby niezamieszkane, zimne. A to już widziałem u sąsiadów Syna, oczywiście w skali dziesięciokrotnie mniejszej. Wiedziałem jednak, jak wygląda taki wymuskany dom, w którym zwykła solniczka, czy pieprzniczka nie miała racji bytu na kuchennym blacie. Wszystko musiało być pozamykane w szafkach. Tylko, że tam byli jednak gospodarze, a mniejsze przestrzenie siłą rzeczy względem tego uzdrowiskowego cacka tak nie straszyły.
W końcu znalazłem sam sobie odpowiedź, chyba dość prostacką, która dawała gwarancję, że coś z tego rozumiem. Otóż potencjalny kupujący musiał mieć niewyobrażalną kasę, nie wiedział, co z nią robić i był snobem. W tym "rozumieniu" na koniec potrafiłem jednak 
Postawić sobie pytanie 
I stać mnie było na nie: 
- A kim ty byłbyś, kim byś się stał, gdybyś dysponował miliardami?...
 
Dzisiaj sporo pisałem. W różnych interwałach czasowych, w różnych "przed" i "po". 
Wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R.
 
CZWARTEK (11.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
 
Czyżby był mały postępik?...
Po porannym rozruchu od razu pisałem. Aż do I Posiłku i po nim.
Wczesnym popołudniem dla relaksu wybraliśmy się we troje na krótki spacer. Dość szybko się rozstaliśmy, bo ostatnio Piesek nie lubi długo chodzić. Chyba dokuczają mu stawy. Żona wracała z nim do domu, a ja poszedłem do Biedry na drobne zakupy i po odbiór paczek. 
Ledwo się ogarnąłem Kłódka Miłości przywiózł mi 4 kubiki buka. Miałem oczywiste deja vu. Generalnie jestem zadowolony z jego usług, jako dostawcy, ale tym razem byłem szczególnie. Buk, na moją prośbę, był porąbany na mniejsze kłody (kłódki, nomen omen) niż poprzednio, co ma znaczenie szczególnie przy rozpalaniu. A poza tym po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć miernik wilgotności i jego działanie. Urządzenie wielkości mojego dalmierza z dwoma wystającymi metalowymi szpicami wbił w jedną z kłódek 😁 i czekaliśmy, aż pokaże zawartość wilgoci. Pomiar zatrzymał się na 22.%. Super, skoro jeszcze przez co najmniej miesiąc palić tym drewnem nie będę.
 
W bardzo dobrym nastroju znowu pisałem. Dobrym, bo świadomość, że na posesji przed Klubownią leży taki spory zapas bezpieczeństwa cieplnego, dobrze mi robiła. Zwłaszcza zimą. Żona się śmiała i rozumiała. Zawsze w takich razach przypominam jej, oczywiście zupełnie niepotrzebnie, podobny stan, gdy nosiła soczewki kontaktowe. Czuła się bezpiecznie, gdy w domu stały co najmniej dwa pojemniki płynu do soczewek. Zapas "tylko" jednego nie robił jej dobrze.
Rozbrat z drewnem nie jest tak prosty, jak z soczewkami, no chyba że zrezygnujemy kiedyś w przyszłości z tego systemu ogrzewania, a to z powodu braku możliwości technicznych, a to z braku sił lub wreszcie z lenistwa. To ostatnie jest jednak nieprawdopodobne. 
 
Po II Posiłku dalej pisałem aż do pójścia na górę.
Znowu obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R
 
PIĄTEK (12.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Na alarm. 
Po porannym rozruchu od razu pisałem. Świadomość, że jutro we troje jedziemy na jedną noc do Krajowego Grona Szyderców, mnie dopingowała. Poza tym te 4 kubiki...
 
O 04.45 napisał Po Morzach Pływający. Pozdrawiał z włóczęgi po Polsce. Zdziwiłem się, bo jedna z trzech wymienionych miejscowości, była tą rodzinną, więc zrozumiałe, ale reszta?
- Reszta to sprawy zawodowe. - odpisał. 
Nadal się dziwiłem, bo druga z wymienionych była potężnym portem, ale już trzecia ewidentnie miastem śródlądowym, które z Żoną znamy i lubimy, ale którego nigdy byśmy nie podejrzewali o związki z morzem. Chyba że poszedłem drogą na skróty, sam sobie zasugerowałem i pomyślałem szablonowo. Bo może w tej trzeciej Po Morzach Pływający miał do załatwienia nie sprawy morskie, ale ziemskie, nomen omen.
Nie dopytywałem widząc lakoniczność jedynej odpowiedzi. 
 
Jeszcze przed I Posiłkiem zabrałem się za układanie drewna. Logistyka w obszarze czynności wstępnych była prosta jako taka, dodatkowo uproszczona przez fakt, że w Tajemniczym Domu robiłem to wiele razy, a co najważniejsze, wszelkie ustalenia przebiegały na linii ja-ja. Jaka oszczędność energii i czasu pomijając fakt, że lubię cokolwiek ustalać sam ze sobą. 
Do sprawy podchodziłem metodycznie, bo dobre przygotowanie nawet w przydługim czasie nie skutkuje jego zmarnowaniem, tylko potem, tu przy właściwym układaniu, skutkuje zwiększeniem efektywności, że zacytuję dwunastoletniego Wnuka-IV.
Najpierw odwaliłem bele sprzed drzwi Klubowni, żeby można było je otworzyć i od wewnątrz dostać się do kupy drewna. Potem otworzyłem cztery pary drzwi, ponadnormatywnie, maksymalnie, jak się tylko dało, na oścież, żeby jeżdżąc ciężką taczką jej szpicami nie uderzać w ich drewnianą konstrukcję, a co ważniejsze, żeby w czasie jazdy i manewrowania nie obcierać sobie knykci (knykieć to staw palca). Następnie kompresorem dopompowałem na maksa koło taczki. Doświadczenie mi mówiło, że przy takim twardym kole zdecydowanie zmniejszają się opory, nie trzeba pokonywać zbyt dużych sił tarcia, oszczędza się je na właściwe układanie, czyli zwiększa się efektywność (patrz Wnuk-IV).
Na końcu wreszcie usunąłem resztki belek, tych najbardziej suchych, kupionych na początku roku, żeby zrobić miejsce na nowe. Prawo cyklu i kolistego toczenia się czasu. 
 
Mogłem z satysfakcją zjeść I Posiłek. Żona zrobiła pyszne sadzone na boczku, a ja sobie dorobiłem sałatkę z... pomidorów. Ostatni raz. Kilka pomidorowych pokurczy, takich mamucich wypierdków, zalałem wrzątkiem, żeby pozbyć się skórki i pokroiłem. Wyszło śmiesznie mało.
Ich oczywisty nieciekawy smak zabiłem solą, świeżo zmielonym pieprzem, oliwą z oliwek, octem balsamicznym oraz wyciśniętym czosnkiem i pokrojoną świeżo cebulą. Smakowało. Żona patrzyła na te pokurcze bardzo krytycznie i miała rację, bo kolorem oraz kształtem oczywiście przypominały pomidory, ale co mogło być z ich smakiem, kiedy długo i żmudnie dojrzewały na parapecie bez drobiny słońca?...
Tedy następne pomidory pomidory(!) będą za 6-7 miesięcy. 

Po I Posiłku relaksacyjnie ułożyłem 10 taczek drewna, około 1/3 całej kupy. Tyle i aż tyle, żeby nie przeforsować organizmu. Nie żebym się nad nim trząsł, ale rozwaga w tym wieku jest wskazana.
Po czym pojechałem w Uzdrowisko w sprawach. Zatankowałem paliwo, odebrałem kolejną paczkę, oddałem w bibliotece jedną książkę i przede wszystkim wymieniłem opony na zimowe. Jutrzejszy wyjazd do Metropolii mnie zmobilizował.
Po powrocie pisałem. Również po II Posiłku. 
 
Jutrzejsze plany wyjazdowe były takie, że należało wykorzystać fakt jazdy Inteligentnym Autem. Stąd najpierw wymyśliliśmy prezent dla Synowej i Syna, taki a la "pod choinkę", mieliśmy do ich podjechać, wręczyć i zabrać skrzynkę z Pilsnerem Urquellem (nie "skrzynkę Pilsnera Urquella" - drobna różnica podkreślająca oddzielny istotny byt, czyli skrzynkę), po czym udać się do Krajowego Grona Szyderców.
Plan spalił na panewce. Zadzwoniłem do Synowej chcąc ją uprzedzić o naszym manewrze. Nie miała nic przeciwko Tato, ktoś powinien być w domu, ale jej kolejne informacje zdrowo nas spłoszyły i musieliśmy przyjazd odwołać. Ostatniej nocy praktycznie nie spała, bo Wnuk-III miał nawet 39,5         I ciągle ma 39, temperatura nie chce spaść, a na dodatek Syn i Wnuk-II też zaczęli się  czuć nieciekawie.
Nie mogliśmy się pchać do takiej paszczy i to jeszcze przed Świętami. 
A skąd prezent "a la pod choinkę"? Otóż Dzieci, znaczy się Synowa i Syn, chyba zrobiły pierwszy kroczek, nie wiem, czy w działaniu, ale w myśleniu na pewno, a to już coś, w kierunku zmiany sposobu odżywiania się. Tu by można napisać Lepiej późno niż wcale, co w przypadku ich młodego wieku nawet nie jest tak specjalnie za późno i Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale trend może być oczywisty. Stąd trzeba ich wspierać, delikatnie, żeby nie zrazić i nie naciskać, bo skutek może być odwrotny. Gdyby pojawiły się pierwsze pozytywy, lawina sama ruszy.
Postanowiliśmy im wręczyć dużą stalową patelnię, żeby na niej przygotowywać zdrowe i pyszne potrawy. Bo te robione na teflonowych z wydrapaną powłoką strach było jeść. Fakt, że dawno u Dzieci ich nie widziałem i może się ich ostatecznie pozbyli zastępując stalowymi, ale przecież przy tak licznej rodzinie i Te dwa miecze przyjmiemy...
 
Wieczorem obejrzeliśmy tylko jeden odcinek serialu Słowo na R.  
 
SOBOTA (13.12) - 44 lata temu wprowadzono w Polsce stan wojenny. Wszystko pamiętam.
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu pisałem.
Po czym szykowaliśmy się do wyjazdu - pakowanie się (bardziej skomplikowane, bo Piesek), I Posiłek i odgruzowanie się na 45%. 
Wyjechaliśmy o 11.17 z "lekkim" opóźnieniem względem planowanej 10.30. Na miejscu byliśmy o 13.00. Jechaliśmy przydługo, zwłaszcza już w samej Metropolii, bo od razu natknęliśmy się na przedświąteczne korki, a poza tym "szukaliśmy" nowego miejsca, w którym zamieszkało Krajowe Grono Szyderców. Znalezienie właściwego numeru klatki schodowej na całym osiedlu nie jest prostą sprawą, bo to nie ulica z numerami nieparzystymi po jednej stronie, a parzystymi po drugiej. A poza tym szukanie miejsca parkingowego... Wszystko razem było klasyczne, metropolialne - dużo domów i dużo aut. Poprzednie miejsce zamieszkania było, jak na warunki Metropolii, niezwykle kameralne i ciche. No i swojskie, oczywiście. A teraz obcość wyłaziła zewsząd.
 
Została jednak natychmiast złagodzona w najlepszy z możliwych sposobów, bo niespodziewanie pojawiły się Robaczki i Pasierbica.
- A bo was widzieliśmy z okna, gdy parkowaliście... - mówili jedno przez drugie.
W złagodzeniu obcości pomógł też Piesek, który przywitany przez Robaczki Beeerciaaa! nic sobie z niej nie robił, tylko na pobliskim trawniku wąchał i wąchał, by w końcu zrobić popodróżne siku. A więc jednak swojsko.
Przy takiej liczbie osób można było od razu za jednym zamachem pójść na górę ze wszystkimi bagażami. I okazało się, że do pokonania bez windy są cztery piętra, a nie trzy. Bo owszem teraz Krajowe Grono  Szyderców od strony głównej ulicy mieszka na piętrze trzecim, ale już od strony ulicy osiedlowej, od strony parkingów, w tym podziemnego, na czwartym. Tam, z poziomu ziemi, trzeba wstępnie pokonać jedną kondygnację zewnętrznych schodów, by stanąć przed drzwiami budynku. A windy nie ma.
- Powoli zmieniamy nasze przyzwyczajenia... - wyjaśniała Pasierbica ubawiając się przy tym. - Ostatnio zrobiłam spore zakupy, takie na kilka dni, czyli jak do tej pory. - I ocknęłam się dopiero przy ich wnoszeniu, a Q-Zięcia akurat nie było. - Trzy razy musiałam je targać na IV piętro, a nie jak tam, poprzednio, z poziomu podziemnego garażu na parter, pokonując tylko jedną kondygnację.
Ale widać, że młodzi, bo nie robi im to specjalnej różnicy.
- Jeszcze jeden minus jest taki, że do dużych sklepów mamy ponad kilometr do każdego. - A tam były po nosem, więc gdy coś się przypomniało... - Ale to jednak nie problem, bo wystarczy zmienić przyzwyczajenia i organizację. - Poza tym to już same plusy. - Przede wszystkim mieszkanie jest większe, a co w nim najważniejsze, to fakt, że Ofelia ma oddzielny pokój, który sobie wybrała, a        Q-Wnuk bez problemów się zgodził. - Więc nie było żadnych konfliktów. - Tam Q-Wnuk, żeby dostać się do swojego, musiał przechodzić przez ten Ofelii. - Należało tylko czekać, i to chyba niedługo, że będą coraz częstsze afery, a potem trwały konflikt. - Ale równie ważne jest co innego... - Dzielnica Metropolii. - Wiozłam dzieci do szkoły na 07.00, po czym wróciłam sobie do domu, mogłam coś zrobić, napić się z przyjemnością kawy, zjeść i na 09.00 pojechać do pracy. - Poprzednio nie było żadnych szans. - Ja już w ogóle nie pamiętam tamtego mieszkania... - Mieszkam tutaj, jakbym mieszkała od nie wiedzieć kiedy.
 
Na górę dotarliśmy bez problemów. Nawet Beeerciaa! Po drodze tylko kilka razy klinowała się swoją masą na półpiętrach lub piętrach, bo ile można iść i iść po schodach?... Trwało to jednak króciutko 
Bo uderzeniem w dupsko czapką Pana
Szła dalej przez niego motywowana. 
Mieszkanie, w sensie totalnego bajzlu przeprowadzkowego kogo, jak kogo, ale nas nie mogło zaskoczyć. Odezwały się wszystkie przyjemne i traumatyczne jednocześnie wspomnienia. Nigdzie, czyli nigdzie, nie dawało się normalnie przejść. Ponieważ Piesek tego nie rozumiał i wyraźnie się konfundował, należało natychmiast zrobić mu miejsce na legowisko, żeby mógł tam odsapnąć. Dopiero potem mogliśmy obejrzeć pokoje Robaczków 
Bo przebierali nogami oboje
Zaprezentować chcąc swoje pokoje. 
Oczywiście nie mogli się przejmować tym, że za bardzo nie dawało się do nich wejść. 
Główne i dogłębne oglądanie mieszkania wraz z kompletnym komentarzem nastąpiło, gdy za chwilę pojawił się Q-Zięć. Oczywiście z kolejnymi tobołami. 
 
Zaczęliśmy ustalać I co w tej sytuacji dalej? Od czego zaczynamy?, gdy akurat w tym momencie smsa wysłał Konfliktów Unikający W Lidlu promka, 12 puszek w cenie 6. Stwierdziłem, że lepiej będzie, gdy do niego zadzwonię i mu podziękuję, i wyjaśnię sytuację.
- Po pierwsze, mam jeszcze zapas od was...
- No ja myślę! - przerwał mi ubawiony. 
- ... po drugie, na urodziny dostałem od Syna, Synowej i Córci dwadzieścia butelek Pilsnera Urquella w pięknej, oryginalnej skrzynce, a po trzecie, nie mam kasy. - Czyli bez przesady!
Wykazał pełne zrozumienie. 
Dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że Krajowe Grono Szyderców w domu nie ma składników, aby robić coroczne pierniczki i że najlepiej będzie, gdy Pasierbica pojedzie w tych sprawach do... Lidla. Nadal dziwnie okazało się, że ona swoje Suzuki zostawiła na parkingu przed pracą, a Q-Zięć nie chciał już ruszać auta z podziemnego parkingu, a poza tym miał robotę w domu Bo trzeba wreszcie zacząć montować meble, a nie wciąż tylko donosić i donosić!... (bez omen nomen).
Padło więc na mnie. Zresztą sam z taką propozycją wyszedłem, żeby poczuć okolicę i nowe miejsce życia Krajowego Grona Szyderców, no i poza tym odkleić sobie w pamięci różne, znane mi przecież metropolialne miejsca.
W samym Lidlu (tłumy!) też było dziwnie, bo okazało się, że Pasierbica ma lidlowską aplikację, która by umożliwiła... Tylu przeciwnościom losu nie sposób było się już przeciwstawić. Skromnie kupiłem 12 puszek.
Złożoność sytuacji I przecież miałem dobre intencje! musiałem wyjaśnić Konfliktów Unikającemu, więc ponownie zadzwoniłem. Facet miał ubaw, ale, trzeba mu przyznać, ciągle wykazywał zrozumienie. 
 
Po powrocie z Q-Zięciem ostro zabraliśmy się za szafy. Zaczęliśmy od q-wnukowej, najtrudniejszej i największej. Było przy tym sporo zabawy i... zabawy. Bo nie zawsze funkcjonowała myśl inżynierska.
Szafa jednak stanęła, Q-Wnuk do niej się wprowadził, a gdy za chwilę postawiliśmy mu drugą, na książki, pokój zaczął być normalny, taki do ludzi. 
Potem zabraliśmy się za szafkę na buty, która miała stanąć w przedpokoju. Tu z mocowaniem do ściany był problem tego typu, że Q-Zięć, nie wiadomo, czy potrzebnie czy nie potrzebnie zastosował inżynierski przyrząd do wykrywania pod tynkiem metalu. A więc prętów zbrojeniowych, kabli elektrycznych, kątowników do konstrukcji ścian z gipso-kartonu. Przyrząd był wyczulony ponadnormatywnie i w większości takie elementy (emelenty) wykazywał. Wierciłem więc pod strachem bożym, ale się udało. Buty z dużej szafy z przedpokoju, które zaanektowały przestrzeń wcale dla nich nieprzeznaczoną, a znalazły się tam dzięki pośpiechowi gospodarzy i przeprowadzkowej logistyce i logice tymczasowości, mogły wreszcie trafić na swoje miejsce.
Przed wspólnym posiłkiem zamontowaliśmy jeszcze w pokoju Ofelii szafę na książki, taką samą, jak u brata. 
 
Obiad zjedliśmy już w salonie w całkowicie kulturalno-cywilizacyjnych warunkach, jak biali ludzie, przy pełnym oświetleniu, na ich super stole na sześć osób, w zakamarku salonu, który emanował niedużą liczbą przeprowadzkowych śladów. Można było udawać, że już jesteśmy w normalności. 
Pasierbica podała pieczone kawałki kurczaka, ale hitem były pieczone ósemki ziemniaków. Q-Wnuk ma na nie fazę i potrafi zjeść dwie miski oczywiście unikając wtedy innych potraw.
Taki obiad i aura z nim związana mają to do siebie, że strasznie demoralizują i demobilizują. Potrzeba było dużo wysiłku z mojej strony i ze strony Q-Zięcia, żeby wrócić do pracy. Udało się nam jeszcze zmontować "na gotowo" szafę w salonie i obaj stwierdziliśmy, że na dzisiaj koniec. 
Było dla ciała, musiało być coś dla duszy.
Dałem się namówić na nową grę, w kolory, Hues (odcienie, barwy, kolory) and Cues (wskazówki), mimo że czwórka domowników zapewniała mnie, że gra jest bardzo prosta i że na pewno mi się spodoba. A to zawsze działa na mnie odstręczająco. Ale, o dziwo, gra była prosta i mi się spodobała. Nawet z Q-Zięciem ex aequo zajęliśmy I miejsce. A twierdzi się, że mężczyźni rozróżniają góra pięć kolorów, w porywach osiem.
 
Spaliśmy w pokoju Ofelii. Ona sama, trzy świnki i tykający zegar przenieśli się do pokoju Q-Wnuka. Ciasnota łóżka, chrumkanie i popiskiwanie oraz przemieszczanie się świnek nocą, urastające do łomotu wydawanego przez biegnącego hipopotama oraz tykanie zegara, nocą urastające do rytmicznej pracy kafara, zupełnie im nie przeszkadzały.
Na bardzo szerokim łóżku, rozkładanym, spaliśmy "już" o 23.30. 
 
NIEDZIELA (14.12)
No i dzisiaj wstałem o 08.00. 
 
Tak jak zresztą wszyscy bez wyjątku. No, może jednak z wyjątkiem Pieska.
Q-Wnuk o 10.15 miał kolejny mecz w kosza i wszystko było temu podporządkowane. A więc najpierw śniadanie. Dosyć pospieszne i skromne. Jajecznicę na maśle robił Q-Wnuk. Gość od jakiegoś czasu pcha się do kuchni i, na przykład, wczoraj z matką, oboje ubrani w fartuchy, zrobili dwie miski świątecznych pierników. Wspomnę, że Ofelia miała na nie wywalone i zamknęła się w swoim pokoju. Na inne rzeczy też tak coraz bardziej ma, co staje się przyczyną zgryzoty rodziców. 
Skromne, bo okazało się, że jest tylko 9 jaj na 5 osób. Nie na sześć, bo Ofelia na jedzenia też ma wywalone. Ta ilość mnie rozśmieszyła i od razu zażyczyłem sobie jajecznicę z czterech ku oburzeniu reszty.
- A czy mi się wydaje - nie odpuszczałem kierując pytanie do Pasierbicy - że my wczoraj byliśmy w Lidlu razem na zakupach?...
- Zabrakło, bo wczoraj robiliśmy pierniczki.
- A one to tak wyskoczyły spontanicznie?... - Niezaplanowane?...
Odbiór nie był przychylny, ale skończyło się na przewracaniu oczami i wzdychaniu.
Skromną jajeczniczkę trzeba było uzupełniać innymi wiktuałami.  
 
Mecz Q-Wnuka narzucał również inne elementy (emelenty) poranka. Krajowe Grono Szyderców z synem i z Żoną musieli wyjechać trochę wcześniej, bo należało po drodze odebrać kolegę Q-Wnuka i stawić się na przedmeczową rozgrzewkę.
A skąd tam Żona? Sam zaproponowałem, żeby pojechała. Bo to rzadka okazja zobaczyć wnuka w meczowych akcjach, a poza tym nie może tak być, że ja wyjeżdżam i wyjeżdżam, oglądam różne oblicza świata, a ona nie. To niedobrze robi psychice, bo tylko dom, Berta, goście i mąż.
 
Zostałem z Ofelią. A ona jednak, gdy nie ma dominującego brata, jest łatwiejsza w obsłudze.
Wyszliśmy z Pieskiem na poranny spacer. 
- Dziadek, a mogę Bercię prowadzić? 
Sprawa była prosta. Ofelia przez cały długi spacer (zrobiliśmy duże koło na osiedlu), bardzo przejęta, prowadziła Bercię, a gdy ta miała wątpliwości, czy dalej iść, to pan jej pomagał za pomocą czapki.
Przy każdym wąchaniu Ofelia z wielką empatią cierpliwie czekała. Może dlatego, że kiedyś Żona wytłumaczyła jej, że pieski z wąchania wynoszą tyle informacji, co człowiek, na przykład z czytania książki. Ofelia się wtedy ubawiła, ale coś musiało zostać.
W domu postanowiliśmy w coś zagrać. Padło na Pergolę. Gdy zobaczyłem nieznaną mi planszówkę, wewnętrznie się załamałem, ale niczego nie dałem po sobie poznać, żeby dziecko się nie zraziło. Drugi raz się załamałem, gdy zobaczyłem dziesiątki obrazków i obrazeczków, które Ofelia z bardzo poważną miną wyciągała z pudełka i układała. Trzeci raz, gdy zaczęła tłumaczyć wyraźnie czując, że nie daje sobie z tym rady. Ni cholery nie można było zrozumieć, ale twardo miałem zachęcającą minę.
- Dziadek, jednak będę musiała przeczytać instrukcję i przypomnieć sobie zasady gry przy dwóch graczach.
- Oczywiście... - wykazałem zrozumienie i patrzyłem, jak Ofelia nadal z poważną miną studiuje zapisy. To, że czyta, to było pewne, ale co rozumie?... Milcząco przeżywałem katusze. 
- Dziadek, ale ja nic z tego nie rozumiem...
- A to nic nie szkodzi, spakujmy grę i może zagramy w kolory? - starałem się, żeby dziecko nie wyczuło ulgi.
- Ale tam we dwie osoby nie da się grać.
- Coś wymyślimy, żeby się dało.
Składała Pergolę z wyraźnym odprężeniem. 
Rzeczywiście wymyśliłem. Sztucznie powiększyłem liczbę graczy do czterech przydzielając nam pionki "nieobecnych" i mieliśmy radochę. Kończyliśmy w momencie, gdy wrócili "sportowcy" powiększeni o kolegę Q-Wnuka. Wygrałem.
Drużyna Q-Wnuka przegrała. Faworytem nie była, więc chłopaki przełknęły to gładko. Za to ich szkoła wygrała cały turniej koszykarski szkół podstawowych, w którym brali udział zawodnicy klas 5-7. Już wcześniej złożyliśmy Q-Wnukowi gratulacje.
 
Wczoraj się upierałem, że jeszcze dzisiaj, zanim wyjedziemy, zamontuję Q-Wnukowi w jego pokoju nad drzwiami tablicę z koszem, żeby mógł ćwiczyć. Ale Krajowe Grono Szyderców kategorycznie mi zabroniło. Dzisiaj znowu przystąpiłem do ofensywy, bo co miałem robić, skoro ciągle nie wyjeżdżaliśmy?... Przyjechałem nie po to, żeby się obijać, tylko po to, żeby popychać sprawy.
Argumenty gospodarzy były takie, że po pierwsze Jest niedziela i hałasu robić nie będziemy, po drugie, Jesteśmy nowi, nie znamy sąsiadów, nie wiemy jacy to ludzie, i nie chcemy od razu na wejściu im podpaść i po trzecie Zostało popchniętych mnóstwo spraw, jesteśmy wdzięczni i dziękujemy!.
Ja argumentowałem, że to przecież tylko dwa otwory i że zanim sąsiedzi się zorientują, co to za żłób w niedzielę pracuje udarem, to będzie po wszystkim. W którymś momencie nawet myślałem, że mi się uda i Krajowe Grono Szyderców się ugnie, bo nagle zza ściany, od sąsiadów, dobiegł nas wszystkich łomot tłuczonych kotletów schabowych. Udar na pewno byłby cichszy.
- Ale to co innego... - nawet Żona się wtrąciła.
Nie chciałem wchodzić w kwadratowe rozmowy, że hałas to hałas. 
W końcu Q-Zięć użył sprytnego inżynierskiego argumentu, nie wiem, czy na poczekaniu nie wymyślonego.
- Ja nawet nie mam takich wkrętów z tak dużymi łbami, ani podkładek, a w tablicy są duże otwory...
Musiałem się poddać.
- To może odetkam wam odpływ w umywalce w łazience, bo woda strasznie powoli spływa.
Mieli mnie z głowy na jakieś 20 minut. 
- Dajcie mu coś jeszcze - usłyszałem Żonę, gdy wychodziłem z łazienki - bo zaraz zacznie marudzić.
Ciągle przedłużała pobyt, ale to zrozumiałe, skoro tyle czasu nie wyrywała się z Uzdrowiska. Dzisiaj z całego porannego wyjazdu była bardzo zadowolona.
- Tyle zobaczyłam... - A Q-Zięć chyba specjalnie jechał okrężnymi drogami, żebym mogła zobaczyć jak najwięcej... - śmiała się. 
- A właśnie... - Pasierbica się ocknęła. - Dostrzegłam, że pod zlewem powoli kapie woda.
Zajrzałem. Jakiś artysta nierówno dokręcił dolną komorę syfonu, a dokręcił mocno, do oporu. Zaczął źle, nierówno i na gwincie przeskoczyło. Uszczelka nie miała prawa trzymać. Cały układ poprawiłem i przestało... 
A teraz? - Przestało. - A widzi pan! 
Roboty było na 5 minut, ale dobre i to. 
 
W końcu zaczęliśmy wyjeżdżać. Na dole, przy Inteligentnym Aucie, dowiedziałem się od Q-Zięcia, że są zakusy, aby do końca przyszłego roku zlikwidować jego dział. 
- Dostanę odprawę, chyba nawet dużą, a co potem, zobaczymy.
- To co, z powrotem emigracja do Niemiec? - powiedziałem pół żartem pół serio. 
- W życiu! - Tam teraz na rynku pracy jest gorzej niż w Polsce. - I całą gospodarkę rozwala socjal! 
Co to się porobiło po 35 latach kapitalizmu w Polsce... 
 
Ostatecznie wyjechaliśmy po 14.00. W Tajemniczym Domu byliśmy tuż przed 16.00. Całe sznury samochodów ciągnęły po weekendzie do Metropolii i dalej, a w naszym kierunku były pustki.
W domu, dosłownie ledwo wszedłem, bez rozpakowywania się, itd., natychmiast rozpaliłem. Było +17 stopni. Udało się nabić do +19, zanim poszliśmy na górę. Zrobiliśmy to wcześnie, praktycznie zaraz po II Posiłku.
Wieczorem obejrzeliśmy tylko jeden odcinek serialu Słowo na R
O 20.00 już spaliśmy. Ogaceni, bo w sypialni panowało +16. Trochę podgrzaliśmy dmuchawą, ale i tak Żona spała w szlafroku, ja w skarpetkach, rękawiczkach bez palców i w czapce. Całe łóżko dodatkowo przykryliśmy narzutą. Jeszcze przed północą pozbyłem się skarpet, rękawiczek i czapki, bo zdychałem z przegrzania.  
 
Dzisiaj o 14.41 napisał Po Morzach Pływający. 
Ubi honor non est; gdzie nie ma honoru, Ibi contemptus est; tam jest pogarda, Ibi injuria frequens; tam częsta krzywda, ibi et indignatio; oraz oburzenie, ibiquies Nulla; tam nie ma spokoju
Nie wiem czemu to Tobie wysyłam.
Po prostu mi się spodobało 
(pis.oryg.) 
Wrażenie zrobiło... 
 
PONIEDZIAŁEK (15.12)
No i dzisiaj obudziłem się o 05.50, ale wstałem o 06.15.
 
Wstawało się ciężko.
Po porannym rozruchu pisałem aż do I Posiłku. A po nim też sporo. 
W którymś momencie Żona mi przerwała i mocno zdekoncentrowała na skutek wybuchów śmiechu, które mnie opanowały, a potem wściekłości i bezsilności.  
Temat Na Zdjęć ponownie wystawił Dom Dziwo na sprzedaż, a raczej zmienił ofertę, ale tym razem posłużył się jakimś biurem nieruchomości. I jak tu się dziwić naszej głębokiej niechęci do tej instytucji - bardzo często  nieprofesjonalnej, niekompetentnej, zawsze łasej na wynagrodzenie, najlepiej od dwóch stron, kupującej i sprzedającej. Instytucji, która zamiast ułatwiać i pomagać obu stronom w takim bardzo poważnym i stresującym momencie, to często utrudnia i dodatkowo stresuje. Naprawdę, niektórzy, tzw. pośrednicy, proszą się, aby kopnąć ich w dupę. I niech spadają ze swoją pomocą, oczywiście po pobraniu prowizji Bo, jak to, przecież nieruchomość udostępniliśmy?!...
Otóż biuro nieruchomości umieściło takie oto ciekawe i zachęcające informacje:
- że dom mieści się blisko Pięknej Doliny. To mnie zdrowo rozśmieszyło, bo mieści się w jej sercu, a główna jej rzeka, Leniwa Rzeka, płynie od niego obok, jakieś 100 m. A sama działka mieści się tuż przy Rzeczce, która za chwilę wpada do  Leniwej Rzeki,
- że na działce mieści się stylowa(!) betonowa ściana. Nie wiem, czy to mnie nie ubawiło jeszcze bardziej. Trzeba mieć niezły tupet albo być cynicznym kłamczuchem, albo nie mieć kompletnie gustu, żeby kawał muru o wysokości 2 m i długości ok. 200 m, któremu tylko na górze brakuje drutów kolczastych, nazwać stylowym. Być może Temat Na Zdjęć specjalnie wybrał takie biuro, żeby wzajemnie się wspierać i nie widzieć zgrzytliwej sprzeczności między słowami "stylowa" a "betonowa". Bo nie podejrzewam ich, żeby świadomie zastosowali oksymoron (...) Jest to celowy zabieg językowy (...) mający na celu wzmocnienie ekspresji, szokowanie lub pobudzenie wyobraźni. Bo gdyby tak było, to oddaję szacun - udało się im nas zszokować,
- że dom i teren został zaprojektowany przez architekta krajobrazu. Tu ewidentnie podparli się Żoną, Temat Na Zdjęć zapewne świadomie, biuro szlag wie. Jest to dla Żony ewidentna antyreklama. Gdyby pracowała w tej branży i chciała zarobić na coś więcej, niż chleb, którego zresztą nie je,  to na pewno ta sztuka by się jej nie udała. Pies z kulawą nogą by jej nie zatrudnił widząc ten "śliczny mur" i teren zapuszczony przez Temat Na Zdjęć.
 
W końcu miałem dosyć pisania i dla relaksu ułożyłem kolejne 10 taczek drewna. Zostało jeszcze na jutro z 8-10. A gdy już uruchomiłem organizmowy kombajn ("organiczny" też chyba byłoby z sensem), to z tarasu sprzątnąłem meble ogrodowe, te, które przed zbliżającą się zimą już raz sprzątnąłem (niespodziewanie pojawili się oglądacze) i cały taras jeszcze raz zmiotłem z resztek liści, a przede wszystkim z popiołu, bo wyglądało ohydnie, i wyszorowałem go szczotką polewając wodą z konewki.
Po czym wróciłem do pisania. 
Po II Posiłku dalej pisałem. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dziewięć razy. W tym oczywiście oszuści, a jeden szczególny, bo wynikało z numeru, że dzwonił z Wybrzeża Kości Słoniowej. Chuj jeden!
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 19.39.
 
I cytat tygodnia: 
Ten, kto sadzi drzewa, wiedząc, że nigdy nie usiądzie w ich cieniu, przynajmniej zaczął rozumieć sens życia. - D. Elton Trueblood (znany XX-wieczny amerykański autor i teolog kwakrów, były kapelan uniwersytetów Harvardu i Stanforda)