15.12.2025 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 12 dni.
WTOREK (09.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Wydawało się, że jestem wyspany, ale bardzo szybko okazało się, że tylko mi się wydawało. Mimo dwóch Blogowych już o 08.30 byłem... mocno śpiący. Paranoja! Organizm odreagowywał kumulację zarwanych nocy - najpierw tych z obecności Gołąbeczków i Kolegi Inżyniera(!), a potem tych z pobytu u Wnuków.
Mimo tego rano trochę poświeciłem się onanowi sportowemu, a przede wszystkim wycyzelowałem ostatni wpis. Dużo mnie to kosztowało przy mojej schyłkowości.
Ruch jako tako niwelował senność, więc trochę popracowałem. Wstępnie ogarnąłem dwa apartamenty i trochę naniosłem drewna oraz nastawiłem pranie. Po pobycie u Wnuków wymieniłem cały zestaw ciuchowy. I to było wszystko.
Po I Posiłku wymiękłem i poszedłem na górę spać. Nawet wziąłem ze sobą kolejną książkę Macieja Siembiedy Nemesis, ale dałem radę przeczytać może 3-4 strony. Poprzednią, Katharsis, skończyłem wczoraj po powrocie od Wnuków. Losy bohaterów zrobiły na mnie wrażenie, a niektóre mocno mnie wzruszyły. Bo gdyby, to..., a gdyby, to tamto... Kierował nimi przypadek, czasami nawet jakiś drobiazg. W pewnym sensie przewidziałem zakończenie książki mówiąc sobie, że przecież jeden z bohaterów nie może pewnej sprawy tak o, po prostu, zostawić. No i nie zostawił.
Wstałem po 13.00. Czując się wypoczętym zmobilizowałem się do pewnych spraw. Odwiozłem pranie, zrobiłem drobne zakupy w Biedrze i poszedłem na basen. Żadnych rewelacji nie było, ot basenowy dzień jak co dzień. Było tylko trochę więcej niż "zwykle" taplających się, bo w szczycie nawet jedenaście osób.
Po powrocie czekała mnie niespodzianka. Przyszło pismo z ZUS-u, a takich pism jeszcze przed otwarciem koperty nie lubię. A tu:
Szanowny Panie,
od 1 grudnia 2025 roku przyznajemy panu dodatek pielęgnacyjny w kwocie 348,22 zł miesięcznie. Dodatek ten przysługuje osobie uprawnionej do emerytury, która ukończyła 75 rok życia.
Z pisma wynikał oczywisty wniosek - opłaca się żyć!
Wesołe jest życie staruszka!...
Z Żoną uśmialiśmy się wielokrotnie. Po pierwsze z oczywistej oczywistości, bo mieć 350 zł, a nie mieć, to robi się już 700.
- To na lekarstwa! - Żona wyjaśniła z teatralnym przekąsem. Uśmialiśmy się po raz drugi.
- A poza tym to ja powinnam dostać ten dodatek, bo to ja przecież ciebie pielęgnuję!... - uśmialiśmy się po raz trzeci.
Ja dodatkowo po raz trzeci bis, bo rozśmieszało mnie sformułowanie "dodatek pielęgnacyjny", a jeszcze bardziej "pielęgnacyjny", bo jakoś nie mogłem się sobie wyobrazić w roli obiektu, który się pielęgnuje. Jakieś karmienie, ubieranie śliniaczka, ubieranie jako takie, w tym majtek, prowadzenie do toalety, podcieranie, kąpanie, prowadzenie na spacery do końca Pięknej Uliczki i z powrotem?... Jakaś zgroza dla człowieka w moim wieku.
- Prawie 360 zł, a to oznacza 60 Pilsnerów Urquelli miesięcznie. - uśmiałem się po raz czwarty.
Żona akurat nie. Zresztą zaraz mi przeszło, gdy ponownie błyskawicznie sobie obliczyłem (75!), że średnio "musiałbym" wypić dwa dziennie w ramach pielęgnacji, i tak miesiąc w miesiąc, latami. A gdzie detoks, gdzie inne alkohole?...
Trzeba być poważnym - noblesse oblige!
W styczniu czy w lutym tego roku skądś dotarła do nas ta wiadomość o dodatku po 75. roku życia i staraliśmy sobie wówczas wyobrazić, jak to będzie w grudniu... No i proszę.
Ile to, panie, taki ZUS potrafi dostarczyć radości.
Po II Posiłku się zmobilizowałem i trochę pisałem.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R.
Dla porządku umieśćmy zaległości w dzisiejszym wtorku.
W sobotę, 06.12, przypomnę, wyjeżdżałem z Uzdrowiska pociągiem do Wnuków. Akurat, gdy się przymierzaliśmy w pewnym pośpiechu z Żoną do wyjścia na dworzec, górnym gościom precyzyjnie zebrało się na wyjeżdżanie, czyli dzień wcześniej Bo się już nudzimy.
W Uzdrowisku i w Kotlinie Citizańskiej!
O próbie zwrotu kosztów pobytu za jeden niewykorzystany dzień mowy być nie mogło, bo temat pięknie i nieodwracalnie załatwiał Booking. Przy innej formie rezerwacji spotykaliśmy się z takimi nieprzyjemnymi momentami. Nie mówię, że ci goście tak by postąpili, ale przynajmniej sytuacja była jasna.
Goście w lot złapali, że po wyjeździe auta i po zamknięciu bramy, należy klucze do apartamentu wrzucić do listowej skrzynki. Trzeba powiedzieć, że według późniejszej relacji Żony, zostawienie kluczy przebiegło bez zarzutu.
Pociąg, jak pisałem, był spóźniony 18 minut.
- Może nadrobi? - Żona rzuciła tak bardziej z kilkudziesięcioletniego doświadczenia, czyli z przyzwyczajenia.
- Może na(d)robi w gacie!... - nie mogłem sobie darować rozśmieszając ją. - I uzmysłowię ci, co pani zapowiada przez megafony - przyspieszony(!) pociąg relacji...
Wyraźnie takie kolejowe wyrafinowane żarty kierowane są do podróżnych wybrańców, takich o ponadprzeciętnym poziomie inteligencji, takich, którzy te smaczki wyłapią i się... wkurwią.
W każdym bądź razie tak na(d)robił, że w Metropolii był po czasie 23 minuty. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, bo do odjazdu następnego było i tak jeszcze ponad 30 minut. To się nazywa ułożyć rozkład jazdy! Na peronie byłem z kawą nawet zanim go podstawili.
Syn czekał na mnie siedząc na ławeczce i uśmiechał się, bo wiedział co będzie.
- Fajnie, że reagowałeś na moje trzy smsy o etapach podróży... - zacząłem na "dzień dobry". - Od razu założyłem, że albo, gdyby ciebie nie było, będę szedł godzinę piechotą, albo złapię okazję spod dworca, która będzie jechać do Sypialni Dzieci.
- Specjalnie nie reagowałem, żeby ci zwiększyć napięcie podróżne. - odparł zadowolony z siebie.
Trochę mu się udało, ale niewiele, bo od dawna przestałem się tym przejmować. Poza tym była ładna pogoda, więc w czym problem?...
Gdy podjechaliśmy pod dom Wnuków, akurat na posesji naprzeciw krzątała się jakaś pani. Nie mogło się skończyć na zwyczajowym "dzień dobry". Przedstawiłem się i zagadałem.
- Bo wie pani, gdy przyjeżdżam do Syna, - tu wskazałem na niego ręką; akurat coś robił przy drewnie, bo przecież natychmiast po moim przyjeździe mieliśmy je układać - to śpię w tym pokoju, o tam na górze ... - wskazałem okno. - O, to po prawej. - I zawsze stamtąd spoglądam na pani dom. - Bo tak ładnego, nowego, nie widziałem. - A trochę z Żoną się na tym znamy. - Nawet Żonie o pani domu zdążyłem opowiedzieć.
- O, dziękuję! - pani przerwała ogrodowe prace. - Jest mi bardzo miło.
- Chodzi o to - kontynuowałem z drugiej strony ulicy - że on jest bardzo prosty w formie, nie ma żadnych udziwnień, na pewno funkcjonalny, chociażby ten garaż przylegający do niego stanowi z nim taką całość, nie "gryzie się" i widać, że każdy szczegół jest przemyślany. - Nawet kolory, struktura tynku, usytuowanie wejścia i garażowego wjazdu... - wszedłem w szczegóły.
- A, muszę panu powiedzieć, że jest mi bardzo miło, że to wszystko pan zauważył. I dodam, że to wszystko to mój projekt i pomysły.
- Naprawdę gratuluję! - zacząłem spozierać na Syna, który dawał mi wymowne znaki "drewno!".
- A może chciałby pan obejrzeć? - Zapraszam... - śmiała się.
- Naprawdę? - Mógłbym? - Nie będę przeszkadzać? - tu już ewidentnie się krygowałem.
- Ależ skądże!
Natychmiast pieprznąłem podróżną torbę na ziemię oraz tę z zakupami, które z Synem zrobiłem po drodze (zestaw Pilsnera Urquella i czerwone wytrawne do pizz) i już byłem po drugiej stronie.
- A może i pan, Sąsiedzie, chciałby też zobaczyć? - zwróciła się do Syna.
- Chętnie! - śmiał się i od razu pieprznął drewno.
Nie wiedzieć skąd, nagle pojawił się mąż i jedno przez drugie najpierw zaczęli opowiadać nam o posesji, której różne zakamarki schodziliśmy. Obaj z Synem sroce spod ogona nie wyskoczyliśmy, więc mogliśmy ze znawstwem zadawać sensowne pytania, stosownie się dziwić i podziwiać, jeśli jakiegoś rozwiązania rzeczywiście nie znaliśmy. A potem weszliśmy do środka. Po gruntownym obejrzeniu, bo bez szczegółów i szczególików się nie dało oraz po obustronnym opowiadaniu dziesiątków anegdot związanych z urzędami i budowlańcami przede wszystkim, Syn przepraszał, że się tak "zasiedzieliśmy" i sugerował wyjście Bo, tato, drewno!
Ale gospodarzy tak łatwo nie dało się zbyć.
- Zapraszamy jeszcze na górę!
I zeszło kolejne pół godziny. Do końca gratulowaliśmy i podziwialiśmy.
O układaniu drewna dzisiaj oczywiście mowy być nie mogło, bo ciemno i już bez sensu.
- Bo wiesz - Syn tłumaczył żonie - sąsiedzi z naprzeciwka po wybudowaniu domu, którego budowa przecież trwała, mieszkają w nim już dwa lata. - A przyjechał tato, raz na ruski rok i ich poznał, i od razu załapał się na oglądanie.
("Raz na ruski rok" to polski idiom oznaczający bardzo rzadko, coś co zdarza się sporadycznie, prawie nigdy, z nawiązaniem do różnicy między kalendarzem juliańskim <rosyjskim> a gregoriańskim, co sprawiało, że "ruski rok" wydawał się dłuższy lub inaczej rozłożony w czasie).
Z Synem omówiliśmy to, co przed chwilą widzieliśmy. Obaj byliśmy zgodni co do jednego - w życiu nie chcielibyśmy takiej laboratoryjnej czystości i sterylności, jaka tam panowała. Takiej, do tego stopnia, że przy wejściu zdjęliśmy buty, mimo protestów gospodarzy, czego normalnie bym nie zrobił, bo gość swoje prawa ma, a poza tym takie zdejmowanie tchnie straszną wiochą. No, ale tutaj byliśmy takimi przypadkowymi oglądaczami z ulicy, to raz, a poza tym wszędzie ten oślepiający błysk dzięki wszechobecnym kaflom i nowoczesnym systemom sprzątania (centralny odkurzacz z 9-metrowym wężem, w trzech miejscach domu przy podłodze takie podłużne szpary, w których tkwił włącznik włączany stopą, bez schylania się, żeby szpara mogła zassać jakieś paprochy podmiecione miotłą<!> w to miejsce i wreszcie jeżdżące, chyba często, takie bydle wielkości sporej nocnej szafki i odkurzające podłogę i, nie zapamiętałem dobrze, zmywające ją na mokro) automatycznie zmuszał nas do takiego zachowania. Było za chłodno i za laboratoryjnie.
Za to układ pomieszczeń, ich wielkość oraz funkcjonalność obu nam bardzo odpowiadały. Synowi nawet bardziej.
- Bo my cierpimy na deficyt pomieszczeń... - wyjaśniał w czasie oglądania.
Doskonale rozumiałem sytuację przy tylu dzieciach. Przydałyby się jeszcze dwa pokoje plus jedna łazienka. Tylko, co rodzice mieliby robić z tak dużym domem, gdy chłopacy z niego wyfruną? A to już niedługo może się zacząć.
O ogrodzie z Synem nie rozmawiałem. Ale wiedziałem, że tak wymuskanego z Żoną na pewno byśmy nie mieli. Czyli, jak zwykle - kwestia gustu, oczywiście, ale też filozofii życia w domu i w ogrodzie.
Po obiedzie grałem z Wnukiem-IV w szachy. Przegrałem wszystkie trzy partie grając jak "geniusz". Popełniałem takie błędy, że doprowadzałem Wnuka-IV do łez. Nie wiedziałem, co mi się stało.
W trakcie zadzwoniła Córcia. Takiego jej głosu bodajże nigdy nie słyszałem - cichy, przygaszony, pozbyty energii. Odwołała swój jutrzejszy przyjazd z dziećmi do Sypialni Dzieci, żeby razem obchodzić moje 75. urodziny.
- Tato, ja ciebie bardzo przepraszam, ale ja nie dam rady... - Nie mam sił. - Jestem załamana, bo mam poważne problemy z Wnuczką, a ten gnój, bóbr, ściął mi piękną, starą wierzbę... - Niszczy mi wszystko...
Przedyskutowaliśmy każdy fakt i jego aspekty. Radziłem Córci długo, jak mogłem, a przede wszystkim, żeby się nie zasklepiała w pewnych rozwiązaniach, tylko żeby była gotowa na inne, nawet takie, które wywrócą jej życie do góry nogami, bo po wszystkim prawie na pewno się okaże, że tak można I dlaczego ja tyle czasu tkwiłam w... I oczywiście tłumaczyłem, żeby się mną, brakiem przyjazdu, zupełnie nie przejmowała, bo przecież jest hierarchia spraw i problemów.
W trakcie rozmowy Córcia ani razu się nie roześmiała. A to do niej niepodobne.
Po rozmowie musiałem Synowej i Synowi wszystko przekazać, bo przecież sprawy Córci przeżywają. Z pewnymi moimi poradami zgadzali się w 100%, a z pewnymi zupełnie nie.
Ponieważ działa prawo serii, za jakiś czas zadzwonił do Syna Brat i też odwołał swój niedzielny przyjazd. Zachorował jeden z pracowników i musiał w niedzielę za niego wziąć nockę.
Ostatecznie z Synem się nieźle ubawiliśmy wspominając, jak wcześniej to wszystko szczegółowo planowaliśmy na sobotę, a potem żmudnie przekładaliśmy na niedzielę burząc inne wcześniejsze plany Bo w niedzielę wszystkim będzie wygodniej, a przede wszystkim Córci i Bratu!
Natychmiast
po tych zawirowaniach logistycznych dotyczących niedzieli zrobiliśmy
wojenną naradę. Na moje życzenie trzech Wnuków z
wyjątkiem najstarszego, który z racji wieku wyszedł już ze skautów,
opuścili swoje górne żeremia i/lub gawry i zeszli na dół.
- Co byście powiedzieli, gdybyśmy pizzowe spotkanie zrobili jutro nie o 14.00-15.00, jak wcześniej było planowane, a o 18.30, po waszej uroczystości.
Co mieli, kurwa, powiedzieć?, że w tajemnicy zacytuję klasyka. Byli zachwyceni.
Skautowska uroczystość miała się rozpocząć w niedzielę o 15.00 mszą św. gdzieś w Metropolii, po czym był zaplanowany pokaz czterdziestominutowego filmu z ich skautowego życia na przestrzeni ostatnich czterech lat zmontowanego z materiałów kręconych przez ten czas. A po wszystkim miała się odbyć jakaś część oficjalna, przemówienia, nagrody, dyplomy...
Początkowo chłopaki miały obejść się smakiem.
- Wasz dziadek chyba raz obchodzi urodziny 75. lat? - Specjalnie przyjeżdża, funduje pizzę, przyjeżdża ciocia z waszą siostrą i bratem ciotecznym. - Dodatkowo przyjeżdża brat dziadka... - Syn nie pozostawiał wątpliwości, jak ma być.
Byli więc pogodzeni z losem, a tu taki od niego dar, żeby nie powiedzieć z niebios...
W tej sytuacji stwierdziłem, że zaproszę na pizzę Teściów Syna, oczywiście za zgodą gospodarzy. Nic z tego jednak nie wyszło. Teściowa Syna była przeziębiona, a dolegliwości Teścia Syna, pogłębiające się, też uniemożliwiały przyjazd.
To postanowiłem zaprosić na niedzielę przyjaciółkę Wnuka-IV, lat 10. Strzał miał się okazać w niedzielę tym w dziesiątkę. Syn i Synowa nie mieli nic przeciwko i mieli ubaw patrząc, jak się do tego zabieram. Dali mi numer telefonu do jej matki, którą miałem okazję poznać, gdy raz spotkaliśmy się przy jakiejś okazji u Wnuków. Podejrzewam, że mijając się na ulicy bym jej nie rozpoznał. Tym bardziej jej córkę, której nigdy nie widziałem, a znałem tylko z opowiadań Syna.
- Tato, oni się bawią razem od chyba 5. lat. - opowiadał Syn. - I nigdy nie było między nimi najmniejszej sprzeczki. - Nigdy! - Wnuk-IV potrafi u niej siedzieć 5 godzin, więc raz go zapytałem, gdy wrócił A w co się bawiliście? - W rodzinę... - odpowiedział. - I kim ty byłeś w tej zabawie? - zapytałem. - Psem... - odparł zrezygnowany i pogodzony z losem. - A innym razem był bratem lub... siostrą, bo tak wymyśliła Przyjaciółka Wnuka-IV. - Czy muszę ci mówić, co by się działo w domu, gdybyśmy my lub któryś z braci podsunął mu pomysł na tak "idiotyczną zabawę"?! - Przy czym, gdy ona przychodzi do nas, to bawią się w to, co wymyśli i zaproponuje Wnuk-IV. - Żadnych zgrzytów.
Najpierw bezskutecznie kilka razy dzwoniłem do matki Przyjaciółki Wnuka-IV, by w końcu wysłać do niej smsa. A w nim przedstawiając się tylko z imienia i bezczelnie ją tykając prosiłem o kontakt zupełnie nie wyłuszczając powodu i kamuflując oraz utajemniczając swoją osobę ku ubawowi Synowej. Po jakimś czasie oddzwoniła.
- Nie wiem, czy pani wie, z kim rozmawia... - zacząłem cwaniacko chcąc trochę pociągnąć temat, gdy od razu usłyszałem jej niezrażony ani oburzony głos Z dziadkiem Wnuka-IV...
Cholera, a tak mogło być fajnie i tak mogłem rozwinąć skrzydła wygłupu.
Fajnie i dość długo sobie porozmawialiśmy. Wyjaśniłem jej przyczynę całego zamieszania, otrzymałem życzenia urodzinowe i zapewnienie, że córka jutro przyjdzie wieczorem sama (mamę zapraszałem również) Bo to przecież tylko dwa domy dalej, a potem, nie wiedzieć skąd, zeszło na filozofię życia w kontekście miejsca zamieszkania i naszych częstych z Żoną przeprowadzek.
Wieczór spędziliśmy przy kierkach w gronie - ja, Syn, Wnuk-I i IV. Wnuk-I był pierwszy, ja drugi, a Wnuk-IV trzeci. Syn w trakcie gry popisał się dwoma "genialnymi" zagrywkami. Jest bardzo dobrym brydżystą, więc wszystko, w każdym kolorze liczy. Stąd w pewnym momencie na pewniaka zawistował w oczywisty sposób dla pozostałych graczy bardzo niebezpiecznie, bo w króla pik, czyli w wysoką kartę, która prawie na pewno mogła zebrać co nieco ujemnych punktów.
- Obliczyłem - komentował dość pewnie - że wyszły już wszystkie piki za wyjątkiem asa, więc król jest niebiorący.
Za chwilę okazało się, że nie dość, że as pik zszedł w pierwszej lewie, to jeszcze Wnuk-IV na ręce miał dwie blotki pikowe, Wnuk-I i ja nie mogliśmy już dać do koloru, więc ja z przyjemnością pozbyłem się króla kier, który mógł u mnie "ważyć" -150 pkt (największa świnia w tej grze), a ważył tyle samo, ale już u Syna.
Druga wpadka też skutkowała zebraniem sporej liczby ujemnych punktów, ale nie była tak spektakularna, jak pierwsza. Cały stół za każdym razem miał ubaw przy rechocie pozostałej trójki.
Spać poszedłem do pokoju Wnuka-I i III o 22.00. Wnuk-III wtedy, gdy przyjeżdżam, korzysta i się zmywa kamuflując się w innych pokojach, a ja ostatnio spałem z Wnukiem-I. Tym razem było inaczej, bo nagle pojawił się Wnuk-III.
- A ty co? - zapytałem moszcząc się w łóżku.
- A bo wyszło, że ja dzisiaj śpię z dziadkiem... - szczerze odpowiedział tonem całkowicie załamanym i zrezygnowanym...
- A co ja ci przeszkadzam?! - zapytałem według mnie retorycznie. - Chcesz siedzieć przed komputerem, to sobie siedź, ile chcesz! - Ja i tak będę spał.
- Tak, tak... - odpowiedział jeszcze bardziej zrezygnowany.
Zaraz potem położył się do łóżka i zasnął, nie wiem, czy nie przede mną. Miałem mu jutro kłuć w oczy dydaktyczną informacją A widzisz, dzięki dziadkowi poprawiłeś higienę życia, snu, a to tylko dobrze dla twojego organizmu...?
W niedzielę, 07.12, wstałem o 08.00. Wnuk-III pojawił się na dole dopiero po moich dwóch sypankach, o 09.00, na wspólnym śniadaniu. Słowem nie nawiązałem do wczorajszego spalnego incydenciku. A bo niedziela i tak przyjemnie.
Przy śniadaniu udało się ustalić rodzaj i liczbę pizz nawet dość sprawnie, bez specjalnych kłótni. Wnuk-II zastrzegł tylko, że jego nie może być z pomidorami (pod każdą postacią traktuje je jako truciznę), Wnuk-III stosunkowo krótko marudził, że to skandal, że w ofercie nie ma takich dodatków, jak oliwki i ser feta. Z pozostałymi przyszłymi konsumentami poszło gładko i nawet uwzględniono jedną margheritę Bo przyjaciółka Wnuka-IV innej nie zje, a i tej co najwyżej dwa kawałki, bo jest niejadkiem. Wyszło 6 sztuk dużych pizz, z różnymi sosami, razem 250 zł.
Śniadaniowy pośpiech wynikał z tego, że dziadek już przed dwunastą wyjeżdżał w sprawach i trzeba było ułożyć drewno. Sprawa ta od dwóch dni mnie bawiła. Chociażby dlatego, że w domu jest pięciu chłopa, a do ułożenia były 4 kubiki. Sam taką ilość układam "co rusz", przeważnie w trzech godzinnych, półtoragodzinnych (półtorejgodzinnych - dziennikarze i politycy) transzach, żeby nie zajechać starczego organizmu, a samo układanie mam bardziej skomplikowane, bo sprzed Klubowni muszę taczką wieźć bierwiona na drugą stronę domu, przejeżdżać z ciężarem przez całą Klubownię, Bufor i Warsztat pokonując różne progi oraz wąskie i węższe przejścia, by drewno układać w drewutni.
A u Syna? Drewno jest zrzucane na podjeździe, a stamtąd do wiaty jest może z 12 m, praktycznie bez żadnych przeszkód.
Syn w przeddzień przyjazdu napisał:
- Tato, Ty masz na tyle sił żeby pomóc trochę drewno układać jutro w drewutni? (...) (wszędzie pis. oryg.)
Potem napomknął o ciuchach roboczych, żebym w razie czego wziął ze sobą, ale niekoniecznie, bo przy układaniu nie da się specjalnie ubrudzić i dodał:
- Jak nie, to rozumiem.
Tu wtręt a propos polskiego języka. Ponieważ ostatnio Syn wysyłał do mnie sporo smsów, więc w końcu poświęciłem mu mój bardzo długi, w którym zwracałem uwagę na stosowany często przez niego rusycyzm i podawałem przykłady, między innymi go cytując. Wszystko oczywiście przez W Swoim Świecie Żyjącą, która będąc swego czasu u nas, w Wakacyjnej Wsi, kilka dni żmudnie nade mną pracowała, jako studentka polonistyki. Bo ja tak samo, jak 90% polskiej populacji, czyli nagminnie, używałem w zdaniach złożonych podrzędnych rusycyzmu "jak" zamiast pięknych polskich słów "jeśli", "kiedy" i "gdy" pełniących, ogólnie rzecz biorąc, rolę spójników.
Syn na tę moją uwagę wtedy odpisał:
- Uwagi słuszne ale obawiam się, że jest to poza moja percepcją, więc wątpię, żebym o tym pamiętał. Gdy(!) będzie na głowie mniej problemów, może coś się zmieni. :) (pis. oryg.)
W tej samej korespondencji prosiłem go, żeby mi również zwracał uwagę na moje błędy.
Jak na razie, jego odpowiedź ma pokrycie, skoro napisał Jak(!) nie, to rozumiem. (wykrzyknik mój)
Odpisałem z przydługim wstępem (...) Czyli chętnie pomogę :)))
Na dwór, przy pięknej pogodzie, wylegliśmy w pięciu. "Na szczęście" Wnuk-II musiał zostać w domu, bo się podziębił. Piszę "na szczęście", bo kilka razy w trakcie śniadania podkreślałem problem, że przy pewnych pracach większa liczba osób jest zupełnie niewskazana, bo spowoduje przekroczenie optimum dla danej pracy, i tylko wszyscy będą sobie przeszkadzać. A wiadomo, jak to wpłynie na morale, jakość zarządzania i na efektywność.
Byłem bardzo ciekaw, jak to wszystko wypadnie w gronie pięciu chłopa, dodatkowo o bardzo bliskich, żeby nie powiedzieć najbliższych, bardzo specyficznych genach. Jednocześnie zaczynałem rozumieć Syna, dlaczego prosił mnie o pomoc. Stałem się wygodnym środkiem dydaktycznym, taką pomocą naukową, która miała błyszczeć przykładem, która z racji wieku i świadomości słowa "dziadek" miała oddziaływać na psychikę leszczy i wzbudzać w nich wstyd. To taki dziadek może układać, a wy nie?!...
Droga do mobilizacji synów dobra, jak każda inna. Nawet mi się spodobała.
Byłem ciekaw, a jednocześnie doskonale wiedziałem, co będzie i ani na jotę się nie omyliłem.
(Frazeologizm "ani na jotę" <znaczy: wcale, ani odrobiny> pochodzi od greckiej litery jota (ἰῶτα, iōta), która jest najmniejszą literą alfabetu greckiego i w hebrajskim (jud, י) odpowiada drobnej kresce, podkreślając absolutną drobność, niemożliwą do zredukowania, co zostało wzmocnione przez wypowiedź Jezusa w Ewangelii Mateusza <Mt 5,18>: "dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska").
Najpierw ze wszystkich ust, z wyłączeniem moich jako obserwatora, padały pomysły, jak należy układać, oczywiście niektóre nawzajem się znoszące. Raz tylko mądrze się odezwałem A może zaczęlibyśmy po prostu układać?!, ale to nie przeszło. Różnice w pomysłach natychmiast stawały się świetną pożywką do kłótni. Gdy (jak?!) w końcu ojciec spacyfikował synów, robota ruszyła, ale od razu koślawo. Bo każdy układał według własnego, najlepszego pomysłu, więc tylko należało patrzeć, kiedy (jak"?!) wybuchnie bomba.
- Ale ty tą swoją taczką przeszkadzasz innym w układaniu!... - odezwał się najstarszy brat do najmłodszego. A temu nie trzeba wiele.
- A ty nie rozumiesz i nie widzisz - najmłodszy się odciął, bo nie mógł nie zareagować na taką zniewagę i prowokację - że ja wożę taczką od razu sporo drewna, a więc zwiększam efektywność pracy?!
Już się dusiłem ze śmiechu.
- A ty nie rozumiesz i nie widzisz, że przeszkadzasz innym i co z tego, że twoja efektywność jest spora, skoro ona wpływa na ogólną i ta ogólna jest przez to mała?!
Logika starszego była oczywista, więc go nieopatrznie poparłem, zwłaszcza że rzeczywiście kilka razy o mały włos nie zabiłbym się o tę taczkę podstawianą przez Wnuka-IV w takich miejscach, za każdym razem innych, że nie sposób było przewidzieć przy obracaniu się, gdzie aktualnie może się znaleźć. A decydowały centymetry.
Wnuk-IV natychmiast zaczął wrzeszczeć, obraził się na wszystkich, trzasnął domowymi drzwiami i tyle go widzieli. Gdyby ojciec nie wkroczył, robota szłaby dalej w podobnym tempie, ale wkroczył. I zwrócił uwagę Wnukowi-I Tyle razy ci mówiłem, żebyś mu nie zwracał uwagi, a przede wszystkim, żebyś nie szefował. Sprzeczka trwała krótko, Wnuk-I się obraził, trzasnął domowymi drzwiami i tyle go widzieli.
- A ty musiałeś się odezwać?! - za chwilę dostałem rykoszetem od Syna.
Nie obraziłem się na wszystkich, nie trzasnąłem domowymi drzwiami i tyle mnie nie widzieli. Spokojnie układałem dalej.
Na placu boju zostało nas trzech. Po 10 minutach nieobecności obaj obrażeni jednocześnie pojawili się na polu walki. Może zadziała kłująca dydaktyka w oczy, że oto dziadek... A może sobie co nieco wyjaśnili i się dogadali?... A może zadziałała matka?...
Ciekawe, że po tym wszystkim robota szła jak w zegarku. Nagle kulminacja przeszła, padały tylko pojedyncze słowa nie prowokujące do obrażania się, wszystko stało się płynne i nikt nikomu nie przeszkadzał. Nagle został załapany system, jak należy układać w takim pięcioosobowym zespole, w którym pojedyncze jednostki charakterologicznie niewiele się od siebie różniły, żeby nie powiedzieć wcale. A jeśli nawet, to wynikało to wyraźnie z różnic wieku. Kupa drewna niknęła w oczach, żeby po drugiej stronie radować ułożeniem i uporządkowaniem, czyli wymiernym efektem. A takie coś jest budujące, dające bezmiar pierwotnej satysfakcji - jest praca, jest natychmiastowy efekt.
Było widać, że temu wrażeniu poddała się cała piątka bez względu na...
Pracowaliśmy godzinę, a może nawet mniej. Brutto, bo trzeba odliczyć tarę - ustalanie, kłótnie i obrażanie się.
Mogłem spokojnie wybierać się do Teściowej na coroczne rozliczanie wynajmu mieszkania.
Jeszcze w Uzdrowisku ustaliłem z właścicielem, że ponieważ mieszka w sąsiedniej wiosce względem Sypialni Dzieci, to mnie do Teściowej zabierze, a po wszystkim odwiezie z powrotem. Niesamowita oszczędność czasu.
Od rana chciałem Teściową uprzedzić, że o umówionej godzinie pojawimy się od razu we dwójkę, żeby się tego faktu spodziewała, bo jakoś tak głupio mi było zaskakiwać ją sytuacją, która miała się zdarzyć w historii corocznych rozliczeń po raz pierwszy. Na telefony i smsy nie reagowała, a to mnie najpierw irytowało, a potem zaczęło niepokoić. Teściowa 2. maja przyszłego roku kończy 85 lat, więc czy można było mi się dziwić?
- A bo w nocy telefon wyłączyłam i zapomniałem włączyć... - wyjaśniła na "dzień dobry".
Zachowałem się dojrzale, czyli nie na zasadzie przyganiał kocioł garnkowi, i nie komentowałem. A bo to mało razy mnie się zdarzało, chociaż raptem mam 75 lat? Do dziś pamiętam stan Żony, gdy Inteligentnym Autem wybrałem się do Rodzinnego Miasta na klasowe spotkanie i gdy nie odbierałem od niej telefonu, bo zapomniałem, że jest wyłączony. A po przyjeździe, gdy o tym fakcie miałem natychmiast Żonę poinformować, był taki powitalny rejwach, że na śmierć zapomniałem.
Teściowa zaserwowała mi kawę, właścicielowi herbatę i podała nam trzy kawałki sernika. Trochę niedyplomatycznie.
- To pan dostanie jeden, a ja dwa!... - rozciąłem węzeł gordyjski.
Nie protestował.
Nie po to na ten temat korespondowałem wcześniej z Teściową namawiając ją, żeby na mój przyjazd sernik upiekła i nie po to z trudem uzyskałem od niej "zapewnienie" Zobaczymy. Poza tym na tym grudkowym, jako pokolenie niżej, przyzwyczajone do różnych udogodnień, w tym do homogenizacji sera, właściciel nie mógł się poznać. Byłoby szkoda, takie perły przed wieprze.
Z obliczeniami i z ustaleniami na nowy rok uwinęliśmy się w godzinę.
U Wnuków byłem z powrotem przed 14.00.
Syn zrobił mi sporą frajdę. W gabinecie przygotował mi telewizyjne stanowisko i kazał mi tylko kliknąć, abym mógł obejrzeć wywiad z nim i z jego trzema kolegami, jakiego udzielili w lokalnej telewizji internetowej. A rzecz dotyczyła wielu aspektów sportu strzeleckiego i podchodów stowarzyszenia, które założyli, aby z władzami gminy zbudować na jej terenie strzelnicę. Muszę powiedzieć, że Syn z całej czwórki wypadł najlepiej. Obiektywnie😉. Mimo widocznego przeze mnie zdenerwowania opowiadał najciekawiej, ze swadą, poczuciem humoru i inteligentnie.
Dodatkowo Syn pouczył mnie, jak później skorzystać z onanu sportowego. Miałem więc przy Pilsnerze Urquellu niesamowitą radochę.
Sam zaś wyjechał z wnukami, żeby odwieźć ich na 15.00 na skautową uroczystość.
Gdy wrócił, zagraliśmy w kierki - ja, on, Wnuk-I i... Synowa! Po raz pierwszy dała się namówić. Rzutem na taśmę wygrałem z Wnukiem-I, Synowa była trzecia, a Syn... Ciąży na nim jakaś klątwa.
Gdy Syn ponownie wyjechał, tym razem odebrać chłopaków, wróciłem do onanu sportowego, bo w sprzęcie, za przeproszeniem, byłem już obcykany. Nie trwało to jednak długo, bo o 18.25 przyjechały pizze. Synowa włożyła je do piekarnika, żeby nie wystygły.
Niedługo potem wróciła cała czwórka i można powiedzieć, że główna uroczystość urodzinowa się zaczęła. Przy "100 lat" i życzeniach na stół wjechała ciężka paczka, taki zgrabny zielony sześcian. Moje sprawne i czułe palce z góry, przez papier wyczuły swojskie kształty szyjek butelek. Nie mogło to być nic innego, jak tylko Pilsner Urquell. Zachęcony, żeby nie bawić się z opakowaniem, tylko brutalnie je zerwać, gwałtem to zrobiłem i oczom moim ukazało się 20 pięknych butelek. Ale to nie był koniec niespodzianki. Spodziewałem się, że mieszczą się one w skrzynce, ale takiej kartonowej, wzmocnionej, w takim opakowaniu ostatnio przez producentów preferowanym. A tu zobaczyłem po raz pierwszy w życiu, naprawdę, oryginalną, piękną pilsnerowską skrzynkę. Taką eksportową.
Młodszym wyjaśniam znaczenie w tym opisie słowa "eksportowa". Za PRL-u słowo to lub "na eksport" było synonimem najwyższej jakości towaru, który nigdy nie oglądał rynku wewnętrznego. Czasami zdarzały się jednak wyjątki w postaci "odrzutu z eksportu". Wtedy o taki towar zabijali się wszyscy, bo było wiadomo, że Zachód przegina i czepia się drobiazgów. Żeby lepiej zrozumieć reakcję Zachodu posłużę się przykładem chociażby takiej skrzynki. Odrzut mógł nastąpić, bo była na niej jakaś rysa albo, na przykład, wyszczerbiony jakiś narożnik. Wiadomo, że była to gruba przesada, skrzynka przecież nadal była sprawna i użyteczna i na wewnętrznym rynku miała natychmiastowe wzięcie. Bo to logo chociażby, nigdy niedostępne...
Ale i teraz, w głębokim kapitalizmie, są problemy z dostępnością do różnych towarów.
- Tato, nawet nie masz pojęcia, jak trudno było ją dostać... - Syn w emocjach mi relacjonował. - W jednym z Carrefourów dopadłem jedną, bo więcej nie mieli. - Ale była mocno sfatygowana. - Przekopałem Internet i nic. - Dopiero jakimś cudem znalazłem faceta, który na składzie miał takie trzy i jedną mi odsprzedał.
W tej sytuacji musiałem zrobić show. Złapałem skrzynkę oburącz i stanąłem naprzeciw Wnuków.
- Przyjrzyjcie się uważnie! - Chciałbym, żebyście dziadka zapamiętali takim, jak w tej chwili i tak go wspominali kiedyś, gdy już go nie będzie!
Miny mieli takie sobie, a na twarzach najmłodszych dostrzegłem chyba niezrozumienie.
Za chwilę Wnuk-I, ten, który jako jedyny nie złożył mi życzeń w dniu urodzin, czego mu nie wymawiam i dawno wybaczyłem, wręczył mi z życzeniami prezent - ciepłe, porządne kapcie, takie na stare lata. Uśmialiśmy się wszyscy.
Na koniec ustaliliśmy, że skrzynka z zawartością będzie czekać w Sypialni Dzieci do czasu, aż nie przyjadę autem. Co prawda Syn wklepał od razu w komputerze stosowne pytanie i AI poinformowała nas, że owszem, siedemdziesięciopięcioletni mężczyzna może taki pakunek zabrać do pociągu pod warunkiem dobrej kondycji. Tu przez chwilę się rozwodziła, co by to miało znaczyć, po czym przeszła do konkretów. Skrzynka taka wagowo nie mogłaby przekraczać 30 kg, bodajże, i byłaby traktowana jako bagaż podręczny. Bardzo mi się to określenie spodobało. AI stawiała jednak warunki. Otóż żadna z butelek nie mogła być otwarta nie mówiąc o spożywaniu piwa w podróży pociągiem. Według niej, gdybym złamał ten przepis, groził mi mandat w wysokości 500. zł.
Oczywiście w trakcie przesiadki w Metropolii z peronu na peron podołałbym wyzwaniu, ale już w Uzdrowisku nie. Dojście z dworca do domu normalnie zajmuje mi 20 minut, a z takim ciężarem?...
Mógłbym oczywiście za odpowiednim kieszonkowym poprosić o pomoc dwóch młodych szkolnych byczków z całej grupy, która jak zwykle o tej porze w City miała wsiąść po zajęciach do pociągu, ale byłoby to mocno niewychowawcze.
Na to całe zamieszanie przyszła Przyjaciółka Wnuka-IV. Jeszcze nie zdążyła się odezwać, a już mnie kupiła, a potem było tylko "gorzej", bo mnie zauroczyła. Cholera! Włosy, dość długie, miała związane gładko i spięte z tyłu w koński ogon, na nosie spore okulary, dziób był przyozdobiony takimi dwoma górnymi siekaczami, bez zbytniej przesady, ale jednak, co, o dziwo, dodawało jej uroku, no i w oczach ten błysk.
Bez żadnego skrępowania złożyła mi życzenia Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!, czyli punktowała dalej.
- A wiesz, kim jestem?
- No, tak! - Dziadkiem Wnuka-IV... - odpowiedziała z uśmiechem wcale nie przewracając oczami w reakcji na tak głupie pytanie.
- Żeby tak jej zostało przez kolejnych kilka lat... - pomyślałem.
- No, ale przecież jestem dziadkiem nie tylko Wnuka-IV, ale również Wnuka-I, II i III. - zareagowałem.
- No, tak... -
Wszyscy się uśmiali.
Mogliśmy zasiąść do stołu. Było tak, jak sobie wymyśliłem. Ogólne sympatyczne zamieszanie, gwar, śmiechy, przekrzykiwanie się i smakowanie. Przyjaciółka Wnuka-IV rzeczywiście zjadła tylko dwa kawałki margherity. Na zupełnym luzie brała udział w towarzyskim życiu, co było zrozumiałe biorąc pod uwagę jej charakter, jak i fakt, że przecież w Sypialni Dzieci czuła się, jak u siebie w domu.
Bez stresu zareagowała na moje pytanie A jaka jesteś z matematyki? Chwilę się zastanowiła nad odpowiedzią. Zresztą robiła to za każdym razem, w taki przemyślany sposób, co bardzo mi się podobało.
- No, taka średnia...
- A to nie będę męczył cię pytaniami...
- Nie, proszę spróbować... - była ciekawa.
- To ile to jest 2+2x2?
Wszystkie chłopaki, bez wyjątku załamani, albo pospuszczali głowy, albo przewracali oczami, albo wzdychali.
- Sześć. - odpowiedziała po chwili.
- Brawo! - ucieszyłem się, jak głupi, jakby mi kto w kieszeń napluł.
- Bo trzeba pamiętać, że najpierw jest mnożenie i dzielenie... - uważała za stosowne wyjaśnić.
- To znaczy - uzupełniłem - ważna jest kolejność działań, a gdy są równorzędne, to trzeba liczyć po kolei.
- No tak... - potwierdziła po krótkim namyśle.
Gdy bractwo się najadło, dałem się namówić na nową grę, ale uczciwie sam przed sobą się przyznając, tylko dlatego, że miała grać Przyjaciółka Wnuka-IV. Bo na słowa "nowa gra" mam alergię, a jeszcze większą na Ale, dziadek, to jest proste i fajne!
Chciałem ją jeszcze trochę poobserwować i z nią poprzebywać. Poza tym Wnuk-IV miał grać z nią w parze, więc okazji do obserwacji i do duszenia się powinno było być co niemiara. I się nie zawiodłem.
Graliśmy w Tajniaków, ja w parze z Wnukiem-III. Grę, o dziwo, złapałem w lot, a jeśli czegoś nie łapałem, to cała trójka tłumaczyła mi bez przewracania oczami. Oczywiście najbardziej wolałem momenty, gdy tłumaczyła mi Przyjaciółka Wnuka-IV. Dość często wtrącałem się do ich systemu rozgrywania z pytaniami, byleby tylko słuchać jej tłumaczeń. Ale najlepiej było obserwować relacje między Wnukiem-IV a jego Przyjaciółką. Pełne empatii i zrozumienia, gdy któreś z nich popełniło błąd, wyjaśniania sobie nawzajem, bez cienia irytacji, serdecznej ciekawości Ciekawe, jak teraz zagrasz? albo Ciekawe, jak na to odpowiesz? I niekłamanego podziwu, artykułowanego, gdy druga strona spisała się na medal.
Przegraliśmy. Wnuk-III w którymś momencie popełnił błąd, do którego się przyznał, i to, być może, zadecydowało.
Wnuk-IV miał odprowadzić Przyjaciółkę do domu.
- A mogę ja też ciebie odprowadzić? - wtrąciłem się. Na szczęście to nie był ten wiek, kiedy to taki krok byłby oznaką kompletnego niewyczucia sytuacji, takim dużym faux pas, takim wtrącaniem się między wódkę a zakąskę.
- Oczywiście... - odparła naturalnie, w sposób dorosły.
W przedpokoju miałem krótką scysję w Wnukiem-IV.
- Jak myślisz, że wyjdziesz taki "goły" na dwór, to się grubo mylisz.
- Ale dziadek, jest ciepło!
- Jest zimno i ubierz kurtkę.
- Ale dziadek, to tylko dwa domy dalej!...
- Nie ma mowy! - Nie chcę cię mieć na sumieniu, gdybyś się przeziębił!
- Ale...
- Spójrz na nią!... - przerwałem mu brutalnie wytaczając ciężkie działa. - Jaką ma puchową kurtkę na sobie. - Tak nigdzie nie pójdziesz, nie ma mowy.
I zabarykadowałem sobą drzwi, bo Wnuk-IV pchał się do wyjścia.
- Może dlatego... - Przyjaciółka starała się wyjaśnić postępowanie Wnuka-IV - ...że ja jestem dziewczyną...
To mogło wiele znaczyć. I chyba znaczyło.
W końcu wyszliśmy. Wnuk-IV w kurtce.
- A mama jest w domu? - zapytałem w drodze.
- Nie, poszła do kościoła, ale jest tato i brat.
Zadzwoniliśmy. W drzwiach domu pojawił się ojciec. Sam był dobrze oświetlony, my zaś staliśmy przy furtce, w cieniu, więc nie mógł dokładnie zobaczyć postaci. Nie zamierzał podchodzić, skoro był ewidentnie przekonany, że ja to jego sąsiad, czyli Syn.
- Odstawiamy córkę do domu! - krzyknąłem.
- Ale ja nie mam córki! - To jakaś pomyłka! - nie poznał mnie po głosie.
Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem go w sklepie, gdy po drodze z Synem kupowałem Pilsnery Urquelle i czerwone wytrawne do pizz. Prawnik i jajcarz. Syn się bardzo zdziwił przy przedstawianiu, że go widzę pierwszy raz, skoro tyle i wiele razy o nim i o jego rodzinie rozmawialiśmy.
Wypuszczony pies oczywiście cieszył się, popiskiwał i skakał nie mogąc się doczekać najmłodszej domowniczki.
- To przerzućcie ją przez mur! - usłyszeliśmy.
Dziewczyna nic sobie nie robiła z tekstu ojca. Wyraźnie przyzwyczajona. Nie czekając sama w tej puchatej kurtce wdrapała się na metrowy mur, nogi przerzuciła na drugą stronę i zgrabnie zeskoczyła. Po czym pożegnała się i poszła do domu. Normalnie bułka z masłem. Zaimponowała mi, bo dodatkowo okazało się, że nie jest taką lalunią i wymuskaną dziumdzią. Świetna dziewczyna...
Spać położyłem się o 23.00. Wnuk-III już nie kwękał, tylko bez szemrania położył się spać zaraz po mnie.
W poniedziałek, 08.12, wstałem o 08.00. Chwilę przed tym do pokoju wszedł po różne rzeczy Wnuk-I, bo przecież jechał na zajęcia. Ale dobrze wypadło, bo mogliśmy się pożegnać.
Na dole spokojnie spędziłem czas przy dwóch sypankach.
Niedługo potem przyszedł Wnuk-IV i Syn. Grałem z leszczem w różne odmiany szachów (antyszachy, atomowe, wyścig króli). I we wszystkich sromotnie przegrałem. Tak nas to wciągnęło, że ledwo zdążyłem byle jak zjeść śniadanie i zaraz po tym Syn odwoził mnie z Wnukiem-III na dworzec.
- A masz bilet? - zapytałem go nie bez kozery, bo do ostatniej chwili, zupełnie niespakowany, siedział na górze przed komputerem, chociaż znał godzinę odjazdu sprzed domu.
Jak gwałtownie wpadł do auta, rozwichrzony, niedopięty i niezasznurowany, tak gwałtownie po moim pytaniu z niego wypadł i pognał z powrotem do domu.
- Ty! - zagadałem do Syna. - On chyba pognał do matki, żeby ta szybko wydrukowała mu bilet.
Syn się nie odezwał.
Wnuk-III jak wypadł, tak szybko z powrotem wpadł do auta. Nadal rozwichrzony, niedopięty i niezasznurowany. Wyraźnie matka powiedziała mu, żeby spadał.
Jechaliśmy w wielce znaczącej ciszy. Przerwał ją Wnuk-III, jakieś 100 m przed dworcem, czyli po siedmiu minutach jazdy.
- Tata, a masz może jakąś gotówkę?
- Nie mam... - Syn odpowiedział spokojnie, a potem zdecydowanie mniej spokojnie wyłuszczył Wnukowi-III, co o nim myśli.
- Ja mam i ci dam! - uciąłem niepedagogicznie, ale od czego są dziadkowie?
- A dlaczego, gdy jeszcze byliśmy przed domem, nie zapytałeś tatę o pieniądze? - dociekałem już na peronie, gdy sami czekaliśmy na pociąg.
- A bo to była moja taktyka... - Nie wiedziałem, czy tata ma przy sobie gotówkę, czy nie, ale gdyby miał, to i tak by mi nie dał. - Zapytałem w ostatniej chwili, żeby wysłuchiwać tylko kilka sekund, a nie przez całą drogę. - A spróbować musiałem...
- Masz tu dwie dychy, a resztę zostaw sobie.
Podziękował wyraźnie zadowolony, bo wyszedł więcej, niż na swoje.
- Ten leszcz nie ma biletu - wskazałem Wnuka-III pani konduktorce, gdy otworzyły się drzwi wagonu, i zgłaszam ten fakt za niego, bo chce go kupić.
Wnuk-III tylko przewrócił oczami, W tej obciachowej sytuacji nie mógł jednak powiedzieć No, dziaaadeeek!
Krótka podróż do Metropolii przebiegła bardzo sympatycznie. Wnuk-III się rozgadał, a o to u niego nietrudno, i zrelacjonował mi całą wczorajszą skautową uroczystość.
W Metropolii się rozstaliśmy. On poszedł na rehabilitację, a ja na mój peron.
Podróż przebiegła bez żadnych zakłóceń oprócz spóźnienia, które już opisałem.
Z Żoną i z Pieskiem spotkaliśmy się w połowie drogi. Piesek na widok Pana zgłupiał, co mu się zdarza zawsze, gdy pan znika na dłuższy czas, i nagle w dziwny sposób się pojawia. Ale taki stan konsternacji u Pieska trwa krótko. Bo nad czym tu się pochylać skoro Aha, pan jest, więc przejdźmy do innych spraw. Ale ogonkiem chwilę pomachał i z paszczy dało się wyczytać, że się ucieszył.
W domu Żonie zdałem szczegółową relację z pobytu, a potem pisałem.
ŚRODA (10.12)
No i dzisiaj wstałem o 05.40.
Ostatnio jakoś nie mogę dobić do tej zaplanowanej 06.00.
Chyba przez to byłem rano trochę bardziej nieprzytomny niż zwykle. Ale ze wszystkim dałem radę. Nawet odważyłem się pisać.
Żeby się jednak rozruszać, zorganizowałem sobie zestaw fizycznych prac. Opróżniłem zmywarkę i zacząłem ją na nowo napełniać, nastawiłem pranie ręczników i je rozwiesiłem, a przede wszystkim popracowałem nad wszystkimi frakcjami drewna. W pewnym sensie zdało się to psu na budę w kontekście senności, bo zaraz po I Posiłku dopadła mnie ze zdwojoną mocą. Musiałem na godzinę zniknąć na górze.
Trochę się zregenerowałem, więc korzystając z pięknej pogody poszliśmy we troje na spacer do Zdroju. Tym razem ze względu na Pieska zrobiliśmy zdecydowanie krótszą trasę, bo wyraźnie bolały go łapy. Stąd nie przeszliśmy obok, co bardzo często robimy, najpiękniejszego domu w Uzdrowisku. Nie dość, że jest on położony w samym jego sercu, nie dość, że w samym sercu Zdroju (nawiasem mówiąc tuż obok Serca Zdroju, w którym odbywał się zjazd), to jeszcze w centrum zdrojowego parku. Chodzimy tamtędy i podziwiamy. Wyraźnie stary, zabytkowy, ale tak zmieniony pod nadzorem konserwatora, że jeśli wiek budynku czuć, to tylko po jego kształcie, prostocie i po okiennych otworach, bo same okna, drzwi, elewacja, dwuspadowy dach, garaż są oczywiście nowe. Do obu ścian szczytowych przylegają, jakby doklejone, szklane oranżerie, które chyba nie pełnią tej funkcji, tylko poszerzają wewnętrzną część mieszkalną. Zestaw ten jest niezwykle oryginalny, a jego elementy (emelenty), wydawałoby się takie od Sasa do Lasa, świetnie ze sobą konweniują.
Wszystko w kolorystyce wyważonej, nic krzykliwego, żadnych ozdóbek, kolumienek, wieżyczek. Można byłoby nawet użyć określenia "surowość". Posesja i ogrodzenie w podobnym dopasowanym stylu. Taka rezydencja wysokich lotów. I nic swojskiego. Przy czym wcale nie mam tutaj na myśli swojskiej siermiężności.
- Wiesz, że ten elegancki dom został wystawiony na sprzedaż? - Żona przekazała mi tę wieść chwilę przed wyjściem na spacer wiedząc, jak mocno mnie to zainteresuje. - Zgadnij, za ile?
- Sześć baniek! - strzeliłem według mnie wcale nie tak głupio.
- Chcesz od razu wiedzieć, czy zgadywać?
Zawsze wolę zgadywać lub się domyślać. Strzelałem co dwa miliony do góry słysząc "więcej". Gdy doszedłem do dwunastu, Żona się zlitowała.
- Trzynaście...
Na spacerze cały czas o tym dyskutowaliśmy odbijając się ciągle od pytań "Kim musi być ten ktoś, kto to kupi i po co, bo przecież nie na wynajem?" Powstawały i inne, ale wszystkie stwarzały mur, którego nie była w stanie przebić nasza wyobraźnia. Jakbyśmy próbowali dotknąć innego świata, dla nas kompletnie surrealistycznego.
Dom został wystawiony na sprzedaż przez biuro nieruchomości, którego szefem jest Laparoskopowy. Ostatnio spotkaliśmy się z nim i z jego żoną w City.
- Może mamy jedyną okazję, aby takie coś obejrzeć od wewnątrz. - zacząłem. - Laparoskopowy mógłby przy okazji pobytu w Uzdrowisku nam je, ot tak, po znajomości pokazać, jako ciekawostkę.
- Mógłbym zadzwonić do niego i zapytać, jak jakiś oszołom, ale od razu wyjaśniłbym, o co chodzi i oczywiście natychmiast dodałbym, że zrozumiemy, jeśli odmówi.
Ale po powrocie do domu zupełnie mi przeszło. Żona pokazała zdjęcia z ogłoszenia i to mi wystarczyło. Wnętrza były takie projektancko zaaranżowane, jak z katalogu, jakby niezamieszkane, zimne. A to już widziałem u sąsiadów Syna, oczywiście w skali dziesięciokrotnie mniejszej. Wiedziałem jednak, jak wygląda taki wymuskany dom, w którym zwykła solniczka, czy pieprzniczka nie miała racji bytu na kuchennym blacie. Wszystko musiało być pozamykane w szafkach. Tylko, że tam byli jednak gospodarze, a mniejsze przestrzenie siłą rzeczy względem tego uzdrowiskowego cacka tak nie straszyły.
W końcu znalazłem sam sobie odpowiedź, chyba dość prostacką, która dawała gwarancję, że coś z tego rozumiem. Otóż potencjalny kupujący musiał mieć niewyobrażalną kasę, nie wiedział, co z nią robić i był snobem. W tym "rozumieniu" na koniec potrafiłem jednak
Postawić sobie pytanie
I stać mnie było na nie:
- A kim ty byłbyś, kim byś się stał, gdybyś dysponował miliardami?...
Dzisiaj sporo pisałem. W różnych interwałach czasowych, w różnych "przed" i "po".
Wieczorem obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R.
No i dzisiaj wstałem o 05.45.
Czyżby był mały postępik?...
Po porannym rozruchu od razu pisałem. Aż do I Posiłku i po nim.
Wczesnym popołudniem dla relaksu wybraliśmy się we troje na krótki spacer. Dość szybko się rozstaliśmy, bo ostatnio Piesek nie lubi długo chodzić. Chyba dokuczają mu stawy. Żona wracała z nim do domu, a ja poszedłem do Biedry na drobne zakupy i po odbiór paczek.
Ledwo się ogarnąłem Kłódka Miłości przywiózł mi 4 kubiki buka. Miałem oczywiste deja vu. Generalnie jestem zadowolony z jego usług, jako dostawcy, ale tym razem byłem szczególnie. Buk, na moją prośbę, był porąbany na mniejsze kłody (kłódki, nomen omen) niż poprzednio, co ma znaczenie szczególnie przy rozpalaniu. A poza tym po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć miernik wilgotności i jego działanie. Urządzenie wielkości mojego dalmierza z dwoma wystającymi metalowymi szpicami wbił w jedną z kłódek 😁 i czekaliśmy, aż pokaże zawartość wilgoci. Pomiar zatrzymał się na 22.%. Super, skoro jeszcze przez co najmniej miesiąc palić tym drewnem nie będę.
W bardzo dobrym nastroju znowu pisałem. Dobrym, bo świadomość, że na posesji przed Klubownią leży taki spory zapas bezpieczeństwa cieplnego, dobrze mi robiła. Zwłaszcza zimą. Żona się śmiała i rozumiała. Zawsze w takich razach przypominam jej, oczywiście zupełnie niepotrzebnie, podobny stan, gdy nosiła soczewki kontaktowe. Czuła się bezpiecznie, gdy w domu stały co najmniej dwa pojemniki płynu do soczewek. Zapas "tylko" jednego nie robił jej dobrze.
Rozbrat z drewnem nie jest tak prosty, jak z soczewkami, no chyba że zrezygnujemy kiedyś w przyszłości z tego systemu ogrzewania, a to z powodu braku możliwości technicznych, a to z braku sił lub wreszcie z lenistwa. To ostatnie jest jednak nieprawdopodobne.
Po II Posiłku dalej pisałem aż do pójścia na górę.
Znowu obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki serialu Słowo na R.
PIĄTEK (12.12)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Na alarm.
Po porannym rozruchu od razu pisałem. Świadomość, że jutro we troje jedziemy na jedną noc do Krajowego Grona Szyderców, mnie dopingowała. Poza tym te 4 kubiki...
O 04.45 napisał Po Morzach Pływający. Pozdrawiał z włóczęgi po Polsce. Zdziwiłem się, bo jedna z trzech wymienionych miejscowości, była tą rodzinną, więc zrozumiałe, ale reszta?
- Reszta to sprawy zawodowe. - odpisał.
Nadal się dziwiłem, bo druga z wymienionych była potężnym portem, ale już trzecia ewidentnie miastem śródlądowym, które z Żoną znamy i lubimy, ale którego nigdy byśmy nie podejrzewali o związki z morzem. Chyba że poszedłem drogą na skróty, sam sobie zasugerowałem i pomyślałem szablonowo. Bo może w tej trzeciej Po Morzach Pływający miał do załatwienia nie sprawy morskie, ale ziemskie, nomen omen.
Nie dopytywałem widząc lakoniczność jedynej odpowiedzi.
Jeszcze przed I Posiłkiem zabrałem się za układanie drewna. Logistyka w obszarze czynności wstępnych była prosta jako taka, dodatkowo uproszczona przez fakt, że w Tajemniczym Domu robiłem to wiele razy, a co najważniejsze, wszelkie ustalenia przebiegały na linii ja-ja. Jaka oszczędność energii i czasu pomijając fakt, że lubię cokolwiek ustalać sam ze sobą.
Do sprawy podchodziłem metodycznie, bo dobre przygotowanie nawet w przydługim czasie nie skutkuje jego zmarnowaniem, tylko potem, tu przy właściwym układaniu, skutkuje zwiększeniem efektywności, że zacytuję dwunastoletniego Wnuka-IV.
Najpierw odwaliłem bele sprzed drzwi Klubowni, żeby można było je otworzyć i od wewnątrz dostać się do kupy drewna. Potem otworzyłem cztery pary drzwi, ponadnormatywnie, maksymalnie, jak się tylko dało, na oścież, żeby jeżdżąc ciężką taczką jej szpicami nie uderzać w ich drewnianą konstrukcję, a co ważniejsze, żeby w czasie jazdy i manewrowania nie obcierać sobie knykci (knykieć to staw palca). Następnie kompresorem dopompowałem na maksa koło taczki. Doświadczenie mi mówiło, że przy takim twardym kole zdecydowanie zmniejszają się opory, nie trzeba pokonywać zbyt dużych sił tarcia, oszczędza się je na właściwe układanie, czyli zwiększa się efektywność (patrz Wnuk-IV).
Na końcu wreszcie usunąłem resztki belek, tych najbardziej suchych, kupionych na początku roku, żeby zrobić miejsce na nowe. Prawo cyklu i kolistego toczenia się czasu.
Mogłem z satysfakcją zjeść I Posiłek. Żona zrobiła pyszne sadzone na boczku, a ja sobie dorobiłem sałatkę z... pomidorów. Ostatni raz. Kilka pomidorowych pokurczy, takich mamucich wypierdków, zalałem wrzątkiem, żeby pozbyć się skórki i pokroiłem. Wyszło śmiesznie mało.
Ich oczywisty nieciekawy smak zabiłem solą, świeżo zmielonym pieprzem, oliwą z oliwek, octem balsamicznym oraz wyciśniętym czosnkiem i pokrojoną świeżo cebulą. Smakowało. Żona patrzyła na te pokurcze bardzo krytycznie i miała rację, bo kolorem oraz kształtem oczywiście przypominały pomidory, ale co mogło być z ich smakiem, kiedy długo i żmudnie dojrzewały na parapecie bez drobiny słońca?...
Tedy następne pomidory pomidory(!) będą za 6-7 miesięcy.
Po I Posiłku relaksacyjnie ułożyłem 10 taczek drewna, około 1/3 całej kupy. Tyle i aż tyle, żeby nie przeforsować organizmu. Nie żebym się nad nim trząsł, ale rozwaga w tym wieku jest wskazana.
Po czym pojechałem w Uzdrowisko w sprawach. Zatankowałem paliwo, odebrałem kolejną paczkę, oddałem w bibliotece jedną książkę i przede wszystkim wymieniłem opony na zimowe. Jutrzejszy wyjazd do Metropolii mnie zmobilizował.
Po powrocie pisałem. Również po II Posiłku.
Jutrzejsze plany wyjazdowe były takie, że należało wykorzystać fakt jazdy Inteligentnym Autem. Stąd najpierw wymyśliliśmy prezent dla Synowej i Syna, taki a la "pod choinkę", mieliśmy do ich podjechać, wręczyć i zabrać skrzynkę z Pilsnerem Urquellem (nie "skrzynkę Pilsnera Urquella" - drobna różnica podkreślająca oddzielny istotny byt, czyli skrzynkę), po czym udać się do Krajowego Grona Szyderców.
Plan spalił na panewce. Zadzwoniłem do Synowej chcąc ją uprzedzić o naszym manewrze. Nie miała nic przeciwko Tato, ktoś powinien być w domu, ale jej kolejne informacje zdrowo nas spłoszyły i musieliśmy przyjazd odwołać. Ostatniej nocy praktycznie nie spała, bo Wnuk-III miał nawet 39,5 I ciągle ma 39, temperatura nie chce spaść, a na dodatek Syn i Wnuk-II też zaczęli się czuć nieciekawie.
Nie mogliśmy się pchać do takiej paszczy i to jeszcze przed Świętami.
A skąd prezent "a la pod choinkę"? Otóż Dzieci, znaczy się Synowa i Syn, chyba zrobiły pierwszy kroczek, nie wiem, czy w działaniu, ale w myśleniu na pewno, a to już coś, w kierunku zmiany sposobu odżywiania się. Tu by można napisać Lepiej późno niż wcale, co w przypadku ich młodego wieku nawet nie jest tak specjalnie za późno i Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale trend może być oczywisty. Stąd trzeba ich wspierać, delikatnie, żeby nie zrazić i nie naciskać, bo skutek może być odwrotny. Gdyby pojawiły się pierwsze pozytywy, lawina sama ruszy.
Postanowiliśmy im wręczyć dużą stalową patelnię, żeby na niej przygotowywać zdrowe i pyszne potrawy. Bo te robione na teflonowych z wydrapaną powłoką strach było jeść. Fakt, że dawno u Dzieci ich nie widziałem i może się ich ostatecznie pozbyli zastępując stalowymi, ale przecież przy tak licznej rodzinie i Te dwa miecze przyjmiemy...
Wieczorem obejrzeliśmy tylko jeden odcinek serialu Słowo na R.
SOBOTA (13.12) - 44 lata temu wprowadzono w Polsce stan wojenny. Wszystko pamiętam.
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
Po porannym rozruchu pisałem.
Po czym szykowaliśmy się do wyjazdu - pakowanie się (bardziej skomplikowane, bo Piesek), I Posiłek i odgruzowanie się na 45%.
Wyjechaliśmy o 11.17 z "lekkim" opóźnieniem względem planowanej 10.30. Na miejscu byliśmy o 13.00. Jechaliśmy przydługo, zwłaszcza już w samej Metropolii, bo od razu natknęliśmy się na przedświąteczne korki, a poza tym "szukaliśmy" nowego miejsca, w którym zamieszkało Krajowe Grono Szyderców. Znalezienie właściwego numeru klatki schodowej na całym osiedlu nie jest prostą sprawą, bo to nie ulica z numerami nieparzystymi po jednej stronie, a parzystymi po drugiej. A poza tym szukanie miejsca parkingowego... Wszystko razem było klasyczne, metropolialne - dużo domów i dużo aut. Poprzednie miejsce zamieszkania było, jak na warunki Metropolii, niezwykle kameralne i ciche. No i swojskie, oczywiście. A teraz obcość wyłaziła zewsząd.
Została jednak natychmiast złagodzona w najlepszy z możliwych sposobów, bo niespodziewanie pojawiły się Robaczki i Pasierbica.
- A bo was widzieliśmy z okna, gdy parkowaliście... - mówili jedno przez drugie.
W złagodzeniu obcości pomógł też Piesek, który przywitany przez Robaczki Beeerciaaa! nic sobie z niej nie robił, tylko na pobliskim trawniku wąchał i wąchał, by w końcu zrobić popodróżne siku. A więc jednak swojsko.
Przy takiej liczbie osób można było od razu za jednym zamachem pójść na górę ze wszystkimi bagażami. I okazało się, że do pokonania bez windy są cztery piętra, a nie trzy. Bo owszem teraz Krajowe Grono Szyderców od strony głównej ulicy mieszka na piętrze trzecim, ale już od strony ulicy osiedlowej, od strony parkingów, w tym podziemnego, na czwartym. Tam, z poziomu ziemi, trzeba wstępnie pokonać jedną kondygnację zewnętrznych schodów, by stanąć przed drzwiami budynku. A windy nie ma.
- Powoli zmieniamy nasze przyzwyczajenia... - wyjaśniała Pasierbica ubawiając się przy tym. - Ostatnio zrobiłam spore zakupy, takie na kilka dni, czyli jak do tej pory. - I ocknęłam się dopiero przy ich wnoszeniu, a Q-Zięcia akurat nie było. - Trzy razy musiałam je targać na IV piętro, a nie jak tam, poprzednio, z poziomu podziemnego garażu na parter, pokonując tylko jedną kondygnację.
Ale widać, że młodzi, bo nie robi im to specjalnej różnicy.
- Jeszcze jeden minus jest taki, że do dużych sklepów mamy ponad kilometr do każdego. - A tam były po nosem, więc gdy coś się przypomniało... - Ale to jednak nie problem, bo wystarczy zmienić przyzwyczajenia i organizację. - Poza tym to już same plusy. - Przede wszystkim mieszkanie jest większe, a co w nim najważniejsze, to fakt, że Ofelia ma oddzielny pokój, który sobie wybrała, a Q-Wnuk bez problemów się zgodził. - Więc nie było żadnych konfliktów. - Tam Q-Wnuk, żeby dostać się do swojego, musiał przechodzić przez ten Ofelii. - Należało tylko czekać, i to chyba niedługo, że będą coraz częstsze afery, a potem trwały konflikt. - Ale równie ważne jest co innego... - Dzielnica Metropolii. - Wiozłam dzieci do szkoły na 07.00, po czym wróciłam sobie do domu, mogłam coś zrobić, napić się z przyjemnością kawy, zjeść i na 09.00 pojechać do pracy. - Poprzednio nie było żadnych szans. - Ja już w ogóle nie pamiętam tamtego mieszkania... - Mieszkam tutaj, jakbym mieszkała od nie wiedzieć kiedy.
Na górę dotarliśmy bez problemów. Nawet Beeerciaa! Po drodze tylko kilka razy klinowała się swoją masą na półpiętrach lub piętrach, bo ile można iść i iść po schodach?... Trwało to jednak króciutko
Bo uderzeniem w dupsko czapką Pana
Szła dalej przez niego motywowana.
Mieszkanie, w sensie totalnego bajzlu przeprowadzkowego kogo, jak kogo, ale nas nie mogło zaskoczyć. Odezwały się wszystkie przyjemne i traumatyczne jednocześnie wspomnienia. Nigdzie, czyli nigdzie, nie dawało się normalnie przejść. Ponieważ Piesek tego nie rozumiał i wyraźnie się konfundował, należało natychmiast zrobić mu miejsce na legowisko, żeby mógł tam odsapnąć. Dopiero potem mogliśmy obejrzeć pokoje Robaczków
Bo przebierali nogami oboje
Zaprezentować chcąc swoje pokoje.
Oczywiście nie mogli się przejmować tym, że za bardzo nie dawało się do nich wejść.
Główne i dogłębne oglądanie mieszkania wraz z kompletnym komentarzem nastąpiło, gdy za chwilę pojawił się Q-Zięć. Oczywiście z kolejnymi tobołami.
Zaczęliśmy ustalać I co w tej sytuacji dalej? Od czego zaczynamy?, gdy akurat w tym momencie smsa wysłał Konfliktów Unikający W Lidlu promka, 12 puszek w cenie 6. Stwierdziłem, że lepiej będzie, gdy do niego zadzwonię i mu podziękuję, i wyjaśnię sytuację.
- Po pierwsze, mam jeszcze zapas od was...
- No ja myślę! - przerwał mi ubawiony.
- ... po drugie, na urodziny dostałem od Syna, Synowej i Córci dwadzieścia butelek Pilsnera Urquella w pięknej, oryginalnej skrzynce, a po trzecie, nie mam kasy. - Czyli bez przesady!
Wykazał pełne zrozumienie.
Dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że Krajowe Grono Szyderców w domu nie ma składników, aby robić coroczne pierniczki i że najlepiej będzie, gdy Pasierbica pojedzie w tych sprawach do... Lidla. Nadal dziwnie okazało się, że ona swoje Suzuki zostawiła na parkingu przed pracą, a Q-Zięć nie chciał już ruszać auta z podziemnego parkingu, a poza tym miał robotę w domu Bo trzeba wreszcie zacząć montować meble, a nie wciąż tylko donosić i donosić!... (bez omen nomen).
Padło więc na mnie. Zresztą sam z taką propozycją wyszedłem, żeby poczuć okolicę i nowe miejsce życia Krajowego Grona Szyderców, no i poza tym odkleić sobie w pamięci różne, znane mi przecież metropolialne miejsca.
W samym Lidlu (tłumy!) też było dziwnie, bo okazało się, że Pasierbica ma lidlowską aplikację, która by umożliwiła... Tylu przeciwnościom losu nie sposób było się już przeciwstawić. Skromnie kupiłem 12 puszek.
Złożoność sytuacji I przecież miałem dobre intencje! musiałem wyjaśnić Konfliktów Unikającemu, więc ponownie zadzwoniłem. Facet miał ubaw, ale, trzeba mu przyznać, ciągle wykazywał zrozumienie.
Po powrocie z Q-Zięciem ostro zabraliśmy się za szafy. Zaczęliśmy od q-wnukowej, najtrudniejszej i największej. Było przy tym sporo zabawy i... zabawy. Bo nie zawsze funkcjonowała myśl inżynierska.
Szafa jednak stanęła, Q-Wnuk do niej się wprowadził, a gdy za chwilę postawiliśmy mu drugą, na książki, pokój zaczął być normalny, taki do ludzi.
Potem zabraliśmy się za szafkę na buty, która miała stanąć w przedpokoju. Tu z mocowaniem do ściany był problem tego typu, że Q-Zięć, nie wiadomo, czy potrzebnie czy nie potrzebnie zastosował inżynierski przyrząd do wykrywania pod tynkiem metalu. A więc prętów zbrojeniowych, kabli elektrycznych, kątowników do konstrukcji ścian z gipso-kartonu. Przyrząd był wyczulony ponadnormatywnie i w większości takie elementy (emelenty) wykazywał. Wierciłem więc pod strachem bożym, ale się udało. Buty z dużej szafy z przedpokoju, które zaanektowały przestrzeń wcale dla nich nieprzeznaczoną, a znalazły się tam dzięki pośpiechowi gospodarzy i przeprowadzkowej logistyce i logice tymczasowości, mogły wreszcie trafić na swoje miejsce.
Przed wspólnym posiłkiem zamontowaliśmy jeszcze w pokoju Ofelii szafę na książki, taką samą, jak u brata.
Obiad zjedliśmy już w salonie w całkowicie kulturalno-cywilizacyjnych warunkach, jak biali ludzie, przy pełnym oświetleniu, na ich super stole na sześć osób, w zakamarku salonu, który emanował niedużą liczbą przeprowadzkowych śladów. Można było udawać, że już jesteśmy w normalności.
Pasierbica podała pieczone kawałki kurczaka, ale hitem były pieczone ósemki ziemniaków. Q-Wnuk ma na nie fazę i potrafi zjeść dwie miski oczywiście unikając wtedy innych potraw.
Taki obiad i aura z nim związana mają to do siebie, że strasznie demoralizują i demobilizują. Potrzeba było dużo wysiłku z mojej strony i ze strony Q-Zięcia, żeby wrócić do pracy. Udało się nam jeszcze zmontować "na gotowo" szafę w salonie i obaj stwierdziliśmy, że na dzisiaj koniec.
Było dla ciała, musiało być coś dla duszy.
Dałem się namówić na nową grę, w kolory, Hues (odcienie, barwy, kolory) and Cues (wskazówki), mimo że czwórka domowników zapewniała mnie, że gra jest bardzo prosta i że na pewno mi się spodoba. A to zawsze działa na mnie odstręczająco. Ale, o dziwo, gra była prosta i mi się spodobała. Nawet z Q-Zięciem ex aequo zajęliśmy I miejsce. A twierdzi się, że mężczyźni rozróżniają góra pięć kolorów, w porywach osiem.
Spaliśmy w pokoju Ofelii. Ona sama, trzy świnki i tykający zegar przenieśli się do pokoju Q-Wnuka. Ciasnota łóżka, chrumkanie i popiskiwanie oraz przemieszczanie się świnek nocą, urastające do łomotu wydawanego przez biegnącego hipopotama oraz tykanie zegara, nocą urastające do rytmicznej pracy kafara, zupełnie im nie przeszkadzały.
Na bardzo szerokim łóżku, rozkładanym, spaliśmy "już" o 23.30.
NIEDZIELA (14.12)
No i dzisiaj wstałem o 08.00.
Tak jak zresztą wszyscy bez wyjątku. No, może jednak z wyjątkiem Pieska.
Q-Wnuk o 10.15 miał kolejny mecz w kosza i wszystko było temu podporządkowane. A więc najpierw śniadanie. Dosyć pospieszne i skromne. Jajecznicę na maśle robił Q-Wnuk. Gość od jakiegoś czasu pcha się do kuchni i, na przykład, wczoraj z matką, oboje ubrani w fartuchy, zrobili dwie miski świątecznych pierników. Wspomnę, że Ofelia miała na nie wywalone i zamknęła się w swoim pokoju. Na inne rzeczy też tak coraz bardziej ma, co staje się przyczyną zgryzoty rodziców.
Skromne, bo okazało się, że jest tylko 9 jaj na 5 osób. Nie na sześć, bo Ofelia na jedzenia też ma wywalone. Ta ilość mnie rozśmieszyła i od razu zażyczyłem sobie jajecznicę z czterech ku oburzeniu reszty.
- A czy mi się wydaje - nie odpuszczałem kierując pytanie do Pasierbicy - że my wczoraj byliśmy w Lidlu razem na zakupach?...
- Zabrakło, bo wczoraj robiliśmy pierniczki.
- A one to tak wyskoczyły spontanicznie?... - Niezaplanowane?...
Odbiór nie był przychylny, ale skończyło się na przewracaniu oczami i wzdychaniu.
Skromną jajeczniczkę trzeba było uzupełniać innymi wiktuałami.
Mecz Q-Wnuka narzucał również inne elementy (emelenty) poranka. Krajowe Grono Szyderców z synem i z Żoną musieli wyjechać trochę wcześniej, bo należało po drodze odebrać kolegę Q-Wnuka i stawić się na przedmeczową rozgrzewkę.
A skąd tam Żona? Sam zaproponowałem, żeby pojechała. Bo to rzadka okazja zobaczyć wnuka w meczowych akcjach, a poza tym nie może tak być, że ja wyjeżdżam i wyjeżdżam, oglądam różne oblicza świata, a ona nie. To niedobrze robi psychice, bo tylko dom, Berta, goście i mąż.
Zostałem z Ofelią. A ona jednak, gdy nie ma dominującego brata, jest łatwiejsza w obsłudze.
Wyszliśmy z Pieskiem na poranny spacer.
- Dziadek, a mogę Bercię prowadzić?
Sprawa była prosta. Ofelia przez cały długi spacer (zrobiliśmy duże koło na osiedlu), bardzo przejęta, prowadziła Bercię, a gdy ta miała wątpliwości, czy dalej iść, to pan jej pomagał za pomocą czapki.
Przy każdym wąchaniu Ofelia z wielką empatią cierpliwie czekała. Może dlatego, że kiedyś Żona wytłumaczyła jej, że pieski z wąchania wynoszą tyle informacji, co człowiek, na przykład z czytania książki. Ofelia się wtedy ubawiła, ale coś musiało zostać.
W domu postanowiliśmy w coś zagrać. Padło na Pergolę. Gdy zobaczyłem nieznaną mi planszówkę, wewnętrznie się załamałem, ale niczego nie dałem po sobie poznać, żeby dziecko się nie zraziło. Drugi raz się załamałem, gdy zobaczyłem dziesiątki obrazków i obrazeczków, które Ofelia z bardzo poważną miną wyciągała z pudełka i układała. Trzeci raz, gdy zaczęła tłumaczyć wyraźnie czując, że nie daje sobie z tym rady. Ni cholery nie można było zrozumieć, ale twardo miałem zachęcającą minę.
- Dziadek, jednak będę musiała przeczytać instrukcję i przypomnieć sobie zasady gry przy dwóch graczach.
- Oczywiście... - wykazałem zrozumienie i patrzyłem, jak Ofelia nadal z poważną miną studiuje zapisy. To, że czyta, to było pewne, ale co rozumie?... Milcząco przeżywałem katusze.
- Dziadek, ale ja nic z tego nie rozumiem...
- A to nic nie szkodzi, spakujmy grę i może zagramy w kolory? - starałem się, żeby dziecko nie wyczuło ulgi.
- Ale tam we dwie osoby nie da się grać.
- Coś wymyślimy, żeby się dało.
Składała Pergolę z wyraźnym odprężeniem.
Rzeczywiście wymyśliłem. Sztucznie powiększyłem liczbę graczy do czterech przydzielając nam pionki "nieobecnych" i mieliśmy radochę. Kończyliśmy w momencie, gdy wrócili "sportowcy" powiększeni o kolegę Q-Wnuka. Wygrałem.
Drużyna Q-Wnuka przegrała. Faworytem nie była, więc chłopaki przełknęły to gładko. Za to ich szkoła wygrała cały turniej koszykarski szkół podstawowych, w którym brali udział zawodnicy klas 5-7. Już wcześniej złożyliśmy Q-Wnukowi gratulacje.
Wczoraj się upierałem, że jeszcze dzisiaj, zanim wyjedziemy, zamontuję Q-Wnukowi w jego pokoju nad drzwiami tablicę z koszem, żeby mógł ćwiczyć. Ale Krajowe Grono Szyderców kategorycznie mi zabroniło. Dzisiaj znowu przystąpiłem do ofensywy, bo co miałem robić, skoro ciągle nie wyjeżdżaliśmy?... Przyjechałem nie po to, żeby się obijać, tylko po to, żeby popychać sprawy.
Argumenty gospodarzy były takie, że po pierwsze Jest niedziela i hałasu robić nie będziemy, po drugie, Jesteśmy nowi, nie znamy sąsiadów, nie wiemy jacy to ludzie, i nie chcemy od razu na wejściu im podpaść i po trzecie Zostało popchniętych mnóstwo spraw, jesteśmy wdzięczni i dziękujemy!.
Ja argumentowałem, że to przecież tylko dwa otwory i że zanim sąsiedzi się zorientują, co to za żłób w niedzielę pracuje udarem, to będzie po wszystkim. W którymś momencie nawet myślałem, że mi się uda i Krajowe Grono Szyderców się ugnie, bo nagle zza ściany, od sąsiadów, dobiegł nas wszystkich łomot tłuczonych kotletów schabowych. Udar na pewno byłby cichszy.
- Ale to co innego... - nawet Żona się wtrąciła.
Nie chciałem wchodzić w kwadratowe rozmowy, że hałas to hałas.
W końcu Q-Zięć użył sprytnego inżynierskiego argumentu, nie wiem, czy na poczekaniu nie wymyślonego.
- Ja nawet nie mam takich wkrętów z tak dużymi łbami, ani podkładek, a w tablicy są duże otwory...
Musiałem się poddać.
- To może odetkam wam odpływ w umywalce w łazience, bo woda strasznie powoli spływa.
Mieli mnie z głowy na jakieś 20 minut.
- Dajcie mu coś jeszcze - usłyszałem Żonę, gdy wychodziłem z łazienki - bo zaraz zacznie marudzić.
Ciągle przedłużała pobyt, ale to zrozumiałe, skoro tyle czasu nie wyrywała się z Uzdrowiska. Dzisiaj z całego porannego wyjazdu była bardzo zadowolona.
- Tyle zobaczyłam... - A Q-Zięć chyba specjalnie jechał okrężnymi drogami, żebym mogła zobaczyć jak najwięcej... - śmiała się.
- A właśnie... - Pasierbica się ocknęła. - Dostrzegłam, że pod zlewem powoli kapie woda.
Zajrzałem. Jakiś artysta nierówno dokręcił dolną komorę syfonu, a dokręcił mocno, do oporu. Zaczął źle, nierówno i na gwincie przeskoczyło. Uszczelka nie miała prawa trzymać. Cały układ poprawiłem i przestało...
A teraz? - Przestało. - A widzi pan!
Roboty było na 5 minut, ale dobre i to.
W końcu zaczęliśmy wyjeżdżać. Na dole, przy Inteligentnym Aucie, dowiedziałem się od Q-Zięcia, że są zakusy, aby do końca przyszłego roku zlikwidować jego dział.
- Dostanę odprawę, chyba nawet dużą, a co potem, zobaczymy.
- To co, z powrotem emigracja do Niemiec? - powiedziałem pół żartem pół serio.
- W życiu! - Tam teraz na rynku pracy jest gorzej niż w Polsce. - I całą gospodarkę rozwala socjal!
Co to się porobiło po 35 latach kapitalizmu w Polsce...
Ostatecznie wyjechaliśmy po 14.00. W Tajemniczym Domu byliśmy tuż przed 16.00. Całe sznury samochodów ciągnęły po weekendzie do Metropolii i dalej, a w naszym kierunku były pustki.
W domu, dosłownie ledwo wszedłem, bez rozpakowywania się, itd., natychmiast rozpaliłem. Było +17 stopni. Udało się nabić do +19, zanim poszliśmy na górę. Zrobiliśmy to wcześnie, praktycznie zaraz po II Posiłku.
Wieczorem obejrzeliśmy tylko jeden odcinek serialu Słowo na R.
O 20.00 już spaliśmy. Ogaceni, bo w sypialni panowało +16. Trochę podgrzaliśmy dmuchawą, ale i tak Żona spała w szlafroku, ja w skarpetkach, rękawiczkach bez palców i w czapce. Całe łóżko dodatkowo przykryliśmy narzutą. Jeszcze przed północą pozbyłem się skarpet, rękawiczek i czapki, bo zdychałem z przegrzania.
Dzisiaj o 14.41 napisał Po Morzach Pływający.
Ubi honor non est; gdzie nie ma honoru, Ibi contemptus est; tam jest pogarda, Ibi injuria frequens; tam częsta krzywda, ibi et indignatio; oraz oburzenie, ibiquies Nulla; tam nie ma spokoju
Nie wiem czemu to Tobie wysyłam.
Po prostu mi się spodobało (pis.oryg.)
Wrażenie zrobiło...
PONIEDZIAŁEK (15.12)
No i dzisiaj obudziłem się o 05.50, ale wstałem o 06.15.
Wstawało się ciężko.
Po porannym rozruchu pisałem aż do I Posiłku. A po nim też sporo.
W którymś momencie Żona mi przerwała i mocno zdekoncentrowała na skutek wybuchów śmiechu, które mnie opanowały, a potem wściekłości i bezsilności.
Temat Na Zdjęć ponownie wystawił Dom Dziwo na sprzedaż, a raczej zmienił ofertę, ale tym razem posłużył się jakimś biurem nieruchomości. I jak tu się dziwić naszej głębokiej niechęci do tej instytucji - bardzo często nieprofesjonalnej, niekompetentnej, zawsze łasej na wynagrodzenie, najlepiej od dwóch stron, kupującej i sprzedającej. Instytucji, która zamiast ułatwiać i pomagać obu stronom w takim bardzo poważnym i stresującym momencie, to często utrudnia i dodatkowo stresuje. Naprawdę, niektórzy, tzw. pośrednicy, proszą się, aby kopnąć ich w dupę. I niech spadają ze swoją pomocą, oczywiście po pobraniu prowizji Bo, jak to, przecież nieruchomość udostępniliśmy?!...
Otóż biuro nieruchomości umieściło takie oto ciekawe i zachęcające informacje:
- że dom mieści się blisko Pięknej Doliny. To mnie zdrowo rozśmieszyło, bo mieści się w jej sercu, a główna jej rzeka, Leniwa Rzeka, płynie od niego obok, jakieś 100 m. A sama działka mieści się tuż przy Rzeczce, która za chwilę wpada do Leniwej Rzeki,
- że na działce mieści się stylowa(!) betonowa ściana. Nie wiem, czy to mnie nie ubawiło jeszcze bardziej. Trzeba mieć niezły tupet albo być cynicznym kłamczuchem, albo nie mieć kompletnie gustu, żeby kawał muru o wysokości 2 m i długości ok. 200 m, któremu tylko na górze brakuje drutów kolczastych, nazwać stylowym. Być może Temat Na Zdjęć specjalnie wybrał takie biuro, żeby wzajemnie się wspierać i nie widzieć zgrzytliwej sprzeczności między słowami "stylowa" a "betonowa". Bo nie podejrzewam ich, żeby świadomie zastosowali oksymoron (...) Jest to celowy zabieg językowy (...) mający na celu wzmocnienie ekspresji, szokowanie lub pobudzenie wyobraźni. Bo gdyby tak było, to oddaję szacun - udało się im nas zszokować,
- że dom i teren został zaprojektowany przez architekta krajobrazu. Tu ewidentnie podparli się Żoną, Temat Na Zdjęć zapewne świadomie, biuro szlag wie. Jest to dla Żony ewidentna antyreklama. Gdyby pracowała w tej branży i chciała zarobić na coś więcej, niż chleb, którego zresztą nie je, to na pewno ta sztuka by się jej nie udała. Pies z kulawą nogą by jej nie zatrudnił widząc ten "śliczny mur" i teren zapuszczony przez Temat Na Zdjęć.
W końcu miałem dosyć pisania i dla relaksu ułożyłem kolejne 10 taczek drewna. Zostało jeszcze na jutro z 8-10. A gdy już uruchomiłem organizmowy kombajn ("organiczny" też chyba byłoby z sensem), to z tarasu sprzątnąłem meble ogrodowe, te, które przed zbliżającą się zimą już raz sprzątnąłem (niespodziewanie pojawili się oglądacze) i cały taras jeszcze raz zmiotłem z resztek liści, a przede wszystkim z popiołu, bo wyglądało ohydnie, i wyszorowałem go szczotką polewając wodą z konewki.
Po czym wróciłem do pisania.
Po II Posiłku dalej pisałem.
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dziewięć razy. W tym oczywiście oszuści, a jeden szczególny, bo wynikało z numeru, że dzwonił z Wybrzeża Kości Słoniowej. Chuj jeden!
W tym tygodniu Berta nie zaszczekała ani razu.
Godzina publikacji 19.39.
I cytat tygodnia:
Ten, kto sadzi drzewa, wiedząc, że nigdy nie usiądzie w ich cieniu, przynajmniej zaczął rozumieć sens życia. - D. Elton Trueblood (znany XX-wieczny amerykański autor i teolog kwakrów, były kapelan uniwersytetów Harvardu i Stanforda)