poniedziałek, 26 stycznia 2026

26.01.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 54 dni.
 
WTOREK (20.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.30.
 
Po porannym rozruchu cyzelowałem. I od razu zabrałem się za zaległości. Niby w domu byłem nieobecny trochę ponad dobę, ale wrażeń zebrało się nadspodziewanie dużo.
 
W niedzielę, 18.01, jechałem do Wnuków. Pociąg wystartował z Uzdrowiska z 6-minutowym opóźnieniem, a do Metropolii przyjechał 2 minuty przed czasem. Nadrobił, a to rzadkość. Dla podróżnych nie miało to znaczenia, bo kończył bieg.
Z Synem miałem się spotkać na egzaminach Wnuka-IV z Krav Magi. Firma (?) przeniosła swoje miejsce działania na tereny wojskowe wynajmując od wojska jeden potężny barak na pewno ze względu na koszty, a poza tym "wojskowe" dość dobrze się kojarzyło z charakterem działalności, a nie, na przykład, jakieś XYZ LO.
Syn telefonicznie zaczął mi tłumaczyć, gdzie to jest, ale po kilku słowach wszedłem mu w kolejne podając dokładnie i po kolei nazwy ulic, skrzyżowań, mijanych in spe instytucji, co go zszokowało.
- Ale, tato, to masz jeszcze do przejścia dobry kilometr! - zareagował, gdy się dowiedział, że mam zamiar dojechać tramwajem i dalej "pokonywać" odległość piechotą. Wyśmiałem go.
- Ale sam teren wojskowy jest ogromny i na nim samym będziesz jeszcze musiał przejść z 200 m!... - nie dawał za wygraną.
Nie wiedziałem, za kogo mnie brał. 
A byłem taki obeznany w tamtejszej topografii i cwany, bo były to szeroko pojęte tereny Nie Naszego Mieszkania i ostatniej siedziby Szkoły.
 
Miałem dojechać na wybrane przeze mnie skrzyżowanie jednym tramwajem, a skończyło się na trzech. Jaka fajna niespodzianka. Pierwszy rozkraczył się już na drugim przystanku od momentu startu i motorniczy wypieprzył wszystkich pasażerów na bruk. Podjął słuszną decyzję, bo tramwajem w czasie jazdy nieprzyjemnie telepało i coś w jego bebechach zgrzytało. Na szczęście nie na tyle, żeby zablokować następnym linię. Drugim przejechałem też tylko dwa przystanki, bo dalej skręcał nie w moją stronę. Dopiero trzeci zawiózł mnie (trzy przystanki) na miejsce. Czułem się w nich, jak ryba w wodzie. Szkoda, że kolejne się już nie rozkraczały, bo byłoby jeszcze ciekawiej.
Do terenów wojskowych było spokojnie z 1,5 km, a na nich samych trzeba było jeszcze przejść z      400 m. Pięknie! 
 
Byłem jakieś 2-3 minuty przed Synem i Wnukiem-IV. Firma dysponowała trzema dużymi salami treningowymi wyłożonymi na podłodze puzzlowymi matami piankowymi oraz dwiema toaletami i dwiema szatniami. Praktycznie żadnej ławki. Na początku wszyscy zgromadzili się w największej sali - z dziesięciu instruktorów i instruktorek, z osiemdziesiątka ćwiczących dzieciaków, tyleż lub więcej rodziców, razem ze 200 osób, że trzeba było pouchylać okna, bo nie było czym oddychać. Wśród widzów byłem chyba jedynym dziadkiem i "babcią". 
Prowadząca instruktorka po rozmowach powitalnych oddała głos mistrzowi, który specjalnie na czas egzaminów przyjechał. Mówił ciekawie i krótko podkreślając fakt, że to co tutaj wszyscy robią i ćwiczą ma kształtować przede wszystkim ducha i pomagać w doskonaleniu charakteru, aby stawiać czoło różnym przeszkodom w życiu.
Po czym nastąpiła rozgrzewka prowadzona przez główną instruktorkę (o dziwo, kilka z tych ćwiczeń robię codziennie rano). Po czym zaczęła demonstrować poszczególne ćwiczenia, a dzieciaki miały je powtarzać.
- Teraz przećwiczymy kop w krocze...
Zabrzmiało interesująco.
Do demonstracji wybrała kolegę instruktora, mężczyznę (zabieg pleonazmu zastosowałem dla wzmocnienia wyobraźni), chyba dla większego efektu, bo przecież koleżanki też miała pod ręką. Facet ustawił przed sobą niewielki i gruby(!) materac, który trzymał oburącz. Instruktorka przyjęła odpowiednia postawę i z rozbiegu uderzyła. Sama jej postawa i energia były przerażające, a co dopiero huk taki, że u pani siedzącej tuż przy mnie wyrwało się bezwiedne uuuch!, po czym, nie wiedzieć czemu, spojrzała na mnie. Ja zaś szukałem kontaktu wzrokowego z jakimś innym chłopem. I, gdy (jak?!) natrafiłem, odczytaliśmy sobie wzajemnie z oczu niewysłowiony i wyimaginowany ból. Musiał go kiedyś doświadczyć, tak jak ja, bo wyrazem twarzy w sposób sztuczny nie dałoby się tego tak oddać.
Gdy miałem jakieś 12-13 lat grałem z rówieśnikami przeciwko jakimś dwudziestolatkom. Stałem na bramce. W którymś momencie przeciwnik pędził z piłką będąc ze mną sam na sam. Wybiegłem naprzeciw instynktownie skracając kąt, gdy on w tym momencie z całej siły strzelił. Trafił idealnie. Ból był niewyobrażalny. Wszyscy przestraszyli się nie na żarty, bo z pół godziny dochodziłem do siebie. Po czym stanąłem na bramce. Wyraźnie nic mi się nie stało, skoro mam dwoje dzieci i takie tam...
 
Później już nastąpił podział ćwiczeń według posiadanych pasów z rozdziałem na dwie sale, bo weszliśmy bezpośrednio w ćwiczenia podlegające egzaminowi. Na końcu zaś dwóch kadetów, którzy kończyli naukę na tym etapie i przechodzili do juniorów oraz instruktor demonstrowali i symulowali różne walki. Robiło wrażenie.
W sumie stałem blisko dwie godziny, a to nie mogło się podobać mojemu kręgosłupowi. Ale było warto. Wnuk-IV otrzymał dyplom upoważniający go do noszenia pomarańczowego pasa z dwiema belkami.  
 
O 16.00 byliśmy w Sypialni Dzieci. Synowa od razu zarządziła przygotowania do jutrzejszej sesji fotograficznej.
- Proszę mi natychmiast dać wasze białe koszule do prasowania! - wezwała wszystkich synów na dół.
- Ale po co je prasować? - wtrąciłem się. - Ja nie prasuję i żyję.
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule!
- Ale, mama, słyszysz, co dziadek mówi? - odważył się najstarszy. - Po co?!
Pozostali bracia wyraźnie go popierali. 
- Koszule! 
- Ale po co?! - nie ustępowałem. - Przecież po wypraniu wystarczy je wytrzepać, fałdy rozciągnąć, powiesić i gdy (jak?!) wyschną, są od razu gotowe do użycia. - Ja nie prasuję od jakichś 15 lat, nawet gdy (jak?!) potrzebuję na jakieś ważne uroczystości.
Chłopaki energicznie kiwali głowami popierając mnie.
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule!
- A gdzie ekologia, koszty prądu?! - imałem się ostatecznych argumentów.
Chłopaki jeszcze żwawiej mnie popierały. 
- Nie słuchajcie dziadka! - Koszule! 
Na koniec nawet Synowa zaczęła się lekko podśmiechiwać, ale szybko i skutecznie słabość zdusiła w zarodku. Bo co by to było, gdyby ferment rozlazł się przez sesję fotograficzną i przelazł na inne sfery życia?!... 
Ja też miałem białą, na sobie, na wyraźne wcześniejsze życzenie Syna. Niewyprasowaną!
 
Ledwo zjedliśmy obiad, a do Syna zadzwonił Rakietowy zapraszając nas we dwóch do siebie do domu Bo obiecałem twemu tacie, że kiedyś, przy okazji, pokażę mu piece. Przypomnę, że Rakietowy to ojciec chrzestny Wnuka-I, który po jego bierzmowaniu wdał się ze mną w ciekawą i kulturalną dyskusję światopoglądową, w trakcie której przyznał się, że w kwestii wiary w istnienie Boga ma poważne wątpliwości. A cała jego rodzina, jego żona, dwudziestoletnia starsza córka, młodsza osiemnastoletnia i syn, piętnastolatek, są w przyjaźni z Synem, z Synową i z Wnukami.
Byłem bardzo ciekaw tych pieców, bo wcześniej Rakietowy mi o ich opowiadał, a ja za bardzo nie mogłem uwierzyć w to, co on mówi, a poza tym nie miałem wyobraźni.
Od razu po przyjeździe dało się zauważyć, że w tym temacie Rakietowy jest nawiedzony. Bez zbędnych wstępów przystąpił do rzeczy, jak gdyby nie mógł się doczekać. Ale też  trafił na wdzięcznego słuchacza, nie dość że naturalnie zainteresowanego, to jeszcze zadającego sensowne i wnikliwe pytania.
 
A piec, który ujrzałem, owszem był piecem zbudowanym z pięknej cegły szamotowej, ale był bardziej  takim potężnym urządzeniem, takim grzewczym kombajnem. Jego zbudowanie zajęło zdunowi, nie byle jakiemu, tylko fachowcowi wysokiej klasy, dwa miesiące. I też za dzieło zainkasował wysokiej klasy wynagrodzenie. Ale Rakietowy twierdził, że koszty zwrócą się po pięciu latach. A jemu należało wierzyć, skoro jest ekonomistą z wykształcenia i z wykonywanego zawodu.
Na czym polegała różnica między tym piecem a zwykłym?
O wielkości już wspominałem. Do tego dochodził ciężar - 3 tony. Te parametry były jednak dosłownie i w pewnym sensie w przenośni powierzchowne, bo główna różnica zasadzała się na filozofii palenia. Nie na darmo piec ten został nazwany rakietowym lub piecem Kuzniecowa.
(piec rakietowy, zwany też piecem Kuzniecowa od nazwiska rosyjskiego inżyniera Igora Kuzniecowa,  jest piecem podwójnego spalania, co oznacza, że oprócz paliwa stałego spalają się w nim również substancje lotne, które w zwyczajnym piecu wydalane są przez komin wylotowy)
- Wydajność grzewcza to ponad 90%. - Trzeba mocno przyglądać się z zewnątrz kominowi, żeby dostrzec jakikolwiek dymek. - Proszę zobaczyć, bo tutaj specjalnie rozpaliłem, mimo że w pomieszczeniu jest ciepło, żeby mógł pan zobaczyć efekt... - tym określeniem rozbawił mnie, bo w odległości dwóch metrów od pieca nie szło wystać, taki buchał żar - ... Teraz widzi pan ten żar? - Rozprowadzę go na całej powierzchni i proszę patrzeć...
Z żaru zaczął wydzielać się holzgaz, mówiąc po naszemu, który zaczął się palić niczym gaz w kuchence gazowej.
- Proszę sobie wyobrazić, że w takim piecu palę raz na dobę tylko przez dwie godziny. - I zużywam garstkę drewna, nawet byle jakiego, ot choćby takiej papierowej brzozy. - A efekt, poza nikłą ilością popiołu? - Niech pan dotknie tu i tu, i tu...
Nie muszę przypominać, że oprócz kubatury, która musiała zmieścić skomplikowany ciąg kanałów, piec miał olbrzymią powierzchnię grzewczą do dotykania.
- Ale niech pan poczeka... - słyszałem z kilkadziesiąt razy, gdy chciałem przejść do następnego pytania, związanego przecież ściśle merytorycznie z piecem, ale gdy się okazywało, że omawianie poprzedniego aspektu wcale nie zostało według Rakietowego wyczerpane, czyli gdy (jak?!) wychodziłem przed orkiestrę - bo...
Zostałem oprowadzony po całym dolnym mieszkaniu, które było ogrzewane tylko przez ten piec bez żadnego systemu rozprowadzania,  chociaż Rakietowy coś wspominał o ogrzewaniu podłogowym. Ale tu dokładnie w natłoku informacji nie wyłapałem szczegółowo, o co chodzi, więc może przy następnym razie. Ja, osobiście, chętnie.
Co jeszcze mi zaimponowało w tym piecu? Niezależność, oczywiście! Wynikająca z faktu, że nigdzie nie było elektroniki, żadnego wsparcia prądem, tylko cztery mechaniczne cięgła regulujące dopływ powietrza z zewnątrz i regulujące spalanie w pierwszym etapie, czyli rozpalania. 
- Wszyscy koledzy, pompiarze, naigrywali się ze mnie i naśmiewali, ale zobaczymy... - W trudnych czasach, mieszkając na wsi, wystarczy, że pójdę i nazbieram sobie chrustu...
Mnie nie musiał przekonywać, jako człowieka, który z Żoną od 24 lat swoje domy ogrzewa drewnem.
 
Myślałem, że po tym wszystkim pójdziemy do ich domu (napić się kawy?), którego to określenia Rakietowy często używał, co brzmiało dziwnie, bo wydawało mi się, że właśnie się w nim znajdujemy.
Okazało się, że to miejsce, w którym stał piec, było niezależnym mieszkaniem z kuchnią, łazienką i salonem, a za ścianą mieściło się drugie (trzeba było wyjść na zewnątrz, żeby doń się dostać), stosunkowo nieduże o niezrozumiałym przeze mnie przeznaczeniu, może w przyszłości na wynajem.
A, żeby było ciekawiej, na tym samym poziomie (przyziemie) mieściło się jeszcze trzecie mieszkanie, nieduże, w którym mieszkała mama Rakietowego. 
A "dom" mieścił się na I piętrze, jakby na poddaszu, totalnie przez Rakietowego przerobionym.
Gdy ledwo weszliśmy, od razu musiałem obejrzeć, zresztą z ciekawością, zdjęcia z adaptacji.
- Bo tu na górze, o tutaj, było magazynowane siano, a tutaj zboże. 
Górne mieszkanie, przepraszam dom, bardzo mi się podobał. Nie wiem, jak to możliwe, ale styl rustykalny był połączony bez żadnego zgrzytu z nowoczesnością. Centrum stanowił duży salon z kuchnią, którego centralne miejsce zajmował piec, taki sam co do wyglądu i działania, jak ten dolny, tylko mniejszy i ważący raptem 2 tony, osadzony na dwóch ścianach nośnych. Powyżej, na takim półpiętrze był korytarz, z którego wchodziło się do trzech pokoi, dla każdego z dzieci, oraz do łazienki, a poniżej, też na półpiętrze mieściła się sypialnia rodziców i ich łazienka.
- Specjalnie z rozpalaniem czekałem na pana, żeby mógł pan zobaczyć wszystko od początku...
Załadował do pełna drewnem komorę spalania, wsadził kawałek kartonu, podpalił go i za chwilę ogień huczał. Nie było żadnej frakcji I, II i III, tylko od razu IV.
- Mógłbym nie rozpalać, bo jest ciepło, ale chciałem, żeby zobaczył pan efekt.
 
W oczekiwaniu na efekt zasiedliśmy przy stole w salonie po moich rozmowach z córkami i przy moim zdziwieniu na widok Wnuka-II. Okazało się, że on tutaj przyjeżdża udzielać korepetycji z fizyki młodszej córce, bo ta z racji zdrowotnych miała sporą przerwę w nauce, więc i zaległości.
- To powiedz, jak to się stało, że na 15 lat zniknęliście z Metropolii wiodąc życie prywatne i zawodowe zdecydowanie na północy Polski. 
Temat był rzeką, niezwykle ciekawą, bo tak jest, że jeśli (jak?!) się uważniej i szczegółowo przyjrzy ludzkim losom, to co jeden to temat na film albo na książkę. A przeważnie się wydaje, że to takie nic, takie zwyczajne. Więc słuchałem przy... kawie. Udało mi się napić dzięki Żonie Rakietowego, bo przecież jemu takie drobiazgi nie mogły przyjść do głowy. 
Zeszły sumarycznie trzy godziny. Syn ubrany do wyjścia wraz z Wnukiem-II groził, że mnie zostawi i że Rakietowy będzie mnie musiał odwieźć, ale ten nic sobie z tego nie robił i dalej opowiadał.
Musiałem mu brutalnie przerwać.
- Ok, na tym etapie poprzestańmy. - Wróciliście już po 15. latach do Metropolii, a reszta później, bo jestem ciekaw.
- Ale później to już nie ma nic ciekawego... - odpowiedział w pełni przekonany. 
Tra la la la i tu mi tramwaj chodzi! 
Czy teraz wyjaśniła się blogowa ksywa Rakietowego?...
 
Wieczór u Wnuków spędziliśmy na przygotowaniu jutrzejszej sesji zdjęciowej w obszarze liczby ujęć i układów personalnych. Była to sugestia ich znajomej fotografki. Doświadczenie mówiło jej, że najczęściej pod koniec danej sesji zdjęciowej, gdy jest już bardzo mało czasu albo nie ma go wcale, bo wszystkim nagle spieszno, odzywają się głosy Szkoda, bo dobrze by było, żeby jeszcze... albo A przecież jeszcze można było taki układ... A jutro mieliśmy dysponować niewielką ilością czasu i nie można było rzecz zostawić chaosowi  i improwizacji.
Syn i Synowa wymyślali układy, a ja zapisywałem propozycje dosyć niechlujnie na moich karteczkach, które zawsze zabieram ze sobą w podróż, żeby na nich zapisywać na bieżąco różne fakty i smaczki do Bloga. Zapisywałem według systemu, np. ujęcie trzecie 4+4, z którego to zapisu wynikało jednoznacznie, że będą fotografowani wszyscy dziadkowie z czwórką wnuków.  Albo ujęcie czwarte 7, co oznaczało, że na zdjęciu będą same chłopy. Jednak taki zapis, jak 2+4, albo 2 był niejednoznaczny, a tego Synowa nie mogła zdzierżyć i nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego.  Wzięła porządny zeszyt i wszystko po swojemu przepisała z karteczek używając wszędzie imion. 
 
Spać poszedłem o 22.00. Spałem z Wnukiem-III, który nawet nie protestował, że tak wcześnie musi iść do łóżka. W obliczu jutrzejszej porannej pobudki...
 
W poniedziałek, 19.01, wstałem o 07.00. Od początku była niezła zadyma, która, nawet jak na tamtejsze standardy, zdecydowanie przekraczała normę. Starałem się trzymać od tego z daleka i dobudzać się swoim trybem. Udało mi się zrobić kawę sypankę i ugotować jaja na twardo, z pewnym ich zapasem, gdyby ktoś chciał. I w trybie przyspieszonym zjeść śniadanie. Najpierw miałem jeść powoli i delektować się porankiem, bo wczoraj wyjazd był zaplanowany na 08.30, ale Synowa, ledwo się pojawiła, oznajmiła, że wyjeżdżamy o 08.15. Więc trochę przyspieszyłem żucie. A potem to już tylko w pośpiechu połykałem Bo wyjeżdżamy o 08.00, bo nawigacja pokazuje, że już są straszne korki! 
Syn, gdy (jak?!) pojawiłem się w kuchni, robił sobie jajecznicę. Na patelni teflonowej. Słowem nie zareagowałem. Po co miałem mu dokładać, skoro od samiutkiego rana miał wystarczająco dołożone. Ale bebechy na widok zrąbanej patelni teflonowej mi się wywracały. 
Wyjechał pierwszy. Musiał dotrzeć do Metropolii i przywieźć Teściów Syna. Synowa zaś z pięcioma chłopami starała się dotrzeć sobie znanymi opłotkami na pętlę autobusową. Gdy, po pokonaniu korków, to się udało, akurat zajechał autobus z Żoną I. 
U fotografki byliśmy 15 minut przed czasem i od razu rozpoczęliśmy sesję. Nie było na co czekać, skoro przewidziany jeden z układów 2+4 (jedni dziadkowie i komplet Wnuków) był już na miejscu.
Niedługo potem dotarł Syn i wszystko mogło się potoczyć zaplanowanym trybem. Przy ogólnym zamieszaniu, ustaleniach i modyfikacjach na bieżąco, przy achach i ochach oraz niezbędnych wygłupach i śmichach.
Ja dodatkowo z rozrzewnieniem patrzyłem na wszystko z zawodowego, fotograficznego punktu widzenia. Bo pani fotografka natrzaskała kilkaset ujęć i na dodatek mogła na bieżąco, w czasie rzeczywistym, od czasu do czasu sprawdzać, jak dane ujęcie wyszło. 
- A to poprawi się w Photoshopie... - rzucała od czasu do czasu.
Mój Boże, gdzie te czasy, kiedy na taką sesję musiałaby spokojnie poświęcić z 10 rolek negatywu (360 ujęć). I wszystko byłoby wiadome dopiero po ich wywołaniu i po zrobieniu stykówek. Ile w tym byłoby niepewności i pewnego dreszczyku. I niczego nie dałoby się poprawić w Photoshopie. O kosztach nie wspomnę. Oczywiście spadłyby na zamawiającego. Ale to wiedząc, o ile przemyślane byłoby każde ujęcie. A teraz trzask, trzask i kolejny trzask. Nie mówię, że to źle, ale szkoda tamtych czasów, a jeszcze bardziej tych, gdy fotograf dysponował pojedynczymi szklanymi płytami fotograficznymi. Jakież to były zdjęcia! Każdy to przyznaje oglądając stare fotografie.
 
Cała sesja trwała godzinę i czterdzieści minut. Był zapas czasu. Synowa zabrała Wnuka II i IV do domu, a Syn resztę wiózł do Metropolii. Korki zdążyły zniknąć.
Najpierw pojechał do centrum, pod uczelnię Wnuka-I, który dzisiaj zdawał poprawkę z chemii. To ja i Wnuk-III też wysiedliśmy, bo czasu było sporo i postanowiliśmy na dworzec pojechać tramwajem. Syn zaś wracał odwożąc teściów i matkę do ich domów.
- Ale wyślij krótkiego smsa, jak ci poszło... - poprosiłem Wnuka-I przy pożegnaniu.
W tramwaju było wolne jedno siedzące miejsce. 
- Dziadek, usiądziesz?
-  Nie, nie chce mi się. - Siadaj ty.
I w takiej dziwnej konfiguracji wiekowej jechaliśmy oczywiście ciągle gadając. Bo z Wnukiem-III da się i nie czuje się tego ciężaru wynikającego z konieczności żmudnego ciągnięcia za język. 
- Jaki ten nasz dworzec jest piękny! - zaskoczył mnie swoją uwagą. - Taki nie jest w Stolicy, bo tam wszystko jest pod ziemią. 
Byłem zbudowany, że taki łepek, a już dostrzega takie rzeczy. Dostrzegł też inną.
- Tu są najlepsze pączki w mieście! - poinformował mnie, gdy (jak?!) mijaliśmy w poczekalni oszklone stoisko z samymi pączkami.
- A chcesz jednego?
Głupie pytanie. Oczy od razu mu się zaświeciły. To sobie też wziąłem jednego bez świecenia moimi.
- Ty, ale one są po dychaczu za sztukę! - zauważyłem ze zgrozą, gdy (jak?!) Wnuk-III natychmiast zatopił zęby w pięknej pączkowej masie.
- No!... - Najlepsze i najdroższe. 
Dobrze nie dotarliśmy do Nowej Potężnej Przytłaczającej i Robiącej Wrażenie Galerii, gdy (jak?!) wnukowego pączka już nie było.  Bo co tu się certolić?... 
("certolić się" to staropolskie, potoczne wyrażenie oznaczające cackanie się, patyczkowanie się, przesadną delikatność lub powolność w działaniu, często z nadmierną ostrożnością, wzbranianie się, a czasem wręcz sprzeczanie się o formy grzecznościowe)
 
Rozstaliśmy się. Wnuk-III szedł na rehabilitację, a ja miałem jeszcze czterdzieści minut do Flixbusa. Mogłem spokojnie skonsumować pączka (pyszny, olbrzymi, z nadzieniem budyniowym) przy kawce na wynos i przy Angorze.
Autobus wyjechał punktualnie, a do Uzdrowiska dotarł z piętnastominutowym opóźnieniem. Tylko dlatego, że na stacji paliwowej przed City kierowca zarządził nieplanowany postój.
W trakcie jazdy jakaś młoda dziewczyna chciała do toalety, ale odbiła się od zamkniętych drzwi. Bardzo śmieszne. Siedziałem tuż obok, na kwestie toalety i jej dostępności jestem bardzo wrażliwy i mam w sobie bardzo duże pokłady empatii, więc poradziłem pani, żeby poszła  do kierowcy I tam obok siedzi drugi lub pilot i on na pewno pani pomoże.
Za chwilę wróciła z komunikatem "toaleta zamarzła" i nawet przy tym, o zgrozo, się uśmiechała, co jeszcze bardziej wpędziło mnie w nerwowość. 
Pilot jednak nie zostawił sprawy własnemu losowi, czyli oczekiwaniu na roztopy, tylko za chwilę przyszedł i coś tam w bebechach toalety gmerał.  Po czym głośno zakomunikował:
- Proszę państwa, toaleta zamarzła...  - Na najbliższej stacji paliwowej zrobimy piętnastominutową przerwę.
Gdy (jak?!) kierowca otworzył drzwi, wymiotło ponad połowę pasażerów. A ja spokojnie nadal siedziałem, bo po pierwsze, jako doświadczony, nomen omen, człowiek z komuny, zrobiłem w Galerii siku przed jazdą, po drugie miałem świadomość, że za chwilę będzie  Uzdrowisko, a wiadomo, że problem tego typu siedzi często w głowie, a po trzecie autobus stał, drzwi były otwarte, to dlaczego nagle mogło mi się zachcieć siku?!
 
Na dworcu, jeszcze w autobusie, jako mieszkaniec uważałem za stosowne zareagować na zdziwienie niektórych wysiadających turystów i kuracjuszy. Zdziwienie, nawet podparte werbalnie, brało się stąd, że widzieli to, co widzieli, czyli nasz dworzec autobusowy. Mieli 100% racji, ale jednak ich uwagi mnie ukłuły.
- Proszę pań (akurat były to panie), jestem mieszkańcem Uzdrowiska i muszę powiedzieć, że jest ono najpiękniejsze w Polsce, ale ten dworzec jest rzeczywiście niesamowicie dziadowski. - Są jednak plany jego przebudowy...
- Są już od dwudziestu lat! - jakaś pani, wyraźnie też mieszkanka, starała się zepsuć wymowę tego, co powiedziałem. Taki durny typ (typka?), dla którego szklanka jest do połowy pusta.
Ale pozostałe panie się śmiały i cieszyły, gdy pomogłem wyjaśniając co i gdzie jest, i jak dotrzeć w odległe miejsce taksówką. Pierwsze wrażenie o Uzdrowisku zostało poprawione. 
 
W domu byłem o 15.40. Po drodze odebrałem paczkę, a w połowie Pięknej Uliczki ostatecznie poczułem się u siebie, gdy (jak?!) z daleka usłyszałem Fafika, który w "puste powietrze" darł mordę.
Od razu przed kuchnią zasiedliśmy do opowieści. 
Za jakiś czas musiałem na chwilę wyjść na zewnątrz i przypadkiem poznałem gości z dołu, parę,  którą Żona przyjmowała w niedzielę, pod moją nieobecność. Odnotowałem, że auto było prawidłowo zaparkowane.
Kolejni, dzisiejsi, przyjechali o 18.00. Parę w wieku mniej więcej 40. lat, z dwiema córkami, przyjmowaliśmy już oboje.
Zaraz potem opadła nas totalna schyłkowość. Żona w nocy źle spała z oczywistych względów (organizm nastawiony na czuwanie), a ja też źle spałem z oczywistych względów (organizm nastawiony na czuwanie). Ale jeden odcinek Lepko obejrzeliśmy.  
 
Dzisiaj o 02.05 napisała Texanka w odpowiedzi na mojego maila, w którym przedstawiałem, siłą rzeczy mocno skrótowo, nasze poglądy na poruszone przez nią tematy.
Cześć, bardzo zgadzam się z Wami co do mediów i polityki. Nie mogę znieść wszelkiej maści politologów, ich komentarzy chociaż przerzucam czasami tylko tytuły.                 
A codzienność.... troszkę inna bo rano było tylko +2 stopnie C,włączyło się grzanie i nie wyszłam na moje 5 km. Śmiesznie....W dzień słonecznie i ciepło.
Mieszkamy tu na południu Houston ponad 25 lat i cały czas mile zaskakuje mnie uprzejme zachowanie zwykłych ludzi. Rano na ścieżce każdy mijający mnie obcy o odcieniu skóry od bialej do czarnej mówi Dzień Dobry i nawet jak się masz. Motto stanu Texas to "Friendship".  P.S.  Maz to Andrzej (...) .            Pozdrawiam  (zmiana moja, pis. oryg.) 
 
A o 20.26 napisał Po Morzach Pływający. 
No to tak....
Orkiestra gra wszędzie tam gdzie ludzie chcą, żeby grała. Chyba nie ma jakiejś zasady co do miejsca grania. Pewnie i w lesie dałoby się to zorganizować.
Smoczka dostarczyłem do Naszego Miasteczka osobiście ponieważ W Swoim Świecie Żyjąca miała trochę zajęć w związku z koncertem noworocznym. W drodze przetestowałem Smoczka i 110km/ h nie sprawia problemu, a hałas w kabinie jest mniejszy niż w /Smoczycy  Toyota  Czarnej Palącej/.
W końcu 100KM  pod maską do czegoś zobowiązuje.
Koncert noworoczny był fantastyczny zwłaszcza duet Zuzanna Szary / sopran/ i Marcin Naruszewicz/ tenor oraz trąbka i który jest jednocześnie Dyrektorem na Zamku /. Ciekawa  przeplatanka utworów operowych, operetkowych i Zbigniewa Wodeckiego oraz francuskich klasyków . Zespół który akompaniował również był doskonały zwłaszcza akordeonista wirtuoz.
Dzisiaj W Swoim Świecie Żyjąca po raz pierwszy samodzielnie / bez obecności upierdliwego ojca/ jeździła po Naszym Miasteczku.
Gratulacje z okazji 100% odgruzowania
PMP  (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Dzisiaj, we wtorek, 20.01, z tymi zaległościami szło mi jak po  grudzie. Nie miałem w sobie siły sprawczej, tego specyficznego żaru, który daje  swobodę, a więc przyjemność pisania. Więc robiłem od niego uniki. A to naniosłem ponadwymiarowo bierwiona, a to narąbałem II frakcję, mimo że nie było  takiej potrzeby, przedłużałem I Posiłek, ile się dało, coś niby pogrzebałem w papierach, by w końcu, ot tak, porozmawiać sobie z Profesorem Belwederskim II. 
A potem z Synem. Był przygaszony z kilku powodów. Przede wszystkim odezwał się kolejny ząb. 
- Tato, dawno nie byłem u dentysty... - zakomunikował z sarkazmem. - Już drugą noc jadę na przeciwbólowych środkach. - Jutro o 11.00 mam umówioną wizytę.
Zaczęliśmy rozważać tę kwestię "sypania" się organizmu.
- Bo jesz słodycze! - zacząłem.
- Tato, już dawno przestałem...
Nie chciałem wnikać, co to znaczy dawno, skoro Żona twierdzi przy pojawiających się u mnie od czasu do czasu drobnych dolegliwościach, które znikają, że to właśnie jest objaw wyrzucania przez organizm toksyn, którymi się faszerowałem dziesiątkami lat, a twierdzi tak mniej więcej od 10. lat. To mnie czasami oburza i się buntuję, bo ile organizm może wyrzucać, na co Żona twierdzi, że długo. A to dawno i długo zupełnie nie jest określone, więc frustruje.
... - i może dlatego zęby natychmiast się odezwały. - kontynuował.
Tu wykazaliśmy nawet obopólne zrozumienie.
- Coś musi być na rzeczy... - zacząłem niepedagogicznie analizować - ... bo, gdy (jak?!) na ponad tydzień odstawiłem piwo zamieniając je na mleko, to organizm mi natychmiast wysiadł... 
Żona do sprawy podeszła w sposób bezwzględny na zasadzie Nie oszukujmy się! i oprócz toksyn zaczęła uwzględniać wiek Bo kiedyś musi coś zacząć wyłazić i cudów nie  ma!...
 
Syn poinformował mnie, że Rakietowy przysłał mu mailem sporo archiwalnych zdjęć z przykazaniem Przekaż tacie, bo to go zainteresuje! Były na nich, zdaje się, zarejestrowane etapy remontu domu Rakietowego.  A wszelakie remonty domów (mieszkań zdecydowanie mniej), w tym nie naszych, interesują nas z Żoną od 2002 roku (Biszkopcik) i ciągle nie przestają. Te wszystkie wnoszone zmiany przez inwestora, adaptacje, często tak śmiałe, że przekraczają wyobraźnię zwykłego blokowego śmiertelnika, problemy spotykane po drodze natury biurokratycznej i technicznej pokonywane często finezyjnie, a zawsze z dwukrotnie większymi wydatkami niż się planowało, to zmaganie się z oporem natury, walka z fachowcami, wyrwane lata z życiorysu, utrata zdrowia są dla nas fascynujące, a teraz coraz bardziej przerażające.
Rakietowy wyraźnie docenił moje zainteresowanie remontem i piecami podczas mojego pobytu u nich czując, że nie było ono powierzchowne, miałkie, tylko wnikliwe, naturalne i nieudawane. Schlebił mi wysyłając te zdjęcia, więc w pierwszym odruchu poprosiłem Syna, żeby podał mu mój adres mailowy Bo to uprości sprawę przesyłania, ale sekundę później odezwał się instynkt samoobronny i przetrwania. 
- A, broń Boże, nie podawaj  mu! - Wiem, co będzie, bo takich, jak on, nawiedzonych, to znamy wielu. - Zasypie mnie mailami i będę miał przesrane!
 
Wiedziałem, co mówię. 
Zaczynając od nas... Jeszcze niedawno wystarczyło przy nas tknąć temat remontu kolejnego naszego domu, zadać jakieś niewinne, zdawałoby się, i ostrożne pytanie, często takie zdawkowe i uprzejme, a nasz gość (goście) mieli wieczór z głowy. Teraz z takich naszych oszołomskich cech pozostały u mnie, raczej już okazjonalnie, reakcje na pytania A jak to  się stało, że założyłeś Szkołę (ostatnio o to nieopatrznie zapytał Konfliktów Unikający) i Jak to się stało, że siedziałeś w więzieniu? (ostatnio Wnuki, ale tam z racji ich młodego wieku, nie mogłem się rozkręcić), a u Żony kwestie zdrowotne i odżywiania się (nie używa, i słusznie, słowa "dieta", z czym się głęboko utożsamiam). Przy czym różnica między mną a Żoną jest taka, że ona, gdy szybko się orientuje, że w zasadzie drugiej strony to tak naprawdę nie interesuje, natychmiast ze swojego oszołomstwa wychodzi Bo mi szkoda energii na jałowość...
A inne przykłady, pierwsze z brzegu?
Taki Po Morzach Pływający... Wystarczy tknąć w jakikolwiek sposób temat załadunku statku towarem, a wiele godzin można spędzić na szczegółowych tłumaczeniach,  krok po kroku, z wszelkimi niuansami, bo Po Morzach Pływający jest akuratny, co przy jego profesji jest niezwykle istotne.
Albo Ten Który Dba o Auto... Kiedyś, gdy przyjechaliśmy z Naszego Miasteczka do Naszej Wsi, gdy oni z Szamanką tam mieszkali (dwa lata), zajmowali się gospodarstwem i gośćmi nie wspominając o  innych zajęciach (urodziło im się tam pierwsze dziecko), zapytaliśmy, czym się zajmuje w fabryce,  w której pracował. A zajmował się projektowaniem i produkcją chłodnic do wszelkich aut, nawet typu Mercedes. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, czego tknęliśmy. Bo to była pasja Tego Który Dba o Auto i na szczegółach i niuansach spędziliśmy przy stole prawie trzy godziny. Dobrze, że Szamanka podała coś do picia i do jedzenia.
Albo Brat. Sam, niepytany, dotyka jakiegoś tematu i przechodzi płynnie od jednej do drugiej historii. Potrafi to trwać i trwać, ale trzeba mu przyznać, że wątku nie gubi, cały czas trzyma się danego charakteru opowieści. Ale przecież, gdy dany typ się kończy, przeskakuje natychmiast na inny. Też płynnie. A, nie daj Bóg, tknąć temat Ukochanej Drużyny Brata. 
Ewenementem jest tutaj Kolega Współpracownik. Ma wiele oszołomskich zainteresowań (wodniactwo, narty biegówki chociażby), ale to nie ma żadnego znaczenia. Bo można go zahaczyć pytaniem dotyczącym dowolnej sprawy i ma się pewność, że czas zleci, przy czym on jedyny spośród wielu znanych nam oszołomów ma niezwykłą umiejętność przechodzenia z tematu poruszonego na skutek zadanego pytania na inny, który wynika na bieżąco z jakiegoś słowa czy omawianej sytuacji, a potem dalej i dalej, by za jakąś godzinę spotkać się z pytaniem kogokolwiek z obecnych (na pewno nie będzie nim Kolega Współpracownik) Ale zaraz, od czego to się zaczęło?! Wtedy wszyscy żmudnie, łącznie z Kolegą Współpracownikiem dochodzą, co  było na początku i czasami to się udaje.
Wszyscy pozostali trzymają się  swojego tematu z żelazną konsekwencją, no może z wyjątkiem mnie. Też mam inklinacje wątek do wątku, a do tego kolejny wątek...
 (Słowo "wątek" wywodzi się z prasłowiańskiego *ǫtъkъ, oznaczającego nić poprzeczną w tkaninie, pochodzącą od czasownika "wtykać", a z czasem rozszerzyło znaczenie na powiązany ciąg myśli, zdarzeń <w literaturze, dyskusji> czy procesów <w informatyce>. Pierwotnie związane z tkaniem, dziś obejmuje logiczne ciągi w fabule, wypowiedzi, a nawet wątki w programowaniu).
 
Przy okazji stwierdziłem, że na własny użytek skonstruuję definicję  słowa "oszołom", taką autorską, nie podpierając się AI. 
Otóż jest to osoba, która ma jedno lub, rzadziej, kilka równorzędnych zainteresowań, które są ich pasją, z biegiem lat stają się używką, potem narkotykiem. Stają się ich sposobem na życie. O pasji wiedzą wszystko, a nawet więcej, mimo że najczęściej nie jest ona związana z ich życiem zawodowym. Gadaniem na jej temat mogą zajechać odbiorcę na śmierć nie rejestrując wcale w żadnym momencie zbliżającego się tego faktu, często zdziwieni już po nim, że do niego doszło. 
Raczej nie potrzebują pytań pomocniczych, które wyraźnie im przeszkadzają i irytująco wybijają z wywodu. W miarę opowiadania powoli w oczach zaczynają się pojawiać oznaki obłędu, często dla zwykłego śmiertelnika nie do odszyfrowania, a nawet jeśli, to błędnie interpretowane, a łatwo  rozszyfrowywalne przez drugiego osobnika będącego oszołomem w innym temacie. Na zasadzie swój swego...Najgorzej jest, a może najlepiej, gdy spotkają się tacy, którzy omawiają tylko i wyłącznie jeden, jedyny, temat. 
Poza tym najczęściej są to ludzie sympatyczni i serdeczni. Te cechy uwidaczniają się wówczas, gdy (jak?!) drugiej stronie uda się chociaż na krótko wybić oszołoma z jego oszołomstwa.
A teraz AI: 
Oszołom to potoczne, pejoratywne określenie osoby ogłupiałej, zwariowanej, działającej irracjonalnie lub dającej się łatwo omamić; może też oznaczać fanatyka ideologicznego, dziwaka, lub żartobliwie – duży sklep, np. hipermarket. Słowo pochodzi od czasownika "oszołomić", oznaczającego ogłuszenie czy odurzenie. 
 
Syn zaskoczył mnie też swoją prośbą.
- Tato, czy mógłbyś mi podsunąć jakąś ciekawostkę, dla której warto byłoby "dodatkowo" przyjechać do Uzdrowiska?!... - Może otworzyli jakąś knajpkę, albo może śnieg się stopił, albo odwrotnie, napadał...
Obśmiałem się i bezwzględnie obśmiałem go, albo, lepiej, wyśmiałem. 
- Synu, jeśli (jak?!) ty myślisz, że cokolwiek jest w stanie ruszyć twoją żonę do przyjazdu w świetle prawdziwych i wyimaginowanych problemów i niemożności, to naprawdę, udało ci się mnie rozbawić. - Już widzę, gdy (jak?!) Synowa pędzi do nas, bo otworzyli nową knajpkę!... 
Syn dokładnie potrzebował takiej mojej reakcji, żeby rozładować napięcie i wybuchnął śmiechem.
- Ale coś dla was mamy i to nawet od połowy grudnia. - Taki drobny prezent.
- O, to już jest coś! - Syn się zapalił. - To ja ci powiem, co to jest! 
- Możesz mówić sobie, ile chcesz, ale zastrzegam, spotkasz się z mojej strony z głuchą ciszą. - Bo to ma być niespodzianka...
- To jest stalowa patelnia...
Milczałem, jak grób. Co z tego, skoro "trafił", łajza jedna. Na dodatek podpierał się swoim IQ - 160. Nie wiem, czy to możliwe i co by to miało oznaczać, ale wiem jedno - na pewno nie ociężałość umysłową. Przykład takowej mieliśmy w przypadku Q-Gospodyni. Różnica szokująca.
Patelnia stalowa wzięła się stąd, że wielokrotnie po pobycie u Wnuków relacjonowałem Żonie przygotowywanie na nich (chyba mają więcej niż jedna) posiłków. Ponieważ wprowadzenie szkodliwego teflonu do posiłków było dodatkowo wzmocnione przez wyrypane w nich rysy, to oczywiście odchodziła ochota jedzenia. Ostatnio, w poniedziałek, gdy rano miała się odbyć sesja zdjęciowa i cały dom od rana stał na głowie, Syn robił sobie jajecznicę na czymś takim. Słowem się nie odezwałem, bo przecież nie mogłem dokładać mu dodatkowego stresu i frustracji. I nawet nie zapytałem go To jak się ma twoje wysokie IQ do tego, co wyprawiasz? Może by wystarczył zdrowy rozsądek?...
Syn obiecał, że  jutro po wizycie u dentysty zadzwoni do mnie i powie co i jak, a poza tym przekaże mi informacje dotyczące Teścia Syna, który dzisiaj był przyjmowany do szpitala. 
 
I tak oto prześlizgiwałem się nad pisaniem aż do południa.
Na dodatek wcale specjalnie nie wypoczywałem będąc w wewnętrznej sprzeczności sam ze sobą, w dyskomforcie. Tłumaczyłem sobie ten stan, żeby się lepiej poczuć, wybiciem z codzienności związanym z pobytem u Wnuków. Niewiele pomagało.
Po południu nadal trwał stan świadomej ucieczki od pisania. Tu akurat pojawiło się alibi w postaci konieczności dostarczenia do Urzędu Miasta i Gminy druku, w którym deklarowaliśmy takie, a nie inne zużycie wody, żeby urząd mógł nam dowalić na ten rok opłaty za śmieci. Jednak składałem go we wtorek, a nie w poniedziałek, jak obiecałem w piątek sympatycznej pani urzędniczce, która wówczas zasiedziała się w pracy.
Żona wolała poczekać na korytarzu, gdy ja wchodziłem do stosownego pokoju. 
- Zdaję sobie sprawę, że deklarację składam trochę późno... - zacząłem się tłumaczyć sympatycznemu urzędnikowi.
- Eee! - wszedł mi w słowo. - Przecież nie będziemy od razu karać...
Sprawnie uzupełniłem za pomocą pana brakujące rubryki i było po temacie.
Chyba poruszyłem jakiś dziwny temat niezwiązany z deklaracją, nie pamiętam jaki, bo pan zareagował: 
- A może chce pan porozmawiać z burmistrzem, bo dzisiaj jest dzień, w którym przyjmuje interesantów...
Mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.
- Kochanie... - odezwałem się przymilnie do Żony, gdy (jak?!) wyszedłem z pokoju - ... chodźmy jeszcze na górę. 
- Ale po co? - Wolałabym wiedzieć...
Nawet nie dziwiłem się ostrożności Żony. 
- Zobaczysz, zaufaj mi...
Żona, o dziwo, poszła bez szemrania, chociaż przecież miała świadomość, że zaufanie mi, zwłaszcza w urzędzie, należy stawiać na ostatnim miejscu.  
 
W sekretariacie akurat pojawił się Burmistrz, który wyszedł ze swojego gabinetu.
- Dzień dobry, panie burmistrzu! - zagadałem bezceremonialnie z pominięciem sekretarki. - Czy to prawda, że dzisiaj przyjmuje pan interesantów z ulicy?
- Tak, zapraszam, ale chwilę proszę poczekać... - Tylko omówię jedną sprawę.
Pojawił się ten mój pan z dołu i o czymś tam z Burmistrzem deliberowali. W tym czasie oglądaliśmy na korytarzu różne ciekawe zdjęcia, a ja świeżym spojrzeniem patrzyłem na urząd, jego wystrój, korytarze...
- A pamiętasz nasz urząd gminy, gdy załatwialiśmy sprawy związane z Dzikością Serca? - zapytałem Żonę.
Oboje się wzruszyliśmy. Bo to nie był urząd, tylko taki urzędek, malutki, mieszczący się w sporym, co prawda domu rodzinnym, ale przecież... Korytarze wąskie, zagracone, bo gdzieś trzeba było się pomieścić, pokoiki śmiesznie małe, również zagracone papierami, teczkami i segregatorami. I urzędnicy, jacyś tacy swojscy, jakby nieurzędnicy, mili, sympatyczni i pomocni. Same dobre skojarzenia. Ten nasz obecny, jakby z innego, europejskiego świata.
 
Pan "z dołu" wyszedł od Burmistrza i przeprosił (!), że przez niego musieliśmy czekać, a za chwilę do sekretariatu pofatygował się sam włodarz Uzdrowiska i nas zaprosił do siebie. Byliśmy bardzo ciekawi bezpośredniego zetknięcia się z Burmistrzem. Bo znaliśmy go tylko ze zdjęć oraz filmików i tu akurat wizualnie według nas nie wypadał najlepiej z racji swojej postury. Ale jego pewna lekkość fizyczna i energia od razu nas ujęły.
- Jesteśmy mieszkańcami Uzdrowiska od 16. czerwca 2023 roku i mamy pewne wyrzuty sumienia, bo już wtedy, od razu, mieliśmy zamiar podziękować panu za takie sympatyczne przyjęcie nowych mieszkańców... - przedstawiliśmy się. - Nigdzie z taką formą się nie spotkaliśmy, a trochę się przeprowadzaliśmy. - dodała Żona. - Więc teraz nadrabiamy zaległości i bardzo dziękujemy.
- Uważamy, że Uzdrowisko jest najpiękniejszym uzdrowiskiem w Polsce, a trochę po niej pojeździliśmy. - Leżą więc nam na sercu różne jego sprawy i uważamy, że wszystko idzie w dobrym kierunku, ale ponieważ sporo spacerujemy, to widzimy różne mankamenty, często drobne, i o nich chcielibyśmy porozmawiać.
Burmistrz był totalnie zorientowany, co nam mocno zaimponowało.  Od razu, na poczekaniu,  wyjaśniał nam co i kiedy będzie napoczęte lub skończone. I tłumaczył nawet z jakich to środków finansowych. Dowiedzieliśmy się o takich rzeczach, o których "zwykli" mieszkańcy Uzdrowiska chyba nie mają pojęcia. I może to dla nich dobrze, bo powiało grozą. 
A zaczęło  się od tak poważnej sprawy, jaką jest obecny stan dworca  autobusowego. Nie omieszkałem Burmistrzowi opowiedzieć o zdziwieniu turystów i kuracjuszy, którzy razem ze mną wysiadali wczoraj  z Flixbusa. 
- Wyjaśniałem im, że Uzdrowisko jest piękne, ale rzeczywiście dworzec autobusowy dziadowski Ale są plany remontowe. - A przecież jest to wizytówka miasta...
No i co się okazało. Oczywiście, że są już plany remontu dworca, ale zanim to nastąpi...
- Najpierw musi być skończony remont ulicy Citizańskiej, w tym roku... - wyjaśniał Burmistrz. - Wtedy cała infrastruktura dworca zostanie wyburzona, a w to miejsce zostaną postawione baraki, w których będzie działał Urząd Miasta i Gminy.
Widząc nasz szok wyjaśniał dalej. 
- Budynek będzie termoizolowany...
- To nie da się przy tych robotach w nim pracować?... - wszedłem w słowo.
- Nie, bo jednocześnie wewnątrz będzie wymieniana cała instalacja elektryczna. - Zapraszam  więc za chwilę do barako-urzędu... - Dworzec zaś tymczasowo będzie przeniesiony w okolice cmentarza, bo tam przed nim jest trochę miejsca dla autobusów.
- Matko jedyna! - pomyślałem. 
- Gdy wrócimy do budynku, wtedy rozpoczną się prace przy nowym dworcu. - dodał.
Jako obcykany w remontach w myślach szybko policzyłem - dwa lata termoizolacja i wymiana instalacji i kolejne dwa lata, jeśli (jak?!) nie trzy, na nowy dworzec. Więc będzie on dopiero za cztery, pięć lat. Cholera wie, co z nami wtedy będzie... 
Ale o tych przemyśleniach Burmistrzowi nie wspomniałem. Za to potwierdził moje przypuszczenia, że jak najbardziej mogę przygotować wykaz różnych uzdrowiskowych drobiazgów, które kłują w oczy swoim niechlujstwem i bylejakością w trakcie naszych spacerów.
- Oczywiście, możecie państwo przesłać bezpośrednio na moją skrzynkę mailową...
 
Najlepsze w tym spotkaniu miało nastąpić.
- A gdzie państwo mieszkacie? - zainteresował się. 
Podaliśmy nazwę ulicy.
- A to piękne miejsce. 
Zawsze tak uważaliśmy.
- Kupiliśmy od Prominenta i jego żony. - uzupełniliśmy informację.
- A to wiem! - Bardzo piękny dom, wielokrotnie tam byłem i znam. - Nawet niedawno Prominent mnie odwiedził w urzędzie. 
Wiedział, że poprzedni właściciele wyprowadzili się do Metropolii w pobliże Uzdrowiskowej Córki, że Żona Prominenta miała problemy z chodzeniem Nawet po tych kilku schodach... 
I jakby było tego mało, czekał nas kolejny szok. 
- Uzdrowisko podobało się nam "od zawsze", od 25 lat przyjeżdżaliśmy regularnie, aż w końcu postanowiliśmy się tutaj przeprowadzić z Pięknej Doliny...
Burmistrz oczywiście wiedział, o czym mówimy. 
- W 2020 o mało już tutaj nie zamieszkaliśmy...
I opisaliśmy willę, której dół był do kupienia i w której "nad nami" mieszkała  Szczwana Lisica. Oraz Laparoskopowego, który nie mógł zrozumieć, jak również i my, sprzedającej właścicielki, która jakby go nie chciała sprzedać. Mieszkała w Niemczech, na początku Laparoskopowy miał z nią kontakt, ale potem przestała się odzywać i sprawa upadła.
- A, to sprawę znam, jak również Laparoskopowego. - To była moja koleżanka, rzeczywiście przestała się odzywać, bo poważnie zachorowała. - Ale w końcu ten dół kupił jakiś facet ze Stolicy. -  Willa piękna, na dole przez jakiś czas mieszkałem wynajmując go od koleżanki. 
Czy mówienie Jaki ten świat jest mały... nie staje się w tym kontekście banalne i wyświechtane?
 
Żegnaliśmy się serdecznie. Gdy (jak?!) przepraszałem panią sekretarkę, że tak na początku ją bezceremonialnie pominąłem i gdy (jak?!) ze śmiechem zapewniała, że nic się nie stało, Burmistrz wyszedł z gabinetu i podarował nam pięknie wydaną książkę o dwóch dzielnicach Uzdrowiska, które 50 lat temu zostały do niego przyłączone tworząc jeden organizm. Żona poprosiła o dedykację.
Wychodziliśmy niezwykle pozytywnie nakręceni. I dyskutowaliśmy o "poznanym" Burmistrzu.
W naszych oczach zyskał, jeśli w ogóle można mówić, że kiedykolwiek stracił. Podkreślaliśmy jego wiedzę, brak korporacyjnego, urzędniczego, sztucznego i nadmuchanego zachowania oraz zaangażowanie w uzdrowiskowe sprawy, co oczywiście było naturalne przy pełnieniu przez niego tej funkcji, ale jednak robił to jakoś tak naturalnie. Budujące.
 
Trzeba było ten fakt, jak również emeryturę, jakoś uczcić, zrelaksować się w miłych warunkach i dalej bić pianę. Padło na Małą Kawiarnię, tę, od której ostatnio się odbiliśmy. Napoje rozgrzewające i desery, galaretka - Żona, sernik z brzoskwiniami - ja, poprawiały nam dodatkowo humor. Jakby było go mało, zadzwonili Po Puszczy Chodząca i Prawnik Gitarzysta, którzy w obszarze finansów ukazali nam poważne światełko w tunelu.
 
Ledwo weszliśmy do domu, Żona odebrała telefon. Kolejni oglądacze chcieli obejrzeć Tajemniczy Dom. Jutro Bo akurat jesteśmy w Uzdrowisku u rodziny i za chwilę wyjeżdżamy. Żona umówiła się na 13.00. Będę więc z domu uciekał.
Po II Posiłku zadzwoniła Siostra. Głównym tematem stało się jej VIII piętro, na którym mieszka i niedziałająca od miesiąca winda. Rozumiałem Siostrę doskonale, co to oznaczało w ogóle, a przy jej stanie zdrowia w szczególności. Żebym jednak lepiej to zrozumiał opisała mi ten skandal z 10 razy.
- Spółdzielnia ma to w nosie! - Po naprawie winda działa może z dwie godziny i znowu przestaje. - Po kilku dniach niedziałania, sytuacja się powtarza. - A ja ledwo dochodzę do drugiego piętra. - Raz, jak (gdy!) akurat winda przez chwilę działała, wybrałam się do sklepu na zakupy. - A jak (gdy!) wróciłam, winda już nie  działała. - Cudem doszłam na drugie piętro i koniec. - Na szczęście szło trzech młodych
facetów, Turków chyba, bo tu już wokół prawdziwych Niemców nie ma. - I, jak (gdy!) zobaczyli, co się dzieje, zachowali się bardzo kulturalnie. - Jeden zajął się torbami z zakupami, a pozostali dwaj wzięli mnie pod ręce i zanieśli na ósme piętro! - Komisch! - Siostra pękała ze śmiechu. - No, ale po tym teraz boję się wychodzić z domu. - Zakupy robią mi sąsiedzi albo synowa.
I pomyśleć, jak to wszystko się zmieniło. Mieszkaniowe spółdzielnie niemieckie zeszły na psy, za to nasze...
 
Pod wieczór przyszedł sms od Syna.
- Młodsza córka Rakietowego dostała dziś 94% z egzaminu z fizyki i otrzymała ocenę celującą. A kto ją uczył i przygotowywał? Wiadomo...
I drugi: 
(...) 2 miesiące Wnuczuś-II systematycznie tłumaczył... jakby to był Wnuk-I to by było "czego tu nie rozumiesz debilu?! :) (pis. oryg.)
Napisałem do Wnuka-II.
- Gratulacje z powodu wyników koleżanki z fizyki. Jako były belfer podziwiam, bo wiem, co oznacza praca nauczyciela i jego wysiłek, nawet jeśli uczeń jest kumaty! 
We wcześniejszej rozmowie ze mną, jeszcze przed wynikami, Wnuk-II twierdził, że koleżanka świetnie by sobie poradziła i bez niego. Taki jest - ocenia sprawy do bólu realistycznie.
- Dzięki, - odpisał - szczerze mówiąc spodziewałem się, że napisze na 4 albo coś w tym stylu:)
- Tym większa satysfakcja! - kontynuowałem. - A może Ty zostałbyś nauczycielem lub nauczycielem akademickim, bo widzę, że masz ciągoty i predyspozycje? :)
- Myślałem nad tym i na razie nie wykluczam takiej opcji, ale raczej małe szanse.
Jak napisał Syn:
- A taki mały Wnuczuś-II był, żabki w kieszeni w Białogórze na spacer wyprowadzał mając 4 lata...
 
No, naprawdę, jak na jeden dzień sporo wrażeń. Na dodatek pierwszego miesiąca roku, kiedy to jeszcze ciągle składa się życzenia noworoczne. 
 
W odpowiedzi na mojego dzisiejszego maila z 16.17: 
I dlaczego W Swoim Świecie Żyjąca nie pracowała w Naszym Miasteczku, gdy (jak?!) my w nim mieszkaliśmy? Tyle rzeczy nas ominęło!
Dla uporządkowania wiedzy proszę podać różnicę między Smoczkiem a Smoczycą nie pozostawiając pola domysłom.
Emeryt
Ps. Ty nie powinieneś być już na morzach? Nie żebym Cię wyganiał... 
(zmiany moje, pis. oryg.)
 
o 17.13 odpisał Po Morzach Pływający: 
(...)
Somoczyca....  Toyota RAV4 v.III ... samochód Czarnej Palącej
Smoczek... Toyota Yaris II....samochód W Swoim Świecie Żyjącej.
Być może za 2 tygodnie popłynę w kolejny rejs. Zazwyczaj pływam w systemie 4 miesiące na statku,2 miesiące w domu, ale ostatnio zdarza się 4/4 czyli 4 miesiące na statku i 4 miesiące w domu.
Bywa też zupełnie inaczej jeżeli zajdzie taka potrzeba.
PMP (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Przed pójściem na górę trochę zajrzałem do onanu sportowego, tak po łebkach, bez przekonania, bez satysfakcji. 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko. Zaczął wchodzić scenariuszem i sposobem realizacji w pewną głupawkę.
 
ŚRODA (21.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Po porannym rozruchu od razu pisałem, bo mimo, że to  środa, już miałem trzydniowe zaległości i tlące się gdzieś w trzewiach zalążki histerii Czy się wyrobię?!
Jeszcze przed I Posiłkiem odkułem z tarasu czarny lód wyglądający ohydnie. Gdyby nie oglądacze, czekałbym do roztopów. Czerń lodu wzięła się ze śniegu i z popiołu. Wszystko razem najpierw przy topieniu się scaliło, by kilka dni temu zamarznąć. Musiałem użyć szpadla jako głównego narzędzia kującego stosowanego z pewnym wyczuciem (łom odpadał), żeby pod jego uderzeniami nie popękały kafle, łopaty do zgrubnego zbierania i ostrej szczotki, jako narzędzia końcowego. Nawet się przy tym upieprzyłem i zużyłem sporo energii. Gdy już mogłem swobodnie chodzić po tarasie, wytrzepałem wszystkie dywaniki i chodniki z dołu Tajemniczego Domu. Ten tryb obowiązuje od momentu pojawiania się oglądaczy. Tak się umówiliśmy z Żoną, że jeśli wytrzepię, to mogę Tajemniczy Dom opuścić, żeby uniknąć stresu związanego z ich obecnością. Co więcej mogę wtedy udać się z książką do Amfiteatralnej i posiedzieć sobie tam przy Pilsnerze Urquellu. Dzisiaj, żeby wzmocnić siłę mojej dobrej woli, już po I Posiłku, dodatkowo odkurzyłem cały dół. I nawet zdjąłem zewnętrzne świecidełka, bo z racji Dnia Babci i Dnia Dziadka zaczęły wyglądać głupawo.
 
W trakcie prac zadzwonił Brat. Na potwierdzenie swojego oszołomstwa przechodził od historii do historii, od anegdoty do anegdoty, a wszystkie dotyczyły Ukochanej Drużyny Brata. A zaczęło się od informacji, że w stadionowych kuluarach powstaje muzeum tej drużyny. Więc Brat nie dość, że naznosił mnóstwo różnych pamiątek i zdjęć, to jeszcze na gorąco, przy dziennikarzach, opowiadał  różne historie z nimi związane, a już całkowicie zaimponował wszystkim, gdy na jakimś zdjęciu całej drużyny wymieniał imiona i nazwiska i podawał, czy to był wychowanek, czy też pochodził z jakiegoś innego klubu. Obłęd.
Gdy (jak?!) później wywiad ten obejrzeliśmy na FB, padło pytanie do Brata:
- A który to był rok?
- 1974. - odparł Brat. 
- Uuuu!... - wyrwało się dziennikarzowi. Mogło go wtedy jeszcze nie być na świecie.
Brata brutalnie zastopowałem informacją, że zaraz przyjdą oglądacze i jeszcze co nieco musimy ogarnąć. Ale na końcu porozmawialiśmy o Siostrze i o fakcie, że ona mieszka na VIII piętrze, a winda nie działa ponoć od miesiąca.
- Człowieku! - Ona do mnie wydzwania codziennie i słyszę o tym samym już 11. raz. - Teraz nie odbieram już od niej telefonu, bo się wykończę, a jeśli jednak odbiorę, a ona zaczyna znowu o windzie, to przerywam rozmowę mówiąc, że właśnie przyjechał szef, chociaż go wcale nie ma,  albo że muszę iść do kotłowni podrzucić. 
 
Do Amfiteatralnej uciekłem o 12.30. W środku pustki, ciepło i miło przy książce i Pilsnerze Urquellu. 
Posiedziałem z 45 minut, a potem poszedłem na zakupy. Zaliczyłem aż trzy sklepy. W domu byłem z powrotem dokładnie o 14.00 w momencie, gdy goście się zbierali. W holu udało się jeszcze z nimi porozmawiać. Bardzo ciekawie. Para, lat około 45-47, mieszkająca od 25 lat w Londynie. Ona rodem z Uzdrowiska (ma tutaj rodzinę), on rodem z Malborka. 
- Postanowiliśmy wrócić do Polski, do takiego spokojnego miejsca, na przykład, jakim jest Uzdrowisko. - opowiadał. - Wielka Brytania jest stracona dla islamu!... 
Dalsze szczegóły, przecież z pierwszej ręki, były przerażające. Nie mogłem sobie tego wyobrazić.
- Tam już biały człowiek, każdy biały, nie tylko Anglik, ma coraz mniejsze prawa. - Za krytykę w mediach społecznościowych tego, co się dzieje, można pójść nawet do więzienia, podobnie jak za wywieszenie flagi państwowej! - Pan sobie wyobraża?!... - We własnym kraju. - Merami najgłówniejszych miast angielskich są już islamiści!... - Podobnie się dzieje we Francji i w Niemczech.
Potem Żona mi opowiedziała, że on jest budowlańcem, chciałby tu coś rozkręcić, żona prowadziłaby wynajem i by sobie spokojnie żyli. Zdaje się, że nie mają dzieci. On dodatkowo nabił u mnie plusów, bo, jak opowiadała Żona, jemu strasznie spodobała się kuchnia oraz cały warsztat, a obojgu ogród, chociaż teraz jest przecież zamarznięty na kość i przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. Dodatkowo nabił, bo Tajemniczy Dom nazwał sam z siebie Domem Zagadką. A to mi się bardzo spodobało. 
Byliśmy zgodni z Żoną, że to tacy ludzie, którzy w Tajemniczym Domu mogliby być szczęśliwi. 
Mając taką świadomość łatwiej byłoby nam się z nim rozstać. 
 
- Ale ty już dzisiaj jedno piwo piłeś?... zauważyła Żona, gdy po wszystkim zasiadłem przy Zatecky'm przy laptopie.
- Tamto to nie było piwo, tylko Pilsner Urquell... - zauważyłem.
- Aha, rozumiem, tamto to był taki bonus. - Żona się ubawiła. Była w świetnym nastroju, zresztą tak jak ja, bo oglądacze byli fajni. Nawet ja to mogłem stwierdzić, chociaż mój kontakt z nimi był krótki.  A co dopiero Żona.
Po II Posiłku poszedłem po olej kokosowy - dwie paczki, bo ta główna się ociągała. Żona zamówiła dodatkowo jeden słoik u dostawcy gwarantującego dostawę z dnia na dzień i oczywiście przyszły obie naraz - cztery słoiki. Więc jutro nadal będzie normalna Blogowa, bo "stary" kokos dzisiaj się skończył.
 
Pod wieczór do Żony zadzwoniły Robaczki i złożyły życzenia Babci. To kazałem im złożyć sobie życzenia z okazji jutra. 
- To już jutro nie będziecie musieli do mnie dzwonić! - Wystarczy, że macie do obdzwonienia jeszcze trzech dziadków... 
Kubson od razu się znalazł.
- To wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszego Dnia Dziadka!...
- A ty Ofelio jakie mi złożysz Życzenia?
- Też... - usłyszałem z daleka.
Siedziały z tyłu auta, którym Pasierbica wracała do domu po jakichś dodatkowych zajęciach Robaczków. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko
 
CZWARTEK (22.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu zacząłem oglądać drugi mecz Igi Świątek z Czeszką Marie Bouzkovą w Australian Open. W pierwszym Iga wygrała z Chinką Yue Yuan. Tego planowo nie oglądałem.
Tuż przed meczem zadzwonili Wnuczka i Wnuk-V.
- Wszystkiego najlepszego, dziadku, w Dniu Dziadka... - usłyszałem Wnuczkę, która wszystko płynnie wyrecytowała, co mnie nie zaskoczyło, ale oczywiście ubawiło. 
- Dziękuję... - A Wnuk-V też mi złoży życzenia?...
- Tak. - Mów! - usłyszałem rozkaz siostry. Wnuk-V milczał jak zaklęty. - No, mów! - dalej nic. - Mów "wszystkiego najlepszego..."
- Wszystkiego najlepszego... - usłyszałem głosik sterroryzowanego Wnuka-V. 
Stwierdziliśmy z Żoną, że jeszcze rok, dwa, a Wnuk-V da odpór siostrze.
- A przyjedziecie do nas na ferie?
- Taaak!...
- A weźmiecie ze sobą Rhodesiana?
- Taaak!
- A co jeszcze? 
- Ja wezmę sobie przytulankę. - Jednorożca nie, bo on w aucie dosięgałby szyberdachu! - tego nie mógł powiedzieć Wnuk-V.
Córcia wiozła dzieci do przedszkola, a sama jechała do szkoły. Szklanki na drodze nie było, ale mróz tak. 
Iga wygrała 2:0. Oglądałem bez emocji ku zdziwieniu Żony. 
- To chyba lepiej, że wygrała... 
- Tak... - odparłem nadal bez emocji. 
 
Przed I Posiłkiem i po nim pisałem. I jednocześnie korespondowałem z Teściową Syna. Teść Syna od 08.00 był już na sali operacyjnej. Miał być już wczoraj, ale inne operacje się przedłużyły... Najważniejszy teraz jest oczywiście on, a w tej sytuacji prawdopodobieństwo jutrzejszego przyjazdu Syna i Synowej znacznie spadło.
Teść Syna już w okolicach 11.30 był po operacji i się wybudzał w swojej sali.
Zadzwoniłem do Syna. Dentysta przy zębie nic nie zrobił. Okazało się, że ból wynika z dziąsła. A co dalej, nie wiadomo. 
Synowa poinformowała mnie, że decyzję o jutrzejszym przyjeździe podejmie dopiero dzisiaj pod wieczór Bo jeszcze, tato, Wnuk-II, dzisiaj ma mieć wizytę u ortodonty... 
Wnuk-II oraz Wnuk-IV skorzystali z okazji i złożyli mi życzenia. Z Wnukiem-II krótko rozważyliśmy znaczenie nauczyciela w procesie nauki (a propos przygotowania przez niego jego koleżanki do egzaminu z fizyki), a Wnuk-IV uważał za stosowne wytłumaczyć się, dlaczego nie jest w szkole.
- Dzisiaj spałem tylko 5 godzin...
Nie dopytywałem, dlaczego, bo z nim nigdy nic nie wiadomo, i przezornie wolałem nie trącać struny, która mogła grozić jego irytacją. Co najmniej...  
 
Zadzwoniła Bratanica. Jechała do pracy. 
- Dopiero o tej porze?... - wydziwiłem się.
- Trzeba wiedzieć, jak się ustawić... - śmiała się.
Gra w którejś lidze żeńskiej siatkówki, a oprócz tego w amatorskim zespole męskim razem z Siatkarzem.
- Jestem tam jedyną babą i gram na pozycji libero.
- O, to na tych chłopów w szatni to się napatrzysz?!...
- Trzeba wiedzieć, jak się ustawić... 
Na studiach pozaliczała połowę semestralnych egzaminów, a gdy tylko ruszy ekstraklasa, dzięki pewnej koleżance, będzie brała udział przy organizacji meczów Górnik Zabrze - Lech Poznań i GKS Katowice - Widzew Łódź. A to już nie w kij dmuchał. Pomijając jej sportowe zainteresowania, to udział w takich pracach jest zgodny z jej kierunkiem studiów. 
 
Była piękna wyżowa pogoda, więc z Pieskiem wybraliśmy się na spacer połączony z małymi zakupami. Ledwo wróciliśmy, a już z życzeniami dzwonił Wnuk-III. Tak się składa, że ostatnio z nim mam najlepszy kontakt, bo sam na sam przebywam z nim najdłużej. Sprzyjają temu moja wspólna z nim  jazda do Metropolii, gdy ja wybieram się na dworzec, żeby wracać do  Uzdrowiska, a on jedzie w poniedziałki na rehabilitację. A ponieważ lubi gadać i słuchać moich historii, to kontakt jest więcej niż fajny. Poza tym wzrostem dogania już najwyższego Wnuka-I, więc tkwi we mnie takie poczucie, że mam do czynienia z mężczyzną, chociaż to jeszcze dzieciuch (w lutym 15 lat).
Po życzeniach wymienialiśmy się dowcipami. Ostatnio mamy taką fazę. Gdy wracam do domu, cytuję mu z Angory odpowiednie, takie nadające się, już trochę surrealistyczne, bo kuma.
- Dwa sprzedałem w szkole... - poinformował.  - A, dziadek, opowiedzieć ci nowy?...
Nowy okazał się starym, jak świat, ale go o tym nie uświadamiałem, żeby nie psuć. Mówił o trzech sąsiadach, o logice i o puencie Masz psa? - Nie. - To jesteś gejem!, a stara, "moja" z czasów PRL-u, o trzech milicjantach, o tej samej logice i o puncie Masz akwarium? - Nie. - To jesteś pedałem!
Chyba niedługo będę już mógł mu opowiedzieć jeden z licznych dowcipów o tym, jak blondynki psują kawał:
W pewnym towarzystwie facet opowiadał dowcip: - Proszę państwa, czy wiecie, jak się łatwo da złapać strusia? - To proste. - Bierze się łysego faceta, zakopuje w piasku tak, żeby mu łysina wystawała. - Struś, gdy nadejdzie, pomyśli, że to jajo, więc siądzie, żeby wysiadywać. -  A wtedy łaps!...
Strasznie się ten dowcip podobał blondynce, więc znacznie później, w innym towarzystwie zapytała: 
- Proszę państwa, czy wiecie, jak się łatwo da złapać strusia? - To proste. - Bierze się łysego faceta, zakopuje w piasku tak, żeby mu wystawały jaja. - Struś, gdy nadejdzie, pomyśli, że to jaja, więc siądzie, żeby wysiadywać. -  A wtedy łaps!... - Tylko, zaraz, po co ten facet miał być łysy?...
 
A pamiętam Wnuka-III, takiego półtorarocznego, ledwo chodzącego, trzymającego się przy tym a to kanapy, a to krzesła,  czego się tylko dało w podjętej, samodzielnej marszrucie, takiego z charakterystycznymi śpiochami wypełnionymi zwisającym z racji ciężaru pampersem, też charakterystycznym.
Gdy przychodziłem do Syna i Synowej, zamykałem się w jednym z pokojów z całą trójką (Wnuka-IV jeszcze nie było na świecie) i odbywał się armagedon. Przy wrzaskach i piskach miotałem chłopakami rzucając ich na kanapę, jednego na drugiego, bez litości, zwalałem z nóg uderzeniem poduszki, więc efekty bywały różne, ale starsi bracia dawali radę. Za to Wnuk-III jako najmniej mobilny i najmniej rozumiejący, że może się polać krew, często dostawał przypadkowo, oczywiście, łokciem, kolanem lub dłonią od któregoś ze swoich braci, rzadziej od dziadka, który starał się na malucha uważać. Rozlegało się wtedy wycie, które mogłoby trwać nie wiedzieć, jak długo, ale Wnuk-III szybko się orientował, że szkoda na nie czasu, skoro bracia i dziadek nic nie robiąc sobie z jego stanu nadal się miotają, walczą i tłuką. Więc bardzo szybko wracał i pchał się do rozróby. Do następnego wycia... 
Trzeba przyznać Synowej, że nigdy w trakcie kolejnych wyć Wnuka-III, nie wpadała do pokoju i nie interweniowała. Może rozsądnie powstrzymywał ją Syn hołdując zasadzie, że trochę krwi tylko chłopa wzmocni. 
 
Po I Posiłku pisałem. W trakcie zadzwonili Syn i Synowa. Podstawowa wieść była taka, że nadal bardzo  chętnie do nas przyjadą. Ale...
- jutro o 20.00 syn ma wizytę u dentysty, przyspieszoną o tydzień względem planowanej, bo jednak dziąsło lub szlag wie co mocno go bolało,
- Wnuk-II ma wstawione śrubę/śruby (nie wiedziałem i nie wiem, o co chodzi i wolę sobie nie wyobrażać) pod przyszły aparat ortodontyczny i w takim stanie jutro z kolegami ze skautów jedzie na Hel, więc dobrze byłoby go wyprawić, a wraca w niedzielę. 
- Większość czasu spędzą w pociągu... - zauważyłem.
- Tato, a tobie w ich wieku to by przeszkadzało?... 
W związku z tym oboje by przyjechali do nas w sobotę do południa, a wyjechali w poniedziałek do południa, bo Wnuka-III czeka w poniedziałek wyrywanie dwóch ósemek. A może jednej?... I tak wkoło Macieju... 
Z innych istotnych wieści to ta, że Teść Syna odzyskał władzę w nogach, wszystko odbyło się według sztuki i być może wypiszą go jutro lub pojutrze. Wieści o drugim dziadku uzupełnił za jakiś czas Wnuk-I, który zadzwonił do mnie z życzeniami.
- Jest całkiem normalny, kontaktowy i ocenił swoje samopoczucie na dostateczny plus... - Wnuk-I łapał konwencję.
Rozmawialiśmy o sesji egzaminacyjnej. A jest różnie, bo chociażby to, co wydawało się, że poszło mu dobrze, okazało się nie całkiem takim.
- Ale ekologię to pójdę reklamować, bo z niej, uważam, jestem bardzo dobry, znam się, tylko ten system jest głupi!... 
Tedy otrzymałem komplet życzeń, od ośmiorga Wnuków. No, nieźle... 
 
Wieczorem obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu Lepko.
 
PIĄTEK (23.01)
No i dzisiaj wstałem o... 04.40.
 
Wczoraj po serialu Żona naopowiadała mi historii o dawnych ludziach, którzy spali na dwie raty. Nie wiedziałem, skąd je wzięła, ale  czy to ważne?... Wiedziałem, że bzdur by mi nie opowiadała.
- Gdy, na przykład, o 04.00 czuli się wyspani, to wstawali. - A ponownie kładli się spać na dwie, trzy godziny w okolicach 13.00-14.00. - Coś jak ty czasami, ale w większej skali. - Obecne spanie, "do budzika", jest wytworem cywilizacyjnym... - "Trzeba" spać do czasu wstawania przed pójściem do pracy, bo gdyby wstawało się wcześniej, to co tu robić z czasem?... - No i w południe nie ma szans na spanie... 
Bardzo mi zaimponowało, że niespodziewanie jestem mądry mądrością dawnych ludzi. 
Więc dzisiaj szeptem poinformowałem Żonę, że wstaję, że jest 04.40, żeby się nie dziwiła, a w razie czego to sobie jeszcze pośpię w południe. Wiedziałem, że ją tym szeptem wybudzę i że od razu w temacie będzie przytomna, bo tak ma.
- No tak, wczoraj ci naopowiadałam...
- Dobranoc... - przerwałem potencjalny dłuższy wywód, co ją tylko rozśmieszyło i  chyba bardziej rozbudziło.
Oczywiście od razu "słyszałem" Justusa Wspaniałego, gdybym opowiedział mu całą historyjkę A kto ci takich bzdur naopowiadał?! - Żona?! - od razu wiedziałby kto. - Ha, ha, ha! 
Reszta poranka przebiegła standardowo. Po rozruchu pisałem, nawet przytomnie. A Żona wstała normalnie, jak współczesny człowiek, zdaje się, bo trochę jeszcze spała, a trochę słuchała audiobooka.
 
Praktycznie cały dzisiejszy dzień spędziłem na pisaniu, żeby się wyrobić. Przerwy były poświęcone tylko posiłkom, noszeniu bierwion, wyjściu do Biedronki i godzinnemu spaniu zgodnie z systemem pierwotnych ludzi.
Wieczorem obejrzeliśmy ostatni odcinek serialu Lepko. Serial zakończył się w sposób "otwarty" przewidujący swoją fabułą ciąg dalszy. Ale, jak napisałem wcześniej, producenci zrezygnowali z kontynuacji po pierwszym sezonie. Chyba dlatego, że był głupkowaty, a główni bohaterowie takimi ciamajdami i jonaszami. Jednak, gdyby (jakby?!) była kontynuacja, być może oglądalibyśmy właśnie przez to niewyobrażalne ciamajdostwo i jonaszostwo. Bo one na swój sposób wciągały.
(pomijając kontekst biblijny „Być jak Jonasz” oznacza w znaczeniu potocznym bycie osobą przynoszącą pecha lub kłopoty otoczeniu, przy czym samemu wychodzi się z nich bez szwanku). Wypisz, wymaluj...  
(Szwank <z niem. Schwankung> to rzadziej używane, książkowe słowo oznaczające szkodę, krzywdę, uszczerbek, stratę, często odnoszące się do zdrowia, honoru, reputacji lub jakości, występujące głównie we frazeologizmach takich jak "doznać szwanku", "narazić na szwank", czy "wyjść bez szwanku", podczas gdy pochodne "szwankować" <np. "zdrowie szwankuje"> jest bardziej powszechne, oznaczając niedomaganie, psucie się, czy złe funkcjonowanie)
 
SOBOTA (24.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.00.
 
Świadomie, na alarm.
Musiałem do meczu Igi, do 09.00 wyrobić się z pisaniem i z innymi porannymi sprawami, no a potem należało się spodziewać przyjazdu Syna i Synowej. Chociaż ich przyjazd był niepewny aż do momentu,  kiedy (jak?!) nie pojawią się w drzwiach. Ich silnia jest mordercza. Wczoraj wieczorem, już w łóżku, gdy (jak?!) Żona się upewniała pytaniem To jutro przyjedzie Syn i Synowa? odpowiedziałem, że nie wiadomo właśnie argumentując w ten sposób. Zgodziła się.
Z pisaniem do meczu Igi byłem na bieżąco. Mogłem więc przy I Posiłku oglądać spokojnie. Iga wygrała 2:1 z Anną Kalinską (Rosja), ale emocji w sobie nie miałem, bo to ciągle nie ta Iga. 
W trakcie korespondowałem z Synową i oddzielnie z Synem. Jego gnębiłem pytaniami, czy już zapakował do bagażnika Pilsnera Urquella. Po ostatnim takim moim pytaniu nie wytrzymał:
- Chryste Panie... 
Pamiętam z katechizmu, że nie należy Pana Boga wzywać nadaremno. Ale "Panie" napisał dużą literą, a nie z dużej litery...
- Gdy (jak?!) będzie w bagażniku, zamilknę!
Sam mi mówił, żebym przed wyjazdem mu przypominał. 
Synowa zaś dopytując o różne rzeczy napisała:
- (...) wszystkie znaki na niebie wskazują, że przyjedziemy. 
Przy czym opisywała, co działo się po drodze i co sumarycznie pokonali. 
Ale dopóki nie staną w drzwiach... 
W końcu Syn napisał:
- PU w bagażniku 
Prawdopodobieństwo przyjazdu wzrosło. 
Kolejny sms informował, że wystartowali i powinni być o 13.30. Przyjechali o 13.40. Ufff!
 
Syn od razu wjechał na podjazd, bo goście powyjeżdżali na wycieczki, a po wniesieniu bagaży pojechaliśmy na bezpłatny parking, żeby wymienić ich auto na nasze.
Po wielu podejściach moich i Syna w końcu przywiózł mi wreszcie moją skrzynkę Pilsnera Urquela.
- Ale, tato, uzupełniłem jej stan, bo tak głupio mi byłoby wręczać ci ją z kilkoma pustymi miejscami.
Puste miejsca wzięły się stąd, że za ostatnim moim pobytem u Wnuków, trochę ją uszczupliłem. 
Oczywiście od razu zacząłem oprowadzać po domu Synową. To znaczy łazili za mną wszyscy. Ale skoncentrowaliśmy się tylko na dole i na naszej górze. Piwnice, ogród, no i apartamenty zostawiliśmy sobie na później. I tak wystarczająco było co opowiadać.
- A ja myślałam, że nie ma już takiej osoby z rodziny, czy spośród naszych bliskich znajomych, której byś nie oprowadził... - Żona skomentowała ku uciesze Syna i Synowej. - A tu taka gratka!...
I od razu  wręczyliśmy z Żoną prezent - ... stalową patelnię. 
 
Dość wcześnie wybraliśmy się do Lokalu z Pilsnerem II, bo wszyscy nagle zgłodnieli. Myśleliśmy z Żoną, że to będzie spore i miłe doświadczenie dla Syna i Synowej, a okazało się, zwłaszcza ku mojemu zdziwieniu, że oni wolą bardziej takie swojskie klimaty. Co do wystroju wnętrza i kuchni. A myślałem, że Syna znam.
To nie oznaczało, że czas spędziliśmy nieciekawie, a potrawy im nie smakowały. Wręcz odwrotnie. Ale przede wszystkim liczyło się towarzystwo, wspólne przebywanie i aura.  Oczywiście od razu naszej kelnerce przy wejściu szepnąłem, że dzisiaj przyszliśmy z moim synem i synową. Przy zamawianiu Syn uważał za stosowne napomknąć o naszych koligacjach rodzinnych, a usłyszawszy od pani Już wszystko wiem trochę się załamał. 
 
W domu Syna natychmiast dopadł ból głowy. Po analizie stwierdziliśmy, że to przez wino, które wypił. On raczej, jeśli pije alkohol, to sporadycznie i w śmiesznych ilościach. A tu nie dość, że  otrzymał sporą lamkę  czerwonego wytrawnego chilijskiego, które zgapił od Żony, bo mu posmakowało, to jeszcze zrobił to w proporcjonalnie krótkim czasie. Czyli otrzymał prawie dosis letalis.
Ale po pół godzinie spania w Bawialnym był jak nowy. Mogliśmy zagrać w kierki. Niestety, Syn, jak zwykle, był czwarty. Na przestrzeni gier jest tym faktem ciągle zniesmaczony, sfrustrowany i nie rozumie, dlaczego tak się dzieje, skoro on taki brydżysta... Ja byłem pierwszy, Synowa druga, Żona trzecia.
Zrobiło się późno, jak na nas, ale daliśmy się chętnie wciągnąć w gadki. W końcu jednak o 22.30 poszliśmy na górę. Dzieci spały w bawialnym.
Nawet jeszcze trochę poczytałem. 
 
NIEDZIELA (25.01)
No i dzisiaj wstałem o 08.30.
 
Też tak potrafię, jeśli (jak?!) trzeba. 
A trzeba było, bo Dzieci przyjechały na urlopik, na wypoczynek i trzeba było dać się im wyspać. 
Na Blogowych (wszyscy!, co mnie u Dzieci pozytywnie zaskoczyło) i na gadkach zeszło do 11.00. 
Ciekawe, bo ani Synowa, ani Syn nie byli głodni. 
Około 11.00 wyjeżdżali goście z dołu. Poszedłem się z nimi pożegnać i od razu, już na drugim stopniu o mało się nie wyglebiłem, bo nocna mgła była się skropliła i to skroplone natychmiast zamarzło.
Zgrozą było w takich warunkach jechać. Więc z tego powodu Dzieci musiały zmienić poposiłkowe plany i zrezygnować z wyjazdu, aby zwiedzić Orańskie Miasteczko, Tyrolską Wieś, Uzdrowisko II, III lub IV. Oczywiście nie wszystko naraz, bo by się nie dało, ale, o dziwo, mimo że chcieli coś zwiedzić, równocześnie nie palili się do wyjazdu. Ślizgawica temat zamknęła.
Pozostała wersja pod tytułem "ich spacer", większy lub mniejszy, na który wybrać się chcieli, jak najbardziej, a jednocześnie się do niego nie palili. A czas płynął na koncentracji życia przy kuchni emanującej rozleniwiającym i demoralizującym ciepłem.
 
I Posiłek zjedliśmy bardzo późno. My to pal diabli, ale jak się zmieniło Synowi i Synowej... Tłumaczyli, że to przez te syte Blogowe. Ja im zrobiłem po twarożku, a Żona wszystkim jajecznicę na kiełbasie. I tym bardziej rozleniwieni nie kwapili się na jakiś spacer. Po co, skoro w domu aura pod każdym względem była miła.
Gdy wyjechali goście z góry, mogłem podjąć dalsze oprowadzanie Synowej. Ale oczywiście i Syn, i Żona snuli się za nami. Po czym zeszliśmy do podziemi, do piwnic. A tych ci u nas bezlik i to był przedmiot szczególnej zazdrości i westchnień Synowej Gdyby u nas chociaż jedna taka... Bo ich dom nie jest podpiwniczony. Stosunki wodne uniemożliwiają.
Niedługo potem wszystko stało się jasne i Syn, i Synowa nie mogli dłużej się okłamywać. Żadnych głupich spacerów i wycieczek, skoro przy cieplutkiej kuchni, z żywym ogniem, można było sobie tak pogadać. 
 
Jednak po II Posiłku przygotowanym przez Żonę, Synowa wyszła z domu. Bo niedziela i msza św. o 17.00. Twarda sztuka! Syn zaś zaległ na godzinę w górnym apartamencie, w którym mieli dzisiaj spać, bo dalej usuwał dosis letalis.
Spotkaliśmy się w Stylowej. Taki zlot gwiaździsty. Synowa z kościoła, my z domu. Nasza droga była wystarczająca, aby Syn doszedł do siebie całkowicie. 
W Stylowej pustki, co Żona kocha, a mnie było trochę smutno, że tak bez życia. Dzieciom to zdaje się nie robiło różnicy, chociaż ogólnie Syn woli ciszę, bo ma nadwrażliwość słuchową (hiperakuzja) i często się zdarza, że słysząc zbyt dokładnie i za wiele z tego, co się wokół dzieje, zakłada korki do uszu. 
(hiperakuzja to nadwrażliwość słuchowa polegająca na obniżonej tolerancji na dźwięki o normalnym natężeniu, które są odbierane jako nienaturalnie głośne, nieprzyjemne, a nawet bolesne
Wieczorem ponownie zagraliśmy w kierki, bo Syn musiał się odkuć. I nawet w pewnym sensie mu się udało, bo był drugi. Przełamał wreszcie klątwę IV miejsca. Ja byłem znowu pierwszy, Synowa trzecia, a biedna Żona... W trakcie gry dorzuciłem jej króla kier, za 150 pkt. Kto zna grę, ten wie, jakie to było świństwo.
 
Na górę, jedni i drudzy, poszliśmy o 23.00. Ale zasnąłem sporo po tej godzinie, bo jeszcze czytałem.    A więc, nie jest jeszcze ze mną tak źle... 

PONIEDZIAŁEK (26.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
Mogłem tak wcześnie, bo Dzieci spały w górnym apartamencie, więc poranny rozruch odbył się w psychicznym komforcie. Nikomu nie przeszkadzałem i nikogo nie budziłem. 
Żona pojawiła się na dole godzinę później. A Dzieci?  Miały wstać o 08.30, a jeszcze o 08.50 na górze panowała  głucha cisza. 
 
O 06.54 napisał po Morzach Pływający.
Ale jazda. Szklanka na drodze, a służby drogowe śpią. Nawet pociągi mają opóźnienia. W Swoim Świecie Żyjąca jedzie do sąsiedniego miasteczka, ale pociągiem. (zmiany moje)
Pocieszyłem go, że u nas jest to samo. Rano, w ramach rozruchu, schody prowadzące do Tajemniczego Domu posypałem popiołem. Pamiętając co się wczoraj działo przy pożegnaniu gości, nie chciałem kusić losu. Zabawne, bo za chwilę pojawiło się słońce, temperatura dobiła do +4 i szklanka się roztopiła. 

Pierwsza zeszła Synowa. Musiała się już u nas dobrze czuć, skoro ranek zaczęła w swoim domowym rytmie pitno-jedzeniowym robiąc sobie różne rozruchowe napoje. Syn się pojawił za dobre pół godziny. Nie śmiałem go budzić, chociaż wczoraj wieczorem deklarował, że dzisiaj koniecznie(!) muszą wstać o 08.30, bo trzeba(!) wyjechać o 10.30 ze względu na warunki drogowe i na to, żeby zdążyć odebrać z rehabilitacji Wnuka-III i zawieźć go do dentysty na rwanie dwóch ósemek, a potem... 
Obudziła go żona. Reszta przebiegła gładko -  Blogowe i I Posiłek, u Dzieci dwuczęściowy. Nawet udało się przeprowadzić trzecią część oprowadzania Synowej, czyli zejść we dwoje do ogrodu, zobaczyć Bystrą Rzekę i szklarnię.
Oczywiście czas przy gadkach przeciekał między palcami, ale i tak udało się Dzieciom wyjechać o 10.45.
A mnie nawet udało się obejrzeć ostatniego gema meczu między Igą, a Australijką Maddison Inglis. Iga wygrała 2:0, czego wcześniej byłem pewny,  jak również tego, że Iga w ćwierćfinale odpadnie, bo ostatnio tak ma. A, gdy (jak?!) zobaczyłem, że zagra w nim z Rybakiną, stawiałem niczym AI - 80% na Rybakinę, 20% na Igę.
Gdy (jak?!) byliśmy w trakcie przygotowywania górnego apartamentu (nagle jakaś para z dwójką dzieci zdecydowała się uzupełnić wyrwę w naszym wynajmowalnym kalendarzu i przyjechać), napisała Synowa, że właśnie odebrali Wnuka-III I jedziemy dalej. Kamień z serca.
 
Po południu pojechałem do Uzdrowiska w sprawach - zakupy, biblioteka, zawiezienie prania. Po powrocie pisałem. 
Po II Posiłku czekaliśmy na gości. Najpierw mieli przyjechać o 14.00, potem napisali, że będą o 17.00-18.00, a potem napisali, że o 18.30. Byli o 18.45.
Wyszedłem wcześniej przed dom, żeby gości od razu dobrze pokierować, ale mimo mojego machania ręką auto zaparkowało na płatnym parkingu. Z samochodu wysiadła pani, lat około 40, szczupła, sposobem bycia i energią przypominająca mi Córcię. Łapała wszystko w lot i przyjmowała różne informacje jako coś oczywistego i normalnego, ani się nie dziwiła, ani "oburzała", ani protestowała. 
Za to ja się zdziwiłem widząc tylko trzy osoby, czyli ją i dwóch synów.
- A myślałem, że będą cztery osoby... - Żona nawet przygotowała cztery komplety pościeli...
- Nie, dlaczego? - zrobiła to tak, że pytanie nie było pytaniem.
- A ta rejestracja, oprócz tego, że ze Stolicy, to skąd?
- Stolica Śródmieście.
- O, czyli nie mieszka pani na Żoliborzu?
- Dlaczego?... - powtórzyła pytanie w specyficzny sposób.
Ta forma pytania, to taka skrótowa, młodzieżowa, może korporacyjna, podszyta zdziwieniem z wyczuwalną negacją, która rzeczywiście zaraz po tym następuje, forma w którą nie wkłada się zbyt dużo wysiłku. Mistrzem w takiej reakcji jest Wnuk-II.
Bo przecież mogłoby paść A dlaczego pan pyta?, albo A dlaczego  pan tak uważa? albo nawet mniej grzeczne A skąd ten pomysł?
- No, bo tam mieszka Ten Pan. - wyjaśniłem.
- Właśnie mieszkamy na Żoliborzu, auto nieprzerejestrowane, a oni mają szkołę 150 m od tego Pana. -śmiała się, ale w swój wyważony, stonowany sposób. 
 
Z auta wygramolili się młodzieńcy. Jak się okazało, jeden siódmoklasista, drugi piątoklasista. Z wielkim trudem przyszło im się przedstawić. Jak dobrze, że okrzepłem przy wnukach w tym wieku.
- A jacy jesteście z matematyki? - zacząłem standardowo... - Bo chciałem wam zadać zagadkę. 
Ponieważ coś dukali pod nosem, matka wzięła w swoje ręce odpowiedź.
- Dobrzy, niech pan spróbuje...
- To ile to jest 2+2x2?
- 6 - obaj odparli natychmiast i równocześnie. Ale ułamek sekundy wcześniej najpierw wyrwał im się z ust stłumiony śmiech - suma pobłażania, lekceważenia, kpiny, nonszalancji, ironii, zadufania, zuchwalstwa, braku ogłady i szacunku, i arogancji nawet. Miałem za swoje. Krótko mówiąc - wyszedłem na starego idiotę. Takiego zgreda...
Resztę spraw związanych z wprowadzeniem przejęła Żona, a ja wróciłem do pisania. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił dwa razy.
W tym tygodniu Berta zaszczekała trzy razy jednoszczekiem. W środę rano, oczywiście wtedy, gdy Pani o niej zapomniała i Piesek tkwił na tarasie pod drzwiami. A w piątek dopadło mnie to samo. Zapomniałem o Piesku tylko na chwilę i natychmiast, gdy (jak?!) tylko sobie przypomniałem, rzuciłem się do drzwi. Było jednak za późno. W połowie drogi dopadł mnie natrętny, lampucerowaty jednoszczek. W poniedziałek zaś zapomnieliśmy o Piesku oboje. Głęboki, lampucerowaty dźwięk nie pozostawiał wątpliwości.
Godzina publikacji 20.54.
 
I cytat tygodnia: 
Wątpliwości nie są przeciwieństwem wiary - są jej elementem. - Paul Tillich (niemiecki teolog i filozof, po 1933 działający w USA, uznawany za jednego z najbardziej wpływowych myślicieli protestanckich XX w.)
To tak dla zaakcentowania pobytu Syna i Synowej u nas w Tajemniczym Domu. 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

19.01.2026 - pn - dzień publikacji
Mam 75 lat i 47 dni.
 
WTOREK (13.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.30. 
 
Po porannym rozruchu zabrałem się za cyzelowanie wpisu. I rozpocząłem nowy. Takie życie blogera.
Wczoraj wieczorem, jakby nawiązując podświadomie do opisywanych przeze mnie niemożności i różnych ustaleń odbywających się w mękach, odezwała się Pasierbica. Kubson jednak zdecydował się na wyjazd na jakiś obóz w drugiej połowie ferii. A to by oznaczało, że w planowanym czasie Krajowe Grono Szyderców nie zawita do nas przywożąc Robaczki i to by oznaczało, że nie będzie Q-Wnuków u nas przez cały planowany i oswojony już przez nas tydzień. W "zamian" padła propozycja, że Robaczki przyjechałyby do nas 28. stycznia (należałoby po nie pojechać), a rodzice odbiorą je 1. lutego.
Oczywiście nie ma sprawy. Nawet w sytuacji, w której Gołąbeczki przyjadą 30. stycznia, a wyjadą        1. lutego. Z kolei termin przyjazdu Gołąbeczków wziął się stąd, że ten weekend się zwolnił. Bo pierwotnie miała w nim przyjechać Córcia z dziećmi i z Rhodesianem. Ale już po "pewnym" (od słowa "pewność") ustaleniu terminu "przypomniała" sobie, że ma studniówkę, więc przyjedzie 2. lutego.
 
Wszystko to rozumiem, bo takie jest teraz współczesne życie. Nadmiar! Ale moje zrozumienie nie oznaczało, że dalej brnąłbym w kolejne ustalenia, bo mógłbym wykończyć się psychicznie. Żeby zminimalizować powstające natychmiast we mnie zmęczenie i poczucie żmudnego i ciężkiego popychania spraw przyjąłem strategię "Ja się dopasuję do wszystkiego", a Żona od razu podjęła się ustalania wszelkich szczegółów wiedząc, że gdybym to robił ja, to dopiero by zaiskrzyło, a wynikiem byłby chaos, no i ciężka atmosfera. A przecież wszyscy mają dobrą wolę i chcą, aby było przyjemnie. 
Najgorsze jest więc to, że do niczego, do żadnych ustaleń nie można się przywiązywać, a z czymś takim trudno jest mi funkcjonować, bo nie mam opanowanej sytuacji, a o tym, co się ze mną wtedy dzieje, już pisałem.
Gdzie te czasy, przecież jeszcze nie tak całkiem odległe? Nie mówię nawet o XIX wieku, czy przełomie na XX, a na pewno nie o czasach wcześniejszych. Mówię o czasach mojego dzieciństwa. Wszelkie ustalenia rzadko kiedy podlegały zmianom. Jeśli nawet, to naprawdę na skutek poważnych okoliczności - choroby, śmierci. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Co to był za komfort, skoro tak poważna rzecz, jak choroba trafiały się jednak rzadko, a tym bardziej śmierć. Listy, tam i z powrotem, często tylko dwa, napisane odpowiednio wcześnie, nawet kilka miesięcy przed planowanym faktem, były wiążące i święte.
Wiem, inne czasy i brak wówczas tylu różnych możliwości. Ale odnoszę wrażenie, że w obecnych, "szybkich",  ten nadmiar dostępnych możliwości oraz pewność natychmiastowego skontaktowania się (telefony, smsy, maile, messengery, whatsappy, skype'y i chyba inne komunikatory, o których nie mam zielonego pojęcia) spowodowały łatwość umawiania się i jego bylejakość, czyli posiadanie trwale już wdrukowanej świadomości, że w razie czego, łatwiutko da się wszytko odwołać, zmienić. Bo o co chodzi?!
 
Przed I Posiłkiem pisałem, a zaraz po nim poszliśmy we troje na urokliwy, bo zimowy, biały i o jednominusowej temperaturze spacer do Uzdrowiska Wsi. Gdy wróciliśmy, przygotowywałem się do odgruzowania na 100% (!) (Kolego Po Morzach Pływający). Do górnej, gościnnej łazienki przeniosłem wszystkie niezbędne akcesoria, dogrzewałem ją, a czas oczekiwania na właściwą temperaturę poświęciłem na noszenie bierwion.
W trakcie odgruzowywania się Córcia przysłała dwa budujące zdjęcia. Jej Subaru wyraźnie leżało w rowie, równolegle do osi jezdni, która była jedną wielką szklanką. Tekst też był budujący.
- Taki miałam dzisiaj poranek w drodze do pracy:) 
To wszystko znaczyło, że żyła, a sądząc po ustawieniu auta, które jednak głęboko do rowu nie wpadło, że raczej nic się jej nie stało. 
Zadzwoniła za jakiś czas od razu na wstępie pękając ze śmiechu. Okazało się, że nie był to śmiech nerwowy, którym odreagowuje się stres i spadek adrenaliny, tylko rzeczywiście sumarycznie nic się zupełnie nie stało. No, może tylko tyle, że na pierwszą lekcję nie zdążyła, ale drugą prowadziła już normalnie. 
Była mniej więcej w połowie drogi do szkoły jadąc na szklance 36-40, gdy z naprzeciwka zaczął się zbliżać samochód jadący środkiem szosy, który nie miał zamiaru nic zrobić z tym stylem jazdy, tu zjechać na swój pas. Za kierownicą Córcia ujrzała panią 50+, która kurczowo trzymała się kierownicy wyraźnie modląc się o przetrwanie i która niczego wokół nie rejestrowała. To taki typ kierowcy, w 100% płci żeńskiej, który dodatkowo w czasie jazdy całe ciało ma maksymalnie pochylone w stronę kierownicy, w zasadzie doń przylega, a wszystko po to, żeby oczy mieć jak najbliżej szyby i żeby móc dostrzec drogę metr, dwa przed prowadzonym autem, żeby jak "najwcześniej móc dostrzec niebezpieczeństwo". Rejestracja wszystkiego powyżej 5 m od auta odpada. Zgroza. Według mnie gorszym kierowcą od opisanej może być tylko facet 70+ jadący w charakterystycznej czapce z daszkiem, a jeszcze gorszy jadący w kapeluszu. Takich należy omijać szerokim łukiem, a jeśli jadą w tym samym kierunku, starać się jak najszybciej wyprzedzić na dużej prędkości, żeby manewr ograniczyć czasowo do minimum minimorum.
Dlatego zimą, bardzo szybko zdejmuję w aucie czapkę, w zasadzie, gdy jeszcze nie ma szans na żaden powiew ciepła, narażając się na przeziębienie tylko po to, żeby inni kumaci kierowcy nie złorzeczyli i nie posądzali mnie o drogową dupowatość. Wystarczy wygląd świadczący o wieku, więc po co sobie jeszcze dokładać?...
 
Córcia, według jej relacji, popełniła błąd, który na szczęście wiele jej nie kosztował, a był niezłym doświadczeniem i nauką. Gdy się zorientowała, że dojdzie do zderzenia, zamiast zjechać na pobocze i zatrzymać auto, owszem zjechała, ale jechała dalej. Prawe koła miały lepszą przyczepność niż te lewe, na szklance, autem zarzuciło, Córcia zaczęła walczyć i kontrować kierownicą tańcząc z autem na drodze i starając się uniknąć zderzenia z którymkolwiek z drzew. To się jej udało, ale chyba na skutek chwilowego rozluźnienia za mocno odbiła kierownicą, auto zatańczyło, obróciło się o 180 st. i na swoim pasie w zasadzie zsunęło się do rowu.
- Na skutek manewrów praktycznie wytraciłam prędkość, więc wpadka do rowu była łagodna. 
A kobita? Niczego nie zarejestrowała i pojechała dalej. Zgroza!
W tym wszystkim prawdziwym szczęściem było to, że w tym momencie nic z naprzeciwka nie jechało.
 
Za chwilę zatrzymało się dwóch gości. Ocenili, że tu nic nie pomoże, tylko traktor, bo połowa auta leżała na sporym spadku. Jeden z nich miał znajomka, który obiecał Córci, że przyjedzie Ale to potrwa z pół godziny, bo jestem w pracy. Córcia była dumna z siebie, po pierwsze ze swoich manewrów i braku spotkania z drzewem, a po drugie, że była przygotowana na przyjazd traktora mając hak i linę. Facet wyciągnął ją w sekund pięć i wziął 5 dych Bo wie pani, tylko za paliwo, bo mnie z niego w pracy rozliczają, a o reszcie nie mówmy.
Od razu wróciły nam wspomnienia z Naszej Wsi, kiedy to w różnych trudnych sytuacjach mogliśmy liczyć na pomoc wszelkich sąsiadów, a często  ludzi zupełnie sobie nieznanych. To taka naturalna, pierwotna pomoc Bo dzisiaj ja tobie, jutro ty mi
Córci nic się nie stało, autu też kompletnie nic (nawet żaden plastik nie pękł lub się wgniótł). 
Co w tym wszystkim było jeszcze ważne? W aucie nie było dzieci. Akurat przypadł tydzień, w którym zajmował się nimi ojciec. 
 
Po II Posiłku obejrzeliśmy do końca W chmurach. Jedną istotną scenę pamiętaliśmy, więc tak nami nie wstrząsnęła, jak za pierwszym razem. Z powtórnego obejrzenia mieliśmy przyjemność.
Wieczorem obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki serialu Słowo na R. Wczoraj oglądaliśmy tylko jeden, w jakimś sensie świadomie, bo stwierdziliśmy, że dzisiaj poważnym rzutem na taśmę temat zamkniemy. Bo ostatnie odcinki zaczęły już nas mocno dołować,  a ile można?... Przy czym to nie miało żadnego związku z poziomem filmu. Był bardzo dobry, tylko ta fabuła...
Serial zakończył się logicznie, inteligentnie, miło i ładnie. Dwa ostatnie słowa tchną strasznym banałem i pozornie wymową swoją są w całkowitym konflikcie z zakończeniem, ale jednak dobrze oddają finał. Byliśmy bardzo ciekawi, jak twórcy serial zamkną. Zrobili to, jak na tę tematykę, lekko, a przede wszystkim uniknęli łzawej i nieznośnej ckliwości. 
Laura Linney w swojej roli była świetna i bardzo przekonująca, ale to jej filmowemu bratu (John Benjamin Hickey) przyznałbym Oscara. Ciekawe, bo serial, mimo tematyki, był z gatunku komediowych, z ciekawymi scenami i dialogami (prawie w każdym odcinku się obśmiewaliśmy), a to zasługa reżysera, scenarzystów i aktorów. Polecamy.
 
O 18.51 napisał Po Morzach Pływający. 
Smoczek / Toyota W Swoim Świecie Żyjącej/ po wymianie oleju i przeglądzie u mechanika.
Wreszcie będzie mogła nią jeździć.
Ja na krótkim wypadzie Głusza Leśna, Czaplowe Miasto, Nasze Miasteczko, Okno Na Świat i na odwrót....
Wymyślili kolejny kurs który w zasadzie nie ma sensu zwłaszcza, że wykładowcą był marynarz, a nie psycholog..chociaż z drugiej strony trudno określić kto z nich ma więcej do powiedzenia o nękaniu i mobbingu w sektorze morskim.
W sobotę wybieramy się na koncert noworoczny do Naszego Miasteczka, a w niedzielę będę towarzyszył W Swoim Świecie Żyjącej w podróży Smoczkiem w tamtym kierunku. Powrót pociągiem. Skoro jestem w wieku 60+ to czemu nie skorzystać ze zniżek.
Jutro ma padać deszcz i może być ciekawie na drogach. No to tyle w temacie zimy na północy
PMP (zmiany moje, pis. oryg.)
 
Zainteresował nas temat mobbingu morskiego. Poprosiłem o wyjaśnienie Tylko, błagam, zrozumiale i w skrócie. To przysłał szeroką, oficjalną definicję mobbingu, ale na szczęście po ludzku dodał: To samo co na lądzie tylko z dodatkiem "sektor morski". (pis. oryg.) 
 
ŚRODA (14.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.10.
 
Efekt bez budzika. Zupełnie się tym nie przejąłem.
Dziwne, bo po porannym rozruchu ani nie pisałem, ani nie siedziałem nad onanem sportowym, a czasu sporo ubyło. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale sporo poczytałem sobie o ... Australii i o ... Steve Jobsie. Potem jednak już pisałem.
 
Po I Posiłku miałem problemy żołądkowe. Takie na całą godzinę. W przeciągu ostatniego tygodnia już drugi raz. Z toalety wyszedłem wyżęty. I to tyle. Odnotowuję tylko ze względów kronikarskich, a nie żeby wchodzić w szczegóły z merytorycznym rozważaniem i dzieleniem włosa co najmniej na 8. Nie przeszłyby mi przez klawiaturę. Od tego jest Żona. Od razu zabrała się za moje zapiski, które prowadzę od 4. listopada na skutek jej sugestii.
Są w niej zawarte pozycje dotyczące tego, co danego dnia jadłem i piłem. 
Zapiskami się nie chwaliłem, a Żona o nie nie dopytywała. 
- O?! - zdziwiła się, gdy podsunąłem jej dwa kalendarze z porządnie codziennie prowadzonymi notatkami. - A ja myślałam, że tylko skończyło się na moim gadaniu...
Nawet się nie oburzyłem. 
Jednak pozwoliłem sobie wyjątkowo na analizę. Głośno, żeby Żona słyszała. Wnioski były następujące:
1) fundamentalny, który powtarzam od zawsze - "Jeśli chodzi o mój układ pokarmowy, to żeby się coś w nim zmieniło, musiałbym urodzić się od nowa."
Pamiętam, że miałem z nim jaja już od ... przedszkola, czyli już wtedy zarejestrowałem na tyle coś strasznego, że zapadło mi to głęboko w pamięci. I tak mam przez całe życie i nie wydaje mi się, aby w tym szczególe mojego układu pokarmowego coś się zmieniło, chociaż w innych na skutek działań Żony zmieniło się wiele i oczywiście pozytywnie. 
Żona na moje często powtarzane " musiałbym urodzić się od nowa" zawsze reaguje alergicznie dając mi brutalnie do zrozumienia, że większych głupot to w życiu nie słyszała.
- Ty nawet nie wiesz, ile osób ma takie problemy! - Na pęczki można liczyć... - Ty nawet nie wiesz, ile ja o tym czytam!...
Nie wiem, ale jednocześnie wiem. To taki paradoks wynikający z faktu, że przecież codziennie Żony nie przepytuję, co i o czym czyta, ale jednocześnie ją znam i wiem, że czyta. 
Ja jednak wiem swoje. Bo kto ma wiedzieć, jak nie ja?...
2) już ósmy(!) dzień nie piję nie to że Pilsnera Urquella, ale nawet Zatecky'ego. Tu już nawet dziecko wyciągnie prosty wniosek, jak może to być szkodliwe dla układu pokarmowego dorosłego mężczyzny, w sile wieku, który swoje potrzeby ma. 
Ten wniosek akurat Żonę ubawił.
Miała jednak wstępnie swoje, tak na poczekaniu. Ostatnio zacząłem popijać mleko. Nie wiem, co mi odwaliło. Żeby piwo zamienić na mleko? To nie miało szans dobrze się skończyć. Poza tym Żona postanowiła z powrotem do zestawu soli wprowadzić Mg (oprócz Na i K), ale dzienną porcję podzielić na dwie raty. 
 
Gdy po rumianku odzyskałem siły, zabrałem się za noszenie bierwion, a potem za odśnieżanie podjazdu. Jutro mają przyjechać na dół goście, pierwsi od 7. stycznia i muszą w komforcie parkować. Co prawda o godzinie 14.00 było +2, śnieg zaczął wyraźnie się topić, ale hołduję zasadzie Jeśli masz liczyć na kogoś (na coś), to licz na siebie. Chociaż zewnętrznych schodów odśnieżać nie musiałem, bo były czyściutkie. +2 zrobiło swoje.
Od jutrzejszego dnia goście będą już obecni praktycznie bez przerw do 25. lutego. Dalej kalendarz jest pusty. Wiemy, że marzec będzie dziadowski.
 
Po II Posiłku zrobiłem miesięczne papiery. I oddałem się onanowi sportowemu. Coraz mniej jest do czytania.
Wieczorem zaczęliśmy oglądać kolejny amerykański serial Biuro z lat 2005 - 2013. Zachęciły nas pozytywne opinie, takie sympatyczne i  ciepłe. Poza tym było 9 sezonów, 214 odcinków, co prawda góra półgodzinnych, ale to wszystko dawało Żonie, i przy okazji mnie, spokój na kilka miesięcy.
Postanowiliśmy od razu obejrzeć dwa, żeby wyłapać atmosferę. I ją wyłapaliśmy. Będziemy szukać czegoś innego...
Tak to jest z anonimowymi recenzjami czy opiniami w Internecie. Nigdy się nie wie, kto je wystawia i z kim ma się do czynienia. Po obejrzeniu doszliśmy do wniosku, że wszystkie te opinie musiały wystawić osoby trzydziestoletnie, maksymalnie czterdziestoletnie, wychowane już na współczesnych mediach, w tym na "wysublimowanym" poczuciu humoru prezentowanym przez współczesne "kabarety". Zacytuję co lepsze, obiektywnie dla czytającego wydawałyby się prawdziwe, chyba dla piszącego również, ale subiektywnie. Wszędzie pisownia oryginalna:
- Długo się przekonywałem. Pierwszy nie zachęcał, ale drugi kupił moje serce. Sam pracuje w sprzedaży w korpo i to jest takie true. 
- Ma swoje ups and downs, ale mimo wszystko zapada w pamięć i uzależnia.(...)
- Podręcznik każdego korposzczura
- najlepsze co mi się w życiu przytrafiło
- niezawodny antydepresant, będę wracać
- idealny dla zabicia czasu i pośmianie się
- Creme de la creme świata komedii. Oglądanie po raz trzeci, to tylko kwestia czasu
- that's what she said 
- To nie serial, to życie
itd., itd.
Szczególnie ta ostatnia mnie ubawiła. 
I stwierdziliśmy, że warunkiem anonimowego wypowiadania się na jakikolwiek temat w Internecie powinno być umieszczenie przy wypowiedzi swojego wieku. Ale później, gdy przyjrzałem się wnikliwiej opiniom, dostrzegłem przy każdej malutkie, koliste zdjęcie, na które klikałem. I na tej podstawie musiałem zweryfikować wiek wpisujących - 25 - 40 lat. Że też tego wcześniej nie zrobiliśmy!
Zmęczył nas słowotok, ciągle na podwyższonym poziomie hałasu, zamierzonym zapewne, ale takim, że gdy nawet po kilku minutach od wyłączenia telewizora wracałem z łazienki, ze zgrozą uświadomiłem sobie, że on ciągle w mojej głowie jest.
Dodatkowo uświadomiłem sobie, że chyba zaczęła mnie męczyć klaustrofobia, bo rzecz działa się w jednym biurze, ciągle w tej samej scenografii i tak chyba miało być do końca. Ale to oczywiście mój indywidualny odbiór. 
- I jeszcze w porównaniu do serialu, który wczoraj skończyliśmy oglądać, ten wydaje się przerażająco płaski!... - Żona wbiła serialowi gwóźdź  do trumny.
No, cóż, trzeba obiektywnie powiedzieć, że gra aktorów była bez zarzutu, zwłaszcza Steve'a Carella, zamysł twórców na pewno świadomy i niekierowany do nas.
Tedy do następnej próby. 
 
CZWARTEK (15.01)
No i dzisiaj wstałem o 05.50.
 
Na skutek dodatkowych ponadnormatywnych porannych obowiązków. Nawet w tym celu włączyłem alarm na 06.00.
Obowiązki polegały na spisaniu stanu trzech liczników - prądu, gazu i wody. Robię to raz dziennie, a gdy wydaje się po wielu dniach takiego spisywania, że złapałem średnią zużycia, pewną logiczną powtarzalność, to przestaję się w to bawić. Na podstawie tych zapisów mniej więcej wiemy, ile czego zużywamy dobowo, gdy nie ma gości, i odpowiednio interpretujemy wskazania, gdy są. A jeszcze robimy to wnikliwiej, gdy są na górze i na dole. Do tego dochodzi ich liczba, zmienna przecież, ale na skutek naszego doświadczenia daje się ustalić jakiś algorytm. 
Algorytm oczywiście szlag jasny trafił, gdy temperatury spadły do -15, -16. 
("szlag jasny trafił" jest silnym przekleństwem i wyrazem frustracji, które wywodzi się od starego germanizmu "szlag" <od niem. Schlag, oznaczającego "cios", "uderzenie"> i pierwotnie odnosiło się do nagłej, niespodziewanej śmierci <udaru mózgu, apopleksji>, stąd znaczenie "niech cię szlag trafi!" <niech cię nagła śmierć spotka>, by z czasem ewoluować w dzisiejsze potoczne frazy typu "coś szlag trafił" <coś się zepsuło>. "Jasny" dodaje intensywności i podkreśla nagłość lub siłę gniewu)
I, gdy już łapaliśmy nowy, temperatury złośliwie wróciły do zera (wczoraj nawet +2), stąd postanowiliśmy zagęścić pomiary do dwóch na dobę. Dlatego ta 06.00... I będziemy łapać od nowa. Nudzić się nie da.
Dodatkowo rano w dolnym apartamencie zadałem sterownikowi wyższą temperaturę, bo dzisiaj przyjeżdżają goście. A Gość w dom, Heizung do góry, że będę się trzymał słownictwa naszych germańskich braci (oksymoron?). 
 
Przed I Posiłkiem zrobiłem swoje w dolnym apartamencie. A po nim, po I Posiłku, pojechałem w Uzdrowisko na zakupy. Nie ruszałbym z garażu Inteligentnego Auta, ale dwie skrzynki Socjalnej i jedna Zatecky'ego nie pozostawiały wyboru. Po ciężkich doświadczeniach z mlekiem postanowiłem wrócić do piwa.
Ledwo wyprowadziłem auto z garażu, gdy naprzeciwko, na płatny parking zajechało auto.
- My, zdaje się, do państwa...  - zagadała młoda dziewczyna, gdy jej matka, jak się później okazało, pozostała przy aucie. - Jesteśmy trochę wcześniej, ale może już można?...
- Oczywiście, zapraszamy, tylko wyprowadzę auto i już państwa przyjmujemy...
I zawołałem Żonę, która się zszokowała, bo goście deklarowali przyjazd 14.00-15.00, a było południe. 
Jako profesjonaliści byliśmy ze wszystkim gotowi.
Córka lat 26 (wypytałem, bo myślałem, że ma 20), więc rodzice odpowiednio starsi, tacy w okolicach pięćdziesiątki. Cała trójka sympatyczna, na luzie, kulturalna i jednocześnie z filingiem. Kumata, nierobiąca żadnych problemów. Nasza.
 
W sklepach wiało pustką, jakby było tuż po inwentaryzacjach. Żona zmarkotniała, gdy telefonicznie co rusz ją informowałem, że nie ma tego, czy tamtego. Postanowiliśmy jutro jechać do City. Nawet Socjalnej nie mogłem kupić, bo z powodu choroby "mojej" młodej pani budka była zamknięta. Ale Zateckey'ego dostałem bez problemów. Po powrocie przyssałem się do niego przy onanie sportowym i przy pisaniu. 
W trakcie zadzwonił Syn. Okazało się, że sesja fotograficzna w poniedziałek jest aktualna.
- Tylko, tato, musi się odbyć rano, w okolicach 09.30. - Bo potem Wnuk-I ma poprawkę z chemii, ostateczny termin, i musi zdążyć.
Gamoń jeden, miał dziadka do korepetycji, nie skorzystał, całe liceum czołgał się i ledwo zaliczył, a teraz to samo na studiach.
Syn zamartwiał się, jak ja w kontekście spotkania klasowego wszystko to sobie zorganizuję. A sprawa była prosta. Jeśli (jak?!) spotkanie klasowe w Rodzinnym Mieście się odbędzie, to po nim szybko wyjadę do Metropolii (pociągów jest bez liku), a stamtąd do Gminy Sypialni Dzieci, skąd odbierze mnie Syn (pociągów jest bez liku). Jeśli (jak?!) do klasowego spotkania nie dojdzie, to w niedzielę pojadę prosto do Wnuków. Tak czy owak u nich przenocuję, by rano... - reflektory, kamery, flesze... Szkoda, że nie będzie mikrofonów!...
Swoją drogą podziwiam Syna. Żeby tak przeczołgać biednych Dziadków przez całą Metropolię do Sypialni Dzieci na "jakąś" sesję zdjęciową?... Przy czym nie mówię o sobie. Bo dla mnie to ciągle wielka przygoda!...
Żeby sobie zorganizować najbliższe dni i wiedzieć, na czym stoję, zadzwoniłem do Kolegi Kapitana. 
Obaj się uśmialiśmy, bo Kanadyjczyk I milczy niczym zaklęty i całą naszą klasę trzyma w szachu. Żadnych wieści. Więc chagiewu? Młodszym wyjaśniam - chgw to chuj go wie!
 
I tak zeszło do II Posiłku - pisałem i przygotowałem logistykę wyjazdu i powrotu do Wnuków i z powrotem. 
Wieczorem rozpoczęliśmy oglądanie serialu kostiumowego Bridgertonowie z lat 2020-24. Zaskoczyło mnie, że to produkcja amerykańska. Żona nawet się zdziwiła, że chcę kostiumowy.
W połowie zacząłem zasypiać. Nie protestowała, ale zaczęła, gdy stwierdziłem, że ja tego serialu mogę nie oglądać. 
- Bo ile można patrzeć na te coroczne podchody matrymonialne, na czekające córki, jak jakiś towar na rynku, na kolejnego kandydata na męża, całą otoczkę tylko tego jednego problemu arystokracji XIX-wiecznej Anglii (1813 rok) ? - Poza tym trochę głupawo się ogląda, kiedy królowa jest czarnoskóra i jeden z książąt również. - Trudno podejrzewać Amerykanów, żeby aż tak nie znali historii, chociaż u nich w tym względzie, jak i w temacie geografii jest różnie, często bardzo śmiesznie... - pozwoliłem sobie na przydługi wywód.
Pod pewnym naciskiem Żony obiecałem jej, że jutro obejrzę do końca pierwszy odcinek i cały drugi, a potem się zobaczy. 
 
PIĄTEK (16.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.50.
 
Po porannym rozruchu "odkryłem" maila od Texanki. Przyszedł o 02.27. U nich to 19.27, a może 20.27. 
O jak to miło usłyszeć , że "tęsknisz za moimi wieściami". Mam dziwne odczucia , że ostatnio w Kraju nikt nie czeka na wieści z "nienawidzonej Ameryki " kierowanej przez "tyrana Trampa". My emeryci żyjemy tu w pełnym komforcie, mamy ubezpieczenia zdrowotne, materialne zabezpieczenie, jeszcze dobre zdrowie i nawet wspaniałą ciepłą pogodę. Nie ma śniegu jak w Uzdrowisku ale temperatury powyżej 20 stopni C. A więc wygodne życie..... Czasami są podobne stresy jak u Was np. z urzędem podatkowym tj. IRS. W Texasie nie ma podatku stanowego , rozliczamy tylko podatek federalny. Emerycie, bardzo cenię sobie Twoje uwagi dotyczące języka polskiego, książek i innych spostrzeżeń. Bywa, że czasem oglądamy to samo na Netflix. Pozdrawiam i trzymajcie się zdrowo. (zmiana moja, pis. oryg.) 
Od razu Texance odpowiedziałem, aby, gdy wstanie dzisiaj rano, miała "co czytać". A to spowodowało, że przetrzepałem wiele wieści ze stron zza oceanu i się doedukowałem filtrując je zdroworozsądkowo.
 
Dzisiaj są urodziny Lekarki i Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Z samego rana wysłaliśmy im życzenia z obietnicą, że pod wieczór zadzwonimy. 
Wieczór Trzeźwo Na Życie Patrząca miała zajęty (uroczysta kolacja w lokalu), więc zasugerowała rozmowę o 13.00.
Jeszcze przed I Posiłkiem pojechaliśmy do City na zakupy. Sprawiliśmy się w 1,5 godziny z jazdą tam i z powrotem. Same korzyści - mało ludzi, aut i cały potrzebny towar zdobyliśmy.
 
O 13.00 zadzwoniliśmy do Trzeźwo Na Życie Patrzącej. Była w domu, czyli w pracy. Przekazaliśmy wiele ciepłych życzeń trochę różniących się wydźwiękiem między moimi a żoninymi. Bo ja, na przykład, życzyłem, między innymi, żeby została babcią, jeśli taka wola, nie wcześniej niż za 10 lat, chociaż wcześniej straszyłem ją, że tylko patrzeć, jak nią zostanie (O Swoim Pokoju Marząca ma lat 16, Nieszablonowo Myśląca -14). Żona, jako kobieta, poważna i podchodząca do sprawy realistycznie, ale też optymistycznie i jako starsza, informowała solenizantkę, że przypływ lat u kobiety, wbrew durnym mediom i reklamom oraz różnym ciotkom i babciom, jest fajny, bo wiąże się z  różnymi korzyściami, przede wszystkim natury psychicznej. O nieuchronności przybywania tychże się nie rozmawiało, bo i po co.
Gwałtem się rozłączyliśmy, gdy się okazało Właśnie w drzwiach stanął Konfliktów Unikający z naręczem kwiatów... Do głowy nam nie przyszło, żeby w takim momencie sobą przeszkadzać. Tak tkwić między wódką a zakąską... 
Tu wytłumaczę moją konfabulację. Otóż Konfliktów Unikający stał z bukietem(!) kwiatów (słowa solenizantki), a naręcze to tak sobie dodałem. Jaka różnica? Odsyłam do etymologii słowa "naręcze". 
I od razu zastrzeżenie - broń Boże wartości tego bukietu nie deprecjonowałem. 

Przed 15.00 wybrałem się do naszego Urzędu Miasta i Gminy. Chciałem złożyć deklarację na ten rok dotyczącą wysokości opłat za śmieci. Trochę się z tym opóźniałem, ale uważałem, że stało się nic
Dzisiaj dodatkowo się opóźniłem, bo urząd był czynny do 14.00. Tak krótko tylko w... piątki.
- Ale w środy jest czynny za to do 17.00... - poinformowała mnie sympatyczna pani, na oko 40, która pojawiła się w zamkniętych drzwiach, w których przed chwilą pocałowałem klamkę. - A ja się dzisiaj trochę zasiedziałam... - wyjaśniła, nie wiedzieć po co.
Chyba, żeby do mnie zagadać i żeby potencjalną moją irytację zdławić lub przekierować, też nie wiedziałem, dokąd. A ja wcale się nie zirytowałem, bo to nasz obecny najlepszy urząd (wcześniej takim był w Powiecie). Nawet, gdy pani pokazywała mi tabliczkę na drzwiach z wypisanymi godzinami urzędowania i gdy nawet zaczęła mi je po kolei odczytywać.
Z kim oni (urzędnicy) muszą mieć do czynienia, z jakimi petentami, że tak muszą?...
- Tak, właśnie ją przestudiowałem... - przerwałem jej. - Dziękuję. 
Wydawało mi się, że powiedziałem to w sposób sympatyczny. A przynajmniej się starałem.
Pani jednak nie dawała za wygraną.
- Będzie pan musiał przyjść w poniedziałek... 
Z kim oni (urzędnicy) muszą mieć do czynienia, z jakimi petentami, że tak muszą?... Zaznaczam, wybrałem się nie na menela.
Mogłem zareagować: A właśnie, że przyjdę we wtorek! lub Napraaawdę?!...
- Tak, przyjdę. - Mieszkam niedaleko, taki sympatyczny spacer, dla zdrowia. 
Ta reakcja wybiła panią z torów, zbiła z pantałyku. 
("Wybić z pantałyku" <lub częściej "zbić z pantałyku"> to frazeologizm oznaczający zdezorientowanie kogoś, wprawienie go w zakłopotanie, odebranie pewności siebie, wybicie z rytmu, zmieszanie. Pochodzi z języka rosyjskiego, gdzie oznaczało sprowadzenie kogoś z <dobrej> drogi, a pierwotnie mogło mieć związek z grami w palanta <patołękę>, gdzie "zbić z pantałyku" oznaczało wybicie piłki, by zdezorientować przeciwnika.)  
Coś zaczęła niewyraźnie mówić pod nosem idąc do swojego auta i dopiero zareagowała z ulgą, gdy usłyszała To miłego weekendu!...
- Nawzajem! - usłyszałem. 
Może po prostu starała się przez cały czas być miła?... - myślałem. 
Taką wersję przyjąłem.
 
Po II Posiłku zadzwoniliśmy z życzeniami do Lekarki. Ubawiłem ją, bo najpierw dzwoniąc odbiliśmy się od zajętości i irytującego komunikatu dla obecnych debili Abonent jest chwilowo zajęty! Zadzwoń później! I bez tego nakazu "postanowiłem" zadzwonić, skoro z Lekarką chcieliśmy się skontaktować.
Ale Lekarka nas uprzedziła i oddzwoniła.
- Ale to tak nie wypada...  - natychmiast zareagowałem - ... żebyś ty do nas dzwoniła, żebyśmy my tobie złożyli życzenia. - To może się rozłączmy i my za chwilę zadzwonimy.
- Ach, przestań! ... i dalej nie mogła już kontynuować, bo ze śmiechu dostała ataku kaszlu, który za chwilę został wyjaśniony. 
- Przepraszam was, ale zdaje się, że mam uczulenie na sierść kotów.
No to niedobrze. Trzeba będzie, gdy (jak?!) tylko się ociepli, pozbyć się dwóch młodych z przedpokoju, bo inaczej trudno będzie żyć.
Przy okazji, pierwszy raz, co nas zszokowało, rozmawialiśmy o Synu Lekarki i o jego różnych uczuleniach i w różnym stopniu natężenia. Zupełnie o tym nie wiedzieliśmy.
Przy składaniu życzeń rozmowa nieuchronnie pobiegła w stronę przyszłego roku, kiedy to Lekarka nabędzie emerytalne prawa. Nie wiedziałem, skąd mi się wzięła świadomość, że po przejściu na emeryturę chciałaby pracować w hospicjum.
- A w życiu! - Nie wytrzymałabym psychicznie! - Popracuję sobie w przychodni, nawet chętnie, ale ze trzy dni w tygodniu, może po 5 godzin dziennie. - Na przykład we wtorki, środy i czwartki. - Wtedy takie długie weekendy można by wykorzystać na wyjazdy, odpoczynek, można by zaplanować jakieś prace ogrodnicze...
Życzyliśmy jej tego z całego serca. Żeby nie psuć urodzinowej aury, nie pouczałem jej, żeby nie przeznaczała tego wolnego czasu na cotygodniowe sprzątanie, a zwłaszcza na mycie okien. Bo potrafi... Chociaż z wiekiem nabywa rozumu i powoli zwalcza w sobie tę kompulsywność. I zdaje się, że je myje "tylko" raz w miesiącu.
(kompulsywność to psychologiczna cecha polegająca na przymusowym, powtarzalnym wykonywaniu czynności lub myśleniu o nich, mimo świadomości ich irracjonalności i chęci powstrzymania się, często w celu zmniejszenia silnego lęku związanego z obsesyjnymi myślami.)
Justus Wspaniały w tym czasie siedział tradycyjnie o tej porze dnia w mainstreamie i chłonął papkę. 
 
Wieczorem obejrzeliśmy pierwszy odcinek serialu... Lepko. Kanadyjski z 2024 roku. Okazało się, że pierwszy sezon zawiera 6 odcinków, a drugiego nie będzie i historia nie będzie dokończona?... A dotyczy... syropu klonowego. Prawie na pewno obejrzymy.
Wzdychałem z ulgi, gdy Żona sama z siebie go zaproponowała.
- A bo trochę poczytałam o Bridgertonach i rzeczywiście całość może być taka, jak pierwsza połowa pierwszego odcinka. - A tego  nie dałoby się wytrzymać... 
 
O 20.40 napisał Po Morzach Pływający. 
Jutro ruszamy do Naszego Miasteczka na koncert noworoczny który odbędzie się na Zamku.
W roli głównej wystąpi szef  W Swoim Świecie Żyjącej czyli były burmistrz Czaplowego Miasteczka, a zarazem dobry kolega W Swoim Świecie Żyjącej i Czarnej Palącej.
Będziemy oglądali koncert z loży VIP😁tzn z balkonu.
W niedzielę odprowadzam Smoczka W Swoim Świecie Żyjącej do Naszego Miasteczka. Wbrew pozorom praca bibliotekarki oraz posiadanie kota jest bardzo absorbująca i czasochłonna.
Za tydzień gra Orkiestra i chyba też ponownie pojedziemy do Naszego Miasteczka na finał.
Spytasz czemu nie w Czaplowym Miasteczku. Odpowiedź jest prosta. Obecna Pani burmistrz ma w sobie tyle ciepła co kawał lodu w środku zimy.
Bydlak Najmłodszy robi postępy w swoim zachowaniu. Teraz przerabiamy temat " co zrobić, żeby Bydlak Najmłodszy nie zjadał gości?" Pierwszy trening zakończył się sukcesem. Gość przeżył, a  następnie  został całkowicie zignorowany przez Bydlaka Najmłodszego..
Teraz szukamy kolejnych ochotników.... W przyszłości wykorzystamy  kurierów, listonosza, pracowników MPO, a nawet policję oraz niczego nieświadomych mieszkańców sąsiedniej wsi.
PMP 
(zmiany moje, pis. oryg.)
 
Uśmiałem się i trochę... pogubiłem. Zwłaszcza z tym odstawianiem Smoczka. Nie skumałem, o co tu chodzi z tą smoczkową logistyką. A jeśli chodzi o Bydlaka Najmłodszego, to nie wiem, jak to będzie w przyszłości z wjazdem i wejściem na posesję. Bo Bydlak Starszy (już nie żyje) i Bydlaczka Młodsza nas znały i nie było problemu. A ten jest nieokrzesany...
Fakt, że Orkiestra będzie grała w Naszym Miasteczku zrobił na mnie wrażenie. A może znowu się pogubiłem?...
 
SOBOTA (17.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.20.
 
Po porannym rozruchu pisałem. 
I zareagowałem na wczorajszego maila Po Morzach Pływającego informując go, że trochę się  pogubiłem. Rano odpisał: 
W każdym mieście jest finał, finał finałów oczywiście w Stolicy.
Przecież to takie proste 😁 
(zmiana moja)
Byłem mu wdzięczny za wyjaśnienie. Jednocześnie dopadły mnie myśli, chyba pozytywne To dobrze, że jestem tak wyautowany i dobiegają mnie ze świata szczątkowe informacje. Jaka korzyść dla zdrowia...
 
Goście z dołu wyjechali przed 10.00.
- A bo nie chcemy męczyć kota i jedziemy prosto do domu. - wyjaśniła pani na pożegnanie. 
Mieli ze sobą rudzielca, dachowca, którego ani razu nie widziałam. Żona zdążyła go dostrzec w transporterze informując mnie, że to taki Garfield.
Od razu zabrałem się za wstępne sprzątanie, a po I Posiłku za gruntowne. Gdy skończyłem dół (jutro przyjeżdżają na ponad tydzień kolejni goście, para), po przerwie dobrałem się do góry. Tam z kolei przyjedzie w poniedziałek na cały tydzień czteroosobowa rodzina. Nice!... Działałem z wyprzedzeniem w świetle mojego niedzielnego wyjazdu, żeby na Żonę spadły tylko jej obowiązki.
Zrobić dwa apartamenty jeden po drugim, to trochę roboty jest. Spracowałem się. 
 
Szykowałem się w jakimś sensie do jutrzejszego wyjazdu. Przygotowałem kartkę wyjazdowo-logistyczną, żeby niczego nie zapomnieć zabrać i zacząłem przygotowywać Żonie dane do rozliczeń z US. Miałem zamiar na jednej kartce, w jednym miejscu zebrać wszystkie istotne pozycje dotyczące wielu kupen(!) oraz sprzedaży nieruchomości w ostatnich latach. Ponieważ nie mogliśmy się dogadać z panią z citizańskiego US, problem przekażemy doradczyni podatkowej w Metropolii, ale najpierw Żona musi przygotować się do rozmowy na bazie właśnie mojego zestawienia.
Rozmawiałem też z Synem, żeby wiedzieć jakie bilety i na które godziny mam kupić. Tak się złożyło, że potrzebowałem tylko bilet na pociąg do Metropolii na jutro, a na poniedziałek powrotny z Metropolii Flixbusem. W obu dniach miotanie się pomiędzy Metropolią a Sypialnią Dzieci załatwi Syn, który będzie się miotał najpierw jutro z Wnukiem-IV, a w poniedziałek z Wnukiem-I. A ja wraz z nimi.
Dopiero po tych ustaleniach Żona mogła mi wydrukować bilety. 
 
Po II Posiłku obejrzeliśmy w bawialnym Misery z 1990 roku według Stephena Kinga. Oczywiście to nie to samo oglądanie co za pierwszym razem, gdy wszystko trzymało w napięciu. Teraz mogliśmy poświęcić więcej uwagi grze Kathy Bates (wtedy przerażająca do szpiku kości), która za tę rolę otrzymała Oscara.
W świetle jutrzejszego wyjazdu wieczór filmowy na tym się skończył.
 
NIEDZIELA (18.01)
No i dzisiaj wstałem o 06.00.
 
Po porannym rozruchu  od razu zabrałem się za zestawienie. Wczoraj nie  skończyłem. Gdy się z nim uporałem, reszta poszła gładko. Naniosłem zapas bierwion, spakowałem się, odgruzowałem (45%), by po I Posiłku wyruszyć o 10.20 na dworzec. Pociąg miałem o 10.50.
Tym razem Żona mnie nie odprowadziła z racji obowiązków. 
 
PONIEDZIAŁEK (19.01)
No i dzisiaj wstałem o 07.00.
 
W Uzdrowisku byłem o 14.30. 
 
 
 
W tym tygodniu Bocian zadzwonił trzy razy.
W tym tygodniu Berta we wtorek rano zrobiła kilka razy Puff!. Był to moment, gdy wracała z siku i zatrzymała się na górze na ostatnim stopniu nie wchodząc na taras. Tylko wpatrywała się ze swoim komicznym ułożeniem głowy, paszczy i uszu (pełna koncentracja) w zamknięte drzwi. Czasami ma takie odbicia, że potrzebuje zachęty, komendy, aby coś zrobić, co normalnie robi zawsze i bez wysiłku.
Obserwowałem ją zza zasłony w Bawialnym mając świadomość, że mnie nie rejestruje, i postanowiłem tak stać do upadłego wiedząc, że mogę się "przejechać", bo w tym względzie, takiej kociej cierpliwości, Piesek wśród piesków nie ma sobie równych. Żona tłumaczy zawsze tego typu jego "cierpliwe" zachowanie, świadomością Pieska o swojej masie, która w każdym aspekcie jest trudno poruszalna. 
Ale ja wiem swoje. Wynika to z jego bezwzględnej inności, w tym z jego pierdołowatości. 
Liczyłem na mróz i się nie omyliłem czując, że jednak pokona on tę immanentną cechę. 
Bertuś zdecydowała się w końcu wejść na taras i zatrzymać się przed drzwiami. Ruszyłem w tę samą stronę. Oboje zsynchronizowaliśmy się idealnie. Bo, gdy Bertuś stwierdziła, że wyda z siebie natarczywy jednoszczek, w tym momencie dostrzegła Pana, więc głos jej ugrzązł w gardle na tyle, że z tego zrobił się taki półjednoszczek, pizdusiowaty, bo anemiczny. Ale Pieskowi zaliczyłem.
W czwartek jednoszczek słyszała Żona, gdy była na górze i zapomniała o Piesku. Na jej wyraźne życzenie ten jednoszczek też odnotowuję. 
Z kolei w sobotę jednoszczek wyciągnął Żonę z górnego apartamentu, który przygotowywała, a mnie z górnej łazienki. Spotkaliśmy się na półpiętrze patrząc na siebie zdziwieni. Zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy ujrzeliśmy Pieska u podnóża schodów. Jaki czort? Ale "Jaki czort" trwał ułamek sekundy, bo błyskawicznie uświadomiliśmy sobie, że to pora żwaczka. A oboje Państwo o takiej porze zniknęli na górze!
W poniedziałek, w okolicach południa, gdy byłem jeszcze nieobecny w domu, a Pani szykowała górny apartament, Piesek znowu u podnóża schodów jednoszczekiem się przypomniał. Tym razem Pani nie wiedziała za bardzo, dlaczego. Bo pora żwaczka jeszcze nie nadeszła, a przecież nikt Pieskowi nie zabraniał iść na górę, jeśli chciał. Jednak Pani widocznie musiała Pieska zawołać, a przede wszystkim pokazać się w drzwiach, które na jakiś czas zamknęła na głucho. No i Piesek od razu "rączo pomknął" na górę.
Godzina publikacji 17.39.
 
I cytat tygodnia:
Żałuję, że trzeba całego życia, żeby nauczyć się żyć. - Jonathan Safran Foer (amerykański pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów z Bielska Podlaskiego)